Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
16 osób interesuje się tą książką
Nie wchodź w układy, które mogą pochłonąć cię bez reszty
Perla Harrison nie wierzyła, że w jej życiu jest miejsce na uczucia. Jako dziewiętnastolatka z trudną przeszłością wyprowadziła się z rodzinnego domu i cały swój czas poświęcała pracy, by móc finansowo wesprzeć bliskich. Z każdym dniem jej sytuacja stawała się jednak coraz gorsza. Dopóki go nie poznała.
Brandon Barnes był przekonany, że do szczęścia nie potrzebuje nikogo. Nie spodziewał się, że jego świat wywróci się do góry nogami, gdy na stronie dla sugar daddies natrafi na Perlę.
On jest starszy, bogaty i ma swoje zasady. A ona regularnie je nagina. Mimo to między nimi rodzi się burzliwe uczucie oparte na namiętności, umowach, zaufaniu i sekretach. Tą relacją oboje próbują wypełnić pustkę, którą noszą w sobie od lat. Każde spotkanie sprawia, że posuwają się coraz dalej, zapominając, że to tylko gra.
Takie gorące układy nie mogą jednak trwać wiecznie, ponieważ bezpieczeństwo w nich bywa tylko złudzeniem, a tajemnice… zawsze wychodzą na jaw.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 590
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
EllinART
Petals of pleasure
Gdzie tulipany rumienią się w ciszy
Tę książkę dedykuję mojemu partnerowi, Martinowi.
Dziękuję, że zawsze mnie wspierasz.
Wiele fragmentów tej historii może wydać Ci się absurdalnych, żenujących albo po prostu głupich. I bardzo dobrze. Taki właśnie był zamysł.
To wszystko – chaos, przesada, nonsens – stanowi tło, nie przypadek.
Jeśli coś wydaje Ci się bez sensu, zakładaj śmiało, że tak miało być.
Perla zatrzasnęła drzwi do łazienki, wchodząc do swojej niewielkiej sypialni. Z ledwością ominęła krawędź łóżka i uklękła na chłodnej podłodze, poprawiając włosy związane w wysoki koński ogon. Ze sterty niechlujnie leżących ubrań wygrzebała jakiś T-shirt i legginsy, po czym pospiesznie założyła je na swoje zmęczone ciało. Od kilku dni nie była w stanie dobrze się wyspać przez swoich nowych sąsiadów. Młoda para chłopaków, mniej więcej w wieku Perli, zajęła pokój nad nią. Od kiedy zapuścili tutaj korzenie, imprezowali prawie non stop. Irytowała ją głośna i agresywna punkowa muzyka dudniąca w ich pokoju do bladego świtu, przeszywające czaszkę śmiechy, piski i wrzaski, a do tego jeszcze obrzydliwy zapach jaranego zioła czy czegoś podobnego.
Telefony na policję nic nie dawały. Służby przyjeżdżały, upominały sąsiadów i po chwili znikały. I tak można było nawet trzy razy dziennie. Zero efektów lub jakiegokolwiek zainteresowania ze strony władz. Perla więc po prostu się poddała. Kupiła zatyczki do uszu i używając swoich ostatnich oszczędności, nabyła również rolety dźwiękoszczelne na okna. Nie dało to jednak oczekiwanego efektu. Więc teraz stała przed lustrem i próbowała makijażem zamaskować wory pod oczami. Niestety, Perla nie była w stanie zadbać o zakup lepszej jakości kosmetyków, więc po chwili walki z korektorem znalezionym na promocji wściekła rzuciła nim o podłogę.
– Jezu, co za gówno.
Ponownie spojrzała na swoje odbicie i z westchnieniem sięgnęła po mokre chusteczki, żeby wytrzeć korektor z twarzy. Ostatecznie wolała być sina pod oczami, niż upodabniać się do zebry i mieć na sobie rozwarstwiający się makijaż. Obrzuciła pokój ostatnim spojrzeniem i z westchnieniem chwyciła torebkę, wychodząc na przeżycie kolejnego typowego dnia roboczego oraz poszukiwanie lepszej pracy.
Ojciec całe życie pracował jako sprzedawca w malutkim sklepie spożywczym, a matka zajmowała się pracą na taśmie w fabryce długopisów. Głównym celem na ten moment w życiu Perli było zdobycie jak największej ilości pieniędzy, aby wspomóc rodziców. Nadal siedziało jej w pamięci, jak zbierali wszystkie drobne w zasięgu wzroku i przeszukiwali wszystkie możliwe kieszenie, żeby móc kupić chleb na śniadanie.
Nawet w obliczu tych niezbyt przyjemnych życiowych okoliczności z rodzeństwem zawsze miała wyjątkowo bliskie relacje. Dom wspominała jako miejsce pełne śmiechu, ale i zwykłych, codziennych zmartwień. Te ostatnie zaczęły się mnożyć, gdy jej starszy o cztery lata brat, Lucas, wybrał niebezpieczną ścieżkę. Zawsze był tym, który przyciąga uwagę otoczenia. Pełen charyzmy i poczucia humoru, ale niestety również skłonny do buntu i popisywania się przed kolegami. Z czasem jego wybory zaczęły ciągnąć go na dno, a rodzina stała się świadkiem jego przemiany w osobę, którą trudno było rozpoznać.
Lucas zaczął od drobnych wykroczeń, takich jak kradzieże, które z początku wydawały się niegroźne. Jego siostry, w tym Perla, próbowały go wspierać, wierząc, że jednak się zmieni. Natomiast rodzice, zrozpaczeni i zdeterminowani, organizowali rozmowy rodzinne, podczas których starali się przekonać go do zmiany. Próbując różnych metod, sięgali po szantaż emocjonalny, prosili i błagali, oferowali nagrody finansowe w zamian za obietnicę poprawy.
Jednak im więcej wysiłku wkładali w chęć pomocy Lucasowi, tym bardziej on się oddalał. Jego czyny i decyzje stawały się coraz bardziej destrukcyjne. Kiedy zaczęło dochodzić do poważniejszych przestępstw, takich jak molestowanie czy niszczenie publicznego mienia, cała rodzina zaczęła odczuwać obezwładniającą bezsilność. Z każdą kolejną próbą dotarcia do niego brat Perli wydawał się coraz bardziej zatracony w swoim stylu życia, a jego nowo odkryte uzależnienie od narkotyków tylko pogarszało sytuację.
Moment kulminacyjny nadszedł podczas jednego z wieczorów. Po kolejnej kłótni z rodzicami Lucas, w przypływie gniewu i irytacji, zaatakował ojca nożem. Ten szokujący dla wszystkich moment na zawsze zmienił życie Perli i jej rodziny. Policja wykryła we krwi brata ciężkie narkotyki i to wtedy widzieli go po raz ostatni.
Państwo Harrison niezwłocznie zdecydowali o wyniesieniu się z miasta. Perla była świadkiem, jak rodzice po prostu się poddali i, by zapewnić bezpieczeństwo pozostałym dzieciom, wyprowadzili się z Colchester do innego miasta – Londynu.
Przeprowadzka nie była łatwa. Perla czuła, że zostawia za sobą nie tylko dom, ale także część siebie. Wspomnienia o Lucasie, o tym, jaki był kiedyś, jak o siebie dbali, gdy byli kilkuletnimi dziećmi, wciąż ją prześladowały. Czuła ogromny smutek, bezradność, żal, ale też złość – na niego i całą tę na sytuację.
Teraz jej rodzice z siostrami wiedli spokojne życie w południowym Londynie, z dala od trudów przeszłości.
