Paradyzja - Janusz Andrzej Zajdel - ebook

Paradyzja ebook

Janusz Andrzej Zajdel

4,4

16 osób interesuje się tą książką

Opis

W zniewolonym świecie myśl jest największym zagrożeniem.

 

System wyłapuje, interpretuje i odpowiednio ocenia nasze myśli.

 

Myśl, co chcesz, ale nie daj się na tym przyłapać!

 

Paradyzja to kolonia orbitalna, która od stu lat nie utrzymuje kontaktów z Ziemią. Jej mieszkańcy stworzyli własny, idealny ustrój społeczny. Ziemianie podejrzewają jednak, że władze kolonii naruszają fundamentalne prawa człowieka. Ziemski inspektor wysłany, żeby zbadać na miejscu sytuację, zastaje świat skrajnie różniący się od tego, co głosi oficjalna propaganda. Wszechobecna cenzura i bezlitosny system wymuszania lojalności zmusza obywateli do stosowania wręcz kabaretowych sposobów komunikacji. Ogarnięty paranoją rząd nie chce nawet ujawnić położenia sztucznej planety

 

- A Paradyzja? Na mapie nie widzę jej orbity?

- Sami chcielibyśmy wiedzieć, gdzie ona jest – zaśmiał się Tibor. – Nikt tego nie wie. Przypuszcza się, że krąży gdzie w odległości paruset kilometrów nad Tartarem, ale to nic pewnego.

- Nie zlokalizowaliście jej nigdy?

- Nie, nikt jej nie widział.

 

 Czy Zajdlowska wizja świata pogrążonego w informacyjnym kłamstwie to naprawdę przeszłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Posłowie

Maciej Parowski

Opracowanie graficzne serii: Małgorzata Śliwińska

Ilustracja na okładce: Bogusław Polch

Copyright © by Jadwiga Zajdel & Joanna Zajdel-Przybył, Warszawa 2018

Posłowie © by Maciej Parowski, Warszawa 2018

Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA Sp. z o.o.

Biuro Handlowe

ul. Nowowiejska 10/12

00-653 Warszawa

e-mail: [email protected]

Redaktor naczelny: Mirosław Kowalski

ISBN 978-83-7578-170-0

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Rozdział I

Statek wykonał niewielki zwrot. Obraz platformy orbitalnej zniknął z pola widzenia, Tibor zamknął wizjer i odwrócił się twarzą do Rinaha. Przez chwilę milczeli obaj.

Pierwszy oficer frachtowca „Regina Vacui” uścisnął dłoń Rinaha. Zawahał się, szukając odpowiednich słów.

– Pomyślności i szczęśliwego powrotu. Będziemy czekać, dopóki nie wrócisz. W razie opóźnienia wymyślimy jakąś awarię.

– Dziękuję. Postaram się nie sprawiać kłopotu – uśmiechnął się Rinah.

Tibor dostrzegł, że śniada twarz pasażera jest jakby bledsza.

– Uważaj, Rinah – powiedział, kładąc drugą dłoń na jego ramieniu. – Paradyzyjczycy to dziwni ludzie.

– Tak się twierdzi u nas, na Ziemi; ale sam mówiłeś, że prawie ich nie znasz. Któż więc może o nich wiedzieć prawdę?

– Jestem tutaj po raz szósty, a nigdy nie udało mi się dotrzeć dalej niż na platformę orbitalną.

– Jak daleko jest stąd do Tartaru? – Rinah podszedł do mapy nawigacyjnej rozpostartej na stole.

– Średnia odległość orbity, po której krąży platforma, od powierzchni Tartaru wynosi dwadzieścia siedem tysięcy kilometrów. Żaden obcy statek nigdy nie został dopuszczony bliżej. Tutaj odbywa się rozładunek towarów, które przywozimy. Stąd też odbieramy nasz ładunek powrotny.

– Co zabieracie tym razem?

– Tantal, wolfram, platynowce i trochę wzbogaconych rud rzadkich metali. Dostarczają to wszystko wahadłowcami bezpośrednio z Tartaru, w typowych kontenerach. Zwykle postój trwa około czterech tygodni, a załoga nie opuszcza statku. Nawet nasze przedstawicielstwo dyplomatyczno-handlowe umieszczono tutaj, na platformie.

– A Paradyzja? Na mapie nie widzę jej orbity.

– Sami chcielibyśmy wiedzieć, gdzie ona jest – zaśmiał się Tibor. – Nikt tego nie wie. Przypuszcza się, że krąży gdzieś w odległości paruset kilometrów nad Tartarem, ale to nic pewnego.

– Nie zlokalizowaliście jej nigdy?

– Nie. Nikt jej nie widział. Z tej odległości to przecież kruszynka! Cztery tysiące metrów średnicy...

– Ale... chyba przy użyciu radiolokacji...

– Narazilibyśmy się co najmniej na poważne kłopoty, próbując użyć tu jakiegokolwiek lokalizatora radarowego lub laserowego – uśmiechnął się Tibor. – Oni są wściekle wrażliwi na punkcie własnego bezpieczeństwa. Orbita Paradyzji jest jedną z najgłębszych tajemnic tego układu. Z materiałów informacyjnych, rozpowszechnianych przez nich samych, możesz dowiedzieć się mnóstwa ciekawych rzeczy. Znajdziesz tam nawet dość dokładny opis konstrukcji i wyposażenia Paradyzji, jej wymiary, prędkość obrotową... Tylko o parametrach orbity i czasie obiegu ani słowa. Kiedy podchodzimy do platformy orbitalnej, która jest jedynym portem przeładunkowym i stacją pośrednią w drodze do Tartaru i Paradyzji, musimy wyłączać wszystkie własne urządzenia namiarowe. Oni sami naprowadzają nas sygnałami radiolatarń.

– Stare obciążenia psychiczne – westchnął Rinah. – Mam nadzieje, że wreszcie uda nam się przełamać tę ich nieufność. Może mój pobyt będzie dobrym początkiem...

– Zamierzasz napisać reportaż?...

– Może nawet całą książkę. Bądź co bądź, to przecież pasjonujący temat, ten sztuczny świat i zamieszkujący w nim ludzie. Jakże inne musi być ich życie od wszystkiego, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Czerwony sygnał i donośny brzęczyk oznajmiły ostatnią fazę zbliżenia. Frachtowiec podchodził do platformy, by połączyć się z nią systemem zaczepów i śluz przejściowych. Rinah i Tibor zajęli miejsca w fotelach kabiny nawigacyjnej.

Rozdział II

Pomieszczenie, do którego Rinah dotarł długim, krętym korytarzykiem prosto ze śluzy, było czymś w rodzaju poczekalni dla pasażerów. W porównaniu z ogromem platformy satelitarnej stanowiło maleńką klitkę. Świadczyło to o znikomym ruchu pasażerskim pomiędzy Paradyzją i resztą Wszechświata. Jak się Rinah dowiedział uprzednio, platforma służyła także jako stacja pośrednia dla ruchu pomiędzy Tartarem a Paradyzją, co było trudne do zrozumienia, jeśli weźmie się pod uwagę wzajemną konfigurację przestrzenną tych trzech obiektów: Paradyzja była sztucznym satelitą Tartaru, obiegającym planetę na wysokości kilkuset kilometrów; platforma zaś krążyła znacznie dalej i wstępowanie tam w drodze między Tartarem a Paradyzją zdawało się być czymś nielogicznym.

