Płatek za płatkiem - Alek Rogoziński - ebook + książka
NOWOŚĆ

Płatek za płatkiem ebook

Alek Rogoziński

4,8
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+

135 osób interesuje się tą książką

Opis

Mieszkające w pięknym podwarszawskim Piastowie rodzeństwo, Agata i Radek Walczakowie, wpada na pomysł, aby w ramach integracji z sąsiadami zaprosić ich na wspólne świętowanie Bożego Narodzenia. I kiedy wszystko już jest przygotowane: choinka przystrojona, barszcz pyrkocze w garnku, kapusta „przegryza się” z grzybami, a piernik dojrzewa w formie, pojawia się jeden niezaplanowany element: trup w wannie z karpiami.

Kto zabił nowego sąsiada Walczyków? I co zbrodnia ta ma wspólnego z ich ekscentryczną ciotką, która lata temu przeżyła w Piastowie tak traumatyczne chwile, że aż… wyrzuciła je z pamięci!

Inspektor Krzysztof Darski rozpoczyna śledztwo i szybko przekonuje się, że w zasypanej śniegiem miejscowości tylko aura jest sielska. Ludzie, niestety, nie za bardzo.

Płatek za płatkiem to kolejna komedia kryminalna Alka Rogozińskiego, autora znanego z łączenia klasycznych intryg kryminalnych z dużą porcją czarnego humoru.

UWAŻAJ NA SĄSIADÓW. MOGĄ BYĆ ZABÓJCZO NIEBEZPIECZNI!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 248

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (17 ocen)
14
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
GosiaJedrzejczyk

Nie oderwiesz się od lektury

cudowna książka . polecam .
00



Copy­ri­ght © by Alek Rogo­ziń­ski, 2026 Copy­ri­ght © for the Polish Edi­tion by Pur­ple Book Wydaw­nic­two, War­szawa 2026

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk, Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Redak­cja: Mał­go­rzata Tourgi Korekta: Joanna Bła­kita, Kry­styna Pod­le­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Maciej Szy­ma­no­wicz/Strefa oczu

Pro­jekt powstał przy pomoc­ni­czym wyko­rzy­sta­niu narzę­dzi sztucz­nej inte­li­gen­cji (AI), z zacho­wa­niem domi­nu­ją­cego wkładu twór­czego czło­wieka oraz peł­nego nad­zoru redak­cyj­nego, zgod­nie z wymo­gami roz­po­rzą­dze­nia o sztucz­nej inte­li­gen­cji (AI Act).

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-68902-02-0

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Oświadczenie

Aby tra­dy­cji stało się zadość, uro­czy­ście zapew­niam, że wszyst­kie wyda­rze­nia i postaci w niniej­szej książce wymy­śli­łem. I to w dodatku nie w zimo­wej aurze, ale przy czter­dzie­sto­stop­nio­wym upale, jaki towa­rzy­szył mi przy jej pisa­niu. A ponie­waż mój mózg wyłą­cza się auto­ma­tycz­nie, kiedy słupki rtęci szy­bują powy­żej trzy­dzie­stu stopni, to jeśli coś w tej powie­ści będzie nie tak, pamię­taj­cie, pro­szę, że pisał ją autor bez głowy. A wła­ści­wie bez jej zawar­to­ści. Co zastrze­gł­szy, życzę Wam mimo wszystko dobrej zabawy.

Alek

Postaci

Agata Wal­czyk – archi­tektka, która chciała przy­go­to­wać ide­alne święta, ale na prze­szko­dzie sta­nęli jej brat, ciotka, dwa kar­pie i trup.

Rado­sław Wal­czyk – brat Agaty, stu­dent infor­ma­tyki, prze­ko­nany, że jego krewni nadają nowego bla­sku sfor­mu­ło­wa­niu „rodzina dys­funk­cyjna”.

Euge­nia Kra­sucka – eks­cen­tryczna cio­cia Agaty i Rado­sława, cier­piąca na zanik pamięci, na szczę­ście obej­mu­jący jedy­nie kilka mie­sięcy jej życia, i do tego lata temu.

Wacława Konieczna – sąsiadka Wal­czy­ków, eme­ry­to­wana nauczy­cielka, nie­for­mal­nie spra­wu­jąca na ulicy Kry­mi­nal­nej podobną funk­cję, jaką w każ­dym sza­nu­ją­cym się przed­się­bior­stwie pełni sze­fowa kadr.

Piotr Łuczek – sąsiad Wal­czy­ków, wła­ści­ciel sklepu z mono­cy­klami, zasta­na­wia­jący się, czy nie zło­żyć w urzę­dzie mia­sta pety­cji o zmianę nazwy ulicy, na któ­rej mieszka.

Justyna Bodlew­ska – sze­fowa sklepu ezo­te­rycz­nego Czary Mary, która jako pierw­sza wyczuła, że poja­wie­nie się na ulicy Kry­mi­nal­nej nowych miesz­kań­ców nie wróży niczego dobrego.

Kinga Pilar­czyk – sym­pa­tia Rado­sława, prze­ko­nana, że łatwo będzie owi­nąć go sobie wokół palca.

Agnieszka Lasocka – pro­du­centka tele­wi­zyjna, uwa­ża­jąca się za jedyną osobę na świe­cie, która wie, co jest dobre dla jej córki.

Laura Lasocka – córka Agnieszki, wycho­wy­wana przez nią w takim stylu, jakby obie prze­by­wały w żeń­skim klasz­to­rze o zaostrzo­nej regule.

Miron Gaw­ron – han­dlo­wiec, od lat opę­tany wizją wyja­śnie­nia rodzin­nej tajem­nicy sprzed lat.

Ewe­lina Gaw­ron – żona Mirona, kom­bi­nu­jąca usil­nie, w jaki spo­sób prze­ko­nać mał­żonka, aby wresz­cie wypro­wa­dzili się z dziury na mapie, jaką jest Pia­stów, i prze­nie­śli do sto­licy, i to naj­le­piej od razu do Pałacu Kul­tury, żeby miała wszę­dzie bli­sko.

Sta­ni­sław Jan­czew­ski – były ado­ra­tor Euge­nii, nie­na­wi­dzący jej z całego serca, po tym jak go nie­gdyś prze­pę­dziła.

Ewa Jan­czew­ska – żona Sta­ni­sława, pewna, że mimo tego, co mówi jej mał­żo­nek, stara miłość w nim nie zardze­wiała.

Kamil Lubik – kum­pel Rado­sława, kom­bi­nu­jący, jak się pozbyć amanta swo­jej matki.

Nata­lia Lubik – mama Kamila, pró­bu­jąca z róż­nym efek­tem lawi­ro­wać mię­dzy synem, part­ne­rem a matką.

Marian Bra­tek – part­ner Nata­lii i dowód na to, że w życiu ni­gdy przeni­gdy nie powinno się być wścib­skim.

Ryszarda Lubik – bab­cia Kamila i mama Nata­lii, uwa­ża­jąca, że mil­cze­nie zawsze jest zło­tem, a mowa rzadko bywa sre­brem.

