Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po serii wydarzeń w Ościeżynie Celestyna Sajkowska zaprasza komisarza Zawickiego na weekend do hotelu w Bychlewie. Największą atrakcją turystyczną są tu czarownice, a wszystko za sprawą wykopanych na rynku kości, które medialnie uznano za szczątki kobiet spalonych na stosie. Po pierwszej nocy Ces ulatnia się bez śladu, a Zawicki próbuje wyjaśnić tajemnicę jej zniknięcia. Tymczasem na bychlewskim rynku dochodzi do makabrycznej zbrodni.
Czy coś łączy Celestynę Sajkowską z naostrzoną siekierą pani Wojnarowej? Ile prawdy kryje się w lokalnych legendach?
Symbol na ścianie. Parę kości. Wisiorek. Spokojni mieszkańcy miasteczka, którzy nagle popadają w morderczy szał. I w tym wszystkim on – komisarz Norbert Zawicki, który zamiast szukać Celestyny, biega za zjawami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 359
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Paluch wiedźmy
Copyright © by Mariusz Kaszyński, Warszawa 2021
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja i korekta: Alicja Gajda, Anna Dzięgielewska
Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2026
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-22-4
Niepokój wcale nie mijał. Dziwne, nie powinna go czuć. Już szybciej zażenowanie. Co ona w końcu najlepszego robiła? Jak to nazwać? Czarami, gusłami? Może jeszcze inaczej?
Tak czy inaczej było to głupie. Głupie – mało powiedziane; to było zdrowo popieprzone. Wróć. Nie używała takich słów. Czystość duszy brała się również z czystości języka. Tak uważała. Nie trzeba być nawiedzonym katolikiem, by pewne rzeczy nazywać po imieniu. W każdym razie ona nie była, jej droga z tak zwanym Kościołem powszechnym rozeszła się już dawno. Dokładnie wtedy, gdy dotarło do niej, że powszechny jest on jedynie w deklaracjach. Tam, gdzie powinien być – w sercach, duszach i uczynkach jego wyznawców, a również wielu kapłanów – już go nie dostrzegała. Była tam tylko gruba warstwa osiadłego szlamu, naleciałości po powodzi tradycji, braku refleksji nad światem i ludźmi dokoła, no i przede wszystkim własnej wygody. Tak, ta ostatnia miała kluczowe znaczenie – wygodniej płynąć z biegiem rzeki zwanej życiem niż ciągle walczyć i przedzierać się pod jej prąd. Nie żeby nie spotkała ludzi naprawdę wierzących, wyznających mądrą odmianę swej religii pełną tego, co dla innych było tylko oklepanymi formułkami – miłości do świata i bliźnich. Tyle że ci stanowili nieistotną mniejszość. Zagrożony gatunek skazany na wymarcie, raczej wypadek przy pracy katolicyzmu, a nie jego esencję. Tak więc szanowała ich i w głębi duszy podziwiała, ale nie mogli zmienić jej nastawienia. Na jednego z nich przypadała setka tych zwyczajnych, co to z nadętą pieśnią na ustach i Żyda by sponiewierali, i głowę odwrócili, gdyby przypadkiem dostrzegli, że ich proboszcz zbyt chętnie kładzie rękę na kolankach przystępujących do komunii dziewczynek. Dziewczynek. Albo i chłopców.
Potrząsnęła głową. Powinna się skupić, wyciszyć, a nie roztrząsać w tej chwili swą wiarę, a raczej jej dogłębny brak. Robiła coś, o co jeszcze niedawno by się nie podejrzewała. To w pewnym sensie miała być zabawa, niewinna rozrywka. Choć nie, nieprawda, raczej coś w rodzaju oddania sprawiedliwości, pokazania, że ktoś jeszcze pamięta i może w jakiś sposób rozumie.
Zerknęła w bok. Dziewczyny siedziały równie skupione jak ona. Ciekawe, co im tłukło się po łepetynach? Podobnie bzdurne filozoficzne rozważania? A może po prostu dobrze się bawiły? Bo chyba w ich przypadku to była właśnie czysta rozrywka. Tylko ją porywały takie hasła jak sprawiedliwość czy pamięć. Z przesiąkniętej ideami dziewczynki już dawno przeobraziła się w kobietę, a wciąż nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że sprawiedliwość to zazwyczaj wydmuszka. Zwid na horyzoncie, za którym można gonić, lecz rzadko daje się uchwycić.
Wydmuszka czy nie – była jej ideałem. Pewnie gdyby nie kilka idiotycznych frazesów, wcale by tu nie przyszła, ale dziewczyny wiedziały, jak ją podejść. Bo cała ta zabawa śmierdziała wiekiem nastoletnim, z którego przecież już na dobre wyrosły. Nie ubyło jej nagle dziesięć lat, czy nawet więcej. Dorosłość powinna zobowiązywać. Nieważne. Skoro już siedziała w brzuchu skały, nad którą gdzieś tam wisiał pełen okrąg tarczy księżyca, da z siebie wszystko. Cała ona, nie potrafiła inaczej.
Zaczerpnęła ziół z małego płóciennego woreczka i rzuciła je na płomień świecy. Zapachniało. Aromat rozprzestrzenił się niczym gęsta mgła. Wnikał w każdy zakamarek skóry, oblepiał niczym woda. Nie spodziewała się tego.
Wczułaś się, to dlatego – pomyślała. Zapach nie jest wcale mocniejszy, niż gdybyś użyła ziół w łazience przed relaksującą kąpielą.
Może.
Poczuła lodowate ciarki pełznące wzdłuż kręgosłupa. Zupełnie jakby błądziły tam zimne niewidzialne paluchy, wolno przesuwając się w górę.
Obmacuje cię duch. Zaraz wepchnie łapę w majtki.
O mało nie parsknęła śmiechem, a odczucia zmalały. Jak wystraszone myszy ukryły się po kątach. Zerknęła ponownie na przyjaciółki – one również zdawały się rozbawione.
Odetchnęła głęboko. Musiała się skupić. Nawet jeśli robiła coś głupiego, zrobi to porządnie. Inaczej nie potrafiła. Zawsze dawała z siebie sto dwadzieścia procent. Osiemdziesiąt to tyle co nic, sto to również mało; by czuć zadowolenie z działania, należy dać z siebie więcej, niż wydawało się w ogóle możliwe.
Jeszcze kilkukrotnie zaczerpnęła i wypuściła powietrze. Kontrolowanie oddechu przynosiło pożądany skutek – wyrzuciła z głowy wszystkie śmieszki i heheszki, mogła ponownie wrócić do…
No właśnie, do czego? Jak powinna to nazwać?
Po prostu pewne rzeczy się czuje. Jedne są właściwe, a drugie już na pierwszy rzut oka nie. Teraz trafiła na tę odpowiednią – tak w każdym razie uważała. To, co właśnie czuła, od początku było jak ukłucie, jak zastrzyk, zupełnie jakby została użądlona pomysłem. Użądlona – zdecydowanie nie znalazłaby trafniejszego określenia. Czy przez którąś z dziewczyn? Bo przecież to nie ona wymyśliła, by zrobić to, co robiły. A może przez samą myśl? Tak, to wydawało się bliższe prawdy. Pomysł nie był jej, ale stopił się z nią. Potem nastały tygodnie przygotowań – bo przecież wszystko robiła, jak należy. Książki, Internet, dłubanie w lekturach, do których w żadnym przypadku inaczej by nie zasiadła.
Aż wreszcie nadszedł ten dzień. Dziewczyny zjawiły się wieczorem, a ona nagle poczuła wewnętrzną gotowość. Zaproponowała wyprawę, urzeczywistnienie planów. I tak oto wylądowały tu, na ogólnym spontanie, jak to się mówi. Wiedzione kaprysem nie wybierały miejsca ani czasu, a wszystko wydawało się dokładnie zaplanowane. Noc, pełnia księżyca, grota. Nawet nie wiedziały, że ta istnieje, a przecież trafiły tu bezbłędnie. Zupełnie jakby prowadziły je cienie przodków. Może zresztą tak było.
Odruchowo rozejrzała się dookoła. Kamienna ściana sprawiała wrażenie wilgotnej, lecz było to jedynie złudzenie, sprawdziła to wcześniej. Półka, na której ustawiły świece oraz całą resztę niezbędnych akcesoriów, była równa, niczym sztucznie wyrąbana w skale. Tak samo jak sterczący kamień stanowiący naprawdę doskonałe – choć twarde – siedzisko. Wszystko to zdawało się delikatnie pulsować w drgających płomieniach świec.
Brakuje tylko pohukiwania sowy i kręcących się nad głową nietoperzy. – Uśmiechnęła się do własnych myśli.
Jak zacząć? Może powinny ponownie spalić nieco ziół? Nie ustaliły tego wcześniej, a teraz rozmowa jakoś się nie kleiła. Wszystkie milczały, każda pogrążona we własnych myślach.
