Wyjście z cienia - Janusz Andrzej Zajdel - ebook

Wyjście z cienia ebook

Janusz Andrzej Zajdel

4,5

Opis

Uciec! Uciec jak najdalej.

 

W osiemdziesiąt lat po pierwszym kontakcie z Obcymi życie na Ziemi toczy się normalnie. Panuje pokój, dobra są rozdzielane dość równomiernie, a gospodarka jest ustabilizowana. Mało kto pamięta o zmorach poprzedniej epoki: o przeludnieniu, głodzie, niedoborze energii i dewastacji środowiska. O astronomicznych sumach przeznaczanych na wydatki zbrojeniowe, na nikomu niepotrzebne badania kosmiczne. Po Wielkiej Wojnie zlikwidowano dawne i zawiłe podziały terytorialne i zastąpiono je nowymi – kwadratami. Nad bezpieczeństwem Ziemi czuwają mieszkańcy Proximy Centaura, którzy rozbili inwazyjna flotę bestialskich Elgomajów. To dzięki pomocy Proksów ludzie zorganizowali się od nowa, to krążące na okołoziemskich orbitach statki Obcych chronią Ziemię przed ponownym atakiem. Proksowie już nie muszą bezpośrednio ingerować w ziemskie sprawy. Ludzie potrafią się już upilnować sami, dla niepokornych i zbyt dociekliwych czekają obozy pracy. Proksowie dyskretnie nas obserwują, w każdej chwili gotowi udzielić braterskiej pomocy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 216

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Posłowie

Marek Oramus

W A R S Z A W A  2018

Opracowanie graficzne serii: Małgorzata Śliwińska

Ilustracja na okładce: Tomasz Maroński

Opracowanie redakcyjne i korekta: Jadwiga Zajdel

Copyright © by Jadwiga Zajdel & Joanna Zajdel-Przybył, Warszawa 2018

Posłowie © by Marek Oramus, Warszawa 2018

Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA Sp. z o.o.

Biuro Handlowe

ul. Nowowiejska 10/12

00-653 Warszawa

e-mail: [email protected]

Redaktor naczelny: Mirosław Kowalski

ISBN 978-83-7578-172-4

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

I. Kaes

Wszystkie mrówki, wypożyczone z wyobraźni Julii Nideckiej,

z podziękowaniem zwraca

autor

Głuchy łoskot wstrząsnął ścianami bunkra. Ktoś stęknął przez sen, po kątach słychać było chrapliwe oddechy śpiących. Z zewnątrz dobiegał narastający, wysoki świst, przenikający poprzez grubą warstwę betonu. Edel naciągnął na głowę róg starego, rozłażącego się koca, lecz niewiele to pomogło: chłód owiał stopy, owinięte dziurawymi szmatami, a świst wiercił nadal bębenki uszu.

Edel wiedział, że to dopiero początek. Kolejny wstrząs i odgłos detonacji, drugie źródło świstu dołączyło do pierwszego, potem jeszcze trzeci, czwarty łoskot... Na wprost szczeliny obserwacyjnej, na ścianie połyskującej od wilgotnych zacieków, zatańczyły pomaranczowozłote odblaski. W migotliwym świetle Edel widział, jak poruszają się ciemne kłęby szmat, kocy, watowanych kufajek, rozlokowane pod ścianami, na podwyższeniach pulpitów, na zestawionych razem ułomkach starych foteli.

Budzili się wszyscy, bo chyba tylko głuchy mógłby spać przy akompaniamencie dokuczliwie powtarzającego się łomotu i wibrujących świstów. „Można by zapchać workami z piaskiem – pomyślał Edel, patrząc w stronę szczeliny w półtorametrowej betonowej ścianie. – Byłoby ciszej, i cieplej. Tylko...” Pociągnął nosem i wyobraził sobie ten sam przykry zaduch, zwielokrotniony brakiem wentylacji. Ponad pięćdziesiąt osób, stłoczonych we wnętrzu bunkra, wytwarzało dość szczególną atmosferę...

Odrzucił przetarty, brudny koc, postawił kołnierz waciaka i opuścił nogi na podłogę. Odruchowo strzepnął źdźbła siana, które czepiały się odzieży, wyłażąc wszystkimi dziurami z siennika, sporządzonego ze starych worków.

Jazgot osiągnął szczyt natężenia, detonacje ustały. Nikt już chyba nie spał, lecz prawie wszyscy, wciągnąwszy głowy pod przykrycia, próbowali przeczekać hałas, nie tracąc resztek ciepła ze swych legowisk. Wydłużony poziomy prostokąt szczeliny świecił teraz prawie równomiernym, żółtawym blaskiem. Edel wiedział, że wygrzewanie silników będzie trwało jeszcze z pięć minut, a potem kolejno zagrzmią dysze startowe.

Popatrzył dookoła, siedząc na legowisku, plecami wsparty o zszarzałą, niegdyś barwną tablicę rozdzielczą, z potłuczonymi szybkami wskaźników i świateł kontrolnych, ułomkami dźwigni i przełączników.

Zeskoczył na beton podłogi i lawirując pomiędzy jęczącymi towarzyszami podszedł do stojącej w kącie beczki. Zaczerpnął z niej blaszanym kubkiem, przełknął parę łyków. Strumyczek wody z dziurawego dna pociekł mu po piersiach, niemile chłodząc rozgrzane snem ciało. Otarł usta, strzepnął krople wody i odwiesił kubek na haczyk. Wrócił do legowiska, wciągnął długie, gumowe buty i poszedł w stronę wyjścia. W krętym labiryntowym korytarzyku, na pryczy ze starych drewnianych skrzynek leżał jeden z grupowych.

– Dokąd? – burknął, nie unosząc głowy.

– Na powietrze. Trudno tu wysiedzieć, a spać się i tak nie da... – powiedział Edel.

– Nie teraz. Łeb ci urwie, jak zaczną startować.

– Tylko do wylotu korytarza i zaraz wracam – powiedział Edel, mijając pryczę.

Grupowy nie odezwał się, odwrócił twarz do ściany i nakrył się z głową. Tutaj, w labiryncie wejścia, było znacznie ciszej niż tam, w bunkrze, przy odsłoniętej szczelinie. Jeśli Edel zazdrościł kiedykolwiek grupowym, to tylko tego właśnie: prawa spania w labiryncie.

W miarę jak zbliżał się do końca tunelu, jazgot narastał do granic wytrzymałości. Edel uskubał waty, wyzierającej z dziur w jego kufajce, i skręciwszy z niej kulki, zatkał uszy. Pomogło, choć nieznacznie, bo świst słyszało się całą głową, całym ciałem jakby. Korytarzyk wznosił się kilkunastoma schodkami do zamkniętego, niskiego włazu. Edel odryglował i uchylił grube stalowe drzwiczki. Hałas uderzył go prawie fizycznie odczuwalną falą, wdarł się przez szczelinę włazu, zadudnił po zakamarkach labiryntu. Edel przeszedł na czworakach przez otwór i zamknął właz od zewnątrz, a potem przebiegł wzdłuż ściany bunkra, schylony w pół, by głowa nie wystawała powyżej niskiej, betonowej jego części, wznoszącej się nad poziom ziemi. Dopadł narożnika. Tuż za nim w ścianie była nisza dość głęboka, by się w niej pomieścić. Wewnątrz było nieco ciszej. Edel osłonił dłońmi uszy i czekał. W prostokącie wylotu niszy widać było kawałek płaskiego krajobrazu, porośniętego kępami ostów i suchą trawą. Łąka kończyła się ciemną ścianą zagajnika, nad którym rozciągało się pokryte obłokami niebo. W świetle, idącym gdzieś z tyłu, zza bunkra, obłoki płonęły złotem i czerwienią. Światło było już prawie nieruchome, równomierne – ustaliło się, jak ten świdrujący, syczący gwizd. Czarny cień bunkra obejmował pas o szerokości kilku metrów przed wylotem niszy.