Kiedyś, przez kilka lat, zaraz po zakończeniu zajęć w publicznej szkole, Perla spieszyła do piekarni. Praca była niezwykle wymagająca, ale dla niej stanowiła niestety jedyny sposób na dodatkowy zarobek. Zamiast spotykać się ze znajomymi czy mieć chwilę relaksu, większość wolnego czasu poświęcała na pracę fizyczną. Robiła na czarno. Była świadoma, że nie jest to najlepsza opcja i powinna mieć umowę, choćby po to, żeby posiadać ubezpieczenie. Jednak niezaprzeczalnie taki tryb pozwalał na lepsze zarobki.
Do piekarni biegła zaraz po szkole i spędzała tam czas aż do zamknięcia, a większość pieniędzy, które zarabiała, szła na konto rodziców. Po prostu. Perla siedziała cicho, wiedząc, że jej matka nie jest zaznajomiona z technologią i nie sprawdza transakcji. Czasami jednak podkradała coś słodkiego dla rodziny z miejsca pracy. Uwielbiała sprawiać niespodzianki swoim młodszym siostrom, Marisie i Jenny, w postaci niewielkich rogalików z kremem waniliowym. To były ich ulubione. Robiła to sporadycznie, bo nie miała w planach zostać przyłapaną i mieć problemów z prawem.
W obliczu nędzy ludzie czasami postrzegają kradzież jako jedyną drogę przetrwania i Perla zbyt często znajdowała się pod ścianą. Jej rodzinie nigdy się nie powodziło i zawsze im brakowało na niezbędne opłaty. Wolała tego nie pogarszać pobytem za kratkami.
Po wejściu do piekarni przebierała się w swój roboczy strój – brzydki jak mokry szczur, brązowy zestaw z czerwonymi wstawkami, który był już lekko zniszczony od ciężkiej pracy – a rozwiane włosy poprawiała i ponownie wiązała w ciasny w kucyk. Przeglądała się na szybko w lustrze i wzdychała z irytacją do swojego odbicia. Ktokolwiek by na nią spojrzał, bez zadawania zbędnych pytań wiedziałby, jak bardzo była wyczerpana. Palcem wskazującym dotykała worów pod oczami, najpierw lewym, potem prawym, i uśmiechała się, próbując dodać sobie motywacji.
Odpychając napływającą falę myśli, Perla ruszała do pomocy w sprzątaniu. Nie mogła się doczekać zamiatania i porządkowania stolików, gdzie wszędzie można było znaleźć okruszki po bułeczkach, jagodziankach i babeczkach.
Nie miała wygórowanych oczekiwań co do swojego życia – nigdy nie marzyła o drogich sukniach czy luksusowych wakacjach. Jej jedyną ambicją było zapewnienie rodzinie odrobiny większej stabilności finansowej.
Pieniądze kojarzyły jej się z trudnościami i zmartwieniami. Nie była w stanie się nimi cieszyć, kiedy dostawała napiwki w piekarni. Wszystko oddawała rodzicom.
Często spoglądała z tęsknotą na rówieśników, którzy mogli pozwolić sobie na zakup markowych ubrań lub kosmetyków, wyjście do kina czy kupno elektronicznych bajerów. Inni mogli podróżować, odkrywać świat i poznawać nowe rzeczy. Ona mogła wyłącznie patrzeć przez okno lub chodzić na spacer do pobliskiego parku i układać wieże z kamieni.
Mimo przeciwieństw dnia codziennego i braku środków Perla nie traciła nadziei. Wiedziała, że zmiany są możliwe i zależą wyłącznie od jej determinacji. W głębi serca wierzyła, że nie będzie zmuszona pracować za najniższą krajową do końca życia. Marzyła o zdobyciu wykształcenia, które otworzyłoby przed nią nowe możliwości.
Większość czasu wolnego spędzała z nosem w książkach, ucząc się jak najwięcej, aby być gotową na wyzwania przyszłości. Codziennie siedziała do późna, odrabiając zadania i przygotowując się do egzaminów, a każdego ranka przed wyjściem przeglądała swój obity telefon w poszukiwaniu nowej, lepszej pracy.
Mimo chaosu, który czasami panował wokół niej, Perla czuła się szczęśliwa. Miała kochających rodziców i dwie wspaniałe siostry, które często potrafiły dać jej w kość, ale za nic by ich nie oddała. Czasem ich zachowanie przyprawiało ją o ból głowy, ale w głębi duszy kochała je. A do tego był jeszcze jej wspaniały przyjaciel, którego poznała w przedszkolu. W skrócie, życie Perli przypominało szaloną karuzelę – raz było lepiej, raz gorzej, ale to sprawiało, że czuła się względnie zadowolona. Uwielbiała tę swoją rzeczywistość, choć wiedziała, że niektórzy mogliby ją potępiać. Dla niej najważniejsze było jednak to, że w trudnych momentach mogła liczyć na swoich bliskich. Zaufanie, jakie ich łączyło, było dla niej bezcenne.
Gdy nadszedł dzień jej osiemnastych urodzin, Perla postanowiła się wyprowadzić z rodzinnego domu. Chciała dać rodzicom odrobinę przestrzeni i nie obciążać ich swoją obecnością. Po latach oszczędzania udało jej się wynająć mały, skromny pokój, który miał być jej nowym domem, przynajmniej na jakiś czas. Miała nadzieję, że wkrótce znajdzie lepszą, stałą pracę, która pozwoli jej na większą niezależność. W międzyczasie zamieszkiwała niewielki pokój w centrum miasta, w okolicach Hyde Parku. Nie była to najtańsza dzielnica, jednak Perla codziennie budziła się z myślą: „Głupi ma szczęście”. Udało się jej bowiem znaleźć miejsce z niewielkim czynszem. Tygodniowo opłacała odrobinę ponad dwieście funtów za swoje dwadzieścia metrów kwadratowych, w tym prywatną łazienkę. Udało jej się urządzić w miarę przytulnie, dodając lekkie dekoracje w postaci plakatów z różnych gazet i ozdabiając każdy możliwy fragment ścian sztucznymi kwiatkami. Nie interesowało jej to, że nie wiedziała, kto albo co się znajduje na większości plakatów. Miały po prostu wyglądać.
Po wyprowadzce Perla zauważyła, że szukanie nowego zatrudnienia wcale nie jest łatwiejsze, kiedy jest się pełnoletnim, a edukacja jest zakończona. Jest wręcz trudniejsze. Zadanie niemal nie do wykonania. Szefostwo oczekuje od ciebie lepszego wykształcenia, lepszego ubioru, lepszych manier. Lepszego życia. A Perli nie stać było na lepsze życie. Parę razy się zdarzyło, że w środku zimy nosiła przetarte w udach spodnie z dziurami, bo nie miała wystarczających funduszy na zakup nowych. Zdarzało jej się też nosić cienkie kurtki zimowe, co później skutkowało długą chorobą, ale nie mogła nic na to poradzić. Oszczędzała na wszystkim: jedzeniu, ubraniach, kosmetykach. Do tego szkoła. Ukończyła liceum z bardzo dobrym wynikiem, ale i to nie wystarczało.
Pracodawcy potrzebowali osób po pieprzonych studiach, na które Perla nie miała ani grosza.
Czuła się, jakby świat wyśmiewał jej starania. Jakby sama ambicja była niczym bez pieniędzy na start. Z każdej strony bombardowano ją oczekiwaniami, którym nie mogła sprostać – nie dlatego, że nie chciała, tylko dlatego, że prawdopodobnie system nie przewidział takich jak ona. Czasem miała wrażenie, że jedyne, czego od niej oczekiwano, to żeby zniknęła z oczu, najlepiej po cichu i bez zamieszania.