Wło­dzi­mierz Golonka – ksiądz, usil­nie sta­ra­jący się zna­leźć spo­sób, aby już ni­gdy wię­cej nie musieć wysłu­chi­wać spo­wie­dzi Euge­nii.

Zbi­gniew Czaj­kow­ski – pia­stow­ski poli­cjant, żywiący pre­ten­sje do miesz­kań­ców swo­jego mia­sta, że naumyśl­nie się mor­dują tylko po to, żeby on nie miał spo­koj­nych świąt.

Oraz gościn­nie:

Krzysz­tof Dar­ski – inspek­tor poli­cji, smęt­nie duma­jący, że już chyba ni­gdy nie spę­dzi bez­tro­sko Bożego Naro­dze­nia.

Prolog

23 grud­nia 1973 roku

– Do zako­cha­nia jeden krok… – zanu­ciła cicho dziew­czyna, idąca drogą cią­gnącą się tuż przy lesie, po czym zasta­no­wiła się, jakie złe opę­tało ją z rana, żeby zamiast śnie­gow­ców wło­żyć zwy­kłe trampki.

Te bowiem już były wil­gotne, a za moment pew­nie staną się mokre, w wyniku czego ona się roz­cho­ruje i to, zna­jąc jej szczę­ście, śmier­tel­nie. Takim spo­so­bem zej­dzie z tego padołu, zanim się dowie, jakie zamiary wobec niej ma ktoś, w kim się na zabój zauro­czyła. Nawet nie zauro­czyła, tylko zako­chała! I nawet, jeśli ów ktoś odwza­jem­nia jej uczu­cie, to jedy­nym, czym w tej sytu­acji będzie mógł to oka­zać, sta­nie się nie­po­ha­mo­wany szloch nad jej trumną. Szlag by to tra­fił!

A prze­cież mogła to prze­wi­dzieć, bo choć zima tego roku była raczej mokra niż śnieżna, to tego dnia śnieg wyjąt­kowo już od kilku godzin kotło­wał jak sza­lony, tem­pe­ra­tura spa­dła do zera, a do tego wiał prze­ni­kliwy wiatr. Co ją opę­tało z tymi tramp­kami?! Zaćmie­nie umy­słu, jak nic.

Dziew­czyna ciężko wes­tchnęła i się rozej­rzała. Płatki śnieżne wiro­wały dokoła niej, osia­da­jąc na gałę­ziach świer­ków. Las wyglą­dał już tak, jakby ktoś przy­krył go grubą, białą koł­drą. Nawet gru­dniowe niebo zda­wało się wta­piać w ten kra­jo­braz, a gra­nica mię­dzy zie­mią a chmu­rami nie­mal cał­ko­wi­cie się zacie­rała. Do tego prze­ni­kliwa wil­got­ność dawała wra­że­nie, że panuje więk­szy ziąb, niż wska­zy­wały ter­mo­me­try. Dziew­czyna jed­nak w jej sta­nie ducha nawet tego nie zauwa­żała.

Myślami wró­ciła do obiektu swo­ich wes­tchnień. Miał ciemną, bujną grzywę, był wysoki i wyspor­to­wany, uśmie­chał się tak, że aż prze­cho­dziły ją dresz­cze, a do tego od kilku tygo­dni czy­nił jej wyraźne awanse. Spo­tkali się nad Wisłą. Jej głu­pie kole­żanki nazwały go sta­rusz­kiem, choć był star­szy od niej zale­d­wie o sześć lat. A potem poszły gdzieś z jaki­miś smu­ta­sami z ich szkoły. On odwiózł ją do domu. Miał auto. I to jakie! Piękną, żółtą Syrenkę. Następ­nego dnia cze­kał na nią pod szkołą i zła­pał ją za dłoń, kiedy pośli­zgnęła się na scho­dach. Poda­ro­wał jej też płytę jej ulu­bio­nego zespołu Czer­wone Gitary, aż wresz­cie kilka dni temu przy­niósł poma­rań­czę, twier­dząc, że do jego rodziny przy­szła paczka od krew­nych z zagra­nicy i mają ich w bród.

Czy to coś zna­czyło? A może po pro­stu był miły? Nie­stety, potem dowie­działa się o nim cze­goś tra­gicz­nego. Chciała zerwać ich zna­jo­mość, jed­nak on tak ją pro­sił… I tyle obie­cy­wał… To jak to jest?! Kocha czy nie?

– Zwa­rio­wać można… – mruk­nęła do sie­bie, po czym wsu­nęła dłoń do kie­szeni płasz­cza i wyjęła stam­tąd biały kwiat.

Chry­zan­tema. Nie wyglą­dała już tak oka­zale jak rano, kiedy ją sobie przy­własz­czyła. Kilka płat­ków zdą­żyło przy­więd­nąć od mrozu, ale wciąż była piękna.

Dziew­czyna przyj­rzała się jej z lek­kim poczu­ciem winy.

Jesz­cze ran­kiem kwiat ten leżał na nagrobku. Wcho­dząc na cmen­tarz, chciała jedy­nie skró­cić sobie drogę, kiedy jed­nak zoba­czyła świeżo upo­rząd­ko­wany grób, na któ­rym leżały dwie nie­mal iden­tyczne chry­zan­temy, coś kazało jej się zatrzy­mać. A potem… się rozej­rzała. Wokół nie było żywej duszy.

– Nikt nie zauważy… – wyszep­tała, po czym kie­ro­wana czymś, czego sama nie potra­fiła zro­zu­mieć, przy­kuc­nęła i ostroż­nie wzięła do ręki jeden z kwia­tów, a następ­nie pozba­wiła go łodygi i scho­wała do kie­szeni.

– Bab­cia powie­dzia­łaby, że pójdę za to do pie­kła – zaśmiała się teraz. Ode­rwała pierw­szy pła­tek i szep­nęła: – Kocha…

Wiatr porwał go nie­mal natych­miast i uniósł wśród płat­ków śniegu niczym maleń­kie białe piórko.

– Nie kocha…

Drugi pła­tek opadł tuż przy jej bucie.

Ruszyła dalej, licząc bar­dziej dla zabawy niż z prze­ko­na­nia, że od wyniku tej dzie­cię­cej wyli­czanki może zale­żeć cokol­wiek waż­nego. Mimo to z każ­dym kolej­nym płat­kiem czuła, że serce bije jej odro­binę szyb­ciej.

– Kocha… Nie kocha…

Droga była pusta.

Od rana prze­je­chał tędy jeden samo­chód, a i ślady jego opon zdą­żył już nie­mal cał­ko­wi­cie zasy­pać świeży śnieg. Z komi­nów odda­lo­nych gospo­darstw uno­siły się cien­kie smugi dymu, a gdzieś daleko szczek­nął pies. Dziew­czyna uśmiech­nęła się do wła­snych myśli. Jutro Wigi­lia. Mama od rana będzie krzy­czeć na tatę, że źle ubrał cho­inkę. Ten będzie uda­wał obra­żo­nego, po czym i tak ukrad­nie z kuchni kawa­łek makowca. A ona…

– Kocha…

Las odpo­wie­dział jej prze­cią­głym skrzyp­nię­ciem gałęzi. Zatrzy­mała się i spoj­rzała mię­dzy drzewa. Przez uła­mek sekundy wyda­wało jej się, że dostrzega jakiś ruch. Prze­tarła oczy. Nic. Pew­nie sarna, lis albo zwy­czaj­nie wyobraź­nia.

