Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
62 osoby interesują się tą książką
„Możesz oddać mi wszystko: zaufanie, lojalność, swoje sny i wszystkie tajemnice. Ale nie oddawaj mi serca”.
Każdy smok został stworzony z określonego minerału, który nadał mu specjalną moc. Wśród nich jest jednak tylko jeden, o którego istnieniu krążą legendy – Rubin.
Smok najrzadziej widziany, najniebezpieczniejszy, o mocy nieokiełznanej, mogącej zmienić bieg historii.
Waves Reece – przyszły król Alherii – nie wierzy w legendy o smokach. Wszystko jednak zmienia atak tych stworów na jego królestwo oraz spotkanie z Raylą Carlson, zuchwałą elfką, która od pierwszych chwil doprowadza go do białej gorączki. Kiedy światy tej dwójki brutalnie się zderzają, a Waves odkrywa prawdę o skradzionym smoczym jaju, razem z elfką i najlepszym przyjacielem Owenem wyruszają w podróż. Wszystko po to, aby pogodzić trzy zwaśnione królestwa: ludzi, elfów i krasnoludów.
Granica między nienawiścią a pożądaniem jest cienka, a wymuszona bliskość Wavesa i Rayli rozpala trudne do opanowania emocje.
Co się stanie, gdy ich uczucia wymkną się spod kontroli?
Czy może największym zagrożeniem okaże się wzajemna zdrada?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 585
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dwie dusze w niebie, wśród gwiezdnych dróg,
los połączył je jak noc i dzień, jak śpiew i huk.
Jedna jest światłem, druga cieniem trwa,
tylko razem mogą pokonać zło, które świat zna.
Przez mgły i cienie, przez zło i ból,
szukają siebie wśród wojny burz.
Gdy w końcu złączą się w jedną całość,
zakończą wojnę, przyniosą trwałość.
Nazywam się Waves Reece. Jestem następny w kolejce do tronu Alherii.
Co to Alheria?
To mój dom, królestwo, które dostanę pod opiekę, gdy przejmę koronę. Żyją tu wyłącznie ludzie i od pokoleń nie wpuszczamy tutaj nikogo z innych ras.
Nasz świat nie jest idealny. To nie jest świat, który znacie z bajek czytanych wam przez mamę na dobranoc. Tu po prostu żyje się z dnia na dzień.
Od kiedy byłem mały, nie miałem łatwo. Musiałem uczyć się walczyć, znać każdy szczegół naszej historii i po prostu żyć z myślą, że cały czas będę mieć na głowie obowiązki. Nigdy nie twierdziłem, że nic mi to nie dało. Wyszkolono mnie w taki sposób, że portki trzęsły się każdemu, komu stanąłem na drodze. Czy to cieszyło? W pewien sposób tak. Każdy wiedział, że lepiej nie podchodzić, bo inaczej kończy się marnie.
Zrobiłem to sobie na własne życzenie, aby inni nie mogli odkryć moich słabości. Prawda była taka, że mimo przygotowań i szkoleń przejęcie korony było ciężarem, którego nie chciałem dźwigać, a wręcz wolałbym się go pozbyć. Dlatego zniechęcałem do siebie ludzi, bo miałem złudną nadzieję, że ktoś zdejmie mojemu ojcu klapki z oczu, a wtedy on zobaczy, jak wielki ogarnia mnie niepokój.
U nas na tronie zasiada się w wieku dwudziestu pięciu lat. Miałem dopiero dwadzieścia dwa, więc pozostało mi jeszcze trochę czasu, by pogodzić się z losem przyszłego władcy tego pięknego, lecz niebezpiecznego królestwa.
Za murami Alherii rozciągały się ziemie należące do elfów i krasnoludów, odrębne krainy, rządzące się własnymi prawami. Od lat prowadzimy między sobą wojnę, podzieliliśmy się na obozy.
Tak jak krasnoludów jeszcze akceptowałem, tak elfowie mogli dla mnie wyginąć.
Nienawidziłem ich.
Nie widziałem żadnego na własne oczy, ale wiedziałem, że to jeden z nich pozbawił mnie matki. Nie pamiętałem jej. Mówiono mi jednak, że była bardzo waleczna.
Podobno elfowie zgłębili wiedzę, której my, ludzie, nie byliśmy w stanie pojąć. To jedne z najmądrzejszych istot. Ich ruchy są pełne gracji, a oni sami – zawsze opanowani. Nie powiedziałbym tego o sobie. Im więcej o nich słuchałem lub czytałem, tym bardziej chciałem poznać ich kulturę, ale było to niemożliwe… Zżerała mnie ciekawość, fakt, lecz stanąć z elfem twarzą w twarz podczas wojny?
Zabiłbym go.
Cóż… moim zadaniem jest ochraniać Alherię jak najdłużej. Nie dać jej zniszczyć. To świat, za który będę odpowiedzialny. Przynajmniej tak mi wpajano.
Zastanawialiście się pewnie, co ze smokami. Smoki? Tych się u nas nie spotyka. Czytałem o nich kiedyś, ale czy je widziałem? Jedynie słyszałem opowieści. Szczególnie te Owena, które znałem już na pamięć.
Owen jest moim dobrym przyjacielem. Znamy się od zawsze. Ten blond chłopak sprawił, że uczenie się historii nie było aż takie złe. Przestudiował wszystkie księgi, jakie się dało. Poznał różne zaklęcia, chociaż nikt z nas nie władał magią. Legendy głosiły, że to przez smoki, które zniknęły z naszego świata.
Według mnie? Gówno prawda.
Magia nie mogła zniknąć wraz z jakimiś istotami.
Niemniej jednak one kiedyś tu żyły. Czy są nadal? Do dziś nikt tego nie wie. Gdyby były, raczej nie miałyby powodu, by się ukrywać.
– Wavesie, co ty robisz? – Owen wszedł na wieżę.
Zamknąłem dziennik, po którym sobie gryzmoliłem, po czym westchnąłem, spoglądając na przyjaciela. Przysiadł się do mnie. Razem patrzyliśmy na zachodzące słońce.
– Jutro mam szkolenie nowych rekrutów – poinformowałem go.
– Znowu?
Przewróciłem oczami.
– Tak, znowu – odpowiedziałem lekko poirytowany. – Mam uczyć kolejne miernoty, które nic nie potrafią.
– Ja bym sobie odpuścił. Twój ojciec za bardzo chce bronić królestwa. Niby to jest dobre, ale nikt nie zaatakował nas od długiego czasu – zauważył.
Uniosłem brew, patrząc na niego.
– Ty, najmądrzejszy człowiek na tej planecie, mówisz mi, że mam odpuścić? – zaśmiałem się.
Tym razem to on przewrócił oczami.
– Dowiedziałem się dziś czegoś ciekawego.
– Czego? – mruknąłem.
– Wciąż nie mogę pojąć… No bo wiesz… Nigdy nie wychodziliśmy poza granicę Alherii. Tyle czytałem o różnorakich stworzeniach i potworach. Mogłem je sobie tylko wyobrażać. A co, jeśli po prostu to my ich do siebie nie wpuszczaliśmy?
Zerknąłem na niego, zainteresowany tym, co wyznał.
– Tam – wskazał palcem drzewa – podobno rozciąga się bariera, która uniemożliwia innym istotom przejście do naszego świata.
– Nigdy o tym nie słyszałem – powiedziałem. – Skąd wytrzasnąłeś tę wiedzę?
– Nie chciałbyś wiedzieć…
Pokręciłem głową.
– Dobra, ale po co mi to mówisz? Nawet jeśli istnieje bariera, to chyba dobrze, że nikt nie może jej przekroczyć, co? Nikt nie zaatakuje.
Owen pstryknął palcami.
– Gdybyś był tak mądry jak ja, właśnie teraz zapaliłaby ci się czerwona lampka.
Spojrzałem poza horyzont, wciąż nie rozumiejąc dziwnych spekulacji przyjaciela. Ten jęknął sfrustrowany i rzucił:
– Jeśli bariera ma nas chronić, to po co miałbyś szkolić nowe dzieciaki? Jasne, warto mieć kilku walecznych gości w zanadrzu, ale nie całą armię.
Zmarszczyłem brwi, analizując jego słowa. Choć opowieść o barierze wydawała się absurdalna, wierzyłem Owenowi. Nikt nigdy o niej nie wspominał. Ojciec mówił jedynie, że zło tylko czeka na nasz ruch, by mieć pretekst do ataku.
– Widzę, że pomału łapiesz. – Owen przerwał moje rozmyślania.
Usiadłem ze skrzyżowanymi nogami.
– Skąd o tym wiesz?
Wciągnął powietrze.
– Hmm, trochę za daleko się dziś zapuściłem. Gdy próbowałem postawić krok poza granicę Alherii, zostałem odepchnięty przez coś tak mocno, że wpadłem na pień. Więc, jak to ja, zacząłem swoje badania. Nie udało mi się jednak dotknąć jej ponownie. Nawet nie próbowałem, bo bałem się, że następnym razem spali mnie żywcem. Wróciłem do biblioteki, ale trudno było cokolwiek na ten temat znaleźć.
– Więc co zrobiłeś?
– Poszedłem do podziemi, do Wiedzy Przodków. W ich historiach może nie odkryłem niczego konkretnego, ale na stronicach ksiąg wiele razy przewijała się „niewidzialna ochrona”, którą może wznieść jedynie osoba posługująca się magią.
Już rozumiałem, do czego zmierza.
– Owen…
– Wiem, co o tym sądzisz.
On wierzył, że magia wciąż istnieje, i bardzo mocno próbował mnie tą wiarą zarazić. Żyłem tu od dwudziestu dwóch lat i ani razu nie widziałem niczego niezwykłego. Teraz jednak wszystko wskazywało na jedno…
– Coś się szykuje – powiedziałem.
– Bingo! – Przyjaciel klasnął.
– Ojciec by mnie ostrzegł.
– Bez urazy, Wavesie, ale twój ojciec jest królem, musi dbać o dobro poddanych, a przede wszystkim własnego syna. Tacy ludzie zazwyczaj większość wiedzy zatrzymują dla siebie, obmyślają plany w samotności.
Prychnąłem.
– Za trzy lata mam przejąć władzę. Coś się wydarzy, a ja nie jestem do tego przygotowywany.
