Wydawca: Austeria Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Paradygmat - Jerzy Surdykowski

Atak terrorystów na samolot zostaje udaremniony przez członków załogi. Wśród pasażerów są Therese i Ralph. Ona – profesorka filozofii, wielbicielka Kanta. On – naukowiec zajmujący się teoriami opisującym fizyczny świat. Jerzy Surdykowski znakomicie łączy elementy powieści sensacyjno-przygodowej z miniwykładami o odwiecznych pytaniach ludzkości. Zestawia odległe światy bohaterów, by opisywać ich wątpliwości i meandry pamięci. I stale zaskakuje czytelnika pomysłami na poprowadzenie losów swoich postaci.

"Newsweek"

Fascynująca konfrontacja z fundamentalnymi problemami, z którymi boryka się ludzkość; przygoda opowiedziana z werwą i osadzona w atrakcyjnej, nieustannie zmieniającej się scenerii. Polecam ją każdemu, kto w zgiełku współczesnej cywilizacji znajduje jeszcze czas i ochotę, aby na własny, prywatny użytek zmierzyć się z absolutem.

prof. dr Aleksander Wolszczan, astronom

Osobiste przeżycie i doświadczenie pisarza jest zawsze obietnicą autentyzmu w jego dziele. Biografia Jerzego Surdykowskiego jest rękojmią prawdy jego pisarstwa. Marynarz, dziennikarz, dysydent i dyplomata patrzy na życie z wielu stron na raz szukając sensu w chaosie wydarzeń i przeżyć. Tak jest w jego najnowszej powieści Paradygmat chwilami tak zagadkowej jak sam tytuł.

Krzysztof Zanussi, reżyser

Opinie o ebooku Paradygmat - Jerzy Surdykowski

Fragment ebooka Paradygmat - Jerzy Surdykowski

Jerzy SurdykowskiParadygmat

© Copyright by Jerzy Surdykowski

© Copyright by this edition Wydawnictwo Austeria

Opracowanie graficzne & korekta Karolina Wałaszek

Konwersja do formatu epub Maria Gromek

Kraków . Budapeszt 2012

ISBN: 978-83-61978-15-2

Wydawnictwo „Austeria” Klezmerhojs sp. z o.o. 31-053 Kraków, ul. Szeroka 6 Tel.: (012) 411 12 45 e-mail: austeria@austeria.euwww.austeria.eu

Przyjaciołom poznanym w biedzie

Autor

Przypadek jest pseudonimem Boga.

(Anatol France)

Bóg nie gra w kości.

(Albert Einstein)

Paradygmat – zbiór podstawowych pojęć i teorii obowiązujących w nauce w pewnym okresie historycznym. W oparciu o paradygmat konstruowane są teorie szczegółowe, którymi zajmują się poszczególne dziedziny wiedzy. Paradygmat nie podlega w pełni dowodowi, jest przyjęty na zasadzie konsensusu większości badaczy. Nie jest jednak dogmatem i po pewnym czasie – gdy przestaje być twórczy poznawczo – bywa stopniowo zastępowany innym paradygmatem, tak jak na przykład mechanika Newtona została zastąpiona teorią względności Einsteina.

(z encyklopedii)

Wstęp

Samolot Swiss z Zurychu do Warszawy wzbił się w pochmurne niebo z niewielkim opóźnieniem spowodowanym długą kolejką maszyn różnych linii – tanich, droższych albo nawet bardzo drogich – oczekujących na pozwolenie wejścia na pas startowy. Potem już poszło rutynowo: airbus szybko oderwał się od betonu i ostro, prawie świecą pociągnął w górę. Taki start wygląda efektownie zarówno dla obserwatora z ziemi, jak i dla pasażerów samolotu: daje wszystkim zrozumiały i nieodwołalny komunikat o umiejętnościach pilota i o potędze maszyny, nad którą on perfekcyjnie panuje. Kapitan tego rejsu był na tyle doświadczony, by o tym wiedzieć; ale dość jeszcze młody, by zachłystywać się przewrotną radością, gdy tylko nadarza się okazja do ewolucji. Na pewno nie regulaminowej i leżącej na samej granicy profesjonalizmu, ale rozgrzewającej serce. Tak więc pasażerowie – przepisowo przypięci i jeszcze do tego wtłoczeni przeciążeniem w głąb swoich foteli – właśnie wpatrywali się w szybko uciekający ku dołowi podalpejski krajobraz, kiedy w przedziale rozległ się łomot, ktoś zerwał się z miejsca, ale przeciążenie poplątało mu nogi i człowiek osunął się na kolana.

– Proszę natychmiast wrócić na miejsce i zapiąć pasy! – zdołała jeszcze regulaminowo krzyknąć stewardesa. Ale nim obie dziewczyny w uniformach zerwały się, by zastąpić drogę intruzowi gramolącemu się ku kabinie pilotów, huknął strzał. Teraz wszyscy pasażerowie darli się histerycznie. Nad powszechną paniką górował tylko tubalny głos innego jeszcze mężczyzny, który powstał ze swego miejsca gdzieś z tyłu, w środku klasy ekonomicznej:

– Na pokładzie jest bomba. Nic wam się nie stanie, jeśli będziecie siedzieć cicho i wykonacie nasze polecenia. W przeciwnym razie odpalamy i śmierć!

Kapitan – który pewnie już wiedział, o co chodzi – nadal ciągnął maszynę ostro w górę, co utrudniało ruchy porywaczom, ale przecież nie mogło trwać wiecznie. Ralph, siedząc w klasie business niedaleko kabiny pilotów, widział wszystko od początku: porywacze byli młodymi Europejczykami, takimi samymi jak każdy z nas na ulicy. Rozpoznał nawet broń, którą posłużył się pierwszy z nich: malutki, lecz wielkokalibrowy niby-pistolet, a może nawet miniaturowy granatnik z plastiku o wytrzymałości stali, bez miligrama metalu, a więc niewidoczny dla lotniskowych wykrywaczy. Takie cacko można wytworzyć tylko w jednym, jedynym laboratorium na świecie; tak przynajmniej przypuszczał. Specjalnie wzmocniony pocisk miał rozbić zamek pancernych drzwi kabiny pilotów, ale ostre przyśpieszenie sprawiło, że ręka porywacza chybiła; osmalona przestrzelina ziała w ściance działowej, lecz rygle były całe. Teraz już dwóch złoczyńców dobijało się do wciąż niedostępnej kabiny:

– Otwierać, bo znowu zaczniemy strzelać!

– Widzę cię przez tę dziurę, skurwysynu! – darł się drugi. – Zaraz w ciebie walnę!

– Nie bój się – Ralph chwycił za rękę gramolącą się przejściem stewardesę. – Znam tę broń. Jest jednostrzałowa. Oni już nic nie mają. Jest szansa ratunku. Zawiadom kapitana.

– Nie gadać! – wrzasnął porywacz, ale teraz zamiast pistoletu trzymał w ręku sztylet o długim i matowym ostrzu. – Chodź tutaj, szybciej! – kiwnął na stewardesę, której Ralph właśnie wszeptał swój komunikat.

Ludzie nadal krzyczeli, pilot przerwał wznoszenie, maszyna zaczęła zataczać krąg. Przyśpieszenie już nie wgniatało w fotele, dlatego porywacz sprawnie chwycił stewardesę za długie, dziewczęce włosy, łapą zdusił wrzask, a potem podsunął jej mikrofon:

– Przedstaw się i powiedz kapitanowi, żeby otworzył drzwi!

Dziewczyna coś mamrotała w spazmie przerażenia i bólu.

– Poznajesz tę ślicznotkę? – warknął do mikrofonu porywacz. – Jeśli w tej chwili nie otworzysz, zrobimy jej z buzi krwawy pasztet!

– Nie otwierasz? No to masz! – walnął głową dziewczyny o pancerne drzwi. Potem jeszcze i jeszcze raz. Buchnęła krew, wrzask przeszedł w rzężenie. Jakiś mężczyzna zerwał się na pomoc maltretowanej, ale któryś z porywaczy był szybszy, wbił mu swój sztylet w żołądek. Pancerne drzwi nadal pozostawały zamknięte. Samolot najwyraźniej zamierzał lądować, bo zrzucał paliwo. Za oknami pojawiły się wojskowe myśliwce.

– Bomba! – darł się porywacz o tubalnym głosie. – Odpalamy! Wszyscy zginiecie w imię naszego wielkiego boga Baala!

– Allaha? – poniosło się po samolocie.

– Baala – powiedział Ralph do najbliżej siedzących. – Był taki bożek w starożytności. Nie przypuszczałem, że dzisiaj jeszcze ktoś w niego wierzy.

– Otwierać! – krzyczał do mikrofonu ten pierwszy. – Jeśli nie otworzycie, będziemy mordować jedną po drugiej! – chwycił następną stewardesę, przyłożył jej sztylet do gardła. – Proś go, jeśli nie otworzy to twoja kolej!

– Panie kapitanie! Otwórz, otwórz! – skamlała dziewczyna, ale samolot schodził już nad lotnisko, gdzie błyskały alarmowymi światłami samochody straży pożarnej i policji.

– Panie kapitanie! Uuu!!!

Porywacz przeciągnął jej ostrzem po gardle, bluznęła krew, wołanie przeszło w charkot.

