Cylinder van Troffa - Janusz Andrzej Zajdel - ebook
NOWOŚĆ

Cylinder van Troffa ebook

Janusz Andrzej Zajdel

4,2

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Klasyczna powieść jednego z twórców polskiej fantastyki socjologicznej. Autor w formie sensacyjno-rozrywkowej przedstawia problemy zawsze aktualne: niemożność adaptacji ludzkiej psychiki do szybko zmieniającego się świata. Młody naukowiec przedstawia pracę z dziedziny historii cywilizacji ziemskiej. Praca dotyczy tzw. Epoki Rozszczepienia, obejmującej wieki XXII i XXIII - okres regresu cywilizacyjnego, chaosu i anarchii. Opracowanie opiera się na dokumencie zwanym „Notatnikiem Nieśmiertelnego”. „Nieśmiertelny”, postać na poły legendarna, był członkiem załogi jednego z międzygwiezdnych kosmolotów, który opuścił Ziemię w XXI wieku i powrócił po stu kilkudziesięciu latach, a więc w samym środku owej niezbyt dobrze zbadanej Epoki Rozszczepienia. Dziś, w XXIV wieku, zapiski tego człowieka stanowią bezcenny dokument historyczny. Notatnik obejmuje jednakże bardzo długi okres i przedstawia fakty rozrzucone po dwóch wiekach historii. Według hipotez niektórych uczonych „Nieśmiertelny” korzystał z hipotetycznego urządzenia, zwanego cylindrem van Troffa. Dzięki cylindrowi człowiek może trwać poza upływem czasu, a więc tym sposobem „Nieśmiertelny” mógł przenosić się do coraz późniejszych epok. Młody historyk wysuwa hipotezę, według której „Nieśmiertelny” istnieje nadal: albo w stanie czynnym, działając wśród ludzi XXIV wieku, albo trwając w cylindrze van Troffa. Tylko - gdzie jest cylinder? I dlaczego notatnik znalazł się w rękach badaczy, zamiast tkwić w kieszeni właściciela?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 266

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Posłowie

Lech Jęczmyk

Opracowanie graficzne serii: Małgorzata Śliwińska

Ilustracja na okładce: Tomasz Maroński

Copyright © by Jadwiga Zajdel & Joanna Zajdel-Przybył, Warszawa 2018

Posłowie © by Lech Jęczmyk, Warszawa 2018

Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA Sp. z o.o.

Biuro Handlowe

ul. Nowowiejska 10/12

00-653 Warszawa

e-mail: [email protected]

Redaktor naczelny: Mirosław Kowalski

ISBN 978-83-7578-174-8

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Słowo wstępne

Uprzedzając wszelkie pomówienia i zarzuty, chciałbym od razu wyjaśnić przyczyny i cele, dla których postanowiłem udostępnić niniejsze opracowanie szerokiemu gronu czytelników.

Materiał wyjściowy, który w całości przytaczam, stanowi owoc pracy mojego zaginionego przyjaciela i towarzysza, Akka Numiego. Jest to, niestety, materiał niejako wtórny: w moim posiadaniu znalazł się plik arkuszy, będących, jak sądzę, brudnopisem jednej z kolejnych wersji pracy mojego przyjaciela. Zawiera on tekst przekładu pewnego manuskryptu, który umownie nazwę „zielonym zeszytem”, a także wnioski, uwagi i wyjaśnienia pochodzące od Akka.

W pełni zdaję sobie sprawę, iż brudnopis taki – choć sporządzony niewątpliwie ręką Akka – nie może pretendować do rangi źródła historycznego, dotyczącego okresu, z którego pochodził oryginalny tekst, tłumaczony i interpretowany przez mojego przyjaciela. Nie mam jednakże celu stworzenia naukowego dzieła. Pracę o takim charakterze, o ile mi wiadomo, podjął Akk Numi na podstawie „zielonego zeszytu”. Jednakże, z uwagi na brak jakichkolwiek innych materiałów z „zielonym zeszytem” włącznie (zniknęły bowiem wraz z Akkiem), brudnopis stał się dziś jedynym dostępnym źródłem informacji.

Szczerze mówiąc, sam nie wiem, do jakiego stopnia znajdujący się w moich rękach tekst jest wiernym i pełnym przekładem zawartości „zielonego zeszytu”. Sądząc z uwag, jakimi Akk przeplata w swych notatkach fragmenty tłumaczenia, jest to zapewne wolny przekład, opowieść skreślona własnymi słowami – osnuta na tle oryginału historia, stworzona jakby na marginesie równolegle powstałego naukowego opracowania, które miało dotyczyć, najbardziej zagadkowego i dramatycznego okresu dziejów tej planety.

Być może Akk podkreślił, uwypuklił albo nawet nieco ubarwił to, co dotyczyło samego autora zapisu w „zielonym zeszycie” – pomijając szersze opisy tła społeczno-obyczajowego i warunków środowiskowych. Wydobył tym samym osobę narratora na pierwszy plan, czyniąc z niego przewodnika po świecie tamtej epoki.

Za względną wiernością oryginałowi mógłby w pewnej mierze przemówić fakt, że w przekładzie zachowano formę narracji w pierwszej osobie.

Jednak każdego, kto jak ja dobrze znał Akka Numiego z jego skłonnością do literackiego traktowania historycznych tematów, uderzą niewątpliwie w tym tekście dość specyficzne nawiązania do klasycznej literatury Starego Świata, którą tak wysoko cenił mój nieodżałowany przyjaciel.

Nie natrętnie może, lecz wyraźnie ozwą się w jego tekście odwieczne motywy, w przewrotny nieraz sposób przetworzone pierwowzory literackie, mity, fabuły, aluzje, o które trudno raczej posądzać dość rzeczowego, jak się zdaje, prawdziwego narratora. Wśród tych ech i pogłosów orficko-dantejskiego inferna, dramatów Odysa, Faustusa i Romea – tracimy wiarę i ufność w czystą rzetelność przekładu.

Nic to jednakże! Jak rzekłem wprzódy, nie chcę bogacić i bez tego nadmiernie rozdętej kolekcji mało wartych przyczynków do historii Epoki Rozszczepienia. Pragnę tylko wydobyć na światło choć część tego, co z niemałym trudem i zapałem zgromadził Akk Numi i co, jak mniemam, ma nadspodziewanie ścisły związek z jego niewytłumaczonym zniknięciem.

Tu wszakże raz jeszcze zastrzec się muszę i podkreślić, iż wnioski moje i uwagi (które sformułuję na końcu, po przedstawieniu treści notatek Akka) są właściwie kontynuacją myśli mojego kolegi, jego hipotez, których nie było mu dane rozwinąć, choć zawarł je implicite w swych przypisach i uwagach.

Uprzedzając własne konkluzje stwierdzam, że znikniecie Akka nie było przypadkiem, podobnie jak to, że zniknął „zielony zeszyt” i pełny tekst jego opracowania; jak również to, że wraz z Akkiem zniknął profesor Per Offi – jego szef i promotor pracy doktorskiej.

Twierdzę ponadto, iż brudnopis, który znalazł się u mnie (przypadkowo czy nie – trudno rozsądzić), ocalał jedynie dzięki temu, że oprócz Akka nikt nie wiedział o jego istnieniu i miejscu ukrycia.

Rękopis znalazłem w kilka tygodni po zniknięciu obu uczonych. Porządkując moją kwaterę w pierwszej warstwie Miasta C, początkowo nie zwróciłem uwagi na treść znalezionych kartek, zapisanych ręką przyjaciela. Obecność brudnopisu wśród moich szpargałów nie zdziwiła mnie nawet, bowiem Akk wielokrotnie korzystał z mojej kwatery, gdy ja buszowałem w dolnych warstwach Miasta. Mieszkał wprawdzie gdzie indziej, jednak odkąd zainstalowano obok jego pokoju kompresor wentylacyjny, uskarżał się na hałasy i chętnie pracował u mnie.

Notatki znalazłem w chwili, gdy komisja powołana dla zbadania sprawy zaginięcia Akka i profesora zakończyła swą działalność, wieńcząc niewiele mówiącym protokołem długie tygodnie bezowocnych poszukiwań, przesłuchań i dochodzeń. Ustalono, że po raz ostatni widziano obu razem gdzieś pomiędzy czwartą a piątą warstwą Miasta, a więc w terenie mało zbadanym i przez to dość niebezpiecznym. Znany był także fakt zniknięcia wyników prac obu uczonych, lecz komisja nie przypisała temu jakiegoś specjalnego znaczenia. Nie było zresztą podstaw, by podejrzewać istnienie związku między tym faktem a zniknięciem archeologów. Zresztą wybierając się na dłużej w teren badań mogli zabrać swe teczki z notatkami.

Sprawą „zielonego zeszytu” w ogóle się nie interesowano. Prawdę mówiąc, nawet ja, bliski przyjaciel Akka, niewiele wiedziałem o tym dokumencie. Każdy z nas natrafiał tutaj, w Mieście C, tym raju badaczy Starego Świata, na dziesiątki unikalnych, fascynujących znalezisk. Każdy też zasklepiał się we własnym temacie i gdyby nie obowiązkowe seminaria, odbywające się dwa razy w miesiącu, żaden z nas nie wiedziałby nic o sprawach, jakimi zajmują się pozostali.

Usiłuję teraz przywołać z pamięci każde słowo Akka, dotyczące „zielonego zeszytu”. Niewiele było tych słów. Akk najwyraźniej skąpił szczegółów, oszczędzając co ciekawszych informacji, by wystrzelić z nimi na którymś z kolejnych seminariów.

Wiem zaledwie to, że zeszyt ów był grubym notatnikiem, którego karty wykonane były z niezwykle odpornego tworzywa, przeznaczonego do notowania w trudnych warunkach, podczas wypraw kosmicznych. Notatki prowadzone były w jednym z języków Starego Świata, pochodzącym sprzed Epoki Rozszczepienia. Zdaniem Akka spisał je uczestnik wyprawy międzygwiezdnej, która znacznie opóźniona powróciła na Ziemię w czasach Rozszczepienia. Jeśli tak było w istocie, należałoby uznać zeszyt za cenny dokument, gdyż epoka ta nie pozostawiła po sobie zbyt wielu pisanych źródeł historycznych.

