44,99 zł
NOWA POWIEŚĆ BESTSELLEROWEJ FRANCUSKIEJ AUTORKI
PONAD 100 TYSIĘCY SPRZEDANYCH EGZEMPLARZY
Abigaëlle od ponad dwudziestu lat żyje w odosobnieniu w klasztorze na burgundzkiej prowincji. Jej dawne życie? W większości je zapomniała. Z dzieciństwa pozostały jej tylko obrazy, które nie składają się w całość. Pogrzeb. Pudełko zapałek wciśnięte w dłoń. Sylwetka brata odchodzącego ze strzelbą. Nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, czyj to był pogrzeb. I dlaczego właśnie wtedy wszystko, co znała, obróciło się w popiół.
Z daleka obserwuje paryskie życie swojego brata Gabriela, który stał się popularnym i cenionym przez krytyków pisarzem. Jednak kiedy mężczyzna spotyka promienną Zoé i zakochuje się w niej bez pamięci, Abigaëlle ogarnia niepokój. Ponieważ tylko ona wie, kim naprawdę jest jej brat…
Poruszająca opowieść o bliznach, które nie znikają. O sekretach, które potrafią niszczyć życie przez pokolenia. I o iskrze nadziei, która – jeśli się jej pozwoli – może rozświetlić najciemniejszy mrok.
Marie Vareille ma dar dany niewielu. Potrafi opowiadać o trudnych tematach w sposób przystępny, ale niespłycony, wciągający od pierwszego zdania, trzymający do końca w napięciu. Ostatnia zapałka opowiada o rozbrajaniu traumy związanej z przemocą w rodzinie. Bohaterowie mają świadomość, że każdy fałszywy krok grozi katastrofą. To świetnie skonstruowana historia, kipiąca od emocji, wstrząsająca, ale niepozbawiona nadziei, jaką daje światło ostatniej zapałki. Abigaëlle, Gabriel i Zoé zostaną z wami na długo.
Joanna Bator
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 252
Data ważności licencji: 6/24/2030
Tytuł oryginałuLa Derniere allumette
Copyright © Charleston 2024, Charleston, une marque des Éditions Leduc, 76 Boulevard Pasteur, 75015 Paris – France Published by arrangement with Lester Literary Agency & Associates
Copyright © for the translation by Agnieszka Dywan
Projekt okładkiAleksandra Kosman
Zdjęcia na okładce© Peter Mossman | iStock© Pawel Czerwinski | Unsplash
Projekt typograficzny okładkiKatarzyna Borkowska
Redaktorka nabywającaEliza Kasprzak-Kozikowska
Redaktorka prowadzącaKatarzyna Homoncik
AdiustacjaIda Świerkocka
KorektaKatarzyna Homoncik, Karina Bednarska-Markot
Opieka redakcyjnaNatalia Hipnarowicz-Kostyrka
Opieka promocyjnaPaulina Sidyk
ISBN 978-83-8427-685-3
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Małemu chłopcu z Sarcelles, który został wytwórcą skrzydeł,inżynierowi-ekspertowi od szalonych marzeń,temu, który trzydzieści dziewięć lat temu przytwierdził najpiękniejsze piórado mych dziecięcych ramionza pomocą śrub i trzpieni,bo zbyt blisko słońca wosk się topi…Krótko mówiąc,Mojemu Tacie
„Ptak urodzony w klatce myśli, że latanie to choroba”.
Alejandro Jodorowsky
„Dorośli, to pewne, pośrednio pokazali, że wyrządzanie zła jest dobre”.
IAM, Petit frère
Artykuł 371-1 francuskiego kodeksu cywilnego odczytywany podczas zawarcia aktu małżeństwa:
Władza rodzicielska to zbiór praw i obowiązków służących dobru dziecka. Należy ona do rodziców aż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletności lub samodzielności, aby chronić jego bezpieczeństwo, zdrowie i morale, zapewnić mu wykształcenie i umożliwić rozwój z należytym poszanowaniem jego osoby.
Obecnie
Gabriel nie jest tym, za kogo go uważacie. Nikt nie wie tego lepiej ode mnie, bo jestem jego młodszą siostrą, a więzy krwi, które nas łączyły w dzieciństwie, niestety nigdy się do końca nie rozluźniły. Ale to nie moja wina, bo zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby trzymać go z dala od siebie. Nawet teraz, chociaż przekroczył już czterdziestkę, wciąż nie może się powstrzymać i odwiedza mnie w klasztorze dwa razy w miesiącu, w sobotę. Opowiada mi o swoim życiu z najdrobniejszymi szczegółami, nigdy nie pytając, co u mnie. Jestem jedyną osobą, której pokazuje prawdziwą twarz. Dobrze wie, że gdyby kiedykolwiek zaświtała mi myśl o zdradzeniu jego sekretów, słowa wariatki warte byłyby tyle co wiatr unoszący się nad błotnistym terenem, na którym kiedyś stał nasz dom rodzinny. Słyszałam niedawno, jak siostra Marie-Clotilde mówiła, że wkrótce powstanie tam parking. Nie mogę się doczekać. Perspektywa warstw gorącego asfaltu pochłaniających resztki mojego dzieciństwa napawa mnie radością.