Owen wstał i wyprostował plecy.
– Chodź jutro ze mną. Pokażę ci to, co widziałem.
Będąc w swoim pokoju, przeglądałem dziennik i ryciny z notatkami, które robiłem i zamieszczałem w nim od dziecka. Dotyczyły głównie dzikich roślin i tego, jak zrobić z nich lekarstwo na otwarte rany, a niektóre rysunki przedstawiały nauczycieli. Zaznaczałem sobie fragmenty, które wydawały się intrygujące. Nie było tu jednak nic o magii ani o innych pierdołach, tylko same przydatne rzeczy. Mimo to wciąż się łudziłem, że spotka mnie coś nowego. Coś więcej niż zarządzanie królestwem.
Westchnąłem, po czym zamknąłem dziennik. Podszedłem do okna, z którego roztaczał się piękny widok na rozciągające się wokół pasma górskie. Nie wiedziałem, co się za nimi kryje. Byłem tak ciekaw świata, że czasami toczyłem walkę sam ze sobą: między poczuciem obowiązku a pragnieniem poznania tego, co nieznane, zakazane. Walka toczyła się między tym, kim powinienem być, a tym, kim chciałem się stać…
Nagle moim oczom ukazał się błysk, który oślepił mnie z podwojoną siłą. Przez moment wydawało się, jakby cały świat zniknął. Padłem na podłogę, a w moim wnętrzu rozpalił się ogień. Dotknąłem więc klatki piersiowej. Ból, który odczuwałem, okazał się tak intensywny, że ledwo łapałem powietrze. Mimo to gdy na siebie spojrzałem, byłem cały.
Po chwili ból zaczął miarowo ustępować.
Doczołgałem się do pierwszego lepszego mebla i podciągnąłem na nogi. Spojrzałem w stronę, gdzie pojawił się błysk, ale niczego nie dostrzegłem. Jak gdyby to, co się przed chwilą wydarzyło, w ogóle nie miało miejsca.
Podszedłem do lustra, po czym ściągnąłem bluzkę i odkryłem tors. Na prawej piersi widniał wypalony znak. Lekko przerażony odsunąłem się od szklanej tafli. Przekręciłem głowę, nie wiedząc, co ten symbol może oznaczać. Przypominał nieco parasolkę, ale brakowało rączki.
Dotknąłem palcami wypukłej skóry. Coś mnie poparzyło. Serce zaczęło mi bić szybciej, przerażenie narastało niczym fala, a w mojej głowie, zamiast konkretnego wyjaśnienia, pojawiały się same pytania.
Co to było? Jakim cudem?
Wstałem z łóżka z niechęcią, bo wiedziałem, co mnie dzisiaj czeka. Włożyłem zwiewną koszulę, która lekko opadła mi na ramiona, oraz luźniejsze spodnie, przewiązane grubym skórzanym paskiem. Kiedy byłem już gotowy, przejrzałem się w lustrze, odsunąłem nieco materiał, żeby sprawdzić, czy wypalony na piersi znak nadal tam jest. Był, nic się nie zmieniło. Westchnąłem, po czym chwyciłem za pochwę z mieczem i wyszedłem z pokoju.
– A teraz za mną! – rozkazałem podczas kolejnego szkolenia.
Dziesięciu młodych rekrutów ruszyło naprzód. Prowadziłem ich do lasu, gdzie miały się odbyć zajęcia ze strzelania z łuku.
Dzisiaj każdy zachowywał się tak, jakby wczorajsza świetlna eksplozja nie miała miejsca. Nie rozmawiałem jeszcze z Owenem, więc może on by mnie przekonał, że nie postradałem wszystkich zmysłów. Po tamtej sytuacji nie zmrużyłem oka do rana, więc czułem się teraz jak żywy trup.
Znudzony obróciłem się w stronę uczniów, a oni stanęli na baczność. Patrzyłem po ich twarzach. Byli przerażeni. Zaśmiałem się w duchu.
– Mieliście już lekcje z leśniczym, więc mam nadzieję, że zaprowadzicie mnie w dobre miejsce.
Jeden z nich podniósł rękę. Zakląłem bezgłośnie.
– Tak?
– A co, jeśli ktoś ma jeszcze problem z pracą w terenie?
Westchnąłem rozjuszony takimi pytaniami.
– To czego się uczyłeś? – warknąłem niechcący. Spokojnie, pomyślałem. – Działajcie wspólnie.
Takie zawsze dostawałem wytyczne: mówić im, że razem zdziała się więcej. Sam nigdy tego nie praktykowałem. Kiedy Owen siedział z nosem w książkach, ja uczyłem się polegać wyłącznie na sobie. Bo na wojnie tak właśnie trzeba było postępować. Nigdy nie wiesz, kto cię zdradzi, obierając inną stronę.
Stałem i czekałem na ich plan działania. Zebrali się w kółko, aby coś do siebie poszeptać, po czym odwrócili się i powiedzieli, że są gotowi. Kiwnąłem głową na znak, że mogą ruszać, i błagałem w duchu, by nic się nie spierdoliło.
Kroczyliśmy drogą przez las. Obracając sztylet między palcami, podążałem za chłopakami, obserwując, jak za wszelką cenę starają się mi zaimponować. Żeby dać im więcej swobody, pozostałem w tyle.
Nagle do moich uszu dobiegł szelest.
Szelest, który nie powinien mieć miejsca.
Wyczulony na wszystko znałem każdy dźwięk. Ten… ten był obcy.
Ha!, prychnąłem. Ktoś próbuje udawać zwierzę. Co za banał.
Nie było trudno się domyślić, jakie są zamiary prymitywnego człowieka. Mowa ciała zdradzała wszystko, a ja lubiłem udawać, że niczego nie podejrzewam. Wiedziałem, że mam wtedy władzę. To też lubiłem – mieć władzę nad innymi, chociaż… kiepsko to brzmiało.
Zacisnąłem szczęki, cały się napinając. Stałem i nasłuchiwałem w ciszy. Reszta oddaliła się już całkiem sporo, więc mogłem działać sam.
Mamy tu kogoś, kto nie powinien był się tu znaleźć.
Mocno chwyciłem za rękojeść noża, po czym zszedłem ze szlaku, kierując się w środek lasu. Trawa urosła wysoko, więc lekko przykucnąłem. Moje ruchy były ciche i precyzyjne – tyle lat uczyłem się poruszać bezszelestnie, że stało się to dla mnie naturalne. Szedłem tak dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy rzeczywiście coś słyszałem, czy może mój umysł po prostu szukał bodźców, by wyrwać się z rutyny.
Nagle przystanąłem i skryłem się w gęstszej trawie. Moim oczom ukazała się postać o kobiecej posturze, w pelerynie z kapturem, więc trudno było dostrzec szczegóły. Mimo to zobaczyłem, że ubrania nie uszyto z naszych materiałów. Albo więc ta osoba się zgubiła, albo stanowczo nie zależało jej na życiu.
Wyglądało na to, że ćwiczy. Ruchy – płynne i pełne harmonii, no, przynajmniej niektóre… – zdawały się częścią starannie zaplanowanej choreografii. Mięśnie pracowały w idealnej synchronizacji. Była całkowicie skupiona, ale sprawiała wrażenie, jakby trening nie kosztował jej żadnego wysiłku – jakby tańczyła razem z naturą. To połączenie siły i gracji… hipnotyzowało. Czułem, że obserwuję sztukę. Oczarowany błądziłem wzrokiem to w lewo, to w prawo, nie dowierzając temu perfekcjonizmowi.
Dziwnym trafem okazało się tu bezpiecznie, nie wyczuwałem zagrożenia. Chciałem do niej podejść, poczuć się tak swobodnie jak ona. Ale w tym samym momencie coś zaczęło dziać się w moim wnętrzu. Płonąłem. Znów. To samo uczucie co wczoraj. Ledwo łapałem oddech i jednocześnie próbowałem nie zdradzić swojej pozycji. Zauważyłem, że i ta kobieta złapała się za klatkę piersiową.
– Dowódco Reesie! – zawołał mnie ktoś.
Zakląłem pod nosem. Zamknąłem oczy i parę razy głęboko odetchnąłem. Palenie ustąpiło. Nadeszła ulga.
Gdy uniosłem powieki, nikogo już nie było.
Dziewczyna zniknęła.
Jakby się rozpłynęła.
Czy to możliwe, że wszystko sobie wymyśliłem? Pokręciłem stanowczo głową. Widziałem ją, odpowiedziałem sam sobie. I cholernie chciałem wiedzieć, kim jest.
Wyszedłem na drogę. Przede mną stał przerażony chłopak. Patrząc na niego pytająco, przechyliłem łeb niczym pies.
– No co? – Ziewnąłem.
– Jeden z naszych zwichnął kostkę – oznajmił.
Moja ciemna strona parsknęła śmiechem.
– Jak?
Młody się zaczerwienił.
– Potknął się o konar…
Wybuchnąłem śmiechem, i to tak mocno, że aż rozbolał mnie brzuch i łzy napłynęły do oczu. Po chwili sobie przypomniałem, że nie powinienem się tak śmiać. Wyprostowałem plecy i chrząknąłem.
– Cóż… Prowadź – rzuciłem i ruszyliśmy.
Ale w myślach wciąż krążyła mi ona – tajemnicza postać, która zdawała się rozpalać coś w moim wnętrzu. I czułem… że to dopiero początek. Ciekawość wypełniała mnie niczym głód. Umysł domagał się odpowiedzi. Dążył do tego, by poznać prawdę.
Ktokolwiek to był, w pewien sposób mnie oczarował.
Mam dość tych wszystkich bachorów – mruknąłem do Owena, gdy kolejny wieczór z rzędu siedzieliśmy na murze.
Przez moje obowiązki nie mieliśmy czasu, aby się spotkać. Nie mówiłem mu o wypalonym znaku, który pojawił mi się na skórze, ani o tym, co widziałem tydzień temu. Coś mnie przed tym powstrzymywało, choć czułem, że Owen znałby odpowiedź.
Milczał przez chwilę, w zamyśleniu patrząc w moją stronę. Wiedziałem, że nie musi o nic pytać, żeby poczuć, co się ze mną dzieje. Był jednym z nielicznych, którzy potrafili rozszyfrować moje milczenie.