Rozmawiając wówczas z Akkiem nie wiedziałem, dlaczego nazywał zeszyt „Notatnikiem Nieśmiertelnego”. Brałem to za jakiś szczególny żart. Dopiero teraz, po zapoznaniu się z rękopisem Akka, rozumiem, co miał wtedy na myśli.

Pozwólmy zatem mówić Akkowi Numiemu, a poprzez jego przekład – także owemu „Nieśmiertelnemu”.

Niech publikacja tego tekstu będzie skromną formą uczczenia pamięci naszego zaginionego towarzysza, a moje końcowe wnioski – propozycją rozwikłania zagadki jego zniknięcia.

Le Djaz

Notatnik Nieśmiertelnego

Przełożył, opracował

oraz opatrzył komentarzem

AKK NUMI

Wprowadzenie

Z wyglądu czaszki neandertalczyka nie sposób odczytać choćby cienia jego myśli i uczuć. Podobnie z opuszczonego, zdewastowanego miasta umarłej cywilizacji nie jesteśmy w stanie odtworzyć procesów i idei, które rządziły zamieszkującą je społecznością. Tym bardziej, jeśli dostępne badaniom elementy tego miasta – budowle, przedmioty użytkowe – nie są bezpośrednimi wytworami żywych ludzkich rąk, lecz produktami automatów.

Świadome nieuchronności losu, który je czekał, społeczeństwo planety w ciągu kilku zaledwie pokoleń utraciło całe zainteresowanie tworzeniem czegokolwiek, w szczególności zaś – utrwalaniem myśli i faktów. Bo dla kogóż miałoby je utrwalać? Tworzenie jest formą obrony własnego istnienia przed całkowitym kresem bytu jednostki. Populacja ludzka w każdej chwili swego trwania odkrywa, tworzy, buduje – by zapisać się we wdzięcznej pamięci pokoleń, które nastąpią.

Cóż by jednak motywować miało twórczość, kronikarską choćby, w sytuacji, gdy kres trwania kultury i cywilizacji – a wiec bytu społeczeństwa – jest ściśle oznaczony...

Dlatego też „zielony zeszyt”, nazwany przeze mnie „Notatnikiem Nieśmiertelnego”, stanowi bezcenne źródło obiektywnych relacji o obu biegunach spolaryzowanej ludzkości w ostatnim stuleciu jej istnienia. Są to zapiski jedynego chyba człowieka, który – obiektywnie, bez osobistych uprzedzeń – miał okazję poznać i porównać stan społeczeństw ludzkich, zamieszkujących Ziemię i Księżyc w późnej fazie okresu Rozszczepienia.

„Nieśmiertelnym” nazwałem autora notatek między innymi z powodu niemożności ustalenia jego prawdziwego imienia, które w tekście zapisu nie występuje. Być może, na podstawie archiwalnych materiałów z Luny uda się stwierdzić tożsamość tego człowieka. Nie ma to jednakże zasadniczego znaczenia dla czytelnika jego notatek.

Opracowując przekład tego niezwykłego dokumentu na współczesny język filijski starałem się wydobyć z niego obraz osobowości i losów jednego z członków nieistniejącej już gałęzi ludzkości; losów nietypowych wprawdzie, lecz mimo to w jakimś sensie reprezentatywnych dla całej generacji, która musiała odejść. Jest to obraz jednostki, nie słabej i nie bezbronnej przecież – a jednak uwikłanej w dwa światy: utkany wespół z miliardami współbraci zewnętrzny świat cywilizacji, jak misterna sieć zaciskający się wokół swoich twórców; i drugi, przez ludzką istotę stworzony świat własnego wnętrza... Niejasne pozostaną dla nas motywy, które skłaniały Nieśmiertelnego do relacjonowania bieżących wydarzeń, przemieszanych ze wspomnieniami i rejestracją własnych stanów wewnętrznych. Czy, jak wspomina na początku, robił notatki jedynie z nawyku badacza? Pozbawione adresata miały zapewne służyć wyłącznie autorowi. Może w ten sposób, w obliczu rozpadu zewnętrznego świata, zamyślił uchronić i wzbogacić ów drugi – świat uczuć, wspomnień, przeżyć, dających powtarzać się wielokroć w pustoszejącym świecie, ku któremu zmierzał w swej częściowo tylko prawdziwej nieśmiertelności...

Część pierwsza. Luna I

Po przebudzeniu długo nie mogłem uprzytomnić sobie, gdzie jestem. Z czającym się gdzieś w okolicach skroni bólem głowy, z sennymi wizjami plączącymi się jeszcze z rzeczywistością, w bladym świetle sufitowej lampy przez długie sekundy lustrowałem maleńkie pomieszczenie, próbując odtworzyć wydarzenia sprzed zaśnięcia. Nie wykonując najmniejszego ruchu ciałem, samymi tylko ostrożnymi skrętami szyi kierowałem wzrok na każdą z widocznych czterech płaszczyzn – sufitu i ścian, o tej samej brudnobiałej barwie i matowej gładkości.

To nie było wnętrze statku ani kabina rakiety. Stwierdzenie to jakby zwolniło w mojej podświadomości ten bezpiecznik, który zapobiega bezsensownemu nadrywaniu mięśni podczas prób poruszania czymkolwiek, gdy człowiek spoczywa przykrępowany ciasno do fotela. W jednej chwili usiadłem na posłaniu, a lekkość, z jaką udało mi się tego dokonać, pomogła mi przypomnieć sobie wszystko.

Więc jestem znowu tutaj, wróciłem. No może jeszcze niezupełnie, ale prawie... Mniejsza o drobiazgi, ważne jest to, że naprawdę wróciłem. Wróciliśmy.

Wraz z uczuciem lekkości całego ciała doświadczyłem niezmiernej ulgi, odprężenia, rozluźnienia jakiegoś wewnętrznego napięcia, którego istnienie wskutek wieloletniego przyzwyczajenia nie docierało przedtem do mojej świadomości. Dopiero teraz mogłem odczuć, jak było ono potężne i wszechogarniające przez cały czas, przez cały czas świadomie przeżyty tam, z dala od miejsca kojarzącego się zawsze ze swojskością, bezpieczeństwem, odpoczynkiem.

Spojrzałem na zegarek. Pokazywał dzień ósmy sierpnia, godzinę dziesiątą dwadzieścia dwie. Niewiele mówiły tutaj – ta data i godzina. Przywiezione stamtąd nie miały nic wspólnego z tutejszym czasem. Mój czas był tu obcy, choć przecież stąd wywieziony. Przepuszczony przez machinę przyspieszeń i pól grawitacyjnych, rozbiegł się znacznie z tym spokojnie płynącym, miarowo tykającym czasem Układu.

Był jeszcze i trzeci czas, ten najprawdziwszy, odczuwany we mnie, w kościach, mięśniach, mózgu – biologiczny, efektywnie przeżyty, mierzony procesami przebiegającymi w komórkach ciała. Tego czasu nie potrafiłem określić dostatecznie precyzyjnie, lecz teraz nie miało to istotnego znaczenia. Wystarczyło mi wiedzieć, że w przybliżeniu dobiegał on lat czterdziestu. Była to zaledwie mała cząstka interwału czasowego, który wyznaczał naszą Długą Nieobecność.

Legowisko, na którym siedziałem, rozbudzony już i zorientowany, było niskim tapczanem, niewiele wystającym ponad poziom podłogi pomieszczenia. Tuż obok stała moja torba podróżna, otwarta, z wywleczonymi w pośpiechu częściami ubioru i innymi drobiazgami, porozrzucanymi wokół niej na szorstkiej dywanowej wykładzinie. Wczoraj, gdy wreszcie tu dotarłem, czułem się za bardzo zmęczony, by porządnie rozpakować bagaż. Padłem na posłanie, nie rozejrzawszy się nawet po przydzielonym pomieszczeniu, i przespałem ponad dwanaście godzin.

Lekki ból głowy trwał nadal, w płucach czułem niedobór tlenu. Znałem dobrze to uczucie. Nieraz przecież zdarzała się konieczność przestawienia pokrętła regulatora w położenie „E”, gdy zasób powietrza w zbiornikach skafandra spadał poniżej normy. Trzeba było wówczas ograniczyć zbędne ruchy, starać się nie myśleć o niczym ważnym i czekać. Tak ujmowała to instrukcja awaryjna. Co innego zazwyczaj dyktowały okoliczności i jeśli nawet nie dało się nic przedsięwziąć, to nie sposób było opanować myśli gorączkowo szukających wyjścia z sytuacji. Tak było na Drugiej, na Arionie, na Cleo – gdy wydawało się, że nadszedł koniec. Czuło się wtedy wprost fizycznie, namacalnie, jak niedobór tlenu paraliżuje umysł, przemienia myślenie w bezsensowne przelewanie lepkiej mazi pod czaszką, czyniąc nierozwiązalny problem z najprostszej nawet oczywistości. Ben nazywał taki stan „oddychaniem pustym powietrzem”. Określenie było trafne, bo regeneracyjny układ skafandra, odsysając z wydychanego powietrza cały dwutlenek węgla, dodawał w tych sytuacjach tylko tyle tlenu, by utrzymać organizm przy życiu.

W pomieszczeniu, gdzie się znajdowałem, powietrze była niedotlenione, choć niewątpliwie doskonale oczyszczone ze szkodliwych substancji, z zapachów nawet. Wstałem trochę zbyt energicznie, znów na chwilę zapominając o niewielkiej grawitacji, mniejszej znacznie niż ta, do jakiej przywykłem podczas ostatnich kilku miesięcy. Unosząc odruchowo ręce w górę, zdołałem ochronić głowę przed zetknięciem z niskim sufitem, podczas gdy stopy oderwały się od podłogi.