Przymknęła powieki. I dobrze, niech wszystko dzieje się samo. Czuła, że to jest właściwa ścieżka – pozwolić, by pokierowała nimi siła, do której zmierzały się zwrócić. Muszą ją tylko odszukać, zestroić się z nią, odnaleźć, wydawałoby się, w zupełnej ciszy jej słaby głos. Nie żadne śpiewy, inwokacje czy pseudozaklęcia, a zwyczajne wyciszenie. Odnalezienie właściwego zakresu, na którym nadaje moc sprawiająca, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewają się w jedno, tworząc nierozróżnialną mieszaninę zdarzeń tych, co były, są i będą.
Jej dłonie same sięgnęły do woreczka. Poczuła to, była świadoma każdego ruchu, choć żaden zdawał się nie pochodzić bezpośrednio od niej. Tak jakby nagle stała się sterowaną pociągnięciami sznurków marionetką.
Między palce chwyciła pokruszoną mieszaninę liści i kwiatów i nawet nie patrząc w stronę świecy, rzuciła je w płomień. Pewnie to zasługa panującego wokół półmroku, ale odniosła wrażenie, że ogień połknął je chciwie w moment krótszy niż mrugnięcie, buchając kaskadą iskier. Skondensowana woń wypełniła przestrzeń. W mieszance, którą przygotowały, nie było niczego, co miało właściwości odurzające lub halucynogenne – a w każdym razie nic nie było jej o tym wiadomo – ale tak właśnie się poczuła, jakby powoli odpływała z tu i teraz i szybowała w nieznaną krainę, gdzie wszystko stawało się możliwe.
Wyjątkowo przyjemne odczucie. W tej chwili zrozumiała, dlaczego niektórzy tak łatwo poddają się narkotykom. Pobyt poza realnym światem, poza zasięgiem jego ramion i ograniczeń, zdawał się naprawdę kuszący. Tu nic nie mogło jej dosięgnąć ani zranić. Uczucia i myśli przepływały obok niczym podmuchy wiatru, a jednocześnie mogła ich dotknąć, pogłaskać je, a w niektóre, te wybrane, również zanurzyć się, by ją owiały i wypełniły.
– Jesteście? – szepnęła pewna, że jej usta nawet nie drgnęły. Głos roztaczał się wokół niej. – Jadwiga, Dorota, Regina?
Ostatkiem woli powróciła do tu i teraz. Dostrzegła ciemne, podłużne kształty oplatające się wokół jej ciała. Dym? Nie, to nie był dym, obraz stał się rozmazany, ale to coś było o wiele bardziej zwarte, namacalne. Wąż? Z pewnością, ale nie jeden, a całe kłębowisko gadzich ciał. Owijały się wokół jej nóg, rąk, korpusu. Nadal na wpół materialna uniosła się nad ziemią i mogła teraz obserwować siebie i przyjaciółki. Wszystkie trzy tonęły w oślizgłych ciałach, które wspinały się po nich, jakby starały się je zatopić swą masą.
Uciekajcie, dlaczego nie uciekacie? – pomyślała, lecz twarze dziewczyn wciąż wykrzywiał uśmiech. Zdawały się nie zauważać zagrożenia. Dostrzegła ich porozumiewawcze spojrzenia, wychwyciła jakieś ciche uwagi rzucane nad jej głową, które w tym stanie nie w pełni do niej docierały. Gadzie ciała prześlizgiwały się po włosach przyjaciółek, nie wywołując u nich żadnej reakcji. Brak wstrętu, obrzydzenia, choćby zaniepokojenia.
To nie jest prawdziwe. Nie może być.
Tylko w ten sposób potrafiła sobie wytłumaczyć ich spokój. Puściła się teraźniejszości, bo poczuła, że coś ją ciągnie, stara się porwać ze sobą. Jej widmowe palce, uczepione tu i teraz, rozkurczyły się, uwalniając ją z ograniczeń chwili.
Zapomniała o wężach i grocie, niczym w prawdziwą wodę wpadła w strumień stłumionych głosów. Strzępy rozmów, śmiechy, nawoływania i śpiewy przemykały obok niej, sprawiając wrażenie, że ociera się o nie fizycznie. Były takie namacalne… Próbowała je pochwycić, lecz wymykały się, mogła jedynie podążać za nimi. Z jednego potoku dźwięków wpadła w inny, znacznie obszerniejszy, nagle pojęła, że to prawdziwa rzeka, a ona musi odnaleźć w niej właściwy nurt. Jak miała to zrobić? Po czym poznać, że dotarła do śladów istnień, do których zamierzała dotrzeć?
Niepewność minęła wraz z myślą, że to one na pewno ją znajdą. Kolejna podpowiedź dobrej siły, która nad nią czuwała i ją prowadziła. Bez niej nie dotarłaby aż do tego punktu, powinna więc w dalszym ciągu jej ufać. Czuła się dzieckiem i komuś – a może czemuś – musiała podać rękę.
Należało jedynie otworzyć się szerzej, pozwolić, by moc wniknęła w nią jeszcze głębiej. Przepełniła całe w tej chwili ulotne, wręcz wirtualne ciało.
Bierz mnie i prowadź, jestem twoja.
Poczuła powiew czegoś w rodzaju zefirka. Bawił się jej włosami, opływał ciało, niemal fizycznie głaszcząc. Był wyraźnie chłodniejszy od pozostałych doznań, choć nie mogła nazwać go nieprzyjemnym. Raczej studził, niż ziębił.
– Jesteś przewodnikiem?
Nie wiedziała, skąd to słowo pojawiło się w jej głowie, wydawało się jednak najwłaściwsze.
Krótkotrwały szum, przypominający odgłos porwanych wiatrem liści, uznała za potwierdzenie.
– W takim razie prowadź.
Powiew przybrał na sile, porwał ją ze sobą, jakby nie była niczym innym jak skoszonym i uschłym źdźbłem trawy. Ponownie zanurzyła się w potoki rozmów. Trafiała w nie, przecinała i wypadała, nim była w stanie cokolwiek usłyszeć i podchwycić. To nie były nawet pojedyncze wyrazy, najczęściej osierocone sylaby, czasem jedynie krótkie dźwięki przypominające niewykształcony krzyk. Wszystkie rodziły się i umierały, nim zdołała po nie sięgnąć.
– Wolniej – poprosiła.
Kimkolwiek był jej przewodnik, nie zamierzał usłuchać. Tempo nieustannie rosło. Choć zanurzona w duchowych odczuciach, poczuła zawroty głowy. Spróbowała skupić się i wrócić do tu i teraz, do przyjaciółek, do ciasnej groty, na której skalnej półeczce rozpaliły świece, lecz siła, w której władaniu się znalazła, nie chciała jej puścić. To coś trzymało ją w powietrznej karuzeli, nie pozwalając się uwolnić. Niemal czuła dłonie, które ją zatrzymują. Nie jedną i nie dwie, ale całe morze rąk. Ściskały jej łydki, uda, ramiona, każde ciągnąc w swoją stronę coraz mocniej i mocniej, jakby usiłowały rozerwać ją na strzępy, pozostawić za sobą jedynie krwawy, niepotrzebny nikomu ochłap.
– Proszę, przestań.
Jeśli jeszcze przed chwilą tliła się w niej nadzieja, że może coś osiągnąć prośbą, czy nawet błaganiem, teraz szybko znikła. Siła porwała ją – co gorsza, za jej własnym uprzednim przyzwoleniem – i zdecydowanie nie zamierzała wypuścić. Krępowały ją niematerialne więzy, których nie potrafiła zerwać. Zrozumiała, że dała się podejść jak głupia. Być może od początku zamysł kontaktu stanowił zastawioną na nią pułapkę, w którą podążyła ślepo z ufnością małej dziewczynki, łakomej na cukierka obiecanego przez nieznajomego w długim płaszczu.
Dziewczyny mi pomogą – pomyślała.
A wiedzą, co się z tobą dzieje? – Cyniczny głos rozsądku pozbawiał ją złudzeń. Owszem, w grocie nie była sama, ale tu, porwana bezcielesną wizją, pozostawała zdana tylko na siebie.
Jak mogła być aż tak naiwna? Zaślepiona ideą bliżej niezidentyfikowanej, zagubionej gdzieś przed wiekami sprawiedliwości?
Szarpnęła całym ciałem, starając się uwolnić z uścisku setek rąk, a może tylko jednej, która przybrała postać niezliczonej rzeszy zaciskających się na niej palców. Nadaremnie, nie była w stanie wyrwać się z ich chwytu. Przeciwnie – uścisk przybrał na sile. Czuła wbijające się w skórę szpony. Nie widziała ich, ale mogłaby je opisać. Długie pożółkłe pazury na zasuszonych czarnych paluchach przypominających kość obciągniętą pomarszczoną skórą.
– Zostaw mnie!
– Przecież pragnęłaś sprawiedliwości. – Suchy głos, który wybuchł jej w głowie, na moment ją sparaliżował.