Od dwudziestu siedmiu lat mieszkam w opactwie Sainte-Marie-de-la-Saône w Genevigny. Śmiertelnie się tu nudzę. Ale mogło być gorzej. Mogłam być gdzie indziej, stawiać czoła prawdziwemu światu, prawdziwym ludziom. Z mojego łóżka widzę niebo i majestatyczne konary kilkusetletniego dębu. Siostry zapewniają odwiedzających, że w jego cieniu stanęła na popas Joanna d’Arc, zmierzająca wyzwolić Orlean z rąk Anglików. Chwyt reklamowy dla turystów czy prawda historyczna? Nigdy nie udało mi się tego ustalić. Zresztą nie o to chodzi. Trzymajmy się tematu. A tematem jest mój brat. Gabriel. A przynajmniej tak sądzę. Rozplątywanie wątków tej historii nie jest łatwe, biorąc pod uwagę mój stan.
Jedno jest pewne – moja historia zaczyna się i kończy pogrzebem. Wolę to od razu powiedzieć, żeby oszczędzić wam przykrych niespodzianek, a poza tym trzeba od czegoś zacząć, więc zacznijmy właśnie w tym punkcie – od pogrzebu. Tamtego dnia nikt nie odezwał się ani słowem do Gabriela. Nikt go nie przytulił. Nikt go nie pocieszył. Ja tym bardziej, to oczywiste. Moje wspomnienia są mgliste i niektóre szczegóły mi umykają. Kto umarł? Nie mogę sobie przypomnieć. Amnezja pourazowa, jakby powiedziała doktor Hassan. Oczywiście tożsamość zmarłego to podstawowa informacja, kiedy jesteś na pogrzebie, ale kto nigdy nie miał dziur w pamięci, niech pierwszy rzuci kamieniem.
W dniu pogrzebu Gabrielowi przybyło lat. Jego wzrok był nieruchomy, suchy. Nie dostrzegłam w nim żadnych emocji. Jego jedyną reakcją był lekki dreszcz, kiedy usłyszał głuchy dźwięk pierwszej łopaty ziemi spadającej na sosnową trumnę. Było mu zimno, mimo sierpniowego słońca, którego promienie padały na łysą i błyszczącą czaszkę naszego ojca. Ten tymczasem płakał niemal bezustannie od trzech dni. Obserwowałam go w milczeniu. Jego szerokimi, zgarbionymi żałością ramionami wstrząsał niekontrolowany szloch, który sprawiał, że potężne ciało przypominało szmacianą lalkę. A moja matka? Dziwne, ale nie pamiętam jej z tamtego dnia. Miałam dwanaście i pół roku. Musiałam stracić kogoś bardzo ważnego, bo po pogrzebie już nigdy nie byłam taka sama. Nic tak skutecznie nie katapultuje cię bez ostrzeżenia w neurozy wieku dorosłego jak tragedia.
W pogrzebie uczestniczyło wielu mieszkańców naszej małej burgundzkiej miejscowości. Z głowami zwieszonymi w dół mamrotali: „tragedia, nieszczęście, dramat”. Jakby samo szeptanie tych słów pełnym żalu głosem robiło z nich porządnych ludzi. Jakby nie ponosili odpowiedzialności za tę tragedię-nieszczęście-dramat. Gdyby ktoś zapytał mnie o zdanie, nie zaprosiłabym ich. Ale oczywiście nikt mnie o to nie pytał.
Gabriel, mój ojciec i ja trzymaliśmy w dłoniach po jednej czerwonej róży, z której kwiaciarz usunął kolce. Podczas mszy wpatrywałam się w gładką łodygę, myśląc, że ludziom też powinno się usuwać kolce, tak jak robi się to kwiatom. Nie zareagowałam, kiedy ciepła dłoń Gabriela wsunęła w moją dłoń pudełko zapałek. Przechowałam je przez wszystkie te lata. Czerwone słońce narysowane na wieczku tak wyblakło, że prawie go nie widać, a w środku została tylko jedna zapałka. Nigdy nie mogłam zdobyć się na to, by je wyrzucić. Nie bardzo wiem dlaczego.
Nie chciałam zaglądać do trumny. A tym bardziej zobaczyć, kto w niej leży. Ta wiedza była zbyt bolesna. Może to właśnie dlatego dziś nie potrafię sobie wszystkiego przypomnieć. W kościele nie odważyłam się podnieść głowy, dopóki nie usłyszałam dźwięku zamykanego wieka. Za wcześnie. Zdążyłam tylko dostrzec kawałek dziwnie znajomego materiału. Błękit w stokrotki. Apaszka Mamy? Co ona robiła w tej trumnie? Nie. Pomyśl o czymś innym. Szybko wymaż to z pamięci, zanim zdąży się w niej zapisać.
