Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 08.12.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Przyjaciół poznaje się… po zbrodni.
Zgodnie z corocznym zwyczajem piątka serdecznych przyjaciół ze studiów składa sobie online życzenia w rocznicę dnia, kiedy się wszyscy poznali. W czasie tegorocznego spotkania dzieje się coś dziwnego. Jedna z osób wysyła tajne znaki, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Zaniepokojeni przyjaciele alarmują policję, jednak na miejscu okazuje się, że po ich słynącej z niecodziennych pomysłów koleżance nie ma śladu. Sąsiedzi twierdzą, że nie widzieli jej już od dawna i byli pewni, że się wyprowadziła. W mieszkaniu zostały jednak: obcięty kciuk i stary pamiętnik… Czwórka przyjaciół postanawia ją odnaleźć i tym samym sprowadza na siebie śmiertelne zagrożenie. „Pępek świata” to kolejna komedia kryminalna Alka Rogozińskiego, autora znanego z łączenia klasycznych fabuł kryminalnych z dużą dawką ironii i czarnego humoru.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 238
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Alek Rogoziński, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Kuba Magierowski
Redakcja: Małgorzata Tougri
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-789-8
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Dla Ewy Prokopiuk-Budzyńskiej za nasz nocny spacer po Freiburgu (w kompletnie nieodpowiednim obuwiu)
Tradycyjnie zapewniam, że wszystko, o czym przeczytacie w niniejszej książce, wymyśliłem. Bo przecież nie istnieją żadne tajne organizacje, po cichu sterujące wszystkim tym, co się dzieje na świecie. Najwięksi bogacze w naszym kraju są krystalicznie uczciwi i dorobili się majątków ciężką pracą, podobnie jak inne osoby znane nam z czołówek gazet. Nie ma więc co wierzyć w teorie, z którymi się tutaj zapoznacie.
Swoją drogą, kiedy to napisałem, to przypomniało mi się, że swego czasu chciałem się zapisać do scjentologów. Głównie po to, żeby poznać Toma Cruise’a i namówić go przy szklaneczce whisky (której notabene nie znoszę), żeby zagrał w ekranizacji którejś z moich książek. Okazało się jednak, że na to, aby zostać tam przyjętym, jestem co najmniej o dwadzieścia centymetrów za wysoki i o jakieś sto milionów dolarów za biedny. I takim sposobem nie zobaczyłem, jak taka organizacja, trzęsąca (ponoć) światem, wygląda od środka, i musiałem teraz wszystko zmyślić. Nie wierzcie mi więc w ani jedno słowo, nawet jeśli niektóre opisane sytuacje wydadzą się wam baaardzo prawdopodobne :)
Co napisawszy, zapraszam do lektury
Alek
Klara Rudnik – fotoreporterka portalu informacyjnego Znana Polska, słynna z lekkomyślności i skłonności do szaleństw, które to doprowadziły ją (prawie) do zguby.
Elwira Magielska – aktorka, pragnąca wyjść z cienia swojego męża, gwiazdora telewizyjnych tasiemców serialowych, i dostająca wysypki nerwowej na dźwięk pytania: „Och, pani też w czymś gra? Naprawdę?!”.
Oktawia Brusik – przewodniczka wycieczek, głównie po Warszawie, uważająca, że większość turystów powinno się zapakować do rakiety i wysłać na Marsa bez prawa powrotu na naszą planetę.
Tobiasz Pasternak – z wykształcenia i pasji archeolog, który marzył o tym, żeby zostać drugim Indianą Jonesem, a „tymczasowo” utknął w szkole, ucząc dzieci (jego zdaniem trudne) geografii, i to na pół etatu.
Jakub Zwoleń – kierowca rajdowy, wiodący życie playboya i przekonany, że potrafi poradzić sobie z każdym problemem, oczywiście tylko do czasu, kiedy przyszło mu stawić czoła psychopatycznemu mordercy.
Apoloniusz Kujawski – prezes firmy PolTechX, znany z finansowania rozmaitych szemranych przedsięwzięć i akcji społecznych.
Marika Kujawska – córka Apoloniusza, marząca o wielkiej karierze politycznej.
Łukasz Mizioł – chłopak Mariki, DJ, niepotrafiący zrozumieć, co podniecającego jego ukochana widzi w wysiadywaniu jajka w tak nudnej instytucji jak Sejm.