Po namyśle jednakże Rinah znalazł racjonalne wyjaśnienie tej pozornej nielogiczności. Po prostu pasażerowie byli tylko drobnym dodatkiem do ładunków, przewożonych tu głównie na dwóch trasach: surowce eksportowane z Tartaru poza układ szły bezpośrednio na platformę; natomiast cały import, przychodzący spoza układu, rozwożono – stosownie do potrzeb – na Tartar i na Paradyzję. Stąd też ruch pasażerski, odbywający się na minimalną skalę, korzystał z tych dwóch szlaków przelotów, bezpośrednie loty między Paradyzją a Tartarem musiały być niezbyt częste, a uruchamianie specjalnych kursów pasażerskich dla nielicznych podróżnych nie miało widać uzasadnienia.

Rinah rozejrzał się po małej poczekalni. Zauważył od razu, że dzieli ją na dwie części szklista ściana bez drzwi czy jakiegokolwiek przejścia. W części, gdzie się znalazł, stała tylko miękka kanapa pokryta białą imitacją skóry. Stawiając walizkę na seledynowym dywanie obok kanapy, dostrzegł nieskazitelną czystość dywanu i białej dermy, co wyraźnie świadczyło o niezmiernie rzadkim używaniu tej części poczekalni. Po drugiej stronie przejrzystej ściany dywan był mocno wytarty, a dwie stojące tam kanapy nosiły wyraźne ślady używania.

„Port tranzytowy planety Tartar wita podróżnych przybyłych spoza układu – powiedział damskim miękkim głosem megafon pod sufitem. – Odlot wahadłowca do Paradyzji nastąpi w ciągu najbliższych trzydziestu minut”.

Rinah był jedynym pasażerem spoza układu. Po drugiej stronie szklistej ściany oczekiwały jeszcze trzy osoby. Młoda kobieta w długiej, połyskującej brokatem sukni i dwaj przechadzający się, prawie jednakowo ubrani mężczyźni, równocześnie spojrzeli na Rinaha, który lekko się skłonił i uśmiechnął się przyjaźnie.

Kobieta odpowiedziała wyraźnym uśmiechem. Rinah stwierdził, że jest bardzo ładna, choć umalowana nieco przesadnie i uczesana z nadmiarem fantazji. Mężczyźni obojętnie, chłodno odwzajemnili ukłon i nadal przechadzali się ramię w ramię wzdłuż poczekalni. Z ruchów ust można było wnioskować, że rozmawiają, lecz ściana dokładnie tłumiła ich głosy.

Po chwili, siedząc już na miękkich poduszkach kanapy, Rinah dostrzegł coś zdumiewającego w sposobie, w jaki się poruszali rozmawiający mężczyźni: dochodząc do końca poczekalni nie zawracali – jak czyni się to normalnie, by zmienić kierunek przechadzki – lecz rozpoczynali marsz do tyłu, powoli, krok za krokiem, aż do przeciwległej ściany. Robili to najwyraźniej machinalnie i z dużą wprawą, znakomicie radząc sobie z zachowaniem kierunku i nie przerywając ani na chwilę ożywionej rozmowy. Wyglądało to, jak puszczony omyłkowo w przeciwną stronę odcinek niemego filmu.

Kobieta siedziała w rogu kanapy. Obok niej stała spora podróżna torba, w której – prawdopodobnie dla zabicia czasu – robiła porządki, wyjmując i układając na nowo różne drobiazgi. Gdy zwróciła głowę w bok, w stronę ściennego zegara cyfrowego, Rinah stwierdził, że jej profil jest również bardzo interesujący. Patrzył na nią, dopóki nie rzuciła w jego stronę szybkiego spojrzenia. Wówczas przeniósł wzrok na dwóch spacerujących. Byli w średnim wieku, o jednakowych, bujnych i rozwichrzonych fryzurach ze śladami siwizny. Z założonymi w tył rękami i opuszczonymi nieco głowami kontynuowali swój niezwykły wahadłowy spacer. Kobieta najwyraźniej nie okazywała zdziwienia sposobem ich poruszania się, więc Rinah, przypomniawszy sobie jedną z dobrych rad Mac Leoda, przestał się na nich gapić.

„Ilekroć coś wyda ci się dziwne, przypomnij sobie, gdzie jesteś, i zamiast się dziwić, spróbuj zrozumieć” – powiedział Mac Leod, gdy sześć lat temu żegnał Rinaha przed odlotem, na kosmodromie Estavalhar.

Teraz prawie u celu podróży, Rinah przypomniał sobie te i inne jeszcze uwagi i rady przyjaciela, który – nie da się tego ukryć – wmówił mu tę podróż. Ani przedtem, ani teraz Rinah nie potrafiłby powiedzieć, czy słusznie postąpił, ulegając namowom. Podróż była dla niego przede wszystkim szansą zdobycia unikalnego materiału literackiego. Ten aspekt przeważył i skusił go ostatecznie. Całą resztę spraw, które miał do załatwienia, uważał za fanaberie Mac Leoda i paru jego zwariowanych kompanów. Ściślej mówiąc, uważał tak przed odlotem. Teraz nie był już za bardzo pewien słuszności własnych sądów o Mac Leodzie i jego pomysłach.

Kolejny komunikat, wzywający do zajmowania miejsc w promie, wyrwał go z płytkiej drzemki. Wstał powoli i, zabierając walizkę, przeszedł przez bramkę. Krótkim korytarzykiem dotarł do wnętrza kabiny z czterema fotelami. Wybrał pierwszy z brzegu, umieścił walizkę w uchwytach i zapinając pasy rozejrzał się po mrocznej kabinie.

Za fotelami dostrzegł szklistą ścianę, przez którą widać było następne trzy rzędy foteli. Pozostali pasażerowie sadowili się właśnie, przybyły jakieś dwie nowe osoby, oprócz tych, które widział w poczekalni.

Stosownie do rady Mac Leoda, usiłował zrozumieć przyczynę ciągłej izolacji od pozostałych pasażerów.

„Zapewne chodzi tu o względy sanitarne” – pomyślał. Było to dość prawdopodobne: łatwo sobie wyobrazić, czym groziłoby zawleczenie do Paradyzji jakiejś ziemskiej choroby zakaźnej.

W chwili startu promu Rinah odczuł lekkie podniecenie na myśl, że za kilka godzin znajdzie się w niezwykłym, legendarnym i jedynym w swoim rodzaju świecie zamieszkanym przez miliony ludzi, żyjących w warunkach skrajnie odmiennych od ziemskich – a mimo to zadowolonych ze swego losu i ponoć szczęśliwszych nawet niż ich ziemscy bracia...

Rozdział III

Kabina promu pozbawiona była urządzeń wizyjnych, pozwalających śledzić przebieg podróży. Było to zgodne z normalną, stosowaną tutaj praktyką. Według Tibora, nikomu spoza tego układu nie udało się dotychczas obejrzeć Paradyzji z zewnątrz, z bliska ani z daleka. Jej opisy, schematy i fotografie były jednakże szeroko znane i ogólnie dostępne. Rinah przestudiował je dokładnie przed odlotem z Ziemi i miał dość jasne wyobrażenie o budowie i wyglądzie satelity planety Tartar.