– Wielki Baal zabiera nas stąd, ale wy zginiecie! Baal Hadesh, Baal Hadad! – krzyczał ten o tubalnym głosie, zabierając się do otwierania najbliższego wyjścia. Znał się na tym, widocznie porywacze trenowali warianty operacji, tylko pierwszy i najważniejszy element ich zawiódł. Do samolotu wdarł się pęd powietrza. Czciciel Baala z przenikliwym okrzykiem wyskoczył z wysokości kilkudziesięciu metrów, potem następny i jeszcze jeden. Airbus dotknął kołami betonu. Wyły alarmowe syreny, jazgotały głośniki, migały czerwone i niebieskie światła. Gdy do zatrzymującego się samolotu wpadł pluton zamaskowanych antyterrorystów, pierwsi wojacy poślizgnęli się na krwi i świeżych zwłokach. Potem już spokojnie i w miarę możliwości delikatnie wyprowadzali wciąż spazmujących pasażerów, otulali ich kocami, poili herbatą. Gdy ludzie zaczęli rozmawiać i wymieniać wrażenia, dominowało powszechne przekonanie, że porywacze chcieli użyć samolotu jako żywej torpedy mającej zniszczyć… Tylko co? Centrum bankowe w Zurychu? Ktoś puścił pogłoskę, że mieli uderzyć w szczyt Matterhornu, by zdewastować najpiękniejszą górę Alp. Ktoś inny, że w gmach ONZ w Genewie. Dość, że miało być jak kiedyś w Nowym Jorku, ale przecież żyjemy! Przeklęci niech będą policjanci i inne nieroby z lotniska, bo uzbrojeni zbrodniarze znowu przeniknęli przez wzmocnione podobno kontrole! Pasażerowie, którzy widzieli ich z bliska, rozwodzili się oczywiście nad arabskimi rysami twarzy.

– Porwanie zostało udaremnione dzięki najwyższemu profesjonalizmowi naszej załogi – powiedział im potem dyrektor linii Swiss, sprowadzony z tak strasznej okazji na lotnisko. – Kapitana na pewno przedstawimy do odznaczenia.

– Przecież to potwór! – nie wytrzymał ktoś z pasażerów. – Z zimną krwią pozwolił okrutnie zamordować trzy osoby!

– W przeciwnym wypadku wszyscy państwo byliby już tam… – dyrektor wzniósł oczy ku niebu.

– A co z porywaczami? Czy są w rękach policji?

– Popełnili samobójstwo. Skok z lądującego samolotu jest śmiertelny. To fanatycy islamscy.

Nikt nie prostował. Pomimo wszystko warto było żyć i oddychać. Teraz policja rozpoczęła przesłuchania kolejnych pasażerów.

– Jestem Therese Simli, obywatelka gminy Zurych – powiedziała ładna kobieta w średnim wieku o orientalnych rysach twarzy. Powiedziała to z naciskiem, nie czekając na pytanie policjanta.

– Nie urodziła się pani w naszym kraju? – w głosie funkcjonariusza już zabrzmiała profesjonalna podejrzliwość.

– Urodziłam się w Nowym Jorku. Proszę, tu są moje dokumenty – kobieta doskonale znała reakcję mężczyzn na jej egzotyczną urodę; jeszcze dwadzieścia lat temu trochę ją to bawiło i podniecało. Teraz już zupełnie nie.

– Przepraszam, pani profesor – teraz policjant był stropiony, bo Therese podała mu plik dokumentów, a nie tylko swój szwajcarski paszport. – Przepraszam, mój syn jest pani studentem na wydziale filozoficznym. Powinienem był od razu wiedzieć… Muszę go spytać, czy wy filozofowie macie jakieś sensowne wyjaśnienie tego, co się tu stało.

– Jako filozof mogę pana zapewnić – powiedziała – że jestem tak samo przestraszona i zdenerwowana jak inni pasażerowie. Szukam nie wyjaśnienia, ale apteki, żeby kupić coś na uspokojenie, tym więcej że czekała mnie dość daleka i ważna podróż w sprawach zawodowych.

Nim włożyła dokumenty do torebki i odeszła, usłyszała początek rozmowy policjanta z następnym pasażerem:

– Nazwisko?

– Empi.

– Obywatel Szwajcarii?

– Nie, Stanów Zjednoczonych.

– Przepraszam, nazwisko mnie zmyliło, takie szwajcarskie – powiedział policjant.

– To ja przepraszam. W paszporcie mam Ralph Emperson, jako Empi jestem znany w międzynarodowym środowisku naukowym. Tak jest łatwiej.

– A czym się pan zajmuje, profesorze?

– Obecnie astrofizyką… Leciałem na sympozjum do Warszawy, trzeba podciągać tych naszych nowych przyjaciół ze wschodniej Europy.

– Fünfundzwanzig Professoren… – mruknął pod nosem gliniarz.

Szwajcarska profesorka filozofii usłyszała to i zrozumiała, więc obejrzała się zgorszona. W ten sposób dopiero wtedy Ralph i Therese po raz pierwszy spojrzeli na siebie. Amerykanin czekał na pytanie o szepty skierowane do zmasakrowanej w chwilę później stewardesy, ale widocznie uszło to uwadze ludzi. Tak było lepiej, więc nie pytał nawet, czy dziewczyna przeżyła.

Wstęp II

– Czego nas uczy Immanuel Kant? – Therese pytaniem rozpoczęła wykład. Swoim zwyczajem na początku omiatała spojrzeniem salę, gdzie jak zawsze pozostało sporo wolnych miejsc. Filozofia – zwłaszcza niemiecka jako pełna pojęć mętnych i wywodów zawikłanych – nie cieszy się teraz szczególną popularnością wśród studentów uniwersyteckich zapatrzonych w kierunki modne i popłatniejsze, ale Therese nie mogła narzekać: te parędziesiąt zgromadzonych osób to i tak wynik, którego zawsze zazdrościli jej wydziałowi koledzy, z konieczności zadowalający się znacznie skromniejszym audytorium i przez to skazani na bezustanną walkę z rektorem i jego urzędnikami, wyrażającymi przy każdej nadarzającej się okazji ochotę skasowania przynoszących tak mierne korzyści wykładów, a przez to i posad. Nie, Therese była wolna od tych małostkowych ataków uniwersyteckiej biurokracji, renoma jej zajęć przechodziła szeptaną pocztą z rocznika na rocznik, zapewniając to poczucie bezpieczeństwa, które – wedle tradycji – jest najlepszym gwarantem akademickiej wolności. Przecież to nie jej orientalna uroda przywiodła tu całkiem spore grono młodych ludzi, ale wiedza i ten szczególny dar, który pozwala objaśniać to, co zawikłane. Co z tego, że w jej żyłach płynie krew azjatycka, albo jeszcze jakaś inna? Jej umysł był jasny, a serce czyste. W Szwajcarii jest obecny cały świat; oczywiście pod warunkiem, że ma pieniądze.

– Czego nas uczy Immanuel Kant? Czego uczy nas dzisiaj? – powtórzyła pytanie. – Urodzony w 1724 roku jako jedno z siedmiorga czy dziewięciorga dzieci ubogiego siodlarza z Królewca, który był wtedy peryferyjną, zagubioną daleko na wschodzie mieściną pruskiej monarchii. Spośród rodzeństwa ledwie pięcioro dożyło dojrzałości, jak to bywało w owych czasach. Tylko młodszy brat został wiejskim pastorem, siostry całe życie tkwiły w biedzie, w młodości były służącymi, potem wyszły za prostych wyrobników. Na przymierającą głodem rodzinę młody Emanuel – bo imię zmienił sobie dopiero potem – nie mógł liczyć; studiował w niedostatku, nieraz przyjaciele robili składkę na ubogiego kolegę. Wydanie jego pracy dyplomowej sfinansował spokrewniony szewc. Taki plebejusz – choćby dyplomowany – o karierze akademickiej mógł zaledwie marzyć, więc aby utrzymać się przy życiu, poszedł uczyć dzieci we dworach okolicznej szlachty. Latami wysyłał pokorne listy z prośbą o jakikolwiek uniwersytecki etacik, pozostające – tak jak dzisiejsze maile z CV absolwentów podążających za głosem swoich marzeń – na ogół bez łaskawej odpowiedzi. Dopiero gdy skończył 41 lat, zwolniło się miejsce zastępcy bibliotekarza z roczną pensyjką 65 talarów i skromnym przydziałem opałowego drewna. Tak rozpoczął mozolne dochrapywanie się kolejnych stopni pruskiej kariery akademickiej, aż do zaszczytnej funkcji rektora, którą objął w wieku 60 lat z pensją 720 talarów. Całe życie strawił w zapyziałym Królewcu, gdy pośledniejsi od niego myśliciele mieli honorowe synekury i stosowne zaszczyty na monarszych dworach Europy. Czy może być coś nudniejszego od kolejnych dziesięcioleci spędzonych między księgami a wykładami dla matołkowatych, prowincjonalnych studentów, bo co obrotniejsi pobierali nauki w stołecznym Berlinie albo w światowym Paryżu? Z plebejskiej niewiary w siebie wzięła się taka skromność czy ze szlachetnego poświęcenia? Czyżby Kant uczył nas tylko szacunku dla cnotliwej pracowitości, chwalebnego porządku i oddania nauce? Przypominał, że sowa Minerwy lata nie tylko nad Stanfordem, Cambridge, Paryżem, Bolonią czy Zurychem?

