Po drugiej stronie morza - Daniel Moyano - ebook

Po drugiej stronie morza ebook

Daniel Moyano

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 134

Rok wydania: 1986

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Daniel Moyano

PO

DRUGIEJ STRONIE

MORZA

© Daniel Moyano, 1986

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie Kraków-Wrocław 1986

Komentarz Rajmund Kalicki

ISBN 83-08-01661-8

POTWÓR

To prawda, że się bardzo spóźniłem. Kiedy w końcu udało mi się wyrwać na parę dni i odbyć krótką podróż w głąb kraju, żeby zobaczyć zjawisko, o jakim w swoim czasie pisały wszystkie gazety, prawie nikt już nie mówił o potworze. Chciałem jechać w dniu, kiedy się pojawił, przed dwoma miesiącami, w jakiejś starej drewutni, ale nie mogłem otrzymać urlopu. Rozmawiałem z kierownikiem, lecz on tylko wyśmiał moje podniecenie i powiedział między innymi: „Widzę, że jest pan w gorącej wodzie kąpany, a nadmierny entuzjazm nie pozwala właściwie ocenić możliwości podróży. Prawdę mówiąc, nie sądzę, aby ta sprawa miała jakiekolwiek znaczenie. Wszyscy widzieliśmy w życiu rzeczy niezwykłe i zetknie się pan z nimi jeszcze nie raz. Już mój ojciec opowiadał kiedyś o podobnym zjawisku i wspominał o innym w Europie, którego świadkiem był mój dziadek. Jak pan widzi, nie jest to nic nowego. Każdy, a przynajmniej każde pokolenie, pamięta coś podobnego. A pan mówi i zachowuje się tak, jakby to było niepowtarzalne. Wydaje mi się, że trochę pan przesadza. Mógłby pan twierdzić, że cechy owego zjawiska wskazują na coś rzeczywiście niebywałego, lecz mogę pana zapewnić, że w istocie chodzi zawsze o to samo. Może i jest on taki dziwny, jak się panu wydaje, dziwniejszy od potworów widzianych przez mego ojca i dziadka, ale cała ta jego niezwykłość, jedyne zresztą, co ma, jest tylko nowym przejawem starego problemu. Zwykłem patrzeć na wszystko według z góry powziętych wyobrażeń i prawie nigdy się na tym nie zawiodłem. Oczywiście, pan widzi tylko potwora i tym samym popełnia błąd. Jeszcze się pan nauczy patrzeć na zjawiska pozornie niezwykłe, nie zmieniając własnego trybu życia. Jak pan widzi, teraz nie mogę panu dać wolnego. Bilans musi być gotowy przed końcem miesiąca. Sam pan mi przecież mówił, że wkrótce idzie na urlop. Po cóż więc ten pośpiech? Będzie się pan mógł jeszcze napatrzeć na niego do woli. Sam chciałbym toto zobaczyć, ale aż do końca roku jest to niemożliwe”.

Gazety wiele pisały o wydarzeniu przez pierwszy tydzień. Ostatnia wiadomość dotyczyła decyzji władz miejskich, które postanowiły umieścić potwora na placu, tak aby wszyscy go obejrzeli. Potem nic, zupełnie jakby potwór zdechł. Opublikowano kilka zdjęć, niektóre w miarę wyraźne, inne ciemne i zamazane. Żadna fotografia nie zaspokajała jednak w pełni mego pragnienia, by się dowiedzieć wszystkiego o potworze. Były to przeważnie zdjęcia całej postaci, a nie zbliżenia, które umożliwiłyby mi ocenę wyrazu twarzy lub blasku oczu czy też rodzaju sierści, jaka pokrywa jego ciało. Poza tym prawie na każdym ludzkie sylwetki zasłaniały część ogromnej postaci.

