Gdy ucichną miasta - Katarzyna M. Jurkowska - ebook

Gdy ucichną miasta ebook

Katarzyna M. Jurkowska

4,7

Opis

Ula ma 15 lat. Zabrano jej wszystko. Rodziców, rodzeństwo, dom. Zostaje wywieziona ze swojego rodzinnego miasta – Warszawy. Nieoczekiwana wojna zalewa jej nastoletni, uporządkowany świat. Jest rok 2023. Po burzy następuje cisza. Na zgliszczach starego świata powoli wyrasta nowy. Przetrwają tylko najsilniejsi, najsprytniejsi i najszybsi. Ula musi błyskawicznie odnaleźć się w postapokaliptycznej rzeczywistości. Dorosnąć, dopasować. Mijają lata…

Gdy jej przyjaciele zostają uwięzieni, Ula podejmuje się czynów, które dalekie są od krystalicznie czystych. Zrobi wszystko, by uratować swoją nową rodzinę i znaleźć odpowiedź na pytanie: kim jestem? W jej przypadku rozwiązanie tej zagadki jest wyjątkowo skomplikowane, bo… dziewczyna odkrywa, że stała się mutantem, a w jej krwi ukryto wielką i groźną tajemnicę. Rozpoczyna się bezlitosna walka: o przyjaźń, o miłość i o własne człowieczeństwo.

Kto je zachowa, a kto bezpowrotnie utraci? Czy Ula zdoła ocalić przyjaciół i nie zdradzić przy tym swojego sekretu? Wróg czyha za każdym drzewem, za każdą zburzoną ścianą, na każdej coraz bardziej zarośniętej ulicy…

W nowym świecie istnieje tylko jedna zasada.
Nie dać się złapać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 504

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (235 ocen)
189
30
15
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MadelaineMadi

Nie oderwiesz się od lektury

Z całego serca polecam, nie da się oderwać od tej historii.
10
Semo04

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonale czytająca się książka...
00
iwonkakpp

Nie oderwiesz się od lektury

Polskie postapo, dzieje się w Polsce, nasz świat wali się w roku 2023. Do tego świetnie napisana, wartka akcja. Czego chcieć więcej? Szczerze polecam.
00
liliowiec

Nie oderwiesz się od lektury

gorąco polecam książka wciąga nie idzie się odwracać
00
Gabrodka

Nie oderwiesz się od lektury

WSPANIAŁA!!!
00

Popularność




Copyright © 2019, Katarzyna Jurkowska

Projekt okładki: Marcin Dolata

Konwersja do wersji elektronicznej: Mateusz Cichosz | Poskladane.Studio

Redakcja: Ewa Kaleta

Korekta: Emilia Nowak

Emilia Nowak Fabryka Dygresji Paproć 2564-300 Nowy Tomyśl

tel. 530 087 208

[email protected]

www.fabrykadygresji.pl

ISBN: 9978-83-962440-0-0

Rodzicom, którzy nigdy nie zniechęcali, zawsze wspierali. Dzięki Nim jestem, jaka jestem i nie chciałabym być inna.

Bratu, który potrafi rozbawić do łez i przynosi czekoladę, gdy smutno.

Basi, siostrze (choć nie z krwi), która nigdy nie śmieje się z moich pomysłów. Nawet tych najbardziej szalonych.

Czytaj z soundtrackiem!

http://kmjurkowska.pl/inspiracje-muzyczne/

Muzyka jest olbrzymią częścią mojego życia. Żadna z moich książek czy opowiadań, a nawet blog nie powstałyby bez muzyki. W Twoje ręce oddaję więc playlistę, na której znajdziesz 12 utworów. Piosenki te towarzyszyły mi podczas pisania książki, którą właśnie czytasz – od pierwszego słowa po ostatnią kropkę. Możesz potraktować tę listę jak swoisty soundtrack do Gdy ucichną miasta, który bez wątpienia przybliży Ci jeszcze bardziej historię Uli. Dobrej zabawy!

Autorka

PROLOG

Albert Einstein powiedział: Nie wiem jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta na pewno będzie na maczugi. Albercik zmarł w 1955 roku i nie mógł wiedzieć, co stanie się siedemdziesiąt lat później, ale na pewno nie byłby zaskoczony rozwojem wydarzeń.

Czwartej wojny światowej jeszcze nie było i raczej nieprędko nastąpi, bo przy obecnym chaosie mogłoby dojść tylko do walk plemion. Nie znaczy to jednak, że nie poszły w ruch maczugi. Albo tasaki, siekiery i kosy wyciągnięte z głębin dziadkowych piwnic na wsiach. W miastach było bardziej monotonnie. Nie dało się wyciągnąć mieczy, łuków i innych tolkienowskich bajerów z wirtualnych rzeczywistości gier, które rządziły umysłami. W ruch poszły jednak noże. Były pod ręką, namacalne. Nie każdy mógł sięgnąć po broń palną.

Mamy rok 2023, a żyjemy tak jakby… w średniowieczu. Świat się popsuł. Nie, źle się wyraziłam. Ludzie się popsuli. Nie można obwiniać lisków i brzózek za bombę atomową, doły pełne trupów i nienawiść wobec sześcioletniego, Bogu ducha winnego dziecka tylko dlatego, że urodziło się w tej, a nie innej części świata. To ludzie są winni, ich żądza. Nawet nie bogactwa, nie posiadania domów, ziem, pieniędzy. Żądza władzy. Nad sąsiednim krajem, nad wspólnikiem w firmie, nad innymi firmami, nad prezydentem, nad wojskiem. No i chyba najgorsza: żądza dominacji religijnej. Tak jakby przyszłość naszej duszy zależała od rodzaju odprawionego rytuału.

Świat, w którym żyłam do 2023 roku, pełen był katastroficznych filmów, seriali, książek. Co tydzień pojawiało się coś nowego. Wojna, wulkan, tornado, żywe trupy, ludzie o supermocach. W każdej takiej historii było tło pełne śmierci, zniszczonych, porośniętych chwastami miast, ale i bohaterów, którzy korzystając z nadprzyrodzonych zdolności, ratowali świat lub jakiś jego kawałek. Żywe trupy z serialu zawsze wydawały się lepsze od tych z filmu. Te pierwsze poruszały się wolniej, człowiek mógł je wyprzedzić. Te z filmu były szybkie. Dzikie bestie. Dzikie bestie…

Te wszystkie filmy, książki i seriale to nic. To bułka z masłem. Bajka na dobranoc. Te zombiaki były nijak przerażające w porównaniu do band ludzi ogarniętych żądzami. Ludzi, których nie ograniczały konwenanse, prawo ani silny charakter dowódcy. Nic nie jest tak wyniszczające i złe jak człowiek, któremu puściły hamulce i któremu wcale nie zależy, żeby te hamulce odzyskać.

Dlatego ja unikam grup. Unikam większości. Trzymam się z dala od skupisk ludzkich, bo to wylęgarnia najgorszych żądzy. A w świecie, w jakim przyszło mi żyć już trzeci rok, żądze to tylko jeden z wielu problemów.

W tym świecie istnieje tylko jedna zasada.

Nie dać się złapać.

ROZDZIAŁ 1

Hałas miasta. Buzujące wielopasmowe ulice, zapchane ludźmi chodniki, jazgot rozpieszczonych dzieci wracających ze szkół i przedszkoli ze zmęczonymi rodzicami. Bezdomni ukrywający się przed skwierczącym, letnim żarem w przydrożnych krzakach, między jedną ruchliwą ulicą a drugą. Gorąca fala wydobywająca się spod tramwajów i owiewająca zgrzane, spocone twarze. Przepełnione metro zatrzymujące się ociężale i zapełniające przygniecionymi siedzącym trybem życia urzędnikami. W urzędach endorfiny się nie uwalniają. Tam z wyjścia do toalety robi się wyprawę na Mount Everest. Każdy pieczołowicie delektuje się tą wyprawą.

Ale hałas miasta to nie tylko duszący, zgniatający ciężar. To także przyjemne momenty, jak na przykład, gdy sąsiad na starym osiedlu ćwiczy grę na saksofonie albo gdy dzieci bawią się w chowanego, zupełnie jakby doba komputerów nie zrujnowała pokolenia przed nimi. Do przyjemnych dźwięków miasta zaliczam też krystaliczny szum spryskiwaczy, które nawadniają wysuszoną ogrodową trawę lub krople deszczu opadające hipnotyzująco na liście drzew. Ćwierkot małego, energicznego ptaszka w niedzielny poranek, gdy cały świat nadal tonie w niewinnym śnie.

Hałas miasta – uwielbiałam go i nienawidziłam jednocześnie. Były dni, gdy nie mogłam znieść powrotów ze szkoły. Wybierałam najrzadziej uczęszczane chodniki i tramwaje nawet kosztem szybszego przedostania się do domu. Unikałam wielkich galerii handlowych w tygodniu, mając już po dziurki w nosie tłumów w szkole. Omijałam ulice w piątkowe i sobotnie wieczory, kiedy całe miasto wylegało do knajp, imprezowni i na bulwary nad rzeką. Ludzie hałaśliwie domagali się wtedy tego, co według nich im się należało – wolności piątkowej i sobotniej nocy, możliwości robienia wszystkiego, także rzeczy zakazanych na co dzień, porzucenia wszelkich zasad i regulaminów, konwenansów czy dobrych manier. Tak wyglądały piątki i soboty, nim wszystko trafił szlag.

Nie zawsze byłam tak negatywnie nastawiona do otaczającego mnie świata, do ludzi. Zanim osiągnęłam piętnasty rok życia, świetnie bawiłam się w gronie bliższych i dalszych przyjaciół. Jak to mówią, „młodość ma swoje prawa”, i ja skrzętnie z nich korzystałam.

W pewnym momencie coś się zmieniło. Zaczęłam dostrzegać wady – ludzką ignorancję, niechlujstwo, egoizm – gdy tylko rzeczywistość odrobinę poluzowała smycz. Zaczęło mnie to kłuć w oczy, denerwować. Przechodziłam obok takich zachowań nieobojętnie, lecz bez zatrzymania. Co może zrobić człowiek drugiemu człowiekowi za rzucenie na trawę opakowania po papierosach, upięcie psa przed sklepem w pełnym żarze, zostawienie papierowego kubka na ławce w parku, choć kosz na śmieci znajduje się zaledwie metr od niego? Można zwrócić uwagę. Ktoś się zawstydzi i wyrzuci ten jeden raz kubek do kosza, ktoś zbluzga od góry do dołu, bo on wie lepiej, gdzie przypinać swojego zgrzanego psa. To krople w morzu zmian. A zmiany przychodziły za wolno. I był to zaledwie fragment ludzkiej ignorancji, a także samozachwytu, z którym mój gatunek tak bezwstydnie się obnosił, wyciskając z tego świata ostatnie soki.

Chciałabym móc powiedzieć, że natura znalazła na to sposób, że dała ludziom porządną nauczkę. W końcu bywa okrutna, potrafi się mścić i wie, jak odbierać to, co do niej należy. Ale gdy ludzkość wyciągnęła i odbezpieczyła jedną z najgroźniejszych broni, jakich mogła użyć przeciw sobie i przy okazji przeciw światu, natura nawet nie drgnęła. Pozwoliła ludziom uśmiercić miliony przedstawicieli swojego gatunku, a nawet zetrzeć z powierzchni ziemi połacie lasów, łąk, wysuszyć niektóre rzeki i jeziora. Świat, jaki znałam do piętnastego roku życia, przestał istnieć w przeciągu paru miesięcy.

Natura patrzyła na to wszystko ze spokojem i cierpliwie czekała.

ROZDZIAŁ 2

W kwietniowy czwartek 2023 roku, jako zwyczajna licealistka, siedziałam na lekcji angielskiego. Moim największym zmartwieniem było to, jaką sukienkę wybrać na zbliżającą się imprezę. Zaprosił mnie starszy kolega, a ja nie mogłam przestać myśleć o wspólnym wyjściu. Do tego chłopaka wzdychało pół szkoły, więc to była wielka sprawa!

