Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
101 osób interesuje się tą książką
Jej gniew obudził moc, której nie potrafią kontrolować nawet bogowie.
Leina całe życie żyła pod jarzmem Faraengardu. Jej lud oddawał królowi nie tylko plony, lecz także własnych synów. W Selencji nie nagradzano odwagi – karano za nią śmiercią. Kiedy jednak żołnierze przychodzą po jej brata, Leina po raz pierwszy postanawia się przeciwstawić.
W jednej chwili budzi się w niej moc, której bogowie nigdy wcześniej nie powierzyli nikomu z Selencji. A już na pewno nie kobiecie! Właśnie z jej powodu zostaje zabrana do Synodu, gdzie dołącza do legendarnych Altorów – wojowników wybranych przez bogów do walki z Kher'zennami.
Aby przetrwać, Leina będzie musiała opanować moc, której nie rozumie, przeżyć bezlitosne szkolenie i stworzyć więź z faravarem – potężną uskrzydloną bestią, która wybiera swojego jeźdźca. Nad wszystkim czuwa Ryot – wojownik, który ją pojmał i teraz ma przygotować do wojny. Choć dzieli ich wszystko, każdy kolejny trening sprawia, że coraz trudniej odróżnić nienawiść od fascynacji, a obowiązek od pragnienia. W tym świecie uczucie jest jednak luksusem, na który żadne z nich nie może sobie pozwolić.
Bo gdy za murami Synodu trwa wojna, a na jaw wychodzą sekrety mogące zachwiać całym królestwem, Leina staje przed wyborem, od którego zależy nie tylko jej przyszłość, lecz także los ludzi, których przysięgła chronić.
Dar bogów może ocalić świat. Albo stać się iskrą, która doprowadzi do jego upadku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 637
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:Kissed by the Gods
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała Korekta: Kinga Dąbrowicz Ilustracja na okładce: © 2026 by Sasha Vinogradova Projekt okładki: Sasha Illingworth Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski Grafiki w książce: © vadi / Stock.Adobe.com Wyklejka i mapa: © Haley MacRae: @hmmr.art
KISSED BY THE GODS © 2025 by Caty Rogan All rights reserved
Copyright © 2026 for the Polish edition by Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece sp. z o.o.
Copyright © for the Polish translation by Marta Czub, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8466-054-6
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Dla dziewczyn, które wiecznie słyszą, że są nieznośne. Dla kobiet, które wiecznie słyszą, że są niewystarczające. Na cześć każdej sytuacji, gdy byłaś bliska temu, żeby się poddać, lecz zamiast tego postanowiłaś szepnąć, postanowiłaś krzyknąć, postanowiłaś się wściec i oznajmić: jeszcze nie skończyłam.
OSTRZEŻENIE
Powieść Pocałunek bogów została osadzona w brutalnym, niesprawiedliwym świecie ukształtowanym przez wojnę, ucisk i boskie ingerencje. Zarówno sama powieść, jak i bonusowe rozdziały zawierają potencjalnie wstrząsające treści dla osób dorosłych, takie jak:
drastyczne sceny przemocy i opisy bitew;
śmierć bohaterów;
wyzysk systemowy, seksizm, klasizm i dyskryminacja;
niewolnictwo i przymusowa służba;
porwania;
obrazowe opisy o charakterze erotycznym;
próba wykorzystania seksualnego (niepowodowanego miłością);
nierówność władzy między główną bohaterką a głównym bohaterem;
utrata bliskich członków rodziny (w tym rodziców i rodzeństwa);
śmierć na skutek ognia/spalenia (opis w rozdziale bonusowym);
przekleństwa i obraźliwy język.
Proszę o rozważną lekturę z troską o swój dobrostan psychiczny.
Selencja, którą tarcza Faraengardu osłania przed Kher’zennami, zawdzięcza swoje przetrwanie sile swoich najlepszych ludzi. Zboże i znojna praca to niewielka cena za to, by istnieć.
– List króla Faraengardu do nowo wybranych zarządców Selencji w roku 36 Wiecznych Wojen
Protektorat Selencji
Rok 987 Wiecznych Wojen, jesień
Kiedy wspominam Irielle, myślę o koronkach. Miała je na sobie w chwili śmierci w płomieniach w dniu swojego ślubu.
Pamiętam, jak sześć lat temu ostrożnie naciągała suknię, a w jej oczach czaiły się łzy, gdy wodziła palcami po ręcznie utkanym kwiatowym wzorze.
Pamiętam, jak ozdobna koronka poczerniała i podwinęła się do środka na długo przed tym, nim objęły ją płomienie. Pole mojego widzenia się zawęziło i poszarzało, i widziałam już tylko ten misterny wzór, gdy wyrzucałam z siebie łzy, smarki i wymiociny na ziemię u stóp mojej bratowej. A potem, kiedy jej suknia w końcu zaczęła się palić… chyba nigdy nie zapomnę tego zapachu. Zaczął mnie dusić – smród zwęglonej koronki.
Nie potrafię uciec przed tym wspomnieniem. Ani za dnia, gdy wspomnienia unoszą się w powietrzu, niewyraźne i pulsujące bólem. A już na pewno nie w ciemności nocy, kiedy ożywają w koszmarach tak realnych, tak sugestywnych, że wpadam w ich pułapkę i muszę co noc przeżywać je na nowo.
Matka mówi, że to dlatego, że jestem przeklęta jak Irielle. Oczywiście ma rację, i to pod wieloma względami.
Twarz mam zlaną potem, gdy wreszcie przestaję machać kosą i podnoszę wzrok na intensywnie błękitne niebo. Niemiłosierny żar letnich upałów dawno zelżał, ale jesienna bryza plącząca pasma kręconych włosów nad moim karkiem to za mało, żeby przynieść ochłodę.
Macham do najmłodszego brata, który przybiega z wiadrem wody.
Żadne z nas – nawet matka, ładująca pszenicę do stojącej za mną dwukółki – nie komentuje wychlapującej się na ziemię wody, kiedy pięcioletni Leo zatrzymuje się przede mną gwałtownie i podaje mi chochlę. Krzywy uśmiech rozjaśnia mu buzię.
– Dzięki, Leo – dyszę pomiędzy łykami.
Brat wypina dumnie pierś.
– Jestem bardzo dobrym pomocnikiem, dopóki nie zrobię się taki silny jak ty i Seb – oznajmia.
– To prawda. – Kiwam głową z powagą. – Jesteś najlepszym pomocnikiem.
Biorę pełny, głęboki wdech. Wokół dominuje słodkawy zapach pszenicy, ale i tak udaje mi się wychwycić kilkanaście innych, takich jak ostry, piżmowy zapach mojego dziewiętnastoletniego brata Seba, stojącego w rzędzie obok mnie. Do koszuli ojca przylgnęła niewyraźna woń tytoniu, choć tata znajduje się daleko w głębi pola. Do mojego nosa dociera nawet aromat czystej wody w wiadrze, rześkiej i świeżej.
Nagle cały krajobraz naciera na mnie jak wezbrany potok. W głowie czuję brzęczenie roju pszczół, kłujący ból pozbawia mnie ostrości widzenia.
Robię kolejny wdech i skupiam się na naszej chacie. Tylko na niej.
Na krytym strzechą dachu, który opada na boki, na lekko uchylonych drzwiach, które wiszą trochę krzywo, na brązowych zasłonkach ze starych worków po zbożu, które powiewają delikatnie na tle bielonych ścian. Na hodowanej przez matkę pod oknami lawendzie, której główki kiwają teraz do mnie i posyłają mi swój słodki, kojący zapach. Dobrze znajomy, pozwala mi wrócić do samej siebie i uspokoić oszalałe bicie serca.
Miarowo i powoli, żeby znów nie wywołać ataku, poszerzam pole widzenia i obejmuję wzrokiem okolicę. Nasza chata jest położona na zachodnim skraju posiadłości, pod ścianą Płaczącego Lasu, który ciągnie się stąd aż do Królestwa Faraengardu, choć nigdy tam nie byłam.
Dotarłam jedynie do Laliki, która leży dwa dni marszu na wschód od naszej małej wioski, bo pomagałam ojcu zawieźć plony na targ. Matka pozwala mi tam jeździć wyłącznie po to, żebym mogła się modlić w świątyniach i spróbować przebłagać bogów, aby odmienili mój los. Nie wie, że nigdy nie postawiłam stopy w żadnej świątyni. Kapłani bezwzględnie przestrzegają składania ofiar wotywnych, a stawki są wysokie. Ojciec i ja przeznaczamy zamiast tego te kilka marnych monet na zapasy, które pomogą nam przetrwać zimę.
Odwracam się na wschód, w kierunku dworu zarządcy. Nie powinnam tak naprawdę móc go stąd zobaczyć. Sześć lat temu przypominał maleńką kropkę na widnokręgu falującej pszenicy. Teraz widzę go w całej okazałości, z marmurowymi kolumnami po obu stronach ogromnych drewnianych drzwi, z dachem z czarnego łupku, który nie odważyłby się przeciekać. Trzy kondygnacje luksusu wzniesionego i utrzymywanego przez całe pokolenia darmowych robotników. Dom jest pretensjonalny i próżny, jak jego właściciel. Widzę stąd nawet termity, które zagnieździły się pod werandą. Mam nadzieję, że podziurawią każdą belkę, kolumnę i krokiew.
Przecieram niepewną dłonią twarz, rozmazując na czole pot, szorstki od drobinek pyłu.
Czasem tak się dzieje, kiedy moje zmysły otwierają się jak zapora i zalewają mnie kolejnymi falami doznań. Zapachami, wrażeniami dotykowymi, uczuciami, dźwiękami, obrazami, a nawet smakiem, aż zaczynam tonąć na naszym polu falującej pszenicy.
Duża, krzepka dłoń chwyta mnie za ramię.
– Leina? Nic ci nie jest?
Głos Seba powinien brzmieć kojąco, ale ja upuszczam w przestrachu chochlę do przyniesionego przez Leo wiadra i rozlewam wodę.
To już wywołuje reakcję matki.
– Leina! Uważaj trochę! – Wypowiada ten nakaz ostro, ze złością. Jest podenerwowana. Nie mogę jej winić, wszyscy jesteśmy.
Odwracam się do Seba, który wpatruje się we mnie z niepokojem wywołującym zmarszczki na jego młodej twarzy. Brat jest jedyną osobą, której się zwierzyłam, odkąd to wszystko się zaczęło. Nie to, żeby rodzice niczego nie zauważyli. Oczywiście, że zauważyli na sto różnych sposobów. Najczęściej drobnych, choć czasem monumentalnych. Po prostu nigdy o tym nie rozmawiamy i na pewno nie zaczniemy teraz. Nie będą chcieli przyznać otwarcie, że jakimś cudem zdołałam zebrać trzy razy tyle zboża co Seb i dwa razy tyle co ojciec, choć obaj mają o sto funtów czystych mięśni więcej ode mnie. Sześć lat temu nie byłam w stanie nadążyć za żadnym z nich.
Zaszły we mnie drastyczne zmiany. Nienaturalne. Między innymi dlatego nadal nie jestem mężatką, choć mam dwadzieścia cztery lata. Nikomu spoza rodziny nie można ufać. Poza tym to nie Seb powinien mnie pocieszać, nie w obliczu tego, co go czeka. I to już wkrótce. Bo w tym królestwie jesienne żniwa nie obejmują tylko pszenicy.
