Planeta - Michael Mammay - ebook

Planeta ebook

Michael Mammay

4,1

Opis

Wybrana przez “Library Journal” jako jedna z najlepszych książek 2018!

To mieszanka powieści detektywistycznej i realistycznej militarnej science fiction, która sprawia wrażenie, jakby powstała ze zderzenia z zawrotną prędkością filmu “Szalona odwaga” i „Jądra ciemności” – Marko Kloos, autor bestsellerowego cyklu Frontlines

Doświadczony oficer na odległej, targanej wojną planecie natyka się na morderczy spisek...

Rzadko się zdarza, żeby odwoływano bohaterów wojennych z emerytury i wysyłano na obrzeża galaktyki, żeby przeprowadzili tam rutynowe śledztwo. Kiedy więc pułkownik Carl Butler odpowiada na wezwanie starego, potężnego przyjaciela, wie, że kroi się coś dużego, a przy tym nie poinformowano go o wszystkim. Okazuje się, że syn wysokiego rangą radnego zaginął w Bazie Kappa, stacji kosmicznej orbitującej wokół planety zniszczonej w wyniku działań bojowych. Wiadomo, że młody porucznik odniósł rany i został ewakuowany, lecz nie istnieją żadne ślady świadczące o tym, by dotarł do placówki medycznej.

Pułkownik odkrywa szybko, że Baza Kappa stanowi labirynt ślepych zaułków, w którym nieustannie sabotuje się jego starania: dowódca szpitala wojskowego gra na zwlokę, szef sił specjalnych nie zamierza przybyć z powierzchni planety, świadkowie się zawieruszają, dane radarowe znikają, a to wszystko dzieje się, zanim jeszcze spotyka obcego wroga. Butler nie ma wyboru i musi udać się na nieprzyjazny glob, ponieważ ktoś wykorzystuje strefę walk jako przykrywkę do swoich planów. Na planecie można znaleźć odpowiedzi, lecz Butler musi jeszcze wrócić stamtąd żywy...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 386

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (262 oceny)
97
109
44
11
1

Popularność




Dla mojej mamy,

Wysiadłem z promu w gównianym nastroju, spowodowanym trzema dniami na zatłoczonym okręcie z dwiema przesiadkami i bez kropli alkoholu. Nigdy nic dobrego nie przychodziło z odpowiadania na sygnał komunikatora w środku nocy. Kiedy jednak dzwoni przyjaciel, należy odebrać. Gdy zaś tak się składa, że ten przyjaciel jest drugim w hierarchii człowiekiem w armii... Cóż, tak czy owak znalazłby sposób, żeby do mnie dotrzeć.

Gwarny tłum mijał mnie z każdego kierunku, a jedna na dziesięć osób miała na sobie jakiegoś rodzaju mundur. Wszystkie płaskie powierzchnie pokryte były jaskrawymi, rozświetlonymi reklamami firm zbrojeniowych i obronnych. Ignorując ich przekaz, odnalazłem wzrokiem symbol transportu naziemnego. Przerzuciłem torbę przez ramię i zacząłem brnąć przez ludzką rzekę.

– Pułkownik Butler? – Porucznik w wyprasowanym uniformie i z okrągłą naszywką Dowództwa Przestrzeni na rękawie stał w odległości wyrażającej szacunek. Gość ze sztabu generalnego.

– Tak – potwierdziłem, zerkając na swoją tabliczkę z nazwiskiem.

– Sir, porucznik Hardy...

– Adiutant generała Seraty? – przerwałem.

– Tak jest, sir. – Osadzone w ciemnej twarzy oczy na sekundę otworzyły się szerzej, świadcząc o chwilowej dezorientacji. Wszyscy adiutanci zwykle wyglądali tak samo. Sztywni i oficjalni. Młodzi. Hardy nie stanowił wyjątku. – Jak minął lot, sir?

– Do dupy. – Odcinek z Ferry Trzy do Gammy Sześć był jedną z najkrótszych tras międzyplanetarnych, ale wcale nie świadczyło to o niej dobrze. – Jak mnie pan znalazł?