Najpierw dumałam o sukience, a chwilę później wokół mnie… Wystarczyły minuty, by wokół rozszalał się chaos. Hałas, niepokój i wielka panika.

Około jedenastej zawyły pierwsze syreny. Wszyscy myśleli, że to ćwiczenia. Miasto często robiło takie próbne wycia. Syreny zawyły jednak ponownie, piętnaście i dziesięć minut później. Nauczycielka zupełnie straciła naszą uwagę.

Byłam jedną z osób, które siedziały w ławce przy oknie. Gdy wychyliłam głowę na zewnątrz, na jedną z głównych ulic – zazwyczaj zapełnioną sznurkami aut i tramwajów, a także tłumem przechodniów – ujrzałam spanikowanych ludzi uciekających na wszystkie strony.

Do sali wpadła inna nauczycielka i nakazała wszystkim zbiec do piwnic. Szkoła mieściła się w starym budynku o mocnych fundamentach.

Bardzo szybko załapałam, że z hasłem „schron w piwnicach” wiązała się jakaś grubsza sprawa, prawdopodobnie nalot. Od lat mówiło się o napiętej sytuacji na arenie politycznej, ale nic nie zwiastowało realnej sprzeczki z użyciem bomb. Moją teorię o nalocie bardzo prędko potwierdził wielki huk, a za nim drżenie ścian i roztrzaskujące się szyby. Piski rozlały się po korytarzach wypełnionych zbiegającymi do piwnic uczniami. Przekrzykiwał je dyrektor, tubalnym głosem ponaglając młodzież i nauczycieli. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy: w ciągu kilkunastu minut postarzał się o dziesięć lat.

Jestem córką wojskowego. Mój tata nie krył przede mną i moim rodzeństwem znaczenie słowa „wojna” i idących za nim konsekwencji. Nie szczędził nam opowieści z wyjazdów do Iraku czy Afganistanu, choć zdarzały się takie misje, o których nie chciał mówić. Jego opowieści były nienachalne, ale dobitne. Ujawniał w nich całą niszczycielską prawdę o wojnie i nadmiernej żądzy. Wszystko po to, by jego dzieci wiedziały, do czego może doprowadzić brak hamulców. Dziś wiem, że przygotowywał nas do tej wojny.

Nam, nastolatkom, wydawało się, że już zawsze będziemy żyć w harmonii, mając własne pokoje, comiesięczne kieszonkowe, wypasionego smartfona, dostęp do dwudziestu smaków lodów, sklepy pełne różnorodnych ubrań i perspektywę nieustającego chillu, trwania w ulepionych i utwardzonych zasadach. Słyszeliśmy o wojnie w Syrii, o konflikcie w Iraku czy na wschodzie Ukrainy, o zapaści w Wenezueli. To jednak były zbyt odległe rejony, poza obszarem naszej wyobraźni. A mój tata doskonale rozumiał zasadę powtarzalności, która kierowała światem. Bardzo brutalną zasadę.

Może właśnie dlatego żyję?

Byłam córką swojego wojskowego ojca, który zawsze powtarzał, że musimy trzymać się razem. W sytuacjach awaryjnych wszyscy mamy wsłuchać się w „domową syrenę” i kierować do naszego mieszkania na Żoliborzu, bez względu na wszystko. Gdy tak czasem mówił, ze śmiertelnie poważną miną, śmiałam się, że mógłby pisać scenariusze filmów katastroficznych.

Ależ ja byłam durna.

Będąc córką swego ojca, nie zeszłam za koleżankami i kolegami do piwnicy. Korzystając z nieuwagi dyrektora, bez zastanowienia pchnęłam ciężkie drzwi wyjściowe i wybiegłam na ulicę. Towarzyszyła mi moja koleżanka, Weronika, która nigdy nie podążała za tłumem. Uznała, że mam rację: lepiej być z rodziną. Mieszkała kilka ulic dalej, miała blisko. Rozstałyśmy się na chodniku przed szkołą – otoczone krzykami ludzi i piskiem opon. Wtedy mignął mi przed oczami pierwszy, uzbrojony żołnierz w mundurze polowym. W hełmie, ciężkich butach, z bronią… Do tej pory widywałam ich tylko na paradach z okazji dnia Wojska Polskiego. Żołnierz tylko z ubrania przypominał tego z parady, a jego broń na pewno nie była paradna. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłam spadający z nieba pocisk. Nie było samolotów. Bomba spadła z nieba, na starą kamienicę po drugiej stronie ulicy. W ostatniej chwili skryłyśmy się z Weroniką za kamiennym murkiem, wciskając głowy w tułowia i zakrywając je rękoma. Weronika pożegnała się szybko i uciekła w stronę swojego domu. Przyglądałam się przez chwilę jej powiewającej na wietrze szarej sukience. Nie zobaczyłyśmy się już więcej.

Nie czekałam na kolejną bombę. Kiedy wychylałam głowę zza murku całe ciało drżało z przerażenia, nogi miałam jak z waty. Musiałam zebrać się do kupy i ruszyć w stronę mostu. Żyłam w dobie filmów, które pobudzały wyobraźnię. A ta pozwalała wykreować w głowie obraz niedalekiej przyszłości: zablokowane ulice, nieprzejezdne mosty, godziny policyjne. Mnie, jako nieletnią, umieszczą w jakiejś ochronce, zorganizowanej naprędce w szkole. Z dala od rodziny.

Nie, nie mogłam na to pozwolić.

Z determinacją zacisnęłam pięści, aż pobielały mi knykcie. Bez dalszych rozważań ruszyłam w znanym mi kierunku. Zawsze pokonywałam tę trasę tramwajem. Dziś pozostały mi autonogi.

***

– Mamo! Co się dzieje?! – rzuciłam, ledwo przekroczywszy próg mieszkania. Byłam zgrzana i zdyszana. Co prawda udało mi się złapać ostatni tramwaj, lecz dojechał tylko do Mostu Gdańskiego. Stamtąd przybiegłam. – Mamo?! – Zarzuciłam kurtkę na oparcie fotela w pokoju. – Mamo! – wrzasnęłam w panice, przebiegając przez długi korytarz. Wpadłam do kuchni.

Moja matka stała oparta o parapet. Wpatrywała się smutnym wzrokiem w biały budynek teatru za oknem. Do ust przykładała tlącego się papierosa. Nie paliła, od kiedy zaszła w ciążę po raz pierwszy, dwadzieścia lat temu. Od czasu narodzin Filipa nawet do głowy jej nie przyszło, że mogłaby wrócić do palenia. Beztroskie czasy studenckich imprez i różnorakich używek miała za sobą. Przynajmniej tak mi się wydawało.

– Plecaki gotowe! – wysapał zdyszany Kuba, mój drugi brat. Spojrzał na mnie. – Pakuj najważniejsze rzeczy. Czekamy na tatę i wyjeżdżamy. Pojechał po Zośkę.

Jego słowa brzmiały tak irracjonalnie, że nawet nie drgnęłam. Przeniosłam spojrzenie z Kuby na mamę.

Wypuściła dym z płuc. Robiła to tak fachowo, jakby nigdy nie przestała. Jej długie, rude włosy spływały po plecach, szczupłych, wysportowanych. Mama zawsze starała sie być fit.

– Mamo, ale o co chodzi? Co się dzieje? – pytałam błagalnym tonem. – Uciekłam ze szkoły. Chcieli nas schować w piwnicy. Na Pradze spadły bomby. BOMBY. Nikt nad niczym nie panuje. Co to były za wybuchy? Mamo!

Kuba przyglądał się matce w milczeniu. Też chciał znać odpowiedź. Do tej pory posłusznie wykonywał jej polecenia, ale nie był z natury uległy. Tym bardziej w sytuacji, gdy jakieś książkowo-filmowe scenerie rozgrywały się za oknem, za rogiem, a mama tkwiła z takim opanowaniem, jak gdyby doskonale wiedziała, co się działo.

Zgasiła papierosa w doniczce z kwiatkiem. To był dowód, że działo się źle. Mama dbała o kwiaty, dbała o porządek, nie znosiła niechlujstwa. Odwróciła się od okna i spojrzała na nas.

– Nie wiem, jak wam to powiedzieć, żebyście nie zadawali więcej pytań. Nie mamy teraz na to czasu – rzuciła, a jej głos zadrżał. – Mamy godzinę, żeby przedostać się na lotnisko i zapakować całą rodziną do samolotów ewakuacyjnych. – Przełknęła i podeszła do mnie. Spojrzała na Kubę. – Wasz ojciec powinien tu być lada chwila. Filip poszedł po babcię.

– Mamo… – szepnęłam, dotykając jej ręki. Ogniste włosy połaskotały mi dłoń. Były wszędzie. Z całej naszej czwórki tylko Zosia je odziedziczyła – moja najmłodsza, siedmioletnia siostra. Zobaczyłam ślady po wyschniętych łzach na policzku mamy. Płakała przed naszym przybyciem.

Moja mama nigdy nie płakała.

– Świat, jaki znamy, kończy się, kochani. – Głos ugrzązł jej w gardle. – Nie potrafię wam wytłumaczyć wszystkiego, mogę tylko powiedzieć, że świat, jaki znacie, właśnie przestaje istnieć. Wasz ojciec będzie wiedział więcej… Ale teraz musimy szybko się spakować i przedostać na lotnisko, zanim odleci ostatni samolot.

Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z Kubą. Z nim miałam zawsze najlepszy kontakt. Byliśmy jak bliźnięta – rozumieliśmy się bez słów – choć był ode mnie dwa lata starszy.

Pytania cisnęły się do głowy: dokąd odlecą samoloty? Jakim cudem rodzice o tym wiedzą?

Do naszych uszu doleciał dźwięk naciskanego nerwowo klaksonu. W ułamku sekundy mama zamieniła się w wyprężoną, spiętą i zdeterminowaną kobietę gotową na wszystko, by ocalić rodzinę przed niebezpieczeństwem. Doskoczyła do okna i wyjrzała zza firanki.

– To tata. – Spojrzała na nas. – Kuba, biegnij pomóc ojcu znosić skrzynie z piwnicy. Zabierz plecak swój, Filipa i ojca. Ula, ty bierz plecaki, swój i Zosi. Ja idę po torbę medyczną.

Torbę medyczną?! Od kiedy moja matka, architekt, ma torbę medyczną?!

Jej ton nie znosił sprzeciwu, a dodatkowo podświadomie wyczułam, że wszystko, co robi ma na celu wyciągnięcie nas z tego bagna. Bez słowa ruszyłam wykonać jej polecenie. Turystyczne plecaki wypchane po brzegi stały oparte o ścianę w przedpokoju. Jakim cudem spakowali je tak szybko?! A może były gotowe już wcześniej…?

– Weź buty górskie i najgrubszą kurtkę, jaką masz! – doleciał do mnie krzyk mamy.

Po chwili stała przede mną z wielkim plecakiem na plecach i patelnią pod pachą.

– Po co ci patelnia?

Uśmiechnęła się tylko tajemniczo. Ten uśmiech dodał mi otuchy.

– Nie czas na wyjaśnienia. Masz wszystko?

Nie miałam nic. Dopiero co wpadłam do domu!

Mama dostrzegła mój wzrok.

– Masz pięć minut – skwitowała twardym tonem i ruszyła do wyjścia. Wzięła plecak Zosi.

Zostałam sama w pokoju.

Przez pierwsze dziesięć sekund nie wiedziałam, co mam robić. Czy to był jakiś chory sen? Z kategorii podgorączkowych halucynacji? A może ćwiczenia? W szkole sporo było w ostatnich miesiącach ćwiczeń antyterrorystycznych. W całym mieście sprawdzano stan syren ewakuacyjnych, ale nikt nie brał tego na poważnie. Przynajmniej nie zwykli chlebozjadacze. Ale moi rodzice najwyraźniej do nich nie należeli.

