Pięść - Bożena Walewska - ebook + audiobook

18 osób właśnie czyta

Opis

Gdy nadchodzą dni pogardy, nienawiści i krzywdy, a zło roznosi się jak zaraza, niszczy i odziera z godności, wtedy budzi się w zwykłych ludziach moc, która pozwala im wstać, choć czują, że nie dadzą rady unieść głowy, pozwala walczyć, choć każdy zadany cios wydaje się ostatnim.

 

Kal, potomek szacha, choć wydaje się słaby i niedoświadczony, z dnia na dzień musi wziąć odpowiedzialność za swój naród. Nair, spadkobierca korony Morovii, nie może już dłużej się ukrywać. Powinien przestać uciekać, a zamiast tego zebrać wokół siebie wszystkich zdolnych udźwignąć miecz, topór, a choćby i kij. Zwyczajny chłop z górskiej osady i samotna zielarka zaczynają odgrywać role, do których bynajmniej nie wydawali się stworzeni. Doświadczonego wojownika, którego życie zdążyło nauczyć, że nawet bohater cuchnie po śmierci i żadne poematy tego nie zmienią, również czeka nowe wyzwanie.

 

Oni i wielu innych muszą porzucić swoje domy, zostawić rodziny i ukochanych, zatknąć noże za pas, zacisnąć zęby i ruszyć, kiedy nadejdzie czas. Ktoś, kto im powie, że nie dadzą rady, łże! Bo choć czują się słabi, choć paraliżujący strach nieraz zajrzy im w oczy, to przecież mają moc – ona ich podniesie. Muszą tylko ją poczuć. W sobie i w innych. W słońcu i w deszczu. W snach i na jawie. Nawet w stracie.

 

Czy Ty wyruszysz z nimi w magiczną podróż?!

 

Magiczna i ujmująco ciepła opowieść o niezwykłej sile, która drzemie w każdym z nas. Usiądźcie wieczorem przy kominku i pozwólcie by ta baśń was oczarowała. - Jacek Łukawski, autor cyklu Kraina martwej ziemi

 

 “Pięść” przeniesie Was do świata, w którym nikt z nas nie chciałby żyć. To opowieść o walce, lojalności i prawdziwej przyjaźni, która nie da o sobie zapomnieć przez długi czas.Serdecznie polecam! - Paulina Balcerzak

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 58 min

Lektor: Bożena Walewska

Popularność


Rozdział IBoska obietnica

Ocean był wyjątkowo spokojny, jakby ostatni sztorm wyssał z niego wszystkie siły. Szemrał przedwieczorną modlitwę, kołysząc się leniwie. Nawet mewy przycichły. Ciemniejącą taflę wody przecinały krwiste łuny zachodzącegosłońca.

Samotny człowiek stał na krawędzi klifu zapatrzony w to boskie malowidło – niezmienne od wieków, a zarazem inne każdego dnia. Zawstydzony wzruszeniem, jakie ten obraz w nim budził, zerknął spod oka w jedną, potem w drugą stronę, jakby chciał się upewnić, że nikt nie widział tej chwili słabości. Bezwiednym gestem odgarnął z twarzy długie włosy, próbując wygrać z wiatrem. Nie na wiele się to zdało, złośliwiec natychmiast nawiewał je zpowrotem.

Ot, jaką zabawę sobie znalazł. – Samotnik uśmiechnął się mimowoli.

Czasy młodości miał za sobą, na skroniach połyskiwały pojedyncze srebrne nitki, a szczupłą twarz znaczyło znużenie i smutek. Mimo to wystarczyło spojrzeć, by rozpoznać wojownika, któremu pod ciężarem miecza nie zadrżą ręce, nie ugną się kolana. Świadczyły o tym zarówno dumna postawa i spokój, jak też kocia czujność widoczna w każdym ruchu, w każdym spojrzeniu. Prawy policzek przecinała gruba, widoczna blizna. Na silnych rękach widniały tatuaże żmij sięgające od ramion aż po nadgarstki, na grzbietach obu dłoni miniaturowe sylwetki szarych sów – znaki przynależności, a może kaprysmłodości.

Od dłuższego czasu tkwił w bezruchu jak posąg, zapatrzony w dal, nieobecny.

– Nair!? – Okrzyk rozbrzmiał nadspodziewanieblisko.

Wyrwany z zadumy wojownik gwałtownie odwrócił głowę, odruchowo sięgając po rękojeść miecza. Przez moment obserwował zbliżającą się dziewczynę, po czym stanowczym gestem nakazał jej zatrzymanie się tam, gdzie była. Ona jednak zlekceważyła ostrzeżenie i z uśmiechem na twarzy ruszyła jeszcze szybciej. Wpatrywał się w drobną postać kompletnie zaskoczony. Wreszcie skoczył w jej kierunku, krzycząc radośnie jakdziecko:

– Caril! Siostrzyczko! – Dobiegł, chwycił dziewczę wpół i zakręcił kilka piruetów. W końcu postawił ją na ziemi, jednak nie wypuszczał z uścisku z obawy, że mogłaby zniknąć. – Nie masz pojęcia, jak się cieszę… Nie masz pojęcia… – powtarzał zewzruszeniem.

– Saendranie Nairze Karun! Twoje zachowanie niezmiernie mnie martwi. Takie rzeczy wyprawiać? Siostrę poniewierać jak jakąś wędrowną tancereczkę? – fuknęła z groźną miną, ale w jej oczach łzy mieszały się zradością.

– Skąd wiedziałaś, że tu mnie znajdziesz? – spytał.

– Jak tylko przewodnik przyprowadził mnie do waszego obozu, szukałam cię, a dobrzy ludzie wskazali to miejsce – odpowiedziała poważnie. – Podobno często spędzasz czassamotnie?

– To nie tak, Caril. Lubię być tu sam, bo muszę wszystko zaplanować, zastanowić się, co dalej, dokąd się udać. A przy szumie fal najlepiej się myśli – wyjaśnił. – Od dłuższego czasu planowałem, żeby cię sprowadzić. Tęskniłem… i jesteś – szepnąłwzruszony.

W jej oczach błysnęły łzy. Nie bardzo wiedział, jak temu zaradzić. Odsunął dziewczynę delikatnie, obrzucił taksującym spojrzeniem i zagwizdał przeciągle. Szybko się jednak zreflektował i spojrzał jej prosto w oczy z przepraszającymuśmiechem.

– Wybacz, to miało cię rozweselić, a wyszło głupio. Tak długo cię nie widziałem, Caril Karun, tak długo… a ty z poczwarki przeobraziłaś się w kobietę, na dodatek prawdziwą piękność. Nie od razu cię poznałem, dopiero jak podeszłaś bardzo blisko, bez lęku… Ach, Caril, tak bardzo przypominasz matkę. Mężczyźni oszaleją na twoim punkcie. Wybacz żołnierskie zachowanie, lata tułaczki zrobiły swoje. Dobrze, że znów jesteśmy razem, ale będę cię musiał przypilnować, moja droga. Mężczyźni oszaleją na twoim punkcie, to pewne. – Pogroził jej palcem z braterską surowością, jednak jego twarz wyrażała coś zupełnie przeciwnego: wielkie szczęście i poczuciedumy.

Miał powody, gdyż licząca szesnaście wiosen Caril niezaprzeczalnie była śliczną dziewczyną. Drobną twarz otaczała burza potarganych włosów. Wielkie, lekko skośne oczy migotały jakimś chochlikowym światłem. Nawet zwyczajna szara sukienka nie ujmowała jej czaru, wręcz podkreślała kobiece już kształty. Caril wprost tryskała młodością i energią – nie mogąc ustać spokojnie, dreptała w miejscu, podrygiwała i nie przestawała gadać, a właściwie zasypywać Naira pytaniami, na które i tak nie nadążałodpowiadać.

Patrzył na nią z wielką radością, ale też troską. Obiecał sobie, że zrobi wszystko, by ukochanej siostry nie spotkało nic złego. Obaj z bratem wchodzili już w wiek męski, kiedy pojawiła się na świecie. Matka omal nie przypłaciła życiem jej narodzin, podobnie jak sama Caril, jednak obie walczyły i wygrały tę walkę. Radosna i wojownicza dziewczynka była oczkiem w głowie całej rodziny. Jej ciekawość świata i nieco krnąbrny charakter przysparzały wszystkim trosk, jednak zarówno Nair, jak i Oland poczytywali sobie za honor i obowiązek strzeżeniesiostry.

– O co chodzi? – spytał, widząc, że Caril pociera dłonie i przestępuje z nogi na nogę, jakby coś jąnurtowało.

Spojrzała mu w oczy z wielką powagą izapytała:

– Kapłani dużo nam opowiadali, ale nigdy nie mogłam zrozumieć, jak do tego wszystkiego doszło. Dlaczego, Nairze?

Nie od razu odpowiedział. Nie chciał psuć atmosfery tego spotkania smutną opowieścią. Tę rozmowę wyobrażał sobie przez te długie lata tułaczki i niepewności, ale chciał to zrobić później, kiedyś. Jednak gdy usłyszał jej pytanie, doszedł do wniosku, że nie ma dobrych chwil na trudne rozmowy i nie należy ichodkładać.

– To było ponad trzysta lat temu – zaczął. – Morovia, Sylia, Esenia i Alieria, a także wszystkie pomniejsze prowincje, żyły w spokoju i zgodzie. Kwitł handel, ludziom powodziło się całkiem nieźle. Tymczasem w Esenii nastał nowy władca, pierwszy z rodu Edmurów, zwany Piratem od profesji, jaką się parał. Wraz ze swoimi kamratami, złoczyńcami jak on, siłą przejął tron i zaczął tworzyć armię. Obawiając się morovskich naznaczonych, ściągnął do zamku wszystkich obdarzonych choćby krztyną magii. Utworzył dla nich zakon. Porzucił wiarę w starych bogów i wprowadził nową religię. Zbudował Kościół Boga Stworzenia. Znalazł naśladowców, a wkrótce narzucił nowego boga wszystkim swoim rodakom, także tymopornym.

– Nie buntowali się? Nie walczyli? – pytałazaciekawiona.

– Owszem, ale każdy buntownik kończył na stosie albo szubienicy. Strach powodował, że większość Esenów religię przyjęła. Ale na tym Pirat nie poprzestał. Zaczął najeżdżać przygraniczne prowincje. Grabił i mordował, a wszystko pod płaszczykiem szerzenia jedynej prawdziwejwiary.

– A co na to władcy sąsiednich krajów, choćbyMorovii?