Łazienka, a raczej ciasna kabina kąpielowa, przylegająca do mojego pokoju, była od dawna nieużywana, bo z sitka natrysku pociekała rdzawa, zimna woda i dopiero po dłuższej chwili mogłem się umyć. Ubrałem się szybko i do reszty rozpakowałem torbę. Zgodnie z poleceniem zabrałem tylko parę osobistych przedmiotów. No i ten drobiazg. Przez chwilę trzymałem go na dłoni. Dziwne, że nikt nie sprawdził zawartości naszych bagaży. A zresztą może wcale nie takie dziwne. Byłoby nawet niezbyt grzecznie z ich strony, gdyby postąpili inaczej. Na wszelki wypadek owinąłem broń w ręcznik i rozejrzałem się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłbym ją ukryć.

Kratkę ściekową w podłodze łazienki udało mi się bez większego trudu wyjąć, upchnąłem więc zawiniątko w kanale odpływowym, mocując kratkę na powrót w otworze.

Dopiero gdy z tym skończyłem, przyszła refleksja: dlaczego to zrobiłem? Właśnie – dlaczego? Czyżby pośród niewielu wydarzeń, jakie zaszły od chwili naszego przybycia, wśród niewielu zdań, które padły między nami i nimi, było coś szczególnego, co kazało mi tak postąpić... Przysiadłem na brzegu tapczanu. Jak to było? Czy dostrzegłem wczoraj coś niezwykłego w wyglądzie, zachowaniu, słowach tych ludzi? Byliśmy przygotowani na wszystko i tak nastawieni, by nic nie mogło nas zdziwić ani zaskoczyć. A przynajmniej – by nie dać po sobie poznać zbytniego zaskoczenia. Sytuacja była wszak na tyle niezwykła, niecodzienna i nienormalna, że jakiekolwiek ich zachowanie powinno uchodzić w naszych oczach za normalne i właściwe, powinno być przez nas uznane za zwykłą, obowiązującą procedurę. Co o nich wiemy? Zapewne mniej niż oni o nas. Chociaż... Czy w istocie wiele o nas wiedzą? Czy muszą wiedzieć?

W tym miejscu moich rozważań wyobraziłem sobie konsternację, jaką w moich czasach wywołałaby nagła wiadomość, że oto zmartwychwstała drużyna zakutych w stal rycerzy konno i zbrojnie ciągnie w kierunku miasta stojącego w miejscu, gdzie ongiś była warowna twierdza. Jak zachowaliby się w tej sytuacji moi współcześni? Może by skierowali owych wojowników wprost do muzeum historycznego? A może w nerwowym pośpiechu przystąpiliby do budowy średniowiecznego grodu – oczywiście wedle współczesnych wyobrażeń – aby szacownych przodków przyjąć godnie i aby nie czuli się obco w jakże odmiennym od własnego świecie?

Ciekawe, czy rozbrojono by ich z mieczy i kopii? Czy zabrano by im rumaki i zbroje?

Właśnie! Co z „Heliosem”, który pozostał na orbicie stacjonarnej? Co z naszymi lądownikami? Gdzie umieszczono nasze skafandry – nie ma ich wszak tutaj, pozostały gdzieś w komorach Śluzy.

Czy pozwolą nam wrócić na statek, zabrać wyniki naszych badań, eksponaty, sprzęt? Czy w ogóle interesuje ich dorobek wyprawy, zdobywany z takim wysiłkiem, okupiony istnieniem kilkorga spośród nas?

Nie wyglądało na to, by zamierzali z entuzjazmem rzucać się na przywiezione przez nas skarby. Nie pytali o nic, wydając jedynie suche polecenia, dopóki nie znaleźliśmy się tutaj. Potem zadawali dziwne pytania, o rzeczy dla nas oczywiste, a dla nich widać niejasne. Oszołomieni chwilą powrotu, nie zwracaliśmy na to dostatecznej uwagi. Byliśmy zresztą psychicznie nastawieni tak, by nie dać powodu do uznania nas za relikty zamierzchłej przeszłości, za żywe skamieliny czy wręcz za niebezpiecznych przez swe nieokrzesanie dzikusów z innej ery.

Gdy tak zastanawiałem się nad wydarzeniami ostatniej doby, mój wzrok odnalazł leżący na dnie torby notatnik w zielonej okładce. Nie potrafię teraz powiedzieć, dlaczego zabrałem wśród innych drobiazgów z „Heliosa” ten zeszyt, zawierający sto cienkich arkusików metafolu. Był przystosowany do notowania w przeróżnych nienormalnych warunkach, odporny na wysokie i niskie temperatury, wilgoć, chemikalia i wszystkie czynniki, które zdolni byli sobie wyobrazić ludzie ekwipujący nas na wyprawę do planet Dzety. W istocie metafol niejednokrotnie sprawdził się w różnych opresjach i dzięki niemu ocalało wiele zapisów w sytuacjach, gdy zawiodły inne, bardziej może nowoczesne i wygodniejsze środki utrwalania informacji. Spełniał swoje zadanie na ogół wszędzie, a przynajmniej tam, gdzie człowiek odziany w skafander był jeszcze zdolny notować.

Widocznie pakując mój podręczny bagaż w chwili opuszczania „Heliosa”, poczułem się jak przed następną nową wyprawą badawczą w ten świat, który wprawdzie nie był dla nas nowy, lecz mógł okazać się równie nieznany jak tamte, odległe o lata świetlne. Od tego naszego też dzieliły nas lata; nie lata światła, mierzące dystans w przestrzeni, lecz lata, całe stulecia dystansu w czasie, który tak czy inaczej dla nas znaczył opóźnienie w stosunku do tych, co tu pozostali.

Trzeba notować – pomyślałem, sięgając po zielony zeszyt. Nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy, a w związku z tym, co okaże się ważne. Nie trzeba tracić dobrych nawyków, utrwalonych latami przeżytymi w obcych światach. Te nawyki są teraz prawie wszystkim, co jest naprawdę nasze – życiem i światem, bo z tym tutaj światem łączyć nas mogą jedynie sentymenty.

Schowałem notatnik za bluzę razem z pisakiem zatkniętym za jego okładkę i wyszedłem z kabiny na wąski korytarzyk. Zza uchylonych sąsiednich drzwi dobiegały szmery rozmów. Wszedłem tam.

Przy długim stole siedziało kilkoro naszych: Ben, Agga, Komandor, Pavo i jeszcze dwie osoby. Pili z plastykowych naczyń, przegryzając czymś w kształcie foremnych prostopadłościennych kromek o bladożółtym zabarwieniu. Wchodząc napotkałem wzrok Komandora – przeciągłe, trochę zbyt długie spojrzenia, jakby chciał mi w ten sposób coś przekazać lub ostrzec przed czymś, nim się odezwę. Kątem oka dostrzegłem jeszcze jedną osobę. Niski, drobny człowieczek o bladej cerze stał oparty o ścianę z dłońmi założonymi za plecy. Przelotnie spojrzałem w jego stronę, nim usiadłem przy stole wśród pozostałych. Patrzył przed siebie tępo, w zagapieniu, jakby nie dostrzegał nikogo; jego prawa stopa w miękkim pantoflu, oparta piętą o podłogę, wykonywała rytmiczny ruch. Było to lekkie przytupywanie, zdradzające zniecierpliwienie lub może napięcie psychiczne.

Ulokowałem się na wprost Komandora, który siedział twarzą do drzwi, mając obcego po lewej stronie i nieco z tyłu. Zauważyłem, że Komandor znów przez chwilę zatrzymał wzrok na mojej twarzy.

– Zjedz coś – powiedział po chwili, wskazując głową za siebie, gdzie w ścianie widniały wyloty podajników żywności.

Podszedłem tam i napełniłem kubek białym płynem, potem wydobyłem z komory podajnika tackę z dwoma kawałkami żółtej substancji i wróciłem na swoje miejsce. Człowiek pod ścianą przytupywał coraz szybciej i drobniej.

– Brakuje jeszcze dwóch osób – powiedział Komandor, przeliczywszy nas wzrokiem. – Nie ma Luzy i Karsa. Poszukaj ich, Pavo.

Po kilku minutach byliśmy w komplecie. Dwie kobiety i siedmiu mężczyzn. Wszyscy, którym udało się powrócić z tej trudnej, długiej, ale przecież w sumie udanej podróży... W każdym razie mogło być znacznie gorzej. Dla nas, bo tym, co nie wrócili, gorzej już być nie mogło. Tak przynajmniej sądziliśmy wracając, gdy daleka była jeszcze perspektywa spotkania z macierzystym Układem i gdy nikt nie spodziewał się komplikacji podczas wprowadzania statku na tor powrotny.

Mały, blady człowieczek oderwał się niepewnie od ściany, zrobił krok do przodu i odchrząknął. Spojrzeliśmy w jego stronę, co najwyraźniej go speszyło, bo milczał jeszcze przez kilka sekund.

– Taak... – zaczął wreszcie z ociąganiem, jakby wciąż zastanawiał się nad doborem odpowiednich słów. – Zostałem upoważniony... do wprowadzenia was... w sytuację. Mam przejąć opiekę nad wami w początkowym okresie waszego pobytu tutaj. Nie wiem, do jakiego stopnia jesteście zorientowani, więc pokrótce wyjaśnię, gdzie się znajdujemy. Jesteśmy w Osiedlu L-1, trzydzieści metrów pod powierzchnią. Osiedle jest w pełni samodzielne i samowystarczalne, przystosowane do pobytu około dziesięciu tysięcy osób przez dowolnie długi czas. Umożliwia to wykorzystywana do maksimum energia promieni słonecznych, przetwarzana na energię elektryczną przez umieszczone na powierzchni fotoelementy o dużej sprawności. Niezależnie od tego, na wypadek awarii systemu zasilania, dysponujemy relatronem zdolnym pokryć pełne zapotrzebowanie mocy. Odwołując się do waszych doświadczeń, mógłbym porównać nasze położenie do sytuacji załogi gwiazdolotu z układem zabezpieczenia warunków biologicznych, z tym jednak, że w przypadku naszego Osiedla czas trwania tej sytuacji nie jest praktycznie niczym ograniczony, a współczynnik ryzyka o kilka rzędów wielkości niższy aniżeli dla lotu do gwiazd.