– Generał polecił, żeby szukać pułkownika z naszywką Dowództwa Edukacji. Rzuca się tutaj w oczy. – Wskazał trójkątny zielono-żółty symbol na moim ramieniu, niezbyt czule nazywany Piramidą Śmierci.

– Tak właśnie panu powiedział?

Hardy na krótką chwilę umknął wzrokiem w bok.

– Nie do końca, sir.

Roześmiałem się.

– A więc jak to ujął?

– Mówił, że mam znaleźć gniewnego, łysego pułkownika ze znaczkiem DE, sir.

Znów się zaśmiałem. Typowy Serata.

– Zupełnie jakby to miało pomóc w odnalezieniu mnie. Połowa z nas jest łysa i wszyscy jesteśmy gniewni.

Hardy popatrzył na mnie beznamiętnie.

– Nasz pojazd znajduje się w odległości zaledwie kilkuset metrów. Czy mogę wziąć pańską torbę, sir?

– Nie, poradzę sobie.

Zatrzymał się i zmarszczył brwi, zdezorientowany, ale w końcu obrócił się i zaczął iść.

Szofer samochodu poduszkowego wysadził nas obok DP, w zastrzeżonej części parkingu. Królewskie traktowanie. Albo Serata naprawdę się spieszył, żeby ze mną porozmawiać, albo też w jakimś celu mi się podlizywał.

Zapewne jedno i drugie.

Wznosił się przede mną wielki budynek, robiący wrażenie elewacją ze stali i zbrojonego szkła, która odbijała czerwonawy pomarańcz przedpołudniowego słońca.

– Cholera – stwierdziłem.

– Nie był pan tu jeszcze, sir?

– Zawsze starałem się tego unikać.

Pracowałem w DP trzydzieści siedem lat z rzędu, zanim niedawno przeniesiono mnie do DE, dwadzieścia cztery lata z tego okresu zaś spędziłem poza krio. W jakiś sposób udawało mi się trzymać jednostek polowych. Sztab jakoś nie pasował do mojego stylu.

– Służył pan już wcześniej z generałem, prawda, sir?

Uśmiechnąłem się.

– Zgadza się. – Hardy niewątpliwie czytał moje akta, wiedział o każdym przydziale, lecz chciał podtrzymywać rozmowę. Nie winiłem go za to. Służyłem z Seratą trzykrotnie, a o przynajmniej dwóch z tych przypadków napisano książki. Adiutant chciał, żebym opowiedział mu coś o jego zwierzchniku. Nie doczeka się jednak tego. Nie snułem tych historii na trzeźwo. – Dlaczego szef chce się ze mną widzieć?

– Nie jestem pewien, sir. Nie mówił.

Nie miało to znaczenia. Nawet gdyby Hardy wiedział, nie zdradziłby mi tego. Ludzie Seraty tak nie postępowali. Ten człowiek wzbudzał niemal fanatyczną lojalność. Powinienem był się domyślić. Inaczej dlaczego wkraczałbym do DP trzy dni po rozmowie z nim?

Weszliśmy do windy dowódczej, dołączając do kościstego podpułkownika z insygniami piechoty. Skinął głową, zerknął na moją naszywkę DE, po czym zignorował mnie. Taa. Ty też się pierdol, koleś. Nigdy go nie spotkałem, ale znałem takich jak on. Nadęty Sztabowiec.

– Potrzebuję pięciu minut u szefa – powiedział Nadęty Sztabowiec do Hardy’ego. – Muszę zdobyć jego zgodę na to. – Pod pachą trzymał duży tablet z biało-czerwonym ekranem ochronnym czwartego stopnia tajności. Wdusił przycisk najwyższego piętra.

– Tak jest, sir – odrzekł Hardy. – Teraz ma spotkanie, ale wprowadzę pana po lunchu.

– To zajmie tylko minutę. – Sztabowiec zmierzył mnie wzrokiem, próbując mnie sprowokować, żebym coś powiedział. Nie zawracałem sobie tym głowy. Już parę lat temu dałem sobie spokój z konkursami na to, kto ma dłuższego fiuta.