Był skrzekliwy, niewątpliwie kobiecy, choć jednocześnie pobrzmiewała w nim dziwna chropowatość. Zdawał się nie tyle ranić uszy – bo przecież nie docierał do niej dzięki nim – a wręcz rozpruwać mózg, pozostawiając w nim olbrzymią bruzdę.
– Ja ci ją dam. Dam ci sprawiedliwość, na jaką zasługują.
– Zostaw mnie. Odejdź – powtórzyła, starając się wykrzesać we własnych słowach moc i pewność siebie. Daremnie.
Wokół niej owinęła się ciemna kotara czegoś na podobieństwo kurzu. Powietrzne czarne wiry kłębiły się dokoła, z każdym okrążeniem zaciskając sploty. Została skrępowana czymś więcej niż najmocniejsze więzy. Z tej pułapki nie mogła się wyrwać, nie istniała droga ucieczki.
Krzyknęła rozpaczliwie, pewna, że i tak nikt nie ruszy na pomoc. Czy w ogóle tam w grocie, gdzie tkwiło jej rzeczywiste ciało, wydała na zewnątrz jakikolwiek dźwięk? Wątpiła w to. A nawet gdyby, czy dziewczyny zrozumiałyby, co się z nią dzieje? A może i one znalazły się w pułapce? Tego również nie mogła wykluczyć.
Kotara ścisnęła się i znalazła zaledwie centymetry od jej niematerialnej twarzy.
A wtedy to coś wcisnęło się w nią. Wykorzystując każdy naturalny otwór ciała, każdy por skóry, wepchnęło się do środka bez ceregieli i grama delikatności. Wypełniło ją niczym dym. Smoliste opary przesłoniły wzrok i myśli. Została odcięta od samej siebie.
Dalej krzyczała, lecz teraz na pewno nie słyszał jej już nikt, w żadnym ze światów.
Norbert smętnie spoglądał na tyłek ubierającej się kobiety. Zapewne Kolejna Pomyłka zapinała stanik, bo właśnie od niego zaczęła, poza tym była goluśka jak ją Pan Bóg stworzył. Tyle tylko, że od owego stworzenia upłynęło kilka dekad i dzieło Najwyższego nosiło już wyraźne ślady eksploatacji.
Poznali się wczoraj, w klubie, bo Norberta dopadł jeden z tych wieczorów, gdy hormony – czy jakaś inna wewnętrzna chemia – przejęły kontrolę. Przechodził przez to już wielokrotnie. Przyciskało go – jak by to określił któryś z kumpli w pracy, gdyby jakimś nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności komisarz zamierzał się zwierzyć – szedł więc w miasto, spotykał kogoś, lądowali w łóżku, a następnego dnia rozważał, czy to z nim jest coś nie tak czy może z tym cholernym światem. Bo coś, do diabła, było nie tak! Czemu wczoraj niemal zdzierał z tej kobiety sukienkę, by jak najszybciej dorwać się do tego, co miała pod spodem, a dziś nie mógł na nią patrzeć bez zażenowania? I nie chodziło przecież o cielesne mankamenty. Nie był przebierającym w towarze przystojniakiem, poza tym osiągnął już wiek, gdy jest się w pełni świadomym własnych braków i ciężko wymagać doskonałości od innych, co sprowadzało się do uczucia spychanej w głąb świadomości ulgi, gdy przyjdzie rozebrać się po ciemku, a nie w obnażającym bezlitośnie każdy szczegół pełnym świetle.
Było coś obrzydliwego w tym rytuale wzajemnego poznawania się. Może gdyby miał siłę grać w grę o dumnej nazwie Zaloty, wyglądałoby to lepiej, ale on czuł się na to za stary. Żadnych podchodów, żadnego stroszenia pawiego ogona, by ukazać się lepszym niż w rzeczywistości. Naga, golusieńka prawda. Może dlatego nie wychodziło? No bo nie szło. W siedmiu przypadkach na dziesięć to ona już nie zadzwoniła, w pozostałych on bronił się przed tym rękoma i nogami. Czasem – urągając statystyce – dochodziło do powtórki, zawsze jednak prędzej czy później maszyneria związku padała, tryby się zacierały. Zazwyczaj zresztą prędzej. Niektóre kobiety już na starcie płoszyła jego profesja. Aż dziw, ile spotykał takich, które z radością pędziłyby do pokrytego tatuażami zbira o spojrzeniu mordercy, ale komisarz policji polskiej był dla nich be.
Zerknął na plecy kobiety i w tatuażu na jej barku dostrzegł wyszczerzoną w upiornym zadowoleniu trupią czaszkę. „Mam cię” – zdawała się mówić. Zamrugał i wrażenie prysło. Malunek ponownie zmienił się w nocnego motyla. Subtelną ćmę. Wczoraj uznał go za pociągający, dziś jak i cała reszta zalatywał trupem ich znajomości. Zniechęcał.
Norbert zmusił się do pytania:
– Spotkamy się jeszcze? – Prawdę mówiąc, wcale nie miał na to najmniejszej ochoty.
Podskoczyła zaskoczona, jakby zakradł się na palcach i za jej plecami zgniótł z hukiem nadmuchaną torebkę. Zerknęła przez ramię, a potem szybko wciągnęła majtki. Czerwone, koronkowe – jeszcze wczoraj wydawały mu się seksowne, dziś była to barwa grzechu i winy.
– Odezwę się.
A więc nie. Zbyt wiele razy widział to spojrzenie, by go nie rozpoznać. Poza tym czuł to samo, to nie był żal z powodu tego, co zaszło – żadne z nich go nie czuło i w sprzyjających okolicznościach powtórzyliby tę noc – ale coś w rodzaju moralnego kaca. Po czym? Że dali się ponieść hormonom i że to one wczoraj przejęły kontrolę? Lepszego wytłumaczenia nigdy nie znalazł. Chyba że prawda miałaby się okazać prostsza i bardziej okrutna – może zwyczajnie należeli do rosnącej w liczbę grupy ludzi, którzy nie potrafili żyć inaczej niż sami. Jasne, potrzebowali czasem drugiego człowieka – te prawa narzucała biologia – ale potem, gdy już cielesny głód zostawał zaspokojony, nie pragnęliby niczego więcej, jak zostać ze sobą sam na sam. Pragnęli związku, bo stanowił wpojoną im kulturową normę, ale za cholerę nie potrafili go stworzyć, już nie wspominając o utrzymaniu.
– Masz telefon – skwitował, jakby koniecznie chciał przerzucić piłeczkę na jej stronę. Damsko-męski ping-pong dwóch osób, które na dobrą sprawę nie mogą na siebie patrzeć.
– Chyba niedawno się wprowadziłeś – usłyszał, gdy już spodziewał się, że kobieta (jak ona miała na imię? Marzena?) nie odezwie się ani słowem.
To zagajenie rozmowy zmusiło go, by ponownie na nią spojrzeć. Nie była znowu taka brzydka, zwłaszcza teraz, gdy się ubrała i wszelkie pojawiające się z wiekiem niedociągnięcia zostały zakryte. Ile mogła liczyć lat? Dałby jej koło czterdziestu paru. Pewnie rozwódka, z dorosłymi albo niemal dorosłymi dziećmi. Nie dogadywała się z mężem albo ten nieoczekiwanie znalazł sobie nowszy model zabawki o nazwie Moja Kobieta. Norbert mógłby typować to w ciemno. Wszystkie historie okazują się nieznośnie do siebie podobne, jakby los cierpiał na odpływ weny i nie potrafił wysilić się na oryginalność. Zmienia się układ – kto kogo – albo szczegóły, rdzeń zwykle pozostaje bez zmian.
Interesuje cię jej historia? – zapytał się w duchu.
Jeszcze jedno spotkanie i zapewne usłyszałby i historię, prawdopodobnie tylko po to, by przekonać się, jak bardzo jest banalna. W zamian opowiedziałby swoją – równie nudną i prozaiczną. A potem, gdy już by się oboje wzajemnie zanudzili, doszliby do wniosku, że to jednak nie to. Czyż więc nie lepiej było zakończyć znajomość już teraz? Wymiana płynów nastąpiła, mogli się rozejść. W tył zwrot, naprzód marsz.
Mimo wszystko poczuł ukłucie żalu. Z takim podejściem zawsze pozostanie sam.
– Trochę minęło – przyznał wbrew sobie, a w każdym razie wbrew chęci okazania, że fajnie by było, gdyby już zniknęła za drzwiami.
– Brak czasu?
Tak się zwykle tłumaczył, ale prawda była inna.
– Brak serca. – Czemu się odkrywał? Pod czaszką huczał mu głos, by siedział cicho. To obca baba, nie powinien zdradzać jej tego, do czego nie przyznawał się na co dzień nawet przed samym sobą.
– Nie rozumiem. – W jej głosie zabrzmiała delikatna nutka wahania i doszedł do wniosku, że Marzena (na pewno tak?) jednak rozumiała.
Rzeczy pozostawały w kartonach długie już lata, bo jemu to nie przeszkadzało. Nie było nikogo, dla kogo zmusiłby się do wykrzesania w sobie sił i chęci, by ze stosu pudeł powędrowały do szaf lub na półki.