Nagły ryk uderzył poprzez dłonie osłaniające uszy, wstrząsnął plecami wspartymi o beton, wrócił echem od zagajnika. Obłoki jakby drgnęły na granatowym tle nieba, ich koloryt przeszedł od czerwonozłotego poprzez purpurę aż do głębokiego fioletu, potem zbłękitniały i zjaśniały do oślepiającej bieli. Pas cienia, rzucanego przez nadziemną część bunkra, zwężał się znikając prawie. Źródło grzmotu przemieściło się ku górze, łoskot słabł coraz bardziej, obłoki przygasły. Dziesięć sekund spokoju – bo po tym wszystkim dla zbolałych uszu dawny, nie ustający ani na chwilę świst był jak kojąca cisza, i znowu ryk – dotykalny, chłoszczący huragan dźwięku, powyżej granic wytrzymałości...

Edel ściskał dłońmi uszy, wtulając głowę w postawiony kołnierz waciaka. Czuł, że lada chwila nie wytrzyma, zerwie się, zacznie tłuc głową o beton – byle przestać słyszeć ten dźwięk-ból, choćby za cenę życia.

Znów oddalający się grzmot, ściemnienie obłoków nad horyzontem. Pośpiesznie ściągnął watowaną kurtkę, okręcił głowę, wcisnął ją w najdalszy kąt niszy. Tak było lepiej. Liczył kolejne starty. Jeszcze dwa. Jeszcze jeden. Ten ostatni... Już.

Powoli, z obawą jakby, odmotał podarty waciak. Cisza... Tak zupełna, że aż przerażająca.

Po chwili dopiero przypomniał sobie o wacie w uszach, wydobył ją i usłyszał lekki poszum wiatru. Odetchnął z ulgą. Wypełznął z niszy, rozprostował kark. Wzrokiem ocenił odległość do zagajnika.

„Trzy, cztery minuty czasu... – pomyślał. – Zbyt krótko, by dopaść tam, nim zaczną startować. Na otwartej przestrzeni nie da się znieść tego ryku. Można oszaleć, ogłuchnąć, skonać jak mysz pod szklanym kloszem w eksperymencie z dzwonkiem... W głębi lasu jest pewnie ciszej, trzeba zdążyć... Nie ma innego wyjścia albo tak, albo...”

Wiedział, że chwila startu jest jedynym momentem, w którym można liczyć na opóźnienie pościgu. W zwykłą noc, gdy nie startują rakiety, żaden grupowy nie wypuściłby go samego tak jak dziś.

Podszedł do drzwiczek włazu, otworzył je. Raz jeszcze popatrzył na rozległą przestrzeń, oświetloną teraz tylko kwadrą księżyca.

Gdy mijał pryczę grupowego, usłyszał gniewny pomruk i głos spośród sterty łachów.

– Gdzie łazisz, do cholery? Miałeś zaraz wrócić!

– Byłem tutaj, w labiryncie. Tu najciszej. Nie znoszę tych hałasów, głowa mi pęka – powiedział z nutą znużenia w głosie. – Czyżbyś myślał, że uciekłem?

Odpowiedział mu chichot z pryczy.

– Durniu! – powiedział grupowy. – Nie myśl, że stąd się ucieka. Dokąd byś poszedł? Nie ma takich miejsc...

– Wiem. Oni są wszędzie...

– Oni!... – prychnął grupowy, odsłaniając twarz. Jego oczy, zmrużone i podpuchnięte, mierzyły Edela ironicznym spojrzeniem. W słabym świetle brudnej żarówki, palącej się pod stropem, wyglądał odrażająco, ze swą dawno niegoloną i niedomytą, czerwoną gębą. Edel miał ochotę trzasnąć go pięścią między te zmrużone, chytre ślepia. – Oni... – powtórzył grupowy. – Co mają do tego oni? Czy to za ich przyczyną jesteś tutaj? Sam do siebie możesz mieć żal, nie do nich. Jesteś tu i nigdy nie uciekniesz.

– Ty też – powiedział Edel, gryząc wargi.

– Ja też – zgodził się grupowy. – Tam, dokąd moglibyśmy uciec, nie chcą nas. Burzylibyśmy ich spokój, ich złudzenia. Ludzie nie chcą znać kosztów swojego spokoju. Dlatego jesteś tutaj.

Edel opuścił wzrok. Patrzył na końce swych dziurawych gumowców.

– Znów poszło dwanaście... Prawie dziesięć tysięcy ton netto – powiedział.

– Idź spać. Dwa pociągi czekają na rozładunek, lepiej odpocznij – doradził grupowy. – Będę prał po grzbiecie każdego, kto opóźnia robotę. Nie chcę dostać za was drugiej takiej pamiątki!

Wysunął spod koca lewą rękę. Jego dłoń była pokryta różowymi bliznami, brakowało dwóch palców.

– Wiesz, jak to robią?

– Wiem – powiedział Edel. – I wiem, za co.

– To dobrze.

– Nienawidzisz ich?

– Po co? – grupowy wzruszył ramionami. – A jeśli nawet nienawidzę, to nie bardziej niż was. Przecież za was to mam!

Podsunął okaleczoną dłoń pod nos Edela, a ten odwrócił twarz i powoli ruszył w stronę wnętrza bunkra.

Ułożył się na posłaniu. Przez szczelinę obserwacyjną wpadała smuga błękitnego światła. Edel patrzył bezmyślnie na pokrytą osadem kurzu powierzchnię tablicy kontrolnej, odczytywał wzrokiem wyryte na niej napisy, oznaczenia. Sto lat temu, w tym bunkrze, tacy sami ludzie też osłaniali uszy przed hukiem startujących rakiet. Nawet rakiety były podobne. Teraz stare stanowisko kontrolne kosmodromu służyło jako barak mieszkalny. Barak o półtorametrowych ścianach z betonu. Pewnie jeszcze dawniej bunkier służył jako stanowisko obserwacyjne wybuchów w czasach, gdy teren był poligonem termonuklearnym...

„Historia w skrócie – pomyślał Edel z goryczą. – Wzlot do gwiazd i upadek, wszystko przetrwały te ściany... Czego jeszcze będą świadkami?...”

Bliskość miejsca codziennej pracy okupiona była powtarzającą się co parę dni udręką nocnych hałasów. Ale to było lepsze niż codzienne wielokilometrowe, piesze marsze w dziurawych butach... Przynajmniej dla większości pracujących tu ludzi.

Dla Edela przeniesienie do bunkra mogło oznaczać fiasko zamierzonej ucieczki. Tam, blisko granicy, można było liczyć na sprzyjające okoliczności. Wprawdzie grupowi pilnowali tam znacznie surowiej, lecz i tak udawało się nieraz wyślizgnąć nocą pod samą granicę. Stąd było znacznie dalej, lecz Edel nie tracił nadziei. Byle skończyć podkop i przejść granicę. To był pierwszy etap, pierwszy cel, jaki sobie wyznaczył. Co dalej? Nad tym nie zastanawiał się jeszcze. Cztery lata spędzone tutaj oduczyły go patrzeć zbyt daleko w przyszłość. Realne było „dziś” i ewentualnie – „jutro”. Pojutrze było już mglistym pojęciem – horyzontem czasu, poza który myśl nie sięga.

Edel popatrzył na swoje dłonie z połamanymi paznokciami o czarnych obwódkach. Zacisnął je w pięści, rozprostował. Stawy trzeszczały, ścięgna przeszywały igiełki bólu. „Ta cholerna wilgoć” – pomyślał. Otulił się szczelnie kocem i zamknął oczy.