Doktor Hassan, psychiatrka, do której chodziłam kiedyś na polecenie administracji szkolnej, zawsze powtarzała, że zniekształcanie prawd, które nam nie odpowiadają, nie jest żadnym rozwiązaniem. Z perspektywy czasu sądzę, że może i miała rację. Problem z kłamstwami polega na tym, że zawsze pociągają za sobą konsekwencje. Jak ten pogrzeb, na przykład. Biedna doktor Hassan. Tak bardzo obwiniała się o to, że nie umie odróżnić prawdy od kłamstwa w tym, co jej opowiadam. Trudno mieć do niej pretensje. Ja sama też zawsze miałam ogromne trudności z odróżnieniem tego, co dzieje się w mojej głowie, od tego, co dzieje się naprawdę. Przyznaję, że mam lekką tendencję do wypełniania pewnych luk czy do zastępowania nieprzyjemnych elementów życia wytworami mojej wyobraźni. Wiem rzeczy, których nie powinnam wiedzieć, czasem przypominam sobie wydarzenia, w których nie uczestniczyłam, zatem całkiem możliwe, że po prostu je wymyśliłam. Ale nie jestem szalona wbrew temu, co oni mówią. Uważam nawet, że jestem całkiem zdrowa na umyśle, w każdym razie przez większość czasu.
Moja rodzina nigdy nie wydawała się tak zjednoczona, jak wtedy przy tej trumnie. Tuliliśmy się do siebie w hipokryzji i bólu, jakbyśmy grzali się w cieple kominka. Pamiętam, że zastanawiałam się, czy ktoś zwróci uwagę na to, jak bardzo to ostentacyjne cierpienie i te krwiste róże są nie na miejscu. Ale nie. Tragedia. Nieszczęście. Dramat. To wszystko. Z perspektywy czasu wciąż dziwi mnie, że nikt nie był zszokowany, widząc, jak łamiemy jedną z podstawowych zasad dobrego wychowania – nie przychodzi się na pogrzeb osoby, którą się zabiło.
To przecież podstawa.
Po pogrzebie Gabriel wrzucił do swojego plecaka kilka ubrań, wszystkie płyty Pink Floyd, wszystkie oszczędności sąsiadki, pani Michelez, oraz półautomatyczną strzelbę Taty. Z typową dla niego zaskakującą delikatnością zawinął broń w folię bąbelkową i zabezpieczył ją moimi gumkami do włosów. Tymi, które najbardziej lubiłam, kiedy byłam mała – żółtymi z tęczą. Ukradł też moje pamiętniki – te zeszyty ukryte w śmierdzącej pleśnią kotłowni, w której zwykle mnie zamykał. Krzyknął, że wychodzi do kumpla i zostanie tam na kolację. Nigdy więcej nie wrócił.
Zaciskając w dłoni pudełko zapałek, patrzyłam, jak odchodzi. Strzelba owinięta folią bąbelkową wystawała z jego półotwartego plecaka. Odwrócił się tylko raz, kiedy dotarł do skwerku na końcu ulicy, gdzie czasem mnie zabierał, by palić papierosy kradzione z PMU1. Przez kilka sekund wpatrywał się w okno mojego pokoju. Wiedziałam, że o mnie myśli, a jednak byłam pewna, że jego stopa już nigdy nie postanie w naszym domu. W miarę jak jego sylwetka stawała się mniejsza, oddychałam coraz swobodniej. Byłam spokojna jak nigdy wcześniej, bo wiedziałam, że mój starszy brat i ta strzelba są najdalej, jak się da, od domu, w którym dorastaliśmy. Zamknęłam oczy i z całych sił modliłam się, by o mnie zapomniał.
Oczywiście Bóg nie wysłuchał moich modlitw.
1 PMU (Pari Mutuel Urbain) – kawiarnia lub sklep tytoniowy, w którym można obstawiać wyścigi (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
1990
Doktor Hassan powiedziała, że powinnam uporządkować myśli, a myśli łatwiej się porządkuje, gdy się je zapisuje, niż gdy się o nich mówi. Potem dała mi ten zeszyt, żeby pomóc mi uporządkować mózg. Tutaj mogę wszystko opisać, bo nikt nie ma prawa tego czytać. To się nazywa poszanowanie mojej prywatności (to znaczy, że to tylko moje). Muszę opowiadać rzeczy po kolei. Bo mam w głowie zbyt dużo myśli. Czasem latają we wszystkie strony, jak stado ptaków zamkniętych w za ciasnym pokoju. To nie jest dla nich zabawne, biedactwa. Kiedy tak się dzieje, nie mogę skończyć tego, co chciałabym powiedzieć. Początki i końce zdań mieszają się jak litery w woreczku od Scrabble’a, kiedy nim potrząsam. Nie lubię, gdy tak się dzieje. Zaczynam się jąkać, gubię się, a moi przyjaciele nazywają mnie debilką. Doktor Hassan mówi, że prawdziwi przyjaciele nie nazywają tak swoich przyjaciół. Mówi też, że nie jestem opóźniona umysłowo. Mówi, że tak naprawdę to jest wręcz przeciwnie.
Mówi: Statystycznie rzecz ujmując, Abigaëlle, jedynie 0,1 procent ludzi na ziemi ma ajku wyższe lub równe twojemu.
Mówi też: Ale nawet jak ktoś jest bardzo inteligentny, niebezpiecznie jest bawić się zapałkami.
Ajku to znaczy, że jestem bardzo inteligentną dziewczynką, jak ptaki, które wiedzą wszystko o życiu, które nigdy nie płaczą i cały czas latają i śpiewają.
A 0,1 procent to naprawdę niewiele.