– Przecież nikt nie zmusza cię do bycia nauczycielem tych dzieciaków. Jeśli to cię męczy, masz prawo się wycofać – oznajmił w końcu.
– Nie wiem, czy mam na to siłę – wyznałem, mimo że te słowa wypłynęły z ust z trudem. – To wszystko wydaje się bez sensu. Uczniowie są rozproszeni, nie słuchają moich uwag, a we władaniu mieczem lepiej poradziłby sobie pięciolatek… Odnoszę wrażenie, że biegam w kółko. Poza tym nie mogę ot tak zrezygnować z tej funkcji. Ojciec na mnie liczy.
Przyjaciel spojrzał tak, jakby próbował wyczytać z mojej twarzy coś, czego nie zdradziłem słowami. Potem kiwnął głową – chyba zrozumiał, choć nie powiedział nic więcej. To jego metoda: zawsze słuchał, ale nie naciskał. Pozwalał mi mówić wtedy, gdy byłem gotów.
– Może po prostu potrzebujesz przerwy – stwierdził w końcu takim tonem, jak gdyby sugerował, że może to nienajgorszy pomysł. – Wiesz, czasami trzeba odciąć się od wszystkiego, żeby zobaczyć to z innej perspektywy.
Nieco mi ulżyło. Może rzeczywiście przydałby się przystanek, by zrozumieć, co się ze mną dzieje. Bo coś wciąż nie dawało mi spokoju i tak być nie powinno.
– A co, jeśli to nie jest tylko zmęczenie? – zapytałem cicho, bardziej siebie niż jego. – I to coś nie ma nic wspólnego z tymi bachorami?
Owen nie odezwał się od razu. Wzrok przesunął na moją rękę, jakby rozmyślał nad czymś, co mogło mi umknąć. W końcu na mnie spojrzał i lekko się uśmiechnął – najwyraźniej znów wiedział, co dokładnie czuję, choć sam nie potrafił znaleźć słów, by to opisać.
– Zawsze coś było z tobą nie tak, więc…
Walnąłem go pięścią w chude ramię. Owen zdawał się tym gestem zaskoczony, lecz też nieco rozbawiony. Przez chwilę milczał, przyglądając mi się z tym rozbawieniem na twarzy. Zawsze miał w sobie spokój, który nie znikał nawet wtedy, gdy go prowokowałem.
– Wiesz, że cię nie zmienię, prawda? – odezwał się po chwili, próbując rozluźnić atmosferę. – Ale to nie znaczy, że nie potrafię cię rozumieć. Czasami jesteś jak burza, a ja po prostu stoję tu i czekam, aż przejdziesz.
Kiedy poczułem ochotę, aby zwierzyć mu się z ostatnich wydarzeń, przerwał nam strażnik.
– Książę Wavesie, ojciec wzywa – oznajmił.
– Nie mów do mnie „książę” – syknąłem, wstając. Nie lubiłem tego tytułu. Odwróciłem się w stronę Owena. – Zobaczymy się później – poinformowałem, a następnie ruszyłem za strażnikiem.
Mijaliśmy chłodne kamienne mury pałacu, od których odbijało się echo naszych kroków. Mężczyzna szedł pewnie, milczał, jakby jego zadaniem było tylko doprowadzenie mnie do ojca.
– Wiesz… – zacząłem chłodno. – Mogłeś po prostu powiedzieć, gdzie czeka. Sam bym tam poszedł. Znam to królestwo nie od dziś. Nie potrzebuję eskorty.
– Nasz król kazał nie zostawiać panicza samego.
Od kiedy?
Przeszliśmy przez kilka korytarzy, mijając służbę i innych strażników, którzy kłaniali mi się z szacunkiem, ale żadne z nich nie miało odwagi zamienić ze mną choćby paru słów. Cóż, nie należałem do najmilszych osób.
W końcu dotarliśmy do wielkich drzwi Sali Tronowej. Mężczyzna zatrzymał się przed nimi, skinął głową i bez słowa je popchnął. Wszedłem do środka i od razu poczułem, jak zimne powietrze wypełnia moje płuca. Ojciec siedział na tronie. Jego sylwetka była wyprostowana, a spojrzenie – twarde jak stal.
– Witaj, mój synu. Chodź, mam z tobą parę rzeczy do omówienia.
Strażnik wyszedł, zostawiając mnie sam na sam z ojcem. Podszedłem do niego bliżej. Wyraźnie coś go niepokoiło. Usiadłem naprzeciwko, czekając na to, co chce mi powiedzieć.
– Jak ci idzie trenowanie nowych rekrutów?
Moje serce zabiło szybciej, ale nie chciałem tego po sobie pokazać. Byłem księciem, miałem obowiązki, więc słabości nie były dopuszczalne. Jednak mimo woli poczułem, jak ciężar tego wszystkiego zaczyna mnie przytłaczać.
– Nienajgorzej – skłamałem, wzruszając ramionami. Tak dobrze, że za każdym razem nabieram ochoty, by urwać sobie głowę, dodałem w duchu. – Czego oczekujesz? – zapytałem, choć już wiedziałem, że odpowiedź mi się nie spodoba.
Ojciec nie odezwał się od razu. Wzrokiem powędrował na chwilę w stronę okna, jakby zastanawiał się nad czymś, co musi mi powiedzieć. A potem spojrzał na mnie znowu.
– Potrzebuję, byś był gotów na wszystko, Wavesie – odparł spokojnie.
Dumałem przez moment.
– Jestem przygotowany na wszystko – zapewniłem. – Każdy oprócz Owena boi się do mnie odezwać. Jestem najlepszy, jeśli chodzi o posługiwanie się mieczem, i wyczulony na każdą rzecz, jaka jest odmienna w naszym królestwie.
– Jesteś przyszłością Alherii, synu, więc powinieneś zdawać sobie sprawę, że czasami pojawią się sprawy, na które nie jesteś gotowy.
– Jestem go…
– Nie wierzysz w magię, mimo że kiedyś naprawdę istniała.
Skrzyżowałem ręce na piersiach.
– Istnieje o tym tylko wzmianka. Nie stwierdzono faktów. Każdy mógł sobie nabazgrać co nieco na ten temat.
– Mógłbyś czasem posłuchać Owena – oznajmił.
Ciarki przeszły mi po plecach. Spojrzałem na ojca, próbując ukryć rosnącą irytację. Wolałem unikać takich kwestii, bo były zbyt niewygodne, zbyt niejednoznaczne. Całe moje życie wypełniały obowiązki i oczekiwania ludzi, którzy wymagali twardych dowodów oraz konkretów. Magia, ze swoją tajemniczością, to coś, w co nigdy nie wierzyłem.
– Owen widzi więcej niż ty, Wavesie – powiedział cicho król. – Masz w sobie coś, co nie pasuje do świata, który znasz. Musisz się przygotować na to, że w życiu nie zawsze mamy do czynienia z faktami, lecz też ze sprawami pozornie irracjonalnymi… Uwierz, synu.
W jego głosie usłyszałem nutę, która sprawiła, że poczułem się tak, jakby tę rozmowę zaplanował.
– Jak niby mam to uczynić? – zapytałem, choć odpowiedź malowała się równie niejasno jak moje myśli.
Ojciec spojrzał na mnie jeszcze raz. Wyraz jego twarzy nie zdradzał żadnych emocji. Był twardy, niezłomny, jak zawsze.
– Odkryj, co naprawdę jesteś w stanie zrobić, co naprawdę potrafisz, Wavesie. I lepiej zrób to teraz, bo czas szybko się kończy.
Kiedy wróciłem do pokoju, od razu usiadłem do biurka i otworzyłem księgę. Zamknąłem ją, gdy niczego przydatnego w niej nie znalazłem, i przez moment wpatrywałem się w okładkę tak, jakby mogła odpowiedzieć na wszystkie pytania.
W moim wnętrzu narastała irytacja, gdy myślałem o rozmowie przeprowadzonej z ojcem. Pragnąłem za podstawę brać to, co ma sens, to, co mogę sprawdzić. Każda minuta poświęcona rozmyślaniom o magii oznaczała mniej cennego czasu, który mogłem przeznaczyć na myślenie o czymś ważniejszym – choćby o tym, co rzeczywiście pomogłoby naszemu królestwu przetrwać.
Chociaż chciałem pielęgnować w sobie tę pewność, że opowieści o magii to tylko bajki, coś w głębi nie dawało mi spokoju. Czułem, że nie mogę ignorować tego, co prawił ojciec.
Może to nie taka magia, jaką przedstawia się w książkach, lecz inna? Taka, która może być częścią mojego życia, ale nie potrafię jej w takim świetle ujrzeć?
Te rozmyślania przerwał kamień uderzający w szybę. Przewróciłem oczami, podszedłszy do niej.
– Nie dało rady wejść normalnie? – zapytałem Owena, który stał pod oknem.
Ta scena wyglądała niczym z romantycznych dramatów.
– Chodź ze mną pod granicę.
– Po jakie licho?
– Wydaje mi się, że bariera zniknęła.
Zamrugałem.
– Ostatnio gadałeś, że ją badasz i podobno nadal istnieje! – syknąłem.
– Od jakiegoś czasu dzieje się coś dziwnego. Idziesz czy nie?
Zakląłem w duchu, czując, jak zaczyna mnie ogarniać frustracja. Miałem dosyć tych niejasnych wskazówek, niewyjaśnionych tajemnic i rozmów, które prowadziły donikąd. Mógłbym mieć to wszytko gdzieś i puścić Owena samego, lecz nie byłem na tyle oschły, by wystawiać kumpla na niebezpieczeństwo. Złapałem szybko swój miecz, a następnie wyskoczyłem przez okno i raz dwa znalazłem się przy przyjacielu.
– Prowadź.
Szliśmy tym szlakiem, gdzie ostatnio jakiś dzieciak zrobił sobie krzywdę, bo potknął się o konar. Na samo wspomnienie parsknąłem pod nosem.
Gdy dotarliśmy na miejsce, nie zauważyłem niczego poza pustą, ciemną przestrzenią.
– I czego ja mam szukać? – zapytałem poirytowany.
– Niczego, bo wiem, gdzie zacząć – oznajmił spokojnie Owen, prowadząc mnie jeszcze troszeczkę dalej.
Podążałem za nim, słysząc własne kroki w tej dziwnej ciszy. Po chwili chłopak stanął i wskazał ręką przed siebie.