Julia Kamińska – premierka polskiego rządu, wiecznie walcząca z facetami uważającymi, że polityka to (wyłącznie) męska gra.
Kajetan Pilawski – ukrywany przed całym światem chłopak Jakuba, a zarazem siostrzeniec Julii Kamińskiej.
Włodzimierz Molicki – często idący na kompromis z własnym sumieniem poseł, mający chrapkę na posadę głowy państwa.
Krystyna Molicka – żona posła, z niezrozumiałych nawet dla jej bliskich powodów patrząca przez palce na wybryki swojego męża.
Mikołaj Galicki – mieszkaniec łódzkich Bałutów, próbujący być pomocnym w poszukiwaniu swojej zaginionej sąsiadki.
Kasjopeja Mędrzycka – szefowa warszawskiego półświatka, czująca ku własnemu przerażeniu, że z niezbadanych przyczyn traci nad nim kontrolę.
Krzysztof Darski – inspektor policji, niewierzący w teorie spiskowe do czasu, aż za sprawą jednej z nich o mało co nie stracił pracy.
oraz gościnnie:
Paulina Marzec – dziennikarka portalu Znana Polska, zaniepokojona tym, na co trafiła jej redakcyjna koleżanka.
Halina Kujawiec – babcia Pauliny, będąca większą bazą wiedzy o rodzimych celebrytach niż Wikipedia.
Warszawa, lipiec 2016 roku
Słońce tego dnia przypiekało tak, że miało się wrażenie, jakby nagle z reguły zimnawy kraj nad Wisłą magicznie został przeniesiony w sam środek kontynentu afrykańskiego. Czekająca na swój egzamin na korytarzu uniwersyteckiego budynku przy Krakowskim Przedmieściu piegowata i nieco, jak to się uroczo zwie, puszysta dziewczyna zdążyła już zdjąć z siebie marynarkę, a teraz dumała, czy nie pozbyć się też rajstop.
– Jeszcze chwila i wejdę tam w stringach – szepnęła do siebie.
Niestety, jej głos usłyszał ktoś jeszcze.
– To może jedynie zyskać ci kilka dodatkowych punktów. – Przystojny, wysoki chłopak w idealnie skrojonym garniturze patrzył na nią z drwiącym uśmieszkiem. – Miło mi – wyciągnął do niej rękę – Jakub.
– Oktawia – wyszeptała dziewczyna, czując, że pąsowieje.
– Z tego, co wiem – wtrąciła brunetka z ciut, zdaniem Oktawii, za mocnym makijażem – tam siedzą same kobiety. Więc to ty masz łatwiej zdobyć dodatkowe punkty. Oczywiście, jeśli dokonasz striptizu. – Popatrzyła na niego ironicznie.
– Zapomnijcie! – rzekła stanowczo Oktawia na wszelki wypadek. – Nie zamierzam się rozbierać.
– A ja nie mam z tym problemu. – Jakub mrugnął do nich okiem.
– Elwira. – Brunetka podała im kolejno dłoń. – Umiecie cokolwiek na ten egzamin? Bo ja, przyznam szczerze, nie za bardzo.
– To nie do końca jest egzamin – wtrącił nieśmiało szatyn z gatunku tych, których wygląd zapomina się po sekundzie – a bardziej rozmowa kwalifikacyjna. Według plotek te panie mają wybrać mniej kujony, a bardziej nietuzinkowe osobowości. Więc ja chyba odpadam w przedbiegach. Tobiasz jestem, tak przy okazji.
– Za to ja mam szansę! – ucieszyła się siedząca nieopodal i przysłuchująca się ich konwersacji wysoka blondynka, ubrana elegancko, ale i odrobinę hipstersko – Klara.
Cztery dni później okazało się, że wszyscy dostali się na studia i mają szansę zostać archeologami śródziemnomorskimi. Po pięciu latach było już jasne, że żadne z nich nie pójdzie w ślady Indiany Jonesa. Za to ich przyjaźń, jak sobie obiecali, trwać miała po wsze czasy.