Próbuję wierzyć doktor Hassan i już nie myśleć, że jestem debilką, bo to sprawia, że staję się smutna, ale czasami to bardzo trudne. Nawet sąsiadka, pani Michelez, często mruczy (to znaczy mówi bardzo cicho, jakby wyjawiała jakiś sekret), klepiąc mnie po głowie, że brak mi piątej klepki. To zabawny i bardziej miły sposób powiedzenia, że jestem stuknięta. Nie lubię tego słowa. Jest przerażające. Wolę być opóźniona umysłowo niż stuknięta. Ale pani Michelez jest miła. Zawsze zaprasza Mamę na filiżankę herbaty lub czekolady. Lubię panią Michelez. Chociaż czasem zdarza się, że sama ma coś z głową. Jak wtedy, kiedy zadzwoniła do naszych drzwi w środku nocy, by pożyczyć zioła prowansalskie. To było śmieszne, ale trochę smutne, nie wiem czemu. Zwłaszcza że nie mieliśmy ziół prowansalskich, bo Tata uważał, że Mamy nawyk dosypywania ziół prowansalskich do każdego dania jest obrzydliwy. Nie jesteśmy baranami.
O, znowu to samo, myśli latają we wszystkie strony.
Muszę się skupić.
Mieszkam w Genevigny (to w Burgundii), w paliwonie w rezydencji standing z moim bratem Gabrielem i moimi rodzicami. Zapomniałam napisać, że nazywam się Abigaëlle Lemonnier i mam siedem lat. To wiek rozumu. Tak Tata mówi ludziom: „paliwon w rezydencji standing”. To po angielsku. Tak naprawdę to wcale nie jest paliwon, tylko taki domek z innymi podobnymi do siebie domami dookoła i drogą pośrodku. W oknach stoją doniczki z pelargoniami, a trawniki są zielone jak w Asteriksie u Brytów. Na podeście pierwszego piętra zamiast ściany jest duży kolorowy witraż z drzewami i ptakami. To szkuta nowoczesna. Taki witraż jest o wiele lepszy niż ściana. Ten witraż to moje ulubione miejsce. Kładę się na podłodze z moją przytulanką, pluszowym królikiem, który nazywa się Albert, i patrzę, jak słońce wpada przez drzewa i ptaki narysowane na szkle. To wygląda jak złote smugi między liśćmi w prawdziwym lesie. Wszędzie pojawiają się plamy światła – na podłodze, na mojej twarzy i na moim podkoszulku. To tak, jakbym latała wśród gwiazd.
Czym zajmuje się mój starszy brat Gabriel? Ma dziesięć lat, jest chłopakiem i daje mi kuksańce.
Co robią moi rodzice: Mama to wróżka. Nawet Tata tak mówi, jest prawdziwą wróżką leniuszką. Przedtem była asystentką pielęgniarki, ale przestała, żeby zostać wróżką, kiedy się urodziłam, bo i tak nie zarabiała dużo, a Tata nie mógł pozwolić na to, żeby dziwkowała się z lekarzami na dyżurze. Tego nie robi się Tacie. Teraz Mama ma dużo szczęścia, bo już nie musi pracować. Cały czas odpoczywa i opiekuje się nami i domem. Sprząta i gotuje, ciągle słuchając tej samej piosenki. To piosenka, przy której się płacze. Jest po angielsku. Ten głos i melodia sprawiają, że w brzuchu czuję fale. Płynne szczęście przepływa przez moje ręce i nogi. I trochę też ściska mnie w sercu, nie wiem dlaczego. W każdym razie to najpiękniejsza piosenka na świecie, to pewne.
No i jeszcze Tata. Mój Tata jest naprawdę mądry. Pracuje w biurze. Kiedyś zapytałam go, co tam robi, ale po jedenastu sekundach zaczęłam gapić się na kurz wirujący w promieniach słońca, bo lubię to robić. Zauważył, że go nie słucham, roześmiał się i powiedział: „Idź się pobawić”. Mój Tata zawsze jest dla mnie miły. Nigdy mnie nie bije. W tamtą sobotę zabrał mnie i Gabriela do kina na Kevina samego w domu i kupił nam popcorn i lody, co nie było zbyt rozsądne, a Mama prosiła, żeby był rozsądny.
Kiedy pracuje się w biurze, można robić mnóstwo rzeczy. Na przykład praca doktor Hassan w biurze polega na marszczeniu brwi. I na słuchaniu, jak opowiadam jej o moim życiu, albo na oglądaniu moich rysunków i kiwaniu głową. To się nazywa psychiatra szarlatan, wyjaśnił mi Tata. I to są babskie wymysły, ale szkoła chce, żebym tam chodziła z powodu zapałek, mojej złamanej ręki, kiedy skoczyłam z dachu, i innych niedopuszczalnych wybryków, jak powiedziała dyrektorka, ale nie chcę o tym pisać, bo byłoby za długo, a zaczyna mnie już boleć ręka. Tak czy siak, Tata ma prawdziwą pracę. Nie odpoczywa całymi dniami jak Mama przy sprzątaniu, gotowaniu i praniu. W kwestionariuszu na początku roku szkolnego w rubryce „praca” kazał mi napisać „kadry”. Jak przy obrazie w muzeum. To mnie rozśmieszyło, kiedy siedziałam sama w ławce, a moi przyjaciele nazwali mnie dziwadłem. Nie wiem dokładnie, co to znaczy „kadry”, i w zasadzie mam to w nosie. Tata ma też w biurze kolegę, który nazywa się „ten dupek Lemarchand”. Nie lubię tego dupka Lemarchanda, bo zachowuje się jak homoś i to sprawia, że Tata jest w złym humorze. Umiem odgadnąć, kiedy Tata jest w złym humorze po tym, jak trzaska drzwiczkami samochodu. Bo nie lubię, kiedy Tata jest w złym humorze. Mama też nie. Robi się cała blada. Nie wiem, jak Gabriel. Muszę go spytać. W każdym razie praca Taty to poważna sprawa. Karmi nas i utrzymuje rodzinę nierobów, którzy bez niego wylądowaliby pod mostem z powodu tej wróżki, mojej Mamy. A wtedy nie bylibyśmy tacy wredni, to pewne.