Kupowałem wszystkie dzienniki, czatowałem pilnie, kiedy się ukażą, i przeglądałem je, najpierw w pośpiechu, potem dokładnie. Żadnej wzmianki o potworze. Choć termin podróży był jeszcze daleki, kupiłem już trochę rzeczy: zeszyty do notatek, przyrządy miernicze, książki i aparat fotograficzny, który wręczono mi pewnego dnia, luksusowo opakowany, z instrukcją obsługi po niemiecku, jaką sam przetłumaczyłem z pomocą małego słownika i podręcznej gramatyki. Zrozumienie jej kosztowało mnie wiele trudu, ale myślałem, że każde słowo zbliża mnie do potwora, którego tak bardzo chciałem zobaczyć. Pamiętam, że spędzałem wiele nocnych godzin na lekturze wycinków ze starych czasopism z opowieściami o potworach prawdziwych i zmyślonych, i w opisie ich znajdowałem niekiedy potwierdzenie słów kierownika. Ilekroć spotykałem kogoś, kto okazywał większe zainteresowanie tą historią, nie dopuszczałem go do głosu i zalewałem potokiem własnych interpretacji, nieprawdopodobnych i zawiłych. Dawałem się nieść podnieceniu, którego nikt nie był w stanie tolerować, i dlatego mój znudzony rozmówca odchodził zwykle zakłopotany i zniechęcony. Pytałem siebie wówczas, czy możliwa jest podobna obojętność wobec czegoś równie niezwykłego. Przez miesiąc wszyscy mówili o nim, a potem nic, całkowite milczenie.

Wreszcie obwieszczono, że w jednym z kin będzie wyświetlana krótkometrażówka o „straszliwym potworze”.

Pamiętam, że chodziłem tam dwukrotnie i pytałem, kiedy to będzie, i dwukrotnie powiedziano, że „wkrótce”.

Pewnego dnia kierownik naszego działu przyłapał mnie na rysowaniu i skarcił surowo. Wziął kartkę papieru, uważnie się jej przyjrzał: był to rysunek potwora, jaki podsunęła mi moja wyobraźnia. Ponieważ wszystko wskazywało na to, że zaraz ją podrze, odważyłem się prosić, by tego nie robił. Spoglądał na kartkę z zastygłym wyrazem twarzy. Potem poruszył językiem nie otwierając ust.

Następnego dnia zaskoczyła mnie myśl, że być może wielkie bestie, morskie i lądowe, są straszliwe tylko z wyglądu, i kto wie, czy aż tak bardzo. I byłem przekonany, że nie ma w ich duszach złości, są natomiast przepełnione wielką miłością, którą mogą wyrazić jedynie rykiem. I widziałem we własnych rojeniach, jak zstępuję do morskich otchłani, zbliżam się, drżąc cały z zuchwałości i strachu, do potwora czuwającego wiecznie w swej mieszkalnej czeluści. I myślałem, że mnie zrozumie, choć nie wyzbyłem się obawy, że być może nie będę miał czasu wykazać swojej dobrej woli, bo mnie pożre. I chociaż wiedziałem, że jest to najbardziej prawdopodobne, zwalczałem w sobie lęk i z wolna podchodziłem ku niemu.

Później gazety opublikowały jeszcze jedną stosunkowo wyraźną fotografię, w wydaniu niedzielnym, na ostatniej stronie, poświęconej zwykle ilustrowanym recenzjom filmowym, wystawom i modzie. Można było dokładnie ocenić olbrzymie rozmiary potwora i jego prawie ludzką twarz. To już było coś. Pod zdjęciem widniało krótkie wyjaśnienie, że to ogromne cielsko zaczęło twardnieć, kostnieć, a poniżej wszystko, co już było wiadomo o położeniu i kształcie języka umożliwiającego mu wydawanie dźwięków bez mała ludzkich. Można było również zobaczyć wyraźnie, że urosła mu długa broda. Na innej stronie gazety, poświęconej wiadomościom z kraju, podano, że władze miasteczka zdecydowały się postawić dozorcę obok owego dziwnego znaleziska, aby nikt nie mógł przeprowadzać na nim złośliwych doświadczeń. Posunięcie to wydało mi się godne pochwały. Wiadomo było, że jakiś osobnik przez dłuższy czas naigrawał się z potwora, który tylko przyglądał się natrętowi dziwnymi oczyma i ani razu nie chrząknął swym prawie ludzkim głosem, jak czynił to zawsze, gdy ktoś stał przy nim dłużej. Człowiek ten zbliżył się do potwora, po czym patrząc mu prosto w twarz, wyrwał parę włosów z brody i wbił igłę w nozdrza. Wtedy potwór plunął na mężczyznę, a ten zaczął wrzeszczeć, złorzeczyć i obrzucać go kamieniami. Kiedy zjawiła się policja, aby zapobiec dalszym wybrykom, potwór bezgłośnie obrócił swe potężne cielsko (jego ruchy były coraz wolniejsze i ociężalsze) i cicho zapłakał. Płacz był zapewne częścią jego nieartykułowanej mowy. Zaprotestowałem — następnego dnia — w gronie kolegów z banku i powiedziałem, że wystawienie potwora na środku placu na drwiny ignorantów to postępowanie nieludzkie. Stał tam jak dziwny posąg (mierzył blisko trzy metry wysokości) za niewielkim ogrodzeniem, które nie mogło stanowić żadnego zabezpieczenia. Protestowałem, jak już to powiedziałem, i broniłem potwora, a moi koledzy jeszcze raz podrwiwali ze mnie.