– Zasadnicze pytanie: jak długo mamy tu pozostać? – Ben zniecierpliwił się tym przydługim nieco wstępem na tematy ogólne.

Mały jakby się zmieszał, milczał dość długo, aż wreszcie wypalił tonem rozpaczliwie urzędowym:

– Nie zostałem upoważniony do odpowiedzi na takie pytanie.

– Jak to? – mruknął Komandor na wpół do siebie. – Czy mam przez to rozumieć, że jesteśmy więźniami?

– Nic podobnego, Komandorze! – Mały ożywił się nagle. – Traktujemy was na równi z pozostałymi mieszkańcami Osiedla. Powiedziałbym nawet, że traktujemy was ze specjalnymi względami. Ale przebywając tutaj powinniście dostosować się do specyfiki naszej sytuacji. Obowiązują nas wszystkich pewne reguły postępowania i zasady dyscypliny, w szczególności zaś – podporządkowanie się bez zastrzeżeń wszelkim poleceniom REX. Każda niesubordynacja musi być w imię powszechnego dobra surowo karana. Z uwagi na pewne ważne powody żaden z was, podobnie jak żaden mieszkaniec tego czy innych Osiedli, nie może teraz stąd odlecieć. Nie wolno nawet bez specjalnego pozwolenia REX opuszczać Osiedla i przebywać na powierzchni.

– Dlaczego nie możemy stąd odlecieć? – spytałem. – Przecież, gdyby nie wasze sygnały, weszlibyśmy od razu na okołoziemską!

– Zrozumiecie to wkrótce. Lądowanie tam jest obecnie... niemożliwe.

– Niemożliwe? – powiedzieliśmy to niemal wszyscy równocześnie.

– No, powiedzmy... – zawahał się. – Powiedzmy, że niecelowe, niewskazane...

– Co się stało z Ziemią? – Pavo wstał, prostując całą swą dwumetrową postać. Podszedł do tamtego. Górował nad nim o dobre pół metra. – Co z nią zrobiliście?

– Usiądź! – Mały cofnął się pod ścianę, głos mu drżał. – Przede wszystkim, nie my, to nie my odpowiadamy za wszystko, co działo się tutaj podczas waszej nieobecności. Pytasz, co się stało? Odpowiem ci jednym zdaniem: upłynęło dwieście lat. To się stało, a reszta jest tylko konsekwencją tego faktu. Powinniście być nam wdzięczni za to, że ściągnęliśmy was tutaj. To był niezwykle szczęśliwy przypadek, że odebrano wasze sygnały. Nikt się was już nie spodziewał, nikt nie pamiętał o was... A to, co proponujemy wam teraz, jest jedyną ofertą, jaką możemy wam złożyć, i jedyną możliwością, którą musicie przyjąć. To jest konieczność.

– Co się stało? – nalegał Pavo, wciąż stojąc nad przerażonym człowieczkiem z Księżyca. – Skażenie biosfery? Zatrucie wód i powietrza? Promieniowanie?

– Nie, nie! – Mały, cofnięty pod ścianę, wił się niespokojnie i wybałuszył przerażone oczy. Widać było, że ma już serdecznie dość swej nieprzyjemnej misji. – To coś zupełnie innego...

– Od jak dawna? – spytałem.

– Trudno to określić... Wszystko trwało dziesiątki lat. Jesteśmy tu od kilku pokoleń.

– A zatem na Ziemi... Czy tam nie ma już... nikogo? – głos Luzy był nienaturalnie schrypnięty.

– Są... Oni tam są, będą jeszcze długo... Musimy poczekać tutaj, przechować ludzką cywilizację do czasu, aż... tam znikną ostatni z nich...

– Kto to są „oni”? Czy nie możesz wyrażać się jaśniej? – burknął Ben, kołysząc się na stołku. – Czy to jacyś... obcy?

– Nie, nie było i nie ma żadnych obcych. To ludzie czy może... należałoby powiedzieć... No, właściwie niby-ludzie, ale... – Mały zaplątał się zupełnie. Wciąż zerkał z przerażeniem na wielkiego Pava, pochylającego się nad nim złowrogo. – Zrozumcie mnie! Jestem tylko waszym kuratorem, wyznaczonym przez REX... Nie mam żadnych uprawnień, nie jestem odpowiedzialny za żadne decyzje dotyczące was ani czegokolwiek, co się tu dzieje. Nawet nie o wszystkim wiem, urodziłem się tutaj, w Osiedlu, trzydzieści dwa lata temu i nigdy nigdzie nie byłem. Nie widziałem na oczy Ziemi ani tamtych. Wątpię, czy istnieje tu ktoś, kto ich widział, kto ich zna, kto był tam... Może ktoś z REX, ale bardzo dawno. Oni są bardzo starzy, podobno dawniej zaglądali tam niekiedy, ale teraz... Wiem tyle, że nam nie wolno, że musimy czekać,  b o  t a m  s i ę  n i e  d a  ż y ć.  Kiedyś tam wrócimy. Może nie my sami, może nasi wnukowie. Naszym celem jest przetrwanie. Jedynym celem, któremu przyporządkowano wszystko inne prawa i zasady życia w Osiedlach, interesy każdego z nas... Więc czekamy cierpliwie, by w jednym z następnych pokoleń osiągnąć nasz cel...

– Człowieku! – powiedział Komandor wstając. Zmierzył Małego spojrzeniem, jakby chcąc przekonać się, czy zwraca się do niego właściwym słowem. – Człowieku! Czy nie pojmujesz, że my wszyscy, których masz tu przed sobą, też mamy swój cel? Wracaliśmy tutaj uparcie przez sto pięćdziesiąt lat uszkodzonym kosmolotem po to, by znowu stanąć na Ziemi. To do niej wracaliśmy, bo przecież nie do żadnego z jej mieszkańców. A teraz, gdy jesteśmy o krok od celu, wy chcecie odebrać nam prawo postawienia stopy na Ziemi. Tłumaczysz nam niezbyt jasno, że tam nie można żyć. A czy wydaje ci się, że lecąc do Dzety spodziewaliśmy się rajskich ogrodów i życzliwie nastawionych tubylców? Czy to, że wasi przodkowie poróżnili się z resztą mieszkańców Ziemi i schronili się tutaj, ma nas zatrzymać do końca życia w tym waszym mrocznym kretowisku?

– To nie jest tak, jak myślisz! – Mały znów energicznie odbił się od ściany. Minę miał rozpaczliwie głupią. Zaczynałem mu współczuć, bo najwyraźniej wił się w pętach narzuconych mu ograniczeń, bojąc się o jedno choćby słowo przekroczyć udzielone mu pełnomocnictwa.

– Zaczekajcie – powiedziałem – nie znęcajcie się nad... jak się nazywasz?

– Nasso – powiedział cicho, patrząc na mnie chyba z odrobiną wdzięczności, jeśli dobrze odczytałem przelotny grymas uśmiechu na jego twarzy.

– Otóż, posłuchaj, Nasso. Idź do REX, czy jak tam nazywa się wasze dowództwo, albo może do twojego szefa i powiedz, że nie możemy przyjąć żadnych warunków, dopóki nam ktoś porządnie nie wyjaśni, co się dzieje na Ziemi i tutaj. Wciąż uważamy się za załogę kosmolotu „Helios”; zgodnie z obowiązującą nas pragmatyką, naszym dowódcą jest wciąż Komandor i nie zamierzamy podporządkować się komukolwiek innemu, dopóki nasza podróż nie skończy się u właściwego celu. Jeśli nasza obecność jest wam nie na rękę, odlecimy lądownikami na „Heliosa”, przeniesiemy go na okołoziemską orbitę i będziemy udawać, że nigdy nas tu nie było.

– Na to Rada Ekspertów na pewno się nie zgodzi. Ale powtórzę wszystko szefowi. O ile jednak wiem, poprzednio...

– Wiec nie jesteśmy pierwszymi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji? – przerwał Komandor.

– Byli tu jacyś... ale dawno, nie pamiętam ich, może jeszcze przed moim urodzeniem. Nie wiem, co się z nimi stało, ale słyszałem, że byli. Od czasu jak jesteśmy tutaj, a właściwie nawet dawniej jeszcze, zaniechano dalekich wypraw... Tylko wy, przez wasze opóźnienie... Dobrze, zrobię, jak chcecie: pójdę i przekażę Radzie wasze postulaty.

– Jeszcze jedno – zatrzymał go Ben. – Może nam wyjaśnisz, co oznacza ta krata w poprzek korytarza, o sto kroków od naszych kwater?

– Ach, więc już zauważyliście? No cóż... To też na polecenie REX. Uważają, że nie powinniście się stąd oddalać do czasu ustalenia modus vivendi. Proszę, dla waszego dobra, nie próbujcie...

Wycofał się chyłkiem, a gdy minął drzwi, puścił się prawie kłusem wzdłuż korytarza.

– Można by popatrzyć, jak się otwiera tę kratę – mruknął Pavo.

– Nie trzeba. Mam palnik.

Wybuchnęliśmy krótkim, stłumionym śmiechem. To był właśnie cały nasz dowódca. W paru słowach potrafił zawsze wyrazić swój stosunek do każdej sprawy. Prawie nic nie mówiąc, powiedział wszystko. A więc on też nie zamierzał podporządkować się, kapitulować.

– Nędzny szczur – powiedział Pavo, wyglądając przez drzwi.

– Po prostu zalękniony urzędas. – Komandor wzruszył lekceważąco ramionami. – Myślę, że udało się nieco go przestraszyć. To dobrze. Powinni się trochę nas bać.