Ocknęłam się po minucie. Logiczne myślenie powracało, rozum zaczynał właściwie funkcjonować. Rzuciłam spojrzenie na wypchany plecak przyniesiony przez Kubę z piwnicy. Rodzice musieli je przygotowywać od tygodni. Niczym wariaci od teorii spiskowych. Każdy zawierał wszystkie niezbędne rzeczy, nie było sensu bawić się w zgarnianie kolejnych ciepłych ubrań.

Rozejrzałam się po pokoju. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że… nigdy tu już nie wrócę. Że wszystkie bibeloty zbierane przez tyle lat – książki, płyty, pamiątki z wakacji, fotografie – przepadną! Tak po prostu.

Fotografie.

Podeszłam do ściany, na której wisiał tuzin zdjęć przedstawiających rodzinę, przyjaciół – twarze pełne szczęścia i utrwalonych ulotnych chwil. Momenty pełne wesołości, które udało się uchwycić i zachować. Wydawało się, że na zawsze.

Szybkim ruchem zaczęłam zdejmować ramki ze ściany i wrzucać je do płóciennej torby. Nie miałam czasu na wyciąganie każdej fotografii. Planowałam zrobić to w aucie. Z drewnianej szkatułki na komodzie wyjęłam złoty pierścionek z zielonym oczkiem. Należał do jednej z moich babć, nieżyjącej już. Wzięłam też łańcuszek. Oba przedmioty wepchnęłam do kieszeni dżinsów. Z głębin szafy wyciągnęłam puchówkę i mocne, górskie buty. Rozejrzałam się jeszcze raz po pokoju. Nie mogłam uwierzyć, jak szybko i łatwo zdewaluowały się wszystkie otaczające mnie przedmioty. Jak szybko, w obliczu bomb spadających na głowę, mogłam z nich zrezygnować. Ruszyłam w kierunku wyjścia. Po drodze zarzuciłam plecak na ramiona. Nie był aż tak ciężki.

Mijając pokój rodziców, zdecydowałam się jeszcze sprawdzić skrzynkę na biżuterię mamy. Była pusta. Dobrze. Sprawdziłam jeszcze szufladę w biurku taty. Nie znalazłam paszportów. Zabrał je. Dobrze. Zatem mogłam iść.

Wyszłam z domu i zamknęłam za sobą drzwi na klucz. Jakby to mogło powstrzymać ewentualnych szabrowników. Zbiegłam ze schodów, nadal trzymając płócienną torbę, kurtkę i buty. Nie było czasu się przebierać. Dobrze, że tego dnia rano nie miałam kaprysu na mało praktyczną spódniczkę, czy kozaki na koturnie.

Wypadłam na chodnik i ruszyłam pędem do bramy. Mieszkaliśmy na zielonym, przedwojennym osiedlu o budynkach ustawionych tak, aby tworzyły zamknięte podwórko. Jedna strona była otwarta na park, odgrodzona wysokim, żelaznym płotem. Wiosną i latem płot porośnięty był pnączami, a podwórko zieleniło się krzewami i kwiatami, starannie pielęgnowanymi przez pana dozorcę. Teraz ogród budził się do życia po zimowym śnie, lecz jeszcze nie rozbujał się na dobre. Żałowałam.

Wyskoczyłam za furtkę i dobiegłam do naszego volkswagena. Tata siedział za kierownicą i przeglądał w roztargnieniu nasze paszporty. Mama zapinała pas Zosi. Sama Zosia siedziała bardzo cichutko, z oczami wielkości pięciozłotówek.

Wskoczyłam na siedzenie obok Kuby, w ostatnim rzędzie.

– Gdzie jest Filip? Powinien już wrócić z babcią. – Głos mamy zdradzał zaniepokojenie.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Mama skończyła zapinanie Zosi i odwróciła się przodem do kierunku jazdy.

– Ile mamy czasu? – spytała tatę.

Spojrzał na nią przelotnie.

– Czterdzieści minut. Odlatują o piętnastej. Drugiej szansy nie dostaniemy. – Tata odwrócił się do Kuby i wyciągnął rękę ponad Zosią. – Kuba, bierz swój paszport. Ulka, ty swój. Na wypadek, gdybyśmy się w tłumie pogubili. – Mówiąc to, odwrócił się całkiem do nas i spojrzał każdemu głęboko w oczy. Był opanowany, ale stanowczy. – Posłuchajcie mnie teraz uważnie.

To był ten moment, kiedy świat definitywnie zwalił mi się na głowę.

– Kończy się świat, jaki znamy. Kilka miesięcy temu znajomy z firmy ostrzegł mnie, że przyjdzie moment, gdy wszystko się zmieni. Nie wyjawił szczegółów. Zdradził mi to, bo uratowałem kiedyś jego córkę. Odwdzięczał się. Obiecał załatwić nam wszystkim miejsce w samolotach ewakuacyjnych. Dotrzymał słowa, mój zawód ma tu spore znaczenie. Od dziś tacy jak ja są potrzebni. – Ojciec zlustrował czujnym spojrzeniem okolicę. Zawiesił wzrok na przebiegających, spanikowanych przechodniach.

To wszystko znajdowało się poza obszarem mojego zrozumienia. Dawno nie czytałam tak wciągającej przygodówki.

Kuba gwizdnął lekko, ale nie było w tym żadnej prowokacji czy tak charakterystycznej dla niego lekkości.

– Dokąd mamy lecieć? – wyszeptałam, przerywając ciszę. – Wiemy?

Tata zmarszczył brwi. Nie wiedział.

– Mamy miejsca w samolocie z Warszawy. A co dalej… Zdajemy się na wojsko. Musimy wierzyć, że gdziekolwiek nas ewakuują, będziemy bezpieczni. Mamy szczęście, że w ogóle możemy się ewakuować.

Miałam mieszane uczucia, ale nic nie powiedziałam.

Do drzwi samochodu dopadł Filip. Kiedy jego długie nogi zapakowały się do auta, wysapał:

– Babcia nie jedzie.

Widziałam minę mamy, gdy to usłyszała.

– Jak to „nie jedzie”?! – Już chciała wysiąść z auta, gdy tatazłapał ją mocno za przegub.

– To moja matka – wysyczała, wbijając w niego ostre, lodowate spojrzenie.

– A za tobą są twoje dzieci – odrzekł spokojnie. Nie spuszczał z niej wzroku. Był racjonalistą. Potrafił zimno kalkulować i działać pod presją. Spędził lata na misjach, jako lekarz wojskowy. Wiedział, co robi. – Sabina dokonała wyboru.

Filip dotknął ramienia mamy. Siedział przede mną, więc dokładnie widziałam ich miny. Wyciągnął do mamy dłoń. Coś trzymał.

– Prosiła, żeby ci to przekazać. Powiedziała, że przeżyła okupację i powstanie w Warszawie, potem lata komuny, i że przeżyje też to. Powiedziała, że mamy jechać i walczyć o życie. – Wręczył jej stary, znoszony zegarek.

Znałam historię tego zegarka. Należał do pradziadka Stanisława, który przeszedł z nim kampanię wrześniową, wywózkę na Sybir, morderczy marsz do armii Andersa, potem powrót do kraju przez zachód, a na końcu pięcioletnie więzienie. Pomimo tego, że zegarki były tak pożądane przez sowieckich żołdaków i kradli je na potęgę, pradziadkowi udało się go ukryć, a potem przywieźć z powrotem do domu. Gdy znów znalazł się w stolicy, okazało się, że była to jedyna pamiątka po jego ojcu, a zarazem dawnym życiu. Cała reszta spłonęła w powstaniu. Babcia zawsze powtarzała, że ten zegarek to szczęście i siła do walki w jednym. Sama przeszła w nim powojenne zmiany ustrojowe, głody, biedę, mróz nieopalonych powojennych mieszkań i obalenie komuny. Teraz zegarek leżał na roztrzęsionej dłoni mamy, która miała w planach życie spokojne i harmonijne, miała pracować, wychowywać dzieci, a nie wyruszać w kolejną pokoleniową tułaczkę w niewiadomą przyszłość.

Mama wpatrywała się otępiałym wzrokiem w zegarek. Tymczasem tata nie marnował czasu. Zasunął i zablokował drzwi, tak aby nikt nie mógł wyjść z auta. Ani do niego wejść… Wcisnął pedał gazu.

Chwilę później gnaliśmy przez pogrążone w rosnącym chaosie ulice Warszawy.

***

– Dokąd jedziemy? – wyszeptała cicho mama. Pociągała nosem, płacząc ukradkiem.

– Na lotnisko na Bemowie – odparł, nie spuszczając oczu z drogi.

– Bemowo? Przecież to małe lotnisko…

– Tak, dla szybowców i małych, prywatnych samolotów. Ale dziś stamtąd będą latały samoloty czarterowe z ewakuowanymi.

– Kto o tym wie?

– Ten, kto ma znajomości… – uciął krótko.

Mama nie kontynuowała wątku. Miała zmarszczone brwi i zaciśnięte usta.

Pędziliśmy przez miasto. Za oknem rozpościerał się nieznany mi świat paniki, chaosu i początków zdziczenia. Nie­bezpieczeństwo budzi w ludziach najgorsze instynkty: ignorancję, skrajny egoizm, brutalność, perfidię… Ludzie wybijali szyby wystaw sklepowych, rabowali co się dało – najwięcej było ich przy sklepach spożywczych, ale i przy RTV i AGD kłębił się całkiem niezły tłumek.

Na co komu telewizor plazmowy w takim momencie?

Spojrzałam po kolei na wszystkich członków mojej rodziny. Mama i tata byli skupieni do granic możliwości. Ojciec kalkulował trzeźwo. Widziałam, jak mocno zaciskał ręce na kierownicy. Miał w CV niebezpieczne sytuacje, wiedział, co robić. Mama była kreatywną realistką. Bez złudzeń i podniosłych marzeń odczytywała rzeczywistość. Teraz kombinowała, co jeszcze może zrobić, żeby zapewnić rodzinie przetrwanie.

Kuba siedział w bezruchu, wpatrując się w obraz za oknem. Zazwyczaj starannie ułożone, krótkie włosy teraz miał rozwiane i powyginane na wszystkie strony. Na jego twarzy nie było śladu po szerokim uśmiechu, który podobno był niemal taki sam, jak mój. Wydawał się opanowany i bezemocjonalny. Przypominał w tej chwili ojca.

Za to tyczkowaty Filip spuścił głowę i wpatrywał się w swoje ściskane nerwowo dłonie. Nie potrafił funkcjonować pod presją, bywał nerwowy i niespokojny znacznie częściej niż inni ludzie.

Mała Zosia siedziała cicho, wodząc przerażonym spojrzeniem po dramacie rozgrywającym się na ulicy. Jej długie, rude włosy uwiązane w dwa grube warkocze spoczywały ciężko na kolorowej bluzce z bajkową Elzą. Zosia nie płakała, nie wołała mamy czy taty. Wielkimi oczami chłonęła jak gąbka wszystkie obrazy.

Na Bemowo nie jechało się długo. Miałam jakieś piętnaście minut na przygotowanie się do wyjścia. Zdjęłam kozaki i zmieniłam je na buty górskie. Upewniłam się, że sznurowadła są mocno zawiązane. Schyliłam się do płóciennej torby. Wysypałam z niej wszystkie ramki z fotografiami. Kuba odwrócił wzrok w moją stronę i przyjrzał się zdjęciom w osłupieniu. Chciał coś powiedzieć, ale uciszyłam go ruchem ręki. Odwróciłam pierwszą ramkę. Kluczami podważałam haczyki przytrzymujące zdjęcia i wyciągałam je po kolei. Dziadkowie przed swoim domem, drudzy dziadkowie przy stole zastawionym urodzinowym obiadem, mama, tata, Zosia, Kuba i ja w otoczeniu ubranego w togę Filipa – zdjęcie zrobione na zakończenie jego liceum. Ja na plaży z Ewą i Karoliną – najlepszymi przyjaciółkami, ja na Giewoncie, Zosia i ja przed wielką twarzą Franza Kafki w Pradze, ja wśród kolegów i koleżanek na wycieczce szkolnej w Częstochowie. To zdjęcie zrobiono niedawno. Byliśmy na tej wycieczce zaledwie cztery miesiące temu.