Dojechaliśmy na górne piętro i Nadęty Sztabowiec wysiadł szybko, pilnując, żeby znaleźć się przed nami. Przyłożył dłoń do skanera i drzwi do sekcji dowodzenia zapiszczały, a następnie otworzyły się ze świstem. Serata, zbudowany jak wielka bestia, czekał w przedsionku, rozmawiając ze swoim sekretarzem.

– Sir, potrzebna mi pańska zgoda...

– Carl! Bracie! – Serata przerwał Nadętemu Sztabowcowi, przepychając się obok niego. Zamknął moją dłoń w masywnej łapie i objęliśmy się lekko, jak to robią przyjaciele.

– Sir, muszę tylko...

– Później, Canforra. Wchodź, Carl.

Nie oglądałem się na Nadętego Sztabowca Canforrę. Nie musiałem. Wiedziałem, jak wyglądała jego twarz.

– Zostaw torbę u Hardy’ego. Zarejestruje cię w KWG – powiedział Serata.

KWG. Kwatery dla ważnych gości. Naprawdę postanowili traktować mnie jak pasażera pierwszej klasy. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakichś wskazówek, ale nic nie dostrzegłem. Generał wprowadził mnie do swojego gabinetu i zamknął drzwi. Prawdziwe drewniane drzwi. Kto używał drewnianych drzwi?

– Kurczę, sir, ładne miejsce.

Wielkie, sięgające od podłogi do sufitu okna obramowywały pokój z dwóch stron. Przynajmniej dziesięć metrów ode mnie stało ogromne drewniane biurko, wyglądające, jakby przynajmniej dziesięć osób mogło przy nim zasiąść do obiadu. Na pozostałych dwóch ścianach widniały pamiątki z dawnych przydziałów i mój wzrok przykuło oprawione zdjęcie sprzed dekady. Serata stojący pośrodku, a po trzech z nas po jego bokach na zaśnieżonym wzgórzu. Rok po zrobieniu tej fotografii żyło nas już tylko czterech.

– Tak, całkiem nieźle mnie tu traktują. – Usiadł za biurkiem i odchylił się w fotelu, splatając palce za głową. Miał krótko przystrzyżone siwe włosy, irytująco gęste, jak na kogoś o kilka lat starszego ode mnie. – Dobrze cię widzieć, Carl.

– Nawzajem, sir.

– Jak ci się wiedzie w DE?

Parsknąłem.

– Uczę paru przedmiotów, a raz na jakiś czas oprowadzam VIP-ów. Wszystko to nieźle męczące. Nie wiem, czy w ogóle zorientowali się, że mnie teraz nie ma. Ale przynajmniej jest dobra miejscowa wóda.

– Ferra Trzy zawsze miała dobrą whiskey.

– Przywiozłem butelkę. – Rozejrzałem się. – W mordę. Hardy wziął moją torbę.

Serata machnął ręką.

– Później ją odzyskasz. A jak Sharon? Podoba jej się tam?

– Ani trochę. Za zimno. – Moja żona Sharon uwielbiała ciepły klimat.

– Tak. Lizzie też się tam nigdy nie podobało. – Przerwał, zakończywszy gadkę szmatkę, i cisza robiła się coraz bardziej krępująca.

– Ten cały Canforra to kawał dupka – stwierdziłem.

Generał roześmiał się.

– E tam, dobry jest. Po prostu do wszystkiego podchodzi, jakby się paliło. Galaktyka nie imploduje, jeśli przez następną godzinę nie podpiszę rozkazu dyslokacji.

– Wysyłacie kolejnych żołnierzy?

Przebywając w DE, pozostawałem poza obiegiem. Mógłbym śledzić sytuację, gdybym zdobył się na wysiłek.

Nie zdobyłem się.

– Tylko brygadę – odparł. – Da nam trochę dodatkowego potencjału bojowego, dopóki nie wycofamy poprzedniej. Dzięki temu będziemy mogli przeprowadzić natarcie z Kappy Trzy.