Rozpoczął się Pobór.
Moje koszmary znów się nasiliły, zmuszając mnie, bym na nowo przeżywała tamten przeklęty dzień sprzed sześciu lat, kiedy zjawili się żołnierze z Faraengardu. Dzień, w którym zabili Irielle i zakuli w kajdany mojego starszego brata Levviego oraz mojego miłego – Aldena. Dzień, w którym na zawsze straciliśmy ich troje.
Zmuszam się do uśmiechu.
– Oczywiście! Jestem tylko zmęczona! – Wyciągam rękę, chcąc położyć dłoń na plecach Leo i pokierować go do naszego ojca, ale nie dotykam go, tylko szybko ją cofam. Unikam fizycznego kontaktu z bratem, odkąd zeszłego lata przypadkowo złamałam mu rękę. Gdyby matka nie była tak utalentowaną uzdrowicielką, złamanie być może doprowadziłoby do zgonu. Było paskudne.
Zamiast tego kiwam jedynie głową w kierunku ojca.
– Ojciec chyba też potrzebuje trochę wody, Leo.
– Dobra! – woła mój brat i ochoczo biegnie przez pole.
Seb przygląda się mi uważnie z przechyloną głową, oceniając moją prawdomówność.
– Kłamiesz – stwierdza, gdy Leo nie może już go usłyszeć.
Seb zawsze potrafi rozpoznać kłamstwo. To niesamowita zdolność, dzięki której jest niepokonany w karty. Co prawda ojciec i tak nie pozwala mu zbyt często grać z mieszkańcami wioski. Zwróciłby w ten sposób na siebie niepożądaną uwagę, gra więc wyłącznie w chwilach największej desperacji. Ostatnim razem zdarzyło się to, kiedy nie było nas stać nawet na jedzenie dla Leo.
Wzdycham i macham lekceważąco ręką.
– Dziś jest gorzej.
Seb zaciska usta w grymasie.
– Co tym razem? – Nie szepcze, lecz mimo to mówi cicho.
Uśmiecham się lekko.
– Pod werandą zarządcy są termity.
Twarz Seba zastyga w zaskoczeniu, bo bez wątpienia zastanawia się, jak mogę dostrzec insekta mniejszego od paznokcia, skoro on nie widzi stąd nawet marmurowych kolumn. Potem szczerzy zęby.
– Mam nadzieję, że zeżrą tę cholerną budę.
Nie potrafię się powstrzymać i parskam śmiechem.
– Seb! Leina! Przestańcie pajacować. Mamy robotę do wykonania.
Odwracamy się do matki, której głos jest już nie tylko ostry, lecz także niemal histeryczny. Jej twarz krzywi się z rozpaczy i bólu, usta zaciskają się w prostą, gorzką linię. Kiedyś była piękna, nim żołnierze zabrali Levviego podczas Poboru. Jej twarz była wtedy łagodniejsza. Ona cała była łagodniejsza. Teraz składa się wyłącznie z ostrych krawędzi i twardych kantów.
Zerkam na ojca, który przypatruje się matce tak, jak zawsze to robi, gdy sądzi, że nikt nie widzi – żywi w stosunku do niej ten znużony rodzaj miłości, podobnie jak w stosunku do nas. Czasami wydaje się mały. Nie dlatego, że jest drobnym mężczyzną: to bardzo postawny człowiek, wyższy o głowę od większości mężczyzn z wioski, o plecach, rękach i nogach umięśnionych na skutek życia wypełnionego ciężką fizyczną pracą. Ale jego pewność siebie dawno temu została zmiażdżona, a ojciec chodzi z ugiętym karkiem. To pomogło mu przeżyć w faraengardzkich kopalniach, kiedy służył podczas Poboru.
Patrzy na mnie i Seba i kręci głową w milczącym zakazie. Nie. Nie stawiajcie się. Nie podnoście głosu. Niczego nie kwestionujcie.
Czuję wściekłość, kłębiącą się zawsze niebezpiecznie blisko powierzchni, odwracam się więc na pięcie i zaczynam ścinać kolejny rząd. Z całej siły zamachuję się kosą, żeby się wyżyć na pszenicy, ale moja ręka zatrzymuje się o włos od rozkołysanych łodyg. Mogłabym przysiąc, że usłyszałam rżenie, ale my nie mamy przecież koni. Podobnie jak inni chłopi. Mrużąc oczy, patrzę na północ, gdzie wąska gruntowa ścieżka spotyka się z głównym brukowanym traktem prowadzącym do Królestwa Faraengardu. Serce zaczyna dudnić mi w piersi. O najsłodsza Serephelle, tylko nie to. Zjawili się żołnierze.
– Seb – szepczę, ale bezradność, z jaką wypowiadam jego imię, sprawia, że uderza ono w nasze pole niczym piorun.
Wszyscy zamierają. Ojciec nieruchomieje z uniesioną kosą. Matka rzuca snop związanej pszenicy i wydobywa z głębi siebie jęk rozpaczy. Pałąk wiadra wysuwa się z dłoni Leo, a woda szybko wsiąka w ziemię.
Seb staje znów obok mnie. Oboje wpatrujemy się nieruchomym wzrokiem w horyzont.
– Nic nie widzę, Leino – oznajmia spokojnym głosem.
Zaciskam dłonie na kosie.
– Są niedaleko.
Jęk matki zamienia się w zawodzenie. Zbiera swoje spódnice i rusza do nas biegiem.
– Uciekaj, Seb! Jeszcze cię nie widzieli. Możesz się ukryć w lesie. Dobrze go znasz! – Wymachuje gwałtownie rękami i napiera na jego pierś. – Uciekaj! Straciłam już jednego syna. Nie mogę stracić drugiego. Uciekaj!
Wrzeszczy i popycha go z całej siły. Seb ma dopiero dziewiętnaście lat, ale wdał się w ojca i już jest zwalisty niczym góra. Ani drgnie. Unosi dłonie, żeby ją przytrzymać. Unieruchamia ją z zaskakującą delikatnością jak na kogoś swojej postury. Nigdy nie pojmę, skąd czerpie ten wewnętrzny spokój.
Pochyla się i całuje ją w czoło.
– Wiesz, że nie mogę.
Nie zrobi tego. Seb nigdy by nie pozwolił, żeby spotkała nas przez niego kara. Każde z nas po kolei zostałoby powieszone na środku wioski, aby umrzeć z pragnienia lub z zimna, zależnie od tego, co nastąpiłoby w pierwszej kolejności. Żołnierze zlikwidowaliby całą naszą rodzinę, a potem wzięliby się za każdego mężczyznę, każdą kobietę i każde dziecko w wiosce, dopóki Seb nie oddałby się w ich ręce.
Wargi małego Leo zaczynają drżeć. On tego nie rozumie. Ale ja też nie rozumiem okrucieństwa Poboru. Żołnierze zabierają wszystkich chłopców przed osiągnięciem dojrzałości i zmuszają ich do pracy w faraengardzkich kopalniach. Niektórzy, jak ojciec, wracają do wioski pięć lat później. Odmienieni, zmaltretowani i złamani – ale przynajmniej są w domu. Inni, jak nasz starszy brat i mój miły, umierają w kopalniach, a ich kości gniją gdzieś w trzewiach ziemi.
Królestwo Faraengardu powtarza nam, że to dług, który musimy spłacać za ochronę, jaką nam zapewniają przed wielkim złem. „Przed Kher’zennami”, szepczą cicho ludzie, jakby zbyt głośne wypowiedzenie imienia demonów śmierci zza Morza Ebonmere mogło przywołać je na próg naszych domów.
Odwracam znów wzrok w kierunku horyzontu, skąd zbliża się powoli czterech jeźdźców. Podejrzewam, że wszyscy już ich dostrzegli, ale ja widzę szczegółowo dwóch wojowników z mieczem i dwóch łuczników, nawet z tej odległości. Mężczyzna na przedzie uśmiecha się pod nosem, jakby zawczasu się cieszył z tego, że nas rozdzieli. W pochwie u boku ma schowany miecz, ale mój wzrok przykuwa trzymana przez niego tarcza. Widnieje na niej królewski herb Faraengardu. Faravar – jeden z boskich uskrzydlonych rumaków bitewnych, których dosiadają wojownicy zwani Altorami, staje dęba między dwoma skrzyżowanymi na górze lancami. Znów gorzeje we mnie ta rozżarzona wściekłość.
Ojciec pochyla się i szepcze coś do ucha Leo, który rusza pędem do domu. Schowa się pod łóżkiem, tak jak został nauczony. Ojciec sięgał po rózgę tylko wtedy, gdy nie udało nam się dobiec wystarczająco szybko do wyznaczonej kryjówki.
Tata podchodzi teraz do mnie.
– Leino, zabierz matkę do domu i zostańcie tam z Leo.
Matka zaczyna bezradnie szlochać w pierś Seba, zaciskając pięści na jego koszuli. Tak, ojciec ma rację. Powinnam zabrać ją do domu, żeby nie musiała na to patrzeć. Żołnierze królewscy nie tolerują bezczelności.
Niemniej nie potrafię oderwać wzroku od zbliżających się jeźdźców. „Zagrożenie”, mówi we mnie jakiś głos.
– Leina! – krzyczy ojciec i aż podskakuję. To do niego bardzo niepodobne, żeby podnosić głos. – Rusz się, Leino!
Tak, muszę pomóc matce. Zostanie ranna, jeśli będzie tu w czasie, kiedy żołnierze będą zabierać Seba.
Brat posyła mi łagodny uśmiech.
– Wszystko w porządku, Leino. – Próbuje przekazać mi matkę, ale trudno mu ją od siebie oderwać.
Stoję jak zamurowana. Seb parska ponurym śmiechem.
– Pomóż mi – prosi i kiwa głową w kierunku mojej dłoni. – I przestań ściskać kosę z takim zacięciem. W niczym nam to nie pomoże, jeżeli pomyślą, że trzymasz broń.
Spuszczam wzrok na kosę. Jest tak długa jak ja, z klingą, którą własnoręcznie ostrzyłam tak długo, aż zaczęły mi krwawić palce. Porządnie przygotowane ostrze szybciej ścina pszenicę, rozumowałam, siedząc godzinami zgarbiona nad osełką i obrabiając je starannie, aż zamieniło się w brzytwę. Ale… rozluźniam palce i okręcam drzewiec w dłoni tak, że klinga zaczyna wirować.
Broń. Zgadza się.
To klucz, który otwiera drzwi do nowej, niebezpiecznej części mojego umysłu. Ruszam z miejsca.
Ale nie w kierunku matki.
Selencjanie to ponury, uparty naród. Odpowiednio zmotywowani, dość dobrze pracują w polu, ale skarżą się na głód, jakby coś takiego miało w ogóle znaczenie dla takich kmiotków. Najlepiej zapewnić im ciągłe zajęcie, próżniactwo bowiem sprzyja niezadowoleniu. Jak się mają dzieci? Przekaż małemu Warrenowi, żeby pilnował lekcji, i ucałuj ode mnie Kaelis.