Przed wyruszeniem w podróż Rinah był wielokrotnie przestrzegany przez znawców przedmiotu, by mówiąc o Paradyzji starał się unikać określenia „satelita”. Jej mieszkańcy są na tym punkcie niezmiernie wrażliwi. Według nich, Paradyzja jest faktycznym ośrodkiem ich cywilizacji i nie przystaje do niej dwuznaczne miano „satelity”. Jest suwerenną planetą, sztuczną wprawdzie i stosunkowo niewielkich rozmiarów, lecz panującą nad bogactwami Tartaru, stanowiącego jej gospodarcze i surowcowe zaplecze.

Ostrość sformułowań dotyczących tej, formalnej na pozór, sprawy nazewnictwa, stawała się zrozumiała dopiero w świetle faktów historycznych, związanych z początkami tartaryjskiego osadnictwa. Współczesne Rinahowi realia astropolityczne nie uzasadniały jakichkolwiek obaw w kwestii uznania suwerenności Paradyzji przez pozostałe centra ludnościowe. Jednakże – z bliżej nie znanych powodów – Paradyzyjczycy wciąż nie mogli pozbyć się nieufności wobec wszystkich dokoła.

Nawet sprawa pozornie tak prosta, jak uzyskanie zezwolenia na odwiedzenie Paradyzji przez pisarza z Ziemi, okazała się problemem na miarę międzygwiezdnej dyplomacji...

Opuszczając prom Rinah czuł się niepewnie – jak człowiek wkraczający do wnętrza potężnego statku kosmicznego jakichś obcych istot. Na próżno usiłował perswadować sobie w myślach, że Paradyzja to po prostu sztuczna planeta, dzieło rąk ludzi takich samych jak on. Podświadomie czuł, że nie mogą być tacy sami, że stuletnia izolacja musiała spowodować istotne różnice – w sposobie myślenia, w obyczajach, języku – między mieszkańcami tego świata i ich dalekimi braćmi na Ziemi.

Ponadto odmienność warunków życia może sprawić, że niełatwo mu będzie nawiązać z nimi psychiczny kontakt, zrozumieć ich, poznać i opisać... Czuł się odpowiedzialny za obraz Paradyzyjczyków, jaki przedstawi Ziemianom w zamierzonej książce. Wiedział, że nikt inny nie miał dotychczas tak dogodnej okazji, takiej szansy poznania z bliska realiów życia w świecie skrzętnie kryjącym swe tajemnice przed oczyma obcych przybyszów.

Spodziewał się, że Paradyzyjczykom będzie zależało na tym, by ich portret był w miarę wierny i pełny. Jeśli po długim namyśle zgodzili się wreszcie przyjąć u siebie pisarza z Ziemi i pokazać mu przynajmniej wycinek swej codzienności, to zapewne postarają się nie utrudniać mu zadania.

Tymczasem – odkąd wysiadł z frachtowca na orbitalnej platformie tranzytowej – od świata Paradyzji oddzielały go wciąż przejrzyste ściany, głuszące nawet rozmowy przygodnych towarzyszy podróży.

W sali przylotowej paradyzyjskiego terminalu, która witała go barwnymi planszami, obrazującymi osiągnięcia z ostatniego okresu sprawozdawczego, znalazł się także w wydzielonym korytarzyku za przejrzystą ścianą. Widział pozostałych pasażerów, znikających w bramkach wyjściowych. Kobieta w długiej sukni wychodziła ostatnia. Spojrzała w stronę Rinaha, zatrzymała się na chwilę i pozdrowiła go ruchem dłoni. Skłonił się i uśmiechnął, a potem patrzył, jak oddalała się w kierunku wyjścia.

„Pasażerowie spoza układu proszeni są do odprawy paszportowej” – powiedział głos z megafonu.

Zaraz za drzwiami, które rozwarły się przed nim u końca przejścia, czekał go pierwszy, dość intensywny kontakt z tubylcami. Kolejno pozbawiony został walizki, paszportu, a w następnym pomieszczeniu – także całej odzieży wraz z zawartością kieszeni. Tutaj nie było już przejrzystych ścian pomiędzy nim a urzędnikami komory kontrolnej, choć wyczuwało się innego rodzaju przegrodę – niematerialny mur nieufności i podejrzliwości. Funkcjonariusze rzucali pojedyncze słowa, popierając je wymownymi gestami wyciągających się ku niemu dłoni, a oddawane im przedmioty błyskawicznie znikały gdzieś z oczu Rinaha.

Stojąc pod natryskiem, który niespodziewanie chlusnął na niego deszczem zbyt chłodniej i dziwnie pachnącej wody, zastanawiał się, co z osobistych rzeczy uda mu się zachować. Strumyki wody ustały nagle, ciepły podmuch owiał jego ciało i włosy, po chwili drzwiczki kabiny otworzyły się. Rinah przeszedł do szatni, gdzie znalazł swoje ubranie. Nakładając je stwierdził, że miejscami nadpruto niektóre szwy, gdy zaś chciał się uczesać, nie znalazł w kieszeni grzebienia. Pomacał inne kieszenie – wszystkie były puste. Z rozwichrzonymi, wilgotnymi jeszcze włosami przeszedł następne drzwi, kierowany zieloną strzałką migocąca na ścianie. W pomieszczeniu przedzielonym szerokim blatem przypominającym sklepowa ladę, siedział gruby funkcjonariusz w srebrnoszarym uniformie. Na blacie rozłożona była cała zawartość walizki i kieszeni Rinaha.

– Rinah Devi – odczytał powoli grubas wertując paszport, a potem przyjrzał się uważnie twarzy przybysza.

– To ja – uśmiechnął się Rinah.

Funkcjonariusz mruknął coś pod nosem i schował paszport do szuflady.

– Zwrot dokumentów przy wyjeździe – powiedział szorstko. – Masz zezwolenie na czterotygodniowy pobyt w Pierwszym Segmencie, poziom dziesiąty. Oto twój identyfikator.

Na pulchnej dłoni podał Rinahowi plastykową obrączkę.

– Nosi się w ten sposób – pokazał swój identyfikator, nałożony na środkowy palec prawej dłoni. – To możesz zabrać, a tamto zostanie w depozycie.

Dłonią nakreślił linię w poprzek blatu. Rinah spojrzał na zakwestionowane drobiazgi: zegarek, grzebień, dwa motki nici z przybornika do szycia, stalowa sprężynka z długopisu, jedna z książek – kolorowy album z widokami architektury, przywieziony jako ewentualny podarunek dla kogoś spośród gospodarzy – oraz kawałek cienkiej aptecznej gumki, który widać przypadkiem zaplątał się gdzieś na dnie walizki.

– Czy tutaj nie wolno się czesać? – spytał Rinah z lekką irytacja.

– Twój grzebień nie odpowiada naszym przepisom. Musisz pobrać inny z magazynu.

– A zegarek?

– Nie używamy tu indywidualnych czasomierzy. Czas miejscowy podawany jest przez system informacyjny. Czy używasz peruki, szkieł kontaktowych?

– Nie! – Rinah szarpnął dłonią rozwichrzone włosy, by udowodnić, że nie są peruką, a potem nachylił się w kierunku grubasa i wytrzeszczył oczy, by ten mógł przekonać się, że nie ma w nich soczewek.

– Dobrze, dobrze! – funkcjonariusz odsunął się nerwowo. – Możesz to zabrać, resztę zwrócimy przy wyjeździe.

Rinah zgarnął do walizki część swoich rzeczy, pozostałe upchał po kieszeniach.

– Czy... to już wszystko?