Ostatecznie, po ciężkich trzech tygodniach, trafił się łut szczęścia i bam – znalazła pracę. Wprawdzie była to tylko zwykła przydrożna kwiaciarnia, ale to całkowicie wystarczyło na początek. Lokal ulokowany był w przyjemnej okolicy na obrzeżach Londynu, gdzie nawet hałas miasta zdawał się odległym echem. W środku pachniało obłędnie – świeżymi liliami, różami, eukaliptusem i czymś, czego nazwy Perla nie znała, ale co kojarzyło jej się z dzieciństwem i spokojem.
Zarobek był lepszy, niż się spodziewała, a właścicielka – starsza pani o siwych włosach spiętych w niedbały kok – okazała się ciepłą, serdeczną i niesamowicie cierpliwą osobą. Mimo oznak starości – drżących dłoni, wolniejszego kroku – miała w sobie niespotykaną siłę i pogodę ducha. Każdy dzień witała z uśmiechem i zawsze znajdowała chwilę, by zapytać Perlę, jak się czuje. Przerwy na lunch szybko stały się czymś więcej niż tylko chwilą oddechu – były momentem bliskości, rozmów o życiu, o kwiatach i o dawnych czasach. Kwiaciarnia była dla Perli bezpieczną przystanią. Jak dom babci, której nie miała.
Ale jak to często bywa – rzeczywistość szybko zaczęła dopominać się o swoje. Po miesiącu ciężkiej pracy, gdy pierwsze oczarowanie opadło, Perla nieszczęśliwie zauważyła, że pensja, którą otrzymuje, nie wystarcza na wszystkie potrzeby. Koszty życia nie dawały się oszukać. Wynajem, rachunki, jedzenie, a do tego skromne wsparcie, które wciąż chciała przesyłać matce. Miała nadzieję, że będzie mogła coś odkładać, ale kończyło się na wiecznym balansowaniu między tym, co konieczne, a tym, co można sobie odpuścić.
Nie była głupia. Wiedziała, że choć praca w kwiaciarni była spokojna i dawała poczucie sensu, nie mogła się zatrzymać na tym etapie. Czuła to gdzieś głęboko w trzewiach – to znajome uczucie niepokoju, które mówiło jej, że jeśli nie ruszy dalej, ugrzęźnie. A na to nie mogła sobie pozwolić.
***
Perla kichnęła głośno, wchodząc do kwiaciarni na rogu ulicy z, na szczęście, nadal ciepłą kawą w ręce. Na ulicach Londynu szalała nieprzyjemna ulewa, a dziewczyna nie miała nawet parasola. Zniszczył się ostatnio, więc musiała liczyć, że jej ulubiona książka, starannie oprawiona w miękką okładkę, będzie w stanie chociaż trochę uchronić ją od deszczu. Jednak pomyliła się. Była przemoczona do suchej nitki, a woda spływała jej z włosów, tworząc nieprzyjemnie zimne plamy na ubraniu.
Jej kręcone włosy, które zwykle układały się w piękne loki, teraz wyglądały jak niechlujne i mokre gniazdo na czubku głowy. Niesforna grzywka przykleiła się do czoła, a kilka kosmyków wystawało tu i ówdzie, nadając jej wygląd, który daleki był od elegancji. Perla nie chciała się nawet oglądać w odbiciu witryny. Wiedziała, że najprawdopodobniej wygląda jak krasnal ogrodowy po przejściu tornada, a myśl o tym dodatkowo pogarszała jej nastrój.
Wnętrze kwiaciarni przywitało ją znajomym zapachem świeżych frezji i wilgotnej ziemi. Ciepło biło od małego grzejnika ustawionego w kącie, ale Perla miała wrażenie, że to nie wystarczy, by odmrozić jej zmarznięte palce. Kawa drżała w jej dłoni, grożąc wylaniem się na podłogę. Westchnęła ciężko, stawiając kubek na ladzie, i zdjęła przemoczony płaszcz, który kleił się do niej jak druga skóra.
– Dziecko, ty chyba w fontannie spałaś – zażartowała starsza właścicielka kwiaciarni, wychylając się zza półki z doniczkami.
– Prawie, tylko zamiast fontanny to chmura postanowiła wylać się akurat nade mną – odpowiedziała Perla z grymasem, próbując wycisnąć wodę z rękawa jak z mokrego ręcznika.
Starsza pani pokręciła głową z uśmiechem i zniknęła na zapleczu, po chwili wracając z wielkim puchatym ręcznikiem i zapasowym swetrem w odcieniu bladej lawendy. Wyglądał jak coś wyciągniętego prosto z lat osiemdziesiątych, ale Perla nie miała siły na marudzenie – w tej chwili lawendowy babciny sweter był jak kubek gorącego kakao.
– Może i wyglądasz jak topielec, ale przynajmniej masz tę kawę. To już połowa sukcesu – rzuciła pani Smith, parząc przy tym herbatę z imbirem i miodem.
Perla zaśmiała się cicho, siadając na taborecie w kącie.
Naprawdę nie lubiła takiej pogody. Deszcz, wiatr i szarość nieba psuły jej humor, a ponura aura zdawała się przenikać do jej myśli. W takich chwilach czuła się przytłoczona, jakby świat wokół niej stawał się jedną wielką kałużą smutku. Poza tym miała nadzieję, że się nie rozchoruje. Znowu. Ostatni raz, gdy złapała przeziębienie, spędziła całe dni w łóżku, z kubkiem gorącej herbaty i zatkanym nosem, marząc o słońcu i błękitnym niebie. Marząc o lekkości.
A tymczasem życie znów kładło się cieniem na jej dniu.
Podczas gdy przemykała wśród bukietów kwiatów, ciepła kawa w jej dłoni wydawała się promykiem nadziei w tej szarej codzienności. Podobnie jak kwiaty, które towarzyszyły jej w pracy. Zatrzymała się na moment przy wazonach z różami, które w swoim różowym i czerwonym majestacie wyglądały jak kolorowe plamy w monotonnej scenerii. Ich płatki były delikatne, prawie eteryczne, jakby nie należały do tej samej wilgotnej i zimnej rzeczywistości.
Może powinna kupić kilka po zakończonej zmianie, żeby dać sobie odrobinę radości? Przez jej głowę przemknął obraz róż stojących w pustym, ale starannie wysprzątanym kącie pokoju – mała oaza piękna wśród codziennego bałaganu. Wyobraziła sobie, jak ich zapach unosi się delikatnie w powietrzu, mieszając się z aromatem herbaty i lawendowego mydła. To byłoby coś. Mały luksus. Przypomnienie, że życie może być też miękkie i pachnące.
Ale wystarczyło jedno spojrzenie w stronę torebki, by jej myśli zostały z hukiem sprowadzone na ziemię. Przed oczami miała obraz swojego portfela, który w ostatnich tygodniach nieprzyjemnie się opróżniał – zbyt często, zbyt boleśnie. Z westchnieniem postanowiła, że lepiej będzie skupić się na tym, co ma, a nie na tym, na co nie może sobie pozwolić. Róże mogły poczekać. Rachunki nie.
Odwróciła się więc od wazonów, próbując nie czuć rozczarowania. Zamiast tego pozwoliła, by zapach kwiatów wypełnił jej nozdrza, by na kilka minut zatopić się w pracy. Tu, pośród liści i płatków, mogła chociaż przez chwilę udawać, że wszystko jest na swoim miejscu. Nawet jeśli świat na zewnątrz płakał deszczem, a ona w środku drżała z zimna.