– Czło­wiek prze­czyta jeden kry­mi­nał i od razu wszę­dzie widzi mor­der­ców – mruk­nęła, żeby dodać sobie odwagi, po czym wró­ciła do odli­czanki.

Kolejne płatki chry­zan­temy spa­dały na śnieg. Dziew­czyna nie zauwa­żyła nawet chwili, w któ­rej wiatr ucichł. Dopiero po kilku kro­kach dotarło do niej, że ota­cza ją cisza tak głę­boka, iż sły­szy wyłącz­nie wła­sny oddech i bicie serca. Sta­nęła. Nagle instynk­tow­nie wyczuła, że nie jest sama. Powoli odwró­ciła głowę. Droga za nią była jed­nak pusta. Śnieg padał nie­zmien­nie, z wolna zasy­pu­jąc jej ślady.

– Durna jesteś… – rze­kła cicho. – Bez­den­nie.

Spoj­rzała na kwiat. Zostały na nim już tylko trzy płatki. Ostroż­nie ode­rwała jeden z nich.

– Nie kocha… – Prze­łknęła ślinę.

Zwi­sały już tylko dwa ostat­nie. W tym ten naj­waż­niej­szy, roz­strzy­ga­jący wróżbę. Unio­sła chry­zan­temę przed oczy i przez chwilę się jej przy­glą­dała, jakby odwle­kała zakoń­cze­nie tego miło­snego rytu­ału.

– No dobrze… – szep­nęła. – Ko…

Nie dokoń­czyła. Na śniegu, tuż obok jej stóp, poja­wił się cień. Miał wyraźny zarys ludz­kiej syl­wetki i powoli wysu­wał się zza jej ple­ców. Poczuła, jak wszyst­kie mię­śnie momen­tal­nie odma­wiają jej posłu­szeń­stwa. Odwró­ciła głowę. Jej oczy roz­sze­rzyły się z prze­ra­że­nia. Krzyk roz­darł zimową ciszę. Urwał się nie­mal natych­miast.

Śnieg padał jesz­cze przez wiele godzin, cier­pli­wie przy­kry­wa­jąc drogę grubą war­stwą, jakby chciał zatrzeć ślady tego, co wyda­rzyło się tego popo­łu­dnia. Znik­nęły odci­ski butów. Biały puch powoli okrył też chry­zan­temę, ogo­ło­coną nie­mal ze wszyst­kich płat­ków.

Tylko jeden wciąż trzy­mał się łodyżki.

Był czer­wony od krwi.

Rozdział I

Pia­stów, 22 grud­nia 2026 roku

O tym, jak wielki błąd popeł­niła, kiedy posłała swo­jego młod­szego brata do sklepu, Agata Wal­czyk prze­ko­nała się, kiedy tylko ów sta­nął w progu kuchni. Popro­siła go, aby kupił jedy­nie cukier, sól, pieprz i olej, więc gdy posta­wił przed nią dwie rekla­mówki, z któ­rych jedna przez cały czas prze­ja­wiała nie­po­ko­jące ten­den­cje do ruchu, w jej gło­wie od razu naro­dziło się nie­cne podej­rze­nie, że wyka­zał się wła­sną ini­cja­tywą. A to z reguły nie ozna­czało niczego dobrego. Ponie­waż obie­rała ziem­niaki, odło­żyła nóż, wytarła szybko ręce w ścierkę i przez chwilę przy­glą­dała się bratu z miną czło­wieka, który jesz­cze nie wie, czy powi­nien zadać pyta­nie, czy może lepiej uda­wać, że niczego nie zauwa­żył.

– Można wie­dzieć, co ty tam przy­ta­cha­łeś? – zary­zy­ko­wała w końcu ostroż­nie.

– Jak to co? – zdzi­wił się Wal­czyk. – To co mi kaza­łaś! Zakupy.

– To widzę. Bar­dziej inte­re­suje mnie to, co pró­buje się z nich wydo­stać…

Radek spoj­rzał na rekla­mówkę, jakby dopiero teraz przy­po­mniał sobie o jej zawar­to­ści.

– Aaa… – mruk­nął lek­ce­wa­żąco. – No to te ryby, co chcia­łaś, żebym kupił, jeśli będą. Jak widać, były.

Agata przez chwilę patrzyła w mil­cze­niu, zasta­na­wia­jąc się, co ją opę­tało, kiedy wysłała do brata SMS-a o tre­ści: „Jakby gdzieś tam w oko wpa­dły ci kar­pie, to weź pół tuszki. Zro­bimy ulu­bione faworki ciotki”. Prze­cież wia­domo było, że ten cym­bał odczyta to nie tak, jak trzeba. Tak jak wtedy, kiedy popro­siła go o kupie­nie śmie­tany „trzy­dziestki szóstki” i dostała dwie „osiem­nastki”.

– Żywe? – upew­niła się bez cie­nia nadziei.

– No a jakie?!

– Radek – wes­tchnęła, zaglą­da­jąc na wszelki wypa­dek do rekla­mówki, w któ­rej fak­tycz­nie dusiły się dwie ryby. – Po co nam żywe kar­pie?!

– No prze­cież sama napi­sa­łaś, że na jakieś tam faworki. Nie wie­dzia­łem co prawda, że z kar­pia można coś takiego zro­bić, ale prze­cież nie będę ci się wtrą­cał w tego two­jego Master­Chefa.

– Ale ja pro­si­łam cię o pół tuszki!

– E-e… – Radek wyjął komórkę i pod­su­nął jej pod nos.

Agata ku swo­jemu zdu­mie­niu prze­czy­tała: „Jakby gdzieś tam w okno wpa­dły ci kar­pie, to weź dwie sztuki. Zro­bimy uma­jone faworki ciotki”.

„Cho­lerna auto­ko­rekta”, pomy­ślała z roz­pa­czą.

– Napi­sa­łam co innego, niż chcia­łam – jęk­nęła. – Ale prze­cież mogłeś się domy­ślić. Ni­gdy nie kupu­jemy żywych zwie­rząt!

– A ty co? – zdzi­wił się jej brat. – Joanna Kołacz­kow­ska? „Trzeba było robić wtedy, jak myśla­łam”?! – zacy­to­wał żart z jed­nego z ich ulu­bio­nych ske­czy.

– Boszzz…. – Agata wznio­sła oczy ku górze. – A możesz mi powie­dzieć, kto niby je teraz zabije? Ty?!

Radek wzru­szył ramio­nami.

– Zapo­mnij – rzekł sta­now­czo. – Nie jestem mor­dercą.

– Co tam się dzieje?! – Z salonu dobiegł głos Euge­nii Kra­suc­kiej, ich ciotki, a zara­zem współ­lo­ka­torki.