– U mnie tak. – Grubas uśmiechnął się ironicznie. – Przejdź do następnego pokoju.

Kolejny urzędnik – młody, energiczny cywil – posadził Rinaha przy pulpicie z mikrofonem i zarzucił go serią szybkich pytań, pozornie bez związku. Rinah starał się odpowiadać spokojnie i rzeczowo. Potem został poinformowany o bezwzględnej konieczności podporządkowania się miejscowym prawom i przepisom i dowiedział się, że za wykroczenia może być ukarany zgodnie z miejscową procedurą.

– Nie znam tutejszych praw – zauważył Rinah. – Czy mógłbym otrzymać jakiś informator?

– To żaden problem – uśmiechnął się urzędnik. – W każdej chwili możesz poznać aktualny stan prawny, korzystając z teleinformacji. Przecież i tak nie nauczysz się całego kodeksu na pamięć, nie mówiąc już o wszystkich zmianach i uzupełnieniach. Twój przewodnik wyjaśni ci jutro, na czym polega nasz system prawny. Poza tym chcę zauważyć, że przybyłeś tutaj jako literat, by zbierać informacje o naszym społeczeństwie. Czy jest to jedyny cel twojego pobytu w Paradyzji?

– Oczywiście. Podałem to w formularzu wizowym.

– W porządku. Wobec tego wszelkie próby  z b i e r a n i a  informacji na inny temat, jak również  r o z p o w s z e c h n i a n i e  jakichkolwiek informacji nie mieszczą się w ramach zezwolenia i mogą być podstawą do wydalenia cię z Paradyzji.  C o  n a j m n i e j  wydalenia. Czy dobrze to rozumiesz?

– Tak sadzę. Czy mam podpisać jakieś oświadczenie w tej sprawie? – spytał Rinah chłodno, zniecierpliwiony już tą przydługą rozmową i zmęczony podróżą.

– Unikamy tutaj zbędnych papierków. Rozmowa została zarejestrowana, zgodnie z naszym prawem wystarcza to jako dowód. Ponadto informuję cię, że głos twój został utrwalony w centralnym rejestrze fonicznym i każda twoja wypowiedź może być w razie potrzeby zidentyfikowana i przypisana tobie na podstawie indywidualnych cech mowy. Czy przywiozłeś papier do pisania?

– Tylko jeden notatnik. Uprzedzono mnie, że notatki mogę prowadzić jedynie w formie zapisu fonicznego, więc zabrałem dyktafon.

– Uprzedzam, że strony twojego notatnika zostały policzone i specjalnie oznakowane. Przy wyjeździe nie może brakować ani jednej z nich. W Paradyzji nie używamy papieru. Do przekazu i zapisu informacji dopuszczone są tylko środki audiowizualne.

– A książki? Nie używacie książek?

– Tylko w formie zapisu dźwiękowego. Dla przybyszów z zewnątrz robimy wyjątek, ale przywiezione książki musisz stąd zabrać przy wyjeździe.

Urzędnik patrzył chwilę na Rinaha, jakby usiłując jeszcze coś sobie przypomnieć, lecz widocznie dostrzegł na twarzy przybysza zmęczenie i senność, bo wstał i, uśmiechając się z przymusem, powiedział:

– To wszystko. Proszę zaczekać w następnym pokoju. Za chwilę przyślemy porządkowego, który zaprowadzi cię do twojego mieszkania.

– Czy mógłbym dostać coś do jedzenia? Nie jadłem kolacji... – bąknął Rinah.

– Niestety. O tej porze już nie dostaniesz. Wszystkie jadłodajnie otwierają się dopiero o szóstej rano. O tej porze – urzędnik wskazał na cyfrowy zegar na ścianie, wskazujący dwudziestą trzecią pięćdziesiąt – nikt z mieszkańców nie korzysta już z posiłków, a gości miewamy tu bardzo rzadko.

Ziewnął ukradkiem, a Rinah uświadomił sobie, że cały personel komory kontrolnej zmobilizowano o tak późnej porze specjalnie dla niego: jednego jedynego przybysza.

Oczekując na porządkowego notował w pamięci przebieg całej długiej procedury kontrolnej oraz wszystko to, czego dowiedział się od chwili przybycia do Paradyzji. Niektóre szczegóły mogły wywoływać zdziwienie – jak na przykład owa nieszczęsna sprężynka od długopisu albo grzebień, zarekwirowane przez celnika. Ale – ogólnie biorąc – wszystko to nie wnosiło wiele nowego do jego zasobu wiedzy o świecie Paradyzji – poza tym, że potwierdzało pogłoski o drobiazgowej przezorności jej gospodarzy, częstokroć niezrozumiałej dla przybysza.

Rozdział IV

– Ten korytarz ma dwa kilometry długości – powiedział porządkowy, zatrzymując się obok Rinaha po wyjściu z komory kontrolnej. – Takie korytarze są głównymi ciągami komunikacyjnymi na wszystkich piętrach każdego segmentu.

– Imponujące! – Rinah patrzył przez chwilę wzdłuż tunelu, którego podłoga, ściany i jarzący się bladą poświatą strop zbiegały się prawie do jednego punktu w dalekiej perspektywie.

– Korytarz biegnie wzdłuż całego segmentu, równolegle do jego osi – objaśniał porządkowy. – W dzień jest tu jasno i tłoczno. Nocą tylko służba porządkowa patroluje korytarze. Chodźmy, zaprowadzę cię do jednego z pokoi rezerwowych. Nie mamy właściwie żadnych pomieszczeń hotelowych, zbyt rzadko przybywa tu ktoś z zewnątrz...

Porządkowy był wyraźnie podekscytowany spotkaniem z gościem z Ziemi. Starał się być uprzejmy i usłużnie udzielał wyjaśnień, uprzedzając pytania.

Ściany były szkliste jak przegrody, które Rinah widział w poczekalni stacji tranzytowej i w hallu przylotowym, lecz w pomieszczeniach przylegających do korytarza było ciemno i trudno było dostrzec, co się w nich znajduje. Co kilka kroków mijali zamknięte drzwi – także ze szkliwa, rozsuwane, jedno- lub dwuskrzydłowe. Na niektórych widniały barwne piktogramy. Wynikało z nich, że drzwi prowadzą do barów, sklepów lub warsztatów usługowych. Rinah nie zauważył żadnych napisów ani reklam słownych, wszystko wyrażone było prostymi, symbolicznymi rysunkami.

– Musimy dostać się na dziesiąte piętro. Najbliższa winda jest o pięćset metrów stąd – powiedział porządkowy. – Może pomóc ci nieść walizkę?

– Dziękuję, jest raczej lekka. W ogóle czuję się tu lekko. Jakie macie ciążenie?

– Średnio około zero osiem, na środkowych poziomach. Tutaj, na pierwszym, jest o dziesięć procent większe, a na ostatnim, najwyższym, o tyleż mniejsze.

– Czy to wam nie przeszkadza?

– Co? Wielkość siły ciążenia?

– Nie, te zmiany wraz ze zmianą poziomu.

– To żaden problem. Po prostu: nie mamy potrzeby przemieszczać się z poziomu na poziom. Pełniąc służbę nie bywam wyżej niż na dziesiątym. W tym zakresie wysokości zmiana grawitacji jest niewyczuwalna.

– S z t u c z n e j  grawitacji – uśmiechnął się Rinah.

– Sami zrobiliśmy ten świat, to i grawitację musieliśmy stworzyć. Wcale nie gorsza niż wasza.