Aż nadeszła chwila próby…
Dziesięć lat później, Radom
Elwira Magielska od samego rana miała wrażenie, że jeśli jeszcze raz usłyszy od kogoś: „A pani mąż…!”, to zwyczajnie weźmie jeden z rekwizytów filmowych i z całej siły roztrzaska go owej osobie na głowie. Jej wątpliwość dotyczyła jedynie tego, po który ze znajdujących się w zasięgu jej ręki przedmiotów powinna sięgnąć. Pamiętała bowiem dokładnie poprzedni moment, kiedy straciła cierpliwość na planie i wzorem Magdy Gessler chciała podkreślić swoje niezadowolenie grzmotnięciem talerza o podłogę, po czym okazało się, że ów był ze styropianu i nie raczył wydać żadnego odgłosu. O zamianie w okruchy już nawet nie wspominając.
Dzisiaj trzeba było więc wybrać narzędzie furii z większym rozmysłem. Zdecydowanie miała bowiem ochotę kogoś uszkodzić i potem od razu zgłosić się na policję, następnie zaś spędzić jakiś czas w areszcie, z dala od współpracowników, przyjaciół, krewnych, wszelkich zwierząt domowych, a przede wszystkim owego cholernego męża.
Cypriana poznała siedem lat wcześniej w klubie i zadurzyła się w nim mniej więcej po pięciu minutach, w czasie których ten zdążył się kolejno:
1. uśmiechnąć się do niej, prezentując garnitur tak nieludzko białych zębów, jakby dopiero co wrócił z kliniki dentystycznej w Turcji,
2. przechylić się nad barem, przy okazji naprężając biceps godny kulturysty
i wreszcie
3. pstryknąć palcami na barmankę.
Ta na jego widok zrobiła minę, którą Elwira nazwała w duchu „zdzirowatą”, i widać było, że gotowa jest spełnić każde życzenie swojego klienta, choćby ten poprosił ją nawet o odtańczenie tanga z różą w zębach na barowym stoliku.
Cyprian nie miał jednak aż tak wyrafinowanych życzeń. Odebrawszy od barmanki drinka „na koszt firmy” oraz zachętę, aby „poczekał na nią po tym, jak skończy się jej praca”, zwrócił twarz w stronę Elwiry i coś powiedział. Ta, zapatrzona w jego kształtny, upakowany w obcisłe jeansy tyłek i wyobrażająca sobie, jak ściska ową część ciała w chwilach rodem z filmów dla widzów powyżej osiemnastego roku życia, zrobiła głupią minę, nie wiedząc, jak zareagować. Ponieważ Magielski patrzył na nią przez cały czas badawczo, poczuła, że musi coś odpowiedzieć. Zadanie pytania: „Co?” albo prośba o powtórzenie tego, co powiedział, nie wchodziły w rachubę, bo w końcu nie chciała wyjść przed nim na głuchą peję. Ostrożnie skinęła więc głową i wyszeptała słowo: „Tak”. Cyprian rozpromienił się, po czym pomachał ręką ponad głową i zakrzyknął:
– Chodźcie! Ta laska zgodziła się przesiąść!
W efekcie Elwira spędziła resztę wieczoru za mocno ufajdanym stolikiem upchniętym w kącie przy toaletach, sącząc Krwawą Mary, starając się ignorować rozmaite, czasem mrożące krew w żyłach odgłosy dochodzące z WC i obserwując, jak przedmiot jej zainteresowania szaleje na parkiecie z kolejnymi przedstawicielkami płci pięknej. I choć z reguły nastawiona była do świata i ludzi pozytywnie, tej nocy Elwira życzyła wszystkim tanecznym partnerkom swojego bożyszcza, żeby przedwcześnie wyłysiały, roztyły się, straciły zęby i zaczęły przypominać stare bawoły indyjskie. Ewentualnie Królową Kier z ekranizacji „Alicji w Krainie Czarów” według Tima Burtona.
Kolejny raz ku swojemu zaskoczeniu spotkała Cypriana na castingu do serialu. Ponieważ nie pamiętał ich poprzedniego spotkania, Elwira była na tyle przytomna, żeby mu o nim nie przypominać. Zaczęli rozmawiać o kinie, rolach, o które się ubiegają, aktorach, którzy są dla nich autorytetami. Odkryła wtedy ze zdziwieniem, że Cyprian nie jest typowym pięknisiem, ale oczytanym, inteligentnym i wrażliwym chłopakiem o wielkich aspiracjach. I choć ostatecznie rolę w serialu zdobył tylko on, to Elwira za swoją wygraną uważała fakt, że zaczęli randkować, aż wreszcie postanowili być razem.