Przejechałam wzrokiem po twarzach znajomych ze szkoły, uśmiechniętych chłopcach i dziewczynach. Przeszło mi przez myśl nostalgiczne pytanie – co się z nimi działo? Ilu z nich przeżyje te dni? Wtedy podziękowałam sobie za staroświeckie podejście do wywoływania zdjęć. Moi znajomi, którzy trzymali wszystko na komputerach i pendrivach stracą dane jak tylko wysiądzie prąd.

Gdy wyjęłam ostatnie zdjęcie z ramki, złożyłam wszystkie w plik i wsadziłam do swojego plecaka. Na samej górze przytwierdziłam zwiniętą w rulon puchówkę. Oparłam się plecami o siedzenie. Dopiero wtedy zauważyłam, że Kuba cały czas mnie obserwował. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. Ani ja, ani on nie chcieliśmy generować pytań ze strony rodziców lub Filipa, więc milczeliśmy. Byliśmy przyzwyczajeni do rozumienia się bez słów, dlatego dobrze wiedziałam, co chodziło mu po głowie. Wzruszyłam tylko ramionami i przeniosłam wzrok za okno.

Dojeżdżaliśmy.

– Cholera jasna – usłyszałam nerwowy głos taty. Był spięty.

Przed nami rozpościerały się tłumy rozwścieczonych ludzi usiłujących dostać się na płytę lotniska. Wielu miało na ramionach wypchane plecaki, niektórzy ciągnęli za sobą walizki w różnych kolorach. Jakby wyjeżdżali na wakacje…

W tłumie było sporo dzieci.

– Myślałam, że tylko wtajemniczeni wiedzą o tym lotnisku – szepnęła z przerażeniem mama.

Nad naszymi głowami przeleciały dwa wojskowe helikoptery. Dwa kolejne startowały z lotniska przed nami.

– Nie miały być małe samoloty? – szepnęłam.

Nikt mi nie odpowiedział.

– Jeśli te helikoptery latają tak od dłuższego czasu, to nie da się tego ukryć – skwitował Filip. – Ludzie się dowiedzieli.

– Szlag by to – warknął ojciec. – Samochodem się nie przedostaniemy. Ścisk jest za duży. – Potoczył wzrokiem po ludziach, spojrzał w lusterko i sprawdził tyły. – Dobra. – Odwrócił się do nas. – Filip, bierzesz Zośkę i wysiadasz od strony mamy. Ula, Kuba, wy wychodzicie z mojej strony. Każdy pilnuje swojego plecaka i swojego towarzysza. Jasne?

Przytaknęliśmy szybko.

Ludzie zaczynali coraz mocniej napierać na auto. Aż się zatelepało na boki. Filip odpiął pas Zosi i szybko chwycił ją w ramiona. Oplotła ręce wokół jego szyi.

– Trzymaj się mocno – szepnął jej do ucha.

Przesunęłam się w stronę Kuby, w jednej ręce trzymając rączkę plecaka. Kątem oka dostrzegłam, jak tata wsuwał mamie do ręki… pistolet. Było dla mnie naturalne, że ojciec miał styczność z bronią. Pracował w wojsku, był na misjach. Ale wiedzieć, że miał z bronią styczność, a widzieć go z pistoletem w dłoni – to dwie różne kwestie.

– Ulka! – warknął szeptem Kuba. – Bierz się w garść. Wyłazimy.

Odepchnął mocno drzwi, ignorując przekleństwa sypiące się z ust otaczających go ludzi. Miał ich w nosie.

Wyskoczyłam za nim. Narzuciłam plecak na ramiona. Dopiero wtedy dotarło do mnie to, czego nie słyszałam w aucie… Chaos i panika to nie tylko druzgocący obraz.

Wszędzie roznosiły się zmieszane odgłosy: paniczne krzyki, dziecięcy płacz, przekleństwa, z którymi nikt się nie krył. Do tego odgłosy eksplozji… Lotnisko oddzielały od miasta drzewa i wysokie bloki, które zasłaniały widok. Nie widziałam dymu pożarów, jakie rozszalały się w centrum, lecz wybuchy dochodzące z oddali świadczyły o coraz cięższej sytuacji. Kto z kim tam walczył? A może jedynym wrogiem były kilkutonowe żelastwa z brzuchem pełnym prochu i ładunków wybuchowych?

W ścisku wszyscy napierali na płot oddzielający ulicę od terenu lotniska. Brama była zamknięta, odrutowana świeżymi zasiekami i strzeżona przez wojskowych. Stare ogrodzenie musiało zostać wzniesione jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Nikt nie przewidywał, że małe lotnisko dla szybowców stanie się twierdzą.

Kuba był niewzruszony. Ignorował przekleństwa, twarde łokcie wbijane mu pod żebra i gromy ciskane z oczu, gdy torował nam drogę do bramy. Trzymałam się blisko niego. Nie widziałam rodziców ani Filipa z Zosią. Wszystko działo się tak błyskawicznie, że wielu szczegółów nie rejestrowałam. Dostrzegałam tylko twarze mijanych osób, wykrzywione z wściekłości i przerażenia, niektóre z rozpaczliwą nadzieją skierowane ku bramie. Niektóre oczy były zapłakane, niektóre usta poruszały się w niemej modlitwie.

Pierwszy do bramy dotarł Kuba. Spojrzał na żołnierza celującego z karabinu w stronę tłumu.

– Mamy przepustkę! Połczyńscy! Doktor Mirosław Połczyński! – wrzeszczał, bardziej do karabinu niż do żołnierza.

Lufa wyglądała złowieszczo, skierowana w jego klatkę piersiową.

Mężczyzna był nieubłagany.

– Noż kur… – Kuba przerwał w połowie, bo obok zjawił się tata i wyciągnął w stronę wartownika swoją legitymację. Przykuł jego uwagę.

Tak myślałam, że była to legitymacja.

– Mirosław Połczyński, numer 4567, od Kamila Bogusza. – Wyciągnął świstek papieru. – Sześć osób na siedem wpisanych.

Żołnierz sprawdzał chwilę dokument, po czym skinął na swojego kolegę i obaj podeszli do bramy. Jeden skierował lufę w stronę tłumu, drugi zaczął otwierać bramę.

– Proszę wchodzić, byle szybko – powiedział ten drugi.

– Odsunąć się! – wrzasnął pierwszy do napierających ludzi. – Bo zastrzelę!

Słowa te wbiły mi się w uszy jak drzazgi. Słyszałam je na filmach, w udawanych zabawach dzieci na placu przed domem, w głupich żartach, w grach komputerowych, ale żadne nie były tak sugestywne. Dreszcze przebiegły mi po plecach. Krew odpłynęła z twarzy. Miałam ochotę zwymiotować…

Poczułam ucisk na ręce. Kuba chwycił mnie za nadgarstek i wepchnął do bramy za mamą, Filipem i Zosią. Wsunął się tuż za mną. Na końcu wszedł ojciec. Gdy tylko przekroczył granicę, żołnierz trzymający karabin puścił serię w niebo. Tłum zawył i skulił się w sobie. Jeden z żołnierzy wykorzystał to i zamknął z powrotem bramę na kłódkę. Odwrócił się do ojca.

– Niech pan ich zabiera do helikoptera. Tam. – Wskazał na szereg czarnych maszyn, których śmigła były już w ruchu. – Długo nie wytrzymamy. Kończymy tę zabawę. – Machnął głową w kierunku tłumu za sobą.

Tata nie zadawał więcej pytań. Wziął Zosię na ręce.

– Za mną!

Ruszyliśmy pędem wzdłuż hangaru pełnego małych szybowców. Prywatnych samolotów nie było. Ich właściciele musieli już odlecieć. Wszędzie stali żołnierze, gotowi do strzału. Byli też tacy, którzy obsługiwali ewakuację: wskazywali drogę innym rodzinom, które miały fart, że wśród nich znajdował się ktoś ważny, ktoś z „dobrym” zawodem.

Dobiegliśmy do oficera kierującego ewakuacją. Ojciec zamienił z nim kilka słów i wskazał na swoją przepustkę. Oficer spojrzał na nas. Przeliczył i skinął głową. Dobiegły do mnie ciche słowa taty: „A dokąd…?”. Odpowiedział mu przeczący ruch głowy oficera.

Ojciec obrzucił nas kontrolnym spojrzeniem i machnął ręką. Pobiegliśmy za nim do jednej z maszyn.

Powietrze wzburzone przez śmigła uderzyło mnie w twarz. Słyszałam dudniący dźwięk zderzający się z wybuchami dochodzącymi z miasta. Co jakiś czas, coraz częściej, słychać było pojedyncze wystrzały spod bramy. Ludzie wariowali, żołnierze zaczynali wariować, świat wariował.

– Szybko – usłyszałam obcy głos. To żołnierz w helikopterze czekał na nas, byliśmy ostatni.

Zerknęłam do środka maszyny – widziałam kilka nieznanych mi twarzy. Ze wszystkich wylewały się strach i przerażenie.

Tata pomógł mamie wejść do środka i przekazał jej Zosię. Obie usiadły na wolnych fotelach i zaczęły zapinać pasy.

– Ulka. – Ojciec wyciągnął do mnie rękę.

Wdrapałam się. Helikopter był duży, wojskowy. Naprzeciw mnie siedział ciemnowłosy chłopak, chyba w moim wieku. Posłał mi krótki, niepewny uśmiech. Nie miałam siły go odwzajemnić. Byłam zbyt rozproszona, rozedrgana. Przypięłam pasy i przycisnęłam plecak do piersi. Chwilę później obok mnie siadł Kuba, za nim Filip. Tata dołączył ostatni.

Żołnierz zasunął drzwi i krzyknął do mikrofonu:

– Gotowy!

Czułam wibracje całej maszyny. Śmigła przyspieszyły do zawrotnego tempa, helikopter uniósł się – najpierw ociężale, potem coraz lżej. Siedziałam pośrodku, ale widok z okna miałam znakomity. Wszyscy, a było nas kilkanaście osób, wpatrywaliśmy się w okno skierowane na miasto.

– Jezus Maria – powiedziała tęga kobieta siedząca naprzeciwko mnie, po prawej stronie.

Wszyscy wstrzymaliśmy oddech…

Tłum ludzi próbujących wbić się na lotnisko był dwa razy większy, niż kiedy tam dojechaliśmy. Pozostałe helikoptery również wznosiły się w powietrze. Gdy znaleźliśmy się wystarczająco wysoko, naszym oczom ukazał się widok jak z wojennych zdjęć. Nad Warszawą, w każdym jej zakątku, unosiły się słupy dymów. Na naszych oczach dwie eksplozje wyrzuciły w powietrze brązowo-pomarańczowy grzyb, który wypłynął w niebo wielkimi kłębami. Wpadł mi w oko jeden z oszklonych wieżowców w centrum. Płonął.

– O co tu chodzi… – Ciszę rozdarł głos może czterdziestoletniego mężczyzny w grubych okularach, siedzącego w najbardziej oddalonym ode mnie kącie.

Nikt nie odpowiedział. Wszyscy zadawali sobie to samo pytanie.

ROZDZIAŁ 3

Po jakichś dwudziestu minutach lotu urozmaiconego nagłymi skrętami i omijaniem terenów pochłoniętych ogniem, dotarliśmy do lotniska w Modlinie. Oddalone od miasta, nie było tak oblężone przez ludzi usiłujących wydostać się z bombardowanej stolicy. Lotnisko w Modlinie otaczały wysokie zasieki, oświetlały tysiące lamp, a przy tym z każdej strony obsadzili je uzbrojeni żołnierze.

Kilka samolotów grzało już silniki. Do każdej maszyny „podpięta” była długa kolejka cywilów dźwigających plecaki, walizki i tobołki.

Gdy wysiedliśmy z helikoptera, od razu podbiegł do nas oficer z listą w dłoni. Tata powtórzył mu niezbędne dane. Mężczyzna odhaczył nas na liście i wskazał na samolot.