Zawiesiła na chwilę głos. Już nie wodziła spojrzeniem po sali, wpatrywała się w jedną twarz. Tak było zawsze, gdy pani profesor nabierała chyżości w swym ledwie rozpoczętym wywodzie, gdy jej myśl i głos zaczynały szybować ostro ku wyżynom jak odrzutowiec wznoszący się w niebo po udanym starcie.

– Owszem, tego także, ale jakie to trywialne… Jakże spłycamy tego wielkiego, do dzisiaj nas przerastającego filozofa, czyniąc zeń solennego i oderwanego od życia belfra, który co najwyżej efektownymi maksymami usiłował uporządkować swoje duchowe wnętrze, aby mniej go bolały niepojęte dla nas wszystkich chaos i niesprawiedliwość widzialnego świata. Bo pewnie myślisz – zwróciła się do myszowatej w swej nijakości dziewczyny, w którą wpatrywała się od kilku chwil – że teraz będę rozważać „niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”? Bo pewnie podejrzewacie, jeden z drugim – poprawiła się szybko – że usiłuję tchnąć życie w zwalisty, choć gliniany, posąg od dawna już nikomu niepotrzebnego giganta? Tak nie będzie! Bo tym, czego uczy nas Kant dzisiaj, jest nade wszystko odwaga. Tak, odwaga posługiwania się własnym rozumem. Kantowskie sapere aude stoi tuż obok Kartezjańskiego cogito ergo sum!

Już nie widziała twarzy dziewczyny; w polu widzenia była magma, mnogość obliczy zamglonych, choć wciąż ludzkich, coś nieokreślonego. Prawie trans. Ale to świadczyło, że wykład przebiega normalnie, że pani profesor wznosi się z pełną mocą swych intelektualnych silników, choć nie bez przejęcia, a nawet lekko odczuwalnej egzaltacji, która dodawała barwy jej wystąpieniom. Jako doświadczona wykładowczyni była tego świadoma, a nawet czasem nieco podkręcała regulator emocji, niczym pilot dźwignię ciągu odrzutowca. Któż przecież bez tych dodatkowych podniet dałby się wciągnąć w nudne rzępolenie belferskie, jeszcze w temacie o reputacji tak marnej, jak niemiecka filozofia sprzed dwu stuleci z okładem?

– Sapere aude, powtórzone zresztą za Horacjuszem, znaczy miej odwagę posługiwania się własnym rozumem. Dla filozofa odwaga to zmierzenie się z najważniejszymi pytaniami, jakie stawia sobie człowiek. Dorosłość oznacza śmiałość myślenia; dzieciństwo bezmyślną ufność autorytetom. Marzeniem Kanta było „wyjście ludzkości z niezawinionego dzieciństwa”, czyli panowanie rozumu. Pisał: „Lenistwo i tchórzostwo to przyczyny, dla których tak wielka część ludzi, mimo wyzwolenia ich przez naturę z obcego kierownictwa, pozostaje chętnie niepełnoletnimi przez całe swoje życie”. Wołał tak do nas, żyjących 200 lat później. Dlatego głęboko nie zgadzam się z jednym z piszących o nim autorów współczesnych: „Immanuelu, nazbyt zachwycony człowiekiem przypisałeś mu wartości, których nie posiada. Uważałeś, że człowiek oświecony sam ustanawia czasoprzestrzenny i moralny porządek świata. Dałeś nam w ten sposób zabawkę, której nie umiemy używać i robimy nią sobie coraz gorszą krzywdę. (…) No i popełniłeś jeszcze jeden grzech: poniżyłeś dzieciństwo. Bycie dzieckiem nigdy się nie kończy, gdy mowa o dzieciach Boga”.

– Po stokroć nie! – zawołała. – Bezpieczne dziecięctwo to straszna pokusa. Tkwi w nim zarówno tchórzliwy poddany totalitarnego władcy, jak i bezkrytyczny wyznawca któregokolwiek z kościołów. Można i wielu z nas tak twierdzi, że warto wierzyć w Boga, ale jeśli tak, to Bóg dał człowiekowi rozum i tym samym powołał go do dorosłości, a więc i do odwagi – teraz Therese zawiesiła głos, wzięła parę głębszych oddechów. Było to również działanie świadome, przemyślane i wypraktykowane w ciągu dwu z górą dziesięcioleci publicznych wystąpień pani profesor, nie zaś mimowolna utrata tempa lub, co gorsze, tematycznego drogowskazu. Oznaczało, że Therese weszła już na właściwy, wcześniej obrany kurs, niby pasażerski odrzutowiec kierujący się ku bajkowym miastom lepszych niż nasz kontynentów.

– Każda prezentacja filozofii Kanta zaczyna się od rozróżnienia między noumenem a fenomenem. Noumen to rzecz sama w sobie; taka, jaka rzeczywiście jest, ale której istnienia nie potrafimy udowodnić. Fenomen to rzecz taka, jak ją postrzegamy. Znamy więc tylko fenomeny, jako odbicia noumenów w naszych ubogich zmysłach. Ze wszystkich sił pragniemy poznać noumen, ale nie jesteśmy w stanie, choć czasem nam się wydaje, że zajrzeliśmy pod spódnicę Rzeczywistości. Ten wielki popęd kieruje wzlotami ludzkiego umysłu, podobnie jak seks ciałami. Czy świat nieosiągalnych, ale wytęsknionych noumenów nie jest niebem filozofów, a przynajmniej światem science fiction? Metafizyka przed Kantem usiłowała zajmować się noumenami. Filozofowie pytali: czy Bóg jest? Czy wszechświat ma początek i koniec? Skąd tyle zła na ziemi? No i oczywiście: jaki jest sens naszego bytu tutaj? Tak uprawiana filozofia mogła więc być tylko hałaśliwym starciem sprzeczności, niekończącą się awanturą wierzących z wierzącymi inaczej albo niewierzącymi w ogóle. Jeśli któraś z wiar zyskiwała przewagę, metafizyka krzepła jako zbiór dogmatów autorytarnie podawanych do wierzenia, najczęściej wspartych siłą państwa albo twardością rzemieni inkwizycyjnego batoga – mówiła. – Dopiero to dziecko prostaków z Królewca poskromiło pychę filozofów pragnących orzekać o tym, co człowiekowi niedostępne i od człowieka nieskończenie wyższe. Kant ominął ów problem, wprowadzając pojęcie „rozumu praktycznego”. Rozum praktyczny – w odróżnieniu od rozumu teoretycznego – nie szybuje w świat idei, nie zajmuje się noumenami, nie stara się z ostateczną pewnością dociec spraw związanych z teorią bytu. Próbuje tylko stworzyć wygodne i użyteczne formy poznania oraz służące im pojęcia. Zna swoje granice i nie wznosi się niebezpiecznie wysoko, by straceńczo upaść niczym Ikar. Rozum praktyczny uznaje, że coś istnieje wtedy, gdy docierające doń bodźce o tym go przekonują i uznaje, że czegoś nie ma wtedy, gdy z analizy tych bodźców wynika, że to istnienie nie pasowałoby do ich struktury. W innych sprawach wstrzymuje się od zajęcia stanowiska. Przecież nawet istnienia materialnego świata zewnętrznego udowodnić się nie da, dowodem pośrednim jest stały dopływ dochodzących zeń sygnałów. Nawet ten świat w swej całości jest nieosiągalnym noumenem. Kant odradza rozumowi zajmowanie się problemami takimi jak Bóg, wolność czy nieśmiertelność, bo wtedy nieuchronnie popada on w błędy i sprzeczności. Ludzki rozum powinien pozostać w swoich granicach, zajmując się dostępnymi dla zmysłów i pomiarów fenomenami, a nie tym, co nas przerasta i w co możemy najwyżej wierzyć bez gwarancji spełnienia. Kant pyta więc nas o granice rozumu. Co rozum ludzki może, a czego mu nie wolno? Ale wtedy zaraz trzeba spytać przezornie: a co to jest rozum? I w obrębie jakiej wolności mu wolno? Tej przezorności on także nas uczy.

– Powiedziałam o odwadze, ale teraz mówię już o umiarze i skromności – kontynuowała po zaplanowanej chwili przerwy i kilku oddechach. – Umiar jest bratem odwagi. Wielu z nas nie pojmuje tego pokrewieństwa. Odwaga bez umiaru kończy się szałem. Umiar bez odwagi – podłością. Tylko ugoda z tą spokrewnioną parą otwiera drogę do mądrości. Mądrość jest skromna: wielbi rozum, ale zna jego ograniczenia. Kant nie pytał z pychą: co jest? Pytał z umiarem: co jest nam dane? Filozof kantowski nie jest twórcą systemów i głosicielem jedynej prawdy. Jest tylko przyjacielem mądrości.