Gdy się rozchodziliśmy, Ben wszedł za mną do pokoju.

– Co o tym myślisz? – spytał zamykając drzwi. – Czy oni naprawdę uciekli z Ziemi? A może ich wyrzucono, zesłano?

– Dowiemy się z czasem. Ale tak czy owak nie zamierzam tu długo siedzieć.

– Jakie masz plany?

– Nasze lądowniki mają wystarczający zapas paliwa, by wystartować.

– Przedtem jednak trzeba się stąd wydostać.

– Myślę, że potrafię. Oni nas nie doceniają i nie powinniśmy przedwcześnie zdradzić naszych możliwości.

Nie zapominaj, że znajdujemy się pod powierzchnią, licho wie jak daleko od miejsca lądowania. A poza tym zabrali nam skafandry.

– Posłuchaj, Ben.  J a  m u s z ę  tam polecieć – powiedziałem z naciskiem. – Muszę, bo w przeciwnym razie wszystko traci resztę sensu.

– Wszystko jest bez sensu już od dawna. Może nawet od chwili naszego startu w tę wariacką podróż dwieście lat temu... Ja też nie zamierzam tu zostać. Najpierw jednak trzeba się trochę rozejrzeć na miejscu. Mam palnik.

– Zdaje się, że każdy zabrał ze sobą coś takiego...

– Dziwisz się? Sam wiesz, jak głupio bywa znaleźć się z gołymi rękami w niejasnej sytuacji...

– Dziwi mnie raczej to, że nie zrewidowali dyskretnie naszych bagaży. Mają albo zbyt wiele zaufania do nas, albo... zbyt ubogą wyobraźnię.

– Obawiam się, że wynika to z czegoś innego: są przekonani, że niewiele możemy zdziałać prostymi środkami. Na wszelki wypadek schowaj jednak dobrze ten swój palnik czy co tam masz.

– Porażacz. Już go schowałem.

– Świetnie. Kiedy więc ruszamy?

– Zaczekamy. Potrzebne nam są jeszcze pewne informacje. A poza tym trzeba porozumieć się z Komandorem.

Krata była dokładnie wpasowana w ściany i podłogę korytarza. Otwierała się prawdopodobnie przez opuszczenie do wnętrza szczeliny biegnącej pod nią w podłodze, jednak na zewnątrz nie było widać żadnego urządzenia do jej uruchomienia. Oglądałem ją dokładnie nie ukrywając swego zainteresowania, mimo że po drugiej stronie od czasu do czasu kręcili się jacyś osobnicy.

Próbowałem sobie wyobrazić ogólny plan struktury podksiężycowego Osiedla, w którym, początkowo zdezorientowani i nieświadomi skutków, pozwoliliśmy się umieścić.

Osiedle było podobne do ogromnego liścia z siecią żyłek – korytarzy o różnych szerokościach, rozgałęziających się w miąższu księżycowego gruntu. Węższe korytarze zbiegały się ku szerokim arteriom, te zaś – do wspólnego, głównego tunelu, kończącego się Śluzą wyjściową. Tyle udało mi się zaobserwować, gdy wieziono nas, a następnie prowadzono pierwszego dnia po wylądowaniu. Odległość naszych kwater od Śluzy oceniałem na trzy, może cztery kilometry, lecz mogłem się mylić.

Przez korytarz za kratą przemknęła skulona sylwetka i skryła się w wylocie jednego z bocznych odgałęzień. Po chwili głowa o jasnych włosach wychyliła się znowu, niski człowieczek spojrzał trwożliwie w stronę, z której przybył, a potem w paru susach przypadł do kraty.

– Pomożemy wam – powiedział ochryple. – Będziemy w kontakcie.

Wcisnął mi w dłoń złożony arkusik i wycofał się pospiesznie, klucząc od ściany do ściany.

Wróciłem do pokoju i rozwinąłem otrzymaną kartkę. Na jednej jej stronie widniał naszkicowany odręcznie plan korytarzy Osiedla. Na drugiej drobnym pismem skreślono kilkanaście zdań. Czytałem je powoli, z trudem odcyfrowując niektóre słowa.

„Wiemy o was tylko tyle, że przybywacie z dalekiej podróży kosmicznej, ale już samo to oraz wasza obecna sytuacja czyni was naszymi sprzymierzeńcami. Tak jak my, wy też pochodzicie z Ziemi, której wprawdzie nie znamy, jednak czujemy się z nią związani i chcemy tam powrócić. Społeczeństwo nasze, zamieszkujące to i trzy inne Osiedla, od paru pokoleń hodowane jest w przeświadczeniu, że powrót na Ziemię jest obecnie niemożliwy, że Ziemia nie nadaje się do życia dla nas z powodu jej obecnych mieszkańców. Nikt z nas nie wie, jak z tym jest naprawdę. Przodkowie nasi opuścili Ziemię, jak się wydaje, umykając przed skutkami procesów społeczno-biologicznych, które sami zapoczątkowali. Panuje pogląd, że z bliżej nie znanych nam przyczyn ludzie pozostali na Ziemi skazani są na zagładę, co umożliwi nam, a raczej chyba dopiero naszym potomkom, powrót i ponowne zaludnienie Ziemi, odbudowę cywilizacji. Jednak życie od pokoleń w warunkach księżycowych powoduje postępującą i widoczną już w naszym pokoleniu fizyczną i psychiczną degenerację gatunku. Obawiamy się, że lunantropi za kilka pokoleń staną się niezdolni do życia w ziemskich warunkach.

Rada Ekspertów, kierująca życiem w Osiedlu, przy pomocy wszelkich dostępnych środków utrzymuje istniejący stan rzeczy, podporządkowując wszystko podstawowej idei przetrwania. Członkowie Rady nie mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że znajdujemy się w ślepym zaułku. Jednak sianie defetyzmu jest Radzie nie na rękę, bo utrudnia utrzymanie ładu w Osiedlu.

Jest wśród nas wielu, którzy chcieliby coś zmienić, zapobiec ostatecznej klęsce, spowodować, póki czas, powrót do normalnego życia, do warunków, w których moglibyśmy żyć jak nasi przodkowie. Jesteśmy nawet w pewnym stopniu zorganizowani, lecz prawie bezsilni i pozbawieni informacji o prawdziwej sytuacji na Ziemi. Współdziałanie z wami leży w naszym wspólnym interesie. Rozważcie to!

Komitet do Sprawy Powrotu”

Patetyczna odezwa anarchistów czy głos rozsądku tych, co zachowali go jeszcze wśród absurdu istnienia w podziemiach Osiedla? Brzmiało to dość przekonująco, lecz mogło być także prowokacją. Jeśli to rzeczywiście buntownicy, widać Rada Ekspertów nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi do ich działalności. W przeciwnym razie nie pozwolono by im na tak łatwy kontakt z nami.

Jakkolwiek by było, wydarzenie pozwalało podejrzewać rozłam w zamkniętym społeczeństwie mieszkańców księżycowego Osiedla. Należy to niewątpliwie wziąć pod uwagę i w miarę możności wykorzystać w moich planach – pomyślałem, czytając raz jeszcze treść otrzymanej odezwy.

Zastanawiałem się, do jakiego stopnia należy wtajemniczać współtowarzyszy. Niewątpliwie będzie mi potrzebny ktoś do pomocy. Najlepiej – Ben... Poza tym należy uzyskać zgodę Komandora. Przedstawiłbym mu propozycję wydostania się i przeprowadzenia rozpoznania warunków powrotu na Ziemię. Własnych celów nie chciałem zdradzać nikomu. Niektórzy mogliby tego nie zrozumieć, poczytać mnie za obłąkanego albo co najmniej za opętanego beznadziejną obsesją. A przecież muszę dotrzeć na Ziemię! Jeśli wszystko dokonało się zgodnie z zamierzeniami, według ustalonego planu – to upływ czasu nie ma tu żadnego znaczenia. Muszę dopełnić ostatniego punktu tego planu, aktualnego, dopóki istnieje Ziemia. Nie wolno mi pozostawić tej sprawy bez zakończenia; zresztą chcę ją zakończyć tak czy inaczej... Cokolwiek miałoby to oznaczać...

Stało się to za sprawą miłego, choć nieco niesamowitego staruszka „Mefi” van Troffa. Naprawdę miał na imię Vergil i był profesorem, specjalistą w dziedzinie teorii pola. Znałem go z czasów, gdy wykładał fizykę teoretyczną dla studentów wydziału astronautyki pozaukładowej. Już wówczas był dość stary, lecz gdy spotkałem go ponownie po kilku latach, nie zmienił się prawie wcale. Był drobny, szczupły i ruchliwy, o ciemnych, świdrujących oczach, z czarną bródką i czupryną – które bez wątpienia starannie farbował. Nadane mu przez studentów przezwisko pasowało do niego znakomicie. To był prawdziwy Mefisto, który uwijając się za katedrą sali wykładowej, diabelskimi sztuczkami wyczarowywał tasiemcowe ciągi równań i w niepojęty dla nas sposób wyprowadzał zawiłe zależności ogólnej teorii pola.

Jego zachowanie na sali wykładowej nie było pozą ani grą. Przekonałem się o tym później, gdyż zdarzało mi się spotkać go na zupełnie prywatnej stopie – w domu Yetty, której był dalekim krewnym. Ten sam diaboliczny błysk oczu, kocie ruchy i intrygujący sposób formułowania myśli.

– Nie masz pojęcia jak niezwykłe możliwości tkwią jeszcze w naszej poczciwej, jak dobrze nam znanej czasoprzestrzeni – mówił dopadłszy mnie gdzieś w kącie pokoju, z kieliszkiem w dłoni. – Wystarczy wyciągnąć rękę, nieomalże tylko pstryknąć palcami i dzieją się rzeczy niespodziewane. A wy młodzi wędrujcie po te niezwykłości gdzieś tam, do gwiazd...