Po tej informacji nie ukazało się nic więcej; ani w następnym tygodniu, ani później — gazety milczały. Wyciąłem fotografię i dołączyłem ją do innych, przechowywanych w specjalnej teczce. W pewien piątek zaproszono mnie na polowanie niedaleko jakiejś mieściny, w której zamierzaliśmy potem nocować. Zgodziłem się niechętnie. Wolałem zostać w domu i uporządkować własne rzeczy oraz wycinki prasowe leżące bezładnie w teczce. Soboty mieliśmy wolne, więc wyruszyliśmy starą ciężarówką jeszcze tego samego dnia. Musiałem jechać z tyłu, na platformie, bo z przodu nie było już miejsca. Choć podróżując samotnie mogłem spokojnie oddać się rozmyślaniom, pamiętam, że byłem bardzo rozdrażniony. Powinienem był przecież jechać teraz na północ, do upragnionego celu, a tymczasem tłukłem się autem do jakiegoś dalekiego miasteczka, nieobecnego w moich planach. Samochód podążał naprzód i coraz bardziej oddalał mnie od celu. Jeśli nawet myślałem o powrocie i udawało mi się ratować ów czas nie do odratowania, nie czułem ulgi, bo i tak mieliśmy wrócić do miasta wciąż odległego od tego, co chciałem zobaczyć i zbadać. I tak chwilowe oddalenie spotęgowało we mnie świadomość dystansu, jaki zawsze będzie mnie dzielił od niego.

Zatrzymaliśmy się w domu zamieszkanym przez starsze małżeństwo z synem. Po rozmowie, która dotyczyła spraw ogólnych, nabrałem przekonania, że nic nie wiedzą o znalezisku. Byliśmy bardzo zmęczeni, więc położyliśmy się,

 

 

gdy tylko zaczęło zmierzchać. O dziesiątej miałem już dość leżenia. Myślałem o swoich fotografiach i wycinkach z gazet. Staruszkowie krzątali się w sąsiedniej izbie i mruczeli coś do siebie. Zapragnąłem nagle opowiedzieć im o potworze. Zacząłem obojętnie, żeby nie zaniepokoić ich tą niewiarygodną historią. Z wolna jednak podnosiłem głos i mówiłem tonem trudnym do zniesienia. A oni przyglądali mi się szeroko otwartymi oczyma i milczeli. Chłopak usiadł na łóżku, jakby wystraszony, powiedziałbym, -że słucha oczyma. Kiedy skończyłem, spostrzegłem, że ze wzruszenia po policzkach płyną mi łzy. Podniosłem się z ławy, na której siedziałem, i zobaczyłem, że jeden z kolegów wpatruje się we mnie surowo. Znowu położyliśmy się, ale długo nie mogłem zasnąć. Nie powiedział ani słowa, choć jego milczenie było ż pewnością formą wymówki.

