Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Próbowali wymazać jej świat. Nie udało im się.
Vera jest ostatnią z wiedźm — kobietą wychowaną w świecie, w którym las pamięta, ziemia przemawia, a dawna wiara wciąż żyje. Gdy trafia w ręce wysłanników Watykanu, rozpoczyna się historia zderzenia dwóch światów: starego, który pamięta, i nowego, który zrobi wszystko, by tę pamięć wymazać.
„Ostatnia Wiedźma” to jednak nie tylko opowieść o Verze, zakazanej więzi i walce o wolność. To również próba spojrzenia poza historię, którą znamy. Powieść podważa oficjalne wersje wydarzeń, religijne dogmaty i utrwalone wyobrażenia o przeszłości, prowadząc czytelnika ku pytaniu, na które być może nie istnieje jedna odpowiedź:
Kim naprawdę jest Stwórca tego świata?
I kto od wieków podszywa się pod jego imię?
To fikcja, która nie próbuje udowodnić, że zna prawdę. Próbuje zrobić coś innego — sprawić, by czytelnik zaczął jej szukać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 377
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Poranek nad Tybrem nie przynosił ukojenia. Nie był to świt budzący życie radosnym blaskiem, lecz ciężka, ołowiana zasłona wisząca nad murami bazyliki. Słońce, przefiltrowane przez żółtawe wyziewy rzeki, przypominało mętną ranę na szarym niebie. Nie rozpraszało mroku. Sprawiało jedynie, że stawał się bardziej widoczny, osiadając na marmurowych gzymsach niczym popiół dawno wygasłych stosów.
Powietrze w dolnych korytarzach było gęste i nieruchome, jakby zastygło tu przed wiekami. Pachniało wilgocią, starym kamieniem i pleśnią, której nie potrafiło zagłuszyć żadne kadzidło. Każda kropla spadająca ze sklepienia rozbrzmiewała w ciszy jak uderzenie młota.
W jednej z nisz, nad głową bezimiennego świętego o startych przez czas rysach twarzy, wielki czarny pająk tkał swoją sieć. Poszarzałe nici drgały przy każdym ruchu powietrza. Watykan od wieków robił dokładnie to samo – cierpliwie oplatał ludzi strachem i dogmatami, wymuszając posłuszeństwo.
O tej porze nie przypominał stolicy wiary. Był raczej kamiennym cielskiem, które od stuleci pożerało własną przeszłość. Głęboko pod wzgórzem czuć było ciężar tysięcy ton marmuru i cegły. Każda szczelina w murze i każda plama wilgoci zdawały się świadczyć o walce między tym, co głoszono na powierzchni, a tym, co pod nią ukrywano.
Cisza poranka była fałszem, jedynie krótką pauzą, w której Rzym wstrzymywał oddech przed kolejnym dniem handlu strachem, władzą i krwią.
Lorenzo szedł przodem. Każdy jego krok na śliskiej posadzce odbijał się echem w tunelu. Trzymał mosiężny kaganek nisko przy ziemi, osłaniając płomień drżącą dłonią. Nie oglądał się za siebie. Bał się, że jeśli zrobi to choć raz, zabraknie mu odwagi, by doprowadzić tę ucieczkę do końca.
Ogień dławił się w stęchłym powietrzu lochów. Wilgoć osiadała na ścianach, a cienie zdawały się żyć własnym życiem.
Purpurowa sutanna kardynała ciągnęła się po błocie, nasiąkając wodą i brudem. Jeszcze niedawno była symbolem godności, władzy i wpływów. Teraz stała się ciężarem przypominającym mu o wszystkim, co właśnie zdradzał. Mokry jedwab krępował ruchy, a każdy krok wymagał wysiłku.
Szelest materiału wydawał mu się nienaturalnie głośny. Jakby same korytarze chciały zdradzić jego obecność. W tym podziemnym świecie purpura przestała być pancerzem. Stała się piętnem.
Za nim, niemal bezszelestnie, stąpała Vera.
Szła boso. Każdy kontakt stóp z zimnym kamieniem był bolesnym przypomnieniem miękkiego mchu puszczy, z której ją wyrwano. Posadzka była obca, martwa i pozbawiona życia. Przy każdym kroku czuła, jak wysysa z niej resztki ciepła.
Pod brudną lnianą koszulą nosiła ciężar większy niż zmęczenie wielodniową ucieczką. Pod jej sercem pulsowało nowe życie.
Dziecko.
Owoc zakazanej miłości, która nie miała prawa się wydarzyć.
Jego tętno było inne niż jej własne – szybsze, bardziej niecierpliwe. Czasem miała wrażenie, że już teraz próbuje wyrwać się spod ciężaru kamiennych murów Rzymu.
Ta myśl dodawała jej sił.
Nie mogła się zatrzymać. Nie teraz. Nie tak blisko wolności.
Vera czuła, jak wraca do niej moc.