– List kapitana Vorrine’a Lance’a do żony Lastelle w roku 582 Wiecznych Wojen
– Leino! – Głos ojca nadal brzmi ponaglająco, ale teraz obniżył się do szeptu.
Żołnierze są już na tyle blisko, żeby nas usłyszeć. Tętent końskich kopyt wprawia w drżenie ziemię pod moimi stopami. Na ten dźwięk selencjańscy chłopi rozpierzchają się w poszukiwaniu schronienia: domu, obory, lasu, beli siana. Ale teraz to nie strach mnie napędza. Drżenie ziemi budzi we mnie coś potężnego. Jestem niemal… podniecona? To nie może być prawda, a jednak wciąż posuwam się naprzód.
Czas jakby staje w miejscu, mimo że ja nadal idę i zatrzymuję się przed moją rodziną. Matka ucichła i patrzy na mnie z rozdziawionymi ustami. Czuję bijący od niej strach, który pozostawia na moim języku zgniły posmak. Kwaśny i lepki, jakbym zjadła zepsuty pomidor.
Ojciec i Seb idą w moim kierunku. Emanują z nich złość, dezorientacja i strach. Złość jest pikantna, dezorientacja ma metaliczny posmak. Nie odwracając się, wyrzucam w tył rękę, nakazując im, by się zatrzymali.
„Nie podchodźcie bliżej, bo stanie się wam krzywda”.
Nie mówię tych słów na głos. Tkwią w mojej głowie.
Żołnierz dowodzący grupą – kapitan, jak informują jego insygnia – mruży oczy na mój widok, ale nie tak, jakbym stanowiła jakiekolwiek zagrożenie, a jakbym była robakiem pod jego buciorem.
Jakaś odległa część mojego umysłu wie, dlaczego kapitan patrzy na mnie w ten sposób. Wyglądam jak matka. Jestem drobna. Seb mógłby dwukrotnie opleść dłoń wokół mojego nadgarstka i bez trudu go złamać. Moje ciemne włosy są ostrzyżone na krótko, zgodnie z selencjańską tradycją żałobną, a twarz jest bez wątpienia oblepiona kurzem i potem. Moją jedyną broń stanowi zardzewiała kosa z drewnianym trzonkiem.
Lecz mimo to ta nowa, nieokiełznana część mojego umysłu śmieje się z kapitana i jego trzech marnych żołdaków.
Dowódca naciera na mnie, jakby zamierzał stratować mnie rumakiem o wadze dwóch tysięcy funtów i w ten sposób rozwiązać problem. W oddali słyszę przekleństwo rzucone przez Seba i dudnienie jego kroków, gdy zaczyna biec w moją stronę. Stawiam jedną stopę z tyłu, a drugą z przodu, odnajdując równowagę tak naturalnie, jakby chodziło o oddech. Nie zamierzam nigdzie się stąd ruszyć, bez względu na szarżę cholernego konia. Biorę zamach kosą, która zatrzymuje się nad moją głową.
W ostatniej chwili koń się zapiera i staje dęba. Jego kopyta muskają mi włosy. Kiedy zwierzę opada na przednie nogi, moje ostrze niemal dotyka jego czoła. Wszyscy dyszą ciężko, nawet masywny rumak. Wszyscy oprócz mnie.
Nigdy nie byłam równie spokojna.
Seb staje po mojej prawej stronie, ojciec po lewej. Matka jest za mną. Kładzie dłoń na moim ramieniu, starając się pociągnąć moją rękę w dół.
Seb unosi rękę, chcąc zwrócić na siebie uwagę żołnierza, ale kapitan nie zaszczyca go nawet spojrzeniem. Cały czas patrzy mi prosto w oczy. Wznosi swój miecz, podczas gdy dwóch łuczników za nim naciąga cięciwy.
– Powinnaś uklęknąć, dziewko. Nie wiesz, jaka jest kara za znieważenie królewskich żołnierzy?
Moja matka znów płacze i pochlipuje:
– Ona nie chciała. Ona nie…
Nie wolno nam jednak odzywać się do żołnierzy bez pozwolenia. Kapitan daje znak uniesioną dłonią i matka zostaje natychmiast uciszona. Strzała przecina ze świstem powietrze i trafia ją w czoło.
„Nie! Bogowie, nie!” Chcę paść na kolana, przytulić ją i przyjąć na siebie karę za to, że jej to zrobiłam. Ale zamiast tego oczy zasnuwa mi czerwień, a zdruzgotana część mojej osoby cichnie, jakbym słuchała jej spod wody.
Zaczynam młócić kosą tak, jakby była przedłużeniem mojej ręki, bo właściwie jest. Stała się częścią mnie, zespoiła się z moją dłonią na skutek ciepła lub czegoś jeszcze innego. Jakiejś magii. W ciągu kilku sekund zrzucam kapitana z siodła. Krew tryska z rozpłatanego gardła, podczas gdy on wpatruje się we mnie ze zgrozą.
Rozlega się ryk. Odwracam głowę i widzę, że ojciec szarżuje na łucznika, który zastrzelił matkę. Mężczyzna, który celował już we mnie, odwraca się na dźwięk nieludzkiego wrzasku wydawanego przez mojego ojca i wypuszcza strzałę w jego kierunku. Zaraz za nią mknie kolejna, bo drugi żołnierz reaguje na nowe zagrożenie. To jednak nie powstrzymuje mojego ojca. Dociera do pierwszego strzelca i wyszarpuje go z siodła. Przebija zszokowanego łucznika jedną z jego własnych strzał, a potem osuwa się na kolana z dwoma bełtami sterczącymi z piersi. Jego upadek wprawia w drżenie ziemię pod moimi stopami.
Ból znów zaczyna narastać, jego fala za chwilę pochłonie mnie w całości. Nagle jeden z żołnierzy bierze zamach swoim masywnym mieczem, chcąc przerąbać mnie na pół. Jestem jednak szybka i głownia przecina wyłącznie powietrze. Znajduję się w ciągłym ruchu, czując w ciele pomruk bitewnego rytmu. Zamach, obrót, unik. Uderzam kosą w sam środek piersi szermierza. Klinga nie jest wystarczająco ostra, żeby przebić zbroję, ale siła ciosu wysadza go z siodła. Mężczyzna zwala się na ziemię w kakofonii brzęczącego metalu.
Pozostały przy życiu łucznik celuje i strzela, ale jakimś cudem udaje mi się złapać strzałę tuż przed tym, nim trafia mnie w pierś. Odwracam ją i jednym płynnym ruchem rzucam z powrotem w jego kierunku. Strzała śwista w powietrzu tak, jakbym wypuściła ją z łuku, i trafia go w oko, którego używał do celowania. Mężczyzna z wrzaskiem spada z rumaka.
Zostałam tylko ja i powalony na ziemię żołnierz z mieczem. Konie zdążyły się rozpierzchnąć i uciec przed zagrożeniem. Przede mną.
Podchodzę do żołnierza. Kosa w mojej dłoni ocieka krwią. Mężczyzna leży na plecach i patrzy na mnie, próbując odpełznąć.
– Li-li-litości – jąka się. – Litości, błagam…!
Ale ja nie mam w sobie litości. Stawiam but na jego piersi i przygniatam go do ziemi, wznosząc kosę nad głową.
– Czekaj! – Gdzieś w głębi umysłu wiem, że głos należy do Seba, ale nie mam teraz dla niego czasu. Jeszcze nie skończyłam.
On jednak przytrzymuje drżącymi dłońmi moją rękę.
– Leina, zaczekaj!
Odwracam się do niego, a zasnuwająca moje oczy czerwień zaczyna powoli znikać. Seb ma rozbiegany wzrok, wodzi oczami gwałtownie na boki. Podążam za jego spojrzeniem i wiem, że ta jatka dołączy do moich niekończących się koszmarów. Czerniejąca, podwijająca się koronka. Ogień i palone ciało. Wiecznie lekceważone krzyki rozpaczy. Kości gnijące w ziemi. Miażdżąca ciemność.
A teraz jeszcze krew wsiąkająca w ziemię.
Kosa drży w moich dłoniach, a usta się poruszają, próbując uformować słowa. „Co ja najlepszego zrobiłam?”
Żołnierz, którego przygniatam butem, chwyta mnie za nogę i próbuje się spod niej wykręcić.
Kopię go w twarz, z nosa tryska mu krew. Mężczyzna jest potwornie blady pod całą tą czerwoną posoką. Mam właśnie opuścić na niego kosę, kiedy zaczyna się jąkać, wytrzeszczając oczy.
– Nie-nie-niemożliwe. To nie jest możliwe.
Opuszczam kosę i opieram klingę na jego gardle. Nie muszę już walczyć z Sebem. Puścił mnie i stanął obok.
– Co nie jest możliwe? – Dźwięk mojego własnego głosu mnie szokuje. Słychać w nim władczość, której nigdy dotąd w nim nie było.
Ale mężczyzna kręci tylko głową i mamrocze coś, gapiąc się na mnie takim wzrokiem, jakbym była potworem.
Nie jestem pewna, co dalej zrobić. Walka przyszła mi równie naturalnie co oddychanie. Ale teraz? Co mam począć? Torturować go? Muszę zmusić go do mówienia. Być może wie, co się ze mną dzieje. Wydaje się, że ma o tym lepsze pojęcie niż ja sama.
Seb przejmuje inicjatywę i kopie mężczyznę w bok. Żołnierz wydaje z siebie syk, ale mój but przytrzymuje go nieruchomo w miejscu.
– Słyszałeś pytanie! Co jest niemożliwe?
Mężczyzna wodzi nerwowo wzrokiem między nami. Znów próbuje unieść mój but, ale on ani drgnie. Równie dobrze mógłby być ogromnym głazem na jego piersi.
– Gadaj! – nakazuję.
– Nie możesz mi zrobić nic gorszego niż… – Urywa w połowie zdania i patrzy mi prosto w oczy. – Nie możesz mi zrobić nic gorszego. – W jego oczach maluje się prawdziwy strach, ale nie przede mną. Niedopuszczalne. Rzucam kosę na ziemię. Jest za długa, zbyt bezosobowa. Wyciągam do tyłu rozchyloną dłoń. Kieruje mną wiedza, kieruje mną świadomość, która wykracza poza mnie, a jednocześnie wypływa wprost ze mnie.
Powietrze za moimi plecami przecina świst nożyc, które chwilę później lądują prosto w mojej ręce. Moje palce rozpalają się żywym ogniem, gdy zaciskam je wokół metalowej rączki. Kolejne narzędzie, które ostrzyłam tak długo, aż zaczęły mi krwawić opuszki. Kolejne przedłużenie mojej ręki.
Oczy żołnierza są rozwarte do granic możliwości. Nie spuszcza wzroku z nożyc. Odebrało mu mowę, kręci tylko głową.
Przyklękam jednym kolanem na jego piersi i przykładam nożyce do jego lewego ucha. Nachylam się i szepczę:
– Znam różne gorsze rzeczy. – Uśmiecham się brzydkim, zbolałym uśmiechem. Zgorzkniałym, jak uśmiech mojej matki. – Ostatecznie pobierałam nauki u najlepszych ludzi króla.
Trącam jego ucho nożycami i w nagrodę uzyskuję strumyczek krwi.
– A-A-Altor! – wyrzuca w końcu z siebie żołnierz. – Walczysz jak Altor.