Miałem wówczas dwadzieścia sześć lat i niezłomne przekonanie, że podróże pozaukładowe są jedynym sposobem wyzwolenia ludzkości ze wszystkich nękających ją problemów. Uśmiechnąłem się tylko pobłażliwie, nie chcąc sprzeciwiać się staruszkowi, lecz on nie dał za wygraną.

– Wiem, że i tak polecisz na Dzetę – ciągnął. – Nie rozumiem tylko, w jakim celu zawracasz głowę tej dziewczynie?

Dotknął bolesnego miejsca: i ja, i Yetta przeżywaliśmy to, każde osobno i ani słowo na ten temat nie padło między nami. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasza wzajemna sympatia narodziła się z piętnem niechybnej krótkotrwałości. Gdy poznałem Yettę, byłem już kandydatem do załogi „Heliosa”.

– Zostawiam tutaj wszystko, nie tylko przyjaciół... Żegnam się z teraźniejszością – powiedziałem chłodno.

– Czy myślisz, że tak jest dobrze?

– To konieczność.

– Do kogo powrócicie?

– Do Ziemi, do ludzkości...

– Nie wiem, czy to wystarczy do codziennego utwierdzania w was woli powrotu. Pomyśl: gdy wrócisz, będziesz starszy o dziesięć, może o kilkanaście lat. A twoi dzisiejsi rówieśnicy będą starcami.

Byłem zły na niego za te słowa, chociaż to, co mówił, było oczywiste. Dławiłem w sobie te świadomość, odpychałem od siebie wizję siedemdziesięcioletniej staruszki, jaką miała się stać ta dziewczyna, nim powrócę...

– Kochasz Yettę? – spytał znienacka, patrząc mi prosto w oczy.

Nie wytrzymałem tego spojrzenia.

– To nie ma i tak znaczenia – powiedziałem, udając obojętność.

– Lubię was oboje – powiedział cicho, kładąc mi na ramieniu wąską, kościstą dłoń. – Może uda mi się... Przyjdź do mnie któregoś dnia do Instytutu, porozmawiamy o tym.

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wyszedł nie żegnając się z nikim. Zawsze pojawiał się i znikał niespodziewanie.

W dwa dni po naszej rozmowie z Nasso nadeszła odpowiedź Rady Ekspertów. Przyniósł ją siwy staruszek w eskorcie czterech uzbrojonych strażników. Starzec pozostawił ich przy kracie, a potem, gdy zebraliśmy się wszyscy, trzęsącym się głosem odczytał tekst z rulonika folii. Widać było, że czytanie sprawia mu trudności, jego starcze oczy z wysiłkiem łypały zza szkieł kontaktowych, głos załamywał mu się co chwila.

– Przybysze! – czytał starzec. – Żądacie uzasadnienia naszej decyzji o pozostawieniu was w Osiedlu Luna I na czas nieokreślony. Wyjaśniamy wiec, że postanowienie to nie jest w żadnej mierze formą dyskryminacji czy restrykcji wobec was. Nie jest to także kwarantanna, gdyż organizmy wasze zbadane zostały przez aparaturę medyczno-sanitarną i nie stanowią zagrożenia dla mieszkańców Osiedla. Pozostawienie was tutaj konieczne jest wyłącznie ze względu na wasze bezpieczeństwo. Dwieście lat nieobecności sprawia, że nie jesteście w stanie od razu zrozumieć pewnych zmian, jakie zaszły na Ziemi i doprowadziły ludzką cywilizację do obecnego stanu. Wasz powrót na Ziemię jest w tej chwili niemożliwy z powodów, dla których my także nie możemy na nią powrócić.

Ziemię zamieszkuje teraz zupełnie nowa, nieznana wam odmiana ludzkich istot. Jest to zdegenerowana forma gatunku Homo sapiens, która za kilka pokoleń powinna zniknąć. Powstała ona w wyniku pewnych błędnych posunięć i decyzji naszych przodków. Na ich usprawiedliwienie należy powiedzieć, że działali w dobrej wierze dla uniknięcia nieuchronnej katastrofy demograficznej i klęski głodu. Degeneracja, o której mówiłem, dotyczy w głównej mierze psychiki i umysłowości ludzi zamieszkujących obecnie Ziemię. Jedyne, co nam pozostaje to oczekiwanie. Nasi przodkowie zrobili, co było możliwe, aby nie zostawić tych nieszczęśników na łasce losu. Nim opuścili Ziemię, by schronić się tutaj, stworzyli warunki zabezpieczające podstawowe potrzeby życiowe pozostałym tam ludziom. Jednak procesu degeneracyjnego nie można było już zatrzymać, a przynajmniej nie było to w mocy ówczesnych specjalistów. Jedynym sposobem uratowania gatunku ludzkiego było więc wydzielenie i zabezpieczenie czystego genetycznie materiału ludzkiego bez degresywnych cech większości. To my właśnie jesteśmy kontynuacją tej wyselekcjonowanej gałęzi gatunku. Wy także, pochodząc sprzed owego krytycznego okresu, należycie do nas i stanowicie wartościowy materiał ludzki do zasiedlenia przyszłej, nowej Ziemi. Dlatego nie wolno wam narażać się na śmierć – a taką tylko perspektywę stwarza wasz upragniony powrót na Ziemię w chwili obecnej. Ufajcie naszej wiedzy, nie próbujcie działać wbrew naszym wskazówkom. Jesteśmy zdecydowani odwieść was od prób niesubordynacji w imię waszego dobra.

Starzec skończył czytanie i schował w zanadrze zwinięty rulon. Patrzył na nas mętnym spojrzeniem, a my milczeliśmy długo, rozważając każde zdanie usłyszanego exposé. Trzeba przyznać, że zostało zredagowane z całą dyplomatyczną ostrożnością, bez jednego zbędnego słowa. Nie wnosiło jednakże zbyt wielu nowych informacji na temat najbardziej nas interesujący. Równocześnie obecność czterech uzbrojonych strażników w zestawieniu z ostatnim zdaniem przemówienia była najwyraźniej demonstracją siły i zdecydowania Rady.

Pierwszy odezwał się Komandor.

– Dziękujemy za wyjaśnienia – powiedział – choć nie wyczerpują one wszystkich interesujących nas zagadnień... Rozumiemy jednak, że istnieją względy, dla których nie możemy obecnie być lepiej poinformowani. Rozumiemy także i doceniamy troskę o nasze dobro i przyjmujemy do wiadomości konieczność podporządkowania się decyzjom Rady. Zgadzamy się pozostać tutaj przez czas nieokreślony. Później, gdy poznamy bliżej okoliczności, które są przyczyną obecnej sytuacji, postępowanie nasze opierać będziemy na świadomym i racjonalnym przekonaniu, do tego jednakże czasu polegać będziemy na waszej wiedzy i doświadczeniu.

Komandor skłonił się z powagą, a starzec odpowiedział mu skinieniem głowy. Patrzyłem na ten dyplomatyczny rytuał, napinając z wysiłkiem mięśnie twarzy, by nie parsknąć śmiechem. Starzec poczłapał w kierunku kraty, która zamknęła się za nim.

– Dobrze mu powiedziałem, co? – Komandor zrobił śmiesznie dumną minę.

– Arcydzieło dyplomacji! Majstersztyk makiawelizmu! – pochwaliliśmy skwapliwie.

– Ciekawe, co powie Rada, gdy to zanalizuje słowo po słowie...

– Myślisz, że nagrał to wszystko? – spytałem.

– Widziałem, że miał na szyi, pod ubraniem, zawieszony mikrofon.

– Ładnie powiedziałeś, Komandorze: na czas nieokreślony. Może do jutra, może na tydzień...

– On też niczego konkretnego nie powiedział, więc czemu miałbym wyrażać się jednoznacznie. Zresztą ten staruszek to najwyraźniej tylko figurant, kukła... Widocznie tutaj starcy uważani są za autorytety. Ale nie sądzę, by tacy jak on trzymali na swoich barkach ten dziwny światek.

Gdy zaczęliśmy się rozchodzić, ująłem Komandora pod łokieć i poprowadziłem do mojego pokoju. Tu pokazałem mu kartkę otrzymaną od konspiratora. Czytał ją kilkakrotnie z uwagą, jakby porównując jej treść z tym, co usłyszeliśmy przed chwilą.

– Tak... – mruknął oddając mi pismo. – Zdaje się, że nasi potomkowie, a ich przodkowie, narozrabiali trochę... Zaczęli grzebać w chromosomach swoich bliźnich i wyszło stąd coś niedobrego. Nie wiadomo tylko, co właściwie... Ile w tym wszystkim, co nam tu opowiadają, jest prawdy, ile niewiedzy, a ile świadomego kłamstwa...

Wyczułem, że moment jest odpowiedni. Teraz gdy pozornie podporządkowaliśmy się Radzie, można by spróbować... Bo o tym, że podporządkowanie miało być tylko pozorne, byłem przekonany, znając naszego dowódcę.

– Trzeba to sprawdzić osobiście, Komandorze. Pozwól mi się stąd wydobyć. Dam sobie radę.

– Za wcześnie... – powiedział w przestrzeń.

Dwa słowa – i sprawa jasna. Ceniłem zawsze Komandora za jego lakoniczność. A więc w zasadzie nie sprzeciwia się mojej propozycji.

– Kiedy zatem?

– Gdy przedstawisz mi realny plan. Bez luk i bez zbędnego ryzyka. Pamiętaj, że to jednorazowa rozgrywka. Gdy złapią jednego, nie wyjdzie już żaden z nas.

– Zrozumiałe. Proponuję wziąć do współpracy Bena. Pamiętasz, Komandorze, naszą ucieczkę z Labiryntu? Ben jest niezastąpiony w takich akcjach.

– Zgoda. Ale przede wszystkim plan działania.

– Będzie plan. Przedtem jednak muszę jeszcze rozejrzeć się w terenie, poznać obyczaje, z ludźmi porozmawiać... Niech tylko otworzą nam tę kratę...