Starzy byli niewątpliwie zaskoczeni. Opowiedziałem im nie tylko to, co pisano w gazetach, dodałem również wszystko, co mi przyszło do głowy. Opisałem, jak go znaleziono za stertą zmurszałych desek i strach, jaki wzbudził, gdy usłyszano jego prawie ludzkie dźwięki, opisałem twarz, gładką, bez zarostu — jedyną oprócz głosu ludzką cechę, ogromne cielsko, a także sposób, w jaki zaczął kostnieć. Wskazałem na fakt, że potwór nigdy nie je, z czego wyciągnąłem logiczny wniosek, że odżywia się samym sobą. Dodałem, że wolno pochłonie siebie i twardniejąc od zewnątrz będzie się stawał coraz bardziej pusty, aż nic z niego nie pozostanie albo uschnie jak liść. Zwróciłem uwagę na jego głos, męski i donośny, i wyobraziłem sobie, że być może potwór żyje nadzieją, że kiedyś stanie się człowiekiem, a choć wie, że jest to całkowicie niemożliwe, to podtrzymuje w sobie tę wiarę na przekór wszystkiemu. Poza tym wierzy chyba w pewien rodzaj nieśmiertelności, w swoistą niezniszczalność własnego bytu. Tego zapewne moi milczący słuchacze w pełni nie pojęli i właśnie wtedy zauważyłem, że kolega przygląda mi się, jakby chciał mnie skarcić.

Od urlopu dzielił mnie jeszcze tydzień. Nareszcie będę mógł pojechać i na własne oczy obejrzeć to zjawisko. Na próżno kupowałem gazety i tygodniki szukając nowych wiadomości. Czasami podawano, że jakiś dygnitarz odwiedził potwora i zwięźle dzielił się spostrzeżeniami. Nic poza tym. Nic o nim. Zapowiadanego filmu nigdy nie wyświetlono. Ludzie mówili już o innych sprawach. W banku zabroniono mi wspominać o tej historii: rozpraszałem uwagę personelu. W mojej teczce prawie wszystkie zeszyty były czyste, nie miałem co w nie wklejać. Zadręczałem się ludzką obojętnością. Wszyscy uznali rzecz za zakończoną i zajęli się zwykłymi sprawami. Nic się nie stało. Wydarzenia umierają już w chwili narodzin.

Zwierzęta były dla mnie czymś bardzo ważnym. Przyjaźniłem się z pewnym kaznodzieją, który zawsze miał gotową odpowiedź na wszystkie pytania o przyszłe losy świata. Zdziwiło go moje zainteresowanie i powiedział mi, że w świecie, który kiedyś nastanie, dzikie zwierzęta będą żyć w zgodzie z ludźmi, a nawet pokazał mi rysunek w pewnym piśmie, do którego prenumeraty namawiał mnie od dawna: rysunek przedstawiał półnagich mężczyzn obok dzikich bestii o potulnych spojrzeniach. Podziękowałem mu za odpowiedź i zaprenumerowałem pismo, a potem kartkowałem je co tydzień z niepokojem i szukałem artykułów o dzikich zwierzętach. Gdy znajdowałem coś interesującego, wycinałem i wklejałem do moich zeszytów.

Kiedy dowiedziałem się, że sąsiad, znany mi jedynie z widzenia, był tam, poszedłem do niego. W czasie podróży poślubnej zatrzymał się na jeden dzień w tamtym miasteczku. Niewiele mógł mi jednak powiedzieć. Gdy poszli zobaczyć ów cud, najedzeni, wykąpani i wypoczęci, znaleźli tylko dozorcę. Miejsce było mało ciekawe i zaludniało się jedynie w niedzielę. Kiedyś wszyscy spacerowali chętnie (przyjemność tania i niekłopotliwa) po placu z równie niezwykłym pomnikiem, ale już się to ludziom znudziło. Potwór był po prostu wielkim zwierzęciem, prawie zupełnie skamieniałym, nieruchomym i oczy miał zawsze zamknięte.