– No właśnie – odparł. – Początkowo biernie obserwowali, później zaczęli się go obawiać. Każdy myślał tylko o tym, jak obronić własne włości. W ten sposób Edmur I Pirat wkraczał coraz głębiej i zagarniał coraz więcej terytoriów. Na pierwszy ogień poszła Morovia. Nie miała armii, jedynie naznaczonych. Oni stanowili wielką siłę, dlatego Edmur wziął ich na cel jako pierwszych. To z obawy przed nimi otoczył się magami. Bronili się, ale zabrakło wodza, który by ich zebrał i poprowadził. Ówczesny król Morovii był na to zbyt słaby i tchórzliwy. Zakonne psy Pirata tropiły przeciwników z taką zaciętością, że w parę lat wytrzebiły większość naszych przodków obdarzonych darem. Zajęcie Alierii było już tylko formalnością. Rozproszone na pustynnych terenach klany nawet nie wiedziały, że ich stolica, Hara, padła. Tak powstały zręby ImperiumEseńskiego.

– A Sylia? Dlaczego w Sylii prawie ich nie ma? Wiem, bo rozmawialiśmy o tym zkapłanami.

– To był maleńki kraj, otoczony potężnymi górami, zalesiony, niemal dziki. Jedynie Mare z zamkiem na skale stanowiło jakąś wartość dla Edmura, ale nie wydawało się zagrożeniem. Zostawił Sylię na koniec, ale zanim się do niej zabrał, umarł w dziwnych okolicznościach. Mówi się, że został otruty przez młodszego brata. Gdy ten przejął władzę, skupił się na handlu i gromadzeniu majątku, a Sylia nie miała wiele do zaoferowania. Przez kolejne dwa stulecia bywało różnie. Lata spokoju przeplatały się z okresami nagonek i mordów. Dotykało to głównie naznaczonych i ich rodzin. Tylko oni stanowili realne zagrożenie dla kolejnych władców imperium. Z pozostałymi krainami poradzili sobie w ten sposób, że przynajmniej jedno z dzieci z królewskich rodów trafiało na dwór w Esenie. Jedynie z Morovii nie zabierali królewskich synów. Bali się trzymać naznaczonych zbyt blisko siebie. Eseńscy zakonnicy nie potrafili blokować naszego daru. Tak to było, Caril. Ale dość już o tym. Musimy wracać, robi siępóźno.

Idąc w stronę obozu, rozmyślał o dniu, w którym wymordowano jego rodzinę. Caril też dziwnie ucichła. Nair przypominał sobie polowania z ojcem, czułą, zwykle uśmiechniętą matkę, młodszego brata i kompanów odmiecza.

Rodzina żyła spokojnie i szczęśliwie. Królowa imperium, Sylwia I Edmur, zajęta budowaniem floty i przygotowaniami do wielkiej wyprawy w poszukiwaniu nowych ziem, dała podbitym prowincjom kilka spokojnych lat. Ten spokój zburzył bunt szacha w Alierii, po którym represje powróciły, a królewską rodzinę Karunów dotknęło nieszczęście. Caril miała zaledwie sześć lat, gdy oboje z Nairem stracili najbliższych. Ojca, króla Morovii, zabili eseńscyzakonnicy.

Przez pokolenia kościół eseński zdobywał coraz więcej uprawnień. Wykształceni, obdarzeni magią, silni mnisi sprawowali faktyczną władzę w podbitych krajach. Tego dnia zaatakowali z zaskoczenia, bez litości mordując wszystkich obecnych w sali tronowej. Nikt nie zdołał uciec. Później przetrząsnęli cały zamek. Zabijali dorosłych i dzieci, dworzan i służbę. Zgromadzili taką liczbę zakonnych magów, że nie sposób było się obronić. Sponiewieraną i odartą z czci królową powlekli na powrozie jako brankę. Na koniec spalili królewskie stajnie, żeby uniemożliwić pościg. Oszalałe z bólu konie zrywały pęta, wierzgały i tratowały się nawzajem. Nie mogąc pokonać masywnych wierzei, zginęły w ogniu. Wiele zabudowań spłonęło tamtego dnia w stolicy, a po starej, drewnianej dzielnicy mieszczącej domy i warsztaty rzemieślników pozostałyzgliszcza.

Z całej rodziny obecnej wtedy w zamku ocalał jedynie Oland, brat Naira i Caril. Zdołał uciec tylko dlatego, że nie zdążył na audiencję. Nikt nie wiedział, gdzie się ukrywał, dopiero kilka miesięcy później dotarły pogłoski, że w Gelenie zaciągnął się na statek, co było najlepszym rozwiązaniem dla człowieka wyjętego spod prawa. Tam przynajmniej niezbyt często spotykało sięzakonników.

Tamtego dnia Nair zabrał siostrę na dłuższą konną przejażdżkę. Wracając, już z daleka zobaczył dym nad zamkowym wzgórzem. Ukrył dziewczynkę w pobliskim zagajniku i kategorycznie nakazał jej tam czekać, a sam wyrwał co koń wyskoczy. Zatrzymał go tłum uciekinierów. Przerażeni ludzie opowiadali zatrważające historie i błagali o to, by ratował życie. W pojedynkę Nair nic nie mógł zdziałać i choć serce pchało w sam środek tej pożogi, rozum podpowiadał co innego. Wiedział, że droga do domu została odcięta. Nie miał czasu na rozpamiętywanie ani rozpacz – wrócił po siostrę, posadził ją przed sobą na koniu i pogalopował do niezbyt odległej posiadłości eseńskiego kupca zaprzyjaźnionego z rodziną Karunów. Wbrew rozkazom, by każdego morovskiego wojownika schwytać i wydać w ręce imperialnej władzy, Esen ukrył wielu zbiegów. Po paru dniach kapłani z sąsiedniej Sylii wyprowadzili Caril z Morovii i wraz z innymi ocalałymi dziećmi wywieźli do zamkniętego klasztoru w górach. Uczynili to, gdyż od ponad stu lat Sylia faktycznie pozostawała pod pieczą Morovii. Kapłani rozumieli, jak ważny był ten sojusz, dlatego pomagali morovskim uchodźcom, kiedy zaszła taka potrzeba. Nair nie był w stanie zapewnić bezpieczeństwa siostrze, nie mógł zapewnić go nawet sobie. Tęsknił za Caril, ale rozumiał, że tylko sylscy mnisi mogą jąochronić.

Potężne góry strzegły dostępu skuteczniej niż armie. Mijały lata, a Nair wciąż nie znalazł swojego miejsca na świecie. Spał byle gdzie, jadł co popadło, byle jakoś przetrwać. Niejeden raz przyszło mu walczyć o życie. Kiedy po śmierci królowej eseńskiego imperium, Sylwii z rodu Edmurów, tron objął jej młody syn i represje wobec naznaczonych nasiliły się jeszcze bardziej, Nair postanowił skończyć tę bezsensowną tułaczkę, skupić ocalałych wokół siebie i stanąć wrogom naprzeciw. Ludzie ściągali z całej Morovii na wieść, że Karun zbiera chętnych do walki. Trafiali do niego przez przewodników, których siatka rozrastała się z każdym rokiem, a on małymi grupkami odsyłał ich do granic Sylii, nakazując unikania głównych traktów. W przygranicznych lasach czekali przewodnicy, głównie sylscy kapłani. Nair odczekał jeszcze kilka dni, po czym wyruszył z kilkunastoma ludźmi oraz przewodnikiem, który zapewniał, że doprowadzi ich bezpiecznie do królewskiego zamku w górach, opuszczonego od ponadstulecia.

– Nairze, czemu królewscy tak unikają sylskich lasów? – zapytała Caril po długim jak na niąmilczeniu.

– Tylko wprawne oczy i uszy przewodników potrafią odnaleźć w nich drogę, dlatego musimy im zawierzyć, gdyż dopiero tam możemy poczuć się w miarę bezpiecznie. Imperialni starają się unikać tych ostępów, tak samo jak górskichścieżek.

– Przecież mają zakonnych magów – dociekała dziewczyna. – Mogliby to wykorzystać, czyżnie?

– Mam wrażenie, że te lasy opierają się magii. – Nair sam był zdumiony tym zjawiskiem. – Nie tak dawno jakiś zacietrzewiony dowódca mianowany przez nowego władcę imperium, Anvila Edmura III, wraz z niewielkim oddziałem zagłębił się w te lasy w pościgu za grupką Morovów, ale z tej wyprawy nie powrócili ani on, ani żaden z jego ludzi. Trzy setki żołnierzy wysłano pod ochroną kilkunastu zakonników, by odnaleźć zaginionych żywych lub martwych, ale nie pozostał po nich żaden ślad. Nie było oznak walki, zdeptanej trawy czy połamanychgałęzi.

Caril przez dłuższą chwilę milczała, z uwagą obserwując brata. Pamiętała go odrobinę, a pamięć wzmacniali mnisi, którzy opowiadali jej o rodzicach i braciach. Jeden z nich narysował specjalnie dla niej portrety Naira i Olanda. Słyszała, że Ole zaginął. Na szczęście miała jeszcze Naira. Zmienił się na wygnaniu, minęło w końcu wiele lat. W jego szczupłej twarzy nie było widać nawet śladu lęku, raczej niezłomność, a nawet zaciętość izuchwałość.

– Dlaczego ciągle jesteś sam? – zapytała. – Przystojny z ciebie mężczyzna, Nairze. Niejednej pannie mógłbyś zawrócić w głowie. Kto wie – na samą myśl chochliki w jej oczach rozbłysły – może nawet by o ciebie walczyły? – Klasnęła w dłonie, ale już po chwili na jej twarzy pojawiła się troska. – To był taki głupi żarcik, nie gniewaj się, proszę, ale ja nie jestem już dzieckiem. Wiem, że każdy człowiek potrzebuje bratniej duszy u boku. Tytakże.

– Nie szukałem, Caril. Czasy nie sprzyjały zakładaniu rodziny, przecież wiesz – odparł z ledwo dostrzegalnym smutkiem. – A teraz jestem już na to zastary.

– Mówisz głupstwa. Nie jesteś stary, a poza tym masz obowiązek przedłużyć nasz ród – odpowiedziała z powagą wręcz nieprzystającą do jej wieku. Na chwilę umilkła, jednak to nie trwało długo, bo już po chwili znów zaczęła mówić, jakby chciała w jednej chwili nadrobić te wszystkie lata. – Byłam przerażona, gdy mnie oddałeś mnichom. Ciągle płakałam, nie chciałam jeść i spać, jednak z czasem przywykłam. Kiedy trochę podrosłam, kapłani wyjaśnili mi, dlaczego musiałeś mnie zostawić. Uświadomili, kim jesteś, jak ważne są twoje życie i misja, którą postawiło przed tobą przeznaczenie. Wiem o tobie bardzo wiele, Nairze, dlatego zrobię co tylko w mojej mocy, żeby ci pomóc zadbać o sukcesję. Jeśli będzie trzeba, sama znajdę odpowiednią kandydatkę. Nasz ród przewodził Morovii od wielu pokoleń. Nie bez powodu otrzymałeś w darze od bogów tak ogromną siłę. Kapłani mówili, że tylko ty możesz poprowadzić lud w drodze do wolności, że za tobą pójdą wszyscy, takżeSylowie.