Wygrana okazała się jednak pyrrusowym zwycięstwem, bo z biegiem czasu przyszła pani Magielska ostro zweryfikowała idealistyczny obraz ukochanego. Po kilku miesiącach wiedziała już, że jego oczytanie to jedynie sprytna umiejętność żonglowania kilkoma usłyszanymi tytułami książek i nazwiskami autorów, inteligencja jest z gatunku tych, które podpowiadają, jak wygodnie żyć i się przy tym nie narobić, a wrażliwość dotyczy głównie jego samego. Do tego należało jeszcze dodać ów cholerny wygląd, który sprawiał, że cała płeć piękna oraz wybrane jednostki brzydszej wiecznie mu nadskakiwały i robiły wszystko, żeby go zadowolić, a ją samą taksowały wzrokiem, w którym można było odczytać pytanie: „Co on w niej widzi?!”.
Mimo tych wad Elwira bez wahania odpowiedziała: „tak”, kiedy po roku Cyprian jej się oświadczył, a z czasem nauczyła się wykorzystywać jego atuty do własnych celów. Jak choćby wtedy, kiedy przez miesiąc nie mogła załatwić z upiorną babą z administracji naprawy windy. Na kolejne spotkanie z nią zabrała ukochanego wraz z jego uśmiechem i miękkim głosem, którym wypowiedział zdanie: „Nie wierzę, żeby ktoś tak kompetentny jak pani nie mógł tego załatwić, po prostu nie wierzę…”. W efekcie winda ruszyła jeszcze tego samego wieczoru. Potem Cyprian wysyłany był do administracji notorycznie, a klatka schodowa Elwiry zaczęła na tle pozostałych w bloku wyglądać niczym kwitnąca róża w starym sianie. Widać było, że baba z administracji, gdyby tylko mogła, rozwinęłaby nawet po niej czerwony dywan od miejsca parkingowego, żeby tylko Cyprianek nie ubrudził sobie w drodze do domu swoich bucików z logiem Balmain.
Z czasem owa służalczość ludzi wobec jej męża oraz fakt, że żyje w jego cieniu, zaczęły ją męczyć. A w gorszych chwilach nawet doprowadzać do furii. Tak jak właśnie dzisiaj. Elwira siedziała w dusznej garderobie i próbowała nie patrzeć na własne odbicie w lustrze, ponieważ makijaż, który nałożono jej o szóstej rano, zaczynał przypominać coś pomiędzy maską pośmiertną a eksperymentem artystycznym studenta na pierwszym roku ASP.
Dzień zapowiadał się fatalnie już od chwili, gdy przeczytała poprawki w scenariuszu filmu „Ślub wszech czasów”, będącego produkcją tak absurdalną, że nawet część aktorów przestała udawać, iż rozumie, o co w nim właściwie chodzi. Teoretycznie był on komedią, opowiadającą o matce, która za wszelką cenę nie chce dopuścić do ślubu swojej ukochanej córeczki z ciemnoskórym uchodźcą z Afryki. W związku z tym podstępem w dniu ślubu faszeruje swoją latorośl środkami odurzającymi, wynajmuje fałszywego księdza, a do tego zatrudnia swoją koleżankę, aby uwiodła jej przyszłego zięcia podczas przygotowań do ceremonii.
Zdaniem Elwiry, grającej ową córkę, nic tu nie trzymało się kupy. Tym bardziej że ciemnoskórego bohatera grał polski aktor spod Łomży, niebieskooki blondyn, którego trzeba było pół nocy malować i który bardziej niż Afrykanina przypominał Abrahama Lincolna z serialu „Alternatywy 4” Stanisława Barei. Na domiar złego w uwodzącą go niewiastę wcielała się ciotka reżysera, emerytowana weteranka oper mydlanych, którą zrozpaczeni charakteryzatorzy usiłowali przerobić na czterdziestoletnią seksbombę za pomocą tony makijażu, blond peruki i gorsetu. Jakby tego było mało, scenariusz zmieniał się mniej więcej co pół godziny, w zależności od humoru reżysera, producentów albo grającej matkę wariatkę Ireny Żmijewskiej, legendy dużego ekranu, zdaniem złośliwych pamiętającej czasy kina niemego, a obecnie skupionej głównie na swoim persie o imieniu Puszek. Na jej życzenie kot stał się integralną częścią produkcji. Miał własne krzesło, miskę ze śmietanką „trzydziestką” i większy szacunek ekipy niż sama Żmijewska.