***
Perla westchnęła i weszła na zaplecze, żeby przygotować się do pracy. Spojrzała na panią Smith, która zajmowała swoje miejsce za biurkiem, z okularami zsuniętymi na czubek nosa i filiżanką herbaty parującej obok sterty papierów. Kobieta skinęła głową z delikatnym uśmiechem, a Perla odpowiedziała równie subtelnym grymasem. Następnie, zakładając fartuszek z logo kwiaciarni – nieco sprany, z delikatnym haftem storczyka – wyszła na salę sprzedaży i stanęła za kasą. Wszystko miało swój rytm, cichy poranny rytuał.
W godzinach porannych ruch zawsze był minimalny, więc Perla spokojnie mogła usiąść na krześle z boku i wgłębić się w ukochaną lekturę, Alicję po drugiej stronie lustra. Co z tego, że czytała ją już kilka razy. Choć znała tę książkę niemal na pamięć, każdy powrót do tej opowieści był dla niej jak odwiedziny u starej przyjaciółki. Lubiła dziwność tej historii, nieoczywistość i absurd, które w jakiś sposób były bliższe jej codzienności niż świat rzeczywisty. Nie możesz cofnąć się do wczoraj, bo wtedy byłaś kimś innym – przypomniała sobie jeden z ulubionych cytatów i prawie się uśmiechnęła.
Dla dziewczyny owa lektura była prawie jak narkotyk, jeśli można to tak określić. Uzależniająca, pocieszająca, trochę eskapistyczna – jak bezpieczna przystań dla wyobraźni. Gdy tylko otwierała książkę, cała reszta traciła na znaczeniu. Znikał świat pełen nieopłaconych rachunków, niedopasowanych ubrań i przemoczonych butów.
Pierwszych kilka klientów pojawiło się dopiero około jedenastej – nadzwyczaj późno jak na ten dzień tygodnia. Perla z profesjonalnym, choć nieco zmęczonym uśmiechem obsługiwała wszystkich, starając się nie zwracać uwagi na nieuprzejme słowa jednej z kobiet, która nie potrafiła się zdecydować pomiędzy słonecznikami a tulipanami na stół w jadalni. Jakby ją to naprawdę obchodziło. Nieśmiało zasugerowała, że można kupić oba – połączyć letnią energię słoneczników z delikatnością pastelowych tulipanów. Wydawało się to całkiem rozsądne. Jednak kobieta spojrzała na nią z wyraźnym zirytowaniem. Jej idealnie ułożone brwi – pewnie regulowane co tydzień – lekko się zmarszczyły, a usta zaciśnięte w cienką linię zdradzały niezadowolenie.
– Młoda damo, gdybym chciała obie opcje, nie prosiłabym o pomoc – prychnęła, poprawiając kołnierz swojego kremowego płaszcza.
Z pewnością nie była to pierwsza sytuacja, która ją dzisiaj zdenerwowała, i Perla miała przeczucie, że nie będzie też ostatnią. Utrzymała jednak uśmiech, nieco już sztuczny, ale wystarczająco grzeczny, by nie pogorszyć sytuacji. W duchu przewróciła oczami, po czym cierpliwie czekała, aż kobieta w końcu wybierze… tulipany. Oczywiście.
Kiedy klientka opuściła kwiaciarnię, drzwi jeszcze przez chwilę kołysały się pod wpływem przeciągu, a Perla z ulgą opadła na krzesło za ladą.
– Niektórzy ludzie przychodzą po kwiaty, a wychodzą z całym bukietem frustracji – mruknęła cicho do siebie, zerkając z tęsknotą na swoją książkę.
Po kolejnych trzech godzinach pracy Perla zdecydowała, że czas skoczyć do pobliskiej piekarni po coś do jedzenia. Zaczęła odczuwać nieprzyjemny ból żołądka z głodu, a sama zapomniała spakować sobie śniadanie. Ponownie weszła na zaplecze i podeszła do pani Smith.
– Idę po jedzenie, jeśli to nie problem – powiedziała z lekkim uśmiechem, ubierając szalik i czapkę. – Wrócę za kilka minut.
Kobieta zaśmiała się.
– Oczywiście, kochanie. – Pokiwała głową i machnęła ręką. – Zasłużyłaś na chwilę wytchnienia. Idź i kup sobie coś dobrego – poleciła jej, zajmując miejsce za kasą. – Zaparzę ci herbaty, jak wrócisz. – Uśmiechnęła się do niej, by sekundę później zająć się nowymi klientami.
Perla włożyła w pośpiechu kurtkę, wyciągnęła portfel i komórkę z kieszeni fartuszka, a wychodząc z kwiaciarni, nawet nie spojrzała, czy nikt nie nadchodzi. Była zbyt zajęta pisaniem SMS-a do swojej mamy, stukając w ekran z taką determinacją, że cały świat wokół niej mógłby się zawalić. Dlatego zupełnie naturalnie, bez żadnego ostrzeżenia, wpadła na kogoś.
Jęknęła zaskoczona, zachwiała się na śliskiej drodze, a telefon wypadł jej z ręki, głośno uderzając o podłoże. Już widziała oczami wyobraźni własne czoło spotykające się z lodowatym chodnikiem, kiedy nagle poczuła mocny i pewny uścisk na ramieniu. Ktoś złapał ją w ostatniej chwili, stabilizując ją i ratując przed upadkiem.
Perli było strasznie głupio. Jak mogłam nie zauważyć, że ktoś tu stoi?! – karciła się w myślach, czując, jak rumieniec wstydu wspina się na jej policzki.
– Uważaj, koleżanko – powiedział mężczyzna, podając jej upuszczony telefon. W jego głosie wyraźnie pobrzmiewało rozbawienie, a w kąciku ust czaił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
Perla niemal wyrwała telefon z jego dłoni, zakładając nieułożone włosy za ucho w nerwowym geście.
– Przepraszam, przepraszam – bąknęła szybko, zerkając na niego tylko przelotnie, by natychmiast spuścić wzrok. – Naprawdę przepraszam, nie chciałam – powtórzyła niemal szeptem, zanim zrobiła krok w bok i praktycznie uciekła z miejsca zdarzenia, jakby jej buty same przyspieszyły.
Było jej cholernie wstyd. Nie znosiła być niezdarą, choć życie raz po raz udowadniało jej, że w tej kategorii zdobywałaby złote medale. Wolała być uporządkowana, niewidzialna, nie rzucać się w oczy. A tu proszę – kolejna scena godna filmu o pechowej dziewczynie.
Zanim zdążyła dobrze się otrząsnąć, dotarła do piekarni. Tym razem wchodziła ostrożniej, niemal na palcach, jakby spodziewała się kolejnej kolizji za rogiem. Rozejrzała się uważnie, upewniając się, że droga jest wolna, i dopiero wtedy zrobiła krok do przodu.
Piekarnia pachniała bosko – świeżym pieczywem, cynamonem i odrobiną wanilii. Ta przyjemna mieszanka zapachów od razu trochę ją uspokoiła. Poprawiła kurtkę na ramionach i powoli ruszyła w stronę lady, zerkając na drożdżówki, bułki i jeszcze ciepłe bagietki. Czuła, jak powoli wraca do siebie – choć nadal miała wrażenie, że ktoś zza jej pleców obserwuje ją z lekkim rozbawieniem…
Kupiła sobie dwie niewielkie drożdżówki i rogalika z czekoladą. Straciła kolejne trzy funty ze swoich oszczędności, które i tak topniały szybciej, niż mogła to kontrolować. Z cichym westchnieniem rezygnacji wgryzła się w pieczywo jeszcze przed wyjściem ze sklepu. Tutejsze produkty zawsze były takie dobre i świeże, pachniały jak dom – jeśli tylko dom pachniałby cukrem pudrem i roztopioną czekoladą. Perla naprawdę prawie jęknęła z radości, smakując chrupiącą skórkę rogalika.