– Już dobrze, moja ty mądralo. Będę cię słuchał jak wyroczni, obiecuję. – Podniósł dłoń w geście przyrzeczenia, uśmiechając się przy tym szeroko. Próbował obrócić wszystko w żart, jednak w jego oczach ciągle czaił się smutek. – Chodźmy już, siostrzyczko. Musisz się posilić, straszna chudzina z ciebie. – Przygarnął ją ramieniem i mocno przytulił. Zaskoczyły go mądrość i rozwagaCaril.

– Czy ciotka Mirie żyje? – zapytała, świadomie zmieniająctemat.

– O tak. Ona jest wieczna, niezniszczalna jak Morovia. Spotkamy się z nią wkrótce, może jeszcze dziś – zapewnił zuśmiechem.

Ruszyli żwawo w kierunku obozu nad Zatoką Krabów. Tam było miejsce zbiórki, do którego dotarła już większość naznaczonych. Tam też kapłani przyprowadzili morovskie dzieci ukrywane przez lata w klasztorze. Caril wróciła razem z czterema dziewczętami i jedenastoma naznaczonymi. Tylko jeden chłopiec był w jej wieku, trzy lata więcej liczyła sobie przyjaciółka o imieniu Sulla, pozostali to jeszcze dzieci.

Przez całą drogę Nair trzymał ją mocno za rękę, zyskując na ten krótki moment spokój i szczęście, jakiego dawno nie doświadczył. Jednak ponure myśli wróciły szybciej, niż sięspodziewał.

W ostatnich latach rzadko opuszczał kryjówki z obawy przed ludźmi króla Esenii. Nie tylko dlatego, że pochodził z rodu władców Morovii. Istniała inna przyczyna. Nair należał do tych, którzy byli jedyną nadzieją na odzyskanie wolności – naznaczeni, zdolni pokonać zakonnych magów. Nie było ich wielu, dlatego Morovowie przez lata doszli do wielkiej wprawy w ukrywaniu całych rodzin. Powstały zorganizowane siatki, trasy przerzutowe i porządnie chronione kryjówki. Esenowie polowali na naznaczonych od ponad trzystu lat i wymordowali ich setki, może nawet tysiące. Mimo to w kolejnych pokoleniach rodzili się następni. Nie uczono ich posługiwania się darem, ta umiejętność przychodziła sama, niepostrzeżenie, gdy chłopiec był na nią gotów. U jednych we wczesnym dzieciństwie, u innych znaczniepóźniej.

Nair na zawsze zapamiętał swoje pierwsze spotkanie z królewskimi. Był wówczas małym dzieckiem. Wybrał się do lasu, żeby podglądać rodzinę guźców, które od niedawna zamieszkały w pobliżu murów zamkowych. Już z daleka zauważył ośmiu strażników i trzech zakonnych, nieśpiesznie pokonujących sawannę. Mocne konie szły stępa, niespokojnie wietrząc i strzygąc uszami, gdyż okolica roiła się od dzikich zwierząt. Podobnie zachowywali się zakonni bracia – obserwowali okolicę i węszyli niczym drapieżniki. Nie wypatrywali jednak zwierząt, tylko ludzi obdarzonych magią, którzy dla nich byli jednacy z dziką zwierzyną. Przerażony Nair wcisnął się do nory guźca i niemal całkowicie wstrzymał oddech. Bał się nawet o to, że z daleka mogą usłyszeć bicie serca, które waliło w jego piersi. Patrol przejechał kilka kroków obok jego kryjówki. Chłopak odczekał i już zamierzał wyjść, kiedy nagle poczuł drgania ziemi coraz bliżej nory, w której się schronił. Nie wiadomo skąd wiedział, że go wyczuli. Zbliżali się krok za krokiem, a on to słyszał tak wyraźnie i głośno, jakby ktoś walił chochlą w garnek tuż przy jego uchu. Chłopiec zaczął odczuwać przenikliwy ból głowy, drżał ze strachu jak osika. Niejeden raz widział podziurawione zwłoki mężczyzn, zielonoszare z upływu krwi. To były ciała naznaczonych, a on też miał się nim stać wprzyszłości.

Dowiedział się o tym od ojca w dniu naznaczenia. Starszyzna zbierała się raz w roku, by stwierdzić obecność daru. Rodziny z całego kraju przywoziły synów do stolicy Morovii. Niegdyś to było wielkie święto, ale od dwustu lat robiono to po kryjomu, za każdym razem w innym miejscu. Chłopców, u których pojawił się dar, uroczyście naznaczano znakiem rodowym. Karunom od wieków patronowała żmija. Dodawano też drugi znak, zgodny z cechami charakteru. To był przywilej matki, która zazwyczaj najlepiej znała swoje dzieci. Nairowi podarowała małą złotą figurkę sowy. Znaki tatuowano na obu rękach i nie zrezygnowano z tego obyczaju nigdy, nawet w czasach niewoli, mimo że wystawiały na niebezpieczeństwo mężczyzn ściganych imperialnym prawem. Magia naznaczonych była zabójcza, a co gorsza, wymazywała wszelki ślad po tych, wobec których jej użyto. Przez wieki była największym koszmarem władców imperium. Zginąć w walce to jedno, ale zniknąć na wieki – to przekraczało wszelkie pojmowanie. Dlatego naznaczonych ścigano i zabijano bez sądów iwyroków.

Starszyzna Morovii twierdziła, że symbole na rękach otwierały drogę magii, wypuszczając ją na wolność. Wkrótce po inicjacji u większości chłopców następowała zmiana zachowania – stawali się butni, nabierali pewności siebie graniczącej z brawurą. Mogło to wynikać z samego wejścia w dorosłość, ale seniorzy rodów uważali, że tak objawiało się uwolnienie zgromadzonej siły. Tę wiedzę przekazywano z pokolenia na pokolenie i nikt nigdy jej nie podważał. W momencie naznaczenia przydzielano dzieciom opiekunów, których zadaniem było okiełznanie głupiej brawury, nauczenie zasad, a także szkolenie w posługiwaniu się zwykłą bronią. Nikt nie uczył, jak używać magii, to działo się samo, instynktownie.

W dniu, gdy po raz pierwszy poczuł prawdziwe zagrożenie, Nair jeszcze nie wiedział, w jaki sposób przywołać swoją siłę. Siedział w norze, zaciskając pięści mokre od potu i dygocząc ze strachu. Tupot końskich kopyt był już niebezpiecznie blisko kryjówki, więc chłopiec zamknął oczy i oczekiwał na śmierć. W głębi duszy marzył, aby ci ludzie po prostuzniknęli.

Nagle poczuł w głowie wir przyśpieszający z każdą chwilą. Widział coś takiego na alierskiej pustyni podczas burzy. Tyle że ta burza szalała w jego czaszce, powodując mdłości i rozsadzający ból. Usłyszał świst, wycie, jakieś odległe echo grzmotu. Przyciskał do skroni zaciśnięte piąstki, czując, że dłużej tego nie wytrzyma, zwariuje albo umrze. W tym momencie poczuł, że jego głowa rozpada się na kawałeczki. Później stracił świadomość. Nie pamiętał, jak wydostał się z kryjówki ani jak wrócił do zamku. Po wielu godzinach snu wreszcie sięocknął.

Dopiero ojciec wyjaśnił mu, co się zdarzyło. Magia Naira zadziałała, choć on sam nie miał o tym pojęcia. Jego marzenie, by zakonni zniknęli, zostało spełnione. Przestali istnieć. Ojciec nie powiedział mu tylko jednego: że taki wyczyn sprowadzizemstę.

Tydzień później, gdy patrol nie wrócił, a poszukiwania nie przyniosły rezultatu, królewscy dokonali rzezi zwykłych mieszkańców okolicznych wiosek. Dla przykładu. Pozostawili przy życiu tylko młode kobiety i popędzili je do miasta w pętach, jak niewolnice. O tej masakrze chłopiec dowiedział się dopiero wiele tygodnipóźniej.

– Nairze, jesteś taki strapiony – odezwała się Caril. – Czy coś sięstało?

– Nic takiego, siostrzyczko, to tylko złe wspomnienia – odparł i wbrew swoim myślom uśmiechnął się. Caril była najprawdziwszym powodem do radości: młoda, śliczna i żywiołowa jak ichmatka.

Wreszcie dotarli do obozu, co Nair przyjął z ulgą, ponieważ pytania siostry przywoływały najgorsze wspomnienia. Od kilku dni zbierali się tam naznaczeni, ich rodziny oraz sylscy przewodnicy. Dołączyła też Mirie, ciotka Mirie, jak nazywali ją wszyscy. Nieoceniona uzdrowicielka i bajarka, która wspaniale gotowała i znała się na sporządzaniu przeróżnych leczniczych mikstur. Prawdziwa skarbnica wiedzy. Ta drobna, skromna kobieta miała w sobie tyle optymizmu i sił, że mogłaby tym obdarować wielu malkontentów. Uratowała niejedno pokolenie naznaczonych, gdyż posługując się jakimś sobie tylko znanym zmysłem, zawsze wyczuwała niebezpieczeństwo i wyprowadzała ich z opresji, ratując od niechybnej śmierci. Gdy zobaczyła Naira w towarzystwie młodej, roześmianej dziewczyny, poderwała się od ogniska. Uściskała najpierw jego, mocno i serdecznie, jak brata. Później podparła się pod boki, obrzuciła Caril krytycznym spojrzeniem, po czym roześmiała się i przyciągnęła ją dosiebie.

– Nie mogę uwierzyć w to, co widzę – mówiła radośnie. – To ma być pulpecik, którego pamiętam? Caril, ależ z ciebie piękność, no, no.

– Za to ty, ciociu, nic się nie zmieniłaś. – Caril była lekko onieśmielona, a zarazem szczęśliwa. Pamiętała Mirie, jej rozwichrzone loki, jak zawsze upięte w nieładzie, bystre oczy nieokreślonego koloru, ni to szare, ni zielone, i ciepły, serdeczny uśmiech. Tylko czasem po twarzy kobiety przemykał jakiś smutek, ból, którego przyczyny nigdy nikomu niewyjawiła.

– Mirie, znajdzie się coś do jedzenia? – zapytał Nair. – To chuchro trzeba podkarmić, a i mnie burczy wbrzuchu.