II. Poprawka z historii

Dzień był od samego rana słoneczny i ciepły, po nocnym deszczu powietrze pachniało świeżością późnej wiosny, kwitnieniem krzewów na skwerach i w ogóle – bliskością wakacji. Tim wyszedł z domu wcześniej niż zwykle. Okropnie nie chciało mu się iść do szkoły. Poprzedniego dnia do późna oglądał w telewizji transmisję sportową i nie przygotował się na dzisiejsze lekcje. Właściwie miał już końcowe oceny ze wszystkiego z wyjątkiem historii. Tim miał pecha do tego przedmiotu albo może po prostu profesor Bruss niezbyt go lubił, dość że przez cały rok było kiepsko z tą historią. W ubiegłych latach, gdy przerabiali starożytność, wieki średnie i czasy nowożytne aż do ostatniej Wojny Światowej, nie było żadnych kłopotów. Dopiero najnowsza historia, obejmująca okres ostatniego stulecia, okazała się dla Tima tak niewdzięczna... Uczył się, czytał dużo, znał wszystkie fakty i wydarzenia – ale wciąż jego odpowiedzi nie zadowalały Brussa, który zawsze się do czegoś przyczepiał...

Dziś historia miała być na pierwszej lekcji i trudno liczyć nawet na poduczenie się pod ławką. Jeśli Bruss wyrwie Tima – dwója murowana i poprawka po wakacjach pewna. Nie, na to Tim nie mógł pozwolić. Już lepiej zrobić unik i przygotować się na następny dzień.

Tim zboczył w alejkę parku, znalazł ławkę ukrytą za krzakiem jaśminu i usiadł. Otworzył podręcznik. „No tak... Ładnie bym wyglądał!” – pomyślał, kartkując książkę. – Dwanaście stron. Temat też jak ocean: „Niezaprzeczalna bezalternatywność naszej jedynie słusznej polityki międzyplanetarnej.” Już sobie wyobrażam te podchwytliwe pytanka: Czy słuszna była błędna kosmopolityka byłej organizacji tak zwanych Narodów jakoby rzekomo Zjednoczonych i dlaczego nie była słuszna, uzasadnić na przykładach... Albo coś w tym rodzaju.

Profesor Bruss był do niedawna zastępcą naczelnego redaktora lokalnej gazety, specjalistą od zagadnień współczesnego świata i historia najnowsza stanowiła jego ulubioną dziedzinę.

Tim zamknął podręcznik, przez chwilę jeszcze walczył z własnym sumieniem, wreszcie wstał z ławki, torbę przerzucił przez plecy i pogwizdując ostatni przebój, zaczynający się od słów:

Popatrz, światło amby w górze lśni.

Czujnie strzeże nas Kosmiczny Brat!

Kocham cię, dziewczyno, uwierz mi,

Szczęście nasze potrwa tysiąc lat...

ruszył w stronę dworca autobusowego.

Nie wiedział jeszcze, dokąd pojechać, lecz było mu to właściwie obojętne, byle jakoś spędzić ten dzień z dala od szkolnych kłopotów i profesora Brussa.

W zasadzie nigdy tego nie robił, lecz tym razem sytuacja była szczególna i Tim ogłosił sobie „stan wyjątkowy”. Żałował tylko, że nie umówił się z Martą, we dwoje byłoby przyjemniej... Ale teraz już było za późno o tym myśleć, a poza tym Marta pewnie i tak nie dałaby się wyciągnąć na wagary.

„A gdybym... tam... – pomyślał, stojąc przed tablicą z rozkładem jazdy i planem linii autobusowych. – Dlaczego by nie zobaczyć wreszcie samemu, jak tam jest...” Wszyscy koledzy już byli, a on, Tim, czasem po prostu wstydził się, że nie ma tego za sobą. Niby drobiazg, a jednak...

*

Autobus pustoszał. Na przedostatnim przystanku wysiadły dwie osoby i Tim spostrzegł, że jest ostatnim pasażerem.

– Jedziesz dalej? – Młody chłopak, kierowca, odwrócił głowę i patrzył, jakby trochę zdziwiony.

Tim przytaknął ruchem głowy, kierowca uśmiechnął się nieznacznie, zamknął drzwi autobusu i ruszył wolno po zniszczonej, pełnej dziur nawierzchni betonowej drogi. Trzęsąc się i podskakując, autobus minął kilka ostatnich domów osiedla i wjechał pomiędzy rozległe pola.

Okolica była pusta, po obu stronach szosy pola sięgały aż po horyzont. Monotonię krajobrazu przerywały tylko małe domki, rozrzucone pomiędzy prostokątami o zróżnicowanej zieleni, dwie długie szklarnie, oślepiająco błyszczące w słońcu, i ledwie stąd widoczny ciągnik z przyczepą, pełznący polną drogą.

Autobus zwolnił. Przez przednią szybę widać było przekrzywiony słupek przystanku i mały placyk z kolistą pętlą wyjeżdżoną kołami zawracających tu autobusów. Dalej widać było niewyraźne pasmo dalszego odcinka drogi, zmierzającej w kierunku odległej, ciemnej smugi lasu. Tim poczuł ucisk w okolicy żołądka i przyspieszone tętno w skroniach. Dłonie lekko drżały, więc zarzucił pasek torby na ramię i schował ręce do kieszeni. Kierowca zawrócił z fantazją, wzniecając obłok kurzu, i zahamował ostro, ustawiając autobus w kierunku powrotnym.

– Koniec trasy – ogłosił, patrząc spod oka na Tima, który wstał powoli z fotela, mruknął „dziękuję” i zeskoczył na zachwaszczone pobocze drogi. Kierowca wysiadł po drugiej stronie i gdy Tim obchodził tył autobusu, spotkali się oko w oko.

– Wycieczka... czy wagary? – spytał domyślnie kierowca. Uśmiechnął się przy tym pobłażliwie. – Wiem, wiem – ciągnął, rozprostowując ramiona i przeciągając się. Szedł za Timem, który niepewnie ruszył naprzód. – Też tutaj byłem, kiedy miałem twoje lata.

Zabrzmiało to śmiesznie, bo mógł mieć o sześć czy siedem lat więcej niż Tim, a mówił jak staruszek, wspominający dawne dzieje.

Tim spojrzał na niego, uśmiechając się nijako. Wolałby już być sam, iść sobie z własnymi myślami tą zapuszczoną, nieużywaną od dawna drogą.

– Chcesz sam to zobaczyć, rozumiem... Każdy kiedyś ma taką chęć. Ale wystarcza ten jeden raz, potem już się nie chce. Nic ciekawego – gadał dalej kierowca. – Ale uważaj, nie idź za daleko!

Nareszcie zatrzymał się, a potem zawrócił. Tim nie obejrzał się. Słyszał tylko oddalające się kroki. Szedł dalej, powoli, pokonując dziwny opór własnych nóg.

W szczelinach spękanego betonu bezkarnie pieniły się dorodne kępy rdestu i kostrzewy. Pobocze porastały wysokie chwasty, chwilami przesłaniające widok pól. Gdy uszedł ze dwieście kroków, usłyszał z dala warkot motoru. Autobus odjechał, Tim poczuł się nagle bardzo osamotniony, lecz nie zwolnił kroku.

Na prawym skraju drogi, ponad chwasty, jak słonecznik, wykwitał znak drogowy – „zakaz ruchu wszelkich pojazdów”, z tabliczką, na której widniał trochę zatarty napis. „Uwaga! Strefa ochronna” – odczytał Tim, podchodząc bliżej.

Minął tablicę i szedł dalej, rozglądając się na boki. Wytężając wzrok, odszukał wreszcie to, czego wypatrywał: niknący na tle nieba ażur wieżyczki, dźwigającej na swym szczycie niewielką kulistą narośl. Przypominała słup wysokiego napięcia, na którym usiadło jakieś skulone stworzenie.

Po przeciwnej stronie drogi, o kilkaset metrów od niej, była druga, taka sama.

Przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się przy następnej tablicy z napisem „Granica. Przekroczenie grozi śmiercią”. O dziesięć kroków dalej drogę przecinała ledwo widoczna cienka linka z pouwieszanymi na niej w niewielkich odstępach kawałkami czerwonej tkaniny, powiewającymi na lekkim wietrze. Linia czerwonych strzępków ciągnęła się w lewo i w prawo, na wysokości pół metra nad ziemią. Linka wspierała się na niskich słupkach, jak elektryczne ogrodzenie na pastwisku. Przed nią rozciągał się kilkumetrowej szerokości pas nieuprawianej ziemi. Dalej widać było łąkę, kilka kęp krzewów i drogę, tak samo zniszczoną jak po tej stronie, wiodącą w kierunku odległej ściany wysokiego lasu.