Przez moment obawiał się, że Marzena (no przecież nie spyta o to teraz…) zacznie drążyć temat. Może nawet usiądą i zaczną rozmawiać. Dostrzegą w sobie nawzajem drugiego człowieka i śmierć tego, co i tak było zimnym trupem, zamiast kilku minut zajmie kilka dni, a może nawet tygodni. Nie lepiej zostawić wszystko, jak jest? Nie chciał zobaczyć w niej kobiety. Wczoraj była kawałkiem mięsa, wyjściem ratunkowym pozwalającym nie spuszczać się w kołdrę. On zapewne dla niej czymś podobnym, żywym wibratorem.
Kobieta naciągnęła czarną spódnicę sięgającą połowy ud i włożyła szpilki. Jedną znalazła od razu, druga utknęła gdzieś pod łóżkiem i Marzena chwilę musiała się natrudzić, by ją wyciągnąć. Norbert w tym czasie nie ruszył się z miejsca. Był goły i czuł skrępowanie przed wyjściem spod kołdry.
– Znikam, pa. – Wysłała mu coś w rodzaju buziaka. Jemu ten gest skojarzył się bardziej, jakby zaciągnęła się niewidzialnym papierosem.
Ruszyła w stronę przedpokoju i komisarz musiał przyznać, że na obcasach poruszała się seksownie. Był o krok, by jednak za nią zawołać i spróbować reanimować trupa ich trwającego jedną noc związku. W porę ugryzł się w język.
Trzasnęły drzwi wejściowe i Norbert wreszcie wygramolił się z pościeli. Musiał przemyć twarz, zlepione śpiochami oczy szczypały. W łazience z lustra spoglądał na niego smutny orangutan. Dobrze, że lustro wisiało nad umywalką i nie pokazywało pełnej sylwetki, wystarczyło mu samoupokorzeń.
Wrócił do sypialni i spostrzegł leżące przy łóżku pończochy. Zostawiła je rozmyślnie? Wytrych, by zyskał pretekst, gdyby jednak zdecydował się zadzwonić? A może furtka dla niej samej? Oby nie.
Trącił je nogą, by zniknęły pod łóżkiem. Co z oczu, to z serca – stara zasada, która sprawdzała się na milion sposobów. Prawdziwa zarówno co do rzeczy, jak i do ludzi. Może do ludzi nawet przede wszystkim.
Obrzucił wzrokiem posłanie, zastanawiając się, czy się w nim nie zagłębić na chwilę. Ostatecznie zrezygnował. Mógł sobie pozwolić jeszcze na góra kwadrans lenistwa, potem należało szykować się do pracy. Lepiej się wcale nie kłaść niż zrywać się drugi raz jednego dnia. Dawkowanie tortur jest nawet jeszcze ważniejsze niż dawkowanie przyjemności.
W przedpokoju zgarnął z szafki stertę rachunków. Wyciągnął je wczoraj w nocy ze skrzynki. Zrobił to niemal bezwolnie. Był po kilku drinkach i pewne odruchy działały automatycznie. Przejrzał je teraz od niechcenia. Prąd, kablówka, telefon. Czy te wszystkie firmy spiskowały, by równocześnie go uszczęśliwiać? Mogłyby dawkować przyjemność korespondencji.
Czwarta koperta go zdziwiła. To nie było urzędowe pismo ani rachunek, dostał najprawdziwszy list. Niecodzienny widok. Kiedy po raz ostatni ktoś do niego napisał? Uniósł brwi. Chyba z piętnaście lat temu, czyli, jakby nie patrzeć, jeszcze przed erą dinozaurów.
„Komisarz Norbert Zawicki” – litery były starannie wykaligrafowane. Tak samo zresztą jak adres, choć nadawca darował sobie wpisanie zwrotnego. Norbert przyjrzał się zawijasom, on siedziałby tydzień i niczego podobnego by nie stworzył. Ba, jego niezgrabne kulfony przypominały jakiś tajemniczy szyfr – coś pomiędzy egipskimi hieroglifami a pismem arabskim.
Poszedł do kuchni i nożykiem starannie przeciął bok koperty. Ktoś włożył w nią tyle serca, że głupio było mu ją zwyczajnie rozerwać. Ze środka wypadła zgięta na pół tekturka. Napis na stronie tytułowej wyjaśniał wszystko: „Wisisz mi randkę” – na drugiej była już jedynie data i adres hotelu.
Zaśmiał się i z niedowierzaniem pokręcił głową.
Celestyna, Ces, jak chciała, by do niej mówiono. Pewna siebie i przebojowa. Żadnej propozycji, pytania, czy da radę. Nic. Po prostu co, gdzie i kiedy. Twardo i krótko. Naprawdę jeszcze o nim nie zapomniała? Jasne, z Ościeżyna wrócił zaledwie niecałe dwa miesiące temu, ale to przecież wystarczający czas, by seksowna blondynka z Warmii wybiła sobie z głowy znacznie starszego troglodytę ze stolicy. W każdym razie tak o tym myślał i choć pamiętał o obiecanej randce, dawno spisał ją na straty.
W dłoni trzymał jednak dowód, że Sajkowska jeszcze o nim nie zapomniała.
Potarł skronie, zastanawiając się, jak powinien postąpić. Podczas ich spotkań bronił się, jak mógł, przed związkiem z młodą kobietą. Nie widział w tym sensu, jego zdaniem dzieliła ich zbyt duża różnica wieku. Był pewien porażki i nie miał ochoty jej przeżywać, łatwiej było się po prostu odgrodzić. Ale Ces nie dawała za wygraną. Czy miał mimo wszystko dać jej szansę? Bo jeśli zdecyduje się pojechać, to nie z nastawieniem, że i tak nic z tego nie wyjdzie. W takim wypadku lepiej było zostać w domu, nie torturować ani Ces, ani siebie samego.
Jak, do cholery, to rozstrzygnąć?! Rzucić monetą?
Nie, Ces nigdy by tego nie zrobił. Za bardzo ją lubił. Ale by przyjąć zaproszenie, musiał być pewien siebie samego. To najważniejszy wkład, jaki można wnieść w relację z drugą osobą. Coś, czego mu brakowało choćby przy kobiecie, która dosłownie kilka minut temu wyszła z jego mieszkania. Nieważne, że była starsza, a i figurą nie mogła konkurować z Sajkowską, to nie miało najmniejszego znaczenia, mogłyby zamienić się na ciała, a dylemat pozostałby dokładnie ten sam.
– I co ja, idiota, mam zrobić?! – rzucił w puste mieszkanie.
Odpowiedziała mu cisza. Rybki, nawet jeśli chciały podzielić się z nim jakimiś mądrościami, należały do grupy stworzeń, które głosu nie mają. Szczęściary, przynajmniej nikt nie wymagał od nich, by się deklarowały.
Hotel w Bychlewie zdecydowanie nie należał do kategorii tych, do których jeżdżą polscy stróże prawa, w każdym razie ci, którym ktoś nie dodaje ekstra premii za przymykanie oczu.
Hotel & SPA.
Dla Norberta brzmiało to wyjątkowo egzotycznie. Zaparkował swojego gruchota obok wozów, których opony były droższe niż jego samochód, obrzucił wzrokiem rząd gwiazdek nad wejściem i wparował do holu. Hol, westybul czy jeszcze inaczej – taki z niego bywalec salonów, że nie potrafił nawet fachowo nazwać przestronnego wnętrza z recepcją. Lada obłożona marmurami czy innym kamieniem, który również pozostawał dla niego niewiadomą, odgrodzona została zawieszonymi trzydzieści centymetrów nad nią płytami pleksi. Ewidentna covidowa prowizorka, choć wyglądała profesjonalnie. A już na pewno profesjonalne wyglądała ładna recepcjonistka w białej bluzeczce i granatowej spódniczce.
– Słucham. – Posłała w jego kierunku promienny uśmiech, pewnie wyuczony i sztuczny, lecz tak usłużny i pełen oczekiwania, że nie powstydziłaby się go matka Teresa z Kalkuty.
– Mam rezerwację – odparł, nie potrafiąc do końca zwalczyć lekkiej tremy. Nie wiedział czemu, lecz nie mógł wyzbyć się uczucia, że wszystko okaże się paskudnym żartem. Ces wcale na niego nie czeka. A jeśli nawet, to tylko po to, aby zadrwić z niego, że uwierzył w to całe zaproszenie. Ot, taki rodzaj zemsty za odrzucone zaloty. – Norbert Zawicki.
Dziewczyna wstukała dane w komputer.
– Tak, oczywiście – odparła. – Pokój 317.
Z trudem powstrzymał się przed głośnym oddechem ulgi.
– Pani Zawicka jest już na miejscu – dodała recepcjonistka, podając mu kartę do drzwi.