W wyniku róż­nych splo­tów oko­licz­no­ści trudno było roz­strzy­gnąć, kto korzy­sta z czy­jej gościn­no­ści. Wal­czy­ko­wie kilka mie­sięcy temu sprze­dali bowiem tę odzie­dzi­czoną po wujku posia­dłość, a jej nowy wła­ści­ciel, eks­cen­tryczny boss war­szaw­skiej agen­cji PR, a zara­zem wiel­bi­ciel Euge­nii, pozwo­lił jej tu miesz­kać jedy­nie za opła­ca­nie rachun­ków. Ciotka zaś popro­siła ich, żeby z nią zostali i nie wra­cali do swo­jego rodzin­nego Trój­mia­sta. Przy­naj­mniej przez kilka mie­sięcy.

– Radek kupił żywe kar­pie! – odkrzyk­nęła Agata.

Odziana w odzie­dzi­czony po pra­babci i pamię­ta­jący zapewne dwu­dzie­sto­le­cie mię­dzy­wo­jenne peniuar, Euge­nia poja­wiła się w przed­po­koju nie­mal natych­miast, a kiedy zoba­czyła wciąż rusza­jącą się rekla­mówkę, na jej twa­rzy odma­lo­wało się coś w rodzaju zain­te­re­so­wa­nia połą­czo­nego z nie­do­wie­rza­niem. Przy­kuc­nęła przy zaku­pach i zaj­rzała do środka.

– Ojej… – zaszcze­bio­tała rado­śnie. – Jakie śliczne! Trzeba je czym prę­dzej wło­żyć do wody, bo już i tak ledwo zipią. To okru­cień­stwo trzy­mać je w siatce! – Chwy­ciła za rekla­mówkę i szybko prze­szła do łazienki, skąd po chwili dobiegł odgłos nale­wa­nia wody do wanny.

– Świet­nie – mruk­nęła Agata. – Do tej pory za waszą sprawą było tu tylko wariat­kowo. Teraz zrobi się dom spo­koj­nej sta­ro­ści dla ryb.

Radek pospie­szył za Euge­nią. Kiedy do nich dołą­czyła, kucali przy wan­nie, wpa­tru­jąc się jak zahip­no­ty­zo­wani w jej zawar­tość.

– Który podoba ci się bar­dziej? – zapy­tał Wal­czyk. – Więk­szy czy mniej­szy?

– Więk­szy – odpo­wie­działa z prze­ko­na­niem ciotka. – Jest taki… cha­rak­terny.

– A ten drugi kul­tu­ralny – zauwa­żył Radek. – Popatrz, jak mu ład­nie scho­dzi z drogi. Dobrze wycho­wany.

Agata spoj­rzała na nich z nie­do­wie­rza­niem.

– Czy wy się zaprzy­jaź­nia­cie z naszą świą­teczną kola­cją? – zapy­tała powoli.

– Nie prze­sa­dzaj – mruk­nęła ciotka. – To tylko ryby.

– Przed chwilą nazwa­łaś je ślicz­nymi – wytknęła jej z wyrzu­tem Agata – a teraz roz­pa­tru­je­cie ich cechy cha­rak­teru. Nie wiem, czy to naj­bar­dziej szczę­śliwy wstęp do kon­sump­cji.

– Czło­wiek może uznać rybę za śliczną, a następ­nie ją zjeść – pouczyła ją Euge­nia. – To nie jest sprzecz­ność.

– Cio­cia ma rację – zgo­dził się Radek.

– Taaak? – Wal­czyk rzu­ciła im gniewne spoj­rze­nie, po czym uświa­do­miła sobie, że nie zda się to na zbyt wiele, bo oboje obser­wują nie ją, lecz wannę.

„Prze­gra­łam kon­ku­ren­cję z rybami”, skon­sta­to­wała w duchu.

– To które z was je utłu­cze i wypa­tro­szy? – zapy­tała, wresz­cie kon­cen­tru­jąc na sobie uwagę brata i ciotki.

Przez kilka sekund cała trójka patrzyła na sie­bie w mil­cze­niu, jakby wła­śnie ktoś rzu­cił na śro­dek pokoju gra­nat i wszy­scy się zasta­na­wiali, kto powi­nien go pod­nieść. W końcu Radek wska­zał na Agatę.

– Ty? – rzekł nie­pew­nie.

Sio­stra spoj­rzała na niego z poli­to­wa­niem.

– Zapo­mnij! – odparła sta­now­czo. – Myślę, że powi­nie­neś to zro­bić ty, jako jedyny w tym domu męż­czy­zna.

Chło­pak miał prze­ra­że­nie w oczach.

– Sama mówisz, że mimo dwu­dzie­stu trzech lat jestem dzie­ciu­chem! – przy­po­mniał szybko. – A dzieci nie powinny nikogo zabi­jać. Nawet ryb! Jak byłem mały i usia­dłem na śwince mor­skiej, to przez pół roku nazy­wa­łaś mnie hitle­row­cem! Niech cio­cia je zabije. Jest naj­star­sza, a poza tym popeł­niała już prze­stęp­stwa!

Kra­sucka spoj­rzała na niego z obu­rze­niem.

– A gwizd­nąć cię w ucho? – zapro­po­no­wała mało tak­tow­nie.

– No pro­szę! – sko­men­to­wał Radek trium­fal­nie. – Akt prze­mocy! Ide­alny wstęp do zabi­cia karpi!

– Kar­pie jak kar­pie, ale ty zaraz możesz obe­rwać – zapo­wie­działa gniew­nie Euge­nia, po czym popa­trzyła z zakło­po­ta­niem na sio­strze­nicę. – Fak­tycz­nie, będzie z tym pro­blem…

– Ale prze­cież mówi­łaś, że masz bogate życiowe doświad­cze­nie – wypo­mniał jej nie­zra­żony Wal­czyk.

– Ow­szem, ale nie obej­muje ono zarzy­na­nia ryb.

– No to kto utłu­cze Kajko i Koko­sza? – zmar­twił się Radek.

– O, nie! – Agata przy­ło­żyła dłoń do skroni. – Już nawet zdą­ży­łeś je nazwać?!

– Ej, pasuje! – Euge­nia się uśmiech­nęła. – Fak­tycz­nie, jeden jest chu­dziutki i wygląda, jakby zamie­rzał za chwilę ruszyć do walki, a drugi tłu­ściutki i ma się wra­że­nie, że myśli tylko o jedze­niu.

Wal­czyk mimo woli rzu­ciła okiem na ryby.

– Coś w tym jest – przy­znała nie­chęt­nie. – Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że żadne z nas ich nie zabije. Widzę to wyraź­nie.

– No to się je wypu­ści – skwi­to­wał bez­tro­sko Radek. – Popły­wają sobie tro­chę u nas, a potem wrzucę je do Wisły.

– Żeby się otruły?! – obu­rzyła się Euge­nia.

– Prze­stań­cie wario­wać. Popro­szę Pio­tra, żeby je utłukł – zde­cy­do­wała Agata, mając na myśli sąsiada.

– Nie szkoda ci ich? – zasmu­cił się nagle jej brat.

– Tro­chę szkoda, ale to tylko ryby…

– Ech… – Widać było, że Radek zrobi wszystko, aby zmie­niła zda­nie. – Skoro tak, to niech choć tro­chę z nami pobędą.