Walczyła ze sobą, by nie wydawać ciężko zarobionych pieniędzy na takie głupoty. Była przecież rozsądna. Musiała być. Ale czasami nie mogła się powstrzymać. Zwłaszcza kiedy sama nie zadbała o jedzenie do pracy i cały dzień żyła w biegu, na resztkach porannej kawy.
Kiedy wróciła do pracy, sprzedała kolejne kwiaty następnym klientom. Automatycznie owijała bukiety w kolorowy papier i wiązała je sznurkiem. Powtarzalność tych czynności była kojąca, prawie jak medytacja. W ciszy liczyła sekundy do końca zmiany. Przechodziła obok róż, tulipanów, frezji – niektóre kwiaty zdawały się patrzeć na nią równie zmęczonym wzrokiem co ona.
I tak do wieczora.
O dwudziestej, w końcu wolna, zmęczona do szpiku kości, opuściła kwiaciarnię. Ulice Londynu były ciemne, ledwo oświetlone mdłym światłem starych latarni, a zimny wiatr szarpał jej kurtką. Szła szybko, z głową pochyloną nisko, próbując ignorować mijane sylwetki. Czuła, jak przeraźliwy chłód dosięga jej ciała pod cienką kurtką, ale musiała wytrzymać. Przyspieszyła kroku, prawie biegnąc, byle tylko znaleźć się już u siebie.
Po zimnych dziesięciu minutach spaceru, które wydawały się wiecznością, w końcu znalazła się we własnym pokoju. Zamknęła za sobą drzwi na wszystkie możliwe zamki, jakby te cienkie zabezpieczenia mogły naprawdę odgrodzić ją od świata. Niemal z radością zdarła z siebie mokrą kurtkę i buty, by sekundę później wskoczyć pod ciepły prysznic. Strumień gorącej wody pieścił jej zmarznięte ciało, a para unosząca się wokół była jak miękka kołdra.
Nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w łóżku. Właściwie nie interesowało jej to zbytnio. Po prostu się położyła, skulona pod starym, przetartym kocem, i zasnęła.
I chyba nikogo nie zdziwi, że rano, gdy zadzwonił budzik, ledwo się przebudziła. Walcząc z ciężkością powiek i przyklejonym do poduszki policzkiem, westchnęła ciężko. Kolejny dzień, kolejna walka.
Dni mijały Perli w zastraszająco szybkim tempie, wręcz przeciekały między palcami jak woda. Dziewczyna nie miała od jakiegoś czasu ani chwili wytchnienia – jej życie ograniczało się do pracy, snu i kilku nieudolnych prób odpoczynku, które zwykle kończyły się kolejnym SMS-em od matki z prośbą o pomoc finansową lub szybkim przeliczeniem budżetu w głowie. Wszystko poświęcała pracy.
Kilka dni temu zdecydowała się na desperacki krok: dołożyła sobie o wiele za dużo nadgodzin, żeby zarobić choć kilka funtów więcej. Zostawała dłużej, przychodziła wcześniej, czasem nie jadła nic poza kawałkiem bułki w pośpiechu, byle tylko obsłużyć kolejnych klientów. Ale mimo całego tego wysiłku, mimo zmęczenia w kościach i bólu w krzyżu, końcowa suma na koncie nadal była przykra. Frustrująca. I coraz szybciej docierało do jej świadomości, że naprawdę musiała znaleźć nowe zatrudnienie, coś, co zapewniłoby jej chociażby minimum stabilizacji.
Czuła presję. Była jak ciężki głaz, który przygniatał jej klatkę piersiową każdej nocy, gdy kładła się spać i przez długie minuty wpatrywała się w sufit, próbując zasnąć. Nie było to najszczęśliwsze uczucie – była tego świadoma całą sobą. Naprawdę doceniała kwiaciarnię. Uwielbiała zapachy, kolory, serdeczne rozmowy z panią Smith, która czasami przypominała jej babcię, którą ledwie pamiętała z dzieciństwa. Czuła się tu dobrze. Bezpiecznie. Ale będąc realistką, wiedziała, że dobre serce i piękne kwiaty nie opłacą czynszu.
Dodatkowo czasami musiała wybierać między kupnem szamponu a doładowaniem karty na autobus. Częściej niż chciała przyznawać, wybierała zwykłe mydło i dłuższe piesze wędrówki w deszczu.
Niestety nic nie mogła na to poradzić. Wychowano ją tak, by pomagać potrzebującym i wspierać biedniejszych, nawet jeśli sama należała do tej grupy. Widok matki, odkładającej każdy pens, żeby tylko kupić nowe buty dla którejś z sióstr, rozdzierał Perlę od środka. Czasami, gdy patrzyła na zniszczone ręce matki, spierzchnięte od pracy, miała ochotę płakać z bezsilności.
Dodatkowym ciężarem był ojciec – człowiek, którego kiedyś podziwiała, teraz… teraz był bardziej problemem niż oparciem. Lubił sobie popić, za często, za mocno. A każdy jego „zły dzień” oznaczał dodatkowe wydatki: na lekarstwa, na naprawy zniszczonych sprzętów, czasem na kaucje. Kolejne pieniądze wypływały z ich ledwo istniejącego budżetu jak woda z dziurawego kubka.
Perla czuła, że długo tak nie pociągnie. Że musi coś zmienić. I to szybko.
Kiedy tak patrzyła na całe jej wcześniejsze życie, to cieszyła się, że wyrosła na kogoś takiego, kim jest teraz, a nie pijaczkę czy kogokolwiek gorszego. Podobnego do jej ojca.
Perla przygryzała końcówkę długopisu, przeglądając w jakiejś gazecie dział z ogłoszeniami o pracę, ale nic szczególnie interesującego i dobrze płatnego nie znalazła. A jeśli już coś takiego wpadło jej w oko, to poziom kwalifikacji, jakiego oczekiwali od chętnych, był ponad tym, który ona posiadała. Gdyby więcej zarabiała, zrobiłaby wszystko, żeby iść na dobre studia i być jedną z lepszych uczennic. Dzięki temu zapewniłaby odpowiedni byt swojej rodzinie. A przynajmniej w jakimś stopniu lepszy. Ale skoro rzeczywistość jest, jaka jest, to o wysokich kwalifikacjach może pomarzyć.
Perla na szybko zaznaczyła kilka znośnych opcji, gdzie proponowali dwie zmiany i, cóż, może się jej poszczęści i będzie mogła działać zarówno za dnia, jak i nocami. Im więcej pieniędzy, tym lepiej. Miała nadzieję, że jej organizm nie będzie mieć takiego trybu życia za złe, ale naprawdę była zdesperowana.
Zamknęła gazetę i spakowała ją do plecaka, by później włożyć kurtkę oraz buty. Czapkę z szalikiem zakładała na szybko, gdy w biegu do kwiaciarni pokonywała schody. Było dość wcześnie, ledwo siódma, więc nie było dziwne, że ulice były praktycznie puste, co sprawiało, że Perla dodatkowo przyśpieszyła kroku. Nigdy nie wiadomo, kto czai się za rogiem. Gdy w końcu cała zziajana dotarła do celu, wyjęła klucze z kieszeni i weszła do środka, przy okazji wyłączając alarm. Tego dnia właścicielka miała się pojawić później, o ile w ogóle, więc bez skrępowania włączyła dość głośno radio stojące na półce. W pomieszczeniu wybrzmiała jakaś popowa piosenka. Perla zdjęła zimową odzież, schowała ją na zapleczu i, podśpiewując sobie pod nosem najnowszy hit, zaczęła zamiatać podłogę. Potem starła proch z każdej szafki, przetarła lampy naświetlające kwiaty i zjadła śniadanie, żeby się nie nudzić do otwarcia.