Staram się wyrażać jasno, bo to, co się stało, jest poważne. Doktor Hassan powiedziała, że kluczową (czyli bardzo ważną) sprawą jest, żebym odtworzyła kolejność wydarzeń, które doprowadziły do problemu mojej złamanej ręki, bo pomyślałam, że jestem ptakiem, i skoczyłam z dachu. Teraz noszę gips. Ale nikt nie rysuje na nim serduszek, tak jak na gipsie Céline. Smutno mi z tego powodu. Więc poprosiłam Gabriela, który świetnie rysuje, bo ma już prawie jedenaście lat – a on narysował mi na gipsie ten las z witraża. Ładny, ale wolę serduszka. Serduszka oznaczają miłość. A Mama mówi, że miłości nigdy dość. Zgadzam się. Jestem zakochana w Céline. Nie wiem, czemu wszyscy się śmiali, kiedy to powiedziałam.
Nie zawsze zdaję sobie z tego sprawę, ale czasem zapominam różne rzeczy. W każdym razie tak mówi doktor Hassan. Kiedy mój mózg nie chce czegoś zrozumieć, chowa to bardzo głęboko w mojej głowie i jest tak, jakbym wszystko zapomniała. To ta mnezja z powodu dresu powyrazowego. Bo skoczyłam z dachu. Czasem nawet tworzę nowe wspomnienia. Doktor Hassan mówi, że to tak jak sadzenie kwiatków tam, gdzie się zakopało coś bardzo brzydkiego albo przerażającego. Ale ono ciągle tam jest. Zakopywanie wspomnień jest jak ignorowanie (czyli niemyślenie o tym) małego skaleczenia, które trzeba oczyścić. Bo może wdać się zakażenie i rozejść się po całym ciele. A kiedy tak się zdarzy, to bardzo źle, bo zakażenie to poważna sprawa, niebezpieczna. Dlatego Gabrielowi wycięli wyrostek. Tak samo jest z moją złamaną ręką. Czasem wiem, dlaczego skoczyłam z dachu. Ale kiedy próbuję o tym opowiedzieć, nie wiem. Bo to jest zakopane.
Doktor Hassan mówi: Nie wiesz czy nie chcesz pamiętać, Abigaëlle?
Próbuję odpowiedzieć, ale boli mnie głowa, jest mi duszno i się boję. Więc zakopuję i sadzę kwiatki. Tulipany. Bardzo lubię tulipany.
Doktor Hassan mówi, że to ważne, żeby odróżniać to, co prawdziwe, od tego, co zmyślone.
Jakby to było takie proste. A to jest tak, jakbym chciała oddzielić białka od żółtek w usmażonym omlecie.
Mama już nie smaży omletów z kawałkami boczku. Ostatnim razem Tata rzucił talerzem o ścianę, bo nie ożenił się po to, by żreć omlety codziennie. A ja lubiłam omlety. Na tapecie została mała tłusta plama. Wygląda jak Korsyka.
Doktor Hassan mówi: To nie jest takie trudne, prawda to fakty.
Prawda to fakty.
Prawda to fakty.
Prawda to fa…
Moja Mama jest wróżką, mówi, że wszystko będzie dobrze. Żebym się nie martwiła. Najważniejsze, żebyśmy się kochali. Ale czasem mówi też: to się źle skończy.
Ja też, jak urosnę, chciałabym być wróżką. Ale one nie istnieją. Oprócz mojej Mamy. Więc zostanę raczej bibliotekarką, bo uwielbiam czytać, albo psychiatrą szarlatanem, jak doktor Hassan. To nie byłoby takie złe, bo wtedy miałabym przyjaciół, którzy przychodziliby do mojego biura, żeby porozmawiać. W każdym razie kiedy dorosnę, będę zawsze miła dla opóźnionych umysłowo i stukniętych jak ja, bo wiem, że oni nie mają przyjaciół i dlatego są smutni.
Siadamy do stołu. Muszę iść, bo inaczej Tata będzie się denerwował, a najważniejsze, żeby nie denerwować Taty.