Co on gada? Wśród Selencjan nie ma Altorów, wojowników, którzy walczą z Kher’zennami. W przeciwnym razie na pewno nie bylibyśmy prostymi chłopami, harującymi na rzecz Królestwa Faraengardu.
Seb musi być równie zdezorientowany co ja, bo znów kopie leżącego żołnierza.
– O czym ty mówisz? Altorzy są tylko w Faraengardzie – zauważa.
Mężczyzna otwiera usta, jakby chciał odpowiedzieć, ale zamiast słów wylewa się z nich zielona piana.
– Leina, zejdź z niego! Musi nam odpowiedzieć.
Seb próbuje odciągnąć mnie na bok, ale ja już sama podnoszę się z piersi żołnierza. W niczym to jednak nie pomaga. Mężczyzna drga konwulsyjnie i dławi się własną żółcią. Jego twarz robi się nienaturalnie czerwona, a oczy wyłupiaste, dłonie chwytają rozpaczliwie za gardło. Pozostaje w takiej pozycji przez potwornie długą chwilę i po raz ostatni przesuwa na mnie swój udręczony wzrok, a potem z jego uszu, nozdrzy i oczu wypełzają setki małych czarnych robaków, które pożerają go od środka.
Cofamy się z Sebem tak szybko, że omal nie przewracamy się na tyłki, ale po chwili i mężczyzna, i owady znikają.
Wpatruję się zszokowana w brata.
– Ja tego nie zrobiłam, Seb! Przysięgam, że tego nie zrobiłam! – Być może jestem przeklęta i posiadam nadnaturalną siłę oraz wyostrzone zmysły, nigdy jednak nie wyczarowałam znikąd zżerających człowieka robali.
Seb obejmuje mnie i wodzi wokół wzrokiem. To zawsze on potrafi spojrzeć na wszystko z szerszej perspektywy.
– Myślę, że to było to gorsze, Leino.
Otwieram usta. Zamykam je i znów otwieram. Próbuję się odezwać.
– Myślisz, że był… przeklęty? Albo coś? – udaje mi się wreszcie wykrztusić.
Seb patrzy szeroko rozwartymi oczami na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą leżał tamten człowiek. Na trawie nie ma nawet śladów krwi.
– Albo coś.
Zawodzący płacz gdzieś za naszymi plecami wyrywa mnie z osłupienia. Odwracamy się i widzimy Leo, który klęczy przy ciele naszej matki.
O bogowie. Jego płacz uzmysławia mi, co straciliśmy. Co zrobiłam. W moich oczach również formują się łzy, a mdłości wykręcające mi żołądek upewniają mnie, że zaraz zwymiotuję.
Seb podbiega do Leo i porywa go na ręce. Przytula go do piersi tak mocno, że boję się, że go udusi.
– S-s-s-e-e-e-b – próbuję powiedzieć, ale zaczynam szczękać zębami. Przerywam i zaciskam mocno usta, starając się pohamować grzechotanie. – Seb. Czy Leo ma jak oddychać?
– Na bogów, Leino! On nie może tego zobaczyć! – Seb obejmuje tył głowy Leo i przyciska go mocniej do swojej lnianej koszuli, jego masywna dłoń drży. Leo się wyrywa, usiłując się przedostać na dół do matki.
Próbuję pokiwać głową, ale mam wrażenie, że moja głowa jest jednocześnie zbyt ciężka i zbyt lekka.
Seb z drżeniem nabiera powietrza i zaciska mocno powieki. Kiedy znów je rozwiera, wygląda tak, jakby postarzał się o dekadę. Malujące się na jego twarzy wściekłość i ból nie pasują do dziewiętnastolatka. Wciska mi w ramiona Leo.
– Zabierz go do domu z daleka od… Do domu. Zacznij się pakować.
– Pa-pa-pakować? – Zupełnie nie panuję nad dzwoniącymi zębami, bo całe moje ciało się trzęsie. Jest mi tak zimno, że mogłabym przysiąc, że moje żyły wypełniły się lodem. Od wrzasków Leo zaraz pękną mi bębenki w uszach. Próbuję go utrzymać w panice, przerażona, że go zmiażdżę, ale najwyraźniej straciłam swoją siłę. Ledwie jestem w stanie utrzymać w ramionach miotającego się kilkulatka.
– Spakuj jedzenie i wszystkie zapasy, jakie mamy. Nie możemy tu zostać.
No jasne, że nie. Przyjdą po nas – po nas wszystkich – przez to, co się tu dziś wydarzyło. Przez to, co zrobiłam. Będą nas ścigać. Ale dokąd pójdziemy? Nigdzie nie jest bezpiecznie.
– Tak mi przykro, Seb. Ja nie chciałam, ja tylko… – Co? Co ja tylko? Wcześniej nie było we mnie nic poza furią, a teraz nie ma nic poza rozmazaną chmurą rozpaczy, z której nie potrafię się wydostać.
Seb stoi z opuszczoną głową i ściska palcami grzbiet nosa tak mocno, że jego ogorzała skóra robi się biała.
– Na piekielne odmęty Lako, Leino! Nie teraz! Idź nas spakować, a ja ich pogrzebię. Przynajmniej na tyle zasługują. – Matka i ojciec. Przeze mnie musi wykopać groby i pochować naszych rodziców.
Trzęsę się od stóp w butach po dłonie, którymi przyciskam do siebie Leo. Moje kolana uderzają o siebie, choć próbuję to ukryć pod sukienką.
– Przyjdą po nas – mówię. – Może jeżeli sama oddam się w ich ręce…
– Myśl, Leino! – wrzeszczy Seb. – Nawet jeśli ktokolwiek uwierzy, że to twoje dzieło, to co się stanie z Leo po tym, jak zostaniesz stracona, a ja zesłany do pracy w kopalniach? Kto się nim zajmie, zakładając, że go nie zabiją z czystej mściwości?
Nikt. Nikt nie weźmie kolejnej gęby do wykarmienia, zwłaszcza takiej, która nie jest jeszcze zdolna do pracy.
Jego głos łagodnieje, ale tylko odrobinę.
– Nie mamy wyboru. – Już nie krzyczy, mówi jednak szorstko, jakby piasek w gardle utrudniał mu wypowiadanie słów. – Idź. Spakuj nas. Nie mamy dużo czasu. Wkrótce ktoś zacznie ich szukać.
Zniżam głos.
– A jeżeli wyślą za nami Altora?
Seb masuje się po karku i wznosi oczy do nieba, po czym znów opuszcza na mnie wzrok. Jego uśmiech jest zgorzkniały jak uśmiech matki.
– Cóż, wygląda na to, że mamy własnego. – Wskazuje na mnie.
O bogowie. Nagle wszystko zaczyna się kołysać, a pole mojego widzenia gwałtownie się kurczy. Seb wyciąga do mnie ręce. Jego twarz jest naznaczona zmarszczkami niepokoju.
Co ja najlepszego zrobiłam? To moja ostatnia myśl, nim wszystko się rozpływa, ale nie w ciemności. Zamiast tego wpadam w krąg delikatnego światła, może rzucanego przez płomień świecy. W coś, co w jakiś sposób jednocześnie mnie obejmuje i przeraża, podczas gdy świat wokół mnie znika.
Zapada ciemna noc, więc złóż główeczkę, dziecino.
Wichry znad Woalu śpiewają, cienie gdzieś giną.
Nurt rzeki porywa twe sny, me kochanie,
Lecz dusza na zawsze w Woalu zostanie.
Nie lękaj się więc ciemności, nie lękaj się nieba,
Bo Woal cię pochwyci, kiedy będzie trzeba.
– Pieśni Woalu, tradycyjna selencjańska kołysanka
Ciemność. Wszędzie. Nie otacza mnie. Jest mną. Gęsta, lepka, żywa. Pełznie po moich rękach, wsuwa się do ust.
Nie mogę oddychać. Nie mogę…
Jakiś dźwięk wyrywa się z mojego gardła, a może z samej ciemności. Ciemność wije się w mojej piersi, przeciska przez żyły, pulsuje, smakuje. Próbuję ją chwycić, ale dłonie przenikają przeze mnie.
Nagle pojawia się błysk światła. Mały i wątły w bezdennej ciemności. Świeca? Drży w oddali, pojedynczy biały płomień w morzu czerni. Potykając się, ruszam w jego kierunku. To jest świeca.
Moje ciało się myli. Przy każdym kroku słyszę chrzęst, ale czego?
Mój oddech układa się w chmurkę, która potem znika. Zimno kąsa, jest pradawne. Wyciągam rękę. Coraz bliżej. I bliżej. Światło rozmazuje się i rozlewa.
Znów pojawia się płomień. Wosk topi się i spływa po świecy jak gęste czarne krople krwi.
– Leino. – Głos. Słodki, ckliwy, zgniły. Wycieka z ciemności gdzieś za mną.
Odwracam się, a świeca znika.
– Seb! Seb! Budzi się! – Leo ni to krzyczy, ni szepcze u mojego boku, co wystarcza, żeby uruchomić wściekłe dudnienie w moich skroniach.
Mrugam zaciekle, walcząc z duszną ciemnością, a kiedy w końcu rozchylam odrobinę powieki, słońce przenika przez gęste korony drzew, pokrywając wszystko złocistymi cętkami. Las. Jesteśmy w Płaczącym Lesie.
Moje powieki znów opadają. Robię głęboki wdech przez nos, spodziewając się poczuć rześki chłód liści, próchniczą glebę, słodycz sosen. Zamiast tego czuję zapach kadzideł i wosku oraz ledwie wyczuwalną woń czegoś… starego. Próbuję wyciągnąć rękę, żeby pocieszyć Leo, ale nie mogę poruszyć żadną kończyną. Staram się ze wszystkich sił znów rozchylić powieki, pozostają jednak zasklepione. Mimo zamkniętych oczu widzę jasne światło świecy. W mojej piersi narasta panika, serce się zaciska.
Próbuję wymachiwać rękami, miotać się. Udaje mi się unieść palec.
Wreszcie, gdy znów otwieram oczy, widzę nad sobą umorusaną buzię Leo, policzki poznaczone smugami łez i wargi zaciśnięte w grymasie niepokoju. Biorę kolejny wdech i słodki zapach kadzidła znika, a zamiast niego pojawia się świeżość lasu.
To był sen.
Nie pierwszy raz miałam taki. Ale jednak. To tylko sen.
Znów mrugam i uświadamiam sobie, że leżę przytulona do Leo pod stertą narzut matki na pace furmanki. Nasz osioł zatrzymał się w Płaczącym Lesie, w którym potężne sosny zawsze wyglądają tak, jakby roniły łzy. Przezroczysta żywica spływa po pniach, nieustannie skapuje z gałęzi, bez względu na porę roku.
Promienie słońca przenikające spomiędzy gałęzi drzew odbijają się od ogromnej sterty mieczy, sztyletów i zbroi ułożonej obok mnie na wozie. Te skarby kontrastują z niewielkim stosikiem sentymentalnych przedmiotów zabranych z domu: rodzinną narzutą, nad którą matka tak się trudziła, nim zabrano Levviego, starą książką z selencjańskimi baśniami o kruszejących, sfatygowanych stronicach, dla nas jednak bezcennych, fletem ojca, na którym grywał wieczorami przy ogniu.