– Proszę bardzo, niedowiarku.
Tam, na ziemi ciągnęła się wypalona linia, która wyraźnie oddzielała Alherię od lasu. Grunt wzdłuż linii był popękany, a drzewa zdawały się wręcz czarne.
– To… to jest to? – zapytałem z niepokojem.
Owen kiwnął głową.
– Tak, to tutaj. Zaczynamy szukać.
Patrzyłem na wypaloną kreskę w miejscu, gdzie zgodnie z informacjami przyjaciela miała być bariera, a raczej pozostałości po niej. Musiałem myśleć trzeźwo, logicznie wytłumaczyć sobie tę anomalię, jednak nic nie przychodziło mi do głowy.
– Pójdę w lewo, a ty w prawo – zaproponował. – Może czegoś się dowiemy…
Przytaknąłem.
– Jakby się coś działo, krzycz. Wrócę w pięć sekund.
Rozdzieliliśmy się.
Podążałem cały czas wzdłuż linii, która ciągnęła się i ciągnęła. Z jednej strony nie chciałem wierzyć Owenowi, ale z drugiej… to zjawisko przed moimi oczami było na tyle niespotykane, że aż ogarnęła mnie ciekawość.
W pewnym momencie się zatrzymałem, by dokładniej przyjrzeć gruntowi. Zauważyłem drobne, niepozorne zmiany w strukturze terenu – w niektórych miejscach ziemia była miękka. Zgarnąłem ją w dłoń i okazało się, że trzymam piasek, który z jakiegoś powodu się… mieni. Ciarki przeszły mi po plecach, bo nie był to widok, jaki dało się wytłumaczyć prostymi słowami. Może rzeczywiście to, co mówił ojciec, miało w sobie więcej prawdy, niż chciałem przyznać.
Już zamierzałem wołać Owena, gdy nagle usłyszałem za sobą szelest gałęzi. Instynktownie się odwróciłem, ale nikogo nie ujrzałem. Przymrużyłem oczy, czując, jak serce bije szybciej. Coś chyba czaiło się w cieniu, lecz nie wyszło z lasu.
Nagle doznałem tego samego uczucia co wcześniej – wtedy gdy na mojej piersi pojawił się wypalony znak. Teraz skóra też mnie paliła, jednak nie tak mocno, jak wcześniej. Zadrżałem lekko, ale nie dałem tego po sobie poznać.
– Owen?! – krzyknąłem, lecz odpowiedziała mi tylko głucha cisza.
Rozglądałem się czujnie, trzymając dłoń blisko rękojeści miecza, gotów na wszelki ruch. Każdy szelest powodował, że moje zmysły szalały.
Nagle usłyszałem głośne łamanie gałęzi, a potem coś ciężkiego uderzyło o ziemię, niedaleko mnie. Podskoczyłem, chwytając za broń. Postać zajęczała, a następnie wstała. Okazała się tą samą osobą, której przyglądałem się w lesie. Jej peleryny nie dało się pomylić z żadną inną szatą.
Z powodu szybko zachodzącego słońca widziałem tylko jedno: intensywnie fioletowe oczy, które pochłaniały mnie całkowicie. Te tęczówki wyglądały niczym dwa ametysty. Wydawały się nie tylko piękne, ale i nieziemskie. Ich spojrzenie przenikało na wylot, dotykało duszy. Wstrzymałem oddech, mając wrażenie, że każda część ciała odmawia mi posłuszeństwa. Coś we wzroku tej kobiety sprawiło, że nie mogłem wykonać kroku. Po prostu staliśmy tak naprzeciwko, patrząc na siebie nawzajem.
– Waves! – rozległ się głos przyjaciela.
W tej samej sekundzie tajemnicza postać ruszyła na mnie. Jej ruchy były błyskawiczne i pełne determinacji. Dzięki odzyskaniu kontroli, swojej gotowości i zwinności zrobiłem szybki unik, przetaczając się na bok. Prawie otarłem się o ostrze, które przeleciało tuż koło mnie. Powietrze przeszyło szarpnięcie, gdy jej peleryna zawirowała, a ja wylądowałem na ziemi, po czym prędko podniosłem się do pozycji bojowej.
Kolejny raz naparła w moim kierunku, lecz szybko złapałem jej ręce i je wygiąłem, pozbywając się z nich broni. Kobieta kopnęła mnie w piszczel, dzięki czemu wyswobodziła się z uścisku. Znów na mnie ruszyła; te ataki były szybkie, ale niecelne. W łatwy sposób unikałem jej ciosów, widząc, jak walczy z własną niezgrabnością. Każdy kolejny ruch dziewczyny stawał się coraz bardziej chaotyczny, dzięki czemu zyskiwałem przewagę. W prosty sposób przewidywałem jej kolejne ciosy i szczerze mówiąc, mogłem to zakończyć w kilka sekund, lecz chęć zabawy i tajemnica z tym związana spowodowały, że nie chciałem przestawać.
Kiedy znów próbowała zaatakować, wykonała zły manewr – odsłoniła swoją lewą stronę. Wykorzystałem to, błyskawicznie blokując jej sztylety wyciągnięte zza pasa, a następnie popchnąłem ją na ziemię. Podszedłem bliżej, aby stanąć nad bezbronną postacią. Spojrzałem na nią zimno.
– Nie umiesz wykonać tak prostego manewru? – prychnąłem.
– Waves, gdzie jesteś?! – zawołał Owen.
Odwróciłem głowę.
– Tutaj!!! – ryknąłem.
Kiedy znów popatrzyłem w stronę kobiety, nie było po niej śladu. Zamurowało mnie.
Po chwili przybiegł mój przyjaciel, cały zadyszany. Spojrzał wpierw na wyciągnięty miecz, a potem na mnie.
– Po co ci to?
Schowałem oręż do pochwy.
– Wydawało mi się, że coś słyszałem.
Chłopak wzruszył ramionami, a ja podziękowałem w duchu, że nie dopytywał o szczegóły.
– Patrz, co znalazłem. – Wyciągnął woreczek z piaskiem z migoczącymi fioletowymi drobinkami.
– Też to znalazłem – przyznałem się. – Wiesz, co to za połyskujący piasek?
Mina Owena wyrażała niepokój.
– Wygląda mi to na skruszony ametyst, Wavesie.
Przebywaliśmy w Wiedzy Przodków, czyli starożytnej bibliotece, gdzie znajdowały się wszystkie zapisy dawnych władców. Na środku stał długi stół, który ciągnął się wzdłuż pomieszczenia. Na końcu sali widniał wodospad spływający po kamiennej ścianie prosto do wgłębienia w podłodze. Woda była krystalicznie czysta, a jej szum wypełniał przestrzeń. Pomiędzy regałami unosił się zapach starego pergaminu i kurzu.
Nie musiałem długo czekać, bo Owen od razu wyciągnął właściwą księgę i rzucił ją na stół.
– To ta – poinformował.
– Właściwie to czego szukamy? – zapytałem, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego tu przyszliśmy.
Nie odpowiedział mi, tylko otworzył wolumin na konkretnym rozdziale.
– Gdzieś już o tym czytałem – mamrotał do siebie.
Oprócz nas w Wiedzy Przodków znajdowało się sporo rekrutów, którzy pochłaniali wiedzę. Szeptali do siebie, notowali gorączkowo na pergaminach, niektórzy przysypiali nad otwartymi tomami. Ich mundury były przeróżne – niektóre jeszcze lśniące i nowe, inne przybrudzone kurzem i atramentem.
– Mam!
Wzdrygnąłem się na krzyk przyjaciela i spojrzałem na niego ostro. On jedynie przewrócił oczami, po czym pokazał, o co mu chodziło.
– Znalazłem zapis, który może da nam inne spojrzenie na to, co zobaczyliśmy przy szczątkach bariery.
– Owen… mówiłeś, że bariera chroni nas przed różnymi istotami. Gdyby faktycznie została zniszczona, myślę, że już by nas zaatakowali.
Chłopak spojrzał na mnie z powagą, jaką rzadko u niego widziałem.
– Właśnie dlatego to takie dziwne – mruknął, siadając i otwierając księgę na pożółkłej stronie. – Bariera nie była jedynie zwykłą oddzielającą ścianą. Była czymś więcej… Czymś, co ostrzegało, zanim ktokolwiek zdążył przejść. A skoro najprawdopodobniej zniknęła, to oznacza tyle, że albo zagrożenie już tu jest, albo jeszcze nie zdążyło tu dotrzeć.
Zacisnąłem dłonie na krawędzi stołu i słuchałem wywodu kumpla, który czytał teraz z księgi:
– „Historia kryształów zaczęła się w czasach, gdy na Ziemi panowały smoki. Każde z tych majestatycznych stworzeń zrodzone było z określonego minerału, który nadawał mu specjalną moc. Smoki nie były zwykłymi istotami, ich energie nierozerwalnie wiązano z żywiołami i właściwościami kryształów. Topaz, ze swoim złotym blaskiem, dawał moc uzdrawiania. Opal, pełen zmiennych barw, chronił przed wszelkim złem. Diament, o swojej niezrównanej twardości, zapewniał długowieczność. Onyks, ciemny i tajemniczy, obdarzał siłą. Ametyst, o fioletowym blasku, potrafił zniszczyć wszelkie przeszkody, gdyż jego energia była jak potężna burza. Jednak za najrzadziej pojawiającego się, najniebezpieczniejszego smoka uznawano Rubina. Mówi się, że posiadał moc, której nie potrafiono okiełznać, moc, która mogła zmienić bieg historii. O jego istnieniu krążą jednak jedynie legendy…” – Owen zamilkł i spojrzał na mnie intensywnie, więc kiwnąłem głową, by kontynuował. – „Smoki zaczęły obdarowywać królestwa niezwykłymi darami. Elfowie, uznani za najczystszych i najbardziej szlachetnych, otrzymali największy dar: długowieczność. Nie spodobało się to jednak innym królestwom. Alheria i Frostragar również pragnęły długowieczności. Zaczęły więc zazdrościć Sylvarion i nie potrafiły docenić tego daru, który otrzymały”.
Przez chwilę milczeliśmy, wsłuchani w szum wodospadu i odległe szepty kadetów.
– No tak! – prychnąłem. – Elfowie zawsze muszą być najszlachetniejsi… Jak ja ich nienawidzę.