Obecnie
Kiedy usłyszycie, z jaką dokładnością opiszę sceny, o których mi opowiedziano, pewnie pomyślicie, że trochę podkoloryzowałam całą historię. A jednak wszystko, co powiem, to prawda. Jestem tego prawie pewna. Powiedzmy, na dziewięćdziesiąt procent. Tu i ówdzie dodaję jedynie odrobinę poetyckiego ciała do zimnego szkieletu faktów, żeby przykuć waszą uwagę. Mój cel jest jednak inny: spróbować odkopać prawdę, nie dając się zbytnio ponieść wyobraźni. Widzę bowiem ryzyko nowego dramatu, zwłaszcza odkąd jedyny temat podnoszony przez mojego brata podczas codwutygodniowych wizyt w klasztorze sprowadza się do trzech liter: Zoé. Kiedy pierwszy raz wymówił to imię, zły omen usiadł mi na ramieniu niczym kruk o ciemnych piórach. Innym razem, kiedy żegnał się ze mną, żeby do niej wrócić, prawie się uśmiechnął. Wciąż trudno mi w to uwierzyć, ale przysięgam wam, że to prawda.
Sprecyzujmy: Zoé nazywa się Zoé Boisjoli.
Trudno nie zapamiętać tak uroczego nazwiska jak Boisjoli1, biorąc pod uwagę fobię Gabriela przed lasami i drzewami. Jeszcze długo po pogrzebie sama myśl o wiośnie czy wizja pąków kwiatów mogła wywołać u niego wielki atak paniki.
Gabriel nigdy wcześniej nie mówił tak dużo o żadnej swojej relacji. Mógł udawać, jak zwykle, że to nic poważnego, ale wyczuwałam, że za jego potrzebą opowiadania o życiu tej dziewczyny w najdrobniejszych szczegółach kryje się niepokojąca fascynacja. Kilka razy nawet ją narysował. A Gabriel rysuje tylko to, co jest jego obsesją (ja i nasze dzieciństwo), to, co go przeraża (lasy i drzewa), lub to, czego nie potrafi pojąć (Zoé).
Na logikę losy Zoé i Gabriela nigdy nie powinny były się przeciąć. Ich przypadkowe spotkanie na skutek awarii sygnalizacji na linii B paryskiej kolejki RER można dopisać do długiej listy nieprzewidywalnych zdarzeń spowodowanych przez RATP2. Zoé, która jechała do siódmej dzielnicy na lunch ze swoim najlepszym przyjacielem Sofianem, dotarła tam z półtoragodzinnym opóźnieniem. Sofiane o czternastej miał spotkanie w sprawie prezentacji budżetu i nie mógł na nią czekać. Były wakacje, a Zoé jest nauczycielką, postanowiła więc skorzystać z wolnego czasu i pospacerować po tej prześlicznej części Paryża. Zoé należy do tego typu ludzi, którzy umieją dostrzec szczęśliwy traf tam, gdzie większość widzi paskudne zrządzenie losu.
Zaskoczona zimnym, ulewnym deszczem, weszła do maleńkiej księgarni ukrytej w brukowanej uliczce. Drzwi zamknęły się za nią z brzękiem dzwoneczka, a Zoé zatrzymała się, gdy jej wzrok napotkał spojrzenie małej dziewczynki. Patrzyła na nią wielkimi oczami, jednym zielonym i jednym brązowym. Stała bokiem. Trudno było określić, czy niebieskie pióra za jej plecami to peleryna, złożone skrzydła czy po prostu przedłużenie jej blond włosów. Na jej prawym ramieniu siedział maleńki turkusowy ptak z cienkim czerwonym dziobem. Koliber. Spojrzenie dziewczynki było tak żywe, że minęło kilka chwil, zanim Zoé zorientowała się, że patrzy na plakat promujący książkę. Przeczytała tytuł wytłoczony srebrnymi literami: Tragiczne przypadki Abi Colibri. Poniżej nazwisko autora: Gabriel Mancini. Nigdy dotąd nie słyszała o moim bracie, mimo jego pewnej sławy w środowisku artystycznym. Zaintrygowana, chwyciła książkę. Była to jak dotąd najlepsza pozycja Gabriela, najnowsza część wielokrotnie nagradzanej serii, której inspiracją – choć nikt o tym nie wie – jestem ja. To opowieść o małej dziewczynce, która przez lustra lub studzienki kanalizacyjne wpada do fantasmagorycznych lasów, zamieszkanych przez tajemnicze istoty: półkobiety, półkwiaty, cyklopowe lalki, meduzy o czułych gestach czy – moją ulubioną postać – Kleopatrę o oczach okolonych niebieskimi motylami. Zoé z zachwytem przewracała kolejne strony.
Mroczne i niewytłumaczalne piękno tekstu i ilustracji ją poruszyło. Żadna książka, film, koncert, dzieło oglądane w Luwrze czy w Musée d’Orsay nigdy nie wywarły na niej takiego wrażenia, jak te obrazy wprost z udręczonego mózgu mojego starszego brata. Różnie można myśleć o Gabrielu jako o człowieku, ale ma ogromny talent. To fakt. Jego obrazy, rysunki i opowiadania wielokrotnie określano w poważnych programach i gazetach mianem wysublimowanych. Czasem porównują go do Dalego lub Magritte’a. Potrafi przedstawić dzieciństwo z całą jego niewinnością i brutalnością. Z cuchnącego błota, które pochłonęło wczesne lata naszego życia, nauczył się tworzyć poezję. To była kwestia przetrwania. Oczywiście Zoé ani przez chwilę nie pomyślała, że tak bogaty i wyjątkowy świat wyobraźni mógł powstać z cierpienia i chaosu.