Spojrzeliśmy z Kubą po sobie. Przed nami rozgrzewał się Ryanair.

– Nie mieliśmy lecieć wojskowymi? – zapytał ojca Filip.

Tata wziął Zosię na ręce.

– Widać nie mają tylu.

Ruszyliśmy w stronę końca kolejki do drugiej maszyny.

Tu nie było słychać wystrzałów czy wybuchów. Nadchodzący wieczór nie wyłowił z oddali poświaty nad horyzontem. Nie było widać pożarów. Ludzie cierpliwie oczekiwali na swoją kolej. Żołnierze pilnowali porządku z napiętym opanowaniem. Byli gotowi, ale stonowani. Zupełne przeciwieństwo ich kolegów stacjonujących w mieście.

Przyjrzałam się ludziom dookoła. Całe rodziny. Rodziny ludzi o „dobrych” zawodach. Lekarze, inżynierowie, architekci, nauczyciele, naukowcy – ci, którzy mogą odbudować zniszczony świat.

– Wie pan, dokąd nas zabierają? – usłyszałam za sobą.

– Słyszałem, że gdzieś na zachód. Ale nikt nie chce powiedzieć nic bardziej konkretnego – odpowiedział inny, męski głos.

– A wie pan, o co tu w ogóle chodzi? Żadnych wzmianek o jakichś wojnach, konfliktach, zerwanych porozumieniach, ruchach wojsk i nagle takie rzeczy…?

– Panie, skąd ja mam wiedzieć! Wczoraj wróciłem z wakacji w Rzymie. Samoloty latały bez przeszkód. Nawet nas specjalnie na lotnisku nie sprawdzali. Tam też żadnych przygotowań do walki. – Facet był podirytowany.

Przestałam ich słuchać i zatopiłam się we własnych myślach.

Kolejka posuwała się powoli – chyba sprawdzali ludzi jeszcze przy samym wejściu. Obok mnie szedł Kuba. Wpatrywał się zielonymi oczami w tłum przed sobą. Ręce miał schowane w kieszeniach dżinsów. Wyglądał, jakby spacerował po parku. Filip szedł z tatą przodem. Zosia nadal ściskała ręce wokół szyi ojca. Była zmęczona. Brodę oparła na jego ramieniu i wodziła wielkimi oczami po ludziach. Gdy jej wzrok padł na mnie, posłałam jej ciepły, uspokajający uśmiech. Zużyłam na to cały zapas opanowania, jaki udało mi się zebrać.

Uśmiechnęła się.

Zosia była cichym dzieckiem. Nigdy nie sprawiała kłopotu, nie sprzeciwiała się rodzicom, wykonywała posłusznie wszystkie polecenia. Wśród koleżanek i kolegów ze szkoły cieszyła się opinią serdecznej koleżanki. Zawsze chciała pomóc, gdy zachodziła potrzeba. Nowe koleżanki obejmowała ochronnym ramieniem, płaczącym podawała chusteczki. Zawsze mnie zastanawiało, jakim cudem się uchowała w rzeczywistości pełnej liberalnej swawoli, gdzie dzieci dominowały nad rodzicami i nauczycielami, gdzie odczuwały wolność szybciej, niż chcieliby tego ich opiekunowie, gdzie kary i szlabany były dla nich chwilową zaledwie niedogodnością. Była najmłodsza z nas wszystkich, zawsze otaczana opieką, wyręczana we wszystkim w jakiś machinalny sposób. Nikomu z nas do głowy nie przyszło, że mogłoby to być niewychowawcze. Automatycznie podawaliśmy jej wszystko z górnych półek, podsadzaliśmy na wysokie stołki, zabieraliśmy ciężki plecak, gdy uginała się pod nim, wracając ze szkoły. Mimo to, Zosia nigdy nie prosiła o pomoc – zawsze starała się radzić sobie sama. Zupełnie nie wiem, skąd ona się wzięła. Była moim przeciwieństwem.

Ja bywałam egoistyczna i leniwa w jej wieku. Żądałam tupnięciami i krzykiem, gdy czegoś nie mogłam dostać, wwiercałam się płaczem w uszy rodziców. Do dziś wiele mi z tego zostało. Gdy czegoś nie mogłam osiągnąć i nikt mi w tym nie mógł pomóc, zostawiałam sprawę. Do celów dążyłam po linii najmniejszego oporu. Co innego Kuba. Ten to będzie wdrapywał się po drabinie, nieważne ile szczebelków po drodze mu wypadnie. Gdy był mały i chciał jakąś książkę z półki zbyt wysokiej na jego możliwości, kombinował, dopóki jej nie dostał. Mówił „ale ja chcę i koniec”, i nie było zmiłuj. Nawet jak mu dorośli odmówili pomocy. To „chcę i koniec” powodowało, że chodził własnymi ścieżkami, częściej sprzeciwiał się rodzicom, ale był też częściej dla ojca partnerem do dyskusji, jak równy z równym. Dobrze pamiętam moment, gdy tata zwyczajnie zapytał go o zdanie w sprawie zdecydowanie nie „dziecinnej”.

Filip był bardziej zbliżony do Zosi, niż do mnie i Kuby. Bardziej zamknięty i bujający w obłokach. Gdy coś sobie zaplanował, dążył do tego uparcie, ale gdy jakiegoś celu nie był stuprocentowo pewien, potrafił z niego zrezygnować. Zawodowo poszedł w ślady mamy – jeszcze wczoraj był studentem architektury.

Gdy kolejka zatrzymała się na dłużej, ojciec odwrócił się w naszą stronę.

– Posłuchajcie mnie uważnie – powiedział poważnym, ściszonym tonem.

Skupiliśmy się wokół niego.

– Nie wiem, gdzie lecimy. Wiem, że mają nas skierować do obozów przejściowych, a później do stref bezpieczeństwa. Musimy trzymać się razem. Może się jednak zdarzyć, że w tłumie, w panice, pogubimy się.

Mama zacisnęła mocniej usta.

– Gdyby do tego doszło, podawajcie moje imię i nazwisko, mówcie, że macie rodzinną przepustkę jako dzieci lekarza wojskowego. Zrozumiano?

Pokiwaliśmy posłusznie głowami.

Rysy twarzy ojca zrobiły się wyrazistsze, groźniejsze. Ściszył głos.

– Zaistniała sytuacja, która stawia nas przed wyborami: przetrwać albo dać przetrwać innym. Wybieramy tę pierwszą opcję. Każdy z was jest odpowiedzialny za siebie i swoją rodzinę, nikogo więcej. Interesuje was tylko przetrwanie rodziny. Rozumiecie, co do was mówię?

Skinęliśmy głowami. Wtedy nie docierało do mnie jeszcze w pełni, co wynikało z tych słów i co się z tym wiązało.

Kolejka ruszyła, mama dotknęła ramienia ojca. Odwrócił się i zrobił kilka kroków do przodu.

Sprawdzono nas przy wejściu. Wszystko się zgadzało. Weszliśmy na pokład samolotu. Dopiero stojąc na szczycie schodów, tuż przed wejściem do środka, zerknęłam w kierunku Warszawy. Ujrzałam wyraźną, jasną poświatę daleko na horyzoncie. Miasto płonęło.

Wiatr owionął mi twarz, rozwiał włosy. Powietrze nie było mroźne, lecz świeże, przyjemne. Wzięłam głęboki wdech.

Weszłam do samolotu.

***

Gdy wylądowaliśmy na osaczonym przez dzikie tłumy lotnisku, nie miałam pojęcia, gdzie się znajdowałam. Wiedziałam tylko, że było to lotnisko na terenie Niemiec. Świadczył o tym otaczający mnie zewsząd obcy język.

Po reakcji lecących z nami żołnierzy wywnioskowaliśmy, że nie spodziewali się tej paniki i chaosu, jakie zastali na miejscu. Wahali się przy otwieraniu drzwi, a nerwowe spojrzenia, jakie między sobą wymieniali, nie wróżyły dobrze. Schodząc wąskimi schodkami w dół, na płytę lotniska, czułam, jak w głowie pulsuje mi tępy ból. To, co działo się w Warszawie, było niczym. Cisza modlińskiego lotniska była jak cisza przed burzą. Na lotnisku w Niemczech wrzało jak w ulu. Wrzask tysięcy ludzi usiłujących dostać się do samolotów, które – jak im się wydawało – mogły ich zabrać w bezpieczne miejsce. Takich samolotów jak nasz było kilka, najwyżej dziesięć. Lotnisko nie było aż tak duże.

– Proszę przechodzić dalej – rozkazywał żołnierz sterujący ruchem wychodzących pasażerów. Wskazywał ręką na pole za samolotami, gdzie rozgrzewały silniki kolejne maszyny – tym razem dużo, dużo większe helikoptery. Widywałam takie tylko na corocznych paradach wojskowych.

Drugą dłoń żołnierz trzymał na spuście karabinu. Wystarczyła jedna iskra, by eksplodował, tak napięte miał mięśnie.

– Znowu przesiadka? – wymamrotał zawiedzionym głosem Filip. – Ile jeszcze? To bezsensu…

Ani mama, ani tata nie skomentowali jego słów. Byli podobnego zdania.

– Teraz nie możemy się wycofać. Idziemy dalej – skwitował ojciec, poprawiając w ramionach Zosię.

Mama odwróciła się dookoła własnej osi, sprawdzając, czy wszystkie dzieci były blisko. Spojrzała na mnie i w kącikach jej ust pojawił się nikły uśmiech.

– Będzie dobrze – szepnęła mi do ucha, otaczając ramieniem.

Poprawiłam plecak.

Doszliśmy do dwumetrowego, żelaznego płotu otaczającego teren z helikopterami. Tabliczki porozwieszane co kilka kroków informowały o podpięciu ogrodzenia do prądu, a namalowana czaszka sugestywnie odradzała doświadczalne dotykanie. Teren należał do wojska. Co pół metra stał wartownik z bronią w gotowości. Jakby na coś czekali.

Tata podszedł pierwszy do bramy i stanął w kolejce do „odprawy”. Tym razem sprawdzenie dokumentów trwało dłużej, dodatkowo uzupełnione o potwierdzanie tożsamości i zadawanie szczegółowych pytań. Co chwilę tata zerkał w naszą stronę, tłumacząc coś wartownikowi.

Odwróciłam się w stronę lotniska. Nocną ciemność zupełnie rozwiewały rozświetlone wszędzie, wysokie latarnie. Tam, gdzie znajdował się budynek cywilnego lotniska, rozpościerał się nieprzebrany tłum ludzi pulsujący energią i wolą przetrwania – wymieszaną z przerażeniem. Tysiące osób napierało na wysokie, prowizoryczne ogrodzenie. Szarpały rozpaczliwie mur dzielący ich od ratunku przed ogniem, pociskami, śmiercią. Ci ludzie też nie wiedzieli, co tak naprawdę się działo. Wiedzieli tylko, że z dnia na dzień w ich spokojnym świecie rozpętała się wojna – kto z kim walczył, nikt nie wiedział.

Żołnierze celowali w tłum, co jakiś czas wydając ostrzegawcze okrzyki. Nikt nie słuchał…

„Powinniśmy iść, i to szybko” – przeszło mi przez myśl instynktownie. Odwróciłam się do taty.

W tym momencie wartownik wpuścił nas na wojskowy teren. Najwyższy czas. Wskazał helikopter oddalony o kilkaset metrów. Ruszyliśmy w tamtym kierunku. Tata chował za pazuchę dokumenty.

– Weź Zosię, proszę. – Przekazał córkę mamie.

Huk wybuchu zatrzymał nas w pół kroku. Przylgnęliśmy automatycznie do ziemi. Powietrze przeszyły krzyki i wrzaski – a raczej jeden wielki wrzask tysięcy ludzi.

Podniosłam głowę i spojrzałam w kierunku lotniska. Kolejny dreszcz grozy przebiegł mi po plecach.