Owen pstryknął mi palcami przed nosem.
– Nie słuchałeś tego, co przed chwilą czytałem? Ametyst posiada moc zniszczenia. To ten kamień zniszczył barierę.
Spojrzałem na niego, zaskoczony. Dopiero teraz dotarło do mnie, o czym mówił.
– Ale skąd on się wziął? To znaczy… nie ma żadnej informacji o tym, kto został obdarowany ametystem.
– Ponadto skruszonym – dodał Owen. – Ktoś majstrował przy mocy kamieni.
Zacisnąłem usta, nie wiedząc, co odrzec. Chciałem zapytać o więcej szczegółów, ale coś w jego tonie sugerowało, że i on nie ma pojęcia, co się dzieje.
Historia, którą czytał… Wyobrażałem sobie te stworzenia. Przez krótki moment nawet uwierzyłem, że kiedyś istniały, jednak moja ciekawość szybko przerodziła się w nienawiść. Dlaczego elfowie zawsze musieli być lepiej traktowani? Moja chęć mordu wzrosła.
– Poza tym magia podobno zniknęła wraz ze smokami, prawda? – Próbowałem połączyć fakty. – To jakim cudem…
– Nie wiem, Wavesie – przerwał mi Owen, wzruszając ramionami. – To… to nie ma sensu. Ale coś tu jest nie tak.
– Chodźcie tutaj wszyscy! Ustawcie się w rzędzie! – krzyknąłem do rekrutów.
Miałem z nimi przeprowadzić kolejną lekcję, choć robiłem to bardzo niechętnie. Dziś nie byłem w najlepszym nastroju. I to frustrowało. Wiedziałem, że nie mogę ich traktować pobłażliwie, dlatego miałem pewność, że każda minuta spędzona na tej lekcji wymęczy mnie doszczętnie.
– Szybko, wstawajcie! – dodałem, gdy zauważyłem, że niektórzy z nich jeszcze nie do końca się rozbudzili.
Leniwie podnosili się z ziemi. Kilku uczniów nadal ociągało się ze wstaniem. Gdy wszyscy w końcu ustawili się w równym rzędzie, oparłem ręce na biodrach i spojrzałem na nich z powagą.
– Żaden z was nie nadaje się na wojownika – powiedziałem oschle. – Jesteście nader wolni, nieuważni. Podobno tkwi w was jakiś potencjał, ale na razie to tylko bzdura, którą trzeba wypełnić prawdziwą siłą. A ta nie bierze się z machania mieczem ani z biegania po polu.
Milczeli, niektórzy z nich spuścili wzrok, inni próbowali ukryć własne rozczarowanie. Ale nie obchodziło mnie to.
– Dzisiaj pokażę wam, jak naprawdę powinno się walczyć – oznajmiłem, zaciskając pięści. – Bo na tę chwilę wszyscy jesteście tylko nieudacznikami.
– Staramy się! – krzyknął jakiś chłopak z rzędu.
Uniosłem brew i podszedłem do niego, patrząc mu prosto w oczy. Był zły i zdeterminowany.
– Czyli uważasz, że jesteś wyśmienity i potrafisz pokonać coś więcej niż własne koszmary? – Zniżyłem głos, by moje pytanie zabrzmiało jak wyzwanie.
Twarz młodego błyskawicznie się ściągnęła, a w oczach błysnęła mu iskra, której szukałem.
– Świetnie – prychnąłem. – Zmierzysz się ze mną.
Kadet napiął mięśnie i zastygł w miejscu. Wyciągnąłem swój miecz z czerwonym kryształem na rękojeści i skierowałem prosto w niego. Dostałem tę broń od ojca. Podobno miała być przekazywana z pokolenia na pokolenie. Strasznie byłem do niej przywiązany.
– Jak się nazywasz?
– A-alex.
– No to, Alex, zacznij – poleciłem, przyjmując odpowiednią pozycję.
Chłopak się zbliżył. Widziałem, że chce udowodnić coś sobie i wszystkim wokół. Pierwszy wymierzony przez niego cios był szybki, ale nieprecyzyjny. Próbował uderzyć mnie w bok, licząc na to, że moja obrona będzie zbyt wolna. Z łatwością sparowałem jego atak, przesuwając miecz w prawo i odwracając ostrze na zewnątrz.
– Nie tak! – krzyknąłem od razu, zanim zdążył ponownie zaatakować. – Zamiast o sile myśl o precyzji. Twój ruch jest zbyt przewidywalny. Niech to będzie szybka, ale celna akcja.
Zatrzymał się na chwilę, bo najwidoczniej zrozumiał, co miałem na myśli. Zaraz potem znów ruszył. Tym razem próbował pokonać mnie cięciami na wysokości moich ramion. Ruchy miał już trochę bardziej kontrolowane, ale wciąż niewystarczająco zdecydowane i trafne.
– Za mało precyzji! – rzuciłem, uniknąłem ciosu i jednocześnie przeciąłem powietrze tuż nad głową młodego. – Bądź szybki jak dotychczas, lecz bardziej celny. Walka to nie wyłącznie szybkość i siła, to również umiejętność kontroli własnych ruchów i zmysłów. Zobacz, jak bez większego wysiłku unikam twoich ataków.
Chłopak mnie odepchnął, jakby właśnie sięgał po nową strategię. Widziałem jednak, że jego umysł nadal nie nadąża za ciałem, jak wciąż zbyt mocno polega na prostych, gwałtownych ruchach.
– Poprawka, poprawka, poprawka! – wołałem, jednocześnie blokując kolejne ciosy. – Myślisz, że to wystarczy, co? Chcesz wyłącznie wygrać, nie dbasz o to, jak to zrobisz.
Wykonałem szybki manewr: przesunąłem miecz w stronę ręki Alexa, zmuszając go do odsunięcia się, bym nie stracił równowagi.
– Przestań machać tym ostrzem. Musisz zacząć myśleć. Poprawka!
Znowu przeszedłem do ataku, ale tym razem pozwoliłem chłopakowi na małą przewagę – jego broń lekko musnęła moje ramię. Zrobiłem to tylko po to, by młody przez chwilę poczuł, że jest w grze. Zaraz po tym jednym precyzyjnym ruchem odbiłem ostrze i po raz kolejny zmusiłem ucznia do obrony.
– Dobrze, już lepiej – oznajmiłem, widząc, że jego technika zaczyna się poprawiać.
Zatrzymał się na chwilę, patrząc na mnie z wyczerpaniem wymalowanym na twarzy, ale jednocześnie z odrobiną szacunku w oczach.
– Od dzisiaj będę brał każdego z was do walki ze mną – oznajmiłem. – I jeśli utnę wam dłoń, nie będę tego żałować.
Kilku z nich zbladło, inni zaczęli nerwowo na siebie patrzeć, ale nikt nie odważył się odezwać. Czułem, jak rośnie napięcie, jak cała grupa jest na skraju załamania. Nie miałem zamiaru ich oszczędzać. Musieli być świadomi, co to naprawdę znaczy stanąć twarzą w twarz z prawdziwym zagrożeniem, a ja byłem dla nich najlepszym przeciwnikiem.
– Kto następny? – zapytałem, unosząc brwi, a moja ręka z powrotem powędrowała w stronę broni.
Pod wieczór umówiłem się z ojcem na grę w szachy. Spędzałem tak czas z rodzicami od dzieciaka. Nawet po śmierci mamy pionki nie zniknęły z mojego życia. Po jej odejściu ojciec zamknął się w sobie i zaczął mieć większe oczekiwania względem mnie. Nie był tyranem, dbał o naszą więź, choć nie zawsze wiedział, jak to okazać.
Gdy dotarłem na miejsce, wszystko już dokładnie porozstawiano.
– Cześć, tato – przywitałem się, siadając naprzeciwko niego.
Ojciec uniósł wzrok znad szachownicy, a jego twarz się lekko rozjaśniła.
– Gotowy na porażkę? – zapytał z delikatnym uśmiechem, przesuwając jeden z pionków na planszy, by zacząć grę.
– Chciałbyś!
Rozpoczęła się bitwa. Tata wiedział, że nigdy nie odpuszczam, że walczę do samego końca, nawet jeśli nie zawsze mam szansę wygrać.
– Jak minął dzień? – zapytał nagle.
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Zwykle podczas rozgrywki nie rozmawialiśmy o codziennych sprawach.
– Całkiem spokojnie – odpowiedziałem, przesuwając pionek. – Lekcje odbyły się jak zwykle. Z tymi małolatami… Wiesz, nie wszyscy rozumieją, co oznacza prawdziwa walka.
Ojciec skinął głową, nie przerywając gry.
– Słyszałem, że przeklinali cię od góry do dołu – zaśmiał się.
Byłem zdziwiony, ale ta informacja nie wywarła na mnie większego wrażenia.
– Już ja im pokażę na następnych zajęciach… Wiem, że oczekujesz więcej – powiedziałem w końcu, nie patrząc na niego.
Ojciec spojrzał w moją stronę, jego twarz wyrażała spokój.
– Wiesz, Wavesie, nie chodzi o to, żebyś ich złamał. Chodzi o to, żebyś pokazał, co mogą osiągnąć, jeśli tylko będą gotowi włożyć w to wystarczająco dużo wysiłku. Nie jesteś ich wrogiem. Jesteś tym, który daje im szansę na wykazanie się prawdziwą siłą, nie tylko fizyczną, ale i mentalną. Masz w sobie za dużo nienawiści, synu.
Zawiesiłem się na chwilę, pozwalając, by dotarły do mnie jego słowa.
– A co z tobą? – Zmieniłem temat. – Jak minął twój dzień?
Ojciec lekko się uśmiechnął, jakby zdumiony, że zapytałem.
– Spokojnie, jak zwykle. Beth zrobiła na kolację moją ulubioną zupę. Trochę mało pieprzna, ale zjadłem.
Parsknąłem, zastanawiając się nad kolejnym ruchem.
– Więc liczysz, że w końcu odpuszczę? – zapytałem, lekko unosząc kąciki ust.
Tata odpowiedział tylko cichym śmiechem, po czym przesunął jedną z figur.
Nagle do pomieszczenia wtargnął strażnik, przemoczony od góry do dołu i… ledwo żywy. Obaj natychmiast wstaliśmy. Mężczyzna spojrzał na nas z błaganiem w oczach. Z trudem łapał oddech.