– Ale nie do tego jestem panu potrzebny, prawda? – Wydawało się to mało prawdopodobne. Do takich zadań miał lepszych ludzi. Dowodzenie brygadą w boju nie do końca pasowało do moich umiejętności.

– Nie, nigdy bym cię nie poprosił o coś takiego. – Ton jego głosu wyraźnie świadczył o tym, że Serata poprosi mnie o coś innego. Mógłby wydać mi rozkaz, ale nie zrobi tego. Nie byłem pewien, skąd to wiedziałem. Może z historii. Może podpowiadał mi instynkt.

– To może miejmy to już za sobą, sir? – Nie wzywało się kogoś ze swoistej emerytury i nie ładowało go na lot międzyplanetarny, żeby przekazać mu dobre wieści.

Generał niemal aż nazbyt niedbałym gestem położył stopy na blacie biurka.

– Chodzi o śledztwo. Zaginął nam porucznik.

Wpatrywałem się w niego przez chwilę. To niemożliwe, żeby potrzebował mnie do czegoś tak prostego. I wtedy uderzył drugi piorun.

– Nazwisko tego porucznika brzmi Mallot. Tak samo jak wysoki radca Mallot – wyjaśnił. – Wiem, że ostatnio nie śledzisz zbyt pilnie wiadomości, ale gdybyś to robił, wiedziałbyś, w czym rzecz.

– Oj. Cholera.

– Właśnie. Młodzik zniknął z Bazy Kappa.

– Na froncie. Co tam robił dzieciak radcy? Niby teraz jest tam spokojnie, ale wie pan, co mam na myśli.

– Tradycja rodzinna. Od czterystu lat służył każdy syn. A także sporo córek. Słyszałeś kiedyś o Emily Eckstedt?

– O Anielicy Śmierci? Tak, sir, wszyscy o niej słyszeli.

– Była siostrą prababki tego chłopaka.

– Kurczę. Mamy pewność, że nie jest to przypadek gówniarza, który po prostu nie chce stać w kolejce do komunikatora, żeby zadzwonić do domu? Wciąż się tak dzieje. – Było to głupie pytanie, ale potrzebowałem czasu, by wszystko sobie przemyśleć. Pieprzona Baza Kappa.

– Przestań, Carl. Wiesz dobrze, że zrobiliśmy, co mogliśmy. I wiesz też, że nie prosiłbym cię, żebyś tam jechał, gdyby to nie było ważne. Nie na Kappę. Nie po...

– To było dawno temu, sir. Zostawiłem to za sobą – skłamałem. – Chce pan, żebym poleciał na Kappę. Jak długa to podróż? Dziewięć albo dziesięć miesięcy krio w każdą stronę? Miałem odejść na pełną emeryturę za rok. To dlatego wysłali mnie na zieloną trawkę w DE. – Nie chciałem tego robić, ale niełatwo było odmówić Seracie. Nie po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy.

– Wiem. – Serata zdjął nogi z biurka i podszedł do okna. Po przeciwnej stronie dużego, otwartego placu widniało kilka niskich, klockowatych budynków. – Jeśli chcesz, możesz odmówić. Masz na koncie tyle czasu w krio, co inni pułkownicy. I znacznie więcej służby bojowej niż oni. Odbębniłeś swoje.

Westchnąłem. Twierdząc, że mogę odmówić, tylko utrudniał sprawę. Cholera.

– Sharon wpadnie w szał. Już jestem od niej trzynaście lat młodszy z powodu całego czasu spędzonego w krio.

– Zatem piętnaście miesięcy żołdu krio plus premia do okresu służby na poczet emerytury. Kup jej terapię. Da się zdjąć z konta parę lat. – Serata uśmiechnął się.

– Piętnaście miesięcy? Przecież to dalej niż Baza Kappa.

– Zorganizowałem, żebyś w drodze tam trafił na TS-57. Mniej niż pięć miesięcy.