Tim raz jeszcze odszukał wzrokiem wieżyczki. Zgrubienia u ich szczytów miały kształt elipsoidy. Na szarej powierzchni każdej z nich widać było lśniący punkt, z tej odległości wyglądający jak szkliste oko. Te „oczy” nie były nieruchome. Patrząc przez chwilę, Tim zauważył ich powolne ruchy w pionie i poziomie.

Cyklopowe spojrzenie wieżyczek kontrolnych omiatało strefę wokół linii czerwonych chorągiewek.

Tim był po raz pierwszy w takim miejscu. Czuł się, jakby doszedł do końca – jak ów wędrowiec ze średniowiecznego sztychu, który osiągnął koniec świata, wyobrażony jako kryształowy klosz sfery niebieskiej, co przykrywa płaski krąg Ziemi. Tylko że tutaj nie było tej kryształowej ściany, którą można by przeniknąć, choćby głową – jak ów średniowieczny podróżnik z obrazka. Nie było jej, lecz jednak...

Tim postąpił dwa kroki w stronę granicy, lecz w tej samej chwili mały medalion zawieszony na jego szyi rozbrzęczał się przeciągle. Cofnął się pospiesznie, a potem podniósł z szosy drobny kamyk, zamachnął się i rzucił przed siebie. Śledził lot kamyka, aż do rozbłysku białej iskry, której pojawieniu się nad linią chorągiewek towarzyszył suchy trzask. Kamyk nigdy nie dotknął ziemi po drugiej stronie niewidzialnej ściany, która zamieniła go w obłoczek rozwiewającego się dymu.

Tim patrzył jeszcze przez chwilę wzdłuż pasa starej drogi, przeciętej linią powiewających płachetek, w stronę lasu i krzewów tamtego, nieosiągalnego świata po drugiej stronie. Potem powoli odwrócił się i ruszył w stronę przystanku autobusowego.

Wszystko to wyglądało tak właśnie, jak się spodziewał. Wszystko, czego uczono go od dawna, było prawdą. Wiedział, że było... Wiedza o świecie, jaką mu przekazywano od lat, była sprawdzalna i nie miał podstaw, by poddawać wątpliwościom którykolwiek z jej fragmentów. Wszystko było takie jasne, spójne, uporządkowane, trwałe i powtarzalne. Dawało poczucie stałości, a więc bezpieczeństwa. Było – jedynie możliwe i jedynie słuszne, bez alternatywy. Oczywiste, jak to, że on sam był, istniał, czuł – wśród innych ludzi, wśród ulic i domów, w mieście z ambą pośrodku, z pulwami bezszelestnie płynącymi nad ziemią, z kołyszącymi się tu i ówdzie owalami kapsów...

„... I skąd nagle ten niepokój, to dziwne pytanie: owszem, wszystko w porządku, ale... dlaczego właśnie  t a k?  Dlaczego w  t a k i m  porządku?” – zastanawiał się, przeskakując wyrwy w betonie drogi.

Widać już było autobus, stojący na przystanku. Kierowca stał na poboczu i palił papierosa patrząc przed siebie na szachownicę pól. Tim spojrzał za jego wzrokiem. Na przełaj przez zagony szedł jakiś przygarbiony stary człowiek. Zbliżał się do drogi i stojącego na niej autobusu, lecz szedł jakby coraz wolniej, z ociąganiem. Ubrany był w podarty kombinezon roboczy, ubrudzony ziemią. Twarz miał zarośniętą i brudną o szarobrunatnej, niezdrowej cerze. Tim zauważył, że nie jest tak stary, jak wydawało się z daleka.

Obdartus podszedł z wolna do autobusu i nie patrząc na kierowcę, który bacznie go obserwował, wdrapał się na stopień, a potem ciężko opadł na pierwszy z brzegu fotel. Tim też wsiadł, wrzucił monetę do automatu i schował do kieszeni bilet. Kierowca zajął swoje miejsce, uruchomił silnik i ruszył.

Mijali właśnie zabudowania przedmieścia, gdy nagle autobus zatrzymał się przed jakimś niewysokim budynkiem. Nie otwierając drzwi, kierowca zatrąbił raz i drugi. Z wnętrza budynku wyszedł umundurowany policjant.

– O co chodzi? – rzucił w stronę kierowcy, wychylonego przez okno.

Kierowca pokazał głową za siebie.

– Jakiś włóczęga. Nie zapłacił za przejazd – powiedział otwierając przednie drzwi.

Oberwaniec teraz dopiero spostrzegł, co się dzieje. Skoczył do wyjścia, policjant zastąpił mu drogę, lecz on odepchnął go obiema rękami, wypadł na chodnik i rzucił się do ucieczki.

Ulica, z obu stron zamknięta ciasną zabudową, nie dawała szans. Policjant zagwizdał i pomknął za nim. Dwóch innych wybiegło z drzwi posterunku i dołączyło do pościgu. Uciekinier potykał się, jego zbyt duże, gumowe buty nie pozwalały na szybki bieg. Po chwili policjanci już siedzieli mu na karku. Gdy wprowadzali go do budynku, nie szarpał się już, szedł potulnie, klapiąc dziurawymi gumowcami. Tim zauważył, że na drelichu podartej bluzy, na plecach, przeświecały mu niezbyt starannie zatarte, jaśniejsze od brudnego tła litery.

– Cwaniaczek! – powiedział kierowca głośno. – Myślał, że się uda! Nie potrzeba nam takich gości!

– Kto to był? – spytał Tim, przesiadając się na miejsce za kierowcą, który uruchomił silnik i ruszył.

– Nie widziałeś? Urwał się z kwadratu.

Tim nie pytał o nic więcej, bo nie chciał się zdradzić, że nie wie, co to znaczy.

Ekran celowniczy pokrył się kołami białych rozbłysków, zlewających się na chwilę w świetlistą płaszczyznę, by po kilku sekundach rozpaść się na rój osobnych, kurczących się w miarę oddalania, niebieskawych krążków. Pomiędzy nimi znów można było zauważyć tamte rosnące wciąż złowrogo plamy świetlne, znaczące położenie nacierającej eskadry.

Antyrakiety, biegnące na spotkanie wrogiej formacji, rozpierzchły się nagle, naprowadzone na poszczególne cele... Jeszcze sekundy tylko... Seria błysków zalała ekran oślepiającą bielą. Przesłonił oczy. Gdy spojrzał znowu, kula światła pękła właśnie na mnóstwo drobnych iskier, jak na pokazie sztucznych ogni, spalających się w locie, niknących powoli...

Z całego morza jasności pozostały tylko owe nieubłagane, nacierające światełka. Tim przeliczył je wzrokiem i poczuł paraliżujący strach. Było ich więcej niż przedtem. „...a w miejsce każdej odciętej głowy smoka – trzy nowe wyrastały” – przemknął mu przez myśl urywek dziecinnej bajki. Wparł dłonie w dźwignie i odpalił nową serię antyrakiet...

...Teraz już cały ekran roił się od napastników, coraz bliższych, wdzierających się nieubłaganie, nieuchronnie w strefę obrony. Chciał zerwać się z fotela, lecz ciężar ciała nie poddawał się mięśniom. Tylko dłonie nieskończenie powolnym ruchem uniosły się do ekranu, jakby chcąc zetrzeć z niego przerażający obraz klęski... Nagłe uczucie lekkości, unoszenia się... Jak korek wypierany z dna naczynia, z gęstej zrazu, lecz stopniowo rzednącej cieczy, wyprysnął w górę, w nieważkość, w próżnię...