Mijały dnie, a gazety wciąż milczały. Nie było żadnych oficjalnych oświadczeń ani też wypowiedzi ludzi do tego upoważnionych. Potwór istniał jakby po to jedynie, żeby go oglądano. Czułem się bezradny. Co sądzą uczeni? Co mówi Kościół? Zostawią nas samych z tym potwornym zjawiskiem? Czyżby nie wiedzieli, kogo słuchać lub czym się kierować? A może każdy powinien wyjaśnić to na swój sposób? Jedna z gazet zamieściła wiadomość tylko w pierwszym dniu i na dodatek z żartobliwym komentarzem. Czasami ciszę przerywały informacje zapowiadające przyjazd jakiegoś uczonego, który miał zamiar zbadać owo zjawisko; kupowałem gazety, ale nie znajdowałem wyników badań. W tym czasie wyobrażałem sobie potwora nocą, na miejskim placu, coraz bardziej skamieniałego, z coraz dłuższą brodą. Nie poczyniono żadnych kroków, żeby uchronić go przed kaprysami pogody. Podczas deszczu dokuczała mu woda i chłód, a chociaż kamieniejące ciało udzielało, być może, pewnego schronienia, strużki wody spływające po twarzy nie pozwalały mu spać. Dozorca natomiast miał, o parę kroków od niego, wygodną drewnianą budkę ze światłem elektrycznym.

Na dzień przed moim wyjazdem dalej panował spokój. Nieszczęsna bestia mogła zdechnąć — co też najprawdopodobniej stanie się niebawem — przy obojętnym milczeniu całego świata. Na nic więc moje nadzieje, ja również zjawię się tam zupełnie bezradny, jak wszyscy. Wkrótce miałem wyjechać. Milczenie wokół tej niezwykłej sprawy było całkowite, kiedy historia miała się właściwie dla mnie dopiero rozpocząć.

Ale i ja sam zaczynałem milknąć.

Jakiś kolega z pracy, zdumiony moją nierozmownością, zapytał o coś, wiedząc z góry, że nie mogę udzielić odpowiedzi, której nikt me zna. Zapytał mnie nie dlatego, że się interesował potworem, ale raczej mną, chciał zakpić ze mnie i pośrednio z potwora, inny kolega, którego rzadko widywałem, gdyż nie pracował w naszym dziale, pozwalał sobie raz po raz na złośliwe insynuacje. Jego aluzje łączyły mnie i potwora ze wszystkim, co sobie ubzdurał.

Ja również utraciłem swój dawny zapał. Pomyślałem, że nic już nas nie może zadziwić, i pomawiałem siebie samego o egzaltację. Czułem wielką pustkę i nie miałem już chęci wyjeżdżać, lecz wszystko było przygotowane i dostałem urlop. Nadszedł wreszcie ten dzień. Zaopatrzyłem się we wszystkie potrzebne rzeczy. Kiedy wychyliłem się przez okno ruszającego wagonu, ktoś zamachał białą chusteczką. Ale nie do mnie. Podniosłem jednak rękę i pozdrowiłem niewidzialny tłum, jakbym chciał coś wyrazić.

TWARZ

Nie mówił tego nikomu, ale cały czas bał się, że pewnego dnia natknie się nagle na twarz, której nigdy nie widział i nie wyobrażał sobie, a która byłaby samą grozą, czymś, co by go mogło zniszczyć.

Gdy matka spytała go kiedyś, czego się tak boi, nie powiedział, że twarzy. Wyjaśniła mu, że trzeba przed zaśnięciem pomodlić się, a strach sam odejdzie. Nie powiedział, że to właśnie pacierz od dawna budzi w nim lęk i odmawiając go, stara się opuszczać słowa „teraz i w godzinę śmierci naszej”. Przeskakiwał je w myślach, a za to dodawał zwykle „i uwolnij nas od twarzy, amen”.

Unikał także rozglądania się, z obawy, że gdzieś tam czai się na niego twarz. Kiedy zaprowadzono go do kina, pomyślał przed wejściem, że wewnątrz, wśród tylu obcych twarzy, jest również i tamta, może nawet pojawi się na ekranie. Bawiąc się z kolegami, wyobrażał sobie, gdy stali do niego plecami, że któryś z nich odwróci się nagle i ukaże twarz, jakiej się lękał.