– Aktorzy biorący udział w scenie urwania żyrandola przez małpę proszeni są na plan! – dobiegło do uszu Elwiry. Pomna tego, że gra w tej scenie drugie skrzypce po Izie, Magielska niechętnie opuściła swoją garderobę i przeszła na plan, gdzie Żmijewska właśnie pastwiła się nad operatorem kamery.
– Na przyszłość proszę uważać na ten kabel! – syczała głosem przydeptywanej żmii na biedaka, który nieopatrznie zbliżył się do transportera Puszka. – Pupcio jest dziś bardzo zestresowany. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby zatrudnić prawdziwą małpę. Przecież można ją było dorobić sztucznie w postprodukcji. A tak to Pupcio się denerwuje!
Kot spojrzał na operatora wzrokiem zawodowego zabójcy.
– Dobrze, już dobrze, ciuciu – uspokoiła go aktorka, gładząc po futerku z miną sapera rozbrajającego bombę. – Pańcia jest przy tobie. Nie pozwoli, żeby wstrętna małpa cię dotknęła!
Po drugiej stronie planu trwała właśnie kłótnia między reżyserem a scenarzystką, zahukaną, szarą kobieciną, traktowaną przez wszystkich decydentów jak niewolnica na plantacji.
– Przecież Klotylda nie może mieć amnezji! – jęczała scenarzystka, wymachując plikiem kartek. – Scenę wcześniej odzyskała pamięć i przypomniała sobie, że jest nieślubną córką księdza! Spłodzoną, zanim wstąpił do seminarium!
– To niech znowu straci! – Reżyser, jedzący kotlet schabowy z plastikowego pojemnika, wzruszył ramionami. – Widzowie uwielbiają amnezję! Najlepiej niech ją dopadnie w trakcie rozmowy z księdzem. To będzie bardzo zabawne, jak nagle zamiast robić wyrzuty, że porzucił jej matkę, zacznie mu się spowiadać, bo pomyśli, że jest w konfesjonale. Idealny pomysł! Humor, żart, satyra! Sama pomyśl!
– No boki zrywać… – mruknęła scenarzystka, patrząc na Elwirę i mrużąc brwi. – Co to jest? Dlaczego ona jest na różowo?!
– No jak to? – zdziwiła się stojąca za Magielską garderobiana, po czym popatrzyła na swoje notatki. – Mam tu napisane: „Wchodzi różowa Jessica”.
– Bo ona jest różowa na twarzy! – krzyknęła scenarzystka z rozpaczą. – Biegła przecież do kościoła, uciekając przed psychopatycznym kierowcą Ubera z Azerbejdżanu! Kręciliśmy to wczoraj! A teraz bierze ślub! Musi być na biało!
– Aaa… – zmartwiła się garderobiana, po czym puknęła się w czoło niczym Pomysłowy Dobromir. – To może narzucę jej obrus z ołtarza? Że niby taki strój ślubny à la Grecja…
– Ja zwariuję… – wyszeptała scenarzystka.
– Spokojnie. – Reżyser pospiesznie przełknął kolejny kawałek schaboszczaka. – Niech jej narzucą ten obrus, a potem poprawi się to w postprodukcji.
Magielska westchnęła ciężko i zamknęła oczy. Kilka sekund później ktoś dotknął jej ramienia.
– Pani Elwirko… – usłyszała głos makijażystki. – Muszę panią zaróżowić, żeby wyglądało, że jest pani po biegu. A tak przy okazji, chciałam zapytać: czy pani mąż będzie na premierze?
Powoli otworzyła oczy.
– Powinien być – odpowiedziała niechętnie, nadstawiając policzek. – A co?