– Czerwone… – wydukał, zanim opadł na kolana, nie mogąc dłużej utrzymać się na nogach. – Atak… Zaatakowali nas… Latają…
Nie rozumiałem nic z tego, co powiedział.
Czerwone?
Kto lata?
Nieważne… Zostaliśmy zaatakowani.
Gotowy do działania dobyłem miecza.
W chwili gdy chciałem ruszyć, usłyszałem coś, co na zawsze odmieniło moje postrzeganie pewnej kwestii.
Nad Alherią rozległ się potężny ryk.
I to nie był ryk małego zwierzęcia, lecz dźwięk tak potężny, że ziemia lekko drgnęła, a powietrze stało się cięższe.
Zamarłem.
Ojciec zatrzymał się tuż przed drzwiami, wpatrzony we mnie z wyrazem twarzy, który mówił więcej niż jakiekolwiek słowa.
– Niemożliwe… – wyszeptał. – To ryk smoka.
Stanąłem jak wryty.
– Ale jak to smoka? – zapytałem ojca, który miał zmarszczone brwi i widocznie się nad czymś zastanawiał.
Nie zamierzałem dłużej czekać na to, co mi powie. Zacisnąłem dłoń na rękojeści miecza, po czym wybiegłem na zewnętrz. Usłyszałem za sobą krzyk taty:
– Wavesie, stój!
I zrobiłem to, gdy dotarło do mnie, co się naprawdę wyprawia. Oniemiałem. Królestwo stało w płomieniach. Nad zamkiem unosił się olbrzymi smok o łuskach błyszczących jak obsydian. Z pyska tryskał mu ogień, który pochłaniał już wieżę, część murów i ludzi. Na grzbiecie stwora siedział jeździec odziany w pelerynę, z czarną maską na twarzy.
Nagle ziemia pod moimi stopami zadrżała. Przez ułamek sekundy chciałem się cofnąć, wrócić do zamku, schować się w cieniu dawnych opowieści, które teraz stały się rzeczywistością. Ale nie mogłem.
Ponownie usłyszałem krzyk. Wstrząsnął mną tak, jakby ktoś wyrwał mnie z innego świata. Odwróciłem głowę w stronę hałasu i serce mi zamarło. Na środku brukowanego placu, wśród walących się belek, dostrzegłem kucharkę – próbowała uciec. Na nią czaiło się coś, co przypominało skrzyżowanie smoka i skorpiona. To stworzenie było o wiele mniejsze niż tamten czarny olbrzym, który spalił wieżę zamku, ale równie przerażające. Jego ciało pokrywał ciemny pancerz, połyskujący niczym chitynowa skorupa, a z tułowia wyrastało zakrzywione żądło, ociekające jadem. W złożonych skrzydłach dostrzegłem wystające kolce.
Kobieta upadła, a bestia już unosiła żądło, gotowa do ataku. Rzuciłem się do przodu. Kiedy mój miecz świsnął w powietrzu, zaskoczony stwór odskoczył, syknął i spojrzał na mnie oczyma wyglądającymi jak dwa rozżarzone węgle.
– No dalej! – warknąłem, stając między nim a kobietą.
Zamachnął się żądłem, ale przewidziałem to. Zrobiłem krok w bok i zaatakowałem. Ostrze odbiło się od pancerza z głuchym brzdękiem. Trafiłem, nie mocno, ale wystarczyło, żeby spowolnić przeciwnika.
Nie walczyłem z czymś takim nigdy wcześniej. Żadna opowieść, żadna pieśń mnie na to nie przygotowała.
Z oddali rozległ się krzyk:
– Waves!
Spojrzałem na Owena, któremu wszystkie książki powypadały z rąk.
Nie chciałem, by podbiegał bliżej. Jeśli ten dziwny pomiot by go zaatakował, to przyjaciel nie miałby żadnych szans.
– Zwiewaj stąd! – zawołałem do niego. – Pomóż innym osobom, które są uwięzione! Dam radę!
Owen, choć niezbyt przekonany, kiwnął głową i pognał przed siebie.
– No dobra – powiedziałem. – Tylko ty i ja.
Stwór zasyczał i rzucił się na mnie. Wiedziałem, jak trzymać miecz, znałem zasady walki, lecz… teraz moim rywalem nie był człowiek. Nie dostrzegałem jego słabości, nie dawał się wyprowadzić w pole, nie oddychał ciężko, nie cofał się ze strachu.
Uniknąłem jego pierwszego ataku, ale zaledwie o włos. Żądło przeleciało blisko mojej szyi i wbiło się w ziemię za mną. Odepchnąłem się i zamachnąłem, celując w bok. Cios nie był wystarczająco silny, lecz celny.
– Cholera – syknąłem, cofając się o parę kroków.
Bestia nie czekała. Zatoczyła łuk i ponownie ruszyła w moją stronę. Tym razem padłem na brukowany plac, by spróbować przeturlać się pod jej skrzydłami. Wstałem z trudem, lecz zaraz potknąłem się o własne nogi. Siła uderzenia niemal wyrwała mi miecz z rąk. Przesunąłem się w bok, ale nie dość szybko. Pazur bestii rozdarł mi skórę na ramieniu. Poczułem ciepło krwi spływającej po ciele.
Zamachnąłem się bronią nieporadnie, bardziej w odruchu niż z taktyki. Ostrze ześlizgnęło się po pancerzu potwora bez żadnego efektu. Zaraz potem żądło zgrzytnęło o bruk tuż obok mojej głowy. Oddech stawał się płytki, ramię boleśnie pulsowało, a obraz przed oczami zaczął się lekko rozmazywać. Wiedziałem, że sam nie dam rady.
I wtedy… coś uległo zmianie. Bestia struchlała, jakby wyczuła zagrożenie. Za moimi plecami rozległy się znajome dźwięki – szum peleryny oraz odgłosy lekkich kroków. Nowo przybyła postać popatrzyła na to potworne ścierwo.
To tamta dziewczyna…
Kiedy jej ametystowe spojrzenie spotkało się z moim, zamarłem. W tej chwili wszystko wokół zniknęło, jakby czas się na chwilę zatrzymał, pozwalając mi tylko na jedno: nieznaczne wrażenie, że nie powinienem jej patrzeć w oczy.
Nagle, jak na zawołanie, dziewczyna ruszyła. Ruchy jej ciała były płynne, ale nie do końca trafione. Brakowało tu czegoś. Zanim potwór zrozumiał, co się dzieje, ona już się przy nim znajdowała, a jej broń, coś na wzór zakrzywionego ostrza, wbijała się we wrażliwe miejsce na boku bestii. Cios ten był szybki, niemal niezauważalny, i śmiertelnie skuteczny.
Smok próbował się bronić, lecz postać w pelerynie okazała się zbyt szybka, zbyt zwinna. Odskakiwała, unikała ciosów, a w międzyczasie wyprowadzała kolejne, akurat dla mnie przewidywalne, ataki.
W tej nieprzerwanej serii uderzeń coś jednak poszło nie tak. W momencie gdy dziewczyna się zamachnęła, by zadać kolejny cios, jej stopa poślizgnęła się na mokrej od krwi ziemi. To była jedyna chwila, kiedy straciła równowagę. Bestia trafiła ją wtedy w bok ciała, rozcinając materiał peleryny, a następnie skórę.
Kiedy ujrzałem, że to potworne ścierwo odwróciło się w stronę ofiary z zamiarem kolejnego ataku, zorientowałem się, że mam pole do manewru. To moja szansa. Z całych sił się dźwignąłem, mimo że każdy ruch sprawiał ból. Podczołgałem się po swój miecz, który leżał kawałek dalej. Z trudem chwyciłem za rękojeść i uniosłem broń. Serce waliło mi w piersi, a pot lał się ze mnie strumieniami.
– Uważaj! – krzyknąłem do niej, widząc, że potwór się unosi, by zakończyć atak.
Sekundę potem mój miecz trafił prosto w jego serce. Smok wydał z siebie piszczący okrzyk, a potem padł martwy.
Łapałem powietrze, a nogi mi drżały.
Postać w pelerynie stanęła nad martwym ciałem stworzenia, jakby nic się nie stało. Jej oddech był równy, a oczy wciąż patrzyły na mnie z tym samym spokojem.
– Kim jesteś? – zapytałem cicho.
Jej obecność sprawiała, że czułem się… niekompletny.
– Waves! – zawołał ktoś.
Gdy odwróciłem się w stronę głosu, ujrzałem kilku kadetów.
– Król!
Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać.
– Pojmijcie ją – oznajmiłem, próbując zachować spokój. – I uważajcie na nią.
Kiedy przytaknęli, tajemnicza dziewczyna zaczęła uciekać. Ja natomiast puściłem się pędem w kierunku, który wskazali. Kurz i dym gryzły w oczy. Przeskakiwałem przez ciała, miecze i roztrzaskane tarcze. W głowie mi dudniło.
Biegłem, aż w końcu go ujrzałem. Leżał pod ruiną jakiegoś domu. Jeden z dowódców próbował go podnieść, drugi… po prostu stał obok, siny niczym popiół. Kiedy podbiegłem, wszystko nagle ucichło.
– Tato!
Krew. Dużo krwi.
Twarz miał całą poszarpaną, a jedno ramię spalone.
– Wavesie… – odezwał się cicho głosem szorstkim jak piasek.
Klęknąłem koło niego, nawet nie czując, kiedy moje kolana uderzyły o ziemię. Zacisnąłem zęby, walcząc z paniką, która dusiła mnie od środka niczym stalowa obręcz.
– Nic nie mów. Oszczędzaj siły. Uzdrowiciele są już w drodze… prawda? – Spojrzałem na strażników.
– Nie ma czasu… – Głos ojca był słaby, ale spojrzenie jak zawsze pewne. – Musisz… słuchać uważnie… – Przyciągnął mnie do siebie, po czym coś mi wręczył. – To klucz. Idź do gabinetu – szepnął. – Tam wszystkiego się dowiesz… Tam jest coś ukryte… Nie oceniaj mnie, synu, po tym, czego się dowiesz.
– O czym ty mówisz? – wykrztusiłem.