– Rozum praktyczny nie jest jednak bezduszną machiną do pomiarów – ciągnęła Therese. – Rozum praktyczny musi odpowiedzieć również na pytania: jak żyć, jak postępować? Bez sięgania do mglistych noumenów, a w odniesieniu do tego, co realne. Są to pytania stare jak ludzkość; od czasów greckich usiłowano ustalić hierarchię rzeczy dobrych, aby na jej szczycie odnaleźć Dobro Najwyższe. Czasem była nim Prawda lub Piękno, kiedy indziej Rozkosz. Ale według Kanta probierzem etyki jest tylko inny człowiek. Dlatego ważniejsze od tego, co robimy, jest – jak robimy. Naczelna zasada Kantowskiej moralności brzmi: „Postępuj tak, jakby maksyma twojego postępowania miała stać się głównym prawem przyrody”. Inaczej mówiąc: nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe. Staraj się być dobry, jeśli chcesz, by i ciebie spotykało dobro. To jest właśnie ten słynny imperatyw kategoryczny. O moralności czynu przesądza więc czystość intencji i prawość woli. Łajdak rzucający na pokaz hojną jałmużnę nie pójdzie do nieba, ale Raskolnikow ze Zbrodni i Kary nie zostanie potępiony. Pytanie Kanta nie brzmi: „jak osiągnąć szczęście?”. To jest pytanie dla redaktorek porad w ilustrowanych pismach dla pań domu. Pytanie Kanta brzmi: „jak być godnym szczęścia?”. Człowiek Kanta jest człowiekiem sumienia rozumianego jako głos obowiązku. Czy potrzebny mu Bóg? Nikomu nie można zabronić marzeń i wzlotów, nawet rozumowi praktycznemu, ale powinien on wiedzieć, że w tym obszarze znajduje się już tylko wiara, subiektywne przekonania, a czasem przesądy. W ten sposób kantyzm łączy wierzących, agnostyków i nawet ateistów, bo Bogu nie przeczy, ale bezbożników nie wyklucza.

– Tak samotny myśliciel z Królewca dokonał, jak sam to nazywał, kopernikańskiego przewrotu w filozofii – zaczęła Therese po kolejnej przerwie na parę oddechów. – Jego wcześniejszy sąsiad z Fromborka odebrał jednak Ziemi i ludzkości centralne miejsce w kosmosie, Kant odwrotnie, nadał je praktycznemu rozumowi oświeconego człowieka – w takich chwilach nie tylko zaciągała się powietrzem, ale szybko przebiegała myślą to, co jeszcze zostało jej do powiedzenia. Teraz pojęła, że nie starczy jej czasu na Kantowską teorię czworakich sądów, gdzie wyjaśni różnicę między analitycznymi a syntetycznymi, między a posteriori i a priori. Przesunęła to na kolejny wykład, szybciej zmierzając dziś do zakończenia, bo nie ma dla renomy wykładowcy nic gorszego niż znudzenie i śpiączka słuchaczy. Przeszła więc dalej. – Byli wszak przed nim tacy, zwłaszcza w starożytnej Grecji, co rozum wielbili, a namnożyło się ich szczególnie w XVIII i XIX wieku. Zwykle jednak ci racjonaliści byli równie zadufani w omnipotencję swego ratio, jak ich przeciwnicy wiernie trwali przy objawieniu i gotowi byli w czambuł potępić dzieci choć trochę innego Boga. Kant pierwszy pojął niedoskonałość rozumu i wskazał mu ograniczone miejsce, poza którym rozpościera się obszar wiary, a przynajmniej konwencji. Obejmuje on wszelkie stwierdzenia, które Kant nazwał „sądami syntetycznymi a priori” i które udowodnić się nie dają. Wcale nie muszą one orzekać o sprawach ostatecznych, zwykle dotyczą zagadnień bardziej przyziemnych, a łączy je owa kłopotliwa niedowodliwość. Pierwszy z brzegu przykład to choćby twierdzenie Euklidesa: „linie proste równoległe nigdy się nie przetną”. Jeszcze trywialniej: mierząc temperaturę, musimy jakoś zdefiniować, czym ona jest, zgodzić się na teorię tłumaczącą, jak działa termometr i dopiero wtedy nasz pomiar będzie miał sens. Przy innej teorii termometru temperatura też okaże się inna. Już Hume dowiódł, że bez sądów syntetycznych a priori nie da się zbudować żadnego systemu wiedzy i że ukryte założenia są obecne nawet w tak oczywistych pojęciach, jak przyczynowość. Żaden eksperymentator nie pozostaje biernym obserwatorem, zawsze tworzy sobie jakąś teorię na bazie przyjętych na wiarę podstawowych sądów syntetycznych a priori i dopiero ta teoria umożliwia mu wykonanie eksperymentu i wyciągnięcie zeń wniosków. Co więcej, taka teoria decyduje, co uznajemy za fakt eksperymentalny, a co odrzucamy jako zakłócenie. W ten sposób dylematy współczesnej nam fizyki już ponad 200 lat temu opisał Kant swoim kostycznym językiem. Twierdzenie Godla ukazuje niemożność uzyskania jednoznacznego dowodu bez narzuconego systemu aksjologicznego. Jest ono wspaniale kantowskie. To koniec myślenia dogmatycznego; koniec pychy światopoglądowej. Dalej jest tylko współczesna definicja paradygmatu.

– Myśl Kanta nigdy nie była popularna, nie potrafiła zafascynować serc, była skierowana do rozumu – mówiła Therese, nie pozwalając sobie teraz na krótką nawet przerwę. – W połowie XX wieku można było uważać, że Kant ostatecznie znalazł się w szacownych, ale bezużytecznych archiwach. Jednak po tym wszystkim, co ludzkość przeżyła w wielkim i strasznym stuleciu dwudziestym, po tym, czego w tym stuleciu dowiedziała się nauka, warto się zastanawiać: czego uczy nas Immanuel Kant dzisiaj? O co nas pyta? Co nam proponuje? Jeden z przykładów: w dobie strasznego starcia z islamem warto spojrzeć na bóstwo jako noumen. Nie obcujemy z nim bezpośrednio, nie możemy go poznać. Możemy tylko weń wierzyć. Stąd kantowska teologia Karla Rahnera, a zwłaszcza Johna Hicka, który widział wielkie religie jako fenomeny tego samego Boga dostrzegane przez różne kultury. A jeśli tak, to nie ma o co się bić.

– Chcę wam zaproponować jeszcze inne spojrzenie na Kanta i jego życie – powiedziała pani profesor po przerwie malutkiej, omalże niedostrzegalnej. – Nim w sile wieku otrzymał wreszcie chudą posadkę zastępcy bibliotekarza, podjął pracę na swym wymarzonym uniwersytecie jako docent prywatny. Nie rechoczcie z tego Privatdocent doszczętnie obśmianego przez tanich pismaków sprzed stulecia. Była to twarda harówka, bo taki wykładowca nie miał etatu ani pensji, utrzymywał się z datków wnoszonych przez słuchaczy. Jeśli nie pozyskał publiki, to nie miał pieniędzy. Nawet salę trzeba było wynajmować. Dlatego Kant dążył do zbudowania lub kupna własnego domu z audytorium, ale długo nie miał na to środków. Wykładał więc w wynajętych pomieszczeniach nie tylko o filozofii, mówił o wszystkim, na co byli chętni. O astronomii, matematyce, geografii, mineralogii, artylerii, metafizyce, poezji i o czym tylko chcecie. Wykłady z matematyki i balistyki dały mu popularność wśród oficerów. Znał hebrajski i miejscowym rabinom pomagał w egzegezie Talmudu. Swoje dzieła filozoficzne pisał po godzinach jako myśliciel-amator. Nie był pierwszym nowożytnym profesorem filozofii ze swoją opłacaną przez rząd katedrą, ale ostatnim wielkim profesorem wszech nauk w starym stylu. Dla syna rzemieślnika tak ciężka praca to awans, bo nie musiał się męczyć fizycznie jak ojciec. Dopiero w 1784 roku, na dwadzieścia lat przed śmiercią, udało mu się kupić ten wymarzony dom z audytorium na parterze. Dom był firmą zatrudniającą dwie osoby: Kanta i jeg lokaja Martina Lampe, klientami byli studenci. Wynajmował też tę salę innym profesorom. Z patetyczną pracowitością wykonywał swoje rzemiosło aż do siedemdziesiątego piątego roku życia, póki starczało sił. Kiedy już słabł i nie mógł czytać ani pisać, dalej o piątej rano budziły go te same słowa służącego: „już czas!”. Siadał więc i wodził piórem po papierze, choć oczy ślepły, a umysł nie przynosił wartych zapisania myśli. Emerytur wtedy nie było. Bo tego także uczy nas dzisiaj Kant – wzniosła głos nieco wyżej. – Uczy nas wolnego rynku, również w nauce, gdzie my nauczyciele zbyt rozleniwiliśmy się w swoim bezpieczeństwie. Był zapewne ostatnim „filozofem ulicznym” jak Sokrates, to znaczy dzielącym się wiedzą z każdym, kto chce go słuchać, w zamian za drobne datki i środki do życia. Taka filozofia okazywała się ludziom potrzebna, skoro za nią płacili. Mam tylko wątpliwość, czy któryś z naszych współczesnych sprostałby temu? Z tej perspektywy trzeba spojrzeć na przywiązanie Kanta do Królewca, którego nigdy nie opuścił: tak jak ojciec-rzemieślnik miał tu warsztat i nie mógł pozwolić sobie na wakacje, by nie stracić kapryśnej klienteli. Przez świat przewalały się burze, rewolucje francuska i amerykańska rozwaliły stary porządek. Z mapy zniknęła sąsiednia Polska. Napoleon zagarnął połowę Europy. Modni filozofowie i poeci podróżowali od stolicy do stolicy, kolekcjonując monarsze zaszczyty, a on tkwił na zapyziałej prowincji, regularnie wyruszając na poobiedni spacer i równie regularnie siadając przed świtem do swojej roboty.