– Dobrze, popro­szę go o to dopiero wie­czo­rem – obie­cała mu sio­stra. – A ty, skoro tak się o nie mar­twisz, to przy­naj­mniej je nakarm.

– Co jedzą kar­pie? – zacie­ka­wiła się Euge­nia.

Radek wzru­szył ramio­nami, po czym się­gnął po tele­fon.

– Naj­le­piej kar­mić je lar­wami owa­dów – prze­czy­tał ze strony wyszu­ki­warki.

– Zwłasz­cza zimą – mruk­nęła Agata.

– Jedyną larwą, jaką tu widzia­łem, jesteś ty. – Brat poka­zał jej język i wró­cił do lek­tury. – Lubią też jabłka, cuki­nię, mar­chew i sałatę. To tak jak ty! Jak­bym czy­tał twój jadło­spis! Na pewno nie jesteś kar­piem? Czy tam kar­picą?

Wal­czyk popu­kała się w czoło.

– Należy im poda­wać to w malut­kich kawał­kach – doczy­tał Radek. – No dobra, idę trzeć mar­chewkę. – Zerwał się z kucek i pobiegł do kuchni.

Euge­nia i Agata wymie­niły się spoj­rze­niami.

– Myślisz, że pozwoli je zabić? – wes­tchnęła Kra­sucka.

– Nie sądzę – odpo­wie­działa jej sio­strze­nica – i dla­tego zaraz pójdę do sklepu po filety. Bo powiem ci szcze­rze, że Piotr też nie wygląda mi na kogoś, kto by sobie z tym pora­dził.

Wbrew jej oba­wom sąsiad zapew­nił, że zabi­ja­nie karpi ma w małym palcu, bo został wycho­wany przez dziadka, który jako zapa­lony myśliwy usi­ło­wał mor­do­wać wszystko, co się dało, łącz­nie z bab­cią, którą na stare lata pomy­lił nocą z dzi­kiem i postrze­lił z wia­trówki. Na szczę­ście nie­groź­nie, bo też i oko mu już wów­czas nie słu­żyło. Wnu­czek nie mógł mu przy­no­sić dys­ho­noru. W ten spo­sób Piotr pierw­szego kar­pia zabił, gdy miał zale­d­wie sie­dem lat. I choć po śmierci dziadka porzu­cił ową zbrod­ni­czą pro­fe­sję, to jed­nak dawny talent mu został. Do domu Wal­czy­ków przy­był dokład­nie z wybi­ciem dwu­dzie­stej pierw­szej.

– Dzień dobry – przy­wi­tał się, otrze­pu­jąc śnieg z ramion. – Zgła­sza się jed­no­oso­bowy plu­ton egze­ku­cyjny.

– Bar­dzo śmieszne – odpo­wie­działa Agata, odsu­wa­jąc się, żeby go wpu­ścić. – My tu mamy coraz więk­sze wąt­pli­wo­ści. Po tych wszyst­kich godzi­nach spę­dzo­nych z Kaj­kiem i Koko­szem już sama zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy nie nale­ża­łoby ich jed­nak adop­to­wać.

– Kaj­kiem i Koko­szem? – zdzi­wił się Łuczek.

– Tak je nazwa­li­śmy…

– Pod­sta­wowy błąd – mruk­nął. – Jak coś ma nazwę albo imię, to szyb­ciej się do tego przy­wią­zu­jesz. – Zaj­rzał do pokoju, gdzie zmu­szony został do zmie­rze­nia się z dwoma gniew­nymi spoj­rze­niami.

Euge­nia i Radek patrzyli na niego tak, jakby co naj­mniej przy­szedł zabić mamę Jelonka Bambi.

– Piotr, uprze­dzam cię tylko, że one naprawdę są uro­cze – ostrze­gła Agata. – Jak Radek je kar­mił, to jeden ustę­po­wał jedze­nie dru­giemu. Wyda­wało się, że są zaprzy­jaź­nione. Nie patrz tak na mnie! Zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi!

Łuczek z lek­kim nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową.

– Nawet dali­śmy im zabawkę, żeby im nie było smutno i żeby miały jakąś roz­rywkę – dopo­wie­działa Wal­czyk. – Zoba­czysz, jak faj­nie wygląda!

Piotr wes­tchnął ciężko.

– Nie uła­twia­cie mi zada­nia – rzekł z wyrzu­tem. – Gdzie one są?

– W łazience na górze. – Agata mach­nęła ręką. – Iść z tobą?

– Nie musisz. – Łuczek pokrę­cił głową. – Daj mi tylko mło­tek albo tłu­czek.

– Po co?

– Naprawdę chcesz wie­dzieć?

– Ja chcę! – wyrwało się Rad­kowi.

– Ja w sumie też – przy­znała Euge­nia.

– No mów… – rze­kła z rezy­gna­cją Agata.

– Kar­pia naj­pierw się ogłu­sza ude­rze­niem w głowę i kiedy traci świa­do­mość, bły­ska­wicz­nie mu się ją obcina – wytłu­ma­czył Piotr. – To naj­bar­dziej huma­ni­tarny spo­sób uśmier­ca­nia karpi.

Wal­czyk wzdry­gnęła się z lekką odrazą, po czym poszła do kuchni i po chwili wró­ciła z tłucz­kiem do mięsa. Podała go sąsia­dowi, który powoli wszedł na pię­tro. Rodzeń­stwo i ich ciotka usły­szeli, jak otwiera drzwi, po czym wcho­dzi do środka.

– Agata! – roz­le­gło się po kilku sekun­dach. – Możesz tu przyjść?! A naj­le­piej chodź­cie tu wszy­scy!

Wal­czy­ko­wie i Euge­nia wymie­nili się zasko­czo­nymi spoj­rze­niami, po czym zgod­nie podą­żyli w ślad za sąsia­dem. Piotr z zagad­ko­wym wyra­zem twa­rzy stał w drzwiach łazienki.

– Ta zabawka dla ryb… – zaczął, ale Agata nie pozwo­liła mu dokoń­czyć.

– Fajna, prawda? – zapy­tała rado­śnie. – One też ją polu­biły. Taka opty­mi­styczna!

Sąsiad przyj­rzał jej się tak, jakby znie­nacka wyro­sły jej łuski.

– Ale tak ogól­nie wie­cie, że Kajko i Kokosz to kar­pie, a nie pira­nie? – zapy­tał ostroż­nie.

– Że co? – zacie­ka­wiła się Euge­nia, marsz­cząc czoło. – Co ty bre­dzisz?

– Tylko infor­muję, że jeśli chcie­li­ście zro­bić rybom przy­jem­ność, to aku­rat tego gatunku ludz­kie mięso nie raj­cuje…

– Jakie ludz­kie mięso? – Agata pomy­ślała, że choć na to nie wygląda, to być może Piotr dziab­nął sobie dla kurażu coś, co mu zaszko­dziło, i dla­tego teraz bre­dzi.

– Zapra­szam was na oglę­dziny… – Łuczek wyko­nał odpo­wiedni gest. – No chodź­cie, chodź­cie.