– Nawet lepsza! Można ją regulować.

– To zbędne. Dobrze nam z taką, jaka jest. Wyobrażasz sobie, ile energii kosztowałaby taka regulacja?

– Pewnie. Przecież Paradyzja to kolos.

– Największy sztuczny twór w zamieszkanym Kosmosie – powiedział porządkowy z dumą – i najlepszy ze światów, jakie istnieją.

– Byłeś gdzie indziej?

– Na innych planetach? Nie.

– A na Tartarze?

Rinah złowił niespokojne łypnięcie swego przewodnika.

– Też nie. Tam jest bardzo niebezpiecznie. Wolę pracować tutaj – powiedział wyraźnie i jakby trochę za głośno. – Mamy windę!

Otworzył drzwi szybu, do których właśnie dotarli. Klatka windy była obszerna, mogłaby pomieścić co najmniej dwadzieścia osób.

– Mówiłeś, że rzadko przenosicie się na inne poziomy.

– Po prostu nie ma to sensu. Każde piętro jest samowystarczalne, na każdym jest mniej więcej to samo... No, może nie wszystko... Specjalistyczne szkoły i wyższe uczelnie są na przykład rozmieszczone co kilka poziomów. Ale przecież na każdym mieszka ponad sto tysięcy ludzi... Mierząc waszą miarą, to chyba duże osiedle, prawda?

– Nawet spore miasto. Tyle że u nas... jest trochę więcej miejsca – zauważył Rinah.

– Kwestia przyzwyczajenia. Dwadzieścia metrów kwadratowych na osobę to wcale nie tak mało. Wystarcza i na mieszkania, i na pomieszczenia użytku ogólnego.

Winda zatrzymała się. Tutaj, na górze, korytarz był równie pusty jak na dole i wyglądał identycznie. W drodze do najbliższego skrzyżowania z poprzecznym korytarzykiem minęli porządkowego.

Obaj funkcjonariusze wymienili gesty powitania, tutejszy z zainteresowaniem obejrzał przybysza.

– Gość z Ziemi – oznajmił przewodnik Rinaha.

Tamten kiwnął głową, raz jeszcze przyjrzał się nowemu mieszkańcowi swojego rewiru i powoli ruszył na dalszy obchód.

– Musimy teraz zachowywać się w miarę cicho – powiedział porządkowy i podszedł do jednych z szeregu drzwi w ścianie korytarza.

Otworzyły się, gdy zbliżył do nich prawą dłoń. Weszli do ciemnego pomieszczenia. Drzwi zasunęły się cicho, Rinah poczuł pod stopami miękki chodnik. W zupełnej ciemności dostrzegł przed sobą tylko zielony punkt świecący gdzieś pod sufitem.

– Chodź – Rinah usłyszał szept przewodnika. – Trzymaj mnie za ramię, żebyśmy się nie zgubili.

Przez długą chwilę szedł na oślep, starając się nie zgubić walizki, która od czasu do czasu zaczepiała o framugi mijanych drzwi, które rozsuwały się cicho, a potem zamykały.

– No, to już jesteśmy – powiedział porządkowy za kolejnymi drzwiami. – Dostałeś pokój dość blisko centralnego korytarza, żebyś nie błądził.

Sufit rozjarzył się słabo, lecz wystarczająco, by Rinah mógł rozejrzeć się po pomieszczeniu. Kwadratowy pokoik o powierzchni około dziesięciu metrów miał w środku każdej ściany zamknięte drzwi, nad którymi paliła się maleńka zielona lampka sygnalizacyjna. Oprócz tego, w czterech kątach dostrzegł parę mebli: jakiś tapczan, dwa duże fotele, stolik i jeszcze kilka przedmiotów.

– Ze względu na oszczędność miejsca, nie mamy tu osobnych dojść do każdego pomieszczenia. Do pokoi niesąsiadujących z korytarzem wchodzi się przez przyległe pomieszczenia – wyjaśnił porządkowy.

– Jak to? Przez cudze mieszkania? – zdumiał się Rinah.

– Tutaj wszystko jest nasze, wspólne. Jesteśmy jak jedna rodzina.

– Jednakże... to chyba okropnie przeszkadza?

– Dlatego prosiłem o zachowanie ciszy. O tej porze w ogóle się nie chodzi po korytarzach ani po pokojach. Godziny wypoczynku trwają od dwudziestej trzeciej do piątej rano. Musisz o tym pamiętać, bo później nie dostałbyś się do siebie.

– Jak to?

– Drzwi są centralnie blokowane, żeby nikt nikomu nie zakłócał wypoczynku. Tylko służba porządkowa ma uniwersalne identyfikatory umożliwiające otwieranie wszystkich przejść. Gdyby ci się przytrafiło nie zdążyć przed jedenastą do domu, musisz szukać porządkowego, żeby cię doprowadził. Jednak nie należy do tego dopuszczać. Nie wiem, jak będzie to traktowane w twoim przypadku, ale tubylcy są za takie przewinienia karani. No, to życzę przyjemnego snu. Rozjaśnienie jest o szóstej rano. Numer twojego pokoju masz wyryty na identyfikatorze. Gdybyś zabłądził, każdy wskaże ci kierunek. W ciągu dnia można swobodnie przechodzić przez wszystkie pomieszczenia całego piętra. Kabiny sanitarne są rozmieszczone w narożnikach, jedna na cztery pokoje. To chyba na razie wszystko, co powinieneś wiedzieć.

– A... inne piętra? Czy wolno mi korzystać z windy?

– To... wymaga pewnych formalności. Najlepiej nie ruszaj się stąd, dopóki nie zjawi się przewodnik.

– Przewodnik?

– Tak, każdy przybysz otrzymuje tu przewodnika. Powinien zgłosić się koło ósmej.

– Dziękuję za pomoc i informacje.

– To mój obowiązek – powiedział porządkowy. – Światło gasi się przyciskiem obok drzwi.

Rinah został sam pośrodku pokoju. Przez chwilę jeszcze rozglądał się w półmroku, wreszcie z rezygnacją postawił walizkę pod ścianą, zgasił światło i, zrzuciwszy ubranie, wsunął się pod cienki koc. Na szczęście było dość ciepło.

Rozdział V

Skrzeczący przerywany dźwięk rozbrzmiewał już od dłuższej chwili, gdy Rinah otworzył zaspane oczy. Zamknął je od razu, olśnione jasno rozjarzoną płaszczyzną sufitu. Półprzytomny, siedział przez kilkanaście sekund, czując pod bosymi stopami szorstkość chodnika. Natarczywy dźwięk atakował jego uszy – niecierpliwie, przynaglająco...

Uchylił powieki, by sprawdzić czas i dopiero, stwierdziwszy brak zegarka, przypomniał sobie, gdzie się znajduje.

Brzęczyk zamilkł nagle. Gdzieś spod sufitu rozległ się donośny, spokojny baryton:

„Ogłasza się stan zagrożenia. Alarm pierwszego stopnia dla wszystkich segmentów. Służby specjalne na stanowiska. Ludność pozostaje w pomieszczeniach mieszkalnych, zajmując miejsca w fotelach. Wprowadza się selektywną blokadę przejść”.