Krata zniknęła jeszcze tego samego dnia, to znaczy przed kolejnym przyćmieniem świateł w korytarzach, bo w ten właśnie sposób znaczono tu pory doby, trwającej tradycyjnie dwadzieścia cztery godziny. Doszliśmy z Benem do wniosku, że kratę zamknięto na początku po to, by teraz, usuwając ją, dać namacalny dowód dobrej woli i zaufania do nas. Bo przecież jej usunięcie nie zmieniało w sposób istotny naszego położenia. Po prostu jakby nas przeniesiono do większej klatki, o czym przekonaliśmy się niebawem. Drugą przyczyną kilkudniowego odizolowania naszej grupy od reszty Osiedla mogła być potrzeba poinformowania i przygotowania ludności, aby nasze pojawienie się nie spowodowało zakłócenia w normalnym życiu. Byliśmy, bądź co bądź, dość odmienni wyglądem i usposobieniem od tych skarlałych, bladych szczurów, jak nazwał ich Ben.

Zaraz po otwarciu kraty wybraliśmy się z Benem na wycieczkę w stronę głównego tunelu. Rzeczywiście, wzbudzaliśmy sporą sensację wśród przechodniów, patrzono na nasze stroje i dość okazałe postacie, jednak nikt nas nie zatrzymywał, nie rozmawiał z nami i odnieśliśmy wrażenie, że usuwają się nam dyskretnie z drogi.

Do wylotu głównego korytarza było istotnie ponad cztery kilometry. Szło się nam dość dobrze, chociaż musieliśmy po drodze odpocząć. Pomimo słabej grawitacji szybki ruch powodował pewne wyczerpanie objawiające się dusznością. Raz jeszcze przekonaliśmy się, że niedotlenienie nie było subiektywnym odczuciem. Nie mieliśmy przy sobie żadnych przyrządów, pozwalających stwierdzić zawartość tlenu w powietrzu, jednak wieloletnie doświadczenie pozwoliło nam ocenić ją na jakieś osiemdziesiąt procent normy.

– Czy nie sądzisz – zagadnął Ben w pewnej chwili – że ten niedobór tlenu może być zamierzony?

– Dla oszczędności? Nie sądzę, przecież to tylko kwestia energii dla zasilania urządzeń regenerujących, a energii nie muszą specjalnie oszczędzać.

– Nie o tym myślę. Niedotleniony mózg nie funkcjonuje zbyt sprawnie.

Miał rację. To musiał być jeden ze sposobów oddziaływania miejscowych władz na społeczeństwo. Mając kontrolę nad dozownikami tlenu, można było w pewnych granicach wpływać na sprawność umysłową i fizyczną mieszkańców Osiedla. Co więcej, można było, dodając do powietrza odpowiednie składniki, powodować określone zachowania się ludzi. Gdy dotarliśmy do końca korytarza, drogę przegrodziła nam bariera. Oparty o nią strażnik nie wyglądał zbyt groźnie. Przez pierś miał przewieszony krótki, gruby pistolet. Próbowaliśmy go zagadnąć, ale pokręcił przecząco głową i poprosił, abyśmy cofnęli się od bariery.

– Dalej nie można. Do strefy śluzowej trzeba mieć przepustkę – wyjaśnił nam mały, drobny chłopiec, kręcący się w pobliżu i z zainteresowaniem przyglądający się naszym kombinezonom.

Mrugnąłem na Bena. Pojął natychmiast.

– Spieszysz się? – zagadnął chłopca.

– Trochę. A co?

– Wiesz, my jesteśmy...

– Wiem. Kosmonauci. Mówili o was w telewizji. Przylecieliście z Dzety.

– No, właśnie... Chcielibyśmy, żebyś nam powiedział, co to za broń, ta, którą ma strażnik?

– To? Eee, nic takiego. Trochę piecze, a potem nie można się ruszać z pół godziny. Raz dostałem z tego, jak mnie złapali w starym szybie. Ale ja już muszę iść. W telewizji mówili, żeby nie gadać z wami za dużo.

Chłopak ruszył szybkim krokiem wzdłuż korytarza, a po kilkunastu krokach puścił się biegiem i wkrótce zniknął za zakrętem chodnika.

– Musieli nagadać o nas głupstw w tej telewizji – powiedziałem.

– Na pewno. To dlatego nie dali nam jeszcze odbiorników. W pokojach są gniazdka wtykowe. Teraz, kiedy już nałgali o nas tym ludziom, pewnie i my dostaniemy telewizory.

Nie mylił się. W naszych kabinach pojawiły się odbiorniki telewizyjne, będące równocześnie wideofonami łączności wewnętrznej. Oglądając codziennie programy mogliśmy teraz śledzić oficjalną stronę życia Osiedla.

Jesteśmy tu dopiero pięć dni. Chodzimy po korytarzach, spotykamy ludzi spacerujących jak my, czasem nam się udaje zamienić z kimś parę słów, jednak wciąż nie możemy nawiązać z nimi jakiegoś ściślejszego kontaktu. Są ostrożni, jakby ostrzeżeni przed nami – choć nie okazują rezerwy czy lęku. Wciąż nie wiemy, czym się zajmują na co dzień, jakie mają obowiązki i rozrywki, jak wygląda ich życie poza korytarzami, we wnętrzach kabin mieszkalnych. Czy pracują? Czym zajmują się poza jedzeniem, spaniem, oglądaniem kiepskich programów telewizyjnych?

Nam także nikt dotychczas nie przydzielił żadnych obowiązków. Pożywienie czerpiemy z podajników żywnościowych, łazimy bez celu i próbujemy zgłębić socjologię tego zamkniętego układu. Być może Rada chce, abyśmy sami poznali wszystko, abyśmy zrozumieli. A może po prostu nie chcą, abyśmy zrozumieli pewne sprawy zbyt prędko? W każdym razie nie starają się jakoś pokierować naszą adaptacją do tutejszych warunków. Nasz opiekun, Nasso, nie pojawił się ani razu od czasu pierwszej rozmowy.

Oglądamy więc programy telewizji. Przeważa w nich, nadawana do znudzenia, prymitywna rozrywka – płaskie żarty, hałaśliwa muzyka... Między tym wszystkim, powtarzany prawie bez zmian, program oświatowy na temat Ziemi – równie ogólnikowy i niejasny jak informacje, którymi uraczyła nas Rada.

Jest jednakże oprócz tego rozrywkowo-popularnego drugi kanał telewizyjny. Nadaje on przez cały dzień zupełnie poważne i na wysokim poziomie postawione wykłady z różnych dziedzin wiedzy. Jak zdołaliśmy się zorientować, jest to podstawowy element tutejszego systemu oświatowego, obejmującego wszystkich, dzieci i dorosłych. Istnieje też, jak się wydaje, jakaś forma sprawdzania stopnia przyswajania tej wiedzy.

W codziennych wiadomościach podawane są różne bieżące informacje, lecz nie wszystkie są dla nas zrozumiałe. Na przykład taki komunikat, powtarzający się w podobnej formie codziennie:

„Stan zaludnienia osiedla Luna I na dzień dzisiejszy wynosi dziewięć tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt trzy osoby, w tym cztery tysiące trzystu dwóch mężczyzn. W ciągu ostatniej doby ubyło: dwie osoby z powodu przekroczenia limitu, jedna wskutek wypadku, jedna na własne życzenie. Przybyło pięć, w tym dwa noworodki płci męskiej. Udzielono sześciu zezwoleń na prokreację, z tego: trzy zezwolenia za szczególne zasługi dla Osiedla; dwa za zasługi w dziedzinie porządku wewnętrznego; jedno zezwolenie z listy powszechnej według kolejności zgłoszeń. Udzielono ponadto pięcioletniego przedłużenia limitu jednej osobie za zasługi specjalne.”

Komandor miał rację. Trzeba mieć jasny, precyzyjny plan, aby moje zamiary nie zakończyły się wpadką. Rozumiem to coraz lepiej, krążąc po Osiedlu. Ludzie są nieufni, trudno z nich cokolwiek wydobyć. Poza tym nie do wszystkich zakątków Osiedla udaje się dotrzeć. Wiele korytarzy kończy się zamkniętymi na głucho drzwiami, całe odcinki niektórych tuneli obstawione są strażnikami.

Nikt właściwie nie utrudnia nam poruszania się po Osiedlu. Udało mi się nawet nanieść na posiadany szkic położenie niektórych ważnych obiektów: wiem, gdzie znajdują się wymienniki regeneracyjne powietrza i wody, główna rozdzielnia energetyczna, syntetyzatory żywności, magazyny materiałów i sprzętu. Wszystko to jest oczywiście za pozamykanymi drzwiami, lecz, sądząc z zachowania się strażników, niezbyt pilnie strzeżone. Cóż z tego, kiedy najważniejszy, najbardziej mnie interesujący rejon – Śluza wyjściowa, gdzie zostały nasze ubiory próżniowe – jest niedostępny dla nikogo prócz straży i bezpośredniej obsługi. Jak zdołałem ustalić, poza Osiedle wychodzić mogą tylko osoby nadzorujące wywóz odpadków i kontrolujące stan fotoogniw energetycznych, umieszczonych na powierzchni.

Nieustannie krążę po labiryncie korytarzy Osiedla, patrzę, słucham i staram się zebrać wszystko w jedną całość. Nie wszystko jednak jest od razu jasne i zrozumiałe.

Idąc jednym z bocznych korytarzy, przy którym znajdują się pomieszczenia mieszkalne, przez uchylone drzwi jednego z nich usłyszałem głośną rozmowę.

– Wiesz dobrze, że to niczego nie zmieni. Czas upłynął, nie ma podstaw do przedłużania – mówił ktoś zniecierpliwionym tonem.

– Przecież złożyłem podanie... – drugi głos był skrzypiący, rozstrzęsiony.

– Nie uwzględniono. Niby dlaczego mieliby uwzględnić? Prawo jest jednakowe dla wszystkich.