– Nic nie rozu… – zaczęła Agata, wcho­dząc do łazienki, po czym gwał­tow­nie urwała, bo już jeden rzut oka wystar­czył, aby się prze­ko­nać, że wbrew temu, co mogłoby się wyda­wać, jej sąsiad by­naj­mniej nie stra­cił żad­nego ze zmy­słów. – O, cho­lera…

Po chwili nad wanną stały poza nimi jesz­cze dwie nie­bo­tycz­nie zdu­mione osoby. Na dnie dość pokaź­nej wanny, pod wciąż rado­śnie pły­wa­ją­cymi kar­piami oraz ich zabawką, żółtą, pla­sti­kową kaczuszką, leżały ludz­kie zwłoki. Choć miały wyba­łu­szone oczy i zasty­głą w gry­ma­sie prze­ra­że­nia resztę twa­rzy, ich iden­ty­fi­ka­cja nie nastrę­czała spe­cjal­nych trud­no­ści. Nale­żały do Mirona Gaw­rona, ich nowego sąsiada, który wpro­wa­dził się do Pia­stowa na ulicę Kry­mi­nalną led­wie dwa mie­siące temu.

– Karty… – wyszep­tał Radek z wyraź­nym prze­ra­że­niem. – Ona to prze­wi­działa. Tylko… jakim spo­so­bem?!

Rozdział II

19 grud­nia 2026 roku

– No i co myślisz?!

Euge­nia, do któ­rej skie­ro­wane było owo pyta­nie, popa­trzyła nieco pół­przy­tom­nie na Radka, a następ­nie prze­su­nęła wzrok z jego roz­en­tu­zja­zmo­wa­nego lica na wska­zy­waną przez niego cho­inkę.

– Świetne – mruk­nęła, gasząc papie­rosa, trzy­ma­nego w dłu­giej, ozdob­nej cyga­retce, z którą nie roz­sta­wała się od ponad pięć­dzie­się­ciu lat. A dokład­niej od chwili kiedy jej bab­cia, wycze­kaw­szy, aż wnu­sia osią­gnie peł­no­let­ność, poczę­sto­wała ją pierw­szym wyro­bem tyto­nio­wym, mówiąc przy tym: „Uwierz mi, to naj­lep­sza odtrutka na tych dur­nych chło­pów. Zawsze pomaga, jak cię wku­rzą! No już, zaja­raj sobie na zdro­wie, kochana!”.

– Nie sły­szę wiel­kiego podziwu w twoim gło­sie – zmar­twił się chło­pak.

– Cho­inka ni­gdy mnie jakoś nie fascy­no­wała – wyja­śniła Kra­sucka uspra­wie­dli­wia­jąco. – Masowa szu­bie­nica dla anioł­ków, śnie­ży­nek i Świę­tych Miko­ła­jów.

– Czy też w moim wyda­niu dla Super­mana, Spi­der-Mana i Iron Mana – rzekł jej sio­strze­niec z wyraźną dumą w gło­sie, wska­zu­jąc powie­szone przez sie­bie figurki.

– Agata wie, że prze­ro­bi­łeś cho­inkę w słup rekla­mowy Marvela? – zacie­ka­wiła się Euge­nia.

– Nie, ale na pewno przyj­mie to ze zro­zu­mie­niem i rado­ścią – zapew­nił Wal­czyk.

– A mogę być przy tym, jak to zoba­czy? – Ciotka uśmiech­nęła się zło­śli­wie. – Chęt­nie podzielę z nią owo zro­zu­mie­nie. I w razie czego podam sole trzeź­wiące, jakby od nad­miaru rado­ści padła tru­pem.

– Tru­powi chyba sole nie pomogą – zauwa­żył trzeźwo Radek, po czym popa­trzył na nią nieco uważ­niej. – Czuję, że coś cię gnębi…

– A po czym to wnio­sku­jesz? – zacie­ka­wiła się Euge­nia, się­ga­jąc po sto­jącą na sto­liku przed nią latte, o ile na tę szla­chetną nazwę zasłu­gi­wało mleko ze śla­dową ilo­ścią kawy, za to z ogrom­nym dodat­kiem Baileysa, który to miks spo­ży­wała trzy razy dzien­nie, począw­szy od śnia­da­nia.

– Nie powie­dzia­łaś dzi­siaj jesz­cze nic świń­skiego – wyja­śnił uprzej­mie, acz i nieco zgryź­li­wie jej sio­strze­niec. – Wypa­li­łaś do tej pory tylko pięć papie­ro­sów zamiast zwy­cza­jo­wych dzie­się­ciu, a w dodatku masz na sobie dokład­nie te same ciu­chy co wczo­raj, co zda­rzyło się chyba pierw­szy raz, odkąd z nami zamiesz­ka­łaś… A więc?

Kra­sucka co prawda miała zamiar zapro­te­sto­wać i zapew­nić Radka, że z nią wszystko nor­mal­nie, ale poczuła, że u kogo jak u kogo, ale aku­rat u niego to nie przej­dzie. Choć Wal­czyk spra­wiał wra­że­nie gapio­wa­tego i lek­ko­myśl­nego, dobrze wie­działa, że to tylko pozory. Pod przy­krywką lek­ko­du­cha jej sio­strze­niec był mło­dzień­cem pie­kiel­nie inte­li­gent­nym i spo­strze­gaw­czym. I choć odkąd sie­dem lat temu Agata prze­jęła nad nim opiekę po tra­gicz­nej śmierci ich rodzi­ców i stała się for­mal­nie głową rodziny, to ostat­nio dwu­dzie­sto­trzy­letni chło­pak wyraź­nie zaczy­nał się usa­mo­dziel­niać. Mało tego! Zda­niem sio­stry umy­słowo skoń­czył już nawet dwa­na­ście lat. Euge­nia łaska­wie dawała mu nawet czter­na­ście. A to jak na faceta i tak mała róż­nica mię­dzy wie­kiem bio­lo­gicz­nym a real­nym.

– Byłam w Czary Mary – przy­znała się z lek­kim zawsty­dze­niem, bo aku­rat ów przy­by­tek, będący połą­cze­niem sklepu ezo­te­rycz­nego ze szkołą magii, wszy­scy troje zgod­nie uwa­żali za mocno szem­rany.

– Po co? – zdzi­wił się Radek.

– Po… – Euge­nia ugry­zła się w język, żeby nie wyja­wić przy­czyny swo­jej wizyty i tym samym nie nara­zić się na potę­pie­nie przed­sta­wi­ciela młod­szego poko­le­nia, które jak już zdą­żyła się zorien­to­wać, obser­wu­jąc nie tylko Wal­czyka, lecz i jego przy­ja­ciół, było wyjąt­kowo pury­tań­skie. Zwłasz­cza jak na jej stan­dardy – …kadzi­dełka!

Radek popa­trzył na nią z wyraź­nym poli­to­wa­niem.

– A ja głupi się zasta­na­wia­łem, skąd wytrza­snę­łaś zioło! – rzekł z wyraźną ulgą. – I nawet chcia­łem cię ostrzec, że ten pokurcz ma oko na miej­sco­wego dilera.

– Jaki znowu pokurcz?!

– Nowy poste­run­kowy – wyja­śnił Wal­czyk. – Widzę jed­nak, że zna­la­złaś alter­na­tywne źró­dło.