Jeśli nie okazał zdziwienia, to tylko dlatego, że sytuacja od początku wydawała mu się nierealna. Pani Zawicka? Jeśli to była Ces, to jakim cudem udało jej się tak zameldować? A jeśli nie, to nie znał nikogo o tych personaliach. Jego była żona po rozwodzie szybko wróciła do panieńskiego nazwiska. Czasem myślał z goryczą, że to aż dziwne, że córka również go nie zmieniła. Choć w jej przypadku nic straconego – zdąży to zrobić, wychodząc za mąż.
Zgarnął kartę i podziękował oszczędnym skinieniem głowy. Zamierzał już odejść, lecz jeszcze cofnął się ku dziewczynie.
– Którędy…? – zaczął.
– Najlepiej windą. Tam. – Wskazała, w mig odgadując jego pytanie.
Przed pokojem 317 zatrzymał się na moment. To była ostatnia chwila, gdy jeszcze mógł się wycofać. Zaraz wejdzie do środka i ta szansa przepadnie.
W życiu czasem trzeba zaryzykować – szepnął w duchu. Przyłożył kartę do czytnika. Zapaliło się zielone światełko, więc nacisnął klamkę.
W pierwszej chwili wydało mu się, że pokój jest pusty, i ponownie przez głowę przemknęła paskudna myśl, że padł ofiarą niewybrednego żartu. Potem dostrzegł na wpół wypakowaną walizkę i słabe światło przebijające przez matowo szklane drzwi łazienki. Rozwiązanie wydawało się kiepskie – kto chciałby mieć akurat w tym pomieszczeniu drzwi, przez które wszystko widać? – lecz w praktyce niewyraźny cień zdradzał jedynie, że w środku ktoś jest.
Pomyślał, że może powinien wyjść i wrócić za kilka minut, lecz w tym właśnie momencie drzwi się uchyliły. W szparze pojawiła się mokra głowa Celestyny.
– Jesteś wreszcie. – Uśmiechnęła się. – Daj mi sekundkę, odświeżam się po podróży.
– Wreszcie? – wydukał, myśląc wyłącznie o tym, jaka ona jest piękna. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć. To znaczy widział, po prostu patrzył na nią jak na córkę, nie kobietę, a ta perspektywa zmieniała obraz diametralnie.
– Spóźniony dwa miesiące
– Niesprzyjający zbieg okoliczności.
Ces cofnęła się do łazienki. I dobrze. Przynajmniej nie zobaczyła, że poczerwieniał. Nigdy nie umiał kłamać, w każdym razie prywatnie. Nie było żadnych zbiegów okoliczności, wyłącznie grzech zaniedbania. Założył, że nic z tego nie wyjdzie, więc nawet nie spróbował. To Ces musiała ciągnąć go za uszy.
Tylko czy jeszcze oboje tego nie pożałujemy?
Odegnał od siebie tę myśl. Zdecydował się spróbować, a jeśli tak, należało nastawiać się jedynie na zwycięstwo, inaczej na pewno czekała ich porażka.
Wykorzystując nieobecność Ces, rozejrzał się po pokoju. Zwykła, choć elegancka dwójka – malutki przedpokoik, łazienka, główny pokój z dwoma łóżkami, które zajmowały trzy czwarte przestrzeni i niewielki balkonik zaprojektowany chyba z myślą o krasnoludkach. Był tak wąski, że Norbert znał całą masę osób, które zwyczajnie by się na nim nie zmieściły. Dla tych pozostawała jedynie opcja: brzuch na balkonie, reszta w pokoju.
Raz jeszcze powiódł spojrzeniem po łóżkach. Dzieliła je niska szafeczka z nocną lampką, ale nie wątpił, że dałby radę poprzestawiać wszystko tak, by je złączyć. Nie wiedzieć czemu poczuł się zawstydzony tą myślą. Nie przyjechał tu przelecieć Ces. A może inaczej – może to i nawet znajdowało się w pakiecie ogólnym, ale zdecydowanie nie było głównym celem. Gdyby wiedział, że cokolwiek to między nimi zepsuje, mógłby w ogóle zrezygnować z seksu.
Przestań zachowywać się wobec niej jak tatusiek!
Jak na razie wyglądało na to, że różnica wieku jest większym problemem nie dla niej, a właśnie dla niego. A przecież nie byli żenującą parą, jaką czasem można zobaczyć w telewizji czy pismach plotkarskich – on po siedemdziesiątce, ona pół wieku młodsza. Dzielące ich kilkanaście lat różnicy to było sporo, ale nie kosmicznie dużo.
Zatopiony w myślach nawet nie zauważył, kiedy wyszła. Miała na sobie jedynie biały hotelowy szlafrok. Nie miał co do tego wątpliwości, bo choć przewiązała się paskiem, zrobiła to wyjątkowo niedbale i szpara pomiędzy połami stroju odsłaniała niemal wszystko.
Odwrócił wzrok, ale dopiero wtedy, gdy pozbierał szczękę z podłogi. Widok jędrnej, sterczącej piersi był nieziemski.
– Zawstydzony? – W głosie kobiety brzmiało rozbawienie.
W ostatniej chwili powstrzymał się przed odpowiedzią, że to ona powinna się wstydzić. Zabrzmiałby jak stary tetryk. Pochylający się nad grobem obrońca moralności, który już nie pamięta grzechów własnej młodości. Poza tym to znów był tatuśkowaty odruch, a te próbował w sobie zwalczyć.
– Nie, ja po prostu… – Nie potrafił znaleźć słów. Jednym drobnym pokazem sprawiła, że jego mózg przestał niemal zupełnie funkcjonować. Zawiesił się, wewnętrzny komputer wyświetlał blue screen. Norbert potrzebował czasu, by system na nowo ruszył.
– Rozumiem, że wolisz, by wszystko działo się nieco bardziej staroświecko? – Zaśmiała się, poprawiając szlafrok. Nieziemskie widoki znikły. Słońce zgasło, Ziemię ponownie objęła we władanie ciemność.
– Chyba po prostu mnie zaskoczyłaś. – Starał się odwzajemnić uśmiech, ale był przekonany, że mu nie wyszło. Że na twarzy wyrósł mu żałosny niekształtny grymas, jakby właśnie dostał udaru i mięśnie jego twarzy ogłosiły niepodległość.
– To źle czy dobrze?
Próbował wprawić trybiki umysłu w ruch, by odpowiedzieć na to błyskotliwie i może jednocześnie zabawnie, ale czuł, że wysiłek jest z góry skazany na niepowodzenie. W tej chwili nie przegadałby jedenastolatka. Ba, pewnie pierwszoklasista zapędziłby go w kozi róg.
– Chyba dobrze – wyjąkał, co nie było ani błyskotliwe, ani też za grosz zabawne.
Celestyna za to bawiła się doskonale. I nie ukrywała tego. Poczuła kobiecą radość zrobienia z mężczyzny głupka, o co zresztą Norbert nie miał do niej najmniejszych pretensji. W pełni zasłużył na prztyczka w nos.
– W każdym razie, nawet jeśli zmieniłeś zdanie, teraz już za późno. Miś będzie musiał zasłużyć, by dobrać się do miodu.
Jej oczy i usta się śmiały. Śmiało się całe ciało i komisarz doszedł do wniosku, że może robić z siebie idiotę do końca świata, byleby widzieć tę radość jak najczęściej.
– Stanę na dwóch łapkach, a nawet zatańczę – odpowiedział, bo zwoje w mózgu wreszcie ruszyły, może jeszcze pracowały na rozruchu, ale paraliż minął. – Wszystko, by księżniczka była zadowolona. Cześć, tak w ogóle, bo chyba ominęliśmy ten etap. Co u ciebie słychać?
Ces przysiadła na łóżku. Szlafrok już dłużej nie był w stanie ukrywać jej nóg, ale Norbert resztką silnej woli oparł się ich urokowi, by całą uwagę skupić na rozmowie. Wreszcie udało mu się osiągnąć jaką taką równowagę między nadopiekuńczym tatuśkiem a młodym, napalonym byczkiem.
– Dobrze. Jeśli chodzi o sprawy zawodowe, żadni nieboszczycy nie próbowali więcej spacerować po korytarzach, a jeśli o prywatne, to również okej, tylko nieco się stęskniłam.
Mówiła, jakby byli już ze sobą, a nie właśnie mieli spotkać się na pierwszej, zresztą nieco wymuszonej – choć obiecanej – randce. Tyle że musiał przyznać, że on również w ostatnim czasie często wracał do niej myślami.
– A co u ciebie? – dodała, gdy nie skomentował jej ostatnich słów.
O czym miałby opowiadać? O pracy? Zwłokach, porwaniach i całym tym szambie, w którym grzebał się dzień w dzień? Czuł wewnętrzny opór, poza tym to nie były historie, które porusza się choćby z kolegami przy piwie, nie mówiąc już o randce. Tyle robota, a poza pracą niemalże nie istniał. Życie prywatne to powrót do pustego domu, samotne posiłki przyrządzone byle jak i byle z czego – bo po co się starać? – i godziny przed telewizorem. Gdyby zaczął o tym mówić, pewnie Celestyna uciekłaby z krzykiem. Powinien wyjawić to wszystko, gdy jeszcze starał się ją do siebie zniechęcić, nie teraz, gdy odważył się spróbować.