Kiedy Seb podchodzi do wozu, wracam boleśnie do rzeczywistości.
Matka. Ojciec. Nie żyją. Przeze mnie. Oddech więźnie mi w gardle, ale Seb kręci tylko głową, zerkając na Leo, który już wpełza mi na kolana, żeby zatopić się w moich objęciach. Zduszam szloch, ucinając go, póki jest jeszcze w gardle. Pali mnie tak bardzo, że chce mi się kaszleć.
Leo ledwie może wydobyć z siebie słowa. Jego małe rączki oplatają się wokół mojej szyi, oddech się rwie.
– Bardzo się boję – kwili.
– Ciii, Leo, ciii – mruczę mu do ucha i masuję po pleckach. Jestem tak osłabiona, że ledwie się poruszam, ale z radością witam tę słabość. Od tak dawna nie przytulałam mojego braciszka. – Już dobrze. Wszystko będzie dobrze.
Wcale nie jest dobrze i nie wiem, czy kiedykolwiek będzie. To pusty frazes na potrzeby małego dziecka, ale nic innego nie mogę mu zaoferować. Mimo to w ciągu kilku minut Leo zasypia zmęczony płaczem i wiotczeje w moich ramionach. Tylko czkawka co jakiś czas zakłóca jego spokojny oddech.
– Dzięki bogom – mówi Seb z ciężkim znużeniem w głosie. – Niewiele spał.
Kładę Leo na stercie koców i nakrywam go pod samą brodę ulubioną narzutą matki – jedną z najbardziej miękkich, na której wzdłuż obszycia maszerują żołnierze, a na środku czarny faravar staje dęba. Tej nie zrobiła sama. Jest w naszej rodzinie od pokoleń.
Przesuwam pojedynczy palec wzdłuż obszycia z żołnierzami. W Selencji nie ma żołnierzy od zgoła tysiąca lat – od kiedy Kher’zenni po raz pierwszy zaatakowali kontynent Aesgroth i uzależnili nasze przetrwanie od Faraengardu. Od kiedy rozpoczęły się Wieczne Wojny.
Podnoszę wzrok i widzę, że Seb przywiązał osła do solidnego dębu i wraca z bukłakiem wody.
– Proszę. – Podaje mi skórzany worek. – Musisz się napić.
Opróżniam naczynie jednym zdesperowanym haustem.
– Nie mogę uwierzyć, jak bardzo chce mi się pić.
Podaję mu bukłak i ocieram dłonią usta, a potem wysiadam z wozu, żeby rozprostować nogi. Każdy mięsień się skarży, że zmuszam go do ruchu. Coś strzela mi w kręgosłupie, gdy się prostuję.
Seb chrząka.
– A ja mogę. – Wskazuje na mnie. – Schudłaś w ciągu ostatnich dwóch dni.
Podchodzi do tobołków, które rzucił na ziemię, i zaczyna grzebać w jednym z nich, a po chwili wręcza mi garść suszonej jeleniny.
– Musisz też zjeść.
Zaraz. Co takiego?
– W ciągu ostatnich dwóch dni?
– Byłaś nieprzytomna przez dwie pełne doby.
Rozdziawiłabym usta ze zdumienia, ale zbyt szybko pożeram jeleninę. Usta Seba drgają w słabym uśmiechu.
– Widzę, że będę musiał się wybrać na polowanie znacznie szybciej, niż myślałem.
Na wzmiankę o polowaniu wpadam w panikę.
– Moja broń! Seb, spakowałeś moją broń?
Posyła mi takie spojrzenie, jakie może posłać jedynie brat: ociekające poirytowaniem, że śmiałam w niego powątpiewać, i wskazuje na stertę mieczy, sztyletów, łuków i strzał, które musiał zabrać faraengardzkim żołnierzom.
– Wziąłem wszystko.
To prawdopodobnie jedyna rzecz, którą mógł powiedzieć, żeby oderwać mnie od jedzenia. Moje spojrzenie pada na broń żołnierzy, ale panika narasta. Rozgrzebuję lśniące tarcze i miecze. Natrafiam dłonią na drewniany trzonek, a po chwili trzymam w obu rękach swoją kosę i wypuszczam z ulgą powietrze. Szukam dalej i odnajduję nożyce.
Seb wpatruje się we mnie sceptycznie.
– Wiesz co, nie jestem nawet pewny, dlaczego to tu wrzuciłem. Miecze to znacznie lepsza broń. Są zaprojektowane do walki. A to – wskazuje na moją kosę – jest narzędzie rolnicze przeznaczone do żęcia pszenicy. – Obrzuca drwiącym spojrzeniem nożyce. – Tego nawet nie skomentuję.
Wzruszam ramionami. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego ich potrzebuję. Wracam do przeżuwania jeleniny i unikam patrzenia bratu w oczy, bo ciąży mi wspomnienie żołnierzy i naszych rodziców.
Ale on wie. Seb zawsze wie.
Chrząka, lecz głos i tak mu się łamie.
– Cieszę się, że stawiłaś opór, Leino. Wiem, że tuż po walce byłem oschły… – Urywa, a ja walczę ze wzbierającym potokiem łez. – Wiem, że byłem wobec ciebie oschły. Ale cieszę się, że stawiłaś opór.
Prawie się przewracam obok jakiejś kłody. Śmieję się, ale śmiech jest wymuszony.
– Jestem pewna, że matka i ojciec w pełni podzielają twoje odczucia.
– Wiem, że mówisz sarkastycznie – odpowiada, wbijając wzrok w ziemię. – Ale ja sądzę, że naprawdę byliby tego samego zdania. Teraz możemy zawalczyć o lepszą przyszłość. A tego właśnie dla nas chcieli: przyszłości.
– Zawalczyć? Przecież my o nic nie walczymy, tylko uciekamy.
Kiwa głową i bawi się nerwowo palcami.
– Chwilowo tak. Chwilowo uciekamy. Ale w końcu staniemy do walki.
Macham ręką w kierunku naszej gospodarskiej dwukółki z pogrążonym we śnie pięciolatkiem pod stertą narzut.
– A jak będziemy walczyć, Seb? Nie mamy armii, nie mamy przeszkolenia, nie mamy ludzi. Nie mamy nawet wystarczająco dużo jedzenia na jutro!
Mój brat krąży teraz przede mną ożywiony.
– Odszukamy rebeliantów – oznajmia.
Gapię się na niego, czując na kolanach ciężkie nożyce. Absurd całej sytuacji wywiera ucisk na moje żebra.
– Rebeliantów? – powtarzam, bo na pewno się przesłyszałam. – Seb, wcześniej im odmówiliśmy. Pamiętasz dlaczego.
Mój brat przystaje na chwilę wystarczająco długą, żeby wbić we mnie ostre, a jednocześnie przepełnione bólem spojrzenie.
– To było wcześniej.
– Wcześniej – powtarzam głucho. – Zanim zawisł nad nami wyrok śmierci. Zanim… – Moje gardło się zaciska, a słowa umierają niewypowiedziane.
Seb nie naciska. Kuca, opierając łokcie o kolana, i odzywa się łagodniejszym głosem:
– Zanim nie mieliśmy nic więcej do stracenia, zanim nie mieliśmy gdzie się podziać.
Wracam myślami do dnia, w którym Zyrenna Kastrel, przywódczyni rebeliantów, odnalazła nas przed żniwami, kiedy dni były jeszcze długie i złote. Zjawiła się w pojedynkę, żeby z nami porozmawiać – a w zasadzie ze mną – na temat rebelii, którą szykowała z tego, co pozostało: z wdów i osieroconych córek, bo wszyscy chłopcy zostali zabrani. Matka zaplotła fartuch wokół dłoni i zaczęła płakać, i na tym się skończyło.
Zyrenna odeszła ze znaczącym spojrzeniem, ale nie wdawała się w dyskusję.
– Dlaczego miałaby nas teraz przyjąć? – pytam. – Skoro już raz odrzuciliśmy jej propozycję?
Seb zaciska usta, a z jego twarzy bije zaciętość, której nigdy dotąd u niego nie widziałam.
– Myślę, że to dla niej nic nowego – stwierdza. – Cała jej rebelia opiera się na barkach kobiet, które wszystko straciły: mężów, ojców, synów, braci.
Spoglądam na Leo, małego i bezbronnego w obliczu świata, który nie dba o to, czy on przeżyje.
– Odnajdziemy Zyrennę. Odnajdziemy rebeliantów i staniemy do walki – oznajmia Seb z takim przekonaniem, że mam ochotę się rozpłakać.
I wreszcie – po latach tłamszenia wszystkiego w środku, po latach zaciskania zębów – rzeczywiście płaczę.
Chowam twarz w znoszonej koszuli Seba, na wysokości jego serca. Brat zaplata wokół mnie drżące ręce, a ja pozwalam łzom płynąć. Wtulam się w niego mocno i oboje dajemy niepohamowany upust naszemu cierpieniu – cichemu i nieutulonemu. Nie wiem, jak długo trwamy w takiej pozycji, wyrzucając z siebie smutek, który obejmuje znacznie więcej niż tylko śmierć rodziców.
Kiedy byliśmy dziećmi, pływaliśmy do skały na środku rzeki za naszą chatą, wystarczająco dużej, żeby pomieścić naszą piątkę. Bawiliśmy się tam i wylegiwaliśmy się na słońcu. Levvi, Seb, Alden i Irielle ścigali się na sam szczyt i skakali do wody, starając się zrobić jak największy rozbryzg albo skoczyć jak najdalej. Ale ja wolałam siedzieć na dole i patrzeć, jak rzeka przepływa ponad małymi szczelinami i pęknięciami w kamieniu.
Kiedy nie padało przez dłuższy czas i poziom wody był niski, maleńka strużka kapiąca miarowo na podstawę skały odrywała kamienne drobinki i spłukiwała je do rzeki. Po gwałtownej burzy oczywiście znów płynęłam na skałę i znajdowałam zupełnie nowe szczeliny i pęknięcia, które woda mogła dalej drążyć.
Tak wyglądało nasze życie.
Kap, kap, kap. Wieczny niedostatek pożywienia i drewna na opał – zawsze byliśmy przynajmniej trochę głodni lub trochę przemarznięci. Kap, kap, kap. Brak pozwolenia na to, by opuścić gospodarstwo, wziąć ślub bez zgody zarządcy, jeździć konno, posługiwać się bronią albo czytać książki. A potem nadchodziły burze, które odzierały cię po kawałku z samej siebie i z rodziny, aż zostawałaś bez starszego brata, twoja matka stawała się zgorzkniałą sekutnicą, a twoje marzenie o ślubie z miłości umierało pogrzebane we wnętrzu góry.
Gdy odsuwamy się od siebie, na lnianej koszuli Seba widnieją mokre plamy moich łez, a jego twarz jest pokryta czerwonymi cętkami. Trzęsącymi się rękami ociera mokre oczy, ale i tak zostają ślady łez. Domyślam się, że moja twarz wygląda podobnie.
Ściskam jego dłoń. Jego oczy są przepełnione bólem i czymś jeszcze, czego nie potrafię sprecyzować.
Grymas na ustach Seba zamienia się w pełnoprawny uśmiech, a w jego oczach i na twarzy pojawia się nagła jasność.
– Przynajmniej jesteśmy razem.