Po kilku ciężkich godzinach pracy mogła w końcu na chwilę usiąść i odsapnąć. Dawno się tyle nie nabiegała między sklepem a pomieszczeniem, gdzie tworzyła bukiety i inne wiązanki. Perla nie rozumiała, dlaczego akurat dzisiaj tyle osób było zainteresowanych kwiatami. Czy obok odbywał się jakiś zlot ogrodników?
Westchnęła, popijając już chłodną herbatę. Nienawidziła takiej, ale nie wybrzydzała. Ostatecznie to jedyne, co miała, bo tak cholernie nie chciało jej się wstawać po wodę z torby. Dzisiaj miała naprawdę leniwy dzień. Nagle, gdy usłyszała po raz któryś tego dnia dzwoneczek przy drzwiach oznajmiający kolejnego klienta, miała ochotę walić głową w ścianę ze zmęczenia. Jednak spokojnie wstała z krzesła, odetchnęła i podeszła do przyglądającego się kwiatom mężczyzny.
– Mogę w czymś pomóc? – zapytała uprzejmie, uśmiechając się do niego, i gdy ten spojrzał na nią, Perla aż straciła na krótką chwilę oddech, gdy zobaczyła, jak przystojny był. Nigdy nie widziała tak głębokiej zieleni w czyimś spojrzeniu.
– Tak, prawdopodobnie – odpowiedział, przeczesując swoje włosy. Perla miała wrażenie, jakby wzrok tego mężczyzny przeskanował całą jej twarz, ale wyzbyła się takich myśli z głowy. – Szukam czegoś dla siostry na urodziny – przyznał w końcu po długim przyglądaniu się różom.
Perla pokiwała głową na znak, że rozumie.
– Coś prostego i nietuzinkowego czy raczej woli pan zaskoczyć siostrę? – zadała mu pytanie, przeglądając po kolei wszystkie rośliny, jakie posiadali. – Chciałby pan jakiś bukiet, a może po prostu kilka kwiatów osobno? – Facet wzruszył ramionami, jakby próbował wymyślić coś ciekawego.
– Nie wiem, nie znam się na tym. Nie wiem nawet, jakie kwiaty lubi moja siostra – parsknął śmiechem, wąchając chryzantemy.
Perla wywróciła oczami. No tak. Następny niezdecydowany klient – tego jej właśnie było trzeba. Po raz kolejny tego dnia westchnęła, czując, jak napięcie gromadzi się w jej ramionach.
– Więc pozwoli pan, że coś doradzę? – powiedziała profesjonalnym tonem, z lekką nutą zniecierpliwienia w głosie.
Mężczyzna potulnie pokiwał głową, jakby nagle uznał jej kompetencje za zbawienne. Perla bez większego entuzjazmu zaczęła wymieniać:
– Na początek może amarylis, aster biały i frezja biała. Do tego myślę, że pasować będzie gerbera, również biała. Niezła też jest glorioza, ale to zależy od pana. Poza tym może jeszcze być hiacynt fioletowy.
Chodziła od jednej półki do drugiej i zbierała po kilka sztuk, sprawnie układając je w ramionach, już gotowa rzucić kolejną nazwą, kiedy usłyszała za sobą głośny, niekontrolowany śmiech.
Zaskoczona, odwróciła się gwałtownie, niemal wypuszczając kwiaty z rąk. Jej spojrzenie zatrzymało się na wysokim mężczyźnie, który z trudem powstrzymywał kolejne parsknięcia śmiechu.
– Co pana tak rozbawiło? – zapytała chłodno, mrużąc oczy.
Mężczyzna tylko pokręcił głową, uśmiechając się lekko pod nosem, jakby nie chciał jej jeszcze bardziej zirytować.
– Cóż – zaczął, przeczesując dłonią swoje przydługie, nieco zmierzwione włosy – po prostu twoja znajomość kwiatów jest… imponująca. – W jego głosie brzmiało rozbawienie, ale bez złośliwości. – Ale tak, ten bukiet już wygląda ciekawie. Kelly naprawdę powinna być zadowolona. Zwłaszcza kiedy opowiem jej, jak urocza sprzedawczyni go przygotowała.
Na te słowa Perla poczuła, jak cała krew napływa jej do policzków – jednak nie były to rumieńce zawstydzenia, a bardziej złości i zażenowania. Prawie warknęła, ale przygryzła dolną wargę, by powstrzymać ciętą ripostę, która aż cisnęła się na język.
Nie lubiła, kiedy obcy ludzie rzucali w jej stronę takie komentarze, oblekając zwykłą uprzejmość w dziwną, spoufalającą się formę flirtu. Wiedziała, że miała ciekawą urodę – ciemne duże oczy, delikatne rysy twarzy, burzę niesfornych długich loków – ale to nie znaczyło, że musiała znosić takie teksty od pierwszego lepszego przechodnia.
W dodatku facet wyglądał, jakby był co najmniej dziesięć lat starszy, a jego swobodny sposób bycia tylko potęgował jej dyskomfort.
– Skoro wszystko panu odpowiada, zapraszam do kasy – powiedziała lodowato, odwracając się na pięcie, by ukryć grymas na twarzy. Udała się do pokoju obok, żeby ułożyć wszystkie kwiaty w odpowiednich miejscach. Ręce pracowały automatycznie: kilka liści na bok, parę drobnych gałązek na wypełnienie, niebieska wstążka przewiązana starannie, ale nie za sztywno. Na koniec przykleiła kilka malutkich biedronek na wybrane płatki – małe detale, które nadawały bukietowi charakteru. Takiego, który lubiła w swojej pracy.
Zadowolona ze swojej kompozycji, podała klientowi zamówienie.
– Dwadzieścia pięć funtów – powiedziała bez emocji, nawet na niego nie patrząc. Słowa tego mężczyzny, choć banalne, w jakiś sposób ją zawstydziły. Nie wiedziała dokładnie dlaczego, ale ich echo nadal dźwięczało jej w głowie. A Perla nienawidziła być zawstydzona. To uczucie obnażało ją, sprawiało, że czuła się bezbronna – a na to nigdy nie pozwalała sobie świadomie.
Pieniądze, które otrzymała, szybko schowała do kasy, po czym opadła na krzesło za miniladą i otwarła swoją ulubioną książkę, jakby próbowała schować się przed całym światem za stronami.
– Do widzenia – rzuciła automatycznie, nie podnosząc wzroku znad lektury.
– Coś czuję, że będę tu wpadać częściej po kwiaty. Do zobaczenia – odpowiedział mężczyzna z lekkim śmiechem w głosie, ale Perla nawet tego nie dosłyszała. Była już w swoim własnym świecie – świecie dziwów i zwariowanych rozmów z lustrami.
Dopiero późnym wieczorem, kiedy przekroczyła próg swojego skromnego pokoju, zmęczenie uderzyło w nią z całą siłą. Wręcz słaniała się na nogach, a każdy krok był ciężki, jakby nagle zaczęła ważyć dwa razy więcej. Plecak rzuciła niedbale w kąt i z ogromnym wysiłkiem sięgnęła po swój wysłużony laptop, który ledwo trzymał się kupy po latach używania. Otworzyła ciężką klapę, wsłuchując się w cichy zgrzyt zawiasów, i czekała cierpliwie, aż komputer się uruchomi. Ekran rozbłysnął znajomym przygaszonym światłem, a tapeta – stara fotografia jakiegoś zamglonego lasu – przywitała ją jak stary przyjaciel.
Perla kliknęła w ikonkę wyszukiwarki i wpisała jedną frazę: praca Londyn.