– Nic ciekawego – wymamrotał, nie bardzo wiedząc, jak wybrnąć.
– Glina z przeszłością ukrywa swoją naturę – skomentowała.
Machnął ręką.
– Za dużo filmów. Autorzy scenariuszy komplikują życie bohaterów, by stali się głębsi, ciekawsi, w rzeczywistości przeciętny glina jest nudny niczym flaki z olejem. Tylko kogo taki by zaciekawił?
– Ty nie jesteś przeciętnym gliną – zaprotestowała.
Usiadł obok niej i wziął ją za rękę.
– Uwierz mi, że jestem. Zanim to wszytko zaczniemy, musimy coś sobie wyjaśnić. Żaden ze mnie superbohater, heros czy inny rycerz ratujący damy z opresji. Pomogłem ci, bo mnie o to poproszono. A na co dzień jestem zwykłym nudnym policjantem. Nie zrobiłem kariery i już nie zrobię, jestem na to za stary, pozostanę szarym komisarzem. W ramach roboty babrzę się w brudach i to nie ma nic z pozornej sensacyjności. Oglądam ludzką podłość, małość, zawiść, chęć zysku oraz niewytłumaczalną i często bezpodstawną nienawiść. I muszę z tym żyć. Nie naprawiam świata, bo on nie nadaje się do naprawienia, ja staram się jedynie tamować przecieki w pękającej zaporze powstrzymującej jezioro chaosu. Taka syzyfowa praca. Zatkam jeden przeciek, pojawia się dziesięć nowych. Gdybym brał to do siebie, siedziałbym w tej chwili u czubków w białym wdzianku o za długich rękawach i prowadził zażartą dyskusję ze ścianą. Więc nie przejmuje się, zło spływa po mnie jak woda po kaczce. Przemyśl to teraz, zanim oboje się zaangażujemy. Inaczej upadek będzie bolesny. Dla ciebie i dla mnie.
Ces ścisnęła jego dłoń.
– Nie doceniasz się.
– Może. Ważniejsze, byś ty mnie nie przeceniła.
Sajkowska uśmiechnęła się promiennie.
– Dobrze, czuję się uprzedzona. – Wstała. – A teraz poproszę cię, byś wyszedł, bo królewna musi się ubrać, a jak już ustaliliśmy, sprawy mają toczyć się po staroświecku. Dama nie może… – urwała.
– Oczywiście. – Spróbował wykonać coś w rodzaju dworskiego ukłonu, co było o tyle trudne, że on siedział, a ona stała. – Już znikam.
– Byleby nie na długo.
Rynek w Bychlewie okazał się urokliwym miejscem. Małym, można powiedzieć, że wręcz kameralnym, lecz nie pozbawionym swoistego wdzięku, który zatraciła większość tak ciężko dotkniętych przez historię polskich miast. Część kamieniczek została odnowiona, innym przydałby się delikatny lifting, ale jedne i drugie doskonale ze sobą współgrały. Minęła dwudziesta, lecz lipcowe słońce nadal górowało nad horyzontem. Cienie stały się długie, ale ich poplątana mozaika dodawała otoczeniu swoistego czaru. Miasteczko sprawiało wrażenie baśniowego grodu, w którym czas dawno już się zatrzymał i nie kłopotał mieszkańców swym nieustannym upływem.
– Co powiesz na U Jadwigi? – spytał Norbert.
Ryneczek mieścił kilka lokali, gdzie mogli zjeść i czegoś się napić, lecz z zewnątrz wszystkie wydawały się dość podobne. Ciężko było się zdecydować, zwłaszcza że nigdy wcześniej tu nie gościł. O ile mu wiadomo, Ces również. Nie znali miejsc polecanych i takich, od których lepiej trzymać się z daleka. Najlepiej było zdać się na ślepy traf.
– Prowadź. – Uśmiechnęła się, o ile można powiedzieć tak o osobie, z której twarzy uśmiech praktycznie nie schodził. Uwiesiła się mocniej jego ramienia.
Norbert poprowadził ją do wolnego stolika. Padło na U Jadwigi, bo ogródek tej restauracji wydawał się zdecydowanie największy, lecz był to tylko kaprys chwili. Gdyby wzrok Norberta zatrzymał się na innym lokalu, komisarz pewnie zaprowadziłby ich tam.
– Głodna? – spytał, gdy już wygodnie się rozsiedli.
Ces pokręciła głową.
– Nie jadam kolacji.
Sam był głodny jak wilk. Poczuł się niezręcznie. Będzie się opychał, a ona co? Patrzyła mu w talerz?
– Może jednak? Na pewno warto spróbować miejscowej kuchni. – Marny wykręt, ale jakoś niezręcznie mu było przyznać, że aż skręcało go z głodu.
Ces parsknęła krótkim śmiechem.
– Nie krępuj się mną, zamów dla siebie, co chcesz. Mnie wystarczy lampka wina.
I znów przejrzała go na wylot. Już prawie zapomniał, że czytała z niego jak z otwartej księgi.
– Jesteś pewna? Tak jakoś głupio…
– Okej, zamówię sałatkę, na pewno jakąś znajdę. Zadowolony? – Chyba zamierzała dodać coś jeszcze, lecz umilkła, bo do stolika podeszła kelnerka.
Młoda dziewczyna uczesana w kitkę i o dużych brązowych i jakby lekko wyłupiastych oczach. Resztę twarzy kryła ciemna bawełniana maseczka. Dziewczyna przywitała się i położyła na stoliku dwie karty. Ces sięgnęła po jedną, on ani drgnął. Jego uwagę przykuł emblemat na firmowej koszulce kelnerki.
– No pięknie – usłyszał, gdy tylko ponownie zostali sami – nasza pierwsza randka, a ty gapisz się na cycki jakiejś małolaty.
Zmieszał się, choć tym razem był praktycznie pewny, że Ces żartuje.
– Ja tylko… – zapiszczał. Umilkł, nabrał tchu i już normalnym tonem powiedział: – Czy ona tam miała naszytą czarownicę na miotle?
Ces teatralnie przewróciła oczami.
– Na pewno jesteś policjantem? Gdy wrócimy do hotelu, musisz koniecznie pokazać mi legitymację.
– Nie nadążam – stwierdził lekko skołowany. Do czego piła?
– Nie powinieneś być bystry i spostrzegawczy? – Śmiała się dalej. Ruchem głowy wskazała w bok.
Podążył za jej wzrokiem. Między stolikami, pod parasolami, kołysały się wystrugane z drewna wiedźmy. Rozejrzał się i znalazł nie jedną czy dwie, ale co najmniej z dziesięć. Jak mógł ich wcześniej nie zauważyć? Odpowiedź była prosta – całą uwagę poświęcał Ces, a świat wokół niemal przestał dla niego istnieć. Norbert przemknął łakomym spojrzeniem po sylwetce Sajkowskiej. Co ta kobieta z nim robiła? Gdzie podziała się zimna kalkulacja sprzed kilku dni, gdy patrzył na ubierającą się pospiesznie Marzenę (czy jak tam faktycznie miała na imię)? Wtedy myślał. Myślał za dużo. Obliczał, przewidywał, wykluczał, z góry zakładał możliwe wersje przyszłości. Teraz nawet nie próbował zgadywać, co zdarzy się za godzinę. Raz, że uważał, że Ces i tak go zaskoczy i wszelkie rozważania nie mają sensu, dwa, że nie miał na nie najmniejszej ochoty. Poszedł na żywioł. Niech się dzieje, co ma się dziać. Raz się żyje, nie? Z tym faktem nie było sensu polemizować.
– …mnie w ogóle słuchasz? – Zdał sobie sprawę, że Ces cały czas coś do niego mówi. I najwyraźniej zauważyła, że myślami odleciał gdzieś daleko. – Jeśli tak zazwyczaj zachowujesz się na randkach, to nic dziwnego, że ciągle jesteś sam.
Tu miała pełną rację, ale gdyby zabrnął w ten temat, rozmowa stałaby się znacznie mniej wesoła.
– Przepraszam. – Uśmiechnął się. – Rozmyślałem nadczarownicami.
Tu również w pełni mijał się z prawdą, ale czy miał przyznać, że właśnie rozważał, czemu przy niej głupieje? Odpowiedź przecież była oczywista – hormony. Hormony i więź, którą poczuł od pierwszego spotkania, a która dotąd przykryta była ojcowskim spojrzeniem na Ces. Gdy z niemałym trudem porzucił rolę tatuśka, po prostu wpadł po same uszy. Koniec, kropka.
– Mistrz komplementu. – Ces nie zamierzała porzucić ironii. – Siedzi z piękną, no dobrze, załóżmy nieskromnie, że z piękną, bo rozumiem, że zdania mogą tu być podzielone, zwłaszcza gdyby zapytać jakichś innych pań, kobietą i myśli o starych, pomarszczonych jędzach. Co ja biedna mam o tym myśleć? Że ci je przypominam?