– Tak – mruczę.
Seb żyje. Leo żyje. Jesteśmy razem. Na całą resztę przyjdzie czas.
Siedzimy na ziemi oparci plecami o kłodę na tyle długo, że zapadam w drzemkę. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że wciąż jestem zmęczona, choć przecież spałam przez dwa dni i dopiero co się obudziłam. Ale teraz, kiedy w moim umyśle zapanował względny spokój, ćwiczę otwieranie tej części siebie, która znacznie wyraźniej słyszy, widzi i czuje: smaki, zapachy i faktury. Gdy otwieram ją świadomie, zamiast stopniowo tonąć w doznaniach, boli odrobinę mniej. Jest w tym nawet coś niezwykłego.
Rzeka w oddali obmywa z bulgotem gładką skałę. Zapewne podążamy wzdłuż Eleris. Żaba kumka i wskakuje do wody. Liście szeleszczą na wietrze, niektóre odrywają się od gałęzi i opadają na ziemię, lądując z delikatnym chrobotem. Już zmierzcha i gdzieś daleko budzi się sowa, która zaczyna pohukiwać. Świerszcze się poruszają i wygrywają kolejną melodię. Leo pochrapuje cicho na wozie. Nawet z zamkniętymi oczami wiem, że światło przygasa. Ostatnie promienie słońca całują moje policzki, mimo że chłód zmroku już wnika porami do mojego ciała.
Jest tak spokojnie, dopóki… tam.
Wyczuwam zapach innego człowieka – sól i cynamon, powleczone piżmem porządnie wygarbowanej skóry.
Rozwieram szeroko oczy, ale oprócz tego się nie poruszam. Jeszcze nie. Bez pośpiechu wysuwam dłoń z uścisku Seba i niby od niechcenia unoszę głowę, żeby się rozejrzeć. Wydaje mi się, że brat nie zauważył mojej wzmożonej czujności. Wypuszcza moją rękę i składa dłonie na podołku. Oczy ma otwarte i obejmuje leniwie wzrokiem urocze róże, błękity i fiolety zachodzącego słońca. Nie mówię mu. Nie chcę, by zdradziła nas jego reakcja.
Rozlega się ledwie dosłyszalne skrzypienie, a później świst.
Wyrzucam przed siebie dłoń i łapię w powietrzu strzałę. Grot rozdziera kawałek lnianej tuniki Seba, ale nie widzę krwi, jedynie małą, gładką dziurkę w jego koszuli tuż nad sercem. Przestraszony Seb rozmasowuje dłonią pierś. Złapałam strzałę, zanim przebiła skórę.
Podnoszę się z bełtem w prawej dłoni i kosą w lewej. Robię kilka kroków naprzód, żeby stanąć przed Leo. Seb biegnie do stojącego za mną wozu i chwyta za miecz.
Teraz po raz pierwszy dają się słyszeć szelest liści i trzask gałązek pękających pod butami, bo ten, kto próbował zabić mojego brata, rezygnuje z ostrożności. Gdy tylko wychodzi zza masywnego dębu, rzucam strzałę. Leci jak należy, spodziewam się więc, że ugodzi obcego prosto w serce. Ale on odbija ją w bok i strzała z głośnym trzaskiem trafia w pobliski pień.
Następnie mężczyzna opiera się swobodnie ramieniem o to samo drzewo.
Ma na sobie prostą skórzaną kamizelkę i spodnie zamiast pełnej metalowej zbroi żołnierzy z Faraengardu. Jest wysoki jak Seb, ale na tym kończą się podobieństwa między nimi. Obcy jest szczuplejszy i bardziej atletycznie zbudowany, a w jego posturze jest lekkość, która zwiastuje szybkość. Jasne włosy ma ściągnięte z tyłu głowy w kucyk, a nieco ciemniejsza broda pokrywa większą część jego twarzy, nadając niebieskim oczom jeszcze bardziej uderzający wygląd. Nie są błękitne jak letni dzień, lecz mają głęboki, ciemny odcień nocnego nieba otulającego gwiazdy. Od czoła przez prawą powiekę biegnie blizna, która niknie w głębi zarostu. Mężczyzna trzyma w jednej dłoni łuk, na plecach ma kołczan pełen czarnych strzał. Do kamizelki ma przytroczony rząd czarnych sztyletów, a w pochwie przy biodrze spoczywa czarny miecz.
Zaciskam mocniej dłoń na kosie i rozstawiam szerzej nogi.
– Odejdź stąd. Natychmiast.
Mężczyzna parska śmiechem, donośnym i rozbawionym.
– Uwierz, bardzo bym chciał. Ale wysłano mnie, abym wytropił parę rebeliantów. Rozkaz królewski i te sprawy. Jestem Ryot, Altor z Eskadry Stormriven. – Kłania się szyderczo, a potem porusza brwią. – A ty?
Rebelianci. Królewski rozkaz. Altor.
Urzeczywistnia się mój największy koszmar.
– Wal się – warczę w odpowiedzi.
Na jego wargi wypływa powolny uśmiech.
– W porządku, Wal Się. Mam misję, aby doprowadzić cię do Synodu. Nie chcę nikomu zrobić krzywdy. – Unosi obie dłonie, jakby się poddawał. To jawna drwina. Mężczyzna całym sobą emanuje pewnością siebie i poczuciem kontroli.
Nie potrafię pohamować szyderczego parsknięcia.
– To znaczy poza moim bratem, którego próbowałeś zabić?
– Miałem za zadanie dokonać egzekucji mężczyzny z Selencji, który niesprowokowany wymordował oddział faraengardzkich żołnierzy. – Zerka na Seba, a następnie na Leo, który jakimś cudem nadal śpi. – Ale nie widzę tu żadnego mężczyzny, jedynie dwóch chłopców.
– Znakomicie – odpowiadam. – W takim razie możesz sobie iść.
Jego wzrok powraca z namysłem do mnie.
– Nie mogę. Obecność Altora wszystko zmienia. Król nie jest tu już najwyższym autorytetem i jego rozkazy tracą ważność. Mam obowiązek zabrać cię do Synodu, gdzie archontowie zadecydują o twoim dalszym losie.
Seb wypuszcza z sykiem powietrze.
– Po moim trupie – warczy.
Ryot nie sili się na odpowiedź.
– A moi bracia? – pytam.
Altor macha lekceważąco dłonią, nie poświęcając Sebowi nawet jednego spojrzenia.
– Mogą tu zostać. Przecież od razu widać, że to ty zabiłaś tamtych żołnierzy.
– Nie będzie miał kto ich tu chronić. Są bezbronni – tłumaczę.
– To nie mój problem – stwierdza tylko, bez zbędnej złośliwości, po prostu szczerze. Jest gotów ich tu zostawić bez najmniejszych wyrzutów sumienia mimo niezliczonych niebezpieczeństw, które czyhają na nich ze strony zarówno ludzi, jak i zwierząt oraz samej natury.
Nie. Unoszę kosę nad głową.
– W takim razie musisz sam po mnie przyjść, draniu.
Altorzy są wybrańcami bogów – pobłogosławionymi u progu dojrzałości siłą wykraczającą poza ludzkie możliwości. Wyostrzonymi zmysłami. Szybszym refleksem. Darem wyczuwania serca innych. Nikt nie wie, w jaki sposób dokonuje się ich wybór, wiadomo jedynie, że raz zawezwani, pozostają na zawsze w służbie Wiecznych Wojen i pilnują granicy ciemności rozciągającej się za Morzem Ebonmere.
– Annały Uskrzydlonych, tekst kanoniczny przechowywany w Sali Kontemplacyjnej w Synodzie
Ryot uśmiecha się pod nosem.
– Z przyjemnością, Wal Się.
Porusza się tak szybko, że ledwie go widzę. Opuszczam z całej siły kosę, ale on już zdążył zrobić unik w bok. Chwyta opadający trzonek i okręca się wokół własnej osi, a ja lecę z impetem na ziemię.
Seb wydaje z siebie zduszony krzyk i rusza w naszą stronę.
– Nie – warczę, bez patrzenia wyrzucając za siebie rękę.
Ryot robi krok w tył i unosi brew. Nie ma nawet lekkiej zadyszki.
– Czy teraz jesteś gotowa ze mną iść, rebeliantko? – pyta.
Zaciskam zęby i znów się na niego rzucam z ostrzem kosy ustawionym na sztorc, ale on bez wysiłku uchyla się przed moim ciosem. W ostatniej chwili unikam zderzenia z drzewem i odwracam się do Ryota – już na mnie czeka. Przyciska mnie do pnia z taką siłą, że uchodzi ze mnie całe powietrze.
– Potrzebny ci trening – mówi. – Niewytrenowany Altor jest niebezpieczny. Wydaje ci się, że możesz obronić swoich braci przed niebezpieczeństwami czyhającymi w tym lesie? – prycha. – Nie potrafisz nawet obronić ich przed samą sobą.
Jego słowa sprawiają mi większy ból niż zderzenie z drzewem.
Przypominam sobie rękę Leo, paskudnie wykręconą. Jego wrzask. Miedzianą woń krwi naszych rodziców wsiąkającej w pole pszenicy.
Waham się.
On wykorzystuje tę krótką chwilę i skraca odległość między nami. Jego dłoń zaciska się wokół mojej i przytrzymuje ją nieruchomo na kosie. Chwilę później mężczyzna podcina mi kopniakiem nogi. Przewracam się ciężko na ziemię i z ogłuszającym trzaskiem walę głową w pień rosnącego za mną drzewa. Ból promieniuje na całą czaszkę. Kosa wysuwa się z moich palców.
Dyszę ciężko i patrzę na niego z wściekłością z wysokości leśnego runa. Mężczyzna ma surowy wyraz twarzy, ale w oczach granatowych jak burzowe niebo jest coś łagodniejszego. Bez słowa łapie mnie za rękę i podciąga. Nachyla się blisko, a jego głos muska moje ucho.
– Czy teraz jesteś gotowa ze mną iść?
Trzęsę się na całym ciele, ale nie ze strachu, lecz z furii. Udaję, że potykam się lekko i wyciągam dla równowagi jedną rękę, kiedy mnie podnosi… ale to zmyłka. Moje palce zaciskają się wokół rękojeści jednego ze sztyletów przy jego pasku. Płynnym ruchem wyszarpuję go z pochwy i przyciskam ostrze do jego gardła.
On nieruchomieje. Przez jedno uderzenie serca żadne z nas nie oddycha. Czuję pod dłonią jego naprężone ciało, składające się z napiętych mięśni i powściąganej siły. Pod ostrzem wyczuwam miarowy puls. Mój oddech jest przyspieszony i gorący, dyszę ciężko, ale moja dłoń nie drży.
Mogłabym go zabić. Powinnam to zrobić.
Ale tego nie robię.
Ryot wypuszcza powietrze. Towarzyszący temu odgłos jest delikatny, przypomina niemal szmer. Wyraża rozbawienie? Podziw?
– Dobra robota, rebeliantko – mruczy cicho.
Jego słowa spływają po mojej skórze niczym pierwsze krople deszczu przed burzą. Na bogów, nie cierpię tego, w jaki sposób moje serce na to reaguje. Przestaje bić, tylko na chwilę, ale nawet tyle wystarcza, żebym się wściekła na samą siebie.