– Moja mamusia go uwielbia! – powiadomiła ją z zachwytem makijażystka. – Ja też, ale nie aż tak bardzo jak ona. Mamusia ma na jego punkcie fioła! Ogląda dla niego każdy odcinek „Szpitala namiętności”. Jak on tam płakał po śmierci doktora Grzybały, to też ryczała przez pół nocy. Będzie wniebowzięta, gdy go pozna na premierze. Chyba zemdleje z wrażenia!
Elwira uśmiechnęła się blado. To było dokładnie czwarte tego dnia pytanie dotyczące Cypriana. Najpierw garderobiana chciała wiedzieć, czy naprawdę używa on tych luksusowych perfum, które reklamuje w telewizji, bo jeśli tak, to kupi je swojemu „staremu”, żeby nie „capił jak brokuł”.
Potem asystentka reżysera zapytała, czy Magielski rzeczywiście jest „takim cudownym człowiekiem”, bo słyszała, że podczas gali charytatywnej uratował komuś życie. Elwira potwierdziła, choć zdawała sobie sprawę, że jedyną zasługą jej męża na owej gali było to, że musiał skontrolować w lustrze, czy jest dostatecznie piękny, w związku z czym wstrzymał całą kolejkę wchodzących na salę i przez przypadek uchronił jedną z celebrytek przed upadającą spod sufitu źle przymocowaną kamerą. Oczywiście, celebrytka z miejsca rzuciła mu się omdlewająco w ramiona, po czym wylewnie mu podziękowała pocałunkiem tak długim, że Elwira zdążyła sobie przypomnieć, że według badań przy każdym całusie ludzie wymieniają się osiemdziesięcioma milionami bakterii. Jej zdaniem w tym przypadku musiało ich być co najmniej sto sześćdziesiąt milionów. A może nawet dwieście czterdzieści. Miała przy tym nadzieję, że któraś z tych bakterii okaże się śmiertelna i zabije ich oboje.
I na koniec młody stażysta z produkcji, który najwyraźniej dopiero odkrywał świat show-biznesu, zadał Elwirze beztroskie pytanie o to, czy nie ma problemu z tym, że jej mąż jest znacznie od niej młodszy. A kiedy Magielska wściekłym tonem poinformowała go, że Cyprian jest od niej dwa lata starszy, zrobił zbaraniałą minę i wydukał:
– Serio?! – z tak autentycznym zdumieniem, że Elwira była o włos od uduszenia go zdejmowaną właśnie z szyi apaszką.
No i do tego teraz ta makijażystka… Załamka!
Po południu sytuacja na planie osiągnęła zenit absurdu, jakiego Elwira wcześniej nie widziała. Małpa, która miała się uwiesić na żyrandolu, zamiast wykonywać polecenia tresera, zainteresowała się Puszkiem. Chcąca ratować swojego pupila przed zakusami orangutana, Żmijewska usiłowała zasłonić kota własnym ciałem, na co małpa wymierzyła jej lewy sierpowy w nos. Zaskoczona Irena zemdlała, a padając na podłogę, pociągnęła kabel, który odblokowywał mechanizm utrzymujący żyrandol. Ten zaczął powoli opadać z sufitu prosto na stojącą pod nim ciotkę reżysera, która na ten widok usiłowała dać dyla. Niestety, jej rozpaczliwe ruchy sprawiły, że nie wytrzymał opinający ją gorset, przy okazji rozdzierając też i suknię. Jeden z jej guzików z prędkością światła przemierzył pół planu, aby na koniec strzelić w oko reżysera i sprawić, że wypadł mu z ręki kubek z herbatą.
Dalej było jeszcze gorzej.
Uciekająca w panice przed żyrandolem ciotka zgubiła blond perukę, która wylądowała na zdumionym orangutanie. Herbata reżysera okazała się spirytusem, który w zetknięciu z iskrą, jaką wywołał szorujący po podłodze stalowy fragment żyrandola, spowodował pożar, godny co najmniej tego, jaki cezar Neron zafundował Rzymowi. Po chwili na planie zapanowało pandemonium stulecia.
Kamerzysta usiłował cucić Żmijewską, ciotka reżysera dostała histerii i krzyczała, że nie przeżyła takiego upokorzenia od czasu, kiedy Gustaw Holoubek na castingu do teatru kazał jej zagrać srającą gołębicę, reżyser płakał, że jest oślepiony i czuje się jak Jurand ze Spychowa, a Puszek zaatakował małpę, próbując jej zedrzeć z łba perukę, co świadczyło jedynie o jego wyczuciu smaku, bo faktycznie jedno do drugiego nijak nie pasowało.