Teraz dopiero, oswoiwszy oczy z jasnym światłem, Rinah popatrzył dokoła i ze zdumieniem stwierdził, że wszystkie ściany jego pokoju, a także sąsiednich i dalszych pomieszczeń, są kryształowo przejrzyste. Za szklistymi taflami, jak w wielokrotnym zwierciadlanym odbiciu, trwał powielony ruch, żwawa krzątanina rozbudzonych, na wpół ubranych ludzi, wykonujących prawie równocześnie podobne czynności.

Drzwi rozsunęły się nagle, przez środek pokoju przebiegły trzy postacie, w pośpiechu dociągając zamki kombinezonów. Przeciwległe drzwi otwarły się i zamknęły za nimi bezszelestnie. Rinah patrzył przez chwilę, jak ta trójka, wyróżniająca się pomarańczowym kolorem kombinezonów, dyfunduje poprzez pokoje-akwaria, jakby przenikając przez ich ściany, by zniknąć gdzieś w głębi niekończącego się ciągu szklanych pudełek.

Powoli wstał i nakładając ubranie rozejrzał się po sąsiednich pokojach. Ich mieszkańcy działali jakby według wyuczonego schematu, prawie synchronicznie, bez śladu nerwowości czy podniecenia. Machinalne zapinali zamki kombinezonów, podchodzili do foteli, siadali w nich i nieruchomieli z oczami utkwionymi w jaskrawożółty prostokąt, świecący na szkliwie ściany każdego pokoju.

„Uwaga! Pełna blokada pomieszczeń!” – oznajmił głośnik.

Jakiś mężczyzna, w pośpiechu naciągając pomarańczową bluzę, wpadł do pokoju Rinaha. Drzwi, którymi chciał wyjść, nie otworzyły się przed nim, choć kilkakrotnie uderzył w nie otwartą dłonią.

– A niech to diabli! – warknął i obrócił się na pięcie. – O dziesięć sekund za późno. A ty na co czekasz?

Przybyły spojrzał na Rinaha, stojącego na środku pokoju.

– Jestem tu obcy – powiedział Rinah. – Przyleciałem wczoraj i nie mam pojęcia, co należy robić.

– Siadaj! Prędko, bo lecą punkty karne! – przynaglił go tubylec. – Obcy czy swój, alarm obowiązuje wszystkich.

Rinah zajął pospiesznie miejsce w fotelu. Poczuł, jak uchwyty unieruchamiają jego tułów i głowę. Fotel był przymocowany do podłogi i nie dawał się obracać. Przed oczyma siedzącego migotał barwny prostokąt, mieniący się teraz na przemian żółtym i czerwonym światłem. Kątem oka Rinah dostrzegł, jak nieznajomy siada na drugim fotelu.

– Powinienem teraz być przy stanowisku pomp awaryjnych – westchnął przybysz. – Drugi raz w tym miesiącu trafia mi się taki pech... Mówiłeś, że jesteś obcy?

– Tak. Z Ziemi.

– Jak udało ci się dostać wizę?

– Jestem pisarzem.

– Aa!... To znaczy, robisz reportaż dla waszej telewizji?

– Nie. Chcę napisać książkę o waszym świecie.

– Książkę... Aha, rozumiem. Nagranie foniczne?

– Nie, po prostu książkę, drukowaną na papierze.

– Nie znam się na tym. To jakieś ziemskie specjalności. Tutaj tego nie używamy.

Rinah milczał przez chwilę, obserwując barwny ekran. Pojawiły się na nim kolorowe figury geometryczne, jakieś uproszczone rysunki i symbole.

– Co się właściwie dzieje? – zagadnął sąsiada. Nie mógł przyjrzeć mu się dokładniej, bo uchwyt fotela nie pozwalał na odwrócenie głowy.

– Stan zagrożenia. Trzeba czekać na dalsze instrukcje.

– Czy mogło się stać coś groźnego?

– Zawsze może się zdarzyć... coś groźnego. Podczas alarmu trzeba przestrzegać instrukcji niezależnie od tego, co się stało.

Na ekranie ukazała się nagle twarz człowieka w srebrzystym kasku. W prawym górnym rogu obrazu pojawiły się cyfry zegara, pokazujące szóstą pięć.

„Dziś o godzinie piątej czterdzieści siedem służba porządkowa wykryła próbę zbrodniczej dywersji w rejonie zaczepów międzysegmentowych. Przystąpiono do usuwania wykrytych ładunków wybuchowych i kontroli wszystkich zaczepów. Do czasu zakończenia akcji obowiązuje stan zagrożenia pierwszego stopnia. Utrzymuje się pełną blokadę przejść i łączności indywidualnej, pełne oświetlenie i przejrzystość, oraz obowiązek śledzenia komunikatów audiowizualnych”.

Twarz z ekranu zniknęła zaraz po wygłoszeniu komunikatu. Znów pojawiły się jakieś figury i symbole, a z głośnika popłynęła poważna, powolna melodia.

– Co to znaczy? – spytał Rinah. – Te ładunki wybuchowe?...

– Nie wiadomo. Może to prawda, a może tylko założenie ćwiczebne. Dowiemy się po odwołaniu alarmu. Jeśli to tylko próbny alarm, to nie potrwa dłużej niż pół godziny. Skończy się na pogadance szkoleniowej. O, właśnie zaczynają!

Z głośnika zabrzmiał donośny sygnał trąbki, jakby dla dobudzenia sennych widzów unieruchomionych przed ekranami. Obraz ukazywał ruchomy model Paradyzji, zawieszonej na tle gwiazd i majestatycznie obracającej się wokół osi.

„W związku z ogłoszeniem stanu zagrożenia – mówił spiker – przypominamy wszystkim mieszkańcom Paradyzji podstawowe zasady ochrony planety. Wśród zagrożeń, jakie mogą występować, wyróżniamy: zewnętrzne, do których zaliczamy zagrożenia spowodowane zjawiskami naturalnymi i zagrożenia militarne, oraz wewnętrzne, które dzielimy na awarie techniczne i działania dywersyjne.

Skutkiem każdego z wymienionych typów zagrożeń może być, po pierwsze, poważne naruszenie warunków biologicznych we wnętrzu jednego lub wielu segmentów; po drugie, naruszenie mechanicznej więzi międzysegmentowej, co spowodować może unicestwienie naszego świata.

Proszę uważnie prześledzić na modelu różne warianty zdarzeń, powodujących wymienione typy zagrożeń...”

Na ekranie ukazał się schematyczny, animowany rysunek, pokazujący w uproszczeniu konstrukcję sztucznej planety. Rinah znał to zagadnienie dość dokładnie. Przygotowując się do podróży, pilnie studiował podobne schematy i opisy.

„Paradyzja jest sztucznym obiektem kosmicznym, stanowiącym największy we Wszechświecie ośrodek osadnictwa orbitalnego. (Komentarzowi towarzyszyły odpowiednie poglądowe obrazy na ekranie). Zbudowana jest w postaci zespołu dwunastu walcowatych elementów, zwanych segmentami. Każdy walec spojony jest z dwoma sąsiednimi wzdłuż tworzącej, stykając się z nimi boczną powierzchnią. Wszystkie walce tworzą zamknięty pierścień, przypominający wieniec łożyska tocznego. Cały ten wieniec obraca się wokół osi symetrii, równoległej do osi wszystkich walców i przebiegającej przez geometryczny środek bryły. Inaczej mówiąc, planeta nasza jest zamkniętym łańcuchem złożonym z dwunastu segmentów-ogniw, który można by porównać do łańcucha Galla, lecz o sztywnej konstrukcji połączeń.