Otworzył oczy. Kołdra leżała na podłodze, on sam siedział sztywno na posłaniu, zaciskając dłonie na fałdach prześcieradła. Na wprost jego oczu czworokąt okna jaśniał błękitnawym przedświtem. Odetchnął głęboko kilka razy, wciąż jeszcze pod wrażeniem sennego koszmaru, z poczuciem nieuchronności zagłady reduty, której przed chwilą bronił do ostatka... Na przekór lękowi, teraz już z dystansu, utwierdzony w realności jawy, przymknął oczy, by przywołać raz jeszcze obraz walki – obraz utkany wątkiem wyobraźni na osnowie skleconej z urywków oglądanych filmów, z mglistej wiedzy o przebiegu tych dawnych, lecz do dziś wstrząsających wydarzeń...

To był jednak piękny sen... Mając świadomość, że się śni, mogąc w każdej chwili wrócić do rzeczywistości – można by śnić dalej: odpierać huraganowe natarcia wrogiej flotylli, heroicznie bronić swej pozycji, aż do ostatniej rakiety na wyrzutni... A potem... Nieważne, co potem. Na jawie i tak nie ma już wrogów, a gdyby nawet... to i tak chłopcy – tacy jak on – nigdy nie będą zmuszeni ginąć w nierównej, beznadziejnej walce.

Spojrzał w okno. Na tle jaśniejącego porannego nieba, ponad dachami domów, widać było smukły, zwężający się nieco ku górze zarys wysokiej budowli. U jej szczytu płonęła kula pomarańczowego światła. Tim wiedział, że nie zdarzy się nic złego, dopóki płonie ten świetlny sygnał nad miastem, ten znak bezpieczeństwa, znany mu od dziecka. Naciągnął kołdrę z powrotem na tapczan, położył głowę na poduszce i sprawdził czas. Budzik wskazywał wpół do czwartej, mógł więc spać jeszcze dobre trzy godziny.

Teraz, leżąc, widział w oknie tylko niebo. Błyszczała na nim jeszcze jedna gwiazda – a może planeta – której blasku nie zdołał stłumić nastający świt. Tim zamknął oczy.

*

We wtorki dwie pierwsze lekcje odbywały się w pracowni biologicznej. Tim przyjechał do szkoły nieco wcześniej niż zwykle. Autobus tym razem nie spóźnił się, nic go nie zatrzymało w drodze i gdy Tim wszedł do pracowni, było w niej dopiero dwóch uczniów. Pod nieobecność nauczyciela myszkowali po kątach, wywlekając z zakamarków starych szaf jakieś dziwaczne eksponaty: rozsypujące się szkielety drobnych ssaków, słoje z żabami w spirytusie, wypchane zwierzęta, jakieś zakonserwowane glisty, tasiemce i inne paskudztwa.

Tim nie lubił brać udziału w takich hecach. Nie było sensu narażać się biologowi. Wystarczyło, że historyk miał już na niego oko. Tim czuł, że lada dzień będzie musiał odpowiadać z historii, i świadomość ta przyprawiała go o lekki rozstrój nerwowy. Ot, choćby te senne koszmary... Przecież to skutek przeuczenia!

Tak to sobie w każdym razie tłumaczył, ale kuł dalej, bo sytuacja była fatalna...

Teraz też, korzystając z paru minut, jakie zostały do dzwonka, wydobył podręcznik i zaczął powtarzać ostatnia lekcję.

Tymczasem Alf i Marek dobrali się do pliku zakurzonych plansz poglądowych, wsuniętych głęboko za szafę. Wywlekli je stamtąd i przeglądali po kolei, szukając zapewne jakichś pikantniejszych przekrojów anatomicznych. Coś tam znaleźli, bo prychali i chichotali, odczytując półgłosem napisy.

– O, zobacz! Rozmnażanie się ryb... Ee, to nieciekawe... A tutaj... Narządy płciowe skorupiaka...

– Ty, Alf! – powiedział nagle Marek. – Zobacz, co to? Widziałeś coś takiego? Co to za potwór?

Tim uniósł głowę znad książki. Chłopcy przyglądali się wizerunkowi dziwnego stwora o sześciu nogach, z okrągłą główką zaopatrzoną w potężne szczypce i dwie długie witki czułków.

– Formica rubra. Mrówka czerwona – odczytał Alf. – To jakiś owad...

Przecież to jest skala pięćdziesiąt do jednego. W rzeczywistości ma kilka milimetrów.

– Nigdy nie widziałem... A tutaj jest napisane, że „... liczne odmiany, pospolite na wszystkich kontynentach...” – powiedział Marek. – Zaraz, zaraz... Coś słyszałem... Chyba to były jakieś szkodniki czy coś takiego. Wydaje mi się, że je wytępiono...

Próbowali wsunąć planszę z powrotem, lecz oparła się o coś i ani rusz nie chciała się schować. Łeb owada z nastroszonymi czułkami wystawał uparcie zza szafy, demaskując poczynania ciekawskich uczniów. Właśnie w tym momencie do pracowni wszedł profesor Unger i oczywiście zaraz zobaczył tę nieszczęsną mrówkę. Tego, co działo się potem, chłopcy nie potrafili sobie w żaden sposób wytłumaczyć.

Profesor stanął nagle na środku sali, jakby owa mrówka była bazyliszkiem, porażającym tego, na kogo patrzy. Stał tak przez kilkanaście sekund, z oczami wytrzeszczonymi, z ręką zawisłą w pół ruchu; następnie skoczył nagle w stronę planszy, wyszarpnął ją zza szafy, a potem, jeszcze szybciej, wsunął z powrotem, i tym razem nie chciała się schować, więc odwrócił ją obrazkiem do ściany.

Teraz dopiero odprężył się nieco, zwrócił się do uczniów i patrzył na nich, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć.

– To... jakieś nieporozumienie... – bąknął wreszcie. – Pojęcia nie mam, skąd się to tutaj wzięło... Uczę tu dopiero od półrocza, nie wiedziałem...

Wyglądało na to, że się usprawiedliwia! Chłopcy stali z opuszczonymi głowami, gotowi przyjąć naganę za buszowanie po pracowni – a on po prostu... usprawiedliwia się! Dlaczego?

– My... chcieliśmy zrobić trochę porządku – powiedział Marek, jak zwykle pierwszy odzyskując kontenans. – Tyle tu kurzu...

– Bardzo was  p r o s z ę,  nigdy mi tu nie róbcie porządków! – Profesor powiedział to niepewnym, drżącym głosem. – Sam tu uprzątnę, wyrzucę, co niepotrzebne.

– Ale... – ośmielił się Alf. – Co to było, ta Formica...?

– Nic, zupełnie nic... – odpowiedział profesor gwałtownie. – Proszę, zapomnijcie o tym, nikomu ani słowa... To... nieistniejący gatunek, nie ma takich owadów, w ogóle nie ma... To... pomyłka. Nie ma tego w programie nauczania i w ogóle... Wiecie, jak to bywa... Kiedyś wierzono w węża morskiego i inne bzdury... Po prostu pomyłka uczonych... Więc umówmy się, nie widzieliście tej planszy, dobrze?

Wszyscy trzej skinęli głowami, profesor uśmiechnął się i jakby uspokoił. Do pracowni wchodzili już następni uczniowie, po chwili zadźwięczał dzwonek.

Unger wywołał do odpowiedzi wszystkich trzech. Zadał im śmiesznie łatwe pytania i postawił oceny bardzo dobre. Na przerwie Tim podszedł do Marka.

– Co mu się stało? – spytał. – Jak myślisz?

– Nie wiem, ale chyba się czegoś śmiertelnie przestraszył. Przekupił nas zupełnie wyraźnie. To odpytywanie było szyte grubą nicią...

– Trzeba to zbadać, zapytać kogoś o te...

– Ty, uważaj! Niech się tylko dowie, to nas urządzi na sam koniec roku! Lepiej siedźmy cicho, dopóki nie wystawi ocen na świadectwo.