– Takie życie, bezżenne, drobiazgowo uregulowane, poświęcone wiedzy i nauczaniu, nie dawało spokoju biografom usiłującym szarpać go za pludry – ciągnęła Therese. – Trudno przyczepić łatkę osobie tak przykładnie cnotliwej i oddanej powołaniu. Być może Kant w ten sposób zaprojektował swój wielki performance; biografia jako dzieło artystyczne mające ilustrować głoszone przezeń poglądy. Największej sztuki dokonał Jean-Baptiste Botul, francuski filozof, który jakoby wkrótce po wojnie wygłosił serię wykładów o tajemnym życiu seksualnym filozofa z Królewca dla grupy niemieckich emigrantów, którzy uciekli z upadającej Rzeszy i założyli w Paragwaju kolonię, Nueva Königsberg. Pewnie byli to hitlerowcy, ale na ten temat Botul milczy w, wydanym już po jego śmierci, zbiorku tych prelekcji. Skoro Kant nazywany jest ojcem filozofów, to musiał się rozmnażać, pisze Botul. Coito ergo sum. W jednym na pewno Francuz okazał się prekursorem: dokonał brawurowej dekonstrukcji biografii tego filozofa, na długo przedtem nim ten termin wszedł w naukowe i literackie użycie. Dawniej nazywano to odwracaniem kota ogonem. „Szaleństwo we mnie i czarna noc nade mną” – przekształca maksymę Kanta. Albo: „Zabijaj tak, aby twoje morderstwo miało stać się prawem dla całej ludzkości”. Bądź podobnie: „Nie zadowalaj się chęcią zabicia wszystkich, rób tak, żeby każdy chciał zabić każdego”. Według niego filozof szedł nocą do burdelu tak samo samotny, jak na spacerze dziennym, a nawet trafiał w jeszcze bardziej tajemne i odrażające miejsca, gdzie trzaska bat i leje się krew.

– Nie, nie potępiam Botula – powiedziała Therese w odpowiedzi na poruszenie, a nawet śmieszki na sali. Świadomie do nich doprowadzała pod koniec prawie każdego wykładu, wiedząc, że przebywa najbardziej krytyczną część swego lotu, kiedy musi przykuć uwagę słuchaczy na przekór ogarniającemu ich zmęczeniu, a nawet senności. Wtedy bardzo przydatne bywało wszystko, co tyczy się seksu albo występku, a najlepiej obu magnetycznych spraw naraz. Dlatego Botula z jego mrocznymi smakowitościami zachowała sobie na tę kryzysową porę. – Nie potępiam go z pozycji oburzonej wyznawczyni cnotliwego, choć bezbarwnego idola. Zresztą nie wiadomo, czy ktoś taki żył naprawdę, czy może rzekome prelekcje dla filozofujących sierot po Hitlerze wymyślił jakiś późniejszy prześmiewca zaczytany w pismach Jacquesa Derridy. Z naszego punktu widzenia Botul też ma rację, choć na poparcie swych ciemnych tez nie może przywołać żadnych sensownych faktów. Mówiąc po kantowsku, przyjął inne sądy syntetyczne a priori, albo używając terminu wprowadzonego później przez Kuhna – inny paradygmat.

– Mnie wcale nie do śmiechu! – Therese z mrowia zlanych ze sobą twarzy wyłowiła głupawy uśmieszek chłopaka o wiejskiej raczej powierzchowności. Znak, że wykładowczyni schodzi już do lądowania po udanym rejsie. – Tobie się zdaje, że teraz pani profesor zebrało się na żarciki kończące wykład, a ja przechodzę właśnie do najważniejszego – powiedziała. – Do krytyki Kanta i kantyzmu. Zapisuj pilnie, jeden z drugim!

Wzięła długi oddech i kontynuowała:

– Filozof żyjący ponad 200 lat temu nie mógł wiedzieć o teorii względności, o mechanice kwantowej, o zasadzie nieoznaczoności Heisenberga. To wszystko przyszło dużo później, dlatego nam podróżującym po świecie Kanta wydaje się on zbyt sztywny, trójwymiarowy i niezmienny. Jest to świat Newtona, którego uznajemy za symbol racjonalizmu w starym stylu, choć nie chcemy pamiętać, że wielki Anglik bardziej niż fizyką zajmował się teologią, a w jego bibliotece roiło się od książek poświęconych magii, alchemii, kabalistyce i zwykłym czarom. Że Kant nie znał i tym samym nie pojmował dzisiejszej fizyki, to oczywiste. Podobnie oczywiste jest, że nie rozumiał znaczenia języka; to również przyszło później. Był nieczuły na historię, chociaż wielka i krwawa Historia europejska burzyła się wokół, bunty i buntownicy garściami brali z jego idei, pomniejsi rewolucyjni myśliciele bezczelnie odeń ściągali. Mój najpoważniejszy zarzut wobec Kanta bierze się z tego samego, co dopiero tak wysoko oceniłam: z chwalebnego umiaru. Według niego jakikolwiek ogląd świata jest subiektywny i możliwy tylko w obrębie założonych sądów a priori. Stawiając podmiot tak wysoko i godząc się na jego subiektywizm, filozof otworzył drzwi dla postmodernizmu. U Kanta podmiot był subiektywny, ale posługiwał się rozumem i miał dobrą wolę, stąd sam siebie ograniczał. Dzisiaj na tym samym cokole rozsiadł się podmiot bełkocący. Co wybełkoce jest jednakowo słuszne. Nic go nie ogranicza, nic go nie hamuje. Nic nie jest prawdą. Wszyscy mają rację. Świat Kanta był niezmienny, pełen żelaznych ograniczeń, ale mieliśmy go cały przed sobą. Dzisiejszy świat jest przygodny, tymczasowy, mówi różnymi językami różnych kultur. To jest świat Heideggera i tych, co przyszli po nim. Może ten świat jest łatwiejszy, na pewno jest przyjemniejszy. Ale rozważania i pytania Kantowskie nie znikły. Na pewno są one trudniejsze niż kiedykolwiek.

– Ale mam jeszcze jeden zarzut – dodała. – Najpoważniejszy. Ale może nie jest to zarzut. Po prostu stwierdzenie. Mój sąd syntetyczny a priori. Niewesoły, bo wyrażający naszą bezsilność wobec zła. Z filozofią zła Kant nie dał sobie rady. Od początku świata ludzie pytają: unde malum? Pierwszy był Hiob, a może nawet Adam, gdy go wypędzano z raju. Za nimi bezsilnie powtarzają to filozofowie. Kapłani usiłują swoimi morałami złagodzić nasz ból, ale niewiele to pomaga. Stary belfer z Królewca dobrze o tym wiedział i dlatego omijał ten przykry problem, jak tylko potrafił. Ale nie mógł przyznać, że go nie ma. Dla Kanta imperatyw kategoryczny wynikający z nauk praktycznego rozumu nakłaniać będzie ku dobru, gdziekolwiek pojawi się w sercach i umysłach. Gdy ludzkość nareszcie wyjdzie z „niezawinionego dzieciństwa” – zatriumfuje. Zło jako wynik braku wolności? Wolne żarty! Cóż z tego, że dzieli naiwność z Sokratesem, który też miał zło za niedobór rozumu? Dobre sąsiedztwo nie usprawiedliwia. Niepocieszającą odpowiedzią jest wolny świat wokół nas. Więc znowu pytamy daremnie: unde malum? Czy zło wynika z chaosu i braku porządku, jak obawiali się starożytni? Może z niedoboru dobra i łaski bożej, jak chce poczciwy święty Tomasz i jego bogobojni naśladowcy w sutannach? Czy jest tylko ludzkie, czy może raczej przedludzkie, wieczne i po manichejsku od nikogo niezależne? Może jest banalne, więc niedostrzegalne przez swą pospolitość, a przez to wszechobecne jak u Hannah Arendt? Czy wynika tylko z naszej pożądliwości i pychy jak u buddystów? Unde malum? To jest dla was pytanie, bo ja jestem bezsilna.

Teraz dopiero zrozumiała swój błąd, niewybaczalny dla tak doświadczonego wykładowcy. Żart wskazywał, że pani profesor zmierza już ku końcowi, że może jeszcze paść coś ewentualnie wartego zanotowania w trosce o zbliżający się egzamin, ale jej samolot już wysuwa podwozie, zbliżając się do przez wszystkich oczekiwanego lądowiska. Tymczasem rozpędziła się i to, co najważniejsze, a może najbardziej bolesne, rzuciła na koniec, gdy uwaga już odpłynęła, a studencka gawiedź tylko przebierała zdrętwiałymi nogami w oczekiwaniu na zbliżającą się przerwę. A ona jak durna rzuciła im to pytanie bez odpowiedzi i to w dodatku wzięte z zupełnie innej filozoficznej półki. Rzuciła między nich jak co? Na pewno rzuciła daremnie. Unde malum?