Parsknął śmiechem, nie wytrzymał.
– W najdrobniejszym detalu – oświadczył. Żart był, zdaje się, najlepszą strategią, zwłaszcza że oczy Ces śmiały się do niego. – Tylko ten nos, nad nosem się zastanawiam. Bo są rzeźbione w skali i nie jestem pewien, który byłby dłuższy, twój czy ich.
– Będziesz musiał się naprawdę postarać, bym ci wybaczyła te słowa. – Pogroziła mu palcem.
– Więc co miałbym zrobić? Jak się wykazać?
– Nigdy nie cierpiałam na problemy z wyobraźnią, więc nie bój się, coś wymyślę.
Narzucili maski powagi, bo kelnerka ponownie podeszła do stolika.
– Państwo już coś wybrali?
Norbert nawet nie zajrzał do karty. Owszem, odruchowo otworzył ją przed sobą, ale nie przeczytał choćby pierwszej pozycji.
– Pani chciałaby jakąś sałatkę – zaczął.
– To może Cmentarna łączka?
Zobaczył, jak brwi Ces podjeżdżają w górę. Widocznie ona również nie zaznajomiła się z menu. Wybuchnęli śmiechem jednocześnie.
– Przepraszam, jak? – wykrztusił, gdy nieco się uspokoił.
– Cmentarna łączka. – Kelnerka wskazała mu pozycję w karcie.
Jej sytuacja nie bawiła. Nic dziwnego, pracowała, a patrząc po liczbie zajętych stolików, miała niezły zapieprz. Był piątkowy wieczór, więc goście się dopiero rozkręcali.
Przebiegł wzrokiem po opisie w menu. Pomidory, ogórki, sałata, oliwki, ser. Było jeszcze kilka dodatkowych składników, lecz z poskładania wszystkiego w całość wychodziła zwykła grecka sałatka.
– Zazwyczaj moje zadanie kończy się w prosektorium, ale dzisiaj pójdę krok dalej – powiedziała Celestyna. – Niech będzie ten przedsionek cmentarzyka.
– A dla pana? – Kelnerka nawet nie próbowała dociekać sedna żartu. Miejsce pracy klientki interesowało ją tyle, co zeszłoroczny śnieg. Pewnie zastanawiała się już w duchu, do którego stolika podejść w następnej kolejności.
Nie miał ochoty przeglądać teraz karty i rozszyfrowywać nazw potraw, które podporządkowane zostały wystrojowi lokalu. Co prawda wszędzie pod nazwą widniał skład umożliwiający dość szybkie zorientowanie się w poszczególnych daniach, lecz tak naprawdę chciał tylko, by kelnerka jak najszybciej sobie poszła i zostali znów sami. O ile można zostać samemu w lokalu, gdzie co półtora metra ustawiono kolejny stolik.
– Dostanę schabowego? Z frytkami? – spytał.
Dziewczyna z kitką skinęła głową.
– Stos staropolski plus polana – oznajmiła, przekładając jego zamówienie na wesołą twórczość osoby układającej menu.
– Tylko nie przesadzajcie z solą czy też siarką piekielną, czy jak ją tam nazywacie, bo lekarz nakazał mi umiar. – Nie potrafił się powstrzymać.
– Sól to sól – odparła beznamiętnie kelnerka. – Jakaś specjalna sałatka do tego?
– To, co jest w zestawie. – Machnął ręką, wskazując, że nie ma to dla niego większego znaczenia.
– Coś do picia?
Tego nie lubił najbardziej. Gdyby musiał zamówić czystą, nie miałby żadnego problemu. Z piwem też by sobie poradził. Ale wino? Dla niego istniały tylko dwa: białe i czerwone. Przyjmował do wiadomości, że są różne gatunki, rodzaje i Bóg wie co jeszcze – no dobrze, niech sobie będą – ale za jakie grzechy musiał się w tym rozeznawać? A przynajmniej udawać, że się rozeznaje.
– Dwa razy La Rustica Bianco Malvasia – rzuciła Ces, gdy przewertowała kartę i znalazła wybór alkoholi. – Nie masz nic przeciwko, że zamówiłam bez konsultacji? I że białe? – spytała, gdy kelnerka się oddaliła.
– Nie, skąd.
Był prawie pewien, że Ces dostrzegła jego zakłopotanie i błyskawicznie wybawiła go z opresji. Łaskawie to przemilczała i był jej za to wdzięczny. Obiecałby poprawę, ale jak szybko nadrobić zaległości w sprawie win, nie zostając przy okazji alkoholikiem? Przecież nie będzie studiował nazw, należałoby każdego spróbować.
Wino dostali już po chwili, na jedzenie przyszło poczekać nieco dłużej. W tym czasie wreszcie zajrzeli do kart. Szybko podjęli wyzwanie wynajdywania co zabawniejszych ich zdaniem nazw. Wszystkie zresztą kręciły się wokół stosów, czarownic, kata czy pochówku.
– Podpieczony wisielec. Co to, twoim zdaniem? Ale bez podglądania! – Norbert zamknął Ces kartę.
Sajkowska wzruszyła ramionami.
– Trudne – poskarżyła się.
– Skąd. Łatwizna.
– I ty byś wpadł?
– Pewnie nie – przyznał zgodnie z prawdą. – Ale liczę na twoją inteligencję.
– Kobieta według ciebie powinna być inteligentna? – spytała kokieteryjnie.
– Według mnie każdy powinien być inteligentny. Ale nie zagaduj, jesteśmy przy podpalanym wisielcu. Co to?
– Nie mam pojęcia. Coś flambirowane? Może baranina?
– Jakie?
– Flambirowane. Polewasz czy chociaż skrapiasz alkoholem i podpalasz. Tak zwany płonący półmisek.
– To mów do mnie po polsku. Ja prosty chłop z Warszawy nie znam tych waszych małomiasteczkowych wykwintnych określeń. Ale dlaczego baranina?
– Tak strzelałam. Bo ktoś był baranem, że się dał powiesić? A wracając do twoich uszczypliwości, warszawka to chyba wielkopańskie towarzystwo. Ja przy was to prosta gąska z prowincji.
Norbert upił łyk wina. W kieliszkach wiele już nie zostało, a przecież nawet nie zaczęli jeść.
– Kiedyś wśród znajomych z pracy robiłem rozeznanie. Szukałem osób, które urodziły się w Warszawie. Wiesz, ile znalazłem? Dwie. Na pewnie ze dwadzieścia zapytanych. Współczesna Warszawa to gulasz warzony na resztkach, do środka wrzucone jest wszystko, ale samej stolicy jest tam najmniej.
Ces sięgnęła po kartę, ale Norbert powstrzymał ją w połowie ruchu, kładąc dłoń na jej nadgarstku.
– Bez oszukiwania.
– Poddaję się. – Uniosła ręce. – Nie wymyślę niczego mądrego.
– Karkówka z grilla.
Zaśmiała się. Na moment przerwali rozmowę, bo kelnerka przyniosła ich zamówienie.
– W takim razie pieczone żeberka pewnie nazwali Janosikiem nad ogniskiem. – Ces wróciła do tematu, gdy dziewczyna się oddaliła.
Norbert zajrzał do karty.
– A wiesz, że mają coś w tym guście. Tyle że widnieje tu Harnaś w opałach. – Zamierzał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwał mu dobiegający zza ogródka restauracji krzyk. Bardziej gniewu niż bólu, lecz komisarz i tak momentalnie wyprostował się na krześle. – Sprawdzę – rzucił.
– To chyba nie nasza sprawa. Jedz, byłeś głodny.
– Nazwij to skrzywieniem zawodowym.
Wstał od stolika i ruszył w stronę, skąd dochodziły wrzaski. Mieściło się tam wejście do studni kamieniczki, przy której usytuowano restaurację. Darła się tęgawa kobieta koło sześćdziesiątki, a jej ofiarami było dwóch na oko szesnastoletnich chłopaków.
– Czy coś się stało? – zapytał Norbert.
Kobieta spiorunowała go wzrokiem, jakby zamierzała i jemu posłać odpowiednią wiązankę, lecz ostatecznie tylko nabrała powietrza i wskazała widniejące na ścianie czerwone bazgroły. Namazany symbol przypominał pokrzywioną siódemkę i nie kojarzył się zupełnie z niczym.
Norbert już zamierzał odejść, uznawszy, że faktycznie ta sprawa go nie dotyczy, lecz zatrzymał go jeden z chłopaków.
– Proszę pana, to nie my.
Norbert był bliski wzruszenia ramionami. Niech ktoś miejscowy docieka, czy to dzieło chłopaków czy też oberwało się im, bo zwyczajnie znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Nie powinien się w to mieszać, nie znał tu nikogo, jak miał ocenić prawdomówność chłopaka?
– A kto?! – wydarło się babsko. – Już ja wiem, kto tu maże po murach.