– Tak naprawdę zawsze chodziło o ciebie, synu, to ty byłeś krzesiwem. Zrzucam na twoje barki za duży ciężar, lecz nie mam innego wyjścia. Nadszedł czas, synu…
– Ale na co?! – Pochwyciłem jego dłoń, zimną jak lód.
– Nie ufaj… – urwał, jakby coś ścisnęło go za gardło. Twarz wykrzywił mu grymas bólu, a potem… cisza.
Przez kilka sekund wpatrywałem się w niego w bezruchu, czekając na oddech, mrugnięcie, cokolwiek. Ale nic.
– Nie… Nie teraz… – wyszeptałem, a potem krzyknąłem, i to tak głośno, że echo poniosło się po okolicy i odbiło od wzgórz: – Tato!!!
Poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Owen klęknął koło mnie, a ja spuściłem głowę, nie wiedząc, co mam dalej zrobić.
– Dowódco Wavesie! Mamy intruza!
Nie mogłem im wszystkim pokazać, jak się rozklejam. Dlatego przybrałem chłodną maskę. Zero emocji. Byłem maszyną do zabijania.
Wstałem, po czym się otrzepałem i spojrzałem na postać w pelerynie.
– Czas ujawnić, kim jesteś – oznajmiłem lodowato, a następnie szarpnąłem za okrycie głowy.
Zamarłem.
Białe, krótkie włosy do ramion, niektóre pasma splecione w warkoczyki. Blada twarz, z rumieńcami na policzkach. Spiczaste uszy.
Przede mną stał elf. A raczej elfka.
Jej ametystowe oczy wbijały się we mnie.
Na ułamek sekundy mój pancerz pękł. Znów zrobiło się cicho, jakby całe pole bitwy wstrzymało oddech. Szybko jednak otrząsnąłem się z tego amoku. Ogarnęła mnie furia.
– Ty… Elf… – zacząłem, lecz nie zdołałem wydukać nic sensownego.
Chwyciłem za miecz, aby to zakończyć, lecz w momencie, gdy miałem to zrobić, nasze spojrzenia po raz kolejny się spotkały.
Nie bała się. Patrzyła mi w oczy ze spokojem. I ponownie wszystko inne przestało mieć znaczenie.
Przez cały ten czas głowę zaprzątała mi głupia elfka…
Moja dłoń nadal ściskała rękojeść, ale broń nie drgnęła ani odrobinę. Zbliżyłem się do postaci jeszcze bardziej, tak że dzieliło nas może pół kroku.
– Powinnaś uciekać. Teraz – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
– Powinieneś mnie zabić. Teraz – rzekła chłodno.
Nienawidziłem jej za to, kim się urodziła. Za te spiczaste uszy. Za ten głos. Za spojrzenie, które przypominało mi o wszystkim, czego nie rozumiałem i czego się bałem.
– Macie krew, która płonie jak trucizna – wysyczałem.
– I mówisz to ty? – Jej ton nie zmienił się ani odrobinę. – Myślisz, że jesteś od nas lepszy, ale w twoim spojrzeniu widzę ten sam głód zemsty. Ten sam gniew.
– Zamknij się. – Uniosłem miecz. – Jeszcze jedno słowo, a…
– A co? – przerwała z jadowitym spokojem. – Zabij mnie. Ale wiedz, że wtedy wszystkie odpowiedzi przepadną razem ze mną.
Jej zuchwałe spojrzenie tylko podsycało moją wściekłość. Prychnąłem, po czym zamachnąłem się bronią, która finalnie spadła z głuchym brzdękiem za ziemię.
– Do lochu z nią. Natychmiast.
Strażnicy szybko zareagowali: chwycili ją za ramiona, by wciągnąć w głąb zamku.
Włożyłem rękę do kieszeni i mocno ścisnąłem klucz, który otrzymałem od ojca. Nie spojrzałem już na jego ciało. Nie miałem odwagi.
– Co teraz? – Owen do mnie podszedł. – Jesteś następny w kolejce do…
– Nie teraz – przerwałem mu, nie chcąc o tym myśleć.
Nie nadawałem się na króla i doskonale o tym wiedziałem.
Minęło kilka dni od ataku. Pochowałem ojca godnie, tak jak mu się należało. Oczywiście nie obeszło się bez szeptów, że królestwo upadnie przeze mnie, bo będę rządził jak tyran.
Nie dziwiłem się im.
Nie zamierzałem się na razie tym martwić, skupiłem się na odbudowie tego, co zostało zniszczone. Ktoś musiał tym zarządzać i to zadanie przypadło mnie. Oczywiście gdyby nie Owen, już dawno bym zwariował.
Nasza intruzka gniła w więziennej celi. Mimo wszystko jakimś cholernym cudem nie potrafiłem przestać o niej myśleć. Przypominałem sobie moment, w którym pierwszy raz ją zobaczyłem. Byłem pod wielkim wrażeniem jej pełnych gracji ruchów. Tyle historii słyszałem o elfach, ale dopiero gdy zobaczyłem jednego z nich, uwierzyłem, że te wszystkie opowieści są prawdziwe.
Mimo to w walce szło jej… miernie. Byłem pewny, że sposób poruszania się elfów wiąże się z perfekcyjną, wręcz niepokonaną techniką, jednak nasz więzień był tego kompletnym zaprzeczeniem. Oczywiście nie mogłem powiedzieć, że jej ruchy gracji w sobie nie miały, bo miały, tylko były jakieś takie… nieudolne. Zastanawiałem się, jak ktoś tak słabo władający bronią mógł przeżyć wyprawę do Alherii.
Siedzieliśmy razem z Owenem w Wiedzy Przodków – jedynym miejscu, w którym czułem spokój, mogłem poukładać myśli i się odprężyć. Obracałem w palcach tajemniczy klucz. Nie miałem czasu, aby zająć się prośbą ojca, a może po prostu robiłem wszystko, by tego czasu nie mieć.
– Wiesz, że w końcu będziesz musiał się do tego zabrać – powiedział cicho Owen, nie odrywając wzroku od księgi przed sobą.
Westchnąłem.
Klucz z każdym dniem ciążył mi coraz bardziej, jakby znał swoje przeznaczenie i tylko czekał, aż zdecyduję się je wypełnić. Należało dokonać tego wyboru, choć bałem się poznania prawdy, przed którą ostrzegał mnie tata.
– Chyba nadeszła pora, aby to zrobić – oznajmiłem.
Przyjaciel spojrzał intensywnie najpierw na mnie, a potem na klucz.
– Idę z tobą. Jesteś za tępy na zagadki.
Przewróciłem oczami.
– Dzięki – mruknąłem, ale ruszyłem na górę.
Owen z hukiem zamknął księgę i podążył za mną.
Przeszliśmy przez puste korytarze, aż dotarliśmy do gabinetu, w którym ojciec podejmował wszelkie decyzje.
– To nie jest klucz do tych drzwi – poinformowałem, otwierając ciężkie, rzeźbione skrzydło.
Mój towarzysz uniósł brwi.
– To po co tu przyszliśmy?
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego podszedłem do komody stojącej w rogu pokoju. Otworzyłem najniższą szufladę, odsunąłem fałszywe dno, pod którym ukazała się metalowa płyta z wyrytą pieczęcią naszego rodu.
Pusto.
Żadnych nowych informacji.
Spojrzałem na rozglądającego się po pomieszczeniu przyjaciela.
– Gdybym był twoim ojcem, gdzie bym schował coś bardzo ważnego…? – mówił do siebie Owen.
Szperaliśmy w gabinecie już od dobrych kilkunastu minut. Szukałem wypukłości, zakamuflowanych szczelin, czegokolwiek, co mogłoby świadczyć o ukrytej rzeczy.
– Może to fałszywy trop – burknął chłopak, oparł się o ścianę i przetarł czoło z irytacją.
– Przeszukałem biurko, komodę… nawet zegar – wymieniałem pod nosem.
– I nic? – spytał z nutą rozczarowania.
– Nic. Ani śladu.
Zapanowała między nami cisza. Słychać było tylko skrzypiącą podłogę i szelest przesuwanych kartek.
Owen znów się rozejrzał.
– Szukaliśmy w każdym kącie… – zaczął i nagle go olśniło: – Oprócz regałów z książkami!
Uniosłem brew.
– Książki? To chyba ostatnie rzeczy, w których by coś schował. Poza tym zobacz, ile ich tu jest.
– Dlatego tam, bo to miało być dobrze ukryte. Nie ogarnąłbyś tego.
Kolejny raz przewróciłem oczami, ale po dłuższym namyśle stwierdziłem, że to może być dobry trop.
– Przypominasz coś sobie? – zapytał chłopak. – Może kiedyś wspominał coś o jakieś księdze?
Faktycznie istniała taka jedna. Ojciec tłumaczył mi ją, kiedy byłem mały.
– Za regałem z kronikami rodu – poinformowałem i po chwili zatrzymałem się przed wysoką, pokrytą pajęczynami ścianą grzbietów ksiąg. – Ojciec zawsze mówił, że to miejsce, do którego wracają tajemnice.
Owen nic nie powiedział, tylko stanął obok i omiótł wzrokiem półki. Zacząłem przesuwać tomy, aż w końcu pod palcami poczułem coś zbyt twardego jak na książkę, i metalowego. Zamarłem na ułamek sekundy, czując, że trafiłem na to, czego szukaliśmy.
– Czekaj – polecił, zbliżając się. – Zobacz.
Delikatnie odchylił książkę na bok. Była atrapą. Pociągnąłem za nią, ale zamiast ją wyciągnąć, sprawiłem, że regał zgrzytnął i się przesunął, odsłaniając ukryte drzwi.
– Bingo! – zawołał.
Wsunąłem klucz do zamka. Przełknąłem ślinę, gdy mechanizm cicho kliknął. Za drzwiami… panowała ciemność – żywa, gęsta, pochłaniająca światło.
Spojrzeliśmy na siebie z Owenem.
– Nie chcesz iść pierwszy? – zapytałem.
– Ty tu masz jaja.
Zacisnąłem pięści, po czym ruszyłem w głąb korytarza. Nie był długi. Pokonanie go zajęło nam kilka sekund, aż dotarliśmy do małego pomieszczenia z jedną oświetloną rzeczą. Otworzyłem szeroko usta. Nogi się pode mną ugięły.
– O-owen…
– O ja pierdolę – rozległ się za mną głos przyjaciela. – Czy to…?