– Chodźcie, chodźcie, siadajcie, zaraz was nakarmimy. – Wskazała im kamienie przy palenisku. – Takie skromne siedziska, ale wygodne, oszlifowane.

Nair podchodził do wszystkich, których wcześniej nie widział, witał ich mocnym uściskiem dłoni, do każdego zagadał kilka słów. Starszych naznaczonych znał osobiście, młodszych pytał o rodziny, z których pochodzą. Niektórych od razu rozpoznawał po rodowych znakach wytatuowanych narękach.

– Cieszy mnie bardzo, że przybyło was tak wielu, mam nadzieję, że kolejni jeszcze dotrą. Mirie zapewne znacie, a to dziewczę – przyciągnął Caril do siebie i otoczył ramieniem – jest moją siostrą. Przedstawiam wam Caril Karun. A teraz siadajcie, zjedzmy coś, wypijmy – zapraszał doogniska.

Mirie komenderowała wszystkimi, kręciła się jak fryga i zapędzała do pracy dziewczyny i chłopaków, sprawiedliwie.

Po posiłku wszyscy z lubością rozkoszowali się gorącym napojem sporządzonym z palonych ziaren kawy mielonych na drobny proszek w żarnach wymyślonych przez Mirie. Wcześniej służyły jej do rozdrabniania ziół. Zielarka lubiła wszystko sprawdzić, zbadać, wypróbować, a kiedy odkryła, że przypalone ziarna kawy wydzielają wspaniały zapach, postanowiła je zemleć i zaparzyć jak zioła. Okazało się, że napój o lekko gorzkim smaku przywracał energię i rześkość. W połączeniu z cukrem tracił gorycz i stawał się prawdziwymrarytasem.

Kolacja dobiegła końca, a Mirie znalazła wreszcie czas, by z glinianym pucharkiem parującego napoju zasiąść przy ognisku pośród przyjaciół. Caril mrugnęła do Naira, ciesząc się tą chwilą. Zanosiło się na opowieść, a opowieści ciotki zawsze przyprawiały o dreszcze albo wywoływały salwyśmiechu.

– Na samym początku – zaczęła Mirie – było pięciu bogów, jak pięć palców jednej dłoni. Każdy z nich zbudował jakąś część świata. Ar stworzył góry i niziny, pustynie, sawanny i lasy. Bral poprzecinał ziemię rzekami i morzami. Podzielił ją na kontynenty, wyspy i wysepki, a że miał artystyczną duszę, tu i ówdzie dodał jeziora, strumyki, wodospady i katarakty dla ozdoby. Cron zagościł pod ziemią, a kiedy wrócił na powierzchnię, pozostawił po sobie bezcenne skarby – metale, kamienie, kryształy, węgiel, ale też gorące źródła i rozżarzone masy lawy. Hon stworzył zwierzęta, ptaki i wszystkie żyjątka morskie i lądowe. Uman nie miał z początku żadnego pomysłu, ponieważ już wszystko zostało zrobione. W końcu zauważył, że brakowało kogoś, kto mógłby podziwiać takie dobro i rozkoszować się nim. Wymyślił więc stworzenie rozumne i bystre, zdolne wykorzystać boskie dzieła dla własnych celów, nazywając je człowiekiem. – Bajarka zrobiła króciutką przerwę na kilka łyków kawy. Widząc zasłuchane twarze i wlepione w siebie oczy, bez zwłoki podjęła opowieść. – W boskim umyśle powstały dwie istoty, kobieta i mężczyzna, wyposażone w zmysły wzroku, słuchu, smaku, powonienia i dotyku. Uman długo spoglądał na nie krytycznym okiem, poprawiał i udoskonalał, aż obraz stał się idealny. Na koniec w ich głowy skierował groty piorunów. Jednym uderzeniem rozniecił życie, a wraz z nim tęsknoty i żądze. Zanim wysłał podopiecznych w świat, dał im potężne dary: rozum, wolną wolę i magię. Jedynym ograniczeniem były boskie prawa – szacunek dla samych siebie, otaczającego świata i wszystkich istotżywych.

– Och, Mirie! – Caril była bardzo poruszona. Nigdy w taki sposób nie patrzyła na siebie ani na innych ludzi. Zielarka dotknęła jej dłoni splecionych w uścisku, delikatnie je pogłaskała, ale nie przerwałaopowieści.

– Pięciu obserwowało z zainteresowaniem, jak sobie radzą ich stworzenia. Po pewnym czasie spostrzegli, że człowiek poczyna sobie nazbyt śmiało. Zdobywa góry, wyrywa ziemi jej skarby, powstrzymuje rzeki albo zmienia ich bieg, wycina i pali lasy. Z czasem ludzie posuwali się coraz dalej – doszło do tego, że z zazdrości o ziemię, bogactwa czy władzę zaczęli walczyć między sobą. Zabójstwom i nienawiści nie było końca. Bogom nie podobało się takie działanie. Nakazali Umanowi, żeby powstrzymał swych podopiecznych albo ich zniszczył. Uman jednak ani myślał tego zrobić. Był dumny ze swojego dzieła, podziwiał spryt i pomysłowość ludzi. Kiedy pozostała czwórka bogów próbowała pokazać człowiekowi, gdzie jego miejsce, wszczął bunt, stając przeciw braciom. Rozpętała się wojna bogów, niszcząca dla świata i wszystkich jego stworzeń. Ar, najbardziej miłościwy z całej piątki, rozrzucił bogów po całym wszechświecie, by zapobiec dalszej bezsensownej walce i narastającej nienawiści. Palce jednej dłoni zostały rozerwane. Pozbawiony opiekunów świat podupadał, niszczony pazernością ludzi. Wykorzystując dary Umana, rozum i przemyślność, tworzyli oni coraz lepszą, skuteczniejszą broń, by móc zabijać i grabić. – Bajarka westchnęła iumilkła.

– Co było dalej? Dlaczego bogowie nie powstrzymali ludzi? Mogli ich przecież ukarać, zabronić zabijania i niszczenia. Bogowie mogą wszystko, czyż nie? – niecierpliwie dopytywałaCaril.

– Tylko Ar o tym myślał. – Mirie podjęła opowieść. – Próbował zwołać swoich braci i pogodzić ich, ale nie usłuchali. Byli zbyt dumni, jak to bogowie. Musiałby stoczyć bitwę z Umanem, a tego nie chciał. Wtedy wymyślił inny sposób. Istnieje przepowiednia, wypowiedziana ponoć przez samego Ara: „Kiedy palce jednej ręki odnajdą się i zacisną w pięść, na ziemi znów zapanuje porządek rzeczy. Szukajcie ich wśród boskich okruchów, które rozsypałem poświecie”.

Rozdział IIPalce jednej dłoni

Karawana wędrowców przemierzała pustynię, poganiając jednogarbne wielbłądy do galopu. Alierczycy nie bali się zapuszczać w jej niezmierzone obszary. Robili to od stuleci. Nie budowali domów, nie zakładali wiosek ani miasteczek, jak to było w zwyczaju innych nacji. Tak po prawdzie, to Alieria mogła poszczycić się tylko jednym wielkim miastem. Hara, stolica państwa, w której niegdyś mieściły się siedziby wezyrów, szejków i wielki pałac szachinszacha, podupadała jednak coraz bardziej. Kraj został podbity i złupiony ponad dwa stulecia temu. Władza jednak pozornie pozostawała w rękach alierskich rodów. Eseńscy królowie imperium w swojej łaskawości pozwalali, by poszczególnymi prowincjami zarządzali szejkowie, zapobiegając w ten sposób rozruchom i buntom. Postępowali tak ze wszystkimi podbitymi krajami i prowincjami. Godzili się nawet na to, by rodzina szacha zamieszkiwała w głównym pałacu, jednak wszelkie najmniejsze próby rebelii były tłumione z największym okrucieństwem. Dlatego większość szejków wolała życie na pustyni z dala od wścibskich oczu i uszu królewskich szpiegów. Miasto niszczało, a ludnośćbiedowała.

– Panie! – krzyknął ktoś jadący z tyłu. – Zatrzymajmy się, mój dromader kuleje, ma okaleczonąnogę.

Sahan jednak nie słuchał, nie było czasu na postój. Poprawił tylko chustę na twarzy i popędził wierzchowca. Pozostali szybko dorównali mu kroku. Maruder musiał poradzić sobie sam. Czwarty dzień z rzędu pędzili na złamanie karku, żeby jak najszybciej opuścić tereny pustynne i dotrzeć do stolicy. W Harze dwóch podopiecznych, których Sahan od osiemnastu lat miał pod swoją kuratelą, powinno otrzymać pomoc konieczną do zrozumienia i kontrolowania daru odziedziczonego po ojcu. Czasnaglił.

Chłopcy byli bliźniętami, dziećmi szachinszacha Marada Harima i Laisy Mahadi, siostry Sahana. Po śmierci męża ścigana przez eseńskich żołnierzy szachini uciekła z dziećmi na pustynię. Przemierzyła niemal całą Alierię, by dotrzeć do swojego brata. Towarzyszyło jej tylko czterech wojowników ocalałych z rzezi. Dzieci podróżowały w chustach, na plecach jeźdźców. Maleństwa przyszły na świat ledwie kilka dni wcześniej, a Laisa mimo wyczerpania porodem karmiła je w drodze piersią. Mieli niewiele wody i żywności, więc kiedy w końcu dotarli do szejkanatu Beria, była na skraju wyczerpania. Zaniesiono ją do namiotu, otoczono najlepszą opieką, uzdrowiciele zrobili, co mogli, jednak osłabiona drogą i upływem krwi zmarła w nocy. Przed śmiercią opowiedziała bratu, co zdarzyło się w pałacu. W dniu, w którym bliźnięta przyszły na świat, ich ojca, Marada Harima, zabrali królewscy, prowadząc go rzekomo na spotkanie z samą królową Sylwią, władczynią Esenii. Szachinszach był człowiekiem ambitnym i porywczym. Nie godził się z rolą eseńskiego figuranta, pragnął władzy prawdziwej i niezależnej od imperium. Marzył o kraju wolnym i bogatym jak niegdyś. Gromadził wokół siebie buntowników, planował zbrojny przewrót. Nie brakowało jednak w Harze imperialnych oczu i uszu, nie brakowało też zdrajców. Wieści dotarły do królowej Sylwii, która wydała wyrok bez śledztwa i procesu. Aresztowano wszystkich buntowników, na czele z Maradem. Kilka dni później głowa szacha została zatknięta na drewnianym drągu przed bramą pałacu. Był silnym magiem, mimo to kilkunastu zakonnych nie dało mu szans się obronić. Wierni słudzy wyprowadzili Laisę i dzieci natychmiast po zniknięciu Marada, a później pomogli im dotrzeć do Sahana. Po śmierci siostry szejk znalazł dla Ahima i Kali mamkę, a także kilka niań. Gdy podrośli, sam przejął nad nimi opiekę. Nie wziął sobie żony ani nie spłodził własnych dzieci, starając się zapewnić siostrzeńcom wszystko, co najlepsze. Postanowił zastąpić im ojca i matkę. Nauczył je arytmetyki, geografii, a przede wszystkim historii własnej ojczyzny, a nałożnice udzielały im lekcji śpiewu i tańca. On szkolił ich w sztuce walki, kobiety zaś w sztuceuwodzenia.