Wyszła z księgarni z książką. W kolejnych dniach kupiła całą serię Abi Colibri, a potem wszystko, co Gabriel zilustrował lub napisał w ciągu swojej kariery – Bajki Perraulta i Baśnie Andersena, opowiadania Edgara Allana Poego, Hitchcocka, powieści sióstr Brontë, legendy z Dalekiej Północy… Zoé nie jest zbyt bogata, ale nie potrafi kochać połowicznie – ani ludzi, ani rzeczy.
Kontemplowanie tych gotyckich uniwersów, głębokich, mglistych lasów, podmorskich miast czy lodowych zamków napawało ją dziecięcą radością – nawet kiedy czasem czuła silną potrzebę, by wziąć małą bohaterkę za rękę i zabrać ją daleko od tych przeklętych lasów, w stronę światła i radości, na które zasługuje każde dziecko. Za to właśnie od razu pokochałam Zoé – bardziej, niż pozwalałby na to rozsądek.
Zoé nigdy nie wpisała w wyszukiwarkę hasła „Gabriel Mancini”. Według niej autor, a tym bardziej autor będący zarazem ilustratorem i malarzem, był albo bardzo stary, albo już nie żył, albo a minima obracał się w tajemniczych sferach, niedostępnych zwykłym śmiertelnikom. Była więc bardzo zaskoczona, kiedy właścicielka księgarni, u której kupiła wszystkie książki Gabriela i z którą się zaprzyjaźniła (Zoé zaprzyjaźnia się ze wszystkimi), zadzwoniła, by zaproponować jej bilet na adaptację teatralną Abi Colibri z udziałem autora.
– Wygrałam wejściówkę w konkursie zorganizowanym przez wydawnictwo – wyjaśniła kobieta. – Jestem fanką Gabriela Manciniego, wie pani. Niestety w tym samym czasie moja najstarsza córka bierze udział w pokazie boksu tajskiego i muszę tam być.
Zoé, jak zawsze otwarta na wszelkie propozycje, jakie oferuje jej życie, przyjęła wejściówkę i poszła do teatru. Dotarła tam tuż przed podniesieniem kurtyny, dokładnie w chwili, gdy gasły światła na sali. Pierwszy akt jej się nie spodobał. Podczas antraktu serwowano szampana i mikroskopijnych rozmiarów ptifurki na srebrnych tacach. Producent odpowiadał za artystę na pytania zawiedzionych widzów, bo Gabriel nie uznał za stosowne pojawić się na premierze adaptacji swojej książki. Zoé była rozczarowana – spektakl nie dorastał do poziomu książek, a ona sama czuła, że to nie jej świat. Życie jest zbyt krótkie, by tracić czas na to, co nie daje radości. Wyszła.
Mrok zgęstniał, a mokre chodniki lśniły w świetle ulicznych latarni. Obok wejścia do teatru stał mężczyzna. Nie będę was trzymać w napięciu – jak się domyślacie, był to mój brat, ale Zoé oczywiście nie miała o tym pojęcia. Palił papierosa, stojąc w półmroku, a jego długi płaszcz, mimo zimna, był rozpięty. Zoé, nie zwracając na niego uwagi, wyciągnęła telefon, by sprawdzić, gdzie jest najbliższa stacja metra.
– Nie zostaje pani na drugi akt?
Zaskoczona, podniosła wzrok. Uśmiechnęła się do niego (Zoé uśmiecha się do wszystkich).
– Bardzo podobają mi się te książki, ale jestem rozczarowana adaptacją.
Na chwilę zapadła cisza, podczas której Gabriel przyglądał się jej z zaciekawieniem.
– Jest raczej wierna oryginałowi, prawda?
– Nie sądzę.
– A czym się różni?
Zoé zmarszczyła brwi.
– Jest zbyt ponura, przypomina mi filmy Tima Burtona.
Oparty o ścianę Gabriel wypuścił w wilgotne powietrze smugę dymu, jakby chciał zachować pozory pewności siebie. Jak wielu artystów miał przerośnięte ego, a jednocześnie była w nim chorobliwa niepewność – ta paradoksalna mieszanka sprawiała, że był wyjątkowo drażliwy na wszelkie opinie inne niż pełne zachwytu. Zbyt dumny, by przyznać, że nieistotna uwaga z ust kogoś takiego jak Zoé może go dotknąć, odpowiedział z fałszywą obojętnością:
– Nie jest pani prawdziwym odbiorcą Abi Colibri.
– Uczę w szkole i omawiałam te książki z moją klasą, zwłaszcza tę, w której spotyka Alicję w Krainie Czarów. Moim zdaniem jest wyjątkowa.
– Miałem na myśli to, że nie jest pani dzieckiem. Na ogół dorośli nie lubią Abi, nie potrafią jej zrozumieć.
– Ach tak, dlaczego?
Znów odwrócił się w jej stronę i tym razem zauważyła kolor jego oczu, jasnobłękitny i zimny w bladym świetle latarni.
– Ponieważ książki są równie „ponure” jak sztuka, tak jak pani powiedziała. Samotność Abi wywołuje u nich poczucie dyskomfortu. W jej historii nie ma żadnego morału. Cały czas kłamie, jej kłamstwa pozostają bez konsekwencji, a nieliczni dorośli wokół niej są w najlepszym razie obojętni, a w najgorszym złośliwi. Tak czy owak, zawsze pozostają bezkarni.