Słup dymu i ognia unosił się nad halą odlotów. Wybuch zmobilizował przerażony tłum, który naparł jeszcze wścieklej na ogrodzenie. Po chwili mur pękł. Ludzie wdarli się na płytę lotniska, w kilka minut zalewając otoczenie samolotów. Dzieliło nas od nich jeszcze jedno ogrodzenie pod prądem oraz szereg żołnierzy z karabinami. Celowali w ludzi.

– Jasna cholera! – wrzasnął tata, zrywając się z ziemi i biorąc z powrotem na ręce Zosię. Pociągnął mamę za ramię. – Ula, Filip, Kuba, ruchy, do cholery! – W jego głosie nie było ciepła, lecz pełna desperacji rodzicielska wola ocalenia dzieci.

Puściliśmy się pędem w stronę naszego helikoptera, pechowo zaparkowanego najdalej. Obok nas biegli inni, przeznaczeni przez nie wiadomo kogo, do przetrwania… Biegłam ostatnia, co chwilę odwracając się za siebie.

Tłum dopadł do ogrodzenia. Pierwszy rząd najszybciej biegających posmakował prądu. Kolejna fala wściekłego wrzasku. Wiedziałam, że ogrodzenie długo nie wytrzyma…

Ludzie dobiegali do helikopterów i z pomocą żołnierzy ładowali się do środka. Gdy helikopter był pełen, podnosił się bez zwłoki. Maszyny jak małe robaczki unosiły się co kilka minut. Zauważyłam, że nasz helikopter rozgrzewał już silnik…

Ojciec dotarł do niego pierwszy i nie zatrzymując się, wrzucił do środka Zosię. Sekundę później wepchnął bezceremonialnie mamę – był niesamowicie szybki, działał bez zastanowienia, jak na polu walki… Zaczynałam rozumieć, dlaczego był dla wojska tak cennym „nabytkiem”, który próbowali ratować. I to z rodziną.

Nie wiem, jak to się stało, ale zostałam w tyle. Przede mną do helikoptera ładowało się już kilka osób, które nie zdołały dostać się do swoich maszyn. Helikopter miał ograniczoną pojemność, a w obecnej chwili obowiązywała zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Nie byłam pierwsza.

– Ulka! Ruchy! Biegiem! – słyszałam głosy Kuby i ojca.

Biegłam co tchu, ale helikopter był tak daleko… Nie usłyszałam, kiedy generator z prądem eksplodował, sypiąc iskry na głowy ludzi, i kiedy tłum przedarł się przez kolejne ogrodzenie. Czułam, że coś jest nie tak po energii, z jaką dopingowali mnie, siedzący już w helikopterze, Kuba i ojciec.

Tuż przede mną biegła kobieta z małym chłopcem na rękach. Migotały mi jego jasne, rozwiane włosy. Obserwował świat za plecami matki z przerażeniem w oczach. Kobieta była młoda, sama. Nikt jej nie nawoływał. Zwróciłam na nią uwagę kilka sekund przed tym, jak potknęła się i upadła na beton razem z dzieckiem.

To, co się potem działo, było zupełnie poza mną. Nie kontrolowałam zachowania, nie myślałam o tym, co robiłam, ręce i nogi same działały…

Ignorując wrzaski ojca, który coraz wścieklej coś mi rozkazywał, wyhamowałam błyskawicznie przed kobietą. Była wyczerpana, nie miała siły się podnieść. Jej synek drżał ze strachu, ale nie płakał.

– Wstawaj, już! – warknęłam i bezceremonialnie podniosłam chłopca na ręce. Pewnie i tak nie mówiła po polsku, nie rozumiała mnie. Twarz miała zrytą od uderzenia, z nosa obficie sączyła się krew. Poczułam jak wątłe, drżące rączki zaciskają się wokół mojej szyi.

– BIEGNIJ! – wrzasnęłam do kobiety przez ramię, znów biegnąc przed siebie. Jego matka nie miała sił i jej szanse uratowania były mniejsze niż zero. Za to ja czułam w sobie energię, tę resztkę, która pozwoliła mi złapać chłopca i pędzić dalej. Nie zastanawiałam sie nad bólem, który mogłam spowodować, rozdzielając matkę z dzieckiem, nad traumą, która w chłopcu zostanie do końca życia. Wtedy podświadomość przedstawiała mi tylko jedną wizję: że on będzie żył i że miałam na to realny wpływ. To drugie było kluczowe…

Wtem z przerażeniem dostrzegłam, że helikopter unosił się…

Zaklęłam. Biegłam szybko, bardzo szybko, nie wiedziałam, że potrafię tak biegać…

Kobieta została daleko w tyle. Kuba i tata dopingowali z coraz większą werwą. Pilot ignorował rozkazy ojca, gdy ten kazał mu zaczekać. Widział zza przedniej szyby, co nadciągało ze strony hali odlotów. Tłum był blisko…

„Ja nie chcę tu zostać” – przeleciało mi przez głowę. – „Ja nie chcę, ja nie mogę, nie chcę umierać”. – Nie mówiłam tego na głos. Zacisnęłam ręce mocniej wokół chłopca i zrobiłam ostatni decydujący krok w kierunku helikoptera. Miałam nadzieję, że ktoś mnie złapie, bo sama nie miałam najmniejszych szans utrzymać się na szynie…

– Trzymaj się, mały – szepnęłam do chłopca i wyczułam, jak przylgnął do mnie mocno.

A jednak złapałam się szyny. Złapałam obiema rękami. Za to chłopiec trzymał się mnie.

Byliśmy kilka metrów nad powierzchnią. Wzburzony przez śmigło wiatr rozwiewał mi włosy, wpadał do otwartych ust. Nie mogłam się wciągnąć sama, mogłam tylko zwisać… Spojrzałam w dół…

Tłum pokrył całą przestrzeń, którą przed chwilą zajmował helikopter. Widziałam zalane łzami twarze kobiet i mężczyzn, którzy wpatrywali się w nas z przerażeniem, wyciągali ręce w naszą stronę, jakby licząc, że zawrócimy, reagując na ich błagalne spojrzenia…

Kolejny wybuch na hali odlotów był potężniejszy od poprzedniego. Siła powietrza przygwoździła ludzi do ziemi, a helikoptery zachwiały się niebezpiecznie.

– Tatoooo! – wrzasnęłam ile sił w płucach. Podniosłam oczy do góry i ujrzałam twarz ojca. Zaciętą, twardą, nieugiętą. – Ja się nie utrzymam!

– Utrzymasz! – odkrzyknął, jednocześnie odwracając się co chwilę w stronę wnętrza helikoptera. Coś kombinowali.

Ramiona mi drżały, drżały coraz bardziej… Nie miałam już siły. Jeśli czegoś zaraz nie wymyślą… Dlaczego ten helikopter jest taki wielki? Gdyby był mniejszy, ktoś mogły się po prostu po mnie schylić… Ja nie chcę umierać… TATO!

Ciało miałam jak z ołowiu, przedramiona drżały złowrogo. Wiotczały z wysiłku.

– Nie mam już sił… – szepnęłam w przestrzeń, sama do siebie, do powietrza, do szyny helikoptera. Serce waliło w piersi jak oszalałe, oddech był tak szybki i płytki, że zaczęło mi się kręcić w głowie. Przed oczami miałam mroczki… – Ra… ratuj, proszę – wymamrotałam znów. Widziałam twarz ojca cały czas.

Ręce ześlizgnęły mi się z szyny. Puściłam. Tak po prostu.

Ogłuszające „NIE!” wielu osób doleciało jeszcze do moich uszu. Ostatkiem sił podniosłam wzrok ku górze. Widziałam wykręconą w grymasie przerażenia twarz ojca wystającą z helikoptera, wielkie, pełne zdumienia oczy Kuby. Nie widziałam nikogo więcej, ale słyszałam głos matki wołającej mnie po imieniu.

– Ulka!!!

Oglądałam wielokrotnie hollywoodzkie filmy, gdzie bohaterowie spadali z wysokości w zwolnionym tempie, widząc twarze pozostawianych w górze ludzi, jak to wyłapywali każdą zmarszczkę, każdy gest, ruch warg, wzrok. Czytałam też w książkach, jak to „całe życie przelatywało człowiekowi przed oczami, gdy ocierał się o śmierć”.

Pierwsze to prawda. Na drugie nie miałam czasu. Upadek równał się utracie przytomności. Czułam tylko lekkość.

Nie musiałam się już wysilać.

ROZDZIAŁ 4

Człowiek, który przedzierał się przez tłum ogarniętych paniką mieszkańców niemieckiego miasta nie był stąd. Na imię miał Lincoln. Pracował dla organizacji zajmującej się biotechnologią i immunologią. Wykonywał też inne badania i doświadczenia. Zakres jego zainteresowań był szeroki, a ambicje nieograniczone. Dla spełnienia własnych naukowych pragnień gotów był przekraczać rozmaite granice.

Jedną z takich granic przekroczył, gdy stworzył C-71. Pierwszy człowiek, na którym swój wynalazek przebadał, stał się jego największym wrogiem. Na szczęście dla Lincolna – człowiek ten szybko umarł. Z przyczyn nienaturalnych.

Gdy w Instytucie pojawili się ludzie w garniturach i bez emocji na twarzach, wiedział, że jego praca zostanie doceniona. Że dostanie więcej dotacji na dalsze badania, większe laboratorium, pracowników i… więcej królików doświadczalnych. Jednak zakopany w swych doświadczeniach, w nauce, nie wiedział, na czym polega współczesna polityka. Nie wiedział, kto tak naprawdę pozwala mu działać, kto go obserwuje, i że żaden prezydent, premier czy generał nie ma najmniejszego wpływu na otaczającą rzeczywistość XXI wieku. Lincoln nie orientował się za bardzo w kwestiach niezwiązanych z obszarem nauki. Nie interesowały go. Takich ludzi jak on lubiła i utrzymywała przy życiu europejska Koalicja – grupa trzęsących Europą korporacji.

Gdy dano mu laboratorium, pracowników i króliki, na których miał rozwijać C-71, był szczęśliwy. Działał ambitnie i intensywnie. Jego badania przynosiły efekty w zastraszającym tempie.

Każdy człowiek, nawet najbardziej pozbawiony skrupułów, ma w sobie człowieczeństwo. W każdym człowieku to człowieczeństwo przeważa nad ambicją, żądzą, nawet jeśli tylko przez chwilę. Człowiek przeważył w Lincolnie, gdy do laboratorium przywieziono osiemnastoletnią dziewczynę z biednych obszarów Barcelony. Miała długie, rude, kręcone włosy, ciemnobrązowe, wielkie oczy i była całkowicie przytomna. Lincoln zniszczył już dziesiątki osób, na których testował nowe możliwości C-71. Hiszpanka obudziła w nim jednak człowieka.

Ponieważ był pod stałą obserwacją żołnierzy Koalicji, nie miał wyjścia. Rozpoczął standardowe procedury. Jakież było jego zdziwienie, gdy po paru miesiącach dziewczyna nie tylko nie umarła jak poprzednie „króliki”, ale też zaczęła się rozwijać. Dokładnie tak, jak oczekiwała Koalicja. Tego dnia Lincoln zrozumiał, że był wynalazcą nowej „broni atomowej”.

Każda, nawet najbardziej przebiegła, bogata i inteligentna organizacja ma swojego przeciwnika. Nawet jeśli przeciwnik ten jest dużo słabszy i nieświadomy istnienia swojego wroga. Niektóre organizacje baczą na to zagrożenie. Większość jednak postępuje z naturalną dla ludzkości ignorancją i pogardą dla słabszego. Koalicja składała się z ludzi – nawet jeśli o umysłach nieprzeciętnych.

Marina pochodziła z ubogiej rodziny polsko-hiszpańskiej, ale posiadała nieprzeciętną inteligencję. Do tego nie należała do Koalicji, więc nikt nie miał skrupułów przed wykorzystaniem jej w roli królika doświadczalnego. Szybko przestała być człowiekiem z naturalnie pulsującą w żyłach krwią. Jej krew była wymieszana z C-71.