Minęły lata, chłopcy dorośli. Pewnego dnia Sahan przekonał się, że tkwi w nich odziedziczona po ojcu niebezpieczna magia. Właśnie zamierzał zabrać siostrzeńców w podróż, żeby poznali ziemię, z której się wywodzili. Chciał przedstawić ich szejkom i ludowi. W końcu jeden z nich miał wkrótce zostać władcą. Według starszeństwa powinien to być Ahim, ale Sahan nie podjął jeszcze decyzji. Zastępował im ojca, zatem to on musiał zdecydować. Uważnie obserwował wychowanków, zapisując w pamięci ich wady, zalety, postępy i błędy. Szala na tej wadze przechylała się raz na stronę Ahima, innym razem na stronęKali.

Plan był taki, aby najpierw odwiedzić najbliżej położone szejkanaty i zwerbować ludzi do osobistej gwardii następców tronu. Królewskim dzieciom nikt nie odmówiłby ochrony czy pomocy, a te oddziały mogły się stać zalążkiem przyszłej armii, której Alieria nigdy nie miała. Po zebraniu większego oddziału Sahan zamierzał ruszyć wzdłuż Prony, jedynej rzeki przecinającej Alierię, do odleglejszych prowincji. Planował sprawdzić, jakie panują nastroje. Chciał wiedzieć, czy szejkowie dbają o przygotowanie i wyszkolenie młodych wojowników, czy myślą o swoim kraju, czy raczej wyłącznie o handlu i pomnażaniu własnych dóbr. Przygotowywał się do tej podróży od wielu tygodni. Stado jednogarbnych wielbłądów czekało nieopodal wraz z trzydziestoosobowym oddziałem ludzipustyni.

– Wuju, czy będę mógł dosiąść wielkiego dromadera? – zapytałAhim.

– To nie ty będziesz na nim jechał – oświadczył Kala, energicznie potrząsającgłową.

– Jak to nie? Wuju, ja jestem starszy, większy i silniejszy. Kala mógłby spaść. Sam mówiłeś, że pojadę na nim, kiedy dorosnę. Kala jest głupcem i niedołęgą. – Ahim po raz pierwszy w życiu okazał złość i pogardę wobecbrata.

Obaj przypominali Sahanowi Laisę. Tak jak ona, mieli wielkie brązowe oczy i niesforne loki, których nijak nie dało się przygładzić. Podobnie jak matka, byli drobnej budowy, o szczupłych twarzach i wystających kościach policzkowych. Różnica polegała tylko na tym, że Kala także charakter miał po matce. Zwykle łagodny, z uśmiechem i rozmarzeniem na twarzy, był zupełnym przeciwieństwem energicznego i zadziornego Ahima, który swój temperament odziedziczył po ojcu, co było widać w ruchach, mowie, a także złości okazywanej z byle powodu, za co wielokrotnie był karany przez Sahana. Musiał doglądać stada kóz albo czyścić zagrody dla wielbłądów. Ale najgorsze było usługiwanie bratu. Kala wcale tego nie chciał, wiedząc, jak upokarzające dla Ahima było bieganie z naręczem ubrań albo dzbankiem wody czy miską owoców. Sahan był jednak nieugięty, gdyż miał nadzieję, że w ten sposób okiełzna porywczą naturę chłopaka. Przy okazji Kala też się czegoś uczył – mianowicie władania. Musiał pokonać nieśmiałość, wydawać rozkazy, stawiać coraz to wymyślniejsze żądania. Jeśli próbował brata oszczędzać, kara Ahima zaczynała się od nowa. Im bardziej Ahim się buntował, tym dłużej trwała nauka pokory. To przynosiło efekty, gdyż chłopak po kilku dniach łagodniał i wszystko wracało do normy, przynajmniej na jakiśczas.

Ta różnica w charakterach chłopców przysparzała opiekunowi trudności z wyborem: Kala był mądry, ale nie dość władczy, Ahima natomiast cechowały inteligencja i pomysłowość, jednak nie lubił się uczyć, za to władzy pragnął zbyt mocno. Sahan miał nadzieję, że kiedy jego podopieczni doświadczą prawdziwego życia, zobaczą biedę i ciężką pracę prostych ludzi, a także pojmą, czym jest niewola, obaj dorosną i spoważnieją. Patrzył więc na ich kłótnię o wierzchowca ze spokojem. Nie pierwsza awantura, nieostatnia.

Ahim, przekonany do swojego prawa wynikającego z racji starszeństwa o całe dwa kwadranse, podszedł do wielbłąda, ściągnął wodze, by zmusić go do przyklęku, i sprawnie usadowił się w siodle, jednak Kala nieustąpił.

– Złaź! – powiedział władczo, usiłując ściągnąć brata z grzbietu zwierzęcia. Przy całej łagodności chłopcu nie brakowałouporu.

– Odejdź! – warknąłAhim.

– Nie pojedziesz na nim. – Kala uparcie szarpał nogę brata. – Ja godosiądę.

Wtedy Ahim przechylił się, jedną ręką przyciągnął głowę Kali, a drugą ścisnął palcami jego podbródek. Popatrzył mu prosto w oczy. Chłopiec zbladł, zwiotczał i upadł na ziemię. Próbował wstać, ale nie dał rady. Wydawał się oszołomiony, a po jego twarzy spływał pot. Sahan skoczył, w jednej chwili zwlókł Ahima z siodła i natychmiast ukarał, wymierzając mu siarczystypoliczek.

– Nigdy więcej tego nie rób. To twój brat, krew z krwi, i nie waż się go krzywdzić w żaden sposób – wysyczał. Był rozwścieczony do tego stopnia, że Ahim naprawdę się przestraszył. Skulił się, wyrwał wujowi i uciekł. Po kilku chwilach jednak wrócił, taszcząc dzbanek wody. Był przerażony tym, cozrobił.

– Kala, nic ci nie jest? – Poklepywał brata po twarzy i spryskiwał wodą. – Przepraszam, wuju, przepraszam, nie chciałem zrobić mu nic złego, to samo tak jakoś wyszło – mamrotał przerażony. – Wstąpiła we mnie wściekłość i poczułem, że muszę ją z siebie wyrzucić, inaczej mnie rozsadzi. Patrzyłem Kali w oczy i myślałem: „Zgiń, zniknij”. Wtedy usłyszałem głos matki. Krzyczała w mojej głowie, nawoływała, żebym tego nie robił. Oprzytomniałem, dostrzegłem jego twarz i złość natychmiast odeszła, ale było już zapóźno.

– Nigdy więcej, Ahimie, rozumiesz? Patrz mi w oczy! – rozkazał Sahan. – Nigdy więcej nie rób niczego, po czym musiałbyś powiedzieć „za późno”! Czy mnie dobrze zrozumiałeś? – Szejk miał przy tym taką dzikość i obcość w oczach, że chłopak zadygotał ze strachu. Nie mógł wymówić słowa, kiwnął więc tylko głową, co miało znaczyć, że wszystko doskonalezrozumiał.

– Pakujmy się, musimy ruszać! – rozkazał szorstko szejk. Ta jedna chwila zmieniła wszystko. Sahan zrozumiał, że nadszedł czas na spotkanie chłopców z kapłanami. Musieli wyruszyć do Hary jak najszybciej, żeby mędrcy mogli wyjaśnić synom szejka, jak potężną dysponująsiłą.

Wybrał kilkunastu mężczyzn, najsprawniejszych wojowników, jako eskortę. Karawana wyruszyła, jak tylko napełnili juki suszonym mięsem i pszennymi plackami, a bukłaki wodą. Prowadził Sahan, a tuż za nim pędzili obaj chłopcy. Pozostali trzymali się nieco z tyłu, by w razie potrzeby podjąć walkę w obronie dzieciszachinszacha.

Po sześciu dniach niemal nieustannej jazdy, którą tylko wielbłądy zniosły w niezłej formie, wydostali się z pustyni. Przed południem dotarli do oazy, w której mogli skorzystać ze skromnej kąpieli i nacieszyć się smakiem zimnej, czystej wody, cenniejszej w tych okolicach od złota. Z radością obmyli ciała z potu i kurzu, po czym zasiedli do skromnego posiłku w cieniu nielicznych karłowatych palm. Wreszcie mogli odpocząć i odetchnąć z ulgą, gdyż najgorszą część wędrówki mieli już za sobą. Jeszcze tylko jeden dzień i dotrą do Hary. Wielbłądy zamienili na konie pozostawione przezkupców.

Zamieszkujące w pobliżu oazy plemiona doglądały pozostawionego przez wędrowców dobytku: koni, wielbłądów, czasem też towarów. Dzień i noc mieszkańcy pustyni strzegli studni, by nikt nie zanieczyścił lub nie zatruł wody. Wiedzieli, które zwierzęta wypoczęły na tyle, żeby wyruszyć w ciężką drogę przez pustynię. Karawany kupców całkowicie zdawały się na ich osąd, czasem korzystając z pomocy miejscowych przewodników. Zapłatą były żywność, odzież, leki, błyskotki, a czasem broń przemycona w zwojach tkanin czy beczkach z solonymirybami.

– Przebierzemy się w kupieckie stroje – zdecydował Sahan. Uznał, że jako kupcy, z dodatkowymi końmi objuczonymi towarem, będą bezpieczni. Handlarze zwykle poruszali się bez przeszkód i mogli wjechać do miasta, nie wzbudzającpodejrzeń.

Wyruszyli po południu. Konie były wypoczęte, co pozwoliło dotrzeć do Hary nawet szybciej, niż zakładali. Następnego dnia, gdy słońce sięgało zenitu, zatrzymali się na wzgórzu, w niewielkiej odległości od murów. Mimo lęku przed spotkaniem z kapłanami chłopcy patrzyli jakzahipnotyzowani.

Miasto lśniące bielą piaskowca, złotem wieżyczek i zielenią licznych ogrodów wprawiało w zachwyt. Dopiero z bliska uwidaczniały się postępujący nieład i zniszczenie. Królewscy strażnicy przepuścili ich dość szybko, pobieżnie przeglądając juki z towarami. Stateczny, dobrze ubrany, zadbany kupiec wzbudzał zaufanie. Chłopców przedstawił jako swoich synów przyuczających się do zawodu. Pozostali towarzysze stanowili grupę drobnych handlarzy oraz najemnych strażników, zatrudnionych do ochrony ludzi i towarów. Nie musieli specjalnie odgrywać swoich ról, gdyż niemal każdy Alier na co dzień trudnił się handlem, a sprawne posługiwanie się bronią też nie było temu ludowiobce.