Altor unosi dłoń – powoli i celowo – i kładzie ją na mojej, którą zaciskam wokół rękojeści sztyletu.
– Mogłabyś mnie teraz zabić – odzywa się. – Wbić ostrze trochę głębiej i zakończyć to tu i teraz. Ale tego nie zrobisz.
– Nie bądź taki pewny – szepczę.
Ani na chwilę nie spuszcza ze mnie wzroku. Wpatruje się we mnie tak, jakby czegoś szukał, czegoś kluczowego.
– Gdybyś zamierzała to zrobić, już dawno byłoby po wszystkim – stwierdza w końcu.
Przyciskam ostrze mocniej, wystarczająco, żeby przebić skórę. Z jego ust wydobywa się syk.
Dźwięk kroków dudniących na leśnym poszyciu odwraca moją uwagę. Nie towarzyszy im okrzyk bitewny. Nie pojawia się żadne ostrzeżenie. Tylko szuranie suchych liści i żar czystej, lekkomyślnej wściekłości Seba, który pędzi w naszą stronę. Oboje odwracamy się w lewo. Mój brat biegnie na nas z uniesionym mieczem.
– Seb, nie! – krzyczę, okręcając się gwałtownie.
Jest bez szans. Altor mógłby go wykończyć bez mrugnięcia okiem. Ale Ryot też już nie stoi w bezruchu. Wytrąca mi sztylet z dłoni i łapie mnie za rękę.
– Stój – warczy, sama nie wiem, czy do mnie, czy do Seba.
Kiedy jednak próbuję wyszarpać się z jego uścisku, bo rozpaczliwie chcę dobiec do brata, on przytrzymuje mnie mocniej. Rozlega się cichy trzask i mój bark eksploduje bólem.
Wrzeszczę – urywanym, instynktownym krzykiem – a Ryot klnie pod nosem i odpycha mnie w bok. Padam na ziemię, ramię jest bezużyteczne, ból zasnuwa mi wzrok. Uderzam policzkiem w runo, między zębami chrzęści mi ziemia.
Sztylet zniknął wraz z wszelkimi pozorami panowania nad sytuacją. Wylądowałam jednak niedaleko kosy. Macam sprawną ręką ziemię, aż moje palce zaplatają się mocno wokół wyślizganego drewna. Przyciągam kosę bliżej i się podnoszę. Uszkodzone ramię krzyczy przy każdym oddechu.
Ale się spóźniłam. Ryot zdążył już owinąć rękę wokół szyi Seba i przycisnąć czarny czubek jednego ze swoich sztyletów do odsłoniętego gardła mojego brata. Miecz leży na ziemi u jego stóp, a na klindze nie ma ani jednej kropli krwi.
– Im dłużej tu jestem, im dłużej ty tu jesteś, tym większe prawdopodobieństwo, że twoi bracia zginą – odzywa się do mnie Ryot. Jego głos jest spokojny, zbyt spokojny, jakby rozmawiał o pogodzie przy herbatce i ciasteczkach, a nie groził jedynym osobom, które pozostały mi na tym świecie. – Im szybciej się poddasz, tym mniejsza szansa, że komuś stanie się krzywda.
Nie mogę oddychać. Nie mogę myśleć. Kolana się pode mną uginają i dużo mnie kosztuje, żeby stać prosto, a nie rzucić się przed siebie i popełnić błąd, którego przypuszczalnie nie przeżyję. Błąd, którego moi bracia na pewno nie przeżyją.
– Powinnam była cię zabić – mówię z trudem. Ledwie rozpoznaję swój głos.
– To prawda – przyznaje Ryot.
Widok sztyletu przy gardle Seba to dla mnie za dużo.
– Pójdę z tobą – oświadczam. – Nie będę się stawiać, jeśli przyrzekniesz, że Sebowi i Leo nie stanie się krzywda.
– Nie rób tego, Leino – prosi Seb, patrząc mi z determinacją w oczy. Próbuje pokręcić głową, ale czubek sztyletu znajduje się za blisko i nawet ten nieznaczny ruch sprawia, że przebija mu skórę. Po jego szyi spływa pojedyncza kropla krwi. Ostrzeżenie.
– Nie mogę przyrzec, że nie stanie im się krzywda, ale przyrzekam, że ja im jej nie wyrządzę – odpowiada Ryot.
– To za mało – warczę. – Przyrzeknij, że inni Altorzy też nie wyrządzą im krzywdy. Że nie będziesz pomagał w ich pochwyceniu. Że nie zdradzisz nikomu, gdzie nas znalazłeś.
Nie wiem, ile tak naprawdę mogę w tej sytuacji negocjować, ale on zdaje się brać moje żądania pod rozwagę. Nie odpowiada od razu. Przesuwa wzrok, ale nie na mnie, tylko na Leo, który wciąż leży zwinięty w kłębek pod kocami na wozie. Jego spojrzenie ląduje na narzucie, którą go opatuliłam, tej z haftem przedstawiającym uskrzydloną sylwetkę faravara, wykonanym wypłowiałymi czarnymi i złotymi nićmi. Ryot przechyla lekko głowę, przyglądając się mu.
– Nie będę pomagał w żaden sposób w ich pochwyceniu – oznajmia. – To najbardziej zgodna z prawdą obietnica, jaką mogę złożyć.
Odwracam głowę do Seba, bo muszę zweryfikować autentyczność tej przysięgi. Mój brat patrzy mi w oczy i kiwa leciutko głową. Ryot nie kłamie.
Zalewa mnie tak wielka ulga, że aż kręci mi się w głowie i omal się nie przewracam. Przysięga złożona przez tego nieznajomego to niezbyt wiele, ale być może tyle moim braciom wystarczy. Rzucam kosę, a Ryot opuszcza sztylet i odpycha od siebie Seba, przez co ten ląduje na kolanach.
– Leino – mruczy Seb, a ból w jego głosie napawa mnie rozpaczą.
– Bardzo mi przykro – szepczę w odpowiedzi.
Ryot pochyla się i podnosi z ziemi moją kosę. Jego ruchy są ostrożne, ale nie widać w nich już szyderstwa. Na ustach nie ma złośliwego uśmiechu.
– Jeśli masz jakąś inną broń, z którą jesteś zespolona, to ją przywołaj.
Zespolona? Myślę o fali ciepła, którą czuję za każdym razem, kiedy trzymam w dłoni kosę lub nożyce. Podnoszę na niego oszołomiona wzrok.
Ryot wzrusza z irytacją ramionami, czekając na moją odpowiedź.
– Możesz ją przywołać albo nie, twój wybór, ale rozstanie z bronią, z którą jesteś zespolona, nawet niewielką, jest bolesne.
Po moim policzku spływa pojedyncza łza, a z ust wymyka się mimowolne parsknięcie.
– Naprawdę myślisz, że zaboli mnie rozłąka z nożycami ogrodowymi? Bolesne jest pogrzebanie własnych rodziców: bezbronnych rolników zarżniętych przez waszych żołnierzy. Bolesne jest porzucenie moich braci, gdy wiem, że będą musieli walczyć o życie. – Rozciągam usta w sztucznym uśmiechu. – Ale strata nożyc ogrodniczych? To drobnostka.
Zapada chwila ciszy, podczas której Ryot przygląda się mi uważnie, po czym sam podnosi nożyce z ziemi. Wsadza je sobie za pasek i podchodzi do mnie. Łapie mnie za zdrową rękę i zaczyna prowadzić w kierunku drzew.
– Czekaj! – wołam, szarpiąc na tyle mocno, na ile zostało mi siły. – Chcę się pożegnać. Z Leo. Z Sebem. To moja rodzina! Nie mogę ich tak po prostu tu zostawić!
Ryot zerka przez ramię na Leo opatulonego kocami.
– Zaufaj mi, wolisz, żeby twoi bracia nie stanowili części twojego świata. Ten świat – zatacza ręką po lesie – ten tutaj, pełen pięknych drzew i delikatnego, gasnącego światła? Na lepszy nie mają co liczyć. Zostaw ich tu.
Odnajduje znów mój wzrok i przez ułamek sekundy coś w jego oczach sprawia, że moje serce gubi rytm. Żal? Ostrzeżenie? Zimna ostateczność w jego głosie odbiera mi dech, ale tym razem się nie opieram, kiedy ciągnie mnie naprzód.
Z gardła Seba wydobywa się zdławiony krzyk, który muszę uznać za pożegnanie.
Idę za Ryotem, potykając się i czując w oczach piekące łzy, które następnie spływają po policzkach. Rozmazują postać mojego brata, a po chwili między nami wyrastają drzewa i las pochłania go w całości.
A ja pozostaję sama z mężczyzną, którego powinnam była zabić.
Altor nie ma żadnych zobowiązań wobec dawnego życia. Nie jest związany z rodziną ani z nazwiskiem. Nie jest związany żadną przysięgą poza ślubem wierności Wiecznym Wojnom. Lojalność wobec żywych oznacza słabość, lojalność wobec sprawy oznacza przetrwanie.
– Annały Uskrzydlonych, tekst kanoniczny przechowywany w Sali Kontemplacyjnej w Synodzie
Ryot narzuca mordercze tempo. Teraz, gdy adrenalina opadła, z trudem za nim nadążam. Mrugam szybko powiekami, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności, bo słońce całkiem już zaszło, choć Ryot najwyraźniej bez problemu widzi, dokąd idzie.
Skręcamy i gałąź chłoszcze mnie po twarzy.
– Auć! Zwolnij!
– Mała dyktatorka – mruczy Ryot pod nosem, ale zatrzymuje się i na mnie spogląda.
– Mógłbyś przynajmniej nastawić mi bark? Dzięki temu będę szybciej szła.
Patrzy na mnie spod uniesionej brwi.
– Zaatakujesz mnie, jeśli to zrobię?
Być może.
– Oczywiście, że nie.
Rechocze w odpowiedzi, a potem się odwraca i wznawia marsz przez las.
– Naprawdę trzeba cię przeszkolić. Lekcja numer jeden: nie ujawniaj swoich emocji.
Marszczę zdezorientowana brwi, myśląc o tym, że potrafię poczuć smak uczuć innych ludzi.
– Czy taką właśnie zdolność posiada Altor? Wyczuwania emocji?
Ryot chrząka, co biorę za potwierdzenie.
– A jaki jest z tego użytek?
Patrzy na mnie kątem oka i mruży oczy, jakby próbował zdecydować, czy odpowiedź na moje pytanie narazi na ryzyko jakąś ważną tajemnicę.
– W ten sposób porozumiewamy się z naszymi bestiami – odpowiada w końcu. – Nie rozmawiamy z nimi tak jak ty i ja. To coś bardziej jak… – Zatacza ręką wokół siebie, jakby mógł złapać w powietrzu potrzebne mu słowo. – To coś bardziej subtelnego od rozmowy. Ludzie i bestie potrafią wyczuwać nawzajem swoje emocje, czasem nawet intencje, choć to akurat jest znacznie trudniejsze i zajmuje wiele lat.
– Bestie? – powtarzam.
– Mhm. Każdy Altor ma swoją bestię: swojego faravara.
Ach. Uskrzydlone konie.
Wytrzeszczam oczy i rozglądam się wokół, jakby za jakimś drzewem mógł się czaić uskrzydlony koń.