Zoé wzruszyła ramionami.
– Książki są mroczne, ale nigdy ponure.
– Mroczne czy ponure, to przecież to samo.
– Ależ skąd! – wykrzyknęła gwałtownie Zoé. – Niczego pan nie zrozumiał i podobnie jak ta sztuka wypacza pan intencje autora! To, co jest mroczne, daje możliwość powrotu światła, bo ciemność istnieje jedynie w opozycji do jasności. To, co ponure, po prostu jest ponure. W historii Abi jest łagodność, która zawsze zwycięża ciemną stronę.
Ta sytuacja powinna zirytować Gabriela, ale dziwnie rozbawiła go pasja, z jaką Zoé broniła jego dzieła.
Ironicznie uniósł brew.
– Może pani podać jakieś przykłady?
– To się czuje – powiedziała Zoé z przekonaniem. – Światło jest wszędzie, w zasięgu ręki, tak jak w życiu, a Abi nie przestaje mieć nadziei. Wie, że wreszcie wyjdzie z przeklętego lasu i wszystko dobrze się skończy.
Z papierosem w kąciku ust Gabriel obserwował Zoé z fascynacją, jakby próbował zrozumieć coś, co zupełnie wymykało się jego pojmowaniu. Drzwi teatru się otworzyły. Około czterdziestoletnia kobieta z bardzo krótkimi włosami i w okularach o grubych oprawkach wystawiła głowę na zewnątrz.
– Gabriel, wreszcie dotarłeś! Zaraz zacznie się drugi akt, przypominam, że powinieneś odpowiadać na pytania fanów w przerwie!
Gabriel nonszalancko oderwał się od ściany.
– Właśnie to robię.
Kobieta wzniosła oczy do nieba, a potem ktoś ją zawołał i wróciła do środka.
Zoé zakryła usta dłońmi. Zaczerwieniła się.
– Pan to Gabriel Mancini… Przepraszam, mam nadzieję, że pana nie obraziłam…
Wzruszył ramionami i zmiażdżył niedopałek piętą.
– Nie. Ale wygląda pani na zaskoczoną… Inaczej mnie sobie pani wyobrażała?
– Szczerze? Myślałam, że jest pan stary, brzydki i źle ubrany!
I wybuchnęła śmiechem.
Jej szczery i radosny śmiech poniósł się w noc z lekkością chmary kolorowych motyli i wywołał błysk zdumienia w oczach Gabriela. Zimną noc, która mieszkała w moim bracie, Zoé rozświetliła zapałką.
– To się klei – powiedział po chwili. – Na pewno niedługo taki będę… Dobrej nocy.
Wszedł do teatru, gdzie czekała na niego brunetka w okularach, stukająca w telefon. Ale Zoé nie mogła przepuścić takiej okazji. Złapała Gabriela i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Czy zechciałby pan odwiedzić moich uczniów? Uwielbiają pańskie książki! Podobno niektórzy autorzy organizują spotkania lub warsztaty w szkołach i…
– Jestem agentką pana Manciniego – ucięła suchym tonem brunetka. – Jest bardzo zajęty i nie zgadza się na żadne spotkania. Tym bardziej w szkołach.
Gabriel uniósł dłoń, by jej przerwać, ale ona pokręciła głową z irytacją i odeszła, jakby ta scena odbyła się już pięćdziesiąt razy z pięćdziesięcioma innymi dziewczynami, przy pięćdziesięciu różnych okazjach – co nawiasem mówiąc, nigdy się nie zdarzyło. Mój brat, mimo wielu wad, nie ugania się za spódniczkami. Zawahał się, wpatrując się w Zoé tym swoim nieprzeniknionym spojrzeniem. A potem, wiedziony nagłym impulsem, zupełnie u niego niespotykanym, wyjął jej z dłoni program teatralny – ich skóry się musnęły. Niewielka iskra przebiegła przez zdrętwiałe od zimna palce. Wyjął z kieszeni flamaster i nabazgrał na kredowym papierze numer telefonu.
– Nigdy nie biorę udziału w szkolnych spotkaniach, ale jeśli chciałaby pani kiedyś wyjść na drinka i porozmawiać o mojej bezwartościowej sztuce albo uświadomić mi, że nie rozumiem własnej twórczości, proszę zadzwonić.
Zoé Boisjoli oczywiście zrobiła to jeszcze tego samego wieczoru.
Dalsza część w wersji pełnej
1 Boisjoli – dosł. ładny las.
2 Régi Autonome des Transports Parisiens (Autonomiczny Zarząd Transportu Paryskiego) – francuskie przedsiębiorstwo państwowe transportu publicznego w Paryżu. Obejmuje linie metra, autobusowe, tramwajowe, kolejkę na wzgórze Montmartre oraz linie kolei aglomeracyjnej RER.
OKŁADKA
KARTA TYTUŁOWA
KARTA REDAKCYJNA
SPIS TREŚCI
ABIGAËLLE. Obecnie
ZESZYT ABIGAËLLE, FRAGMENT. 1990
ABIGAËLLE. Obecnie
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Epigraf
Spis treści
Meritum publikacji