– A skąd ty niby o tym wiesz? – zacie­ka­wiła się Euge­nia.

– O tym, że popa­lasz? – upew­nił się Radek, a kiedy ciotka potak­nęła, z wyraźną wyż­szo­ścią rzekł: – Po pierw­sze mam nos, a zioło śmier­dzi. Po dru­gie dosta­łem tajną misję od mojej sza­now­nej sio­stry, żeby mieć na cie­bie bacze­nie i żebyś, zacy­tuję ją dokład­nie, znowu cze­goś nie ukra­dła albo kogoś nie zamor­do­wała…

– Nikogo nie mor­do­wa­łam! – zapro­te­sto­wała ogni­ście Kra­sucka, pomna swo­jej sen­sa­cyj­nej przy­gody sprzed roku, którą to histo­rię wyko­rzy­stała potem wal­nięta pisarka Róża Krull, opi­su­jąc ją w kry­mi­nale pod tytu­łem Bal wszyst­kich nie­świę­tych. – Mor­do­wali się bez mojego udziału!

– Nie wni­kam. – Radek wzru­szył ramio­nami. – I wresz­cie po trze­cie dla­tego, że przy oka­zji wizyty w twoim pokoju pozwo­li­łem sobie tro­chę tego towaru od cie­bie poży­czyć…

Euge­nia już otwie­rała usta, żeby dać upust swo­jemu obu­rze­niu, ale zdaw­szy sobie sprawę, że nie jest w naj­lep­szej pozy­cji do wygła­sza­nia umo­ral­nia­ją­cych poga­da­nek, czym prę­dzej je zamknęła.

– Swoją drogą, tro­chę sfra­je­rzy­łaś – stwier­dził Wal­czyk z lek­kim wyrzu­tem. – Gdy­byś mi powie­działa, że masz zioło, to mogli­by­śmy jarać we dwójkę.

– Kiedy ja to robię dla zdro­wia – wyja­śniła, czu­jąc, że nie wypada to prze­ko­ny­wa­jąco. – Żeby ukoić nerwy.

– Ooo, mój cel byłby dokład­nie taki sam! – zapew­nił Radek z szel­mow­skim uśmiesz­kiem. – Wykań­cza­cie mnie obie, więc muszę jakoś wspo­móc psy­chikę!

– Idź na siłow­nię – pora­dziła mu ciotka. – Wolę sobie nawet nie wyobra­żać, co zro­bi­łaby ze mną Agatka na wieść, że wcią­gnę­łam cię w nar­ko­ma­nię!

– E tam, zaraz nar­ko­ma­nię. – Chło­pak prze­wró­cił oczami. – To nie żadna nar­ko­ma­nia, tylko zio­ło­lecz­nic­two. Prak­ty­ko­wane od tysięcy lat.

– Już ty je sobie prak­ty­kuj beze mnie – rze­kła sta­now­czo Kra­sucka. – No dobrze, wszystko wyja­śnione, możesz wró­cić do deko­ro­wa­nia, bo na razie ta cho­inka wygląda jak senny kosz­mar Picassa…

– Ejże, ejże! – Radek wycią­gnął przed sie­bie rękę z wysu­nię­tym pal­cem wska­zu­ją­cym. – Jesz­cze z tobą nie skoń­czy­łem, młoda damo!

– Ostat­nio mówił tak do mnie świę­tej pamięci pro­fe­sor Zin i było to w latach sie­dem­dzie­sią­tych – wes­tchnęła Euge­nia.

– Nie będę uda­wał, że wiem, o kim mówisz – przy­znał Radek.

– Piór­kiem i węglem – wyja­śniła Euge­nia.

Sio­strze­niec przyj­rzał się jej podejrz­li­wie.

– To jakiś szyfr? – zapy­tał zupeł­nie poważ­nie.

– Spraw­dzisz sobie potem w necie – odpo­wie­działa ciotka, popi­ja­jąc swój pro­cen­towo-kawowy tru­nek. – Więc…?

– Po ziole ma się z reguły dobry nastrój, a ty masz fatalny – rzekł tonem znawcy Radek – więc musiało się wyda­rzyć coś wię­cej! Jak rozu­miem, w tym całym Czary Mary. Mam nadzieję, że nie wcią­gnę­łaś się w żadne sza­tań­skie hocki-klocki, jakie tam upra­wiają? Nie oświad­czysz mi zaraz, że posta­no­wi­łaś wstą­pić do sekty i skła­dać jakie­muś bóstwu z Saturna rytu­alne ofiary z bara­nów?

– Nie, oszczę­dzę cię. – Euge­nia poka­zała mu język, po czym wes­tchnęła. – Ja tylko…

– No mów! – znie­cier­pli­wił się Wal­czyk po kil­ku­na­stu sekun­dach ciszy. – Snuć opo­wie­ści o tym, jak upra­wia­łaś tarło z grec­kimi hip­pi­sami w jakiejś Menelni i nie umia­łaś poli­czyć w cza­sie orgii, ile cudzych nóg masz dookoła głowy, to potra­fisz godzi­nami, a teraz cię nagle zablo­ko­wało.

– W Matali, nie Menelni, ciołku – spro­sto­wała Kra­sucka. – To na Kre­cie. I nie tarło, tylko wolną miłość.

– Jak zwał, tak zwał. – Radek wzru­szył ramio­nami. – No już, wyrzuć to z sie­bie!

– Kiedy to nie jest takie pro­ste – rze­kła nie­pew­nie Euge­nia. – Otóż dawno, dawno temu…

– Jak dawno? – spró­bo­wał uści­ślić Wal­czyk. – Dino­zaury bie­gały wtedy za oknem?

– W cza­sach kiedy twoja bab­cia nawet nie marzyła o tym, że będzie miała nowego męża i drugą córkę – wytłu­ma­czyła Euge­nia.

– Zawsze zapo­mi­nam, jak duża była róż­nica wieku mię­dzy wami… – mruk­nął Radek.

– Dwa­dzie­ścia jeden lat – przy­po­mniała Kra­sucka. – Więc w tam­tych cza­sach chyba coś się wyda­rzyło w moim życiu. Jakaś trauma. Mia­łam wtedy szes­na­ście… może sie­dem­na­ście lat. Nie pamię­tam nic z tam­tego okresu. Wyrzu­ci­łam skrzęt­nie owo zda­rze­nie z pamięci, a razem z nim cały frag­ment swo­jego życia.

– To tak można? – zdu­miał się Wal­czyk.

– Mój drogi… – Euge­nia się uśmiech­nęła. – Ludzki umysł to w więk­szo­ści zagadka. Naukowcy badają go od lat i na­dal są w zakre­sie swo­jej wie­dzy mniej wię­cej mię­dzy żłob­kiem a przed­szko­lem.

– No i co? – Radek popa­trzył na nią uważ­nie. – Co trauma z mło­do­ści ma do two­jego obec­nego braku humoru? I tego idio­tycz­nego sklepu? Bo prze­cież od niego zaczę­łaś!

– Bo tam mniej wię­cej trzy tygo­dnie temu spo­tka­łam tę kobietę…

– Jaką kobietę?