Sahan i jego towarzysze przemierzali ulice miasta, z obrzydzeniem patrząc na sterty śmieci, tabuny szczurów, zapchane kanały i kruszejące mury domów. Pamiętali Harę z lepszychczasów.

Chłopcy byli podekscytowani, ale też mocno wystraszeni. Zamiast podziwiać miasto, które widzieli po raz pierwszy w życiu, spoglądali na siebie nawzajem, po czym szybko opuszczali głowy, by ukryć niepokój. Nawet wszechobecny brud panujący na ulicach nie wzbudzał ich zainteresowania. Zazwyczaj rozgadany Ahim tym razem milczał. Wiercił się w siodle, jakby go parzyło. Od czasu do czasu pochrząkiwał zirytacją.

– Wuju, jak to będzie? Co z nami będzie? – Kala nie wytrzymał i jednym tchem wyrzucił z siebie nurtujące gopytania.

– Nie mam pojęcia – odparł Sahan. Nie rozumiem magii, a nawet mogę ci się przyznać, że czuję przed nią lęk. Jedynie wasz ojciec mógłby was na to przygotować. Gdyby żył – dodał. Było mu żal przybranych synów, ale nie potrafił im pomóc. Przez ten etap musieli przejśćsami.

Kilku kapłanów zajmowało dom wezyra. Wiedział o tym od zaprzyjaźnionego złotnika, Esena, który od czasu do czasu bywał w prowincji Beria ze swoimi wyrobami, a czasem nawet gościł w jego domu. Szejk liczył na to, że kapłani będą wiedzieli, co robić. Marad wspomniał kiedyś, że to właśnie oni prowadzili jego ceremonię. Nigdy nie opowiedział, jak wyglądał jejprzebieg.

Zsiedli z koni na rozległym dziedzińcu siedziby wezyra. Pałac, podobnie jak całe miasto, ubożał. Całą rodzinę wymordowano po śmierci szacha za „jątrzenie i podżeganie do buntu”. Taki wyrok odczytano, wieszając publicznie wezyra Karima, jego żonę Asanę i czwórkę ich dzieci, z których najmłodsza, Tija, miała zaledwie trzy latka. Możni Esenowie z daleka omijali pałac, od kiedy zaczęły krążyć plotki, że nawiedzają go duchy pomordowanych. Największy lęk budziły pogłoski o dzieciach błąkających się po komnatach iogrodzie.

Większość krewnych wezyra uciekła z miasta na prowincję albo ukrywała się w kupieckich domach. Pałac powierzyli nielicznej grupce kapłanów, którzy ocaleli po powstaniu wywołanym przez szacha Marada, a po jego śmierci kontynuowanym przez Karima. Ich świątynia została obrócona w perzynę, a duchownych wyrokiem królowej stracono za udział w buncie. Niewielu przeżyło. Początkowo ukrywali się w piwnicach lub pracowniach rzemieślników, kiedy jednak sprawy przycichły, wrócili i zamieszkali w pałacu w charakterze służących. Spokój zapewniały im skrzętnie podsycane wieści oduchach.

Zanim Sahan dotknął kołatki, drzwi otworzyły się na oścież, a stojący w nich człowiek gestem zaprosił gości do środka. Był wysoki i chudy. Rzadkie włosy zaczesane do tyłu odsłaniały wysokie czoło i mądre, współczująceoczy.

– Witam was, szlachetni. Oczekiwałem waszego przybycia – powitał ich dość oficjalnie, pochylając głowę w ukłonie przed Sahanem ichłopcami.

– Nie zapowiadaliśmy swojej wizyty. – Szejk skinieniem głowy odpowiedział na powitanie. Próbował nie pokazać po sobiezdziwienia.

– To dłuższa historia. Wiem, panie, kim jesteście. To wielki zaszczyt poznać szwagra i dzieci szachinszacha Marada. – Kapłan ponownie złożył przed nimi niski, pełen szacunku pokłon. – O waszym przyjeździe uprzedziła mnie wizja, ale o tym później. Teraz czekają na nas ważniejsze sprawy, rzekłbym, naglące. Pozwolisz, szejku?

Nie czekając na odpowiedź, podszedł dobliźniaków.

– Książęta, proszę za mną! – zwrócił się do nich uprzejmie, ale dość stanowczo, po czym odwrócił się i ruszył długim korytarzem. Od tego momentu nie obejrzał się ani razu. Ahim spojrzał na Sahana z niemym błaganiem: „Ratuj!”, za to Kala posłusznie poszedł za kapłanem. Na jego twarzy był spokój, a nawet… ledwie zauważalnytryumf.

– Ależ… – wyrwało się z ust Sahana. Zamilkł jednak, rzucając przelotne spojrzenie Ahimowi, jakby chciał mu rzec: „Musisz, synu”. Po to przybyli do stolicy mimo zagrożeń, które moglinapotkać.

Opuścił głowę, żeby nie pokazać targających nim emocji. Czuł, że wraz z tą chwilą jego mali chłopcy, synkowie, stawali się mężczyznami, a przez magię całkowicie tracili dziecięcą niewinność. Czuł ból i dumę zarazem. To był niezwykły moment. Wraz z nim nadeszło zrozumienie, co znaczy być ojcem, którego dzieci wkrótce opuszczą dom. Najgorsza była świadomość, że od tej chwili nie będzie mógł ich chronić, jakdotąd.

Ahim uśmiechnął się, jakby chciał pocieszyć Sahana, choć sam potrzebował wsparcia. Zrezygnowany ruszył w ślad za bratem. Gruby dywan pokrywający podłogę całkowicie tłumił dźwięki. Odchodzili w ciszy, jak duchy. Wkrótce cała trójka zniknęła za zakrętem, pozostawiając zdumionych mężczyzn w wielkiej sali. Mimo złoceń, ozdobnych tkanin i wytwornych mebli widać w niej było ślady postępującego zubożenia. Jedwab na poduszkach i otomanach wyblakł ze starości, a czarki, w których podano herbatę, miały wyszczerbienia i rysy. W czasach świetności uchodziłoby to za obrazę dlagości.

Chłopców poprowadzono korytarzami, a później schodami w dół. Znaleźli się w dużej, wysokiej na kilka metrów rotundzie z małymi oknami. Panowały tam półmrok i chłód, ale bracia zdołali dostrzec kilku kapłanów w długich białych galabijach. Nikt nie odzywał się ani jednymsłowem.

Położyli ich na podłodze pośrodku pięcioramiennej złotej gwiazdy, głowami do siebie. Jeden z kapłanów pochylił się i kładąc lewą dłoń na czole Ahima, a prawą na głowie Kali, zaczął wymawiać głośno i wyraźnie słowa w jakimś nieznanym, dziwnym języku. W pomieszczeniu zapanował nieprzenikniony mrok. Słowa płynęły nieprzerwanie, wypowiadane zgodnym chórem przez wszystkich obecnych. Gwiazda pod plecami chłopców rozżarzała się powoli słabym, z czasem narastającym światłem, aż w końcu promienie wystrzeliły czerwienią, przenikając przez ich ciała. Obaj mieli świadomość wszystkiego, co się działo, jednak byli jak sparaliżowani, niezdolni do żadnego ruchu. W promieniach ukazała się olbrzymia bezpalca dłoń, do której zbliżały się jakieś postacie. Synowie szachinszacha nie potrafili rozpoznać żadnej z nich. Dwie wydawały się niemal identyczne, trzy pozostałe zaś różniły się właściwie wszystkim. Migoczące wstęgi myśli i poszarpane obrazy przebiegały pomiędzy nimi tak szybko, że nie sposób było ich dostrzec ani zapamiętać. Postacie płynęły w powietrzu, powoli dobijając do otwartej dłoni jak do przystani. Gdy połączyły się z nią w jedno, ich ludzkie powłoki zaczęły zanikać, przeobrażając się w idealnie pasujące palce. Wtedy potężna dłoń rozprostowała się gwałtownie, chwilę trwała w tryumfalnym geście, a potem równie gwałtownie zacisnęła się w pięść. Na króciutki moment rozgorzała czerwienią, po czym zamigotała i zniknęła. Światło bijące od podłogi zgasło, a w pomieszczeniu znów zapanowałpółmrok.

– Wstańcie! – usłyszeli kategoryczne polecenie. – Wszystko, co ujrzeliście, dotyczy waszej przyszłości i zostanie spełnione. Co ta przepowiednia oznacza, musicie zrozumieć sami. – Kapłan mówił dostojnym, pozbawionym emocji głosem, jakby recytował wyuczoną lekcję. – Otrzymaliście moc, która już się ujawniła, ale korzystajcie z niej ostrożnie i tylko wtedy, kiedy będzie to konieczne. – Jego ton wyraźnie złagodniał, co znaczyło, że oficjalna część uroczystości dobiegła końca. – Zdobycie pełnej kontroli przyjdzie z czasem. Podczas inicjacji zapewniliśmy wam ten czas, blokując możliwość użycia pełnej siły. Blokada powoli będzie zanikać. Nie odpowiem na pytania o istotę mocy, gdyż jej nie znam. Mężczyźni z waszego rodu potrafili kontrolować umysły, poddawać je swojej woli, napełniać smutkiem i radością. Niektórzy władali żywiołami. Jedni byli silni, inni słabi. Nie wszyscy wykorzystywali moc w słusznej sprawie. Bywali tacy, którzy stawali się tyranami. Kapłani żywią nadzieję, że wasza matka nie na darmo zapłaciła najwyższą cenę, a wy ten długspłacicie.

Drugi z kapłanów, znacznie młodszy od prowadzącego ceremonię, dodał:

– Staliście się mężczyznami. Od tej chwili postępujcie rozważnie, jak na mężczyzn przystało. Magia może wam pomóc, ale może też waszniszczyć.

Podszedł, by uścisnąć dłonie książąt. Na jego twarzy pojawił się ciepły, serdeczny uśmiech. Pozostali uczestniczący w ceremonii kapłani również gratulowali młodym magom. Starsi poważyli się nawet na poufały uścisk. Mimo to bracia wciąż stali jak posągi i tylko drżenie ich ciał świadczyło o tym, że są żywymi istotami. Gdy wreszcie wrócili na górę, do komnaty, w której czekali Sahan i reszta oddziału, wciąż zdawali się oszołomieni. Opiekun niecierpliwie ruszył w ich kierunku.