– To było tylko raz, wtedy i nigdy więcej – bronił się nastolatek. Sprawiał wrażenie naprawdę skruszonego. Albo małomiasteczkowi szesnastolatkowie bywają niezwykle pokorni, albo babsko cieszyło się sporym autorytetem.
– Baju, baju.
– Może to faktycznie ktoś inny? – Norbert prawie podskoczył, gdy za jego plecami rozległ się głos Celestyny.
– Niby kto? Już ja znam tych gówniarzy!
– Może ktoś namalował to wcześniej?
– Przed południem jeszcze tego nie było! Kim państwo w ogóle są?
Norbert objął Ces ramieniem.
– Turystami.
– To chyba chcielibyście oglądać mury naszego miasta bez tych szkaradnych bazgrołów? Cholerni gówniarze! Będziecie to zlizywać. Do ostatniej plamki, aż wam się jęzory o tynk zetrą. To może was czegoś nauczy. Kiedyś to ojciec wziął pacha, dupę złoił i głupotę z pustego łba wytrzepał. Teraz wszyscy się szczypią, jaka to wielka zbrodnia uderzyć łobuza. Dalej wychowujcie młodych, że im wszystko wolno. Obudzicie się, jak was na eutanazję oddadzą. Tak będzie, jak nie za dziesięć lat, to za dwadzieścia, do tego dąży ta cała Unia. Za namową Szatana i wbrew Bogu. Jak grzyby po deszczu będą tu powstawały, ale nie zakłady pracy, a obozy koncentracyjne, do których się będzie starych na utylizację oddawało. Do pieca i po kłopocie.
– Chyba pani odrobinę przesadza? – powiedziała ostro Ces.
Kobieta zmierzyła ją zimnym wzrokiem, ale nie odezwała się więcej. Za to od strony rynku, zwabionych krzykami, nadeszło dwoje mundurowych. Kobieta i mężczyzna. Widząc policję, grube babsko wyraźnie się ucieszyło.
– O wreszcie, raz w życiu wtedy, kiedy jesteście potrzebni – przywitała gderliwie patrol. – Aresztujcie ich!
Norbert miał ochotę się wycofać, by lokalsi załatwili sprawę między sobą, lecz Ces trzymała go w miejscu.
– Co się stało? – spytała policjantka. Jedna beleczka wskazywała, że jest starszym posterunkowym, ale i tak oznaczało to, że wspięła się w hierarchii stopień wyżej niż jej kolega.
– Pomazali ścianę. Niech idą do więzienia – gorączkował się babsztyl.
– Może od razu powieśmy ich na placu? – zaproponowała zimno Ces.
Norbert położył jej rękę na ramieniu. Nie powinni się mieszać, lecz wątpił, by potrafił wpłynąć na Sajkowską. Poza tym podobała mu się jej stanowczość i nieustępliwość.
Mundurowych te słowa nie rozbawiły, a autorka całej awantury przesłała Ces mordercze spojrzenie.
– To nie wasza sprawa – prawie to wywarczała.
– Każda niesprawiedliwość jest moją sprawą – zaprotestowała Ces. – Przymykając oczy, wyrażałabym zgodę na zejście tego świata na psy.
– Proszę uspokoić emocje – zaapelowała starsza posterunkowa. Zerkała to na nich, to na miejscową. Widać było, że nie przepada za starym babskiem, ale też czuje wobec niej respekt.
– Doskonale powiedziane – gulgotała zacietrzewiona damulka. – Przyjechali Bóg wie skąd i próbują jątrzyć.
– Przysłała nas Bruksela za pieniądze z Tel Awiwu, byśmy siali lewicowo-genderową zarazę pośród niewinnych bogobojnych Polaków – oznajmiła Ces. – Cały spisek obmyślił Szatan, który chce zniszczyć to będące mu solą w oku chrześcijańskie przedmurze. Nie mówili o tym w Radiu Maryja?
– Nie pozwolę…!
– Spokój! To dotyczy obu pań! – przerwała policjantka.
Mówiąc te słowa, patrzyła jednak na ścianę, jakby bała się zwrócić bezpośrednio do którejkolwiek ze stron. Zdaniem Norberta nie wróżyło jej to oszałamiającej kariery w szeregach policji. Chyba że zwyczajnie trzymała stronę Ces, ale bała się bardziej stanowczo postawić grubej matronie. To brzmiało nawet całkiem prawdopodobnie.
– Czy jest jakiś problem? – usłyszeli za sobą.
Na twarzy starszej posterunkowej odbił się wyraz ulgi.
– Pani podkomisarz.
Norbert się odwrócił. Od strony rynku szła wysoka młoda brunetka. Wyglądała jak studentka, i to na początku swej przygody na uczelni, lecz musiała być znacznie starsza. Stopień wskazywał, że skończyła Wyższą Szkołę Policji.
– Jakiś problem? – powtórzyła.
– Pani Koluszko oskarżyła chłopaków o mazanie po ścianach – wyjaśniła szeregowa policjantka.
– To nie nasza sprawka! – pisnął jeden z zatrzymanych. – Słowo.
Matrona wzięła się pod boki. Zdawało się, że tupnie, a kamienica zatrzęsie się w posadach.
– Żądam, by ich aresztowano – wycedziła.
– A potem spalono na stosie – dodała złośliwie Ces.
Babsztyl obruszył się, ale nic nie powiedział.
– A państwo to…? – spytała brunetka.
Norbert uznał, że najwyższa pora się wtrącić.
– Komisarz Norbert Zawicki z Warszawy, a to moja partnerka. Przyjechaliśmy na weekend, odpocząć.
Podkomisarz obrzuciła ich wzrokiem, po czym skupiła się na chłopakach.
– Zrobiliście to?
– Skąd.
– Kłamią! – wtrącił babsztyl, lecz spojrzenie policjantki przywołało go do porządku.
– Możecie powiedzieć, za to się nie idzie do więzienia. W najgorszym przypadku przyjdzie wam to zmyć, ewentualnie zamalować.
– Kiedy to naprawdę nie my.
Podkomisarz odwróciła się do grubej.
– Widziałaś, jak to rysowali?
– Nie. – Babsztyl nabrał tchu. – Ale to na pewno oni!
– Bo?
– Nikogo innego tu nie było.
– Nikogo prócz osiemdziesięciu osób na rynku – skwitowała podkomisarz.
– Ale…
– …ale sprawdzimy to – nie pozwoliła jej dokończyć. – A teraz wszyscy się rozejdziemy.
– Nie zatrzymacie gówniarzy?
– Bo co? Uciekną za granicę? Nie wygłupiaj się, znasz ich, wiesz, gdzie mieszkają. Poza tym mamy tu twoje słowo przeciwko ich.
– Trzeba gnojków przeszukać, na pewno chowają farbę. – Gruba baba coraz bardziej się gorączkowała.
– Niby gdzie? – Policjantka wskazała nastolatków. Nosili T-shirty i krótkie spodenki. Byłoby im trudno ukryć paczkę papierosów, a co dopiero puszkę ze sprejem.
– Może mają.
– Jasne, każę ich rozebrać do naga, a potem biegać po rozżarzonych węglach, dopóki nie wyznają prawdy. Nie za długo siedziałaś w tej swojej restauracji?
– Nie pozwolę się obrażać – sapnęło babsko i nadzwyczaj sprawnie, biorąc pod uwagę swoje gabaryty i tuszę, odwróciło się na pięcie i odeszło.
– I po sprawie – wyrwało się starszej posterunkowej, gdy już kobieta zniknęła za rogiem.
Podkomisarz skarciła ją wzrokiem.
– Jeszcze odbije się nam to czkawką – stwierdziła. Odwróciła się do Norberta i Ces. – A państwo jak się w to wplątali?
– Usłyszałem krzyki – wyjaśnił Zawicki.
– Rozumiem, służba drugą naturą.
– Coś w ten deseń – przyznał. – Ale musimy już iść, jedzenie stygnie.
Podkomisarz zaśmiała się szczerze.
– Rozumiem, że za rogiem? U Jadwigi?
– Tak, a co?
Kobieta potrząsnęła głową.
– Nie, nic. Dobrze tylko, że nie powiedzieliście tego wcześniej. Ta urocza pani, która już na szczęście nas opuściła, jest właścicielką lokalu. Znając ją, jeszcze by was wyrzuciła.
– Pani Jadwiga?
– Irena, nazwa nie ma z nią nic wspólnego, to… – Podkomisarz machnęła ręką. – A zresztą nieważne.
– Chyba odebrałaś mi apetyt – oznajmiła Celestyna.
– Ja nadal jestem głodny – zaprotestował Norbert. Zaburczało mu w brzuchu. Kotlet wyglądał naprawdę dobrze, a nawet go nie spróbował.
– Dobrze, zjemy, byś mi nie padł, ale następnym razem znajdziemy inny lokal. Ten zamierzam omijać z daleka.
Wziął Ces pod ramię.
– Na ten układ mogę przystać.