– Masz rację. Zagadnę ostrożnie kogoś zaufanego.

– Dobra. Ja też... Do licha, ale się zapowietrzył, jak zobaczył ten obrazek! Nigdy go nie widziałem z taką głupią miną...

*

Tim wracał ze szkoły pieszo. Mama poleciła mu kupić parę rzeczy, więc wystał się w kilku kolejkach, bo akurat były to godziny szczytowego ruchu w sklepach. Był już i tak spóźniony na obiad, a na domiar złego na ulicy stał imponujący korek: trzy rzędy samochodów, autobusy uwięzione w zatokach przystanków, potok pieszych na chodnikach. Korek ciągnął się przez kilka kolejnych skrzyżowań, blokując ruch w przecznicach. Tutaj, w starej dzielnicy miasta, gdzie mieszkał Tim, każde zakłócenie w komunikacji było klęską, szczególnie w godzinach nasilonego ruchu.

Kierowcy przywykli do takich sytuacji, czekali dość spokojnie, z rezygnacją, aż strumień pojazdów znowu ruszy. Niektórzy wysiadali i wsparci o maski swych wozów, wspinając się na palce próbowali zobaczyć, co dzieje się z przodu. Tim posuwał się skrajem chodnika, lawirując zręcznie pomiędzy przechodniami. Już z daleka spostrzegł, co się dzieje. Na środku skrzyżowania Alei Północnej z ulicą Kwiatową błyskało niebieskie światło wozu policyjnego.

Ruch był zatrzymany dla obu przecinających się kierunków. Na skraju chodników stali przechodnie, oczekując na możliwość przejścia na drugą stronę. Tim wcisnął się w szpaler ludzi na krawężniku i spojrzał w lewo, wzdłuż Kwiatowej.

Do skrzyżowania zbliżał się ogromny toran, poprzedzany przez dwie pulwy.

Masywna bryła toranu płynęła bezgłośnie i powoli ponad dachami stojących samochodów, nad samym środkiem ulicy. Obie pulwy sunęły po bokach, nieco niżej i blisko krawężników. Zbliżały się właśnie do skrzyżowania. Stojący na chodnikach ludzie patrzyli w milczeniu, jak wydłużony korpus toranu przepływa majestatycznie w ślad za obłymi cielskami pulw. Kilka rąk podniosło się w geście pozdrowienia, ktoś wzniósł okrzyk, tłum stojących wzdłuż ulicy zawtórował, zamachał dłońmi. Tim także podniósł rękę i pokiwał w kierunku toranu.

Wszyscy cierpliwie czekali, aż kawalkada minie skrzyżowanie, a potem pospieszyli, każdy w swoją stronę. Sznur samochodów ruszył, najpierw Aleją Północną, a potem, gdy toran zniknął za zakrętem Kwiatowej, kierując się w stronę amby, wóz policyjny podążył jego śladem, a za nim pozostałe samochody, posłuszne gestom policjantów regulujących ruch na skrzyżowaniu.

Tim patrzył przez chwilę na oddalający się toran. Gdyby miał więcej czasu, chętnie poszedłby za nim, by zobaczyć, jak będzie dokował. Spieszył się jednak, a zresztą – toran jak toran, rzecz normalna. Widział to już nieraz. Przerzucił torbę przez ramię i ruszył w kierunku domu, znów przeciskając się pomiędzy spieszącymi w różne strony przechodniami.

– Pałętają się, cholera, akurat w godzinach szczytu! – usłyszał nagle za sobą. – Jakby nie mogli zaczekać... Tylko zamieszanie robią tymi swoimi defiladami...

Tim obejrzał się. Szło za nim dwóch mężczyzn. Obaj wyglądali na lekko podchmielonych.

– A kto im zabroni? – powiedział drugi. – Widocznie muszą...

– Tak, muszą... A my musimy się cieszyć, że...

– Zamknij się – syknął ten drugi. – Źle ci tutaj?

Tim przyspieszył kroku. Domyślił się, o czym mówili dwaj mężczyźni, lecz nie rozumiał, co tak denerwowało jednego z nich. Przecież to zupełnie normalna sprawa, nad ulicą przechodzi toran. Trzeba zaczekać, przejdzie i pójdzie sobie dalej. Po co się niecierpliwić. To tak, jakby ktoś się złościł, że wiatr wieje albo że pada deszcz. Niby można, ale... po co?

*

Gabinet prezentował się okazale: piękne, stare meble, fotele pokryte puszystym futrem, obrazy w złoconych ramach... Sam kwadratowy, drobny, niewysoki mężczyzna, może pięćdziesięcioletni, niknął po prostu na tle tego dostojnego otoczenia. Wyglądał na zagubionego także wśród problemów, które spadały na jego barki. Warnelowi było trochę głupio na myśl, że zajmuje swoimi prywatnymi sprawami cenny czas i uwagę tak zapracowanego człowieka.

Kwadratowy jednakże sam rozgadał się, rozluźnił – czy to dlatego, że czuł potrzebę od czasu do czasu otworzyć przed kimkolwiek swoje wnętrze, czy wręcz uznał Warnela za osobę na odpowiednim poziomie, zdolną zrozumieć jego trudności.

– Bardzo miło, docencie, że przyszedł pan do mnie osobiście – mówił wylewnie, częstując Warnela kawą. – Załatwimy, rzecz jasna, pańską sprawę. To po prostu niedopatrzenie Wydziału Zagranicznego, dawno powinien był pan otrzymać te żetony. Wysoko cenimy wasz instytut. Jesteście placówką naukową bardzo potrzebną na naszym terenie, znają was też za granicą. Należą się wam pewne przywileje. Nie mamy przecież z wami żadnych kłopotów... Wy, naukowcy, jesteście ludźmi odpowiedzialnymi, rozumiecie świat lepiej niż ktokolwiek inny. Gdyby wszyscy tak jak wy...

Kwadratowy tęsknie westchnął i zapadł się w miękki fotel po drugiej stronie niskiego stolika, na wprost Warnela.

– Ludzie są tacy nieodpowiedzialni – podjął po chwili. – Jakby nie pojmowali pewnych podstawowych prawd. Jestem w stanie zrozumieć naiwnych prostaczków, ludzi bez wykształcenia, którym może coś się wydawać, mogą ulegać nieodpowiedzialnym podszeptom. Ale ostatnio na przykład mam kłopoty ze szkolnictwem. Musiałem odwołać kilku nauczycieli za karygodne zaniedbania na polu edukacji młodzieży... W jednej ze szkół, niech pan sobie wyobrazi, uczy się młodzież o... mrówkach! Pan rozumie, co to znaczy?! Ktoś rozpowszechnia niedopuszczalne informacje, a ja ponoszę konsekwencje. Może się wydawać, że mam tu miłą, spokojną pracę, ale to pozory... W każdej chwili, pojmuje pan, w każdej chwili muszę trzymać rękę na pulsie...

Zadzwonił jeden z telefonów na biurku. Kwadratowy poderwał się z fotela, podbiegł i uniósł słuchawkę. Notował coś pilnie, zgięty nad biurkiem. Warnel dostrzegł lekkie drżenie dłoni trzymającej pióro. Wysoki urzędnik wyglądał na zaniepokojonego.

– No proszę!... – rzekł wracając na fotel. – Znów jakieś incydenty. Pojęcia nie mam, skąd się to bierze! Młodzież jest w dzisiejszych czasach wyjątkowo źle wychowana.

– Stało się coś?