– Pokażcie się. – Obrzucił ich badawczym spojrzeniem. – Macie takie poważne miny, jakby kapłani cały świat położyli na waszych barkach. – Roześmiał się, poklepując podopiecznych, a gdy przyciągnął ich do siebie i przytulił mocno i serdecznie, jak na ojca przystało, strach i emocje zaczęły ustępować miejsca dumie. Jeszcze nie całkiem doszli do siebie, ale byli znacznie spokojniejsi. Gratulacje od alierskich wojowników przyjmowali z wyraźnąsatysfakcją.

Kapłan podszedł do Sahana, wziął go pod ramię i odprowadził nabok.

– Jestem ci winien kilka wyjaśnień, szejku – rzekł z powagą. – Nie mogliśmy czekać, gdyż tak nakazano w snach, nie tylko moich, ale też kilku innych kapłanów. Inicjację musieliśmy przeprowadzić niezwłocznie. – Popatrzył w jego oczy z niemą prośbą o zrozumienie, a Sahan potaknął na zgodę. – Teraz o samej ceremonii – ciągnął kapłan. – W jej trakcie ujawniła się wizja, którą nie do końca rozumiemy. Taka sama nawiedziła mnie jakiś czas temu: zaciśnięta pięść, której częścią jest pięć postaci zamiast palców. To coś oznacza jakąś misję dla wybranych, a być może zemstę. Nie wiem, czy wśród tej piątki znaleźli się twoi podopieczni, ale wszyscy kapłani, w tym ja, sądzą, że tak. Strzeż ich jak oka w głowie, gdyż pewnego dnia mogą okazać się ważni. Bardzo ważni. – Kapłan westchnął, posyłając Sahanowi długie, przenikliwe spojrzenie. – Niestety mam też złą wiadomość. To właściwie tylko przeczucie, ale nie lekceważyłbym go. Rzadko się mylę – dodał z powagą. – Może lepiej nie wracajcie napustynię.

– Dokąd powinniśmy się udać? – zapytał z niepokojem Sahan. – Może kilku z was dołączyłoby do nas? Każda rada i pomoc będzie teraz cenna. Wasza magiczna siła zwiększyłaby nasze szanse. A może sięmylę?

– Nie wiem i nie chcę wiedzieć, dokąd wyruszycie, ostrzegam jednak: dobrze się nad tym zastanów, zanim zdecydujesz. Nie dołączymy, gdyż nasze towarzystwo tylko by was spowalniało. Żadni z nas wojownicy, a moc ma zupełnie inny charakter, niż myślisz. Właściwie w ogóle jej nie mamy. Miewamy sny i wizje, ale niczego nie możemy zmieniać, tworzyć, a tym bardziej niszczyć. Większość z nas to starcy. Po co ci takieobciążenie?

– Co zatem radzisz? – dopytywałszejk.

– W mieście stacjonują eseńskie oddziały. Jest też spora grupa zakonnych magów, a ci są najgroźniejsi. Od jakiegoś czasu nic złego się nie działo, mimo to najlepiej trzymać się od nich z daleka, gdyż magię książąt wyczują z całą pewnością. Dużo czasu upłynie, nim twoi synowie nauczą się ją ukrywać. Teraz radzę kolację i odpoczynek. Moim zdaniem powinniście wyruszyć jeszcze przed brzaskiem. Nocna straż będzie mniejczujna.

Tak jak radził kapłan, następnego ranka, tuż przed świtem, wyjechali z miasta północną bramą, kierując konie w stronę Sylii. Sahan pomyślał, że tam będzie najbezpieczniej. Znał Sylów, to byli twardzi, dzielni ludzie, i choć ich krainę również zagarnęło imperium, to w wysokie partie gór królewscy raczej się niezapuszczali.

Szejkowi zależało na tym, żeby wszyscy zachowywali się naturalnie, spokojnie, jak przystało na statecznych kupców, toteż po opuszczeniu miasta puścili konie lekkim kłusem wzdłuż muru. Przodem jechało trzech wojowników, dalej obaj chłopcy pod czujnym okiem opiekuna. Pozostali zamykali karawanę. Wciąż jeszcze trwała noc, jednak księżyc oświetlał całąokolicę.

Widać nas jak na dłoni – pomyślał Sahan z niepokojem. Zerknął na mury, ale tam panował zupełny spokój. Szejk miał nadzieję, że większość strażników drzemie pod blankami, jednak ani na moment nie tracił czujności. Przestroga kapłana utkwiła mu w głowie i nie dawała spokoju. Oddalali się od murów, co z każdym krokiem zwiększało ichszanse.

– Wuju, Hara w świetle księżyca wygląda tajemniczo… i groźnie, prawda? – Ahim z zadartą głową gapił się na miasto. Po ceremonii powrócił w nim zawadiaka, jeszcze bardziej zadufany w sobie niż wcześniej. Nonszalancko siedział w siodle, niemal nie trzymając wodzy. Na szczęście kupieckie konie potrafiły trzymać szyk nawet wtedy, gdy jeździecspał.

– Chwyć porządnie wodze! – rozkazałSahan.

– Ten koń jest tak mądry, że i wgalopie…

– Powiedziałem, żebyś chwycił wodze – przerwał mu szejk. – Usiądź równo w siodle, buty w strzemiona i przestań się gapić bylegdzie!

– Ależ, wuju, nie traktuj m… – urwał w pół słowa, wciąż patrząc w stronęmiasta.

Z murów nadlatywały ze świstem strzały. Jak w koszmarnym śnie Sahan widział moment, gdy jedna z nich utkwiła w szyi Ahima. Chłopiec spojrzał w stronę Kali, a potem zsunął się z siodła i upadł na ziemię, nie wydając nawet jęku. W jego oczach nie było strachu ani bólu, jedynie bezgraniczne zdumienie. Z rany na szyi popłynęła krew. Sahan słyszał krzyki, jednak kompletnie nie zwracał na nie uwagi. Zeskoczył z konia, chwycił chłopca, naprędce owiązał ranę chustą, po czym ostrożnie złamał wystający promieństrzały.

– Pomóżcie mi! – krzyknął, próbując podnieść bezwładne ciałoAhima.

Gdy dwóch wojowników dołączyło, wspólnymi siłami usadzili chłopca w siodle Sahana. On sam wciągnął się na koński grzbiet za plecami rannego, objął go wpół jedną ręką, a w drugą zebrał wodze. Wszystko trwało ledwie moment, a wydawało się, jakby minęły wieki. Stojący na murach strzelcy szyli z łuków bez ustanku, jednak strzały odbijały się od jakiejś niewidzialnej osłony. Sahan spojrzał na Kalę. Jego twarz była spięta, blada i spocona, oczy wybałuszone, a na szyi rysowały się grube, nabrzmiałe z wysiłku żyły. Robił coś, co chroniło karawanę, wkładając w to wszystkiesiły.

– Synu, uciekaj! – wrzasnąłszejk.

Wyrwany z letargu chłopak zadygotał z przerażenia, jednak usłuchał rozkazu, mocno chwycił wodze i ruszył galopem. Pozostali popędzili za nim. Gardła ściskało niedowierzanie, głowy pękały od natłoku myśli, ale nie było czasu na rozpamiętywanie. Tylko zaciśnięte usta przyrzekały wyrównanie krzywd. Rachunki trzeba płacić. Ci, którzy dokonali zamachu na młode życie następcy tronu, muszą zapłacić i zapłacą setkami, tysiącamiżyć.

Rozdział IIISpotkanie

Długi czas konie gnały na złamanie karku. Gdy zjechali z traktu, kopyta zwierząt zaczęły grzęznąć w piachu niemal do połowy pęcin, co utrudniało ucieczkę. Musielizwolnić.

W oddali widać było szerokie na pięćset sążni pasy gajów oliwnych. Przecinała je rzeka, nad której brzegiem stały równe rzędy skromnych chat z bambusowego drewna. Dachy pokryte trzciną, pociemniałe ze starości, gdzieniegdzie świeciły dziurami, co świadczyło o tym, że wioska została opuszczona dawno temu. Poza pasem drzew wił się trakt prowadzący w głąb Alierii. Karawany kupców wędrowały nim aż do skraju pustyni. To nie kupcy jednak przepędzili ludzi z okolicznych wiosek, a żołnierze stacjonujący w Harze. Oddziały zwiadowców wpadały nocami, grabiąc i plądrując. Eseńczycy brali wszystko, co wpadło im w ręce. Wyciągali z domów kobiety, tak samo dziewczęta, jak mężatki czy staruszki, wyprowadzali za chałupy i gwałcili, a potem odjeżdżali, nie bacząc na to, ile tragedii pozostawiali zasobą.

Ludzie zabierali swój skromny dobytek i uciekali w głąb kraju, wioski pustoszały, nikt nie oczyszczał kanałów doprowadzających wodę do upraw. Pola zarosły chwastami, drzewa oliwne i figowe zdziczały z czasem, rodząc marne owoce. Bananowce poschły. Tylko rzeka toczyła swe wody niestrudzenie jak zawsze, odwieków.

Prona zaczynała swój bieg na północno-wschodnich rubieżach Alierii. Nikt nie zapuszczał się w tamte rejony. Tereny były dzikie i niedostępne, a kilka karawan kupieckich, które podjęły ryzyko, zaginęło bez wieści, mimo że miały przyzwoitą ochronę złożoną z najemników. Rzeka przepływała przez całą Alierię, przecinając ją niemal na pół, by zachodnim krańcem Esenii dotrzeć do oceanu. Jedyne na tych terenach żyzne ziemie ciągnęły się po obu jej brzegach. Dalej przechodziły w połacie pokryte trawami i drzewkami palmowymi o karłowatej budowie. Pozostałe tereny Alierii pokrywałapustynia.

Jeźdźcy długo poganiali konie do galopu, jednak z obawy o to, by nie padły, musieli co jakiś czas zwalniać do kłusa, a nawet stępa. Sahan trzymał się blisko rzeki, żeby móc napoić zwierzęta i napełnić bukłaki. Sam nie zsiadał z konia. Nie mógł puścić Ahima, bojąc się, że ten moment mógłby być jego ostatnim. Pod ręką czuł tlące się w nim resztki życia. Wciąż miał nadzieję, że zdoła dowieźć go żywego do Sylii, oddać w ręce uzdrowicieli iuratować.

Rozległe, płaskie przestrzenie nie dawały zbytnio poczucia bezpieczeństwa, ale przynajmniej nikt nie mógł się zbliżyć niezauważony. Przez te tereny podróżowali dość wolno, dając chwile wytchnienia sobie i wierzchowcom. Pomiędzy ludźmi panowała kompletnacisza.