Zatem stropiona lądowała już pośpiesznie i byle jak. – Kant w dobie oświecenia podważał wybujały optymizm i racjonalistyczną pychę tamtej epoki. A więc odważnie wyprzedzał swój czas. Dzisiaj znowu pomaga nam przezwyciężyć nadmierny pesymizm i niemoc postnowoczesności. Bo przypomnienie, że Oświecenie jest niezbywalne, że dyscyplina myślowa nadal obowiązuje, że prawo moralne musi być we mnie, jest dzisiaj aktem odwagi!

Nie była z tego zadowolona. Niepotrzebnie zadała tamte pytania nie w porę. Jak kąsek rzucony trzodzie, gdy ta już objadła się zwykłą i przysługującą jej karmą. Unde malum?

– Tak, jestem kantystką! – rozpaczliwie głośno powiedziała na koniec.

Podróż: Zurych – Kaliningrad

Therese postanowiła zatrzymać się krótko w Warszawie, bo i tak miała przesiadkę do innego samolotu. Nie było w tym postoju żadnego interesu, żadnej sprawy do załatwienia, prócz pewnej niejasnej tęsknoty, może pytania z rzadka wypływającego na powierzchnię świadomości z głębiny wspomnień i myśli: – kim jestem, skąd pochodzę? Teraz – skoro postanowiła w swej podróży dotrzeć do źródeł filozofii, która była jej najbliższa i której pochwałę głosiła w swych wykładach – także to pytanie stało się bardziej natarczywe, jakby ta podróż była dlań przyzwoleniem. Tęsknota wyostrzyła się, niby odległy krajobraz, gdy podróżnik zbliża się do miejsc, które do niedawna były tylko zamglonym horyzontem. Przecież jestem Żydówką, po swojej nowojorskiej matce dumnej z rodzinnego rodowodu wyprowadzonego właśnie z tego dalekiego kraju na wschodnioeuropejskich rubieżach. Dlatego choć raz rzucę okiem na ich stolicę zagubioną w przestrzeniach zapewne płaskich i chłodnych, choć może jednak i w czymś ciekawych.

Miasto ją rozczarowało; już ciasny budynek lotniska o korytarzach zatłoczonych i woniejących tanimi środkami dezynfekcyjnymi był niezachęcającą wizytówką. Potem taksówkarz oszukał ją na kursie wymiany, a z okien samochodu widziała prowincjonalną, podniszczoną zabudowę śródmieścia, lichy downtown z kilkoma wieżowcami tęsknie zapatrzonymi w Nowy Jork albo Frankfurt. W hotelu poprosiła o informacje na temat żydowskich zabytków i pamiątek, skwapliwie zarzucono ją stosem broszur i folderów, z których niewiele rozumiała jako filozof, a przecież nie historyk. W końcu, wytargowawszy się o cenę, pojechała zobaczyć jakiś pomnik, na którym ludzkie ciała kłębiły się w niezrozumiałej dla niej walce albo konwulsjach. Potem kierowca zawiózł ją pod jakieś mury, usiłując łamaną angielszczyzną tłumaczyć dawno minione i chyba już mało kogo obchodzące nieszczęścia. Na murach zgrzytały swymi kolorami ostre graffiti, a uliczne psy zostawiały tam niemile pachnące ślady. Grupka młodzieży w jarmułkach – pewnie prosto z Izraela – odprawiała tam swoje modły przy całkowitej obojętności ulicznych przechodniów.

Teraz już tylko żałowała straconego dnia. Przeszła jeszcze bez celu ulicami, aby nie siedzieć w pokoju hotelowym, którego elegancja była tandetniejszą wersją średniej klasy tego rodzaju pomieszczeń w znanym jej dotąd świecie, ale nie uzasadniała wygórowanej ceny. Wszystko tu było takim właśnie naśladownictwem, trochę nieudolnym, mocno zakompleksionym, a przez to zawsze żądnym pochwały a przynajmniej akceptacji. Przebijając się przez wieczorny tłum uliczny, chodząc między stoiskami domów towarowych, odczytywała tę żądzę w twarzach przechodniów: prawda, żeśmy modni, że u nas już prawie tak, jak w krajach, które po cichu uznajemy za lepsze, ale głośno nimi pogardzamy, prawda, żeśmy się postarali? Tak, stracony wieczór, pusty dzień. Tak, matka miała rację, że mówiła o tym kraju wyłącznie źle. Chciała wykrzyczeć swoją złość i swój zawód prosto w twarz tym zadowolonym z siebie troglodytom wschodnioeuropejskiego plemienia, śpieszącym w sobie tylko znanych wieczornych sprawach, pewnie głównie za żarciem, seksem i tanimi zakupami. W końcu w jakiejś zdarzonej w pasażu handlowym kafejce przysiadła się do mężczyzny w jej wieku. Twarz miał – jak wszyscy jego pobratymcy – nie wiadomo dlaczego zmęczoną i pozbawioną radości, poznaczoną albo trudem życia, albo nawet niechlujnie tłumioną złością.

– Jestem Żydówką! – powiedziała najpierw po niemiecku, potem po angielsku. – Do you understand me? – jeszcze ostrzej rzuciła zamyślonemu nad swym piwem mężczyźnie, bo spodziewała się ataku. Więcej, chciała ten atak sprowokować, by ostatecznie utwierdzić się w matczynej niechęci. Nawet lepiej, że żłopie piwsko, niż sączyłby kawę, przecież to zwykły barbarzyńca wschodnioeuropejski, od kolebki naznaczony grzechem nietolerancji.

– O, to miło – mężczyzna odezwał się nadspodziewanie dobrą angielszczyzną. – Ja nawet niedawno byłem w Izraelu. To niezapomniany kraj…

– Nie jestem stamtąd – warknęła Therese. – Jestem znikąd. Mam tylko żydowską duszę, a wy wszyscy…

Nie potrafiła dokończyć, bo obezwładnił ją szeroki i chyba szczery uśmiech piwnego troglodyty. Straciła wątek. Zerwała się i wyszła.

– Jestem Żydówką! – rzuciła w twarz pierwszej z brzegu młodej parze na ulicy. Zaraz na pewno doczeka się ataku, bo chłopak ma wygląd osiłka, ciężkie glany na nogach i nalany kark, a teraz stoi z rozdziawioną gębą, jakby zbierał się w sobie.

– Jestem Żydówką! – rzuciła jeszcze raz we wszystkich możliwych językach. – Parszywą, rozumiesz!

Młodzi coś gadali pomiędzy sobą w niezrozumiałym narzeczu miejscowym. Wreszcie dziewczyna powiedziała angielszczyzną trochę gorszą niż facet znad piwa, ale zrozumiałą: – Pewnie szukasz swoich? Tu niedaleko jest centrum żydowskie i synagoga, chyba jeszcze czynne.

– Tak, tak… – włączył się chłopak również po angielsku. – Dużo Żydów do nas przyjeżdża. Jutro możesz zobaczyć muzeum i ciekawe pamiątki.

– Chętnie odprowadzimy cię do hotelu – powiedziała dziewczyna. – A może mieszkasz u znajomych?

Therese znowu straciła wątek, więc odwróciła się i szybko poszła w przeciwnym kierunku.

– Madame, madame! – młodzi wołali jeszcze za nią. – Możemy ci pomóc. Czy potrzebujesz lekarza?

Wędrowała tak pewien czas w rzednącym tłumie. Wreszcie w jakimś zaułku zobaczyła wysmarowaną sprayem na murze gwiazdę Dawida na szubienicy. Nareszcie znalazła to, czego szukała, więc zziębnięta, ale zaspokojona ruszyła do hotelu. Tak, matka miała rację. Tylko jaką ja jestem Żydówką?, myślała. Parszywą? Zapewne nie. Bezwyznaniową po prostu. Usiłującą wydestylować jakiś ślad sensu nie ze świętych ksiąg, jak przodkowie matki, ale z pism filozofów i ze stosów odbitek sprzecznych ze sobą artykułów z prestiżowych, ale niewiele mądrości przynoszących czasopism, jakie od lat zalegają po kątach jej szwajcarskiego mieszkania, za którym teraz gorąco zatęskniła. Co ona zresztą wie o tych przodkach, tyle co od matki. Od strony ojca – pustka. Był japońskim samurajem – jak mówiła matka – i szybko odbiegł od niej, goniąc za swymi samurajskimi przywidzeniami. Więc dlatego nie wie o nim ani od niego prawie nic. Więc może po prostu jest żydowsko-azjatyckim bękartem? Czy jej poszukiwanie sensu wynika stąd, że dla siebie samej nie umie znaleźć sensownego zakorzenienia? Tak zasnęła w nieprzytulnym w swej pretensjonalnej nowoczesności hotelowym pokoju w Warszawie.

Rano trochę drzemała w samolocie, więc niewiele pamięta z kolejnego wschodnioeuropejskiego lotniska i przedłużającej się odprawy po przylocie. Dopiero zdziwienie, że przecież patrzy z okien taksówki na niekończące się rzędy takich samych, niechlujnie utrzymanych i podniszczonych bloków mieszkalnych z wielkiej, szarej i niczym nieotynkowanej płyty betonowej, kiedy spodziewała się osiemnastowiecznych kamieniczek i górującego nad nimi zamku. No, może nie tak wzorowo utrzymanych, bo to przecież Rosja, a o tym kraju wiadomo nie tylko, że sięga aż do cieśniny Beringa, ale też jakie miał burzliwe dzieje. To oczywiste, nikt nie wymaga wzorowej pieczy nad zabytkami na dalekich rubieżach Europy, ale przecież filozof z Królewca nie spacerował między betonową szarzyzną, nie zaglądał do zdezelowanych i obsikanych klatek schodowych, nie otwierał łatanych dyktą drzwi ledwie trzymających się na powyłamywanych zawiasach, nie korzystał z zepsutej wiecznie windy i nie kaleczył dłoni o rozbite szkło. Co się stało, gdzie mnie zawieziono?

– Dwadcat dołarow! – przywołał ją do przytomności głos kierowcy, który zatrzymał się pod hotelem. – Dołary u was jest, kanieszno! – Hotel był takim samym, szarym, nieprzytulnym i zdewastowanym blokiem, tylko trochę większym.

– Gdzie tu jest centrum? – złościła się Therese. – Ślady Immanuela Kanta…

– Zdzies! – warczał również rozzłoszczony taksówkarz. – Eto cientralnaja gastinnica. Dołary, pażałsta!

Wybuchła krótka, ale intensywna kłótnia o dolary. Nie dlatego, że drogo, bo i tak trochę taniej niż w Nowym Jorku, a sporo taniej niż w Zurychu, ale dlatego, że skrupulatna Szwajcarka uważała, że w każdym kraju należy płacić w lokalnej walucie i oczywiście zaopatrzyła się w odpowiedni zasób rubli. W końcu wysupłała jeszcze więcej w swoich frankach, by wreszcie uspokoić tubylca nieznającego zapewne – poza dolarami – jakiejkolwiek obcej waluty. Potem wreszcie mogła wejść do wnętrza tym bardziej niezachęcającego, że nikt nie pomógł jej wnieść walizki.

Dopiero, kiedy dostała w hotelu jakieś szkicowe plany miasta, a nawet folderek z popiersiem filozofa, zaczęła rozumieć: nie ma nic! Walec kolejnych wojen, a zwłaszcza tej ostatniej – najstraszniejszej, które pustoszyły te nieszczęsne i na wpół barbarzyńskie rubieże. Dlatego nie ma nic. Nie ma osiemnastowiecznych domów przy ulicy Prinzessinnen, a zwłaszcza tego jednego, wymarzonego przez tak długie lata biedy warsztatu profesorskiej pracy, który mógł zakupić dopiero po osiągnięciu dobrze płatnego stanowiska rektora. Nie ma zamku, ku któremu kierował kroki swych samotnych spacerów, wedle których okoliczni mieszkańcy podobno regulowali zegary. Nie ma w ogóle żadnych domów. Nie ma nic. Nie ma nawet języka, w którym pisał swoje rozprawy codziennie od piątej rano, rozmawiał z poczciwymi sąsiadami albo egzaminował stremowanych studentów. Nie ma starego uniwersytetu. Nie ma przeszłości w jej całym bogactwie, jest tylko teraźniejszość przewianych morskim wiatrem szaro-sinych bloków na bezdrzewnej przybałtyckiej równinie. Jeśli w tak dobrze jej znanym średniowiecznym Sion czy też Visp albo Lucernie ktoś chodził wokół kamienic, kościołów i baszt, to jego kroki dźwięczą tam do dzisiaj. Nawet w Zurychu, który jest dużo młodszy i w swej zasobnej, utuczonej w bankach mieszczańskości aż banalny. A tutaj? Nawet w widzianej niedawno i od razu źle ocenionej Warszawie był jakiś tłum, jakiś ruch, jakieś – chociażby pretensjonalne – ożywienie. A tutaj? Nieliczni przechodnie przemykali się – skuleni i opatuleni przed zimnem – zostawiając za sobą smugę woni taniego tytoniu i dźwięki śpiewnej, mało zrozumiałej mowy. Może te bloki są takie sine z zimna, a może po prostu z niechlujstwa?

Ze starego miasta ocalał tylko fragment luterańskiej katedry, potem odrestaurowanej. Bezkształtna budowla bez duchowej charyzmy znanych jej dotąd świątyń swymi szachulcowymi murami przypominała raczej cudem ocalały ratusz lub śpichlerz. Do kruchty Immanuela nie ciągnęło, podobnie jak dzisiaj jego szwajcarskiej uczennicy. Nagle ten nieodgrywający żadnej roli w życiu Kanta obiekt stanął w samym centrum kantowskiego świata, bo tylko według niego można było znaleźć miejsca, w których niegdyś znajdowały się ulice, domy, cukiernie, audytoria prywatnych docentów, sale bilardowe, gdzie czytywali gazety i grywali po wykładach. Przywołując z pamięci wszystko, co wiedziała o topografii dawnego miasta, usiłowała iść kantowską trasą ku miejscu, gdzie ongiś wznosiły się mury zamku, ale coraz to musiała omijać betonowe blokowiska, przeskakiwać nigdy niezasypane rozkopy, nadkładać drogi wokół wysokiego płotu z metalowej siatki ozdobionego na górze drutem kolczastym, a na dole napisem „wstęp wzbroniony!”.

O czym rozmyślał? Jaki był? Pytania zasadne jeszcze w Sion albo Visp, ostatecznie w Zurychu, gdzie czyjeś kroki mogą dźwięczeć i mówić do nas przez wieki, bo stoją mury i wieżyce, od których odbijało się ich echo. Tutaj jedynym dającym się odtworzyć uczuciem była samotność i obcość. Więc może w tę stronę: wedle rzymskiego stoika Musinusa mędrzec ma wręcz obowiązek żeniaczki, bo życie w stadle jest zgodne z naturą i rozumem. Ale platończycy tak nie sądzili i z przyjemnością opowiadali o przekleństwie filozofa i megierze, jaką miała być Ksantypa, żona Sokratesa. Tym bardziej w chrześcijaństwie: św. Paweł obawiał się, że przyjemności cielesne odciągają małżonków od modlitwy. Abelard złamał sobie karierę, gdy zakochał się w Heloizie, chociaż była nie tylko piękna, ale i mądra. Było mnóstwo bezżennych filozofów: w XVII wieku wszyscy bez wyjątku – Kartezjusz, Spinoza, Pascal, Leibniz, Hobbes. W wiek później tylko nieliczni jak Diderot i Rousseau wdawali się w małżeńską przygodę. Ale nie Hume, Wolter i Kant. W XIX wieku żenią się Marks, Hegel, Fichte, Comte i Schelling, ale nie Schopenhauer, Nietzsche i Kierkegaard. Tylko współcześnie dominują żonaci i to zwykle nie jeden raz. Wkrótce na kawalera na katedrze patrzeć się będzie jak na zboczeńca, w najlepszym razie geja. Kant uważał wręcz, że kopulacja skraca życie i zubaża umysł, a niewydalone nasienie przemienia się w siłę duchową. Ze spermą podobnie jak ze śliną i kroplami potu – wierzył, że nie należy wydalać lekkomyślnie i na darmo! Nie był zgryźliwym wrogiem kobiet jak Schopenhauer. Swoim młodym przyjaciołom doradzał małżeństwo. Skoro imperatyw kategoryczny brzmi: „postępuj tak, jakby maksyma twojego postępowania miała stać się głównym prawem przyrody”, to przecież nie może być nim celibat, bo ludzkość by wyginęła. Pod koniec życia napisał (o czym Botul nie wie): „Kiedy potrzebowałem kobiety, nie mogłem żadnej wyżywić. Ale kiedy mogłem wyżywić już jedną, nie potrzebowałem żadnej”. Podobnie jak ja, pomyślała Therese, nie potrzebuję już mężczyzny. Wystarczy! To wyrwało ją z kantowskich rozważań ku rzeczywistości blokowisk i zimnego wiatru.

Stała w centrum dzisiejszego miasta. Teraz dopiero zrozumiała, że na miejscu nieistniejącego zamku przegląda się w rzece jakiś zwalisty betonowy moloch, nigdy nie wykończony, nigdy nie oddany do użytku, może zaplanowany jako monumentalna siedziba władz, może hotel, któremu nie dane było przyjąć gości. Dalej ciągnęła się jedyna jako tako reprezentacyjna ulica, nazwana imieniem Lenina. Śmierdziały spaliny rozregulowanych samochodów, na ulicy porozkładali się ze swymi walizkami i kramikami handlarze drobnymi towarami przemyconymi z sąsiednich krajów. Czy tego chciałeś, mój mistrzu? Czy to przewidywałeś, rojąc na swych spacerach o panowaniu praktycznego rozumu w przyszłej, nareszcie oświeconej Europie? Upadł zakon rycerski, upadła Polska, potem Prusy, a teraz upada tutaj kolejne mocarstwo. Po co Europa tak okrutnie i daremnie cierpiała? Gdyby w pracowitym spokoju kontynuować dorobek Kanta, jego króla i jego współczesnych, byłoby to dziś porządne niemieckie miasto, jak Zurych albo Frankfurt. A tak – po wszystkich wojnach i rewolucjach, o których w sumie niewiele więcej wiedziała prócz tego, że się przetoczyły, obracając w gruzy mury i wieżyce – rozpleniła się tutaj na wpół barbarzyńska dzicz. Lepiej o tym nie wiedzieć, lepiej zamknąć się w tamtych bezpiecznych krainach. Ale co się z nimi stanie za trzysta lat? Czy do mojego Zurychu, Sion i Visp też wedrą się podobne hordy? Niepotrzebna podróż, źle postawione pytania, stracony czas. Tutaj nie ma nic. Po raz pierwszy na tych ruinach poczuła tęsknotę za wiarą. Tak weszła do odrestaurowanej katedry w nadziei znalezienia choć śladu ducha tamtego miasta, ale przeraził ją zimny przestwór monumentalnych ścian, gdzie ocalałe od bomb fragmenty spojono betonem równie sinym i niechlujnym jak na przewianych morskim wiatrem blokowiskach. Przeraziła ją szara, źle posprzątana posadzka, więc szybko wyszła.

Tak, nie ma już nic. Na ruinach wielkiej Historii nowi barbarzyńcy wystawili bloki dla oficerów z okrętów podwodnych, sierżantów piechoty morskiej i nieprzeliczonych rzesz mechaników, którzy mieli utrzymywać w ruchu największą na Bałtyku bazę wojskową. Dlatego bloki jeszcze stoją, ale już straszą oczodołami wybitych okien, za którymi nikt nie mieszka, wyłamanych drzwi, przez które już nikt nie przechodzi. Szła dalej, mimo że historyczny szlak – wedle jej wiedzy – już dawno się skończył. Mostem przeszła rzekę; za szarymi jak mieszkalne bloki, lecz pozbawionymi okien budynkami niewiadomego przeznaczenia zobaczyła pordzewiałe kadłuby krążowników, które jeszcze przed dwudziestu albo trzydziestu laty budziły postrach na morzach świata.

Już leciał ku niej żołnierz w tak samo sino-szarym, przydługim szynelu:

– Nie lzia! – krzyczał. – Nie lzia, grażdanka! Zdies wojennyj port!

Dopiero wtedy zobaczył, że ma do czynienia z cudzoziemką, stropił się, bo takiej okoliczności nie przewidywał regulamin. Pewnie pomyślał o wezwaniu sierżanta albo przynajmniej kaprala. Ale Therese już wiedziała, jak postępować skutecznie:

– Dolary – powiedziała. – Tri dołary zdies!

Żołnierzyk nieufnie obwąchiwał szwajcarskie franki. Usiłowała mu coś tłumaczyć, ale niewiele z tego wyszło. Każdy szanujący się profesor na zachód od Odry pisze w swoim CV o dobrej znajomości rosyjskiego, ale z praktykowaniem tego trudnego języka o wiele gorzej. Nie inaczej było z nią.

– A ty, jaką ty inną walutę prócz dolarów znasz? – spytała w poczuciu bezsilności.

– Jewro! – uśmiechnął się z rozczuleniem żołnierzyk.

– Tak, ja jewriejka… – przyznała machinalnie, bo akurat nie oczekiwała ataku i nie usiłowała go sprowokować, jak wczoraj w Warszawie.

– U nas toże Jewropa – powiedział wartownik, decydując się wreszcie na zgarnięcie podsuniętych mu franków. – Jewro łuczszie rubliej…

Tak pozwolił jej popatrzeć na krążowniki, czuwając jednak w pobliżu, by podejrzana cudzoziemka przynajmniej niczego nie sfotografowała z powierzonego jego wartowniczej pieczy majątku. Therese nigdy nie paliła, ale na swoje wyjazdy poza porządną i zawsze obliczalną Szwajcarię zabierała do torebki paczkę tańszych papierosów. Na wszelki wypadek, bo jak świat długi i szeroki tubylcy chętnie sięgają po cudze fajki, w zamian choć na chwilę otwierając swe dzikie, tubylcze serca.

– Zakuritie, pażałsta?

Żołnierzyk rozejrzał się, ale sięgnął po podsuniętą mu paczkę. Chwilę gmerał w niej palcami.

– Co za dziwny papieros… – mruczał. – Nie nasz…

– Ale dobre! – szeroko się uśmiechnął, wypuszczając dym. – Tylko słabe trochę. Ale widać takie są wasze jewriejskie fajki.

Palił w milczeniu, po chwili wyciągnął flaszkę z głębokiej kieszeni szynela.

– Na! – powiedział – Na, Jewriejko! Za zdrowie się napijemy. Za drużbu narodów naszych!

– Przecież nie wolno wódki na służbie! – pisnęła szwajcarska pani profesor, bardziej jednak przerażona perspektywą picia gorzały prosto z gwinta niż naruszenia regulaminu floty upadającego mocarstwa. – Przecież ty na warcie!

– U nas wsio dopuskajetsia! – żołnierzyk zdrowo łyknął, otarł rękawem gębę i dopilnował, by kobieta wypiła swoje. – Coś ci lepszego pokażę, inostranna burżujko!

Kiedy pani profesor, krztusząc się, dochodziła do siebie po porcji okowity, wartownik zagwizdał raz po razie. Niewiele musiał się rozglądać: w zapadającym wczesnym zmierzchu, przeskakując wykroty, stosy porzuconych cegieł i betonowych płyt, przyleciał biegiem szczupły chłopaczek. Żołnierz poszeptał coś do niego po swojemu, chłopaczek kiwnął rozczochranym łebkiem i odbiegł tym samym wyboistym szlakiem. Therese czuła wzbierającą powoli w całym ciele falę ciepła i uspokojenia: bardzo rzadko piła alkohol, nigdy jednak wódki w chłodzie zapadającej nocy i wzbierającego znad morza wiatru. Rozkoszowała się tym nowym dla niej wrażeniem i nawet ucieszyła się, gdy na ułamkach betonowej płyty przysiadł tuż obok jakiś miejscowy dziadek. Wartownik znowu podał butelkę, łyknęła chętnie, bo wiedziała, że gdy tylko podniebienie przezwycięży smród okowity, znowu obejmie ją to rozkoszne, narastające ciepło. Po chwili przysiadło się jeszcze dwóch, wyciągnęli kolejną flaszkę, odkręcili, puścili w ruch.

– Jak ci się u nas podoba, madame? – spytał dziadek.

– Niebo gwiaździste nade mną, okowita we mnie – mruknęła, pociągając z butelki.

– Panichidę odprawiamy dla tych dumnych korabli – powiedział jeden z nowych i chlapnął trochę wódki w stronę pordzewiałych burt. – One też cierpią, jak my ludzie… Czy ty coś z tego rozumiesz, jewriejko?

Usiłowała potwierdzić, że oczywiście. Język trochę jej się plątał, ale nie czuła już zimna, a mrok ułagodził zgrzytliwe nachalstwo betonowej pustyni.

– Do wejścia na drogę oświecenia nie potrzeba niczego prócz wolności: i to wolności najnieszkodliwszej spośród wszystkiego, co nazwać można wolnością, mianowicie wolności czynienia wszechstronnego, publicznego użytku ze swego rozumu – powiedział jeden z mężczyzn.

W tym momencie Therese na chwilę wytrzeźwiała. Powstrzymała krzyk zaskoczenia i podjęła grę:

– Przecież macie wolność, była tu rewolucja, potem w drugą stronę… Więc dlaczego jest tak, jak jest?

– Rewolucja może wprawdzie doprowadzić do obalenia despotyzmu jednostek czy ucisku ze strony ludzi żądnych zysków i władzy – nigdy jednak nie doprowadzi do prawdziwej reformy sposobu myślenia; nowe przesądy, tak jak przedtem stare, staną się nicią przewodnią bezmyślnej masy – powiedział mężczyzna.

– Kim ty jesteś? – nie wytrzymała już zupełnie trzeźwa Therese. – Dlaczego mówisz cytatami z Kanta? Co to za miejsce, co to za ludzie?

Mężczyźni milczeli.

– On szpion – powiedział wreszcie żołnierzyk. – Bezrobotny. Nie ma już dzisiaj dla kogo szpiegować.

– Świat jest skazany na wieczny pokój. Albo nadejdzie on dzięki ludzkiej roztropności i zdolności przewidywania, albo przez serię katastrof, które nie pozostawią ludziom żadnego innego wyboru – podjął teraz tę samą grę milczący dotąd dziadek.

– Po co komu taki wieczny pokój? – powiedziała Therese. – Na ruinach, na rozwalonych blokowiskach?

– Nie będzie pokoju – odparł szpieg, wreszcie nikogo nie cytując, ale obficie pociągając gorzały. – Znowu pójdziemy, postraszymy świat i źle się to dla nas skończy. Jak zawsze.

– Czemu pójdziecie?

– Bo trzeba. Zawsze, tak było i tak będzie…

– Kim jesteście? – spytała znowu Therese, rozpaczliwie czepiając się resztek znowu i tym razem bezpowrotnie traconej trzeźwości. – Dlaczego tak mówicie, skąd to wiecie?