Przez długie miesiące tłumiona watykańskim żelazem, teraz budziła się gwałtownie pod jej skórą. Słyszała już szum Tybru za murami i czuła bliskość nagiej ziemi, która czekała tuż za fundamentami bazyliki. Z każdym krokiem magia stawała się silniejsza.
W jej wnętrzu narastał głuchy pomruk przypominający odległą burzę. Każdy oddech wymagał wysiłku. Miała wrażenie, że coś w niej rozpiera się i domaga wolności. Obawiała się, że jeśli nie wydostanie się stąd szybko, powracająca moc może wymknąć się spod kontroli.
Tunele zaciskały się wokół nich niczym pułapka. Oślizgłe ściany parowały wilgocią, a niski strop zmuszał Lorenza do pochylenia głowy. Mijali nisze wypełnione pobielałymi kośćmi dawnych męczenników. W świetle kaganka puste oczodoły zdawały się śledzić każdy ruch wiedźmy.
Lorenzo przyspieszył.
Słyszał coś, czego Vera mogła jeszcze nie dostrzegać. Niepokojące drżenie murów. Wiedział, że kilkanaście metrów nad ich głowami kardynałowie zbierają się właśnie w Kaplicy Sykstyńskiej. W blasku tysięcy świec i w oparach drogocennego kadzidła decydowali o losach świata, nieświadomi, że pod ich stopami dokonuje się największa herezja stulecia.
Kontrast był niemal absurdalny.
Na górze jedwabie, modlitwy i polityka. Na dole bose stopy Very brodzące w błocie oraz kardynał ściskający skradziony klucz. Lorenzo czuł, że każda sekunda przybliża ich do wykrycia. Jeśli Malvazi odkryje prawdę, krew popłynie znacznie szybciej niż podczas wszystkich ich świętych ceremonii.
W końcu dotarli do ślepej ściany.
Lorenzo odnalazł ukryty mechanizm. Żelazo zazgrzytało niechętnie. Po chwili ciężka furtka ustąpiła.
Do tunelu wdarło się świeże powietrze.
Zapach rosy i mokrych traw uderzył Verę z siłą fizycznego pchnięcia. Jej płuca, przyzwyczajone do wilgoci i stęchlizny lochów, niemal odmówiły posłuszeństwa. Był to zapach świata, który nie znał murów ani dogmatów.
Vera zachłysnęła się wolnością.
Bursztyn na jej piersi rozbłysnął czystym światłem, rozganiając mrok korytarza. Przed sobą widziała jedynie szary blask przedświtu nad Tybrem, lecz dla niej był piękniejszy od wszystkiego, co oglądała przez ostatnie miesiące.
Lorenzo osłonił oczy dłonią.
Za nimi wciąż niosło się echo kroków inkwizycji. Tutaj jednak ich władza kończyła się na zardzewiałych zawiasach ukrytego przejścia.
Przez krótką chwilę stali nieruchomo.
Vera patrzyła na postrzępione zarysy rzymskich wzgórz. Potem odwróciła się do Lorenza.
– Co dalej? – zapytała.
Jej głos był zachrypnięty od miesięcy spędzonych w lochach.
Lorenzo oparł dłoń o kamienną framugę. Spojrzał na jej brzuch. Przez krótką chwilę pomyślał o życiu, którego to dziecko nigdy nie będzie miało szansy przeżyć.
Potem spojrzał jej w oczy.
Wiedział, że nie może przejść przez ten próg.
Jego miejsce było po drugiej stronie.
W bibliotekach.
Wśród kardynałów.
W samym sercu zepsutego świata, który postanowił zniszczyć od środka.
– Uciekaj – powiedział spokojnie. – Ja wracam.
Vera milczała.
– Nie po to, by im służyć. Będę ich sumieniem. Będę niszczył ten mur cegła po cegle. Szeptem, intrygą i prawdą. Ale ty musisz stać się ich najgorszym koszmarem. Niech Puszcza, którą próbowali wyciąć, przemówi twoim głosem. Niech wiedzą, że ogień nie wygasł.
Vera skinęła głową.
Nie odpowiedziała. Wiedziała, że wszelkie słowa pożegnania byłyby jedynie kłamstwem, próbą nadania ludzkiej miary sile, która właśnie ich rozdzielała. Nie było słów, które mogłyby zmienić ich los.
W tej samej chwili gdzieś nad Tybrem rozległ się pierwszy grzmot. Potężny dźwięk przetoczył się nad wzgórzami i odbił od murów bazyliki.
Natura odpowiedziała.
Vera została sama.
Z każdym oddechem odzyskiwała siłę. Powietrze znad rzeki rozpalało jej krew. Mięśnie, przez miesiące tłumione strachem i niewolą, budziły się do życia.
Lorenzo przyciągnął do siebie ciężkie wrota.
Pas światła przeciął mrok.
Potem zapadł żelazny rygiel.