Google ładowało się powoli, jakby też było zmęczone.
Przeglądała kolejne strony ogłoszeń z rosnącym poczuciem frustracji. Sprzątaczka. Pomoc kuchenna. Zmywak. Asystent magazyniera. Wszystko szare, nijakie i pozbawione tego, o czym marzyła – przestrzeni na kreatywność, na rozwój, na coś więcej niż tylko kolejne zmęczone wieczory w tanim wynajętym pokoju.
Zawsze szukała pracy, w której mogłaby wykorzystać coś ze swojego potencjału – kreatywność, głos, może wiedzę o kwiatach, może zdolności manualne. Cokolwiek, co pozwoliłoby jej poczuć, że idzie do przodu. Ale rzeczywistość miała dla niej inny plan – sprzątanie zarzyganych krzeseł albo pranie tłustych obrusów. I choć samo myślenie o tym sprawiało, że ściskało ją w żołądku, wiedziała, że w ostateczności jest gotowa podjąć się i takich prac.
Bo nie chodziło tylko o nią.
Chodziło o rodzinę.
Odetchnęła głęboko, zaciskając dłonie w pięści. Miała nadzieję, że znajdzie cokolwiek, zanim naprawdę zabraknie jej sił.
Ostatecznie przejrzała naprawdę sporo stron w poszukiwaniu zarobku i nie mogła uwierzyć, że nic nie znalazła. Zupełnie nic. Ani jednej oferty, która zainteresowałaby ją w jakikolwiek sposób lub choćby w minimalnym stopniu pasowała do jej doświadczenia. Czuła się żałośnie. Niby dorosła kobieta, niby odpowiedzialna, a jednak wciąż niemogąca znaleźć miejsca w świecie, który zdawał się stworzony tylko dla bogatych albo tych, którzy już na starcie dostali więcej.
Zdesperowana, zaczęła szukać pracy nawet poza Londynem. Ale i tam wymagania były równie surowe: studia, doświadczenie, rekomendacje. Wszystko, czego nie miała i na co nie było jej stać.
Perla zaczęła się zastanawiać, gdzie jest miejsce dla ludzi takich jak ona. Dla tych, którzy nie mieli bogatych rodziców ani koneksji. Dla tych, którzy mieli tylko własne ręce, umiejętności i masę uporu. A może po prostu przeniosła się do złego miasta? Londyn – niby miasto przyszłości, możliwości i sukcesu – tak naprawdę pełen był murów, o które rozbijały się jej marzenia.
Westchnęła ciężko, przesuwając kursor na ikonę poczty. Przeglądała bezmyślnie nowe maile – oferty reklamowe, spam, kilka newsletterów, na które zapisała się dawno temu i o których już zapomniała. Wszystko wrzucała jednym kliknięciem do kosza.
Zrezygnowana wróciła do Google’a i tym razem, bez większego namysłu, wklepała w wyszukiwarkę: dobrze płatna praca. Kliknęła klawisz enter i niemal wypluła łyk soku jabłkowego, który właśnie popijała, gdy zobaczyła pierwszy link, który się pojawił.
Sponsor poprawi Ci życie.
Zrobiła wielkie oczy, szybko przewinęła stronę niżej, czując, jak policzki płoną jej ze wstydu, choć była w pokoju sama. Wiem, że jestem zdesperowana, ale bez przesady – pomyślała z odrazą, starając się nie myśleć o tym, jak wielu ludzi naprawdę wybierało taką drogę.
Zjechała dalej, przeglądając kolejne oferty – praca w call center, dostawca pizzy, asystent magazynu. Wszystko brzmiało tak strasznie zwyczajnie. Tak jakby każde z tych miejsc po kawałku odbierało jej resztki marzeń i tożsamości.
Perla czuła, jak powoli się załamuje. Naprawdę? Czy naprawdę miała spędzić resztę swojego życia w kwiaciarni, licząc każdą monetę i zastanawiając się, czy starczy jej na ciepłą kurtkę na zimę?
Na samą tę myśl miała ochotę rzucić laptopem o ścianę. Zacisnęła mocno powieki, próbując uspokoić oddech, który stawał się coraz płytszy, jakby każdy brakujący funt dusił ją od środka.
Westchnęła, gdy w końcu doszła do siebie, i wróciła na górę wyszukiwanego pojęcia, gdzie znowu… znowu rzuciła jej się w oczy pierwsza propozycja.
– Perla, jesteś idiotką. Nie będziesz siebie przecież tak traktować – powiedziała do siebie półgłosem, czując, jak narastają w niej obrzydzenie i złość. Ale mimo wszystko kliknęła w link. Wiedziała, że będzie tego żałować. Bo zawsze robiła to, czego nie powinna.
Kiedy strona w końcu się otworzyła, przejrzała ją pobieżnie i już wiedziała, że to coś tylko ją obrzydza. Roznegliżowane zdjęcia, błyszczące hasła obiecujące luksus w zamian za… no właśnie, za co? Perla nawet nie chciała kończyć tej myśli. Poczuła, że żołądek ściska się jej z niesmakiem.
Zdecydowanym ruchem skierowała myszkę na strzałkę w lewym górnym rogu ekranu, chcąc natychmiast się stąd wynieść, ale ręka jej zadrżała – zmęczenie czy czyste pechowe zrządzenie losu – i kliknęła w coś innego.
– Kolejne gówno, Boże… – jęknęła cicho, kiedy załadowała się nowa strona. Odchyliła głowę do tyłu, zamknęła na chwilę oczy, przygotowując się na kolejny atak obrzydzenia.
Ale kiedy spojrzała na monitor… uniosła brew, nieco zdezorientowana.
Bo ta strona wyglądała inaczej.
Nie było tu ani przesadnej erotyki, ani tandetnych haseł krzyczących: Sprzedaj się już dziś! Zamiast tego widziała elegancką, schludną witrynę, na której głównym zdjęciem była para: dobrze ubrana, uśmiechnięta kobieta obejmowana przez starszego, nienachalnie eleganckiego mężczyznę. Obrazek niemal jak z jakiegoś folderu reklamowego luksusowych wakacji.
Z ciekawości zerknęła na pasek z adresem strony.
Sugar Daddy.
Przez kilka sekund patrzyła na te dwa słowa, nie mogąc uwierzyć, że tu wylądowała. Czym do cholery był ten sugar daddy? – pomyślała, a jej ciało przeszedł mimowolny dreszcz.
Wiedziała jedno – naprawdę nie chciała się tego dowiadywać.
Bez zastanowienia zamknęła stronę. Potem dla pewności zamknęła wszystkie karty w przeglądarce i natychmiast wyłączyła laptopa.
Odłożyła sprzęt na biurko i wstała ciężko z łóżka. Czuła się brudna – nie przez deszcz, który padał za oknem, ale przez cały ten dzień, cały ten beznadziejny wieczór, który tylko przypominał jej o tym, jak niewiele miała możliwości.
Wzięła szybki, gorący prysznic, pozwalając, by woda zmyła z niej nagromadzone w ciągu dnia emocje: frustrację, wstyd, rozczarowanie. Długo stała pod strumieniem, aż skóra zaczęła ją piec od gorąca, ale nie miała siły się ruszyć.
Kiedy w końcu wróciła do pokoju, rzuciła się na łóżko, przykrywając się kołdrą aż po czubek głowy.
Jutro będzie nowy dzień.
Jutro zadzwoni do miejsc, które wcześniej zaznaczyła w gazecie. Może tam coś znajdzie. Może jeszcze nie wszystko stracone.
Nie wyobrażała sobie innej opcji.