– Na szczęście nic groźnego. Ale oni o wszystkim wiedzą i zaraz interweniują. Kiedyż nareszcie społeczeństwo dorośnie do naszej cywilizacji? Jak można przez osiemdziesiąt lat nie zrozumieć i nie docenić roli naszych kosmicznych braci... Dobrze, że większość społeczeństwa przejawia zdrowy rozsądek... Oni tyle dla nas zrobili, że po prostu czarną niewdzięcznością jest wszelkie powątpiewanie w słuszność i celowość ich wytycznych... Czy kiedykolwiek w historii Ziemi mieliśmy tak długi okres spokoju, tak równomierny podział dóbr, tak ustabilizowaną gospodarkę... Zna pan sytuację z końca ubiegłego wieku: przeludnienie, głód, niedobory energii, dewastacja środowiska... A równocześnie – ogromne obszary niewykorzystanych terenów, astronomiczne sumy przeznaczone na wydatki zbrojeniowe, na badania kosmiczne, na setki celów nie mających nic wspólnego z polepszeniem bytu człowieka na tej planecie. Nie było perspektyw wyjścia z impasu, nikt nie potrafił dać realistycznej recepty na naprawę sytuacji, na zawrócenie naszej cywilizacji z tej drogi do samozagłady... Pomijam już kwestię inwazji, bo to czynnik obiektywny, losowy przypadek... Ale trzeba było dopiero kogoś, kto chłodnym, acz przychylnym okiem spojrzałby z zewnątrz na nasz świat, uporządkował, nadał mu właściwy kierunek... Ktoś stokroć od nas mądrzejszy, bardziej doświadczony, a równocześnie – nie wykorzystujący swej przewagi na naszą szkodę... Pamięta pan, docencie, jakie mieliśmy trudności z obsługą w urzędach pocztowych? To tylko maleńki, wycinkowy przykład, świadczący o tym, że jesteśmy czasem ślepi na najprostsze rozwiązania, uwikłani w irracjonalne, tradycjonalistyczne uprzedzenia! Od chwili gdy wprowadzono obowiązkową, drobną opłatę od każdego interesanta – ten przysłowiowy grosik do puszki, dla urzędnika w okienku – sytuacja odmieniła się diametralnie! Teraz nikt nie zawraca głowy kupnem jednego znaczka pocztowego, bo musi przy tym wnosić dodatkową opłatę w tej samej wysokości, co przy kupnie dziesięciu... A urzędnicy dwoją się i troją, by szybko obsługiwać, by mieć jak najkrótszą kolejkę przy okienku... Wprost biją się o klientów, wywieszają tabliczki: „U mnie najszybciej”, nie robią łaski, są grzeczni, żeby ściągnąć do siebie interesanta, prześcigają się w uprzejmości! Im szybciej pracują, tym większą otrzymują premię od klientów, i to bez żadnej progresji podatkowej! Czy pan sobie wyobraża, co by było, gdyby to wymyślił ktoś z zarządu poczty? Podniósłby się krzyk – że legalne łapówki, napiwki... A to tylko puste słowa! Liczy się efekt: uzdrowienie sytuacji w urzędach! Albo sprawa kar za zakłócanie porządku publicznego... Dawniej były różne sposoby karania, i wszystkie mało skuteczne, Teraz, odkąd wprowadzono karę publicznej chłosty, chuliganów po prostu nie ma. Chuligan też ma swój honor, to jego najczulsze miejsce... Ale my, w naszym zapleśniałym humanitaryzmie, nigdy byśmy nie wpadli na to proste rozwiązanie! Mówiłoby się: nawrót do średniowiecza, poniżenie ludzkiej godności... A ludzka godność tych, co dostają po łbie od łobuza w ciemnej ulicy? Naprawdę, docencie, potrzeba było obiektywnego spojrzenia na nasz świat, skutecznych rad i mądrych zarządzeń... Zresztą nauczyliśmy się już rządzić sami... Oni właściwie nie ingerują w nasze sprawy. Pomogli nam zorganizować świat wedle ich recepty, a teraz tylko dyskretnie czuwają, gotowi pomóc w razie trudności...

Kwadratowy otarł pot z czoła i przymknął oczy, zmęczony widać tym monologiem.

– Tak, tak, docencie... Winniśmy im wdzięczność. Musimy trzymać w garści to wszystko, co pomogli nam tak sprawnie zorganizować. A tych, którzy będą nam przeszkadzali, przywołamy do porządku. Muszą przyjąć to, co jedynie słuszne i racjonalne. Nie ma alternatywy dla naszej cywilizacji. Wszystko inne wypróbowali bez powodzenia nasi przodkowie... Dostanie pan swoje żetony. Proszę wybaczyć, że czekał pan tak długo. Moi urzędnicy są ostrożni, teraz tyle różnych nieodpowiedzialnych osób chce wyjechać za granicę. Później są tylko kłopoty z przemytem... Czego to ludzie nie przewożą...

Ale do was, naukowców, mamy zaufanie. Wy rozumiecie nasze racje i uwarunkowania. A tak na marginesie, docencie, dlaczego tak niewielu członków liczy w waszym instytucie Klub Kontaktów Kosmicznych? Wie pan przecież, jaką wagę przywiązujemy do zdecydowanego demonstrowania przyjaznych uczuć względem naszych kosmicznych opiekunów. Nikogo, oczywiście, nie zmuszamy, ale przynależność do Klubu poniekąd świadczy o szczerym zaangażowaniu we współtworzenie naszej nowej cywilizacji...

– Mamy tak poważne zadania... – bąknął Warnel, nieco zmieszany. Sam nie był członkiem KOKOSU. – Po prostu nie ma się kto tym zająć...

– Tak, rozumiem... – Kwadratowy uśmiechnął się przyjaźnie i wstał.

– Wrócimy jeszcze do tej sprawy. Do widzenia, docencie. Życzę owocnej pracy dla dobra naszego Kwadratu.

Warnel wyszedł z gabinetu. W okienku na dole odebrał żetony i opuścił gmach Rady. Idąc w kierunku instytutu minął ambę, pod którą kręciło się parę kapsów.

„Trudno mu się dziwić – myślał o kwadratowym. – Jest między młotem a kowadłem... Jeśli nie utrzyma tego wszystkiego we względnym porządku, osobiście dostanie za swoje... A jeśli narazi się wyborcom, to też źle... Taki sam człowiek jak każdy; tyle że musi wierzyć bardziej niż inni w słuszność spraw, którymi kieruje. Trudna rola. Ale w sumie sympatyczny facet, nie można powiedzieć...”.

Warnel był zadowolony, że tak łatwo udało mu się uzyskać żetony. Trzeba było od razu iść i porozmawiać z samym kwadratowym. On jeden może coś zrobić na własną odpowiedzialność. Wszyscy inni mają swoich zwierzchników, którzy mają z kolei swoich... Błąd może kosztować wiele, nikt nie lubi brać odpowiedzialności na własną głowę. Licho wie, co potem może wyniknąć. Naukowcy wbrew pochlebnym oświadczeniom kwadratowego nie cieszą się tak nieograniczonym zaufaniem. Przynajmniej nie wszyscy. Są na tyle inteligentni, że potrafią ukryć swoje prawdziwe myśli pod płaszczykiem pozytywnych, lojalnych ogólników.

Władze boją się, może nie tyle samych naukowców, co ich nieznanych myśli i poczynań. Nigdy nie wiadomo, który nagle wymyśli coś, czym utrudni i tak nie prostą sytuację...

Docent Beniamin Warnel zdawał sobie z tego sprawę i nie miał najmniejszych złudzeń w sprawie szczerości tej sympatii dla naukowców. Chodziło zapewne w głównej mierze o to, by zademonstrować dobrą wolę i przychylność. Ale w tym przypadku nie miały znaczenia motywy i pobudki; ważne były żetony, a te miał w kieszeni.

Wstąpił do sklepu, by kupić bułki na drugie śniadanie, lecz wyszedł z pustymi rękami, bo pieczywo było czerstwe, a świeżego jeszcze nie dowieźli. Nie było też ani kawałka żółtego sera, który przywykł jadać w pracy, a na nic innego nie miał ochoty. Nie przejął się tym specjalnie, drobne trudności żywnościowe zdarzały się od czasu do czasu, był do tego przyzwyczajony od dzieciństwa. Równocześnie dobrze wiedział jeszcze ze szkolnych podręczników historii o tragicznych klęskach głodu nawiedzających niektóre rejony Ziemi w czasach przedinwazyjnych.