Poszczególne segmenty spojone są systemem zaczepów, których wytrzymałość gwarantować musi zrównoważenie potężnej siły odśrodkowej, powstającej w wyniku obrotu całego układu. Obrót ten – jak wiemy – jest niezbędny do zapewnienia sztucznej grawitacji w każdym z segmentów, skierowanej na zewnątrz pierścienia.

Paradyzja jest jedynym w swoim rodzaju, wspaniałym wytworem sztuki astroinżynierskiej, zaprojektowanym sto lat temu przez twórcę naszej wspaniałej cywilizacji, komandora Cortazara i jego niezrównany zespół specjalistów. Genialna idea, która uratowała naszych przodków i dała początek rozkwitowi naszej społeczności, była powszechnie krytykowana przez ówczesnych Ziemian i osadników z innych, naturalnych planet różnych układów gwiezdnych. Znamy dobrze przyczyny ich niechęci i wręcz wrogości do nas, Paradyzyjczyków.

Niezłomna wola pokoleń sprawiła, że idea Sztucznej Planety Nowego Rodzaju została wcielona w życie, stała się faktem. Jest to dziś solą w oku całej reszty zaludnionego Kosmosu. Wielu jest takich – na Ziemi i gdzie indziej – których marzeniem jest zniszczenie Paradyzji i zawładnięcie bogactwami planety Tartar. Dlatego musimy być czujni i nieufni. Planeta nasza, zbudowana wedle genialnego planu konstrukcyjnego, przez wieki opierać się może wszelkim naturalnym czynnikom destrukcyjnym. Niestraszne jej deszcze meteorów i kosmiczne promieniowania, lodowata próżnia i gorące promienie naszej gwiazdy. Jednak istnieją środki techniczne, które – pozostając w dyspozycji złych, przewrotnych sił destrukcji i przemocy – mogłyby spowodować zagładę Paradyzji wraz ze stu pięćdziesięcioma milionami jej mieszkańców. Wiemy o tym my i wiedzą nasi przeciwnicy. Wśród tych ostatnich znajdują się i tacy, którzy nie zawahaliby się dokonać tej zbrodni.

Musimy wszyscy pamiętać, w jak niezwykłych, jedynych w swoim rodzaju warunkach egzystuje nasze społeczeństwo: od próżni kosmicznej oddziela nas gruba i trwała – lecz przecież nie niezniszczalna – powłoka zewnętrzna. Paradyzja krąży po orbicie wokół Tartaru i każde wytrącenie jej z normalnego toru może grozić katastrofą, upadkiem na Tartar lub ucieczką w nieskończoność; najgroźniejszym jednak z możliwych – a zarazem najbardziej prawdopodobnym zagrożeniem jest rozerwanie pierścienia segmentów, choćby w jednym tylko z dwunastu połączeń. Spowodowałoby to nieuchronne, natychmiastowe rozerwanie wieńca, rozłamanie go na pojedyncze elementy i rozpad Paradyzji na dwanaście niezależnych części rozbiegających się w różne strony Kosmosu, pozbawionych sztucznej grawitacji, wytrąconych z tartaryjskiej orbity, pędzących ku zagładzie – każdy z osobna, by spłonąć w ogniu gwiazdy, rozbić się o powierzchnię Tartaru lub ulecieć w przestrzeń”.

Obraz na ekranie ukazywał w animacji tę apokaliptyczną wizję, a głos spikera, odpowiednio modulowany, potęgował nastrój grozy. Rinah wyobraził sobie, że mogłoby to się zdarzyć podczas jego pobytu w Paradyzji i poczuł niemiły dreszcz przerażenia. Teraz już nie dziwił się ostrożności i nieufności, z jaką traktowano tu obcych. Jeśli nawet przesadą jest twierdzenie, że współczesna Ziemia planuje zniszczyć Paradyzję, to przecież wystarczyłby jeden szaleniec z termonuklearną głowicą...

„Należy więc zawsze pamiętać, że Paradyzja istnieć może tylko  j a k o  c a ł o ś ć  i każde naruszenie więzi mechanicznej, spajającej poszczególne jej segmenty, byłoby zgubne dla wszystkich jej obywateli. Dbałość o bezpieczeństwo jest podstawowym obowiązkiem każdego Paradyzyjczyka. Nie należy przy tym zapominać, że oprócz zewnętrznych zagrożeń istnieją także wewnętrzne. Każdy może być dywersantem, pragnącym zagrozić naszemu najlepszemu ze światów – światu zbudowanemu przez ludzi dla ludzi, planecie zaprojektowanej w każdym szczególe dla optymalnego zaspokajania potrzeb jej mieszkańców”.

Na ekranie pojawiły się znowu barwne piktogramy. Rinah poczuł, że jego głowa uwolniona została z uścisku chwytaka. Spojrzał w stronę sąsiedniego fotela. Tubylec – mężczyzna w średnim wieku, grubawy i czerwony na twarzy, chrapał w najlepsze. Głośnik zabrzęczał krótkim, urywanym sygnałem. Człowiek na fotelu zbudził się, spojrzał wkoło nieprzytomnym wzrokiem.

– Spałem?! – wykrzyknął ze zgrozą i wyrzutem. – Dlaczego mnie nie obudziłeś?!

– Skąd mogłem wiedzieć?... Patrzyłem na ekran. Dla mnie była to dość interesująca pogadanka.

– Tfu, do stu diabłów! – zaklął tubylec. – Dodatkowe punkty karne za zamykanie oczu!

Głośnik obwieścił odwołanie alarmu i zdjęcie blokady przejść. Fotele uwolniły siedzących na nich ludzi, na ekranie ukazała się twarz lektora, zapowiadającego wiadomości poranne.

– Co za fatalny dzień! Co najmniej trzy dziesiąte do tyłu... Kiedy ja to odrobię? – jęknął człowiek w pomarańczowym kombinezonie.

Rozdział VI

Przewodnik zjawił się już około siódmej i powitał Rinaha gorliwymi przeprosinami za poranny alarm.

– Na nasze usprawiedliwienie – powiedział, rozkładając bezradnie ręce – mogę tylko wyjaśnić, że sami nie jesteśmy w stanie przewidzieć terminu kolejnego alarmu ćwiczebnego. System awaryjny ogłasza stan zagrożenia, a obowiązkiem ludzi jest sprawne wykonywanie przydzielonych zadań.

Rinah, choć niewyspany i porządnie głodny, zapewnił przedstawiciela gospodarzy, że doskonale rozumie specyfikę miejscowych warunków. Przybysz nazywał się Alvi, a jego zadaniem – jak oznajmił – było udzielanie gościowi wszechstronnej pomocy podczas poznawania świata Paradyzji. Był młodym, sympatycznym blondynem o pogodnej twarzy i niebieskich, trochę rozbieganych oczach. Znając skrupulatność, z jaką Paradyzyjczycy dbali o bezpieczeństwo swej sztucznej planety, Rinah pomyślał, że zadania Alviego nie ograniczają się do roli przewodnika. Aby uniknąć niedomówień, spróbował nawet wyrazić głośno swe domysły.

– Och, nie! – zaśmiał się w odpowiedzi Alvi. – Teraz już nie korzysta się z takich sposobów. Od dawna zniesiono zasadę wzajemnego nadzoru, a nawet obowiązek meldowania spostrzeżeń. Naszego bezpieczeństwa nie możemy dziś opierać na podstawach tak niepewnych, jak subiektywna obserwacja. Nie tylko przybysze z zewnątrz, ale każdy, bez wyjątku, podlega nadzorowi Centralnego Systemu Bezpieczeństwa. Informacje o wszelkich czynach i zamiarach, mogących naruszyć stan równowagi fizycznej lub bezpieczeństwo planety, docierają natychmiast do głównego rejestru, gdzie są skrupulatnie analizowane. Zapewniam cię, że o próbie zaszkodzenia naszemu światu można tutaj co najwyżej pomyśleć, nic ponadto...

– Czy... systemowi bezpieczeństwa służą także te przejrzyste ściany? – Rinah wskazał na szklane tafle dzielące pokoje.

– W pewnym stopniu, aczkolwiek pośrednio... Ale to dość złożona sprawa. Myślę, że jesteś głodny. Proponuję więc pójść na śniadanie, a potem będzie dość czasu, by wyjaśnić wszystko, czego będziesz ciekaw. A ściany... – Alvi podszedł do jednej z tafli i dotknął jakiegoś punktu w jej dolnej części. – Możesz uczynić je nieprzejrzystymi, jeśli czujesz się skrępowany.

Ściana utraciła nagle przezroczystość i stała się szarobłękitna, jakby ktoś z zewnątrz chlusnął na szkło olejną farbą.

– Ach, więc to tak! – uśmiechnął się Rinah. – To zmienia postać rzeczy. Zastanawiałem się, jak można stale mieszkać w takiej gablotce...

– Można się do tego przyzwyczaić. My bardzo rzadko zasłaniamy ściany naszych pokoi. Porządny człowiek nie ma właściwie niczego do ukrywania w swym codziennym życiu. Szklana, przejrzysta ściana to jakby legitymacja, wizytówka szczerego, uczciwego obywatela. O ile dobrze pamiętam, w którymś ze starych ziemskich utworów literackich była przedstawiona wizja „szklanych domów”. My ją właśnie zrealizowaliśmy. A poza tym, taki wizualny kontakt z sąsiadami stwarza bardzo silną więź między ludźmi, integruje społeczność całego piętra... Ja wiem, dla ciebie, przywykłego do nieprzejrzystych ścian i murów, taki wgląd do sąsiednich mieszkań może wydawać się czymś niewłaściwym. Ale, zauważ, my nie mamy okien na świat, na krajobraz... A właściwie... mamy właśnie ściany, przez które widzi się to, co jest jedynym światem i krajobrazem tej planety – miejsca przebywania innych ludzi. Zapewniam cię, że daje nam to poczucie bezpieczeństwa. Domyślam się, że trudno ci to pojąć...

– Staram się was zrozumieć, a to, co mówisz, przekonuje mnie... w pewnym stopniu.

– Istnieje jeszcze pewne uzasadnienie historyczne... W czasach, gdy nasi przodkowie zaczynali budować wnętrze Paradyzji, mieli do dyspozycji tylko gołe stalowe pomosty, dzielące każdy segment na poszczególne poziomy. W pierwszych latach budowy planety ludzie obozowali grupami na tych rozległych pomostach, a granice obozowisk znaczono białymi liniami na podłodze. Nie było to najwygodniejsze rozwiązanie, ale wówczas stanowiło jedyną możliwość. Sąsiedzi przeszkadzali sobie nawzajem, dzieci hałasowały... Nim jednak powstały ściany mieszkań, wszyscy już zdążyli przywyknąć do takiego stanu, nauczyli się przechodzić bez hałasu przez teren sąsiadów i nie zwracać uwagi na ich prywatne życie. Coś nam z tego pozostało, jakieś nawyki, sentymenty...

– Więc ściany zostały celowo tak zaprojektowane? Skąd wzięliście ten niezwykły materiał?

– Ach, po prostu... zbieg okoliczności – wyjaśnił Alvi, prowadząc Rinaha przez amfiladę kolejnych pokoi w stronę głównego korytarza. – Te płyty, a także mechanizmy napędu rozsuwanych drzwi, w założeniu przeznaczone były do innych celów. Otóż, według pierwotnych zamierzeń, na Tartarze miały powstać gigantyczne szklarnie do uprawy ziemskich roślin użytkowych. Płyty te, wykonane z materiału o nazwie „vardens”, zapewniają możliwość zmiany przejrzystości i gęstości optycznej poprzez działanie odpowiednich potencjałów elektrycznych. Użyte jako okna szklarni, mogą, stosownie do potrzeb, regulować nasłonecznienie upraw i zabarwienie światła, utrzymywać właściwą temperaturę... Są przy tym niezmiernie trwałe i odporne na uderzenia, a więc w praktyce nietłukące. Mogą być, przy zastosowaniu pewnych mechanizmów, przesuwane, żeby otwierać lub zamykać okna szklarni... Jak wiesz, nasi przodkowie, z dobrze ci znanych przyczyn, zrezygnowali z zasiedlenia planety Tartar i stworzyli Paradyzję z materiałów, którymi dysponowali... Vardensowe płyty służą więc teraz innemu celowi...

– Ale za to nie macie świeżych warzyw i owoców... – wtrącił Rinah.

– Mamy konserwowane i mrożone, prosto z Ziemi i innych planet. Na szczęście Tartar obdarowuje nas hojnie swymi zasobami i mamy czym płacić za importowaną żywność...

Znaleźli się właśnie w pomieszczeniu stanowiącym rodzaj samoobsługowego baru.

– Będąc gościem jesteś tu traktowany na równi z nami wszystkimi nie tylko w zakresie obowiązków. Masz takie same prawa i przywileje – objaśniał przewodnik, gdy stanęli przed okienkiem, gdzie odbierało się tace z zestawami śniadaniowymi – łącznie z całodziennym wyżywieniem.

Alvi sięgnął dłonią w stronę okienka, którego szyba uchyliła się. Pobrał tacę, okienko zamknęło się natychmiast, a po chwili podajnik podsunął następną tacę. Rinah w podobny sposób sięgnął po swoją porcję.

– Rozdział żywności i innych towarów powszechnego użytku podlega tutaj centralnemu sterowaniu i kontroli. Identyfikator, który masz na palcu, wysyła nieustannie pewną sekwencję impulsów magnetycznych, zawierającą kod cyfrowy twojego numeru identyfikacyjnego. Pobranie posiłku rejestrowane jest natychmiast w centralnej pamięci komputera. W ten sposób zapewnia się sprawiedliwy przydział wszystkich dóbr konsumpcyjnych: nikt nie może pobrać więcej, niż wynosi jego limit.

– Nie używacie niczego w rodzaju pieniędzy czy żetonów? – zdziwił się Rinah. – Jakże więc wynagradzacie ludzi za ich pracę?

– Być może ekonomista lepiej by ci to wyjaśnił – powiedział Alvi zabierając się do jedzenia, gdy usiedli przy jednym z licznych stolików. – Jestem historykiem... To znaczy wychowuję młodzież, nauczam ją dziejów naszej cywilizacji i zagadnień współczesności. Moje wyjaśnienia mogą więc wydać ci się nieco uproszczone. Ale spróbuję...

Rinah zauważył, że meble w barze były przytwierdzone do podłogi. To, co miał na tacy, wyglądało niezbyt ponętnie, ale w smaku było znośne. Nie zastanawiając się zbytnio nad składem pożywienia, zaczął jeść coś w rodzaju owsianki, popijając płynem z plastykowego kubka.