– Taką w moim wieku – wyja­śniła nie­pew­nie. – Może ciut młod­szą. Wpa­dła tam po mnie. Chcia­łam pocze­kać, żeby poszła sobie w dia­bły, bo prze­cież nie będę kupo­wała mary­chy od Justynki przy świad­kach…

– Kie­dyś źle skoń­czysz – zawy­ro­ko­wał Radek. – No i co dalej? Prze­cze­ka­łaś ją?

– Ow­szem. – Ciotka poki­wała głową. – Ale naj­pierw na mnie spoj­rzała. I w jej oczach zoba­czy­łam nie­na­wiść.

– Jak to?

– No tak to. To nie była nie­chęć, tylko czy­sta nie­na­wiść. Jak­bym coś jej kie­dyś zro­biła. Tyle że widzia­łam ją pierw­szy raz w życiu.

– Może jed­nak już ją kie­dyś spo­tka­łaś i zapo­mnia­łaś? Jak tak mam non stop. Ostat­nio jakiś gostek pod­szedł do mnie w SKM-ce, przy­wi­tał po imie­niu, gadał ze mną aż do War­szawy, jak­by­śmy się znali od dziecka, a ja nie mia­łem poję­cia, kto to jest.

– Nie wydaje mi się…

– To skąd ten jej wzrok? – Radek zmarsz­czył czoło.

– Też mnie to zasta­no­wiło – przy­znała Euge­nia. – I dla­tego, kiedy tylko wyszła ze sklepu, zapła­ci­łam szybko za zioło i ruszy­łam za nią.

– Nie ma to jak małe śledz­two – wes­tchnął Wal­czyk. – I co wykry­łaś, Sher­locku w spód­nicy?

– Wypra­szam sobie! – prych­nęła Kra­sucka. – Spód­nice są dla magla­rek. Albo Cyga­nek! Ja noszę albo spodnie, albo sukienki.

– Odłóżmy modę na bok – popro­sił Radek. – Ruszy­łaś za nią i…?

– Oka­zało się, że mieszka na naszej ulicy… – zaczęła, ale sio­strze­niec wpadł jej w słowo.

– Prze­cież znamy tu wszyst­kich! – zakrzyk­nął ze zdzi­wie­niem.

– No wła­śnie nie znamy! – zapro­te­sto­wała Euge­nia. – Sam popatrz, ilu mamy nowych sąsia­dów! Ten wal­nięty reży­ser oddał dom jakiejś swo­jej rodzi­nie…

– No ale to już pół roku temu – wytknął jej Wal­czyk. – A Kamil u nas bywał! Wiele razy! Jeste­śmy kum­plami. Znasz go! A poza tym jego bab­cia podobno lata temu tu miesz­kała. Jesz­cze przed tym reży­se­rem.

– Kamila znam, ow­szem – potak­nęła Kra­sucka. – Wydaje mi się, że parę razy rąb­nął mi papie­rosa. Ale i tak trak­tuję ich wszyst­kich jak nowych! Prze­cież co to jest pół roku?! Poza tym w domu po tym zmar­łym mary­na­rzu i jego żonie zamiesz­kała ta ponura baba z tele­wi­zji ze swoją mimo­zo­watą córu­nią. A po sko­sie to mał­żeń­stwo. Jak oni się nazy­wają? Wrony? Kruki?

– Gaw­rony – pod­po­wie­dział Wal­czyk. – To też wiem. Czyli zostaje tylko cha­łupa po mor­dercy. Chcesz powie­dzieć, że tam się wpro­wa­dziła ta nie­na­wi­dząca cię baba?

– Tak.. – Kra­sucka poki­wała głową. – Doszłam tam za nią i zoba­czy­łam, jak się wita z jakimś star­szym face­tem. I… hmm… wydaje mi się, że jego aku­rat koja­rzę. Tylko nie wiem skąd.

– Ooo… – Radek zro­bił trium­falną minę. – Fak­tycz­nie masz oznaki demen­cji!

– Jakby było się z czego cie­szyć. – Ciotka popa­trzyła na niego z wyrzu­tem.

– Żebyś wie­działa! – Sio­strze­niec na­dal spra­wiał zagad­kowe wra­że­nie wielce zado­wo­lo­nego z jej skle­rozy. – Do tej pory mia­łem cię za cyborga. A teraz przy­naj­mniej wiem, że jesteś czło­wie­kiem. I co? Nie przy­po­mnia­łaś sobie, kto to taki, i dla­tego masz zły humor? Może to nikt ważny, skoro nie zapi­sał ci się w pamięci. Choć… mówi­łaś o swo­jej trau­mie. Myślisz, że on ma z nią coś wspól­nego?

– Usi­łuję to sobie przy­po­mnieć – przy­znała Euge­nia – ale nijak nie potra­fię. Dla­tego popro­si­łam Justynkę, żeby mi pomo­gła.

– W czym?! – Radek zro­bił wiel­kie oczy.

– Ona zna różne osoby… – rze­kła ostroż­nie Kra­sucka. – W tym hip­no­ty­zera, który pozwala ludziom wró­cić do ich prze­szło­ści i wygrze­bać z niej to, co czło­wiek ukrywa przed samym sobą.

– O, nie! – Chło­pak teatral­nie przy­ło­żył sobie rękę do czoła. – I ty się dajesz wcią­gnąć w te szar­la­tań­stwa! Naj­trzeź­wiej myśląca dotąd z nas wszyst­kich! Cała nadzieja tej rodziny już tylko we mnie. Ostatni nor­malny! Czuję się przy­tło­czony cię­ża­rem odpo­wie­dzial­no­ści.

– Bre­dzisz – osą­dziła sto­icko Euge­nia. – Hip­noza jest dobrze prze­ba­dana naukowo. I ma dzia­ła­nie tera­peu­tyczne.

– Serio? – Radek dalej patrzył na nią z kpiącą miną. – Co to za tera­pia, że ktoś przej­mie nad tobą kon­trolę i na przy­kład każe ci szcze­kać.

– To nie jest żadne przej­mo­wa­nie kon­troli – zapro­te­sto­wała. – Tylko wpro­wa­dze­nie w stan podobny do medy­ta­cji. Zawę­że­nie two­ich myśli do tego, co w danej chwili naj­waż­niej­sze, a co masz w swo­jej gło­wie, tylko nie potra­fisz tego tam zna­leźć.

– I co? – Chło­pak na­dal nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego. – Będziesz tego szu­kała z jakimś oszo­ło­mem? Mogę przy tym być?!

W pierw­szej chwili Euge­nia chciała odpo­wie­dzieć odmow­nie, ale potem się zawa­hała.

– Wła­ści­wie… – zaczęła powoli – czemu by nie? Czu­ła­bym się bez­piecz­niej.

– Super! – ucie­szył się jej sio­strze­niec, w duchu zasta­na­wia­jąc się, czy da się namó­wić hip­no­ty­zera, żeby kazał zahip­no­ty­zo­wa­nej ciotce zro­bić coś kom­pro­mi­tu­ją­cego, a jemu pozwo­lił nagrać to iPhone’em.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki