Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Straszliwa walka braci wampirów i dziewczyna związana z jednym z nich na śmierć i życie.
Stefano przepadł bez śladu. Elena postanawia za wszelką cenę odnaleźć ukochanego. Damon twierdzi, że zabił znienawidzonego brata, jednak Elena czuje, że to nieprawda. Tym bardziej że jej przyjaciółka, która ma dar jasnowidzenia, widzi Stefano uwięzionego w jakimś strasznym miejscu.
Cykl: Pamiętniki Wampirów, Księga 1
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Pubiczna w Lubowidzu
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 700
Rok wydania: 2011
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Przebudzenie
Walka
Szał
Przeczytaj dwa następne tomy cykluz najwyższych tuż po Zmierzchu Stephenie Meyermiejsc światowych list
Pamiętniki wampirów. Księga 2Pamiętniki wampirów. Księga 3
oraz inne bestsellerowe serie L.J. Smitho miłości, która nigdy nie była tak porażającai tak niebezpieczna
Świat nocy 1
Świat nocy 2Świat nocy 3
Tajemny Krąg. Księga 1Tajemny Krąg. Księga 2
Wizje w mroku
Przebudzenie
Walka
Szał
L. J. Smith
Przekład
Edyta Jaczewska
Maja Kittel
Redakcja stylistyczna
Izabella Sieńko-Holewa
Elżbieta Steglińska
Korekta
Jolanta Kucharska
Zdjęcie na okładce
Key Artwork © 2011 Warner Bros. Entertainment Inc.
All Rights Reserved.
Skład
Wydawnictwo Amber
Jerzy Wolewicz
Druk
ABEDIK S A.
Tytuł oryginału
The Vampire Diaries: The Awakening
The Vampire Diaries: The Struggle
The Vampire Diaries: The Fury
The Vampire Diaries: The Awakening, The Struggle and The Fury copyright © 1991
by Daniel Weiss Associates Inc., and Lisa Smith.
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2008 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 978-83-241-3890-6
Warszawa 2011. Wydanie II
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Spis treści
Przebudzenie
Walka
Szał
Mojej drogiej przyjaciółce i siostrze, Judy.
Ze szczególnym podziękowaniem dla Anne Smith, Peggy
Bokulic, Anne Marie Smith i Laury Penny za informacje
na temat stanu Wirginia oraz dla Jacka i Sue Checków
za wszystkie ich opowieści o tamtejszych tradycjach.
4 września
Drogi pamiętniku,
Dzisiaj stanie się coś strasznego.
Sama nie wiem, dlaczego to napisałam. To jakiś obłęd. Przecież nie mam żadnych powodów do niepokoju, za to mnóstwo, żeby się cieszyć, ale...
Siedzę tu o 5.30 rano, całkiem przytomna i przestraszona. Wciąż sobie tłumaczę, że czuję się rozbita, bo jeszcze się nie przyzwyczaiłam do różnicy czasu między Francją a domem. Ale to nie wyjaśnia, dlaczego jestem tak przerażona. I zagubiona.
To dziwne uczucie ogarnęło mnie przedwczoraj, kiedy ciocia Judith, Margaret i ja wracałyśmy z lotniska. Samochód skręcił w naszą ulicę i nagle pomyślałam: Mama i tata czekają na nas w domu. Założę się, że siedzą na werandzie albo wyglądają z salonu przez okno. Na pewno bardzo za mną tęsknili.
Wiem. To brzmi zupełnie idiotycznie.
Ale nawet kiedy zobaczyłam dom i pustą werandę, to uczucie nie zniknęło. Wbiegłam po stopniach i próbowałam otworzyć drzwi, a potem zastukałam. A gdy ciocia Judith otworzyła drzwi, wpadłam do środka i po prostu stanęłam w holu, nasłuchując, jakbym się spodziewała, że mama zejdzie po schodach albo tata zawoła do mnie z gabinetu.
Wtedy właśnie ciocia Judith z głośnym łomotem postawiła walizkę na podłodze za moimi plecami, westchnęła z głębi serca i powiedziała: Jesteśmy w domu. Margaret się roześmiała, a mnie ogarnęło najpaskudniejsze uczucie, jakie mi się przytrafiło w życiu. Jeszcze nigdy nie czułam się tak kompletnie i całkowicie nie na miejscu.
Dom. Jestem w domu. Dlaczego to brzmi jak kłamstwo?
Urodziłam się tutaj, w Fell’s Church, i od zawsze mieszkam w tym domu. Odkąd pamiętam. To moja stara, dobrze znana sypialnia, ze śladem przypalenia na podłodze tam, gdzie z Caroline w piątej klasie usiłowałyśmy popalać papierosy i o mało nie zakaszlałyśmy się na śmierć. Kiedy spojrzę przez okno, widzę wielki pigwowiec, na który Matt z kumplami wspięli się, żeby się wkręcić na moją urodzinową imprezę piżamową dwa lata temu. To moje łóżko, mój fotel, moja toaletka.
Ale w tej chwili wszystko wygląda dziwnie, zupełnie jakbym nie należała do tego miejsca. A najgorsze, że czuję, że jest takie miejsce, do którego należę, tylko zwyczajnie nie umiem go odnaleźć.
Wczoraj byłam zbyt zmęczona, żeby pójść na rozpoczęcie roku szkolnego. Meredith odebrała za mnie plan lekcji, ale nawet nie chciało mi się rozmawiać z nią przez telefon. Ktokolwiek dzwonił, ciocia informowała go, że jestem zmęczona po podróży samolotem i że poszłam spać. Ale przy kolacji przyglądała mi się z dziwnym wyrazem twarzy.
Dzisiaj muszę zobaczyć się ze wszystkimi. Mamy się spotkać na parkingu pod szkołą. Czy to dlatego się boję? Czy właśnie oni mnie przerażają?
Elena Gilbert przerwała pisanie. Spojrzała na ostatnią linijkę, a potem pokręciła głową. Pióro zawisło nad niewielkim notesem w błękitnej aksamitnej oprawie. Nagłym gestem uniosła głowę i cisnęła i pióro, i notes w stronę wykuszowego okna. Odbity się od framugi i spadły na wyściełaną ławeczkę we wnęce.
To wszystko było kompletnie bez sensu.
Od kiedy to ona, Elena Gilbert, boi się spotykać ze znajomymi? Od kiedy w ogóle się czegoś boi? Wstała i gniewnie wsunęła ręce w rękawy czerwonego jedwabnego kimona. Nie zerknęła w ozdobne wiktoriańskie lustro nad komodą z wiśniowego drewna. Wiedziała, co w nim zobaczy. Elenę Gilbert, czadową, szczupłą blondynkę, maturzystkę, dziewczynę, która zawsze ma najfajniejsze ciuchy, której pragnął każdy chłopak i którą każda inna dziewczyna chciałaby być. Dziewczynę, która w tej chwili miała nachmurzoną minę i ściągnięte usta. A to było do niej zupełnie niepodobne.
Gorąca kąpiel, kawa i dojdę do siebie, pomyślała. Poranny rytuał mycia i ubierania koił nerwy. Bez pośpiechu przeglądała nowe ciuchy kupione w Paryżu. Wreszcie wybrała bladoróżowy top i białe lniane szorty - to połączenie sprawiało, że wyglądała jak deser lodowy z malinami. Hm... smakowicie, pomyślała, a lustro pokazało jej odbicie dziewczyny z tajemniczym uśmiechem na ustach. Wcześniejsze obawy gdzieś znikły.
Jeszcze raz przeciągnęła szczotką po jedwabistych włosach i związała je ciemnoróżową wstążką. A potem złapała plecak i zeszła po schodach.
W kuchni czteroletnia Margaret jadła przy stole płatki, a ciocia Judith przypalała coś na kuchence. Ciocia była kobietą, która zawsze wyglądała, jakby ją coś zdenerwowało. Miała miłą szczupłą twarz i miękkie jasne włosy, niedbale zaczesane do tyłu. Elena cmoknęła ją w policzek.
Ale Elena już stała przy frontowych drzwiach. Zamknęła je za sobą, odcinając się od odległych protestów cioci Judith, i wyszła na frontową werandę.
Przystanęła.
Znów dopadło ją paskudne przeczucie. Niepokój, lęk. I pewność, że stanie się coś okropnego.
Mapie Street była pusta. Wysokie wiktoriańskie domy wyglądały dziwnie, jakby w środku były puste. Zupełnie jak domy na jakimś porzuconym planie filmowym. Wydawało się, że nie ma w nich ludzi, za to w środku siedzi mnóstwo dziwnych istot obserwujących okolicę.
To było to. Coś ją obserwowało. Niebo w górze nie było błękitne, ale mleczne i matowe jak olbrzymia, odwrócona do góry dnem miska. W powietrzu panowała duchota. Elena czuła, że ktoś jej się przypatruje.
Pomiędzy gałęziami rosnącego przed domem wielkiego pigwowca dostrzegła coś ciemnego.
Wrona. Tkwiła tam równie nieruchomo, jak otaczające ją żółknące liście. Ptak wpatrywał się w nią z uwagą.
Nie, to śmieszne, pomyślała Elena. Ale nie mogła się uwolnić od dziwnego uczucia. To była największa wrona, jaką widziała w życiu, dorodna i lśniąca. Na czarnych piórach światło rysowało małe tęcze. Dziewczyna dostrzegła wszystkie szczegóły: ostre, ciemne szpony, ostry dziób, jedno połyskliwe czarne oko.
Ptak siedział nieruchomo. Równie dobrze mógł to być woskowy model. Ale przyglądając mu się, Elena poczuła, że zaczyna się powoli oblewać rumieńcem, że gorąco ogarnia jej szyję i policzki. Bo ta wrona... gapiła się na nią. Patrzyła na nią tak, jak patrzyli chłopcy, kiedy miała na sobie kostium kąpielowy albo przejrzystą bluzkę. Ptak rozbierał ją oczami.
Rzuciła plecak na ziemię i podniosła kamień leżący obok podjazdu.
- Wynoś się stąd! - krzyknęła, a głos drżał jej z gniewu. - No już! Wynocha! - Z ostatnim słowem cisnęła kamieniem.
Z drzewa posypały się liście. Wrona wzbiła się w powietrze, cała i zdrowa. Skrzydła miała wielkie, hałasu mogły narobić za całe stado wron. Elena przykucnęła, przerażona, gdy ptak zapikował tuż nad jej głową, a podmuch skrzydeł potargał jej jasne włosy.
Ale wrona znów wzbiła się w powietrze i zatoczyła koło. Jej czarna sylwetka kontrastowała z białym jak papier niebem. A później, z pojedynczym ostrym skrzeknięciem, odleciała w stronę lasów.
Elena powoli się wyprostowała, a potem rozejrzała wkoło zawstydzona. Nie mogła uwierzyć, że zrobiła coś takiego. Teraz, kiedy ptak zniknął, niebo znów wydawało się normalne. Lekki wietrzyk poruszał liśćmi. Wzięła głęboki oddech. W którymś z domów otworzyły się drzwi i grupka dzieci wybiegła ze śmiechem na zewnątrz.
Uśmiechnęła się do nich i jeszcze raz odetchnęła. Ulga zalała ją jak promienie słońca. Jak mogła tak niemądrze się zachować? To był piękny dzień, pełen obietnic. Nic złego się nie stanie!
Oczywiście pomijając to, że za moment spóźni się do szkoły. A cała paczka będzie czekała na nią na parkingu.
Zawsze mogę im powiedzieć, że się zatrzymałam, żeby rzucać kamieniami w podglądacza, pomyślała i o mało nie zaczęła chichotać. Ale by się zdziwili.
Nie oglądając się na pigwowiec, ruszyła ulicą, jak mogła najszybciej.
Wrona wylądowała w koronie potężnego dębu. Stefano powoli uniósł głowę. Zobaczył, że to tylko ptak, i się odprężył.
Zerknął w dół, na trzymany w dłoniach nieruchomy jasny kształt i poczuł, że twarz mu się wykrzywia z żalu. Nie chciał go zabijać. Gdyby zdawał sobie sprawę, że jest aż tak głodny, zapolowałby na coś większego. To właśnie go przerażało, nigdy nie wiedział, jak silny okaże się głód ani co będzie musiał zrobić, żeby go zaspokoić. Miał szczęście, że tym razem zabił tylko królika.
Stał pod wiekowymi dębami, a słońce przeświecające przez liście padało na jego kręcone włosy. W dżinsach i T-shircie Stefano wyglądał dokładnie tak jak każdy zwyczajny chłopak ze szkoły średniej.
Ale nim nie był.
Przywędrował tu, w sam środek lasu, gdzie nikt nie mógł go zobaczyć, żeby się pożywić. Teraz uważnie oblizywał wargi, żeby nie zostały na nich żadne ślady. Nie chciał ryzykować. I tak będzie mu trudno udawać, że jest kimś innym.
Przez chwilę się zastanawiał, czy nie powinien dać sobie spokoju. Może lepiej wracać do Włoch, do kryjówki. Skąd w ogóle pomysł, że uda mu się znów dołączyć do świata rządzonego dziennym światłem?
Ale zmęczyło go życie w mroku. Miał dosyć ciemności i istot, które w niej żyły. Ale najbardziej ze wszystkiego męczyła go samotność.
Nie wiedział, dlaczego zdecydował się na Fell’s Church w stanie Wirginia. Jak dla niego to było młode miasto - najstarsze budynki postawiono jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Ale nadal żyły tu wspomnienia i duchy wojny secesyjnej, równie żywe jak supermarkety i sieci fast foodów.
Stefano rozumiał szacunek dla przeszłości. Pomyślał, że uda mu się polubić ludzi z Fall’s Church. I może - być może - znajdzie tu dla siebie miejsce.
Oczywiście, nigdy się nie doczeka całkowitej akceptacji. Na samą myśl wargi wykrzywił mu gorzki uśmiech. Wiedział, że na coś takiego nie może liczyć. Nigdy nie znajdzie miejsca, gdzie mógłby w pełni przynależeć, gdzie mógłby naprawdę być sobą.
Chyba że zdecyduje się na świat cienia...
Odepchnął od siebie tę myśl. Wyrzekł się mroku, zostawił go za sobą. Wymazywał te wszystkie długie lata i zaczynał od nowa. Dzisiaj.
Zorientował się, że nadal trzyma królika. Położył go łagodnie na postaniu z dębowych liści. W oddali, zbyt daleko, żeby dosłyszały to ludzkie uszy, usłyszał lisa.
Chodź, polujący bracie, pomyślał ze smutkiem. Czeka na ciebie śniadanie.
Zarzucając kurtkę na ramię, dostrzegł wronę, która wcześniej zakłóciła mu spokój. Nadal siedziała na gałęzi dębu. Wydawało się, że go obserwuje. Było w tym ptaku coś złego.
Chciał wysłać sondującą myśl, żeby sprawdzić zwierzę, ale się powstrzymał. Pamiętaj o obietnicy, pomyślał. Nie będę używał mocy, o ile nie okaże się to absolutnie konieczne.
Poruszał się prawie bezszelestnie mimo leżących na ziemi opadłych liści i suchych gałązek. Zawrócił na skraj lasu. Tam gdzie zostawił zaparkowany samochód. Obejrzał się za siebie, tylko raz. Wrona sfrunęła z gałęzi i usiadła na króliku.
W geście, jakim rozpostartymi skrzydłami nakryła biały bezwładny kształt, kryło się coś złowieszczego i triumfalnego. Stefano poczuł, że ścisnęło go w gardle, i o mało nie zawrócił, żeby odpędzić ptaka. Ale przecież wrona ma takie samo prawo pożywić się królikiem, jak lis, pomyślał.
Takie samo prawo jak on.
Jeśli jeszcze raz natknę się na tego ptaka, zajrzę do jego umysłu, zdecydował. Odwrócił się i szybko ruszył przez las, zaciskając szczęki. Nie chciał się spóźnić do szkoły.
Znajomi otoczyli Elenę już w chwili, gdy znalazła się na szkolnym parkingu. Wszyscy tam byli, cała paczka, której nie widziała od końca lipca. Plus czterech czy pięciu cwaniaków, którzy chcieli zdobyć popularność, pokazując się w towarzystwie. Przywitała się z przyjaciółmi.
Caroline była wyższa co najmniej o trzy centymetry i jeszcze bardziej niż zwykle przypominała ponętną modelkę z „Vogue’a”. Przywitała się z Eleną chłodno i natychmiast się od niej odsunęła, mrużąc jak kotka zielone oczy.
Bonnie nie przybył nawet milimetr - szopa kręconych rudych włosów koleżanki sięgała Elenie zaledwie do brody, kiedy dziewczyna objęła ją w uścisku.
Zaraz, jak to... kręcone? - pomyślała Elena. Odsunęła od siebie Bonnie.
Elena przesunęła się dalej.
Przywitały się serdecznie. Za nią tęskniłam najbardziej, pomyślała Elena, spoglądając na przyjaciółkę. Meredith nigdy się nie malowała, ale przy idealnej, oliwkowej cerze i gęstych czarnych rzęsach nie potrzebowała makijażu. Uniosła jedną brew, przyglądając się Elenie.
Rozległo się parę jęków, kilka osób się roześmiało.
Dziewczyny ruszyły w stronę szkoły, ale przystanęły, słysząc odgłos silnika.
Lśniące czernią porsche 911 turbo z pomrukiem przejechało przez parking, szukając miejsca. Poruszyło się wolno jak pantera podkradająca się do ofiary.
Wreszcie samochód się zatrzymał i drzwi się otworzyły. Zobaczyły kierowcę.
Elena dostrzegła zgrabną sylwetkę. Chłopak miał na sobie sprane dżinsy, które przylegały mu do nóg jak druga skóra, obcisły T-shirt i skórzaną kurtkę o niezwykłym kroju. Włosy miał wijące się, ciemne.
Ale nie był wysoki. Zwyczajnie, średniego wzrostu.
Elena wypuściła powietrze.
Nagle wszystkie zaczęły paplać.
Ponad tę gadaninę wybił się głos Caroline:
Chłopak zamknął samochód i poszedł w stronę szkoły. Elena ruszyła za nim swobodnym krokiem, a reszta dziewczyn udała się za nią zbita w grupkę. Nagle się zirytowała. Czy naprawdę nigdzie nie może się ruszyć, żeby ten orszak nie deptał jej po piętach? Meredith pochwyciła jej spojrzenie i Elena, wbrew samej sobie, się uśmiechnęła.
Elena zmarszczyła brwi na tę myśl, wchodząc z koleżankami do szkoły. Znalazły się w długim korytarzu. Postać w dżinsach i skórzanej kurtce znikała w drzwiach biura administracji, w głębi. Elena zwolniła kroku, idąc w tamtą stronę. Wreszcie przystanęła i zaczęła czytać ogłoszenia wywieszone na korkowej tablicy obok drzwi. Przez przeszkloną ścianę obok widać było cale wnętrze biura.
Pozostałe dziewczyny gapiły się zupełnie otwarcie i chichotały.
Elena wytężała słuch, chcąc pochwycić nazwisko chłopaka. Wyglądało na to, że pojawił się problem. Pani Ciarkę, sekretarka zajmująca się przyjęciami, przeglądała jakąś listę i kręciła głową. Chłopak coś powiedział, a ona uniosła ręce gestem znaczącym: „Ale co ja ci na to poradzę?” Jeszcze raz przejechała palcem wzdłuż listy i znów pokręciła głową. Chłopak zawrócił do wyjścia, ale przystanął. A kiedy pani Ciarkę na niego spojrzała, coś się zmieniło.
Chłopak trzymał teraz okulary słoneczne w ręku. Wydawało się, że pani Ciarkę jest czymś zaskoczona. Elena zauważyła, że sekretarka kilka razy zamrugała powiekami. Otwierała i zamykała usta, jakby próbując coś powiedzieć.
Żałowała, że widzi tylko tył głowy chłopaka. Pani Ciarkę grzebała w stosie papierów z oszołomioną miną. Wreszcie znalazła jakiś formularz i coś na nim nabazgrała, a potem odwróciła go i podsunęła chłopakowi.
Dopisał coś na dole - pewnie swoje nazwisko - i oddał kartkę. Pani Ciarkę chwilę wpatrywała się w papiery, przerzuciła kolejny stos dokumentów i wreszcie wręczyła chłopakowi coś, co wyglądało jak plan lekcji. Ani na moment nie oderwała od niego wzroku, gdy odbierał go z jej rąk. Skinął głową z podziękowaniem i zawrócił w stronę drzwi.
Elenę wręcz rozsadzała ciekawość. O co chodziło? No i jakie oczy ma ten nieznajomy. Ale wychodząc z biura, znów założył okulary. Była rozczarowana.
Przystanął na korytarzu, więc przyjrzała mu się uważnie. Ciemne kręcone włosy okalały twarz, która przypominała podobizny wyryte na starych rzymskich monetach czy medalionach. Wysokie kości policzkowe, klasyczny prosty nos... O tych ustach można marzyć całą noc, pomyślała Elena. Górna warga była ślicznie zarysowana, delikatna, a całe usta bardzo zmysłowe. Paplanina dziewczyn zamarła, jak nożem uciął.
Większość z nich odwracała się teraz od chłopaka, patrząc wszędzie, byle tylko nie na niego. Elena nie ruszyła się z miejsca przy szybie i lekko pokręciła głową, wyciągając z włosów wstążkę, żeby luźno opadły jej na ramiona.
Nie rozglądając się, chłopak poszedł dalej korytarzem. Ledwie się oddalił, znów podniósł się chórek westchnień i szeptów.
Elena nic z tego nie słyszała.
Oszołomiona, myślała o tym, jak ją minął. Przeszedł obok i nawet nie spojrzał.
Z trudem dotarło do niej, że dzwoni dzwonek. Meredith szarpała ją za ramię.
Pozwoliła, żeby Meredith pociągnęła ją za sobą korytarzem i po schodach, a potem wepchnęła do klasy. Odruchowo usiadła na wolnym miejscu i starała się skupić wzrok na nauczycielce stojącej przed uczniami. Mimo to prawie jej nie widziała. Ciągle była w szoku.
Przeszedł obok niej i nawet nie spojrzał. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni jakiś chłopak zrobił coś takiego. Wszyscy przynajmniej zerkali. Niektórzy gwizdali, inni ją zagadywali. Jeszcze inni tylko wytrzeszczali oczy.
Cieszyło ją to.
Bo tak naprawdę, co było ważniejsze od chłopców? To, czy się tobą interesowali, stanowiło wskaźnik popularności i urody. I do wielu różnych rzeczy się przydawali. Mogli być całkiem fajni, chociaż zwykle nie na długo. Czasami już na początku okazywali się beznadziejni.
Większość chłopaków, myślała Elena, jest jak szczenięta. Urocze, o ile znają swoje miejsce, ale do zastąpienia. Nieliczni mogli stać się czymś więcej i nadawali na przyjaciół. Jak Matt.
Och, Matt. W zeszłym roku miała nadzieję, że to ten, którego szukała. Chłopak, przy którym poczuje... No cóż, coś więcej. Coś więcej niż poczucie dumy z podboju, zadowolenie, że może się popisać przed innymi dziewczynami nową zdobyczą. Zaczęła się do niego przywiązywać. Ale latem, kiedy miała czas przemyśleć sprawę, zrozumiała, że to uczucia kuzynki albo siostry.
Pani Halpern rozdawała podręczniki do matematyki. Elena odruchowo wzięła od niej książkę i wpisała w środku swoje nazwisko, nadal pogrążona w myślach.
Lubiła Matta bardziej niż wszystkich innych chłopców. I dlatego zamierzała mu oznajmić, że to koniec.
Miała z tym jednak pewien kłopot. Przedtem nie wiedziała, jak mu o tym napisać. Teraz nie wiedziała, jak mu to powiedzieć. Nie bała się, że Matt zacznie robić jakieś wielkie zamieszanie, ale wiedziała, że nie zrozumie. Ona sama tak do końca tego nie rozumiała.
Było zupełnie tak, jakby wiecznie szukała... czegoś. A kiedy już jej się wydawało, że znalazła, to coś znikało. Tak było z Mattem i z każdym innym chłopakiem.
A wtedy zaczynała od nowa. Na szczęście zawsze znajdował się ktoś inny. Żadnemu chłopakowi nie udało się jej oprzeć i żaden jej nie zignorował. Aż do teraz.
Do teraz. Wspominając chwilę na korytarzu, Elena poczuła, że mocno zaciska palce na trzymanym w ręku pisaku. Nadal nie potrafiła uwierzyć, że przeszedł obok niej tak obojętnie.
Dzwonek zadzwonił i wszyscy wysypali się z klasy. Elena przystanęła w drzwiach. Przygryzła wargę, przypatrując się tłumowi uczniów, który przepływał przez korytarz. A potem zauważyła jedną z dziewczyn, które przedtem kręciły się po parkingu, licząc na zdobycie popularności.
Frances gorliwie podbiegła, a jej nieładna twarz się rozjaśniła.
Frances zrobiła zdziwioną minę, a potem uśmiechnęła się szeroko i pokiwała głową.
- Dobrze, Eleno. Spróbuję. Jeśli uda mi się go zdobyć, spotkamy się na lunchu.
Wstęp do ekonomii i całą resztę poranka pamiętała potem jak przez mgłę. Miała nadzieję, że uda jej się jeszcze raz rzucić okiem na nowego ucznia, ale nie pojawił się na żadnej z jej lekcji. Za to na jednej był Matt i poczuła, że coś ją zakłuło w sercu, kiedy błękitne oczy z uśmiechem podchwyciły jej spojrzenie.
W końcu zadzwoniono na lunch. Szła do stołówki, witając się z uczniami. Caroline stała na zewnątrz, oparta swobodnie o ścianę, z uniesioną brodą, wyprostowanymi ramionami i wypchniętym w przód biodrem. Dwóch chłopaków, z którymi gadała, ucichło i zaczęło się nawzajem szturchać, kiedy dostrzegli nadchodzącą Elenę.
Zielone oczy dziewczyny od niechcenia przesunęły się po Elenie, gdy Caroline odgarniała za ucho błyszczące kasztanowe włosy.
- Co, przy królewskim stole? - zdziwiła się.
Elenę to zaskoczyło. Przyjaźniły się z Caroline od przed szkołą. Zawsze ze sobą rywalizowały, ale w żartobliwy sposób. Ostatnio Caroline się zmieniła i zaczęła traktować tę rywalizację coraz poważniej. A teraz Elenę zdziwił jad w głosie koleżanki.
Elena się zarumieniła. Czuła, jak gorąco wypływa jej na twarz. Próbowała nie podnosić głosu.
Z ulgą dostrzegła Meredith i Bonnie, a za ich plecami Frances. Ruszyła w ich kierunku i czuła, że policzki przestają ją palić. Nie pozwoli Caroline wyprowadzić się z równowagi, w ogóle nie będzie o niej myślała.
Elena skrzywiła się cierpko.
Elena wpatrywała się w kartkę od Frances i zagryzała wargę.
- Ja - powiedziała Bonnie. - Caroline chyba też. Aha, i zdaje się, Matt. Mówił coś wczoraj, że to dokładnie jego pech, bo trafił mu się pan Tanner.
Cudownie, pomyślała Elena, chwytając widelec i dźgając nim tłuczone ziemniaki. Zapowiadało się, że siódma lekcja będzie szalenie ciekawa.
Stefano cieszył się, że szkolny dzień się kończy. Chciał się wyrwać z tych zatłoczonych sal i korytarzy chociaż na parę minut.
Tyle umysłów. Presja tylu schematów myślenia, tak wielu otaczających go psychicznych głosów wprawiała go w oszołomienie. Od lat nie przebywał w takim ludzkim ulu.
Zwłaszcza jeden umysł wyróżniał się wśród pozostałych. Stała pomiędzy dziewczynami, które obserwowały go na głównym korytarzu. Nie wiedział, jak wygląda, ale osobowość miała silną. I był pewien, że znów ją rozpozna.
Jak na razie udało mu się przetrwać pierwszy dzień maskarady. Skorzystał z mocy tylko dwa razy, a i to ostrożnie. Mimo to był zmęczony i - przyznawał to z żalem - głodny. Królik to za mało.
Będzie się tym martwił później. Znalazł klasę, w której miał ostatnią lekcję. Usiadł w ławce. I natychmiast poczuł obecność tego umysłu.
Jaśniał gdzieś na obrzeżach jego świadomości złotym światłem, miękkim, a przecież intensywnym. Po raz pierwszy udało mu się zlokalizować dziewczynę, której umysł wyczuwał. Siedziała tuż przed nim.
W tej samej chwili odwróciła się i zobaczył jej twarz. Ledwie udało mu się powstrzymać okrzyk zaskoczenia.
Katherine! Ale to przecież niemożliwe. Katherine nie żyła, nikt nie wiedział o tym lepiej niż on.
A jednak podobieństwo było niesamowite. Złotawoblond włosy, tak jasne, że w słońcu zdawały się niemal skrzyć. Kremowa skóra, która zawsze przywodziła mu na myśl łabędzi puch albo alabaster, leciutko zaróżowiona rumieńcem na wysokości kości policzkowych. I te oczy... Oczy Katherine miały kolor, jakiego nigdy wcześniej nie widział, błękitu głębszego niż błękit nieba, tak intensywnego jak lapis-lazuli w wysadzanej klejnotami przepasce, którą nosiła we włosach. Ta dziewczyna miała takie same oczy.
Uśmiechając się, spojrzała wprost na niego.
Szybko odwrócił wzrok od tego uśmiechu. Najbardziej ze wszystkiego nie chciał myśleć o Katherine. Nie chciał patrzeć na dziewczynę, która mu ją przypominała, i nie chciał już dłużej wyczuwać jej umysłem. Nie podnosił oczu znad stolika, z całej siły blokując własne myśli. A ona, powoli, odwróciła się z powrotem na swoim miejscu.
Była urażona. Wyczuwał to mimo blokady. Nic go to nie obchodziło. W sumie nawet się ucieszył i miał nadzieję, że to ją utrzyma z daleka. Poza tym nic do niej nie czuł.
Powtarzał to sobie, siedząc na zajęciach, ledwie zwracając uwagę na monotonny głos nauczyciela. Czuł w powietrzu subtelny zapach perfum. Fiołki, pomyślał. Jej smukła szyja pochylała się nad książką, jasne włosy opadały na ramiona po obu stronach karku.
Złości i frustracji zaczęło towarzyszyć kuszące mrowienie w zębach - raczej łaskotanie czy drżenie niż ból. To był głód, szczególny głód. I nie taki, jaki chciałby zaspokoić.
Nauczyciel kręcił się po klasie jak fretka, zadając pytania. Stefano skupił na nim uwagę. Najpierw się zdziwił, bo chociaż nikt z uczniów nie znał odpowiedzi, pytania sypały się dalej. Potem dotarło do niego, że ten człowiek robi to specjalnie. Żeby zawstydzić ludzi ich niewiedzą.
Właśnie znalazł sobie kolejną ofiarę, niewysoką dziewczynę z szopą rudych loków i twarzyczką w kształcie serca. Stefano patrzył z niesmakiem, jak nauczyciel bombarduje ją pytaniami. Minę miała żałosną. Belfer odwrócił się od niej i odezwał do całej klasy: - Widzicie, o co mi chodzi? Wydaje się wam, że jesteście tacy świetni, maturzyści, za chwilę dyplom ukończenia liceum. No cóż, powiem wam, że niektórym z was nie należy się dyplomu kończenia przedszkola. - Gestem wskazał rudowłosą dziewczynę. - Zielonego pojęcia o rewolucji francuskiej. Uważa, że Maria Antonina to pseudonim aktorki niemego kina!
Uczniowie kręcili się z zażenowaniem na swoich miejscach. Stefano wyczuwał w ich umysłach niechęć i upokorzenie. I lęk. Wszyscy się bali tego niewysokiego, chudego człowieczka o oczach łasicy.
Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę. Ze słabym uśmiechem powiedziała:
Wkoło rozległy się śmiechy, a twarz nauczyciela pociemniała.
Spokojny głos przerwał nauczycielowi w pół zdania. Wszyscy odwrócili się i zaczęli gapić na Stefano.
Uczniowie szczerzyli zęby od ucha do ucha. Twarz nauczyciela poczerwieniała i facet coś wybełkotał. Ale Stefano nadal patrzył mu prosto w oczy i po chwili to nauczyciel odwrócił spojrzenie.
Zadzwonił dzwonek.
Stefano szybko włożył okulary i zebrał swoje książki. Już i tak zwrócił na siebie więcej uwagi, niż powinien i nie miał ochoty patrzeć na tę jasnowłosą dziewczynę. Musiał się stąd wyrwać. W żyłach poczuł znajome palenie.
Ale kiedy był już przy drzwiach, ktoś za nim zawołał:
Rzucił pytającemu uśmiech przez ramię.
Elena obserwowała go, kiedy wychodził. Z premedytacją się od niej odwrócił. Specjalnie utarł jej nosa i to przy Caroline, która obserwowała to sokolim wzrokiem. Łzy paliły ją w oczach, ale w umyśle płonęła tylko jedna myśl.
Zdobędzie go, choćby miało ją to zabić. Choćby to miało zabić ich oboje. Zdobędzie go.
Poranny brzask przecinał nocne niebo różem i bledziutką zielenią. Stefano obserwował świt z okna pokoju na stancji. Wynajął ten pokój ze względu na klapę w suficie, która prowadziła na niewielki tarasik na dachu nad jego pokojem. W tej chwili klapa była otwarta, a chłodny wilgotny wiatr wiat wzdłuż prowadzącej na górę drabinki. Stefano był ubrany. Nie dlatego, że wcześnie wstał. Wcale się nie kładł.
Właśnie wrócił z lasu. Kilka wilgotnych zwiędłych liści przyczepiło się do cholewki buta. Strzepnął je. Wczorajsze komentarze uczniów nie umknęły jego uwagi. Wiedział, że gapili się na jego ciuchy. Zawsze ubierał się jak najlepiej. Po pierwsze, lubił to, po drugie, tak wypadało. Jego nauczyciel zawsze powtarzał: „Arystokrata powinien się odziewać zgodnie ze swoją pozycją. Jeśli tego nie czyni, okazuje innym pogardę. Każdy w tym świecie ma swoje miejsce, a twoje miejsce znajduje się wśród szlachty”. Rzeczywiście tak było. Kiedyś.
Dlaczego się nad tym zastanawiał? Oczywiście, powinien był wziąć pod uwagę, że zabawa w szkołę przyniesie wspomnienia jego własnych uczniowskich dni. Teraz napływały, natrętne i prędkie, zupełnie jakby przerzucał strony pamiętnika, zatrzymując się tu czy tam przy jakimś wpisie. Jedno zabłysło mu wyraźnie przed oczami - twarz jego ojca tego dnia, kiedy Damon oświadczył, że rezygnuje z uniwersytetu. Nie zdoła tego zapomnieć. Jeszcze nigdy nie widział ojca tak rozwścieczonego...
Tenże syn spokojnie ocierał usta chustką z szafranowego jedwabiu.
Służący wycofywali się jak najdalej, widząc, że Giuseppe wrze z gniewu.
Damon nawet nie mrugnął okiem.
Stefano musiał oddać bratu sprawiedliwość - Damon wydawał się nieporuszony. Stał niemal swobodnie, poddając się chwytowi ojca. W każdym calu arystokrata, od eleganckiej, gładkiej czapki na ciemnych włosach przez Hamowany gronostajami płaszcz po miękkie skórzane buty. Górną wargę wykrzywił mu arogancki grymas.
Tym razem posunąłeś się za daleko, pomyślał Stefano, obserwując brata i ojca, którzy mierzyli się wzrokiem. Nawet ty nie wykręcisz się z tego samym wdziękiem.
Właśnie wtedy usłyszał kroki zbliżające się do gabinetu. Odwracając się, zobaczył oszałamiające oczy barwy lapis-lazuli, obrzeżone długimi, jasnymi rzęsami. To Katherine. Jej ojciec, baron von Swartzschild, przywiózł ją z chłodnych Niemiec na włoską prowincję w nadziei, że pomoże córce wyzdrowieć po przedłużającej się chorobie. Od dnia jej przyjazdu dla Stefano wszystko się zmieniło.
Katherine uśmiechnęła się do niego. Była taka piękna. W piersi poczuł ból.
Ale to, co zobaczył, było jak cios w żołądek. Katherine uśmiechała się - tym samym sekretnym uśmiechem, który często z nim dzieliła. Ale nie patrzyła na niego. Spoglądała na Damona.
Stefano znienawidził brata i jego mroczną urodę, wdzięk i zmysłowość, które przyciągała kobiety jak płomień ćmy. Chciał go uderzyć, roztrzaskać to piękno w drobny mak. Zamiast tego musiał stać i patrzeć, jak Katherine powoli podchodzi do brata, krok po kroku, a złoty brokat jej sukni szeptem pieści wykładaną kaflami posadzkę.
A wtedy Damon wyciągnął do Katherine rękę i uśmiechnął się okrutnym, triumfalnym uśmiechem...
Stefano nagłym ruchem odwrócił się od okna.
Po co na nowo rozdrapywał stare rany? Mimo woli wyjął złoty łańcuszek, który nosił pod koszulką. Palcem wskazującym pogłaskał zawieszony na nim pierścionek, a potem uniósł go do światła.
Złote kółeczko wykonano kunsztownie, a pięć stuleci nie przyćmiło blasku metalu. W pierścionku osadzono jeden kamień, lazuryt wielkości paznokcia małego palca. Stefano przyjrzał się pierścionkowi, a później ciężkiemu srebrnemu pierścieniowi, też z lazurytem, na swoim palcu. W sercu poczuł znajomy ucisk.
Nie umiał zapomnieć o przeszłości i na dobrą sprawę wcale nie chciał. Mimo wszystkiego, co zaszło, hołubił wspomnienia o Katherine. Wszystkie z wyjątkiem jednego. O tym naprawdę nie wolno mu myśleć, to jedyna strona pamiętnika, której nie należy odwracać. Gdyby miał jeszcze raz na nowo przeżywać ten horror, tę... ohydę, oszalałby. Tak jak szalał tamtego dnia, tego ostatniego dnia, kiedy zrozumiał, że jest potępiony...
Stefano oparł się o okno, chłodząc czoło o szybę. Jego nauczyciel mawiał: „Zło nigdy nie znajdzie spokoju. Może zatriumfować, ale spokoju nigdy nie odnajdzie”.
Dlaczego w ogóle przyjechał do Fell’s Church?
Miał nadzieję, że mimo wszystko znajdzie tu spokój, ale okazało się to niemożliwe. Nigdy nie doczeka się akceptacji, nie zazna odpoczynku. Bo był złem. I nie mógł zmienić tego, czym jest.
Tego ranka Elena wstała wcześniej niż zwykle. Słyszała ciotkę, która kręciła się po swoim pokoju i szykowała, żeby iść pod prysznic. Margaret spała jeszcze mocno, zwinięta jak myszka w łóżku. Elena cicho minęła na wpół otwarte drzwi pokoju młodszej siostry i przeszła przez korytarz, a potem wyszła z domu.
Powietrze było świeże i rześkie. Na pigwowcu jak zwykle siedziały sroki i wróble. Elena, która poszła spać z bólem głowy, uniosła twarz w stronę czystego nieba i głęboko odetchnęła.
Czuła się o wiele lepiej niż wczoraj. Obiecała Mattowi, że się spotkają przed lekcjami i chociaż raczej się na to spotkanie nie cieszyła, była przekonana, że jakoś sobie poradzi.
Matt mieszkał dwie przecznice od szkoły. To był prosty, drewniany dom, jak wszystkie inne przy tej ulicy. Może tylko bujana ławeczka na werandzie była bardziej zaniedbana i farba nieco z niej obłaziła. Matt już stał przed domem i na moment na jego widok jej serce zabiło szybciej.
Bo rzeczywiście był przystojny. Nie w taki zapierający dech w piersiach, prawie niepokojący sposób jak - no cóż, niektórzy ludzie - ale zdrową amerykańską urodą. Matt Honeycutt był typowym Amerykaninem. Jasne włosy krótko przystrzygł na sezon futbolowy i był opalony od pracy na świeżym powietrzu na farmie dziadków. Niebieskie oczy patrzyły uczciwie i wprost. Ale dzisiaj, kiedy wyciągnął ramiona, żeby ją lekko uściskać, kryło się w nich nieco smutku.
Elena otworzyła usta, zaskoczona, ale nie dopuścił jej do głosu.
Lekko trąciła go w ramię.
Popatrzył na nią, a potem uniósł oczy do nieba.
Kiedy szli, coś zatrzepotało w gałęziach włoskiego orzecha nad nimi. Matt zagwizdał i pokazał to palcem.
Elena szybko zerknęła w górę, ale ptaka już nie było.
Szkoła była najlepszym miejscem, w którym Elena mogła wprowadzić w życie swój plan.
Rano obudziła się, wiedząc, co chce zrobić. A potem zebrała tyle informacji na temat Stefano Salvatore, ile się dało. Co nie było trudne, bo w Liceum imienia Roberta E. Lee mówiono tylko o nim.
Wszyscy wiedzieli, że wczoraj miał jakieś starcie z sekretarką. A dzisiaj wezwano go do gabinetu dyrektora. Chodziło o jego papiery. Ale dyrektorka odesłała go z powrotem do klasy. Plotka głosiła, że najpierw odbyła rozmowę telefoniczną z Rzymem. A może to był Waszyngton? I wszystko było załatwione. Przynajmniej oficjalnie.
Kiedy Elena tego popołudnia szła na historię Europy, powitał ją cichy gwizd. Dick Carter i Tyler Smallwood pałętali się po korytarzu. Dwóch etatowych pacanów, pomyślała, ignorując ich zaczepki. Jeden grał w ataku, a drugi jako obrońca w szkolnej drużynie juniorów i dlatego wydawało im się, że są supergośćmi. Zerkała na nich spod oka, kręcąc się po korytarzu, nakładając szminkę i bawiąc się lusterkiem puderniczki.
Udzieliła Bonnie szczegółowych instrukcji. Plan miał zadziałać, kiedy tylko Stefano się pokaże. Lusterko puderniczki dawało jej świetny widok na resztę korytarza za plecami.
Ale jakoś przegapiła moment, w którym chłopak się pojawił. Nagle znalazł się tuż obok niej. Zatrzasnęła puderniczkę, kiedy ją mijał. Chciała go zatrzymać, ale nie zdążyła, bo... Coś się stało. Stefano zesztywniał, a przynajmniej zrobił się czujny, jakby coś go niepokoiło. Właśnie wtedy Dick i Tyler stanęli w drzwiach do sali historycznej, blokując wejście.
Światowy rekord cymbalstwa, pomyślała Elena. Rozzłoszczona, spiorunowała ich wzrokiem nad ramieniem Stefano.
Ale im spodobała się zabawa i nadal sterczeli przed drzwiami, udając, że nie widzą, iż Stefano chce wejść do środka.
Dick i Tyler popatrzyli na siebie, a porem rozejrzeli się wkoło, jakby mieli jakieś słuchowe omamy.
Obaj ryknęli śmiechem.
Elena widziała, jak mięśnie Stefano stężały pod T-shirtem. To było totalnie nie w porządku - obaj byli od niego wyżsi, a Tyler do tego ze dwa razy szerszy.
Elena zagryzła wargę, tłumiąc uśmiech, kiedy Tyler i Dick odsunęli się niechętnie od drzwi. Poczciwy stary Matt, pomyślała. Tyle że właśnie teraz poczciwy stary Matt wchodził do klasy ramię w ramię ze Stefano, a ona mogła jedynie pójść za nimi, wpatrując się w plecy chłopaków. Kiedy obaj usiedli, wślizgnęła się na miejsce za Stefano, skąd mogła go obserwować, sama nie będąc widziana. Jej plan będzie musiał zaczekać, aż się skończą lekcje.
Matt grzechotał drobnymi w kieszeni. Zawsze tak robił, gdy chciał coś powiedzieć.
Stefano się roześmiał. To był gorzki śmiech.
Ale po chwili uśmiech Stefano zniknął.
- Dziękuję... ale nie. Mam inne zobowiązania - powiedział z rezerwą.
W tym momencie pojawiły się Bonnie i Caroline. A potem zaczęła się lekcja.
Podczas całego wykładu Tannera na temat Europy Elena powtarzała sobie po cichu: „Cześć, nazywam się Elena Gilbert. Jestem w Komitecie Powitalnym Maturzystów i wyznaczono mnie, żeby cię oprowadzić po szkole. Chyba nie chcesz narobić mi kłopotów i pozwolisz wywiązać się z obowiązku, prawda?” Przy ostatnim zdaniu powinna szeroko otworzyć oczy i popatrzeć na niego tęsknie. Ale tylko jeśli zrobi taką minę, jakby chciał się od tego wykręcić. To był niezawodny sposób - facet ewidentnie uwielbiał ratować damy w opałach.
W połowie lekcji dziewczyna siedząca obok podsunęła jej karteczkę. Elena otworzyła ją i rozpoznała okrągłe, dziecinne pismo Bonnie. „Zatrzymałam C., ile się dało. I jak? Podziałało???”, przeczytała.
Uniosła wzrok i napotkała spojrzenie Bonnie, która odwróciła się w pierwszej ławce. Elena wskazała karteczkę i pokręciła przecząco głową, bezgłośnie szepcząc: „Po lekcji”.
Wydawało się jej, że minęło sto lat, zanim Tanner wydał jakieś ostatnie instrukcje, związane z pracami semestralnymi i zakończył lekcję. Wszyscy zerwali się na nogi. No to do dzieła, pomyślała Elena i z walącym sercem stanęła dokładnie na drodze Stefano, blokując mu przejście tak, że nie mógł jej wyminąć.
Zupełnie jak Dick i Tyler, pomyślała. Miała chęć roześmiać się histerycznie. Podniosła oczy i zorientowała się, że patrzy wprost na jego usta.
Wszystkie myśli wyparowały jej z głowy. Co zamierzała powiedzieć? Otworzyła usta i powtarzane wcześniej słowa wydostały się z nich nieskładnie:
Matt spojrzał bezradnie na Elenę, a potem wzruszył ramionami.
Elena się odwróciła i stanęła twarzą w twarz z kółeczkiem gapiów. Caroline uśmiechała się otwarcie i złośliwie. Elena poczuła, że jej ciało ogarnia jakieś odrętwienie i że coś ją ściska za gardło. Nie mogła tu zostać ani chwili dłużej. Odwróciła się i szybko wyszła z klasy.
Kiedy Elena dotarła do swojej szafki, odrętwienie zaczynało mijać, a ucisk w gardle szukał ujścia we łzach. Nie mogła się rozbeczeć w szkole! Zamknęła szafkę i ruszyła do głównego wyjścia.
Już drugi dzień z rzędu wracała do domu zaraz po ostatnim dzwonku. I to sama. Ciocia Judith padnie ze zdumienia. Ale kiedy Elena doszła do domu, samochodu cioci nie było na podjeździe. Razem z Margaret pojechały pewnie do sklepu. Dom był cichy i spokojny, kiedy Elena wchodziła do środka.
Ucieszyła się. Akurat w tej chwili potrzebowała samotności. Ale, z drugiej strony, nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Teraz, kiedy nareszcie mogła sobie popłakać, przekonała się, że łzy nie chcą płynąć. Upuściła plecak na posadzkę holu i powoli poszła do salonu.
To był ładny pokój. Jedyna część domu - poza sypialnią Eleny - która należała do jego dawnej konstrukcji. Ten dawny dom został zbudowany jeszcze przed 1861 rokiem, ale niemal kompletnie spłonął w czasie wojny secesyjnej. Udało się uratować tylko ten pokój, z ozdobnym kominkiem obrzeżonym sztukaterią w ślimacznice, i jeszcze wielką sypialnię ponad nim. Pradziadek ojca Eleny postawił w tym samym miejscu nowy dom i Gilbertowie mieszkali w nim od tamtych czasów.
Chciała wyjrzeć przez jedno z sięgających od podłogi do sufitu okien. Grube szyby były tak stare, że zmętniały i wszystko, co znajdowało się na zewnątrz, wydawało się nieco zniekształcone, jakby świat był lekko pijany. Przypomniała sobie, jak ojciec po raz pierwszy pokazał jej te zmętniałe szyby. Miała wtedy mniej lat niż Margaret teraz.
Znów coś ją ścisnęło za gardło, lecz łzy nadal nie chciały popłynąć. Targały nią sprzeczne uczucia. Nie pragnęła towarzystwa, a jednak była boleśnie samotna. Chciała wszystko przemyśleć, ale teraz, kiedy próbowała, myśli uciekały niczym myszy, chowające się przed sową śnieżną.
Sowa śnieżna... drapieżny ptak... mięsożerca... wrona... - myślała. „Większej wrony jeszcze nie widziałem”, powiedział Matt.
Znów zapiekły ją oczy. Biedny Matt. Zraniła go, a tak ładnie się zachował. I nawet był miły dla Stefano.
Stefano. Serce zabiło jej mocniej i ten łomot wycisnął jej łzy z oczu. Nareszcie mogła się rozpłakać. Płakała z gniewu, z upokorzenia, z frustracji i... Dlaczego jeszcze?
Co dzisiaj tak naprawdę straciła? Co czuła do nieznajomego chłopaka, Stefano Salvatore? Owszem ignorował ją i to stanowiło wyzwanie. Sprawiało, że stał się kimś innym niż reszta. Kimś interesującym. Stefano był egzotyczny, on ją... pobudzał.
Zabawne, zwykle to faceci mówili Elenie, że właśnie tak ją widzą. A potem dowiadywała się od nich samych albo od ich znajomych czy sióstr, jak się denerwowali, idąc z nią na randkę. Jak pociły im się dłonie, a w żołądkach latały motyle. Elenę zawsze bawiły takie historie. Ale jeszcze nie spotkała chłopaka, przez którego sama by się denerwowała.
Tymczasem kiedy dzisiaj odezwała się do Stefano, jej puls gnał jak szalony, a kolana się uginały. Dłonie miała wilgotne. A w żołądku fruwały już nie motylki, a stado nietoperzy.
Facet był interesujący tylko dlatego, że przez niego zaczynała się denerwować? To niezbyt dobry powód, żeby się kimś zainteresować. W sumie całkiem kiepski.
Ale chodziło też o jego usta. Ładnie wykrojone wargi, na których widok kolana miękły jej z zupełnie innego powodu niż zdenerwowanie. I czarne jak noc włosy - palce ją świerzbiły, żeby przegarnąć te miękkie fale. I sprężyste ciało, długie nogi... Ten głos. To właśnie ten głos pomógł jej się wczoraj zdecydować. Słysząc go, postanowiła, że na pewno zdobędzie Stefano. Gdy rozmawiał z panem Tannerem, jego ton był chłodny i pogardliwy, ale przy tym wszystkim dziwnie pociągający. Zastanawiała się, czy ten głos umiałby stać się czarny jak noc i jak by zabrzmiał, szepcząc jej imię...
Aż podskoczyła, wyrwana z rozmarzenia. Ale to nie Stefano Salvatore ją wołał, tylko ciocia Judith szarpała się z wejściowymi drzwiami.
Elena znów poczuła się nieszczęśliwa. Rozejrzała się po kuchni. W tej chwili nie była w stanie stawić czoła pełnym niepokoju pytaniom ciotki ani niewinnej radości Margaret. Nie z tymi wilgotnymi rzęsami i łzami, które w każdej chwili mogły popłynąć na nowo. W mgnieniu oka podjęła decyzję i w tej samej chwili, w której trzasnęły drzwi frontowe, cicho wyślizgnęła się z domu tylnymi drzwiami.
Na werandzie, a potem w ogrodzie za domem, zawahała się. Nie chciała wpaść na nikogo znajomego. Ale dokąd miała pójść, żeby nie czuć tej samotności?
Oczywiście. Pójdzie odwiedzić mamę i tatę.
To był długi spacer, prawie na skraj miasta, ale przez trzy ostatnie lata Elena przemierzała tę drogę niejeden raz. Przeszła przez most Wickery i wspięła się na wzgórze, minęła ruiny kościoła, a potem zeszła do niewielkiej dolinki poniżej.
Ta część cmentarza była dobrze utrzymana, tylko starsze sektory wyglądały na nieco zapuszczone. Tutaj trawę porządnie przycinano, a bukiety kwiatów tworzyły barwne plamy kolorów przy nagrobkach. Elena przykucnęła obok wielkiego marmurowego kamienia z nazwiskiem „Gilbert”.
- Cześć, mamo. Cześć, tato - szepnęła. Pochyliła się, żeby położyć na grobie bukiet purpurowych niecierpków, które zebrała po drodze. A potem usiadła, podwijając pod siebie nogi.
Często tu bywała od czasu wypadku. Margaret miała wtedy tylko rok, w zasadzie ich nie pamiętała. Ale Elena owszem. Pogrążyła się we wspomnieniach, ucisk w gardle zelżał, a łzy popłynęły łatwiej. Tak bardzo za nimi tęskniła. Za matką, wciąż młodą i piękną, i ojcem, któremu w uśmiechu pojawiały się zmarszczki w kącikach oczu.
Oczywiście, miała szczęście, bo została jej jeszcze ciocia Judith. Nie każda ciotka od razu zrezygnowałaby z pracy i przeniosła się z powrotem do małego miasteczka, żeby się opiekować dwiema osieroconymi siostrzenicami. A Robert, narzeczony cioci Judith, był dla małej Margaret bardziej jak ojczym niż jak przyszywany wujek.
Ale Elena pamiętała rodziców. Czasami, zaraz po pogrzebie, przychodziła tu, żeby się na nich wściekać. Złościć się, że byli tacy głupi i dali się zabić. To było wtedy, kiedy nie znała jeszcze dobrze cioci Judith i czuła, że nigdzie na ziemi nie ma własnego miejsca.
A teraz, gdzie jest moje miejsce? - zastanawiała się. Łatwo było powiedzieć, że tutaj, w Fell’s Church, gdzie mieszkała przez całe życie. Ostatnio jednak najprostsze odpowiedzi wydawały się błędne. Czuła, że gdzieś tam, na świecie, musi być coś innego, jakieś inne miejsce, które umiałaby od razu rozpoznać i nazwać domem.
Nagle padł na nią cień. Uniosła oczy przestraszona. Przez chwilę nie poznawała stojących nad nią dwóch postaci - nieznanych, jakby nieco groźnych. Wpatrywała się w nie zmartwiała.
Zamrugała powiekami, a potem roześmiała się krótko. To były Bonnie i Meredith.
Obie, dziewczyny parsknęły śmiechem. Elena wytarła nos i pokręciła głową.
Bonnie zrobiła minę męczennicy
Meredith parsknęła, ale Elena zmarszczyła brwi, wpatrując się w źdźbło trawy, które nawijała na palce.
Bonnie się zawahała.
Elena nie chwyciła przynęty.
Dziewczyny popatrzyły na siebie i równocześnie wybuchnęły śmiechem. Bonnie rzuciła kępką trawy w Meredith, a ta strzepnęła ją z siebie i odwzajemniła się, rzucając w nią dmuchawcem. I nagle Elena poczuła, że wszystko będzie dobrze. Wróci do siebie, przestanie być zagubioną, obcą osobą i pojawi się stara Elena Gilbert, królowa Liceum imienia Roberta E. Lee. Rozwiązała morelową wstążkę i potrząsnęła włosami, aż opadły luźno wokół twarzy.
Elena uniosła podbródek i spojrzała na czerwonofioletowe niebo nad wzgórzem. Powoli wzięła głęboki oddech i jeszcze przez moment trzymała koleżanki w niepewności. A potem oświadczyła spokojnie:
Bonnie i Meredith wytrzeszczyły na nią oczy, spojrzały na siebie i znów zaniosły się śmiechem.
Elena uśmiechnęła się do niej zaczepnie. Wróciła jej pewność siebie. I chociaż sama tego nie rozumiała, wiedziała jedno - Stefano Salvatore żywy z tego nie wyjdzie.
Bonnie się skrzywiła.
Meredith powtórzyła przysięgę, A potem Elena, patrząc na cień rzucany przez ich złączone kciuki w zapadającym zmierzchu, wzięła głęboki oddech i dodała:
Poryw zimnego wiatru powiał przez cmentarz, rozwiewając włosy dziewczyn i szeleszcząc suchymi liśćmi zaścielającymi ziemię. Bonnie wydała jakiś stłumiony okrzyk i wszystkie rozejrzały się wkoło, a potem nerwowo zachichotały.
W milczeniu wspinały się na wzgórze w stronę ruin kościoła. Przysięga krwi wprawiła je wszystkie w poważny nastrój. Kiedy mijały ruiny, Bonnie przeszedł dreszcz. Po zachodzie słońca zrobiło się zimno i wiatr się wzmagał. Każdy poryw szeptał wśród traw i sprawiał, że stare dęby szeleściły poruszającymi się liśćmi.
Księżyc jeszcze nie wzeszedł i ledwie widziała zarys starego cmentarza i leżący za nim most Wickery. Stary cmentarz datował się na czasy wojny secesyjnej i wiele nagrobków nosiło nazwiska żołnierzy. Był zaniedbany: przy grobach rosły jeżyny i wybujałe chwasty; bluszcz porastał rozpadający się granit. Elena nigdy tego miejsca nie lubiła.
Ruiny kościoła rysowały się teraz za nimi mroczną sylwetką. Wąska ścieżka prowadziła między pokrytymi porostami nagrobkami, z których wiele było wyższych od Meredith. Elena pomyślała z lękiem, że są dość wysokie, żeby ktoś mógł się za nimi schować. Zresztą niektóre z tych nagrobków mogły wystraszyć, na przykład ten z aniołkiem, który wyglądał jak prawdziwe niemowlę, tyle że od rzeźby odpadła głowa i ktoś ostrożnie ułożył ją przy ciele cherubinka. Szeroko otwarte oczy granitowej głowy miały puste spojrzenie. Elena nie mogła oderwać od nich wzroku i serce znów jej przyspieszyło.
Bonnie wpatrywała się w cmentarz z otwartymi ustami, a oczy miała szeroko otwarte i równie puste, jak kamienny cherubin. Elenie strach ścisnął żołądek.
Bonnie nie reagowała.
Elena nigdy nie mogła sobie przypomnieć, co tak naprawdę wydarzyło się w ciągu następnych kilku minut. Wydawało się, że coś się porusza wśród ciemnych, przygarbionych sylwetek nagrobków, że się tam przemieszcza i rośnie. Elena wrzasnęła, Meredith też. I obie rzuciły się do ucieczki. Bonnie pobiegła za nimi z krzykiem.
Elena gnała wąską ścieżką, potykając się o kamienie i kępki wilgotnych liści. Bonnie tuż za nią szlochała i z trudem łapała oddech. A Meredith, spokojna i cyniczna Meredith, dziko dyszała. W gałęziach dębu nad nimi nagle coś zatrzepotało i wrzasnęło. Elena przekonała się, że jednak może biec jeszcze szybciej.
Przed nimi dostrzegła srebrzysty połysk wody. Pomiędzy dębami pojawiła się wolna przestrzeń, a tuż za nią most. Pod Eleną uginały się nogi, a oddech świszczał jej w gardle, ale nie zwolniła kroku. Teraz widziała już drewniane bale mostu. Do mostu zostało tylko dziesięć metrów... potem pięć... potem metr...
Most skrzypiał, kiedy chwiejnym krokiem biegły po nim na drugą stronę, a woda niosła echem odgłos ich kroków. Kiedy zeskoczyła na ubitą ziemię na drugim brzegu, wreszcie puściła rękaw Bonnie. Stanęła.
Meredith zgięła się wpół, opierając dłonie na udach i łapiąc głębokie wdechy. Bonnie płakała.