Teraz przynajmniej nikt nie umierał z głodu, wszystko dzielono równomiernie i nie można było mieć do nikogo pretensji, że czasem czegoś brakuje. Instytuty – takie jak ten, w którym pracował, robiły wszystko, by poprawić sytuację. Cała uwaga nauki skupiona była od lat na problemach rolnych i hodowlanych. Spełniono postulaty stawiane już dawno przez przeciwników nadmiernych wydatków na rozwój dziedzin niezwiązanych z konsumpcją. Tylko że w ten sposób produkty rolne i hodowlane stały się głównymi i jedynymi artykułami eksportu pozaplanetarnego, którymi trzeba było pokrywać koszty istniejącego status quo. Ale to była cena wynikająca z obiektywnych uwarunkowań – jak dawniej haracz wydatków zbrojeniowych, obciążający budżety mocarstw przedinwazyjnego świata...

Nie wstępując już nigdzie po drodze, Warnel dotarł do instytutu. Dopiero w murach budynku, w swoim laboratorium, poczuł się pewniej, jakby osłonięty przed czyimś śledzącym spojrzeniem. Zdawał sobie sprawę, że od chwili, gdy otrzymał żetony, może być poddany szczególnej „opiece”. Odruchowo starał się kontrolować nawet własne myśli, choć nie było to konieczne.

Gdy zamknęły się za nim drzwi pracowni, zdjął natychmiast z szyi tasiemkę z zawieszonym na niej identem i schował do lodówki. Ostrożność nie zawadzi. Ostatnio mówiło się, że niektóre identy są na podsłuchu, jeśli nie stale, to przynajmniej wyrywkowo. Nie wiadomo zresztą, czy to nie plotka, ale identy były wykonywane według licencyjnej dokumentacji, dostarczonej przez Proksów, i nikt nie wiedział dobrze, do czego służą zawarte w nich mikroukłady. Jeśli ident odbierał, na przykład, sygnały ostrzegawcze w miejscach, gdzie człowiekowi nie wolno przebywać – przy granicy czy w pobliżu amby – to równie dobrze mógł nadawać licho wie co i dokąd...

Warnel zatrzasnął lodówkę, przekręcił klucz w drzwiach, odsunął na bok zalegające biurko papiery i czasopisma fachowe i wyjął z szuflady kartonową teczkę, zatytułowaną „Zwalczanie pasożytów”. Otworzył ją i przerzucił kilka pierwszych stron rękopisu, traktującego o pasożytniczych szkodnikach roślin, odsłaniając na kolejnym arkuszu odręczny szkic jajowatego tworu, z naniesionymi drobnym pismem wymiarami i objaśnieniami jego zewnętrznej budowy.

*

Film był dość nudny. Marta też tak uważała. Rozmawiali o tym, wracając z kina przez jasno oświetlone ulice śródmieścia. Oboje ziewali potężnie, oglądając kolejną wersję przygód Dzielnego Kosmonauty walczącego z kosmicznymi potworami.

– Chyba wyrośliśmy już z tego – powiedziała Marta. – Kiedyś może to było fajne, ale teraz... Wolałabym obejrzeć coś poważniejszego. Mogłoby być nawet o zwykłych ludziach, o życiu w innych kwadratach...

– Chciałabyś podróżować?

– No pewnie! Choćby niedaleko, do sąsiadów zza granicy. Mam już dosyć wakacji u ciotki i tych podmiejskich wycieczek.

– Wiesz – powiedział Tim, starając się, by zabrzmiało to w miarę obojętnie – ojciec dostał żetony na wyjazd. Dla siebie i dla mnie...

– Bujasz! – Marta aż zatrzymała się z wrażenia. – Jak to załatwił? My też składaliśmy podanie, ale...

– Starał się od trzech lat i wreszcie mu dali. Wczoraj dowiedział się o tym.

Tim czuł, że dziewczyna zazdrości mu tej niezwykłej atrakcji. Każdy by zazdrościł.

– Dokąd pojedziecie?

– Niedaleko. Do 52-14, tam mieszka brat ojca. Jest leśniczym... Pojedziemy na cały tydzień.

– Zobaczysz prawdziwy las! – wykrzyknęła jakby z wyrzutem. – Tak bym chciała być kiedyś w lesie...

Ścisnął ją za rękę. Patrzyła w płyty chodnika, ale Tim czuł, że dziewczyna wyobraża sobie zielony mech pod stopami.

– To musi być bardzo piękne: podróżować w różne strony... zobaczyć las, góry, jeziora, ocean... Co mi przywieziesz z lasu? – spytała nagle, spojrzawszy mu w oczy.

Zmieszał się. Nie pomyślał o tym wcześniej.

– No... nie wiem, co wolno przewozić... Ale... dowiem się i na pewno coś przywiozę... – Nie wyobrażał sobie nawet, co by to mogło być.

Las znał właściwie tylko z filmów i ze szkolnego podręcznika botaniki. Sam czuł się trochę niepewnie, gdy sobie przedstawił tłum drzew i krzewów, ciasno stłoczonych wokół niego.

– Dlaczego tak trudno jest dostać żeton na podróż zagraniczną? – spytała nagle Marta, gdy zatrzymali się pod jej domem.

– Wiesz przecież... – powiedział. – Musi być porządek, racjonalna gospodarka i polityka ludnościowa... Poza tym chodzi o zachowanie równowagi...

– Wiem, wiem... Tylko... czasem się zastanawiam, czy koniecznie tak musi być...

Popatrzył na nią zdziwiony. Nad czym tu się zastanawiać? Pociągnął ją lekko pod ścianę domu, by znaleźli się poza kręgiem światła najbliższej latarni. Pocałował ją, a potem potargał jej krótko ostrzyżone włosy. Trzepnęła go za to po dłoni, powiedziała „cześć” i zniknęła w drzwiach.

Tim wracał do domu nie śpiesząc się zbytnio. Lubił być na ulicy wieczorem wśród przechadzających się ludzi. Obserwował ich, próbował odgadnąć, co myślą, kim są... Czuł się dobrze i bezpiecznie w tym mieście, które będąc dzieckiem znał tylko za dnia. Teraz poznawał je o zmroku i późnym wieczorem. Było inne w świetle latarń, z leniwym ruchem pojazdów i przechodniów. Pomarańczowe światło u szczytu amby lśniło jaskrawiej niż za dnia, ale o tym wiedział już dawno.

Widział je co wieczór z okna swojego pokoju. Od najmłodszych lat skojarzył je sobie z pojęciami bezpieczeństwa, czuwania, opieki...

Było jednak coś szczególnego, odmiennego w nocnym widoku miasta. Odkrył to już dość dawno, a teraz tylko szukał potwierdzenia tej prawidłowości: nocą na ulicach prawie nie widywało się kapsów! W dzień spotykało się zawsze kilka, stały w różnych miejscach, przeważnie na skwerach, trawnikach, czasem na brzegu chodnika, lekko się kołysząc, pojedynczo, a jeszcze częściej – po dwa, obok siebie. W pobliżu zwykle stała gdzieś niewielka pulwa, niekiedy nad ulicą wisiał bez ruchu ogromny cygarowaty kształt toranu.

Teraz, wracając do domu, Tim też nie spotkał kapsów, choć przeszedł pieszo pół miasta, od Centrum Handlowego do Starej Dzielnicy. Dopiero tuż przy domu, na pasie trawnika rozdzielającym dwie jezdnie Alei Północnej, dostrzegł pulwę.

Spoczywała na trawie, jak wielki żółw, nieoświetlona, z otwartym kolistym włazem. Tuż obok niej chwiał się pojedynczy kaps.

Tim zatrzymał się na chodniku. Od kapsu dzieliła go tylko szerokość jezdni, mógł więc dokładnie widzieć jego szarą powierzchnię, matowo połyskującą od strony oświetlającej go latarni. Kaps chwiał się dość wyraźnie.