– Dla wszystkich? Taak? A oni, oni sami? Ich to nie dotyczy?

– Milcz! Dzieci słyszą!

– To draństwo! Ja się nie zgadzam!

– Możesz się nie zgadzać. Mam pisemną decyzję. Zabieraj się, idziemy. Wiedziałeś od urodzenia, że tak musi być...

Usłyszałem odgłosy szamotaniny za drzwiami. Usunąłem się w porę, bo po chwili z drzwi wypadło dwóch strażników, wlokąc pod ramiona opierającego się starszego mężczyznę. Ukryty w niszy ściany korytarza widziałem, jak gryzł ich po rękach i kopał po nogach.

– Ach, wy parszywe sługusy, reksiarze, żeby was próżnia rozdarła – wrzeszczał przy tym tak donośnie, że rozwarło się kilkoro drzwi sąsiednich pomieszczeń i na mroczny korytarz wychyliły się głowy ciekawych sąsiadów.

– Co się dzieje? Kto to? – pytali się nawzajem.

– E, nic takiego – wyjaśnił ktoś uspokajająco. – Starego Mosa biorą na emeryturę.

– Tfu! – splunął ktoś stojący blisko niszy, w której się ukrywałem.

– Niech diabli wezmą to wszystko...

– Co powiedziałeś? – pytanie zadał młody mężczyzna, nadchodzący z głębi korytarza. Trzymaną w dłoni latarką zaświecił w twarz tego, który splunął.

– Nic ważnego.

– A mnie się wydawało, że coś ci się nie podoba?

– Spieprzaj, latarniku. Co się czepiasz? – krzyknął ktoś z cienia. Młody z latarką skierował tam światło. Równocześnie nad jego głową zgasła lampa sufitowa trafiona czymś ciężkim. Trzasnęły drzwi, ludzie pochowali się do mieszkań. Snop światła omiótł korytarz, właściciel latarki wydobył z kieszeni notes i przyświecając sobie, przez chwilę coś zapisywał.

– Ej, kolego! – powiedziałem z cienia niszy.

Tamten uskoczył pod ścianę, szukając mnie równocześnie smugą światła.

– A, to kosmonauta... – powiedział na wpół do siebie, jakby z ulgą.

– O co chodzi?

– Dlaczego on nie chciał z nimi iść?

– Ten stary? A czasem się taki zdarza, co, jak przyjdzie jego pora, nie chce zwolnić etatu.

– Dokąd go zabrali?

– Słyszałeś chyba. Na emeryturę. Skończył się limit, musi ustąpić miejsca innym.

– Przecież... jednak pozostanie w Osiedlu?

Człowiek z latarką przyjrzał mi się ze zdumieniem, jakby podejrzewał, że z niego kpię.

– Przecież powiedziałem, że go wzięli na emeryturę. To chyba jasne i zupełnie normalne?

– Ach... – mruknąłem. – Rozumiem.

Nie bardzo rozumiałem. Mogłem się jedynie domyślać. Wiele słów zmieniło swe znaczenie, gdy nie było nas tutaj.

Była już właściwie późna noc, gdy znalazłem się przy barierze. Strażnik nie zwracał na mnie szczególnej uwagi, stałem więc i przez kilka minut przyglądałem się, jak służba porządkowa przetacza wózki z pojemnikami na odpady i podstawia je pod barierę. Z jej drugiej strony pojawili się inni ludzie w uniformach służby strefy śluzowej. Zadźwięczał dzwonek, strażnik potoczył wkoło czujnym spojrzeniem, bariera powoli uniosła się w górę. Przepchnięto wózki na drugą stronę. Strażnik podszedł teraz do pojemników i, gdy bariera zamknęła się, przytknął do każdego z nich końcówkę przyrządu, który wyjął z kieszeni. Potem podniósł rękę na znak, że wózki mogą ruszyć dalej w kierunku wyjścia.

Trudno byłoby tędy się wydostać. Szczególnie, gdy nie wiadomo, co jest dalej, ilu jeszcze strażników po drodze. Rejon Śluzy był zbyt czujnie strzeżony, by planować ucieczkę tą drogą.

Miałem już zawrócić w stronę mojej kwatery, gdy spostrzegłem, że z głębi głównego tunelu nadciąga korowód ludzi i pojazdów. Przodem sunęła odkryta platforma, na której siedział siwy starzec w uroczystym stroju – niewątpliwie członek Rady, bo wśród zwykłych mieszkańców nie spotykało się ludzi w tak sędziwym wieku. Otaczało go kilku uzbrojonych strażników. Za pierwszą platformą posuwała się druga, na której spoczywał metalowy walec dwumetrowej długości, o średnicy ponad pół metra.

Bariera otworzyła się, strażnik wyprężył się na baczność. Pojazdy nie zwalniając powlokły się dalej i po chwili zniknęły w półmroku tunelu wiodącego ku wyjściu.

Obok mnie zatrzymała się młoda szczupła kobieta. Patrzyła na niknący korowód z jakimś dziwnym, zaciętym wyrazem twarzy.

– Co to było? – spytałem nachylając się nad nią. Spojrzała ze zdziwieniem, lecz w jednej chwili wyraz jej twarzy zmienił się, jakby się uspokoiła czy odprężyła.

– Kosmonauta... – powiedziała cicho. – Nie stójmy tu, chodź!

Pociągnęła mnie w głąb ciemnego korytarza. Pod lampą słabo tlącą się u stropu przyjrzała mi się raz jeszcze.

– Pierwszy raz widzę z bliska jednego z was. Wyglądasz inaczej niż nasi mężczyźni. Wstąp do mnie, to blisko. O tej porze tylko kapowniki-latarniki kręcą się po korytarzach. Ale ty nie jesteś kapuś. Tylko w stosunku do was można być pewnym...

W małej kabinie, do której mnie wprowadziła, było ciemno. Zapaliła lampę ścienną. W jej świetle dostrzegłem na dużym tapczanie śpiące trzy postacie – starszą kobietę i dwoje dzieci. Dziewczyna otworzyła następne drzwi. W maleńkiej klitce też ktoś spał na legowisku pod ścianą. Po przeciwnej stronie stała wąska kanapa.

– Siadaj! – powiedziała dziewczyna. – Zaraz odpowiem na twoje pytanie.

Wyszła, po chwili zjawiła się z dwoma kubkami chłodnego napoju. Podała mi jeden z nich i usiadła obok. Przyjrzałem się jej. Była wątła i blada jak wszyscy lunantropi, wyrośli w słabym polu grawitacyjnym i w sztucznym świetle pozbawionym ultrafioletu. Z podwiniętych nogawek luźnych spodni wystawały cienkie nogi w miękkich pantoflach, jakich używali tu wszyscy. Twarz miała dość ładną, lecz z podsiniałymi oczyma i rysującą się siateczką zmarszczek wokół nich. Ona też przyglądała mi się otwarcie, nie ukrywając zaciekawienia.

– To, co widziałeś, było deportacją, najwyższym wymiarem kary. Wywieźli degenerata. Odeślą go tam... no, wiesz dokąd... Tam gdzie miejsce dla degeneratów.

Mówiła to ze złym błyskiem w oczach i dopiero po chwili zrozumiałem, że w jej słowach brzmi gorzka ironia.

– Dokąd go odeślą?

– Na Ziemię. To kara za działalność wywrotową, szerzenie niepokoju i nieprawomyślnych idei. Tak postępują z przywódcami, agitatorami, którzy nawołują do przyspieszenia powrotu na Ziemię.

– Nie rozumiem? Wysyłają ich tam? Za karę?

Skinęła głową.

– Kerra wysłali rok temu. Mojego męża. Za to, że wyjaśniał ludziom skutki dalszego przebywania tutaj. On jest... On był dobrze zorientowany w naukach społecznych, antropologii, genetyce... Był dla Rady niewygodny. Kiedyś nadzorował magazyny biblioteczne, czytywał różne zabronione dzieła. Był bardzo zdolny, aż za bardzo. Nie mieścił się w granicach normy, był niebezpieczny.

– Wciąż nie rozumiem, dlaczego deportacja na Ziemię uważana jest za karę? Przecież dla tych, którzy chcą tam wrócić...

– Wysyłają ich w pojedynkę, bez żadnych środków do życia, bez broni... A tam, nie znając warunków...

– Więc dlaczego nie stosują kary śmierci? Taka deportacja jest przecież diabelnie kłopotliwa!

– Śmierć nie jest karą, nie może nią być. Śmierć jest zaszczytnym obowiązkiem każdego członka naszej społeczności i każdy ma do niej prawo we właściwym czasie... chyba, że na własne życzenie wcześniej. Deportacja – to coś o wiele gorszego niż śmierć. Tam nie umiera się tak po prostu. Do umierania po prostu wszyscy są tutaj przyzwyczajeni od wczesnego dzieciństwa. Każdy wie, ile lat może przeżyć. To jedno z podstawowych założeń umożliwiających przetrwanie społeczeństwa zamkniętego: planowy wzrost i planowy ubytek, stała struktura wiekowa ludności... Nasze społeczeństwo nie może się nadmiernie starzeć, liczba etatów jest ograniczona. Przyrost i ubytek muszą się bilansować na zero.

– Straszne... Więc emerytura to...

– Właśnie to. Kerro mówił mi kiedyś, że dawniej oznaczała zasłużony odpoczynek. Tutaj oznacza też odpoczynek, ostateczny. W społeczności, której jedynym celem jest przechowanie ludzkich istnień przez kilkanaście, być może, pokoleń – ci, którzy nie biorą czynnego udziału w prokreacji i wychowywaniu potomstwa, nie mają nic do roboty. To trwa już od pokoleń i wszyscy są do tego przyzwyczajeni.

– Niektórzy jednak buntują się...

Dziewczyna patrzyła w kąt pokoju. Milczała.

– Jak oni wysyłają tych... skazańców? – spytałem. – Mówiono mi, że od dawna nikt stąd nie był na Ziemi.