Porządek zaprowadziła dopiero straż pożarna.
Patrząca na to wszystko Elwira uznała, że jej mózg definitywnie odmawia dalszej współpracy. Udała się do garderoby, kompletnie wyczerpana, rzuciła szpilki pod ścianę, po czym nalała sobie z czajniczka zimnej kawy, czując, że ma ochotę wsiąść do pierwszego lepszego pociągu i rozpocząć nowe życie jako hodowczyni alpak w Bieszczadach.
I właśnie wtedy w jej telefonie rozległ się alarm. Spojrzała na ekran. Przypomnienie z kalendarza. „Jutro – spotkanie online!”
Pierwszy raz od wielu godzin się uśmiechnęła. Bo niezależnie od tego, jak bardzo życie potrafiło ją zmęczyć, istniało coś, co stanowiło stałą w jej życiu. Paczka ze studiów. Jak fajnie będzie znów się z nimi zobaczyć!
Nieważne, że Klara pewnie znowu opowie historię o tym, jak niemal zginęła podczas robienia zdjęć do reportażu w jakimś miejscu na końcu świata. Oktawia będzie narzekać na turystów, Tobiasz zacznie nadawać na swoich uczniów w takim tonie, jakby byli członkami Al-Kaidy, a Jakub pojawi się na kamerce w koszuli kosztującej więcej niż miesięczna pensja przeciętnego Polaka i oznajmi, że właśnie kupił kolejny samochód, którego nazwy nikt nie będzie później w stanie powtórzyć. To się nie liczyło. Ważne było jedynie to, że spędzi czas z ludźmi, których lubi i dla których nie jest „żoną TEGO Małeckiego”.
Nie mogła się już doczekać!
* * *
Piastów pod Warszawą
Jeszcze na studiach Tobiasz Pasternak wyobrażał sobie własne przyszłe życie jako imponujące. W swoich wizjach miał być drugim Indianą Jonesem, podróżować po świecie, przeżywać różne mrożące krew w żyłach przygody, odkrywać zapomniane świątynie, odczytywać tajemnicze symbole wyryte na kamiennych tablicach i udzielać wywiadów stacjom dokumentalnym, które przedstawiałyby go jako „wybitnego polskiego badacza”. W tym celu na drugim roku studiów zakupił nawet kapelusz à la Jones, choć jego przyjaciółka Klara twierdziła, że aby upodobnić się do Harrisona Forda, powinien raczej zapisać się na siłownię.
Los miał jednak co do niego inne plany i tak oto zamiast przeczesywać amazońską dżunglę, Tobiasz siedział obecnie w sali numer dwanaście Liceum Ogólnokształcącego imienia Posagu Siedmiu Panien w podwarszawskim Piastowie, patrząc na wielką mapę Europy z wyrazem twarzy człowieka, który właśnie utracił resztki wiary w rozwój cywilizacji. Pracował jako nauczyciel geografii dopiero od czterech lat, a już jego największym marzeniem była emerytura. Ewentualnie meteoryt, najlepiej gigantyczny, który spada na Ziemię i tym samym uwalnia go od obowiązków pedagogicznych.
– Dobrze, zacznijmy lekcję – rzekł łagodnym tonem, którym zazwyczaj przemawia się do ludzi stojących na krawędzi dachu i dumających, czy ze sobą nie skończyć. – Skoro omówiliśmy już całą topografię naszego kraju, to teraz zobaczymy, ile zapamiętaliście. Marcel, chodź do mapy i pokaż nam Śląsk.
Jeden z wyrostków poderwał się z ławki z entuzjazmem uczestnika teleturnieju. Podszedł do mapy. Zmrużył oczy. Przez chwilę wodził palcem po różnych miejscach, aby na koniec z przekonaniem stuknąć nim w okolice Austrii.
Tobiasz westchnął.
– Czy mógłbyś – odezwał się w końcu bardzo spokojnie – wyjaśnić, dlaczego według ciebie Śląsk znajduje się akurat w tym miejscu?