***
Następnego dnia Perla spóźniła się do pracy, zapomniała ładowarki do telefonu z domu, pod kamienicą potknęła się o psa sąsiadki i wylała całą konewkę wody wprost na świeżo wyczyszczoną podłogę w kwiaciarni. Nawet nie próbowała udawać, że dzień może jeszcze da się uratować. Od razu wiedziała, że to będzie koszmar. A był dopiero poranek!
Jakby tego było mało, zapomniała kupić ulubioną kawę z karmelem w sąsiedniej kawiarni – jedyną rzecz, która mogła choć trochę poprawić jej humor. Na to była w stanie wyrzucić dwa funty. Do tego wszystkiego jeszcze przyszła ta część miesiąca, a ból rozlewał się po ciele falami. W takich momentach kawa z karmelem była dla niej lepsza niż lekarstwo.
Teraz pozostawało tylko czekać, czym jeszcze los ją dziś zaskoczy.
Zmęczona, obolała i psychicznie wyczerpana, usiadła za miniladą, opierając głowę o blat na chwilę, żeby zebrać siły. Widziała, że właścicielka była zajęta obsługą klientów, więc postanowiła wykorzystać chwilę ciszy. Wzięła telefon – z resztką baterii – i skryła się na zapleczu, gdzie było zimno i pachniało wilgotną ziemią z nowo dostarczonych doniczek.
Wyciągnęła z kieszeni kartkę z numerami, które zanotowała z gazetowych ogłoszeń, i wybrała pierwszy z nich. Szybkie bicie serca. Nerwowe oddechy.
– Witam, Hotel Merkury. Czym możemy służyć? – odezwał się profesjonalny głos kobiety po drugiej stronie.
– Uhm… dzień dobry. Z tej strony Perla Harrison, ja dzwonię w sprawie pracy… Chciałabym wysłać swoje CV na państwa mail…
– Przykro mi, ale to stanowisko zostało już zajęte jakiś czas temu. Do widzenia.
Pip, pip, pip.
Perla jeszcze przez chwilę trzymała telefon przy uchu, nie dowierzając, że rozmowa tak szybko się skończyła. Zacisnęła szczęki.
– Suka – mruknęła pod nosem i od razu zaczęła wybierać kolejny numer.
Sytuacja się powtórzyła. Raz za razem. Albo stanowisko było już zajęte, albo wymagano rzeczy, których Perla nie posiadała: własnego samochodu, trzech lat doświadczenia na podobnym stanowisku, znajomości pięciu języków obcych.
Dopiero przy piątej próbie ktoś wreszcie porozmawiał z nią dłużej. Przez chwilę czuła cień nadziei. Ściskała telefon tak mocno, że aż bolały ją palce. Jednak rozmowa zakończyła się, gdy rekruter z przykrością oznajmił: Niestety, wymagamy kandydatów powyżej dwudziestu lat.
Perla spojrzała pustym wzrokiem na ścianę. Miała dziewiętnaście lat i dziesięć miesięcy.
W tej chwili miała ochotę zniszczyć wszystko wokół siebie. Rzucać doniczkami, rozbić wazon, wrzeszczeć i płakać aż do utraty tchu.
Była wściekła. Zrozpaczona. Bezsilna.
I dokładnie wtedy właścicielka kwiaciarni, jak na złość, przyprowadziła nowego klienta. Mężczyznę, który miał wybrać kwiaty na swoje wesele. I który najwyraźniej postanowił spędzić nad tą decyzją całą wieczność.
Perla stanęła za ladą, przyjmując na twarz uśmiech tak sztuczny, że aż czuła, jak jej mięśnie drżą ze zmęczenia.
Czemu on tu jest sam? – pomyślała, obserwując, jak mężczyzna godzinami duma nad tym, czy róże bardziej pasują do obrusu, czy może jednak hortensje będą bardziej „stylowe”.
Gdyby przyszedł z narzeczoną, byliby już dawno w domu.
Po następnych paru godzinach ciężkiej pracy Perla w końcu mogła z czystym sumieniem zamknąć kwiaciarnię. Przekręciła klucz w zamku, opierając się na chwilę o drzwi. Czuła, jak każdy mięsień krzyczy ze zmęczenia. Cały dzień jej cierpliwość była nadszarpywana i Perla czuła, że jest bliska pęknięcia.
Całą drogę do domu myślała. Myślała o rodzinie – o matce z zaciśniętymi ustami, o młodszych siostrach, o ojcu, który wciąż zapominał o wszystkim poza butelką. Myślała o pracy, o bezowocnych poszukiwaniach zarobku, o kwiatach, które uwielbiała, ale które nie były w stanie nakarmić jej marzeń. Myślała o sobie, o swoim życiu, które wydawało się dreptać w miejscu, zamiast biec do przodu.
Nic dziwnego, że pod koniec spaceru głowa pulsowała jej tępym bólem.
W swoim miniaturowym mieszkaniu zrobiła sobie herbatę – malinową, bo tylko taka została – i w miarę zadowolona usiadła na łóżku, zakopując się częściowo pod puchatym, wysłużonym kocem. Nie było jej zimno, ale lubiła tak siedzieć. Przytulnie. Bezpiecznie. Jakby mogła na chwilę zapomnieć o świecie za oknem.
Standardowo jak co wieczór sięgnęła po laptopa, wklepała hasło i zaczęła przeglądać swoje ulubione strony – te o sztuce, literaturze, podróżach, na które nigdy nie było jej stać. Przez chwilę mogła się łudzić, że choć na moment oderwie się od problemów.
Nie wiedziała nawet, kiedy i jak, ale godzinę później zorientowała się, że znowu wylądowała na tej stronie. Na stronie, która wczoraj ją przeraziła i obrzydziła. Tylko teraz, zmęczona, wyczerpana i zrezygnowana, pozwoliła, by jej palce same klikały dalej. Bez namysłu. Bez planu.
Stworzyła konto. Z automatu, jak w transie.
Dodała pierwsze lepsze zdjęcie – niewyraźne, zrobione latem, kiedy miała na sobie prostą sukienkę, a na twarzy uśmiech, który dziś wydawał się niemal obcy. Napisała krótki opis pozbawiony jakiejkolwiek fantazji. Coś jak: „Miła, otwarta na rozmowę dziewczyna. Lubię książki i kawę”. Bez zastanawiania się, bez kalkulowania.
Nie wiedziała, co dokładnie robi. Nie miała pojęcia, jakie terminy obowiązują w tej… branży. Nie interesowało jej to. Nie miała siły się przejmować. W tej chwili jedynym uczuciem, które ją wypełniało, była rezygnacja.
Niech się dzieje, co chce – pomyślała, zamykając przeglądarkę jednym kliknięciem, jakby mogła w ten sposób usunąć też konsekwencje tego, co właśnie zrobiła.
Ale już było za późno.
Bo w tej jednej sekundzie Perla, świadomie lub nie, stała się potencjalnym sugar baby. Cokolwiek to oznaczało. Cokolwiek miało to dla niej znaczyć.
Leżała jeszcze chwilę na łóżku, wpatrując się w sufit pustym wzrokiem, a cichy szum laptopa był jedynym dźwiękiem w pokoju. Miała wrażenie, że zrobiła coś nieodwracalnego. Że gdzieś przekroczyła niewidzialną granicę. Ale część niej była już tak zmęczona walką, że nawet na to nie potrafiła zareagować.
Zwinęła się pod kocem w ciasny kokon i zamknęła oczy, modląc się, by jutro było chociaż trochę lepsze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Petals of pleasure. Gdzie tulipany rumienią się w ciszy
ISBN: 978-83-8423-606-2
© EllinART i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Monika Stachniuk
KOREKTA: Kinga Dolczewska
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