– Gdzie jest twój faravar?
Brak odpowiedzi. No dobra.
– A dlaczego ja nie wiem, co ty czujesz? – pytam.
– Bo tworzę blokadę.
– Blokadę?
– Stawiam tarczę wokół mojego umysłu. Uniemożliwia ona wszystkim poza moją bestią dostęp do mojej głowy. – Znów patrzy na mnie z ukosa. – To jedna z wielu rzeczy, których musisz się nauczyć.
– Czego jeszcze muszę się nauczyć? – Ostatnie sześć lat upłynęło mi w strachu przed tym, czego nie rozumiałam. Możliwość uzyskania wyjaśnień niemal sprawia, że warto było dać się pojmać. Niemal.
Ale on mnie ignoruje. Dupek.
– Czyli idziemy na piechotę aż do Faraengardu? – pytam z przekąsem, żeby zamaskować to, jak strasznie się wlokę. Głowa pulsuje mi bólem w miejscu, w którym przywaliłam w drzewo, brzuch boli mnie z głodu. Każdy krok wywołuje falę przeszywającego bólu w ręce. Myśl o tym, że miałabym iść stąd do Faraengardu, jest niewyobrażalna. – Nie masz chociaż zwykłego konia? – próbuję ponownie.
Ale on najwyraźniej nie ma ochoty mi odpowiadać. Jego tempo jest już mniej mordercze, w dalszym ciągu jednak trudno mi nadążyć. Nienawidzę go. Ryot chrząka w odpowiedzi, jakby mnie słyszał. I chyba w pewnym sensie słyszy.
Idziemy tak długo, że mój mózg zasnuwa się mgłą, a zmysły stają się przytępione. Nogi mam jak z waty i zaczynam się potykać o każdy najmniejszy kamień i badyl na swojej drodze. Jedyne, co utrzymuje mnie w pionie, to dłoń Ryota na mojej ręce. Znika wyostrzona świadomość wszystkiego, co mnie otacza, aż w końcu odczuwam jedynie niejasny przymus dalszego stawiania nogi za nogą.
Po marszu, który mógł równie dobrze trwać kilka minut, co kilka godzin, nagle się zatrzymujemy. Podnoszę wzrok, który wbijałam dotąd we własne stopy, i zauważam, że zostawiliśmy las za sobą. Stoimy na niedużej polanie. Ryot puszcza moją rękę i idzie dalej. Choć jeszcze kilka sekund temu dotyk jego dłoni budził we mnie odrazę, to najwidoczniej tylko dzięki niemu utrzymywałam się w pionie. Natychmiast upadam na kolana, a potem lecę na twarz i przyciskam policzek do opadłych liści.
Nareszcie. Zamykam oczy, z ulgą witając kompletną ciemność. On jednak wraca.
– E-e, rebeliantko – napomina. Chwyta mnie jedną ręką za szyję i przystawia mi do ust małą manierkę. – Jeśli stracisz przytomność, zanim się pożywisz, to nie odzyskasz jej przez kilka najbliższych dni.
Zaciskam mocno wargi, żeby nie przedostała się przez nie ani kropla.
Dostrzegam poirytowane drganie jego szczęki.
– Gdybym chciał cię zabić, zrobiłbym to znacznie sprawniej, po prostu przetrącając ci kark. Nie muszę w tym celu podawać ci trucizny.
Co prawda, to prawda. Wącham flaszkę i wciągam głęboko w płuca powietrze. Zawartość nie pachnie alkoholem, ale owocowa woń nie przypomina niczego, co znam: nie jest to woda, wino ani nawet kawa. Zapach jest słodki i cierpki jednocześnie.
– Co to jest? – mamroczę przez zaciśnięte wargi.
Ryot wzdycha przeciągle i z udręką.
– Laomai – odpowiada tylko. – Przywróci ci siły i pomoże wyzdrowieć.
Nigdy o tym nie słyszałam, ale z drugiej strony to pierwszy napotkany przeze mnie Faraengardczyk, który nie jest żołnierzem, a także pierwszy Altor, z którym kiedykolwiek miałam do czynienia, więc to pewnie nic dziwnego. Otwieram usta i biorę duży łyk.
Na języku czuję eksplozję smaku i wiem od razu, że właśnie tego potrzebuje moje ciało. Siadam prosto i chwytam manierkę obiema dłońmi, pijąc łapczywie. W ciągu dwóch minut, których potrzebuję do opróżnienia butelki, już zaczynam czuć się lepiej. Szybko wracają mi siły, a mgła zasnuwająca mózg się rozwiewa. Po kolei powracają zmysły. Oczy przyzwyczajają się do ciemności i teraz zamiast postaci majaczącej w blasku księżyca i gwiazd, widzę wyraźnie twarz Ryota. Z pozoru jest poirytowany, ale widać coś jeszcze. Jakby… namysł.
Odsuwam flaszkę od ust. Mam już na końcu języka słowo „dziękuję”, ale w tej samej chwili uświadamiam sobie, że ten pomiot Lako wytropił mnie, pobił, rozdzielił z rodziną, a teraz prowadzi mnie gdzieś, gdzie najprawdopodobniej albo zostanę stracona, albo uwięziona. Wciskam mu manierkę w ręce.
Mierzymy się w milczeniu złym wzrokiem, a ponieważ nie wiem, jak blokować swoje emocje, skupiam się zamiast tego na tym, by zarzucić go całą furią, którą tłumię w sobie. On uśmiecha się pod nosem, a potem bierze ode mnie flaszkę i zakręca ją ostrożnie, po czym wkłada do swojego tobołka. Na koniec bez ostrzeżenia wyciąga ręce i nastawia mój bark.
Syczę i łapię się za staw, ale ból już łagodnieje. Jest teraz znacznie mniej ostry, jedynie tępo ćmi.
– Ramię powinno dość szybko wydobrzeć. Sprawna rekonwalescencja to jedna z naszych mocnych stron. – Patrzy na mnie spod uniesionej brwi. – Radzę ci jednak nie próbować ucieczki. Znów mogę bez trudu wybić ci bark, a także drugi do pary, jeśli będziesz sprawiała kłopoty.
Nie zaszczycam go odpowiedzią. Zamiast tego zamykam oczy i zaczynam otwierać swoje zmysły, skoro jestem już bardziej czujna, a nie otumaniona bólem. Powracają do mnie dźwięki, zapachy i doznania. Chłodne nocne powietrze jest jak balsam dla mojej posiniaczonej, popękanej skóry. Wiatr gwiżdże wśród listowia, wokół smyrgają najróżniejsze insekty i zwierzęta. Nagle zauważam przedziwny zapach. Marszczę nos, starając się go rozpoznać, lecz niespodziewane rozeźlone parskniecie konia tuż przede mną każe mi rozewrzeć szeroko powieki. Ale wpatrująca się we mnie bestia nie jest koniem. Czy też nie jest wyłącznie koniem.
Kilka cali przed moją twarzą stoi olbrzymi uskrzydlony wierzchowiec o wydatnej piersi. W oczach tańczą mu czarne płomienie. Powietrze zdaje się poruszać przy każdym wciąganym przez niego oddechu. Ten faravar górowałby nawet nad najwyższym rumakiem bojowym. Głowa wysokiego mężczyzny nie dosięgłaby nawet do szerokiego kłębu zwierzęcia. Wszystko to jednak przestaje mieć znaczenie w momencie, w którym faravar rozpościera swoje potężne skrzydła na całą długość polany. Przesłaniają rozgwieżdżone niebo, a każde przypominające ostrze pióro ma długość męskiej ręki. Kiedy unosi skrzydła, w lesie zapada cisza. Gdy je opuszcza, poruszają się drzewa.
Dotąd widywałam faravary wyłącznie na tarczach lub herbach albo na obrazach, ale choć ich podobizny były piękne i majestatyczne, to w najmniejszym nawet stopniu nie oddawały przerażającej energii i dzikiej gotowości bitewnej. To nie jest zwierzę hodowane do pracy na roli albo w zaprzęgu. To bestia, którą bogowie stworzyli w jednym celu – do wojny.
Sam jej rozmiar budzi postrach. Ale mnie najbardziej poruszają jej oczy, kryjąca się w nich inteligencja. Za tym spojrzeniem stoi mądry umysł.
Zwierz nie mruga, kiedy patrzy, a mnie ogarnia dziwne, mrożące krew w żyłach wrażenie, że faravar mnie czyta. Nie tylko obserwuje – on wie. Jakby potrafił przeniknąć wzrokiem do tych części mnie, których nikomu nie pokazuję. Do tych, z których istnienia sama nawet nie zdaję sobie sprawy.
Podchodzi bliżej, owiewa mi włosy ciepłym oddechem… a chwilę później parska mi w twarz, jakby dokonał oceny, która nie wypadła zbyt pochlebnie.
Krew w moich żyłach tężeje, na ciało wypełza gęsia skórka. Faravar porusza się z siłą i celowością stworzenia, które wie, że jest niepowstrzymane. Po raz pierwszy od lat myślę, że być może bogowie naprawdę istnieją.
Chcę się cofnąć, oddalić choć odrobinę od zwierzęcia, z którym stoję nos w nos, ale to bezcelowe. Nie ma ucieczki przed tego rodzaju istotą. Zamiast tego patrzę jej prosto w oczy i unoszę brodę. Być może zginę w tym miejscu, ale przynajmniej umrę z godnością.
Faravar przytrzymuje mój wzrok, patrzy badawczo, a potem znów parska i robi krok w tył. Potrząsa grzywą i szeleści skrzydłami, po czym składa je równo po bokach. Następnie, unosząc cicho łeb, odwraca się do Ryota. Ich spojrzenia się spotykają. Jest coś w milczeniu między nimi – wymiana, której nie słyszę, rozmowa toczona bez użycia słów. Ta chwila trwa przez jakiś czas, aż wreszcie Ryot odwraca się do mnie.
– Nie będziemy szli na piechotę do Faraengardu – oznajmia. – Polecimy tam.
Nigdy nie dosiadałam konia, a on chce, żebym poleciała na tej gigantycznej, skrzydlatej wojennej bestii?
– Chyba sobie żartujesz.
– Ja nigdy nie żartuję – odpowiada i podciąga mnie. – Nie podchodź sama do Einarra. To gbur i drań.
Einarr rży, jakby chciał powiedzieć: „I kto to mówi”.
Robię ostrożnie krok w tył, ale wpadam na pierś Ryota. Stwierdzam, że spośród nich dwóch bestia jest straszniejsza.
Nieznacznie.
– Proszę bardzo, nie będę wchodziła mu w paradę – mruczę.
Einarr jakby rechocze, a potem zarzuca łbem i patrzy na Ryota. Wpatrują się znów w siebie intensywnie przez pełną minutę, może dłużej. Einarr kiwa głową i rży, jakby odpowiadał na pytanie.
Ryot puszcza moją rękę.
– Koniec prezentacji. Zabieraj broń. Czas na twoją pierwszą przejażdżkę.
Faravary wkroczyły do tego świata nie z powodu ludzi, lecz z powodu wojny. Kiedy faravar leci, ciemność drży.
– Pieśni nieba i cienia, zapisane na początku Wiecznej Wojny, dokłada data nieznana
Alden był zafascynowany latającymi stworzeniami.