– W mordę. – Wyprostowałem się na krześle. Transport Specjalny 57 był najszybszym pojazdem transportowym w wojsku. Na składzie znajdowało się może piętnaście czy dwadzieścia sztuk i nie wykorzystywano ich do przewozu byle pułkowników. – To naprawdę jest ważne.

– Owszem. Musisz się tam znaleźć szybko, zanim wszyscy zapomną, co się wydarzyło – powiedział.

– Ma to sens. Od jak dawna stacjonuje tam jego jednostka? – Znów zadawałem pytania, ale w głowie kłębiło mi się od myśli. Mógł wezwać kogoś innego. Proste zadanie. Wielu ludzi mogłoby to zrobić...

– Niecałe pięć miesięcy – odrzekł Serata. – I mam też coś dla Sharon. Może nie będzie na mnie taka wkurzona. Żeby coś z tego wyszło, musimy przenieść cię do DP. Przydzielimy cię do Piątej Przestrzeni.

Oddech uwiązł mi w gardle.

– Sir...

– Tak. – Obrócił się do mnie. – Sprawa jest ważna. Ale dostajesz dobry układ.

Piąta Przestrzeń z siedzibą na Elenii Cztery. Moja pierwsza placówka. Ojczysta planeta Sharon. Nawet gdybym wcześniej się nie zdecydował, teraz już na pewno nie mógłbym tego przegapić. Żona by mnie zabiła.

– Mają tam miejsce?

Generał ściągnął wargi w wąską linię i skinął głową.

– Teraz już mają.

Przełknąłem ślinę, po czym również przytaknąłem.

– Zatem czego pan po mnie oczekuje, sir?

– Po prostu pojedź tam, poszperaj, napisz raport. Jest tam mnóstwo sił specjalnych, do tego brygada liniowa. Potrzebny mi ktoś, kto mówi ich językiem, ale rozumie powagę tego, z czym mam tutaj do czynienia. Niewiele osób należy do tego podzbioru.

– Tak jest, sir. – Większość żołnierzy na froncie nie poświęciłaby nawet pół myśli wysokiemu radcy Federacji. – Jak ma wyglądać raport?

Serata roześmiał się.

– Wiedziałem, że znalazłem odpowiedniego człowieka. – Nie sfałszowałbym raportu. Wiedział o tym. Jednak w każdej sytuacji można znaleźć wiele różnych prawd. Nie miałem nic przeciwko temu, by przekazać tę, która pomoże zespołowi. – Szczerze mówiąc, to nie wiem, czego chcę. – Przysiadł na skraju swojego mamuciego biurka.

Przez chwilę zastanawiałem się nad tym, ale nie wpadłem na odpowiedź.

– Nie rozumiem tego, sir. Dlaczego ja?

– Ponieważ nie mam pojęcia, na co się natkniesz. Sprawa może być czysta, ale może też być paskudna. I potrzebny mi ktoś, kto to rozpozna na czas. – Generał milczał krótką chwilę. – A rzecz w tym, że to musi być czyste. Nie obchodzi mnie, co zrobisz ani kogo będziesz musiał spalić. Wysoki radca Mallot ma tyle władzy, że praktycznie kieruje naszym budżetem, i cały czas dyszy mi nad karkiem. Znajdź jego dzieciaka albo dowiedz się, co się z nim stało. Trzeba to załatwić szybko i bez rozgłosu. Cicho jak w pieprzonej przestrzeni.

Siedziałem przez moment w milczeniu. Generał udawał, że wygląda przez okno, dając mi czas na zastanowienie.

– Cholera, sir. Mam nadzieję, że ten chłopak wie, ile sprawił kłopotów.

– Pewnie nie wie... – urwał, jakby miał coś jeszcze do powiedzenia, lecz zmienił zdanie. Dziwne. Serata nigdy nie robił nic przypadkowo.

– Wykonam to zadanie.

– Świetnie. Ważni ludzie będą to obserwować.

Podniosłem się.

– To dobrze, sir. Zna mnie pan.

Generał zachichotał.