– No jak to? – zdziwił się Marcel. – Sam pan mówił przecież, że Śląsk leży daleko od morza, wydobywa się tam węgiel i dlatego wszyscy chodzą czarni. A za Śląskiem są już tylko góry i to nie te, w których chcą sto zeta za zapiekankę ze sztucznym serem albo za zdjęcie z białym misiem, który może być starym alkoholikiem. No to wyszło mi, że to tutaj. Poza tym zapamiętałem, że to jest lewy dolny fragment mapy. Wszystko się zgadza!
Kilka osób w klasie pokiwało głowami, najwyraźniej uznając tę argumentację za całkowicie logiczną. Pasternak poczuł pulsowanie w lewej skroni.
– Marcel… To była mapa Polski. A teraz masz przed sobą mapę Europy!
– To czemu pan od razu nie powiedział?
Tobiasz spojrzał w okno. Za szybą padał deszcz. Ludzie szli ulicą. Świat funkcjonował normalnie. Nikt poza nim nie zdawał sobie sprawy z katastrofy intelektualnej mającej właśnie miejsce w sali numer dwanaście.
– Dobrze… usiądź. – W jego głosie brzmiała wyraźna rezygnacja.
Marcel wrócił do ławki z miną człowieka przekonanego, że wykonał zadanie wzorowo. Pasternak zerknął do dziennika.
– Sandra, teraz ty pokaż Szwajcarię.
Blondynka, ubrana w spódniczkę i top, zdaniem Pasternaka zdecydowanie zbyt jaskrawe, podeszła do mapy, poprawiła kitkę i po dwóch sekundach wskazała Szwecję.
– Chcesz spróbować jeszcze raz? – zapytał Tobiasz.
– Ale przecież dobrze pokazałam!
– To jest Szwecja – jęknął Pasternak.
– No i? – Blondynka popatrzyła na niego ze zdziwieniem. – To jakiś problem?
– Owszem, bo pytałem o Szwajcarię.
Sandra spojrzała na niego z pobłażaniem.
– Przecież to prawie to samo.
– To samo? – powtórzył z niedowierzaniem Tobiasz. – Jakim sposobem?
– No, w sensie, że podobnie się nazywa. Mała różnica!
Kilku uczniów ponownie przytaknęło.
– Czyli według ciebie wszystko jedno, gdzie robią sery i zegarki, a gdzie powstała IKEA? – upewnił się Pasternak.
– Ostatnio – wtrącił Dominik, klasowy mądraliński – przeczytałem w internecie, że jakaś kobieta z Holandii znalazła w swoim ogródku osiemdziesiąt toreb IKEI, w których były ludzkie kości. I mój tata powiedział, że to jest właśnie cała IKEA: wszystko tam trzeba sobie samemu złożyć do kupy. Potem mój brat zrobił z tego mema i mieliśmy trzy miliony wyświetleń!
Tobiasz zacisnął palce na biurku tak mocno, że aż go trochę zabolały. Z trudem przypomniał sobie, że na początku pracy w szkole miał wielkie i chwalebne plany. Chciał zmieniać młodych ludzi. Przygotowywał prezentacje, organizował quizy, pokazywał im filmy dokumentalne. Raz nawet przebrał się za Krzysztofa Kolumba podczas szkolnego dnia tematycznego, co do dziś pozostawało jednym z najbardziej upokarzających doświadczeń jego życia. Wychodząc bowiem ze szkoły, usłyszał, jak dwóch uczniów komentuje jego występ słowami:
– Ale mu się te rajstopki opinały. Wszystko było widać.
– Tylko niewiele tam było do pokazania, he, he…
– Dobrze… – westchnął teraz ponuro. – Może ktoś wreszcie pokaże mi Szwajcarię?
Rękę podniosła Nikola. Tobiasz przywołał ją do mapy. Bez chwili wahania wskazała prawidłowo kraj nad Renem.
– Jeździmy tam z tatą na wakacje – oznajmiła, patrząc na swoich kolegów z wyraźną wyższością. – Do Sankt Moritz. Poprzednio jeździliśmy do Innsbrucka w Austrii, ale tata powiedział, że to syf i że nie chce już słuchać jodłowania i jeść baraniny serwowanej przez podstarzałe Helgi.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
OŚWIADCZENIE
SPIS POSTACI
PROLOG
ROZDZIAŁ I
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