Szejk miał przeczucie, że Ahim nie przeżyje, mimo to niestrudzenie trzymał go przed sobą. Odpychał od siebie złe myśli, mamrotał słowa modlitwy, ale to nie pomogło uratować chłopca. Nawet w szaleńczym galopie poczuł moment jego śmierci. Choć serce rozdarło mu się na strzępy, nie zatrzymał karawany, nie krzyknął, nie zapłakał. Musiał myśleć o Kali. Wywieźć go jak najdalej i chronić bez względu na wszystko. Drugiego syna nie mógł stracić, choćby miał konie zajeździć na śmierć. Nie wiedział, czy królewscy podjęli pościg, ale nie mógł ryzykować. Tylko ucieczka dawała szanse. Jeszcze mocniej przycisnął Ahima do siebie i pędził naprzód. Dopiero koło południa, czując, że ciało wymyka się z jego odrętwiałych rąk, zarządził postój. Konie były wyczerpane, podobnie jakjeźdźcy.

Wykorzystali skupisko niewielkich, zwietrzałych skałek dających odrobinę cienia oraz możliwość ukrycia ludzi i zwierząt. Sahan opuścił zwłoki chłopca na ziemię. Nie mogli już nic dla niego zrobić, niczego mu ofiarować poza żałobą ipochówkiem.

Kala stał na uboczu z opuszczoną głową. Wysuwał nogę do przodu, jakby chciał podejść, jednak chwilę później cofał ją z powrotem. Kręcił głową, mamrocząc coś tak cicho, że nie sposób było zrozumieć. Sahan spoglądał na niego z bólem. Nie wiedział, jak mu pomóc, skoro sam nie dawał rady. Był gotów krzyczeć, a nie mógł, gdy w pobliżu stał bezradny, zrozpaczony chłopiec. W końcu podszedł, mocno uchwycił jego dłoń i pociągnął go za sobą. Gdy stanęli nad ciałem Ahima, Kala opadł na kolana. Odgarnął loki z czoła brata, a potem dotknął jego policzka. Wzdrygnął się, czując chłód skóry pod palcami. Nie krzyczał, nie szlochał, tylko patrzył, jakby czekał na to, że Ahim otworzy oczy i zadrwi z niego, że dał się nabrać. Ale on ich nie otwierał, a im dłużej Kala patrzył, tym mocniej rysował się na jego twarzy wyraz bezradności. Nie rozumiał, nie chciał zrozumieć i nie godził się ztym.

– Jak mogłeś?! – krzyknął w końcu. – Jak mogłeś mnie zostawić? – wrzeszczał bratu w twarz, tłukąc pięściami w jegopierś.

Był wściekły, wprost oszalały z bólu. Gdy Sahan dotknął jego pleców, zerwał się na równe nogi, odskoczył dwa kroki, wyszarpał miecz z pochwy i ruszył na pierwszego z brzegu wojownika. Chciał zabić ich wszystkich za to, że nie ochronili jego brata. Był przy tym tak niezdarny, że potknął się o własne nogi i upadł. Żaden z Alierów nie sięgnął po broń. Patrzyli na Kalę, ale nie mieli pojęcia, jak mu pomóc. Sahan podbiegł, chcąc go podnieść, uściskać, ale chłopak odepchnął ręce wuja, odszedł z dala od wszystkich i usiadł na ziemi z twarzą ukrytą w dłoniach. Opiekun ruszył w jego stronę, jednak powstrzymał go jeden ztowarzyszy.

– Zostaw, Sahanie – powiedział. – On musi wyrzucić tę rozpacz i złość, a to potrwa. Gdy będzie gotów, sam do naswróci.

Pożegnawszy się z Ahimem, owinęli jego ciało płótnem znalezionym w kupieckich jukach. Wśród skał musieli znaleźć odpowiednie miejsce na pochówek. Nie mogli wieźć martwego chłopca aż do Sylii, tym bardziej w góry. Nadszedł czas rozstania. Sahanowi trudno było to sobie wyobrazić. Wychowanie Ahima i okiełznanie jego natury sprawiało mu wiele problemów, a kiedy prawie się udało, los okrutnie sobiezakpił.

Nie, to nie los, tylko ludzie żądni władzy, żądni bezgranicznego zniewolenia innych – pomyślał z niespotykaną u siebie mściwością. W tym momencie nie potrafił czuć nicinnego.

– Szejku, znaleźliśmy dobre miejsce – powiadomił Hakim, nieodłączny towarzysz Sahana. – To niewielka grota z wąskim wejściem, którą łatwo zabezpieczyćkamieniami.

– Chodźmy zatem, już czas. – Sahan ruszył zdecydowanie, by dać przykład Kali, choć sam czuł, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. – Jeszcze tylko dwa kroki. Musisz postawić dwa cholerne kroki – przekonywał sam siebie wmyślach.

Wszyscy zgromadzili się wokół Ahima. Na końcu podszedł Kala. Milczeli, martwy wojownik nie potrzebował słów. Wyciągnęli miecze i wznieśli je ponad głowami, składając żołnierski hołd potomkowi władców. Jedynie Kala przysiadł na kamieniu obok zawiniętego w płótno ciała niczym bezradny, mały chłopiec. Położył dłoń na twarzy brata, potem na piersi, jakby pragnął tchnąć życie w jego serce, choć wiedział, że to niemożliwe. Wstał, gdy składali ciało w grocie. Patrzył, gdy zamykali ją kamieniami. Po raz pierwszy z jego oczu popłynęły łzy. Ocierał je bezradnym ruchem, ale one wciążpłynęły.

Od samej Hary wśród członków grupy nieprzerwanie panowała cisza. Zahartowani trudnym życiem i ciągłą walką mężczyźni milczeli głucho. Mieli przecież strzec chłopców i choć wiedzieli, że nie sposób było zapobiec tej zbrodni, w głębi ich dusz czaiło się poczuciewiny.

To nie mógł być przypadek. Nawet królewscy nie atakowali karawan kupieckich bez powodu. Ktoś musiał donieść o obecności dzieci szacha w mieście albo rozpoznano Sahana lub kogoś z jego ludzi. Wszystko, co się wydarzyło, było dziwne: nikt nie zatrzymywał ich przed wyjazdem, straże pozwoliły im spokojnie opuścić mury tylko po to, żeby zaatakować tuż za nimi? Może Esenowie bali się rozruchów w mieście, gdyby wyszło na jaw, że zamordowano synów władcy, ostatnich potomków rodu Harimów. W głowach ludzi Sahana lęgły się pytania, na które brakowałoodpowiedzi.

Było już późne popołudnie, gdy przygotowali skromny posiłek, trochę odpoczęli i w milczeniu wyruszyli w dalszą drogę. Sahan nie zmienił zdania, nadal kierował się do Sylii. W ponurym nastroju przemierzyli kawał drogi, dopiero o zmroku rozłożyli się na nocleg. Jeszcze tylko dwa dni dzieliły ich odcelu.

Sahan bywał w Harze, od kiedy jego siostra została żoną szacha. Lubił podróże, dlatego wizyty w pałacu szwagra były dobrym powodem, by ruszyć w drogę. Czasem towarzyszył kupcom, którzy mieli prawo do swobodnego handlu choćby w Morovii. Dwukrotnie odwiedził też Sylię, jeszcze w dzieciństwie. Jedyne, co utkwiło mu w pamięci, to góry do samegonieba.

Na postoju nie rozpalili ogniska. Konie uwiązali na tyle blisko, żeby mieć je na oku. W okolicy grasowały nocami hieny i szakale. Nie mogli sobie pozwolić na utratę zwierząt. Jedynie Kala zabrał swoje legowisko i zamierzałodejść.

– Zostań – poprosił Sahan. A gdy chłopak nie posłuchał, podbiegł do niego, szarpnął go za rękę i patrząc mu w oczy, kategorycznie rozkazał: – Masz zostać blisko nas, jasne? Drugi raz nie będę powtarzał. – Puścił go i wrócił na swoje miejsce. Kala bez słowa ułożył swoje legowisko pomiędzy nim a Murdą, jednym z przyjaciół Sahana. Tak było też następnego dnia. Chłopak nie rozmawiał z nikim, jednak trzymał się bliskowuja.

Trzeciego dnia już z daleka dostrzegli majaczące w oddali strzeliste szczyty Pallarów, najwyższych gór, o jakich słyszał Sahan. Nie znał szlaków, nie miał pojęcia o wspinaczce, a przy tym obawiał się o swoich ludzi, przyzwyczajonych do żaru słońca i pustyni, ale zupełnie nienawykłych do niskich temperatur, śniegu i lodu. Niektórzy nigdy wcześniej nie widzieli zimy, choć na pustyni zdarzały się bardzo zimne noce. Jednak w wysokich górach Sylii zima potrafiła trzymać nawet trzy miesiące. Ze szczytów lód nie znikał nigdy. Alierscy wojownicy nie byli na toprzygotowani.

Sahan spojrzał na nogi jadącego obok Kali i widok jego gołych stóp w sandałach przybił go jeszcze bardziej. Chłopak kiwał się w siodle ze spuszczoną głową, jak zbity pies. Ahim był z nim od zawsze, w każdym momencie życia. Sahan wiedział, że śmierć brata na długo pogrąży go w bólu i tęsknocie, choć jako Alierczyk, syn szachinszacha i następca tronu zaciśnie zęby i nie będzie okazywał rozpaczy. Uczył chłopców tego, co przystoi władcy, jednak trzymając w objęciach ciało Ahima, sam nie potrafił odsunąć bólu, wściekłości i żądzy zemsty. Laisa, powierzając mu chłopców, wierzyła, że nigdy nie dopuści do tego, by ktokolwiek skrzywdził jej dzieci. Zawiódł ją, zawiódł Ahima i Kalę, ale najbardziej samegosiebie.

– Dlaczego to się stało? – Kala odezwał się po raz pierwszy od wydarzeń z Hary. W jego głosie było tyle rozpaczy, że w oczach Sahana pojawiły się łzy. – Przecież kapłani mówili, że przepowiednia musi zostać spełniona. Ona dotyczyła nas obu. Czy oni kłamali? Dlaczego to Ahim zginął, a nie ja? Co dalej? Wuju, co mam robić dalej? – Nagle posypały się pytania uwolnione po wielu dniachmilczenia.

– Synu… – zaczął Sahan, ale głos uwiązł mu w gardle. Przełknął łzy i z trudem opanowując drżenie głosu, mówił dalej: – Nie umiem odpowiedzieć na twoje pytania. Śmierć jest bezlitosna i zaskakuje nas za każdym razem. Bliscy odchodzili i zawsze tak będzie, niezmiennie, do końca świata. A przepowiednia? Nikt nie potrafił do końca wytłumaczyć jej znaczenia. Musi się spełnić, twierdził kapłan, ale nie dodał w