– Owszem, znam. Właśnie dlatego o tym wspomniałem.

Przyłożyłem dłonie do serca w geście udawanej krzywdy.

– Rozumiem, sir.

– Dzięki, Carl.

– Tak jest, sir. Sharon będzie zachwycona. Nie dość, że Elenia Cztery, to jeszcze pozbędzie się mnie na rok.

Serata uśmiechnął się.

– Chcesz do niej zadzwonić i jej powiedzieć?

– Oj, nie, sir. Przekażę jej wieści dopiero po powrocie do domu.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Powieść nigdy nie jest samodzielnym przedsięwzięciem. Wiele, wiele osób się do niej przyczyniło.

Nie poradziłbym sobie bez swojej agentki Lisy Rodgers. Uwierzyła w książkę, sprzedała prawa do niej i odpowiadała na moje śmieszne pytania debiutującego autora, ale przede wszystkim zapewniła mi absolutnie genialne porady redaktorskie, dzięki którym opowieść przybrała obecny kształt.

Dziękuję też Davidowi Pomerico i całemu zespołowi z Harper Voyager za ich wiarę w powieść i ciężką pracę, jaką włożyli, żeby się ukazała. Dziękuję Sebastianowi Hue za ilustrację oraz wszystkim, którzy pracowali nad wspaniałą okładką.

Jestem winien wdzięczność Danowi Koboldtowi i całej ekipie Pitch Wars. Dan pomógł mi bardzo w niejednym konkursie Pitch Wars. Nauczył mnie mnóstwa rzeczy potrzebnych zawodowemu pisarzowi i do dziś jest dla mnie mentorem.

Dziękuję mojemu bratu Steve’owi Mammayowi, który jako pierwszy czytał tę historię. Jego porady i wiara dały mi ten początkowy impuls, którego potrzebowałem, żeby przemienić ją w coś lepszego. Dziękuję mojej szwagierce Melissie Mammay za jej świetne opinie. Dziękuję wczesnym czytelnikom Davidowi Kristophowi, Jessice Bloczynski, Tahani Nelson i kilkorgu innym, którzy zapoznawali się z mniejszymi partiami tekstu i oferowali rady.

Trzy krytyczne partnerki były przy mnie przed, w trakcie i po tym, jak napisałem tę książkę. Od każdej z nich nauczyłem się więcej, niż potrafię wyrazić. Morgan Levine czyni ze słowami wspaniałe rzeczy, o których mogę tylko marzyć. Jej odciski palców widnieją na tekście na kilkanaście subtelnych sposobów. Rebecca Enzor dbała o moją poczytalność w trudnych chwilach i wciąż tak robi.

Nie jestem w stanie wyrazić znaczenia, jakie miało wsparcie i porady Colleen Halverson. Jej praca nad tą powieścią, a co więcej, jej pomoc w moim rozwoju jako pisarza wymykają się słowom. Jestem wdzięczny za jej nastawienie, etykę pracy i przyjaźń.

Przede wszystkim zaś chciałbym podziękować mojej żonie Melody za jej nieprzerwane wsparcie i wiarę. Jej poświęcenie dla mnie i naszej rodziny, nie tylko w tym projekcie, ale i we wszystkim innym, jest nieocenione. Bez jej miłości nic nie miałoby znaczenia.

Michael Mammay

Jest emerytowanym oficerem wojskowym i absolwentem United States Military Academy. Posiada dyplom magistra z historii wojskowości i jest weteranem z operacji Pustynna Burza, Somalii oraz wojen w Iraku i Afganistanie. Mieszka z rodziną w stanie Georgia.

www.michaelmammay.com

Copyright © 2018 by Michael Mammay Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2019

Tytuł oryginału Planetside

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-521-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Postacie i wydarzenia przedstawione w tekście są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest przypadkowe i niezamierzone przez autora.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski, Robert Łakuta

Grafika oraz projekt okładki Dark Crayon

TłumaczeniePiotr Kucharski

Redakcja Mirosław Ruszkiewicz

KorektaMagdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Wyłączny dystrybutor Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/