– Jajo…? Nie… To nie może być…
– Smocze jajo.
Jego powierzchnia przypominała wypolerowany czarny kamień, poprzecinany złotymi żyłkami. Leżało na kamiennym postumencie. Wokół niego piętrzyły się pergaminy. Niektóre były pożółkłe, ledwo czytelne, inne wyglądały na zapisane niedawno.
Sięgnąłem po jeden z nich i zacząłem czytać.
Ukradliśmy smocze jajo. Kiedy smoki się o tym dowiedzą, będzie źle. Nie wiem, czemu to zrobiliśmy. Może przez ludzką pychę?
– My? – zapytałem.
Owen sięgnął po kolejną część.
Ludzie zawsze byli na końcu. Zapomniani. Przecież nie pasowaliśmy do świata pełnego magii. Też chcemy być traktowani na równi z innymi.
Chcę zrobić coś, co zmieni bieg historii. Chcę ukraść jajo. Ukryć je. Sprawić, by smoki poczuły ten sam ból co my.
Do tego jest mi potrzebna tylko jedna istota.
Wziąłem do rąk kolejny pergamin.
Nasza zemsta stała się zbyt okrutna. Wszystko zabrnęło za daleko. Będę miał syna, on zostanie królem. Niemniej jego los jest z góry przesądzony. Sprowadziłem na niego katastrofę.
Ukradliśmy jajo w akcie zemsty.
Należało się im.
Krzywda za naszą krzywdę.
Nie sądziłem jednak, że tak potoczą się sprawy… że przed własnym synem będę musiał ukrywać pochodzenie jego matki.
Matką mojego syna jest elfka, zdrajczyni…
To, co zrobiliśmy… to coś więcej niż kradzież. To zdrada, która może nas dużo kosztować. Jeśli smoki się dowiedzą, nie wybaczą i nie zapomną nam tego.
Moje serce drży na myśl o tym, co uczyniliśmy. Pragnęliśmy potęgi, władzy. Ja… zatraciłem się w żądzy, myśląc, że mam prawo zdobyć wszystko, co miały smoki, wyłącznie dlatego, że ludzie nie byli w stanie tego zrozumieć. Ale zapomniałem, że nie każda moc jest do opanowania. Nie przewidziałem, że smocze jajo nie jest tylko przedmiotem. Ono jest częścią ich świata. Ich duszą, ich przyszłością. Wzięliśmy coś, co należało do nich, a teraz płacimy cenę.
Czasami żałuję, że się tego dopuściliśmy. I wiem, że nie ma już drogi powrotnej. Będziemy odpokutowywać za to, co zrobiliśmy… Ale wtedy sobie przypominam, że będę miał syna, i oby on był w stanie ponieść ciężar, którego nie zdołałem udźwignąć ja.
Ziemia zadrży, kiedy nadejdzie czas. Wówczas wszystko stanie się jasne.
Jajo trzeba zwrócić. To sprawa wielkiej wagi.
Kiedy skończyłem czytać, nie wiedziałem, jak zareagować. Tego wszystkiego było za dużo. Nie mogłem oderwać wzroku od pisma ojca. Najgorszą jednak prawdą okazało się to, że moją matką była elfka…
– Owenie, co teraz? – zapytałem w końcu, głos mi drżał.
Przyjaciel uniósł głowę znad księgi, jego twarz była blada, a w oczach widniała ta sama niepewność, która dręczyła także mnie.
– Musimy zwrócić jajo na jego miejsce. Jeśli to prawda, co napisał twój ojciec… Jeśli smoki naprawdę wiedzą o tym, co zrobili twoi rodzice… nie możemy liczyć na wybaczenie.
Spojrzałem na pergaminy leżące wokół postumentu i na jajo, czując jak przygniata mnie ciężar odpowiedzialności
Smoki, legendy – to wszystko okazało się rzeczywiste. Nie mogłem uwierzyć w to, czego się dowiedziałem.
– Ale jeśli je zwrócimy, to i tak nie będzie żadnej nadziei. – Moje słowa brzmiały jak wyrok. – Nasz los jest już przesądzony.
– Dlatego smoki zniknęły… Przez skradzione jajo. Poczuły się oszukane i nie znalazły winowajcy. Najlepszą decyzją było więc odejście. Aby już nikt o nich nie słyszał.
Złapałem się za głowę.
– Za dużo… Za dużo… Niech ono tu zostanie. Nikt i tak się nie dowie.
Owen spojrzał na mnie tak, jak gdyby chciał zdzielić mnie w twarz.
– Nie rozumiesz, co się stało? Ziemia zadrżała. Smoki to nie są zwykłe istoty, Wavesie. Dowiedziały się, że to ludzie zadali im cierpienie, a one odczuwają emocje w inny sposób niż my. Mocniej. I mszczą się bardziej.
Przełknąłem ślinę.
– Skoro to takie nieziemskie istoty, to czemu wcześniej nie dostrzegły, kto ukradł jajo?
– Bo to zaburzyło równowagę, którą tak bardzo chciały zachować, a chaos potrafi wyprzeć logiczne myślenie.
Oddychałem coraz ciężej.
– Nie, nie, nie! – krzyknąłem. – Nigdzie tego jaja nie zaniosę!
Chłopak w końcu zdzielił mnie w twarz, a potem mną potrząsnął.
– Waves, do cholery! Jesteś przyszłym królem i masz obowiązek dać nam świetlaną przyszłość! Opanuj się, do kurwy nędzy, i zacznij myśleć na chłodno.
– Nikt mnie na tego króla nie chce! Każdy mnie nienawidzi!
Przyjaciel przyglądał mi się przez chwilę w ciszy.
– To nie jest kwestia chcenia. To kwestia tego, co masz w sobie – powiedział w końcu, a jego głos był teraz spokojniejszy, choć niemniej stanowczy. – Nikt inny nie weźmie za ciebie tej odpowiedzialności. A jeśli teraz odrzucisz to, co jest ci przeznaczone, nie tylko ty poniesiesz konsekwencje. Cały świat za to zapłaci.
Stałem tam, z trudem łapiąc powietrze, a po mojej głowie wciąż krążyły myśli, które nie chciały odejść. Każda z nich ważyła tonę.
– Dlaczego ja…?
– Bo jesteś synem elfki i człowieka. Dwóch różnych istot z dwóch różnych światów.
– Co to oznacza? – zapytałem cicho, choć odpowiedź była oczywista. I jednocześnie przerażająca.
– Nikt z nas nie uniesie jaja. Tak jak pisał twój ojciec, jedyną osobą, która będzie je w stanie unieść…
– Będzie elf – dokończyłem, łapiąc się za klatkę piersiową.
A taki właśnie siedział w celi tego zamku.
Kurwa.
Nie ma, kurwa, takiej mowy! – wrzasnąłem do przyjaciela, gdy kolejny raz obradowaliśmy.
Zazwyczaj, a raczej za każdym razem byliśmy we dwóch.
To, co odkryliśmy w gabinecie mojego ojca, zostało tylko między nami. Klucz trzymałem cały czas przy sobie. Z nim spałem, jadłem, a także chodziłem do toalety. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że w tym zamku od kilkudziesięciu lat, jakby nigdy nic, jest ukryte smocze jajo.
– Musisz z nią w końcu pogadać!
– Z tą elfką?! – rzuciłem z pogardą. – Czy ty siebie słyszysz?
Westchnął.
– Ale z ciebie maruda. Co może się stać?
– A może wbije mi ten swój sztylet między żebra, kiedy tylko się do niej zbliżę? – syknąłem.
Owen spojrzał prosto w moje oczy.
– Nie znasz jej, nic o niej nie wiesz.
Zacisnąłem usta w wąską linię, walcząc sam ze sobą, co powinienem uczynić.
– Koniec. – Uciąłem temat. – Mam większe zmartwienia niż rozmowa z tym wybrykiem natury.
Mój kompan uśmiechnął się krzywo.
– A myślałem, że to ja dramatyzuję.
Nastał wieczór. Siedziałem samotnie na parapecie w swoim pokoju, przy szeroko otwartym oknie, oparty plecami o chłodny kamienny mur. Nocne powietrze było rześkie, a zapach wilgotnej ziemi po deszczu wdzierał się do środka, mieszając z wonią wosku gasnących świec.
Miasto spało, lecz nawet teraz dało się odczuć, że straciliśmy kogoś najważniejszego. Każdy obawiał się tego, że obejmę tron, przecież byłem największym koszmarem poddanych.
Chociaż wydawałoby się, że dbanie o Alherię to łatwiejsze zadanie niż oddanie jaja.
Właściwie to nawet nie wiedziałem, dokąd miałbym się udać, by je oddać. Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi ani tym bardziej nie znałem drogi.
Zacisnąłem palce na kolanach, czując, jak ogarnia mnie bezradność. Świat oczekiwał od przyszłego króla decyzji, siły, mądrości… a ja miałem tylko pytania.
W palcach obracałem klucz – moje przekleństwo, odpowiedzialność, której nigdy nie chciałem. Nie potrafiłem już odróżnić snu od rzeczywistości. Smocze jajo, listy ojca, elfka w lochu… To wszystko splatało się w jeden chaotyczny węzeł, którego nie potrafiłem rozplątać.
Pieczenie rozlało się po ciele jak ogień. Odniosłem wrażenie, że coś we mnie pęka, jakby wypalony znak chciał się wyrwać spod skóry.
Zsunąłem się z parapetu i opadłem ciężko na nogi. Byłem zły, wściekły. Chciałem…
– Co jest, do cholery?! – wrzasnęłam sam do siebie, aż po chwili ból ustał.
Usiadłem na podłodze, oddychając miarowo. Wziąłem pierwszą lepszą książkę z półki i zacząłem przeglądać jej strony. Była to najlepsza forma rozluźnienia. Ale tym razem za cholerę to nic nie dało.
Może Owen miał rację i znajdę odpowiedzi, których tak desperacko szukam, gdy w końcu uda mi się poskromić uprzedzenia do innych ras? Mój umysł wciąż błądził wokół decyzji, którą musiałem podjąć. Czy naprawdę powinienem pójść tam, gdzie uwięziono to brzydactwo? Czy rozmowa z nią coś zmieni? A może przyniesie jeszcze większy chaos?, pytałem w myślach.