Wróg jest groźny, gdy znajduje się na zewnątrz, ale staje się śmiercionośny, gdy siedzi w naszym domu. Gdy odgrywa przyjaciela i ma w tej grze sprzymierzeńca.

***

Lincoln przedostał się na płytę lotniska razem z dzikim, przerażonym tłumem. Utknął w tym tłumie, na swoje szczęście. Ścisk, jaki panował wśród tysięcy zgromadzonych ludzi, nie pozwalał nikomu się do niego przedrzeć, stworzył wokół naturalną barierę. A on potrzebował czasu na dokończenie swojego planu.

Zanim opuścił laboratorium, zniszczył wyniki swoich badań. Spalił papierowy, tradycyjny notes, zniszczył twardy dysk głównego komputera. Marina miała zająć się pozostałymi królikami doświadczalnymi…

Lincoln sięgnął do wewnętrznej kieszeni szarego, długiego płaszcza. Poczuł pod palcami twardość szklanej probówki. Ostatnia i jedyna dawka w stu procentach dopracowanego C-71. Bez wad, produkt idealny. Ten, na który czekała Koalicja na każdym kontynencie. Lincoln nie był kreatywny językowo, więc nazwał to C-72. Jedyna dawka na świecie. Nie sposób będzie ją odtworzyć, jeśli Marina wykona plan, jaki opracowali i razem z pozostałymi królikami zniknie z tego świata.

Tłum szarpnął nim do przodu. Udając się na lotnisko, nie sądził, że będzie tu tyle osób. Pierwsza faza Destrukcji miała nastąpić po cichu, niespodziewanie dla mas. Na płycie lotniska powinny znajdować się sznurki starannie wyselekcjonowanych, z rozmysłem wybranych najprzydatniejszych osób. Nielicznych.

Wybuch w hali odlotów zaskoczył wszystkich i zmusił do chwilowego zaprzestania szturmu na ogrodzenie lotniska. Ludzie kucnęli w przerażeniu, by po kilku minutach powstać i z jeszcze większą energią naprzeć na płot. Lincoln spojrzał za siebie, na wielki słup ognia i dymu unoszący się nad płonącą halą. Nie miał wątpliwości, że to jeden z Królików. Marina działała.

Tłum zafalował i popłynął do przodu, a on wraz z nim. Jedno ogrodzenie przebite. Jak wydostać się z tłumu i dotrzeć do helikopterów, nim te odlecą? Musiał znaleźć kapitana Petera…

Wtem rzucił mu się w oczy pierwszy człowiek o szarej twarzy bez wyrazu. Poznał go po niej i po pustych oczach – pierwsi żołnierze Koalicji wyprani z uczuć, emocji. Pierwsze eksperymenty Koalicji czekającej na uzupełnienie w postaci C-72. Na razie w liczbie kilkuset w całej Europie, wybrani do zadań specjalnych, ale ich niewielka ilość była tylko kwestią czasu.

Poczuł krople potu spływające mu po skroni. Odruchowo dotknął miejsca na piersi, gdzie pod płaszczem ukrył probówkę. Dostrzegł następnego szarego. Widzieli go. Musiał natychmiast coś zrobić.

Spróbował się przepchnąć do przodu. Bez skutku.

Kolejny wybuch, już bliżej, wypuścił w powietrze setki odłamków ścian i dachu hali. Na głowy zebranych posypały się iskry. Śmiercionośne fragmenty budynku poszybowały we wszystkich kierunkach, wbijając się w zbite masę miękkich ciał. Lament i krzyki pełne bólu rozniosły się po lotnisku, a tłum zafalował jeszcze bardziej, dając Lincolnowi szansę na przebicie się do przodu. Wychylał głowę najwyżej jak potrafił, by wypatrzeć helikopter Petera. Nie widział go.

Ludzie biegli w kierunku maszyn wznoszących się w powietrze. Tragedie rozgrywały się przy każdym śmigłowcu, spóźnieni dobiegali do nich, gdy te już wzlatywały. Lincoln dostrzegł ostatnią maszynę, przy której rozgrywał się dramat dziewczyny z małym chłopcem. Ledwo trzymała się podstawy helikoptera, za wszelką cenę usiłując utrzymać siebie i dziecko.

Kilka metrów dalej, na prawo, dostrzegł helikopter kapitana Petera. Było za późno. Mężczyzna siedział za sterami i unosił maszynę. Był za wysoko, by go zauważyć.

Lincoln wypuścił powietrze z jękiem. Ostatnia nadzieja przepadła. Cała walka na nic. „Proch pozostanie z tej walki inteligentnych, egoistycznych idiotów” – pomyślał z rezygnacją.

Tłum rozrzedził się na tyle, że umożliwił swobodę ruchów. Lincoln nie miał już dokąd uciekać, nie miał celu. Stanął na środku płyty lotniska i wyciągnął z kieszeni probówkę. Wpatrywał się w bursztynowy płyn wewnątrz szklanego pojemniczka zakończonego strzykawką. Tyle pracy, tyle lat, tyle ofiar, byle tylko to stworzyć… A teraz, gdy już trzymał w dłoni swój cel, czuł się jak przegrany.

Poprawił okulary z grubymi oprawkami. Wiatr rozwiewał mu czarne jak smoła, przetłuszczone włosy. Cienkie pasma siwizny świadczyły o napięciu, które wyciągało z niego życie przez ostatnie dziesięć lat pracy dla Koalicji.

Rozejrzał się dookoła. Ludzie usiłowali przywołać siłą rąk helikoptery odlatujące w ciemność, nawoływali w rozpaczy, chcąc uratować siebie i swoich bliskich. Widział kobietę przyciskającą do siebie w geście bezradności dwoje kilkuletnich dzieci, chłopaka pochylającego się nad martwą dziewczyną. Widział ojca, który próbował odnaleźć jeszcze jakiś dostępny helikopter, chociażby dla uczepionego jego szyi syna. Lincoln pomyślał, że wszyscy dowódcy, którzy decydują się na wojnę, powinni sami znaleźć się przed tymi, do których strzelają. Może pierwszy taki strzał powstrzymałby pozostałe. Łatwo prowadzić wojnę z wygodnego gabinetu, w którym słychać tylko trzask przyjemnie płonącego ognia w kominku.

Kątem oka dostrzegł szarego, zbliżającego się w jego stronę. Krew w nim zawrzała.

– Po moim trupie – wymamrotał pod nosem i rzucił się w przeciwnym kierunku niż nadchodzący żołnierze Koalicji.

Biegnąc, próbował znaleźć rozwiązanie. Jak sprawić, żeby C-72 znikł i nikt go nie przechwycił?! Żeby nikt nawet nie próbował odtworzyć jego badań.

Wbił się w tłum, który coraz szerzej rozlewał się po płycie lotniska i pobliskich lasach. Helikoptery odleciały, samoloty pasażerskie stały unieruchomione. Nie było ratunku. Coś się kończyło.

Daleko na horyzoncie rozpostarła się pomarańczowa, rozmyta poświata. Ogień ogarniał miasto, chaos się rozprzestrzeniał. Ten, kto rozpoczął Destrukcję, dawno był już pod ziemią. Na powierzchni pozostali tylko ci, którzy mieli dopełnić zniszczenia i przygotować grunt pod nowe. Przynajmniej taki był pierwotny plan. Ale ten nie zakładał bombardowań… Coś poszło nie tak.

Wszyscy ludzie wpatrywali się w jaśniejącą poświatę.

Lincoln nie zatrzymał się nawet dla złapania oddechu. Chwila rozkojarzenia sprawiła, że potknął się i runął do przodu. Instynktownie uniósł w górę prawą dłoń, w której trzymał C-72. Zarył twarzą w beton. Krew zalała mu oczy. Potłuczone okulary leżały pod nim. Czuł, że nie może wciągnąć powietrza nosem. Był złamany. Adrenalina tak w nim pulsowała, że nie czuł bólu. Odwrócił się na plecy i ujrzał oddalonych od niego o kilkadziesiąt metrów trzech żołnierzy Koalicji. Widok ciemnych mundurów sprawił, że zgasła w nim nadzieja na uratowanie samego siebie.

Pozostało mu tylko jedno: zniszczyć C-72, nim wpadnie w ręce Koalicji.

Rozejrzał się w popłochu. Przed sobą ujrzał ciało dziewczyny. Poznał ją. To ona usiłowała uratować siebie i chłopca, trzymając się helikoptera. Nie udało jej się. Nogi miała rozrzucone w nienaturalny sposób – były połamane. Leżała na plecach, z pustym wzrokiem niebieskich oczu utkwionym w przestrzeni przed sobą. Była brunetką. Gęste, długie włosy rozsypały się dookoła jej głowy. Z ust rozchylonych w niemym wyrazie wydobyło się już ostatnie tchnienie. Lincoln pomyślał, że wyglądała, jakby jej było lekko, spokojnie.

Spojrzał w dół, na dłoń, w której trzymał bursztynowy płyn. Nie próbował nigdy wstrzykiwać C-71, a tym bardziej C-72 zwłokom, ale skoro ciało obumierało, również płyn powinien zniknąć. Bez namysłu zdjął powłokę strzykawki. Podwinął nogawkę spodni dziewczyny. Przyłożył igłę do skóry, lecz zawahał się. Spojrzał za siebie. Szarzy byli coraz bliżej.

Wbił igłę w łydkę i wstrzyknął cały płyn. Wyciągnął strzykawkę, zsunął nogawkę i ściskając szklany pojemnik w dłoni, zebrał się z betonu. Ostatkiem sił ruszył w stronę ciemności ziejącej z pobliskich lasów. Miał do nich daleko, ale tylko tamte rejony chroniły go przed zagrożeniem depczącym mu po piętach.

Musiał odejść jak najdalej od ciała dziewczyny. Tak, by nie wzbudziło ono niczyjej ciekawości. Ot, kolejne ciało, które będzie trzeba pochować lub, co bardziej prawdopodobne, spalić na wielkim, wspólnym stosie. Wiedział, co będą robić oddziały sprzątające Koalicji, gdy minie pierwsza faza Destrukcji.

Nagle z ciemności lasów wysunęły się dziesiątki żołnierzy z karabinami wycelowanymi w tłum. Koalicja testowała Szarych w akcji. Nie miało dla nich znaczenia, czy przed lufą znalazł się mężczyzna, kobieta, czy dziecko. Wszyscy byli tylko celami, które należało unieszkodliwić. Taki był rozkaz wysyłany bezpośrednio do mózgu za pomocą małej kosteczki – czipa umieszczonego w głowie, tuż za prawym uchem.

Szturm zaczął się nagle. Powietrze przeszyły dziesiątki głuchych wystrzałów. Kule zatapiały się w miękkich ciałach, ścieląc gęsto płytę lotniska, ścinając z nóg każdego, kto znalazł się na otwartej przestrzeni.

Lincoln padł bezruchu, gdy kula trafiła go w skroń.

ROZDZIAŁ 5

Cisza. Przejmująca cisza rozbrzmiewała w uszach. Ani jednego szumu listka. Ani jednego wrzeszczącego człowieka, ani jed­nego wycia zranionego człowieka.

Poruszyłam palcami u rąk. Pod opuszkami palców poczułam coś twardego, chyba beton. Z drugiej strony to samo. Spróbowałam poruszyć inną częścią ciała, chciałam wstać. Nie udało mi się nawet drgnąć. Spięłam się w sobie i znów spróbowałam. Bezskutecznie. Dotarło do mnie, że jestem zupełnie unieruchomiona. Gdyby nie możliwość delikatnego ruszania palcami u rąk, wpadłabym w totalną panikę.

Zdziwiłam się, jak jasny miałam umysł. Szybko powróciły wspomnienia sprzed upadku – krzyk mamy, przerażone oczy Kuby, grymas taty, ci wszyscy błagający o ratunek ludzie, eksplozje. Upadek. Upadłam z bardzo dużej wysokości. Spadłam na nogi.