Wspomnienie tej twarzy ginęło w czasie. Łączył ją kolejno z żebrakiem, który zjawiał się zawsze o stałej porze z twarzą jakby osłoniętą rondem kapelusza, z domokrążcą, ze sprzedawcą obrazów, który pewnego dnia pokazywał portrety starych, poszarzałych ludzi. W każdym z tych przypadków udawało mu się po rozmaitych zabiegach zajrzeć im prosto w twarz i uwolnić od podejrzeń. Teraz nie odważał się na coś takiego i unikał wszystkiego, co mogłoby kojarzyć się z twarzą.

Żebrak przychodził raz w tygodniu, żeby się najeść. Zasiadał przy stole i czasami rozmawiał z ojcem o jakichś dawnych sprawach, o dalekim dzieciństwie w bardzo dalekim mieście. Rodzice skrupulatnie praktykowali dobroczynność, a zapraszając raz w tygodniu na obiad żebraka, zdobyli opinię ludzi miłosiernych. Żebrak rozmawiał tylko z ojcem, czasami spoglądał także na niego, jakby się chciał uśmiechnąć, choć nigdy tego nie uczynił. Zawsze nosił brodę, a zatłuszczony kapelusz kładł na kolanach. Początkowo myślał, że to jego twarz była tamtą albo podobną do niej, ale przeczył temu fakt, że patrzył na nią bez lęku: twarz była zawsze gdzieś dalej, poza jakimkolwiek wyobrażeniem.

W domu ciągle rozprawiano o sprawach ostatecznych, zwłaszcza gdy przyjeżdżali krewni i mówiło się o chorobach, operacjach i tragicznych wypadkach. Rozmowy te zamykała zwykle sentencja matki: „Trzeba się poddać losowi i ufać, że tylko Bóg może nas uratować”. Ojciec, którego widywał jedynie podczas krótkich godzin nocnych, ruchem głowy przytakiwał matce. Nie straszono go już, jak dawniej, Cyganami porywającymi dzieci, ale wszystko szczegółowo zapamiętał. Znikły tamte dziwne postacie, a przecież nad rodzinnymi rozmowami wisiało wciąż coś ostatecznego, przed czym się nikt nie mógł uchronić.

Sprawy zagmatwały się, gdy przyjechała ciocia Jovina. Uściskała ojca w korytarzu, a jego podniosła, chcąc pocałować, i wtedy zobaczył z bliska jej długi czarny strój. Potem wzdychała raz po raz: „Mój biedny mąż”, i wycierała łzy.

Ciotka Jovina nie lubiła go. Często zbliżał się do niej, gdy przesiadywała samotnie, ale ona jakby nie zauważała jego obecności i trwała obojętna, kołysząc się lekko na bujaku, który poruszała długimi nogami zakrytymi po kostki czarną spódnicą.

Ciotka stawała się rozmowna, gdy wracali rodzice. „Tyle wycierpiałam”, mówiła zwykle i znowu zamierała w fotelu. Opowiadała przeważnie o chorobie męża, o straszliwej nocy, jaką musiała spędzić u jego boku, kiedy lekarz stwierdził, że powinna się przygotować na najgorsze. „O czwartej rano wyzionął ducha”, kończyła swoją opowieść. Potem wyciągała podniszczoną chusteczkę, a jego matka powtarzała znowu, że należy się pogodzić z losem. Myślał wtedy, że być może ciotka zetknęła się z twarzą, której się tak lękał.

Ciotka Jovina zajęła mały pokoik (na wprost jego sypialni) i pokryła ściany obrazami szczególnie uwielbianych świętych. Na stoliczku nocnym stała fotografia męża, człowieka łagodnego; którego spojrzenia nigdy nie połączyłby z wizerunkiem ciotki. Zabraniano mu tam wchodzić, choć sam wcale tego nie pragnął. Wmawiał sobie, żeby się uspokoić, że właśnie to zdjęcie przedstawia tamtą twarz, wiedział jednak, że tak nie jest, że twarz gdzieś tutaj wciąż czyha na niego. Ciotka miała głos do przesady łagodny, choć wyglądała na bardzo surową. Podczas sjesty