Spróbowałam podnieść głowę i spojrzeć w dół. Nawet nie drgnęła.

Obok mojego ucha rozległ się szelest. Zamarłam, a w zasadzie zastygły moje oczy. Pozostała część ciała była poza moją kontrolą. Oczy miałam otwarte, ale nie poruszałam nimi. Starałam się mrugać jak najrzadziej. Chciałam widzieć, kto mnie mija.

Instynktownie czułam, że obok mnie jest niebezpieczeństwo, nie ratunek. Ponieważ głowę miałam skierowaną na lewo, widziałam dokładnie ciemny, wojskowy but, który zatrzymał się prawie na czubku mojego nosa. Dwóch ludzi wymieniało ze sobą uwagi po niemiecku. Nie znam niemieckiego. Nic nie rozumiałam.

Gdy mnie minęli, kierując się w stronę lasu, ujrzałam ich w całej postaci – wysocy, ubrani w czarne kombinezony, z karabinami. Ale nie były to karabiny, jakie znałam z muzeów albo nawet ze strzelnicy, na którą raz zabrał mnie tata. Broń, jaką trzymali ci ludzie bardziej przypominała tę z filmów science-fiction…

– At least a few hundred1 – słyszałam niedaleko.

Tym razem rozumiałam wszystko. Znałam angielski.

– We’ll have to handle it soon. Corpses will start to decompose, we cannot afford any epidemic now2 – mówił niski, męski głos.

– I’ll give suitable orders. We’ll handle it tomorrow morning. Let’s leave this area to burn out for now. No point in sticking here3. – Drugi męski głos, wyraźnie należący do młodszej osoby, miał domieszkę latynoskiego akcentu.

Skierowali się w stronę żołnierzy w czarnych mundurach. Wyglądali tak samo jak oni. Widziałam tylko ich plecy, gdy wsiadali do podstawionego samochodu. Pięć minut później na całym lotnisku nie pozostała żadna żywa dusza.

Poza mną.

***

Nie wiem, jak długo leżałam bezruchu, mając świadomość wszystkiego, co się wokół mnie działo. Ciemność otaczała lotnisko, nie było nawet księżyca. Nie słyszałam ani jednego dźwięku – ani lasu, ani zwierząt, ani tym bardziej ludzi. Jakby cała przestrzeń w promieniu kilkudziesięciu kilometrów wymarła. Bo może wymarła?

Serce biło spokojnie, oddech miałam regularny. Z początku nie odczuwałam ciepła czy zimna, nie czułam nic. Z czasem czucie zaczęło wracać, a mrowienie w całym ciele dawało sygnały, że powracałam do rzeczywistości. Musiałam po prostu poczekać, aż się zregeneruję.

Zostałam sama z myślami, i to myślenie było moim jedynym zajęciem. Miałam czas, żeby na spokojnie przeanalizować to, co się wydarzyło. Zanim zaczęłam powracać wspomnieniami do wydarzeń z poprzedniego dnia, wmówiłam sobie, że panika i strach w niczym nie pomogą, tylko zaszkodzą. Przypomniałam sobie, jak racjonalnie i zimno kalkulował tata, by wyciągnąć nas z tego bagna. Brałam z niego przykład.

Jakie były fakty? Fakty były takie, że z dnia na dzień na świecie (albo tylko w Europie?) rozpętało się piekło. W Polsce i w Niemczech jednocześnie. To wiedziałam na pewno. A co z resztą świata? Usiłowałam sobie przypomnieć, czy na lotnisku, podczas ewakuacji, słyszałam jakieś inne języki? Nic sobie nie przypominałam. Kojarzyłam tylko polski i niemiecki. No tak, ale równie dobrze tutaj mógł się znajdować punkt przerzutowy z terenów wschodniej Europy… Wróć. Skup się na tym, co wiesz. Polska i Niemcy są w stanie wojny. Tylko z kim? Rodzice i rodzeństwo zostali ewakuowani w nieznane miejsce. Dokąd? Na zachód. To pewne. Zachód długi i szeroki. Nie było sensu nawet rozważać szukania ich. Tym bardziej nie wiedząc, co się działo na świecie. Wojsko, które nas ewakuowało, było inaczej ubrane niż wojskowi, którzy niedawno mnie minęli. Ci drudzy wydawali się dowodzić, ci pierwsi tylko wykonywali rozkazy. Instynkt podpowiadał mi, że należało ich unikać. A mieli tu wrócić o świcie.

Skrzywiłam się. Jeśli do świtu nie wstanę…

„Skup się. Nie panikuj, bo to nie pomaga” – przywołałam się do porządku. Musiałam maksymalnie wykorzystać czas na ocenę sytuacji.

Co jeszcze wiem? Że w Warszawie została babcia. Czy żyła? Nie wiadomo, wybuchów w mieście było mnóstwo. Ale kiedy ostatni raz ją widziałam żyła, a nasze domy były całe. Tego trzeba się trzymać. Jeśli rodzice i rodzeństwo przeżyli – wszyscy obiorą kierunek na Warszawę. To był nasz jedyny punkt wspólny. Co jeszcze? Grzebałam w mózgu w poszukiwaniu kolejnych informacji, które mogły się przydać w ocenie. Nic więcej nie przychodziło mi na myśl.

Coś zahuczało po prawej stronie, więc instynktownie odwróciłam głowę. Odzyskałam czucie w szyi!

Nie dostrzegłam nic w ciemności, ale całą moją uwagę przykuło to, że mogłam się poruszyć. Najpierw pokręciłam głową. Działała i nie bolało. Ruszyłam dłońmi, potem całymi rękoma. Wszystko grało. Zabrałam się za nogi.

Kicha.

Wzięłam głęboki wdech i podpierając się na łokciach, uniosłam do pionu. Spojrzałam na stopy. Gdybym stała, zwaliłoby mnie. Dobrze, że leżałam – drugi raz nie mogłam zrobić sobie krzywdy. Moje nogi od ud w dół były połamane. Lewą miałam wykręconą w kolanie, z prawej łydki wystawała kość piszczelowa…

Upadłam z powrotem na plecy.

– Jezus Maria – wyszeptałam, połykając łzy.

Jakim cudem nie czułam bólu? Jak ja miałam teraz gdziekolwiek pójść?

Zaszlochałam cicho. To było silniejsze ode mnie. Miałam dopiero piętnaście lat… Jak mogłam być postawiona w takiej sytuacji i działać trzeźwo?!

Płacz sam wydarł mi się z gardła. Zakryłam usta dłonią. Szlochałam w ciszy.

Płakałabym dalej, gdyby nie widok rozjaśniającego się nieba.

Oni wrócą o świcie…

Mogłam tu zginąć albo spróbować przeżyć.

„Nie poddawaj się, do cholery” – słyszałam w głowie nieustępliwy głos ojca.

„Nie poddawaj się” – powiedziałam do siebie w myślach.

Znów wdech i wpakowanie wszystkich sił w podniesienie się do pionu. Choć od pasa w dół byłam sparaliżowana, góra działała bez zarzutu. Przypuszczałam, że w biodrze też coś miałam złamane. Gdy ustabilizowałam się w pozycji siedzącej, rozejrzałam się dookoła…

Krew odpłynęła mi z twarzy.

Wschodzące słońce wydobyło z mroku lotnisko przykryte setkami ludzkich ciał. Wśród ludzi byli wszyscy: mężczyźni, kobiety, dzieci. Widziałam nawet małe niemowlę. Ludzie w każdym wieku. Część z nich miała plecaki turystyczne, jedna starsza pani ubrana była w koszulę nocną i szlafrok. Wszyscy byli martwi. Czerwone plamy kwitnące na jasnych kurtkach, roztrzaskane głowy. Wszystko od kul…

Nigdzie nie widziałam chłopca o jasnych włosach. Czyżby jakimś cudem przeżył?

Wróg był bliżej, niż myślałam. I był większym wrogiem, niż mi się wydawało.

– Nie mogę tu zostać, ktokolwiek to zrobił, wróci, wróci niebawem. Nie może mnie tu znaleźć. – Mówienie do siebie na głos pomagało. Jakbym miała towarzystwo…

Rozejrzałam się. Lotnisko było długie i wielkie, ale teren, z którego startowały helikoptery, znajdował się nieco z boku. Do lasu wyglądającego na gęsty było kilkadziesiąt metrów.

– Do dupy z tym wszystkim. Nie poddam się! – warknęłam do siebie i jedną ręką zdjęłam z szyi szalik. Był cienki, ale lepsze to niż nic. Całą siłą przechyliłam się do przodu, zwijając w precla.

Spojrzałam na wystającą kość piszczelową. Zastanawiałam się, czy wsadzić ją z powrotem, czy zostawić. Lepiej, żeby zajął się tym lekarz, ale… gdzie ja tu teraz znajdę lekarza?

– Do dupy z tym wszystkim! – Chyba miałam nowe motto…

Dotknęłam prawą dłonią końca wystającej kości.

– Chyba się porzygam… – Groźba była realna.

Zamknęłam oczy i nacisnęłam z całej siły. Skrzywiłam się. Chrupnęło donośnie, aż ciarki przeszły. Ale nic poza tym. Żadnego bólu. Zwaliłam to na paraliż.

Spojrzałam na nogę. Zalała się znów krwią, więc szybko owinęłam ranę szalikiem. Przydałoby się jeszcze coś powyżej rany, ale nie miałam więcej szalików. Rozejrzałam się dookoła. Kobieta obok mnie miała kwiecistą chustkę. Wzięłam wdech i stękając jak stara babcia, podsunęłam się do niej. Twarz miała zwróconą w stronę lasu, więc nie widziałam jej oczu. Całe szczęście. Miała krótkie włosy.

Szybko ściągnęłam jej chustkę. Zawiązałam ją mocno ponad raną, ale tak, żeby noga mi nie uschła. Dotknęłam ramienia. Nie było na nim plecaka. Wtedy przypomniałam sobie, że miałam go na sobie w chwili upadku. Nie pamiętałam, żebym go zdejmowała. Ktoś musiał mi go zabrać, gdy upadłam. Zostałam na świecie w butach górskich i zimowej odzieży. Najbardziej było mi żal wszystkich fotografii. A taka byłam pewna, że mi coś po dawnym życiu zostanie, w przeciwieństwie do cyfrowych znajomych.

Westchnęłam. Byłam gotowa do drogi.

Spojrzałam na prawo.

– Blisko. Dam radę.

Zaczęłam ciężko sunąć po betonie usłanym trupami. Starałam się je omijać, najchętniej bez jakiegokolwiek kontaktu bezpośredniego, ale czasem się nie dało. Musiałam turlać się przez ludzi, przesuwać ich na bok. Próbowałam jak najmniej na nich patrzeć.

„Co człowiek raz zobaczy, to już nie odzobaczy”, mawiała moja przyjaciółka Ewa. Już wystarczająco miałam za oczami. Wzrok uparcie wbijałam w ciemność machającą do mnie spomiędzy pni. Nie zastanawiałam się, co zrobię, jak już się tam znajdę. Wszystko po kolei.

Ciągnięcie za sobą własnych nóg to wcale nie taka prosta sprawa. Bezwładne ciało jest dwa razy cięższe niż normalnie. Po pół godzinie sunięcia, przerywanego krótkimi przystankami dla złapania oddechu, dotarłam na skraj lotniska.

Dotknęłam brudnymi od krwi i kurzu rękami przemoczonej, zimowej trawy i warstwy zgniłych liści. Wzięłam w dłoń małą szyszkę. Wciągnęłam się dalej w las, i dalej, i dalej. Wciąż nie dość daleko, bo ciągle widziałam lotnisko. Kierowałam się na północny-zachód. Przynajmniej miałam nadzieję, że to północny-zachód…

Las był naprawdę gęsty. Uznałam, że jeśli jeszcze głębiej w niego wejdę, może uda mi się przeczekać tam „sprzątanie”, jakie mieli urządzić o świcie żołnierze. Może nikt mnie nie znajdzie. Ale co potem?

Potrząsnęłam głową. Dość.