Ostatni zachód słońca - Martyna Gajoch - ebook + książka

Ostatni zachód słońca ebook

Martyna Gajoch

0,0
49,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W świecie utkanym z kłamstw to ona była jedyną czystością, skrywającą się między moimi najbardziej skażonymi sekretami...

Życie Livii to niekończący się koszmar. Gdziekolwiek dziewczyna się pojawia, czuje na sobie spojrzenia pełne potępienia i obrzydzenia. Rodzina, sąsiedzi, dawni znajomi... Wszyscy osądzają, wszyscy pamiętają. Ona też pamięta. Bo jak można zapomnieć o tym, że poniekąd jest się winnym śmierci własnych rodziców? To przez jej skłonność do nałogów zostali z bratem sierotami, po których stronie stały jedynie babcia i Lily, ich najlepsza przyjaciółka . I choć od niemal roku Livii udaje się zachowywać wstrzemięźliwość, przeszłość wciąż nie pozwala o sobie zapomnieć.

Może wybór studiów w innym mieście będzie dla dziewczyny szansą na nowy początek? Niewątpliwie zmiana otoczenia to coś, czego ona bardzo potrzebuje, jednak... O ile można zostawić za sobą rodzinną miejscowość i dawnych znajomych, o tyle przed sobą nie da się uciec. Livia musi się pozbierać, posklejać na nowo własną duszę i stawić czoła wyzwaniom. Jedno z nich pojawia się w jej życiu wraz z tajemniczą kopertą. By uratować nie tylko siebie, ale i Jaydena, chłopaka, którego spotkała w nowym środowisku, Livia będzie zmuszona zmierzyć się z tym, czego najbardziej się obawia...

Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 483

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



autor

tytul

podtytul

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci

jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną,

a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Redaktor prowadzący: Adrian Matuszkiewicz Redakcja: Hanna Simon

Korekta: Elżbieta Lipowska

Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: beya.pl

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

beya.pl/user/opinie/ostza1_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

ISBN: 978-83-289-9965-7

Copyright © Martyna Gajoch 2026

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Od autorki

Akcja książki rozgrywa się w rzeczywistych miejscach, jednak niektóre elementy i sposób funkcjonowania danych instytucji – zarówno sportowych, jak i edukacyjnych czy medycznych – zostały zmodyfikowane lub całkowicie wykreowane na potrzeby tej historii.

W książce została zastosowana narracja pierwszoosobowa. Nie pochwalam myśli i czynów głównej bohaterki, które w bardzo dużym stopniu są konsekwencją jej skłonności do uzależnień oraz problemów z samoakceptacją. Bohaterka nie powinna być wzorem do naśladowania, gdyż takie zachowania jak jej mogą doprowadzić do autodestrukcji.

Na końcu książki znajduje się słowniczek z tłumaczeniem użytych w tekście wyrażeń z języka włoskiego.

Drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy!

W trosce o Was informujemy, że w książce pojawiają się wątki takie jak: uzależnienia, przyjmowanie substancji odurzających, utrata bliskiej osoby, problemy rodzinne, przemoc, sceny napaści seksualnej, autodestrukcja, zaburzenia odżywiania, niecenzuralne słownictwo czy działalność niezgodna z prawem, które mogą być nieodpowiednie dla osób wrażliwych bądź tych, które przeżyły traumę. Zalecamy ostrożność przy lekturze.

Pamiętajcie – jeśli zmagacie się z problemami, trudnym czasem, smutkiem, porozmawiajcie o tym z kimś bliskim lub zgłoście się po pomoc do specjalistów.

Dla tych, których największym wrogiem jest postać odbijająca się wlustrze.

Kiedyś uda nam się na nią spojrzeć zuśmiechem na ustach.

Rozdział 1.Sześć liter

Livia

Upadłam na asfalt, kiedy moje nogi zaczęły drżeć z przemęczenia, a pomięta kartka znajdująca się w kieszeni z każdą sekundą ciążyła mi coraz bardziej. Zderzenie z mokrą, chropowatą powierzchnią sprawiło, że i tak już obolałe, odkryte kolana zapiekły od świeżego otarcia. Przetarłam oczy przemoczonym już od łez i deszczu rękawem i spojrzałam przed siebie. Droga, którą podążałam, wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Oświetlały ją jedynie pojedyncze, ledwo migające żarówki lamp ulicznych.

W takich momentach jak ten znajdowałam w spacerach coś dziwnie wyzwalającego i kojącego. Tym razem to jednak nie był zwykły marsz, to był bieg, który miał mnie wyzwolić od tego, czego bałam się najbardziej. Przez całe czterdzieści minut nie spotkałam na ulicy żywej duszy, jednak gdyby ktoś mnie zobaczył, zapewne pomyślałby, że przed kimś uciekam. Cóż, nie byłoby to dalekie od prawdy, jednak nikt nie miałby świadomości, że osoba, przed którą tak bardzo chciałam uciec, była również tą, którą codziennie widziałam w lustrze. Wydawało mi się, że osiągnęłam upragniony cel, ale gdy tylko upadłam na ziemię, demony czyhające w zakamarkach moich myśli ponownie dały o sobie znać. Przymknęłam oczy i uniosłam głowę, kiedy policzki ponownie zalały mi łzy, mieszające się z kroplami deszczu.

Zebrałam się w sobie i zmusiłam ciało do ponownego ruchu. Tym razem szłam powoli, wpatrując się w oddalony o kilkadziesiąt jardów dom, w którym paliło się tylko jedno światło. Osiedle o tej porze wydawało się opuszczone, mimo że jeszcze kilka godzin temu tętniło życiem. Jedyne odgłosy, jakie dochodziły do moich uszu, to te wydawane przez rozpadające się conversy, które rozchlapywały kałuże pod moimi stopami. Szurając butami po nierównym asfalcie, tym samym do reszty przecierałam ich podeszwy i przemaczałam je do suchej nitki. Trzymałam dłonie w kieszeniach stanowczo za dużej bluzy, międląc w palcach ten cholerny skrawek papieru, którego zadaniem było doszczętne zniszczenie mojej psychiki. Wystarczyło te sześć liter, żebym ponownie poczuła się jak najgorsze ścierwo stąpające po tym świecie. Nie wiedziałam, dlaczego od razu tej karteczki nie wyrzuciłam, tylko zabrałam ją ze sobą. Za każdym razem, kiedy znajdowałam takie kartki, zastanawiałam się, dlaczego kolejna bolała jeszcze bardziej niż poprzednia. Przecież powinnam się już do tego przyzwyczaić i z tym pogodzić.

Wzięłam głębszy oddech i przyspieszyłam kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim łóżku. Miałam dość tego dnia i tego cholernego miasta.

Gdy tylko weszłam do domu, dostrzegłam znikającą za drzwiami pokoju brata burzę złotych loków. Najwidoczniej Peter mnie usłyszał, bo wychylił głowę zza framugi, aby na mnie popatrzeć, i odgarnął z oczu niesforną sprężynkę. Jego włosy wyglądały tak, jakby nie potrafiły się zdecydować na jeden odcień – niektóre pasma przywodziły na myśl złocisty miód, natomiast inne były chłodne, niemalże platynowe.

– Niektórzy ludzie używają takiego jednego, niesamowitego wynalazku. Nazywa się parasol. Musisz kiedyś spróbować – powiedział mój brat, starając się utrzymać poważny ton. – Późno wróciłaś.

Ściągnęłam mokre buty i weszłam do kuchni zaparzyć herbatę, aby nieco się ogrzać. Co prawda wieczory w Grand Terrace nie należały do najchłodniejszych, jednak z powodu deszczu moje skostniałe dłonie trzęsły się z zimna.

– Zasiedziałam się.

Wyciągnęłam z kieszeni zwiniętą już w kulkę kartkę i rzuciłam ją na stół. Jak gdyby nigdy nic podeszłam do kredensu i wyciągnęłam z niego ogromny kubek. Nawet jeśli marnie mi to wychodziło, starałam się udawać, że te obelgi już mnie nie poruszają.

– Kolejna? – Peter podszedł stolika i rozwinął kartkę.

– Tak, tym razem leżała na grobie.

Włożyłam torebkę herbaty do kubka i zalałam wrzątkiem.

Dokładnie tego dnia była pierwsza rocznica śmierci naszych rodziców. Babcia i mój brat udali się na cmentarz w południe, jednak ja wolałam wybrać późniejszą porę, kiedy miałam pewność, że nie spotkam tam nikogo z dalszych krewnych. Nienawidziłam tego osądzającego wzroku garstki ludzi, którzy się uważali za rodzinę. Nasi „bliscy” nigdy nie utrzymywali z nami kontaktu, dlatego nie miałam zamiaru wierzyć w ani jedną – na siłę – wylaną łzę. W dniu pogrzebu byli tam, bo po prostu tak wypadało. Uznawali to za coś, co trzeba odbębnić, aby następnie, jak gdyby nigdy nic wrócić do swojej szarej codzienności. Kiedy oni stali nad grobami, ja przyglądałam się im z oddali. Widziałam uśmiechy towarzyszące rozmowom moich wujków i ciotek oraz jak młodsze kuzynostwo ciągnie swoich rodziców za ubrania, niemo pytając, kiedy wreszcie będą mogli wrócić do domu.

Poza tamtym dniem spotykałam ich jedynie wtedy, kiedy sami mieli w tym jakiś interes. Po wypadku jedynie babcia Isabella, mimo podeszłego wieku i tego, że w wówczas jej stan zdrowia nie był najlepszy, wyciągnęła do nas pomocną dłoń, nie wymagając nic w zamian. Była jedyną osobą, która zaoferowała nam wsparcie przed ogłoszeniem podziału majątku. Z Peterem dostaliśmy w spadku niemałą kwotę i udziały w firmie transportowej. Niemal natychmiast odsprzedaliśmy je współwłaścicielowi i dobremu znajomemu naszych rodziców, ponieważ sami się na tym nie znaliśmy. Zgodnie z wolą mamy i taty do momentu, aż oboje nie ukończymy dwudziestu jeden lat, majątkiem miał zarządzać nasz opiekun prawny. Nie przeszkadzało mi to, ponieważ babcia Isabella co miesiąc przelewała na nasze konta kieszonkowe, które w zupełności nam wystarczało.

– Odwróć. – Nakazałam bratu, nie patrząc w jego stronę.

– „Tchórz”… Wow, to coś nowego. – Peter okręcił się na pięcie i wykonał rzut zwiniętą kartką do kosza na śmieci. – Za trzy punkty – powiedział sam do siebie z uznaniem.

Od wypadku naszych rodziców co jakiś czas dostawałam takie wiadomości. Zawsze widniało na nich to samo słowo. „Ćpunka”. Może to wyzwisko nie wydawałoby się jakimś spektakularnym bluźnierstwem, skoro na imprezach co druga osoba próbowała jakichś narkotyków, ale tu nie chodziło tylko o to. Chodziło o sytuację, do której w moim przypadku to doprowadziło.

O ile słowo było zawsze to samo, to sposób doręczenia wiadomości bardzo często się zmieniał. Na początku podrzucano kartki do mojej szafki w szkole, innego dnia wysyłano mi SMS-y z zastrzeżonego numeru, a ostatnio nawet na boku naszego domu napisano to słowo czerwoną farbą, która zapewne miała przypominać krew. Kilkukrotnie zgłaszaliśmy sprawę na policję, jednak nie przyniosło to oczekiwanych skutków. Ustalenie osoby, która zostawiała mi te wiadomości, było niemożliwe z jednego względu: to nie była jedna osoba. Pisanie takich rzeczy stało się poniekąd trendem wśród studentów mojej uczelni, kiedy zaczęłam uczęszczać na pierwszy rok. Na początku dostawałam dwie, może trzy takie wiadomości w ciągu kilku dni, jednak kiedy wyszły na jaw okoliczności śmierci moich rodziców, wyzwiska pojawiały się coraz częściej. Po tym, jak nie udało się ustalić sprawcy wypadku samochodowego, w którym zginęli rodzice, a sprawa została niemalże natychmiast zamknięta, powinnam się przyzwyczaić, że w tym kraju działania policji na niewiele się zdają.

– Miej ich gdzieś. Oni nawet…

– Nie obchodzą mnie – przerwałam Peterowi, starając się, by mój głos zabrzmiał zdecydowanie.

Nie byłam pewna, czy bardziej staram się przekonać brata, czy może siebie.

– Wiesz, że to nie twoja wina, prawda?

Nic nie mówił, jednak czułam, jak oczy Petera wysysają ze mnie życie. Zaczął rzucać wmoją stronę wszystkim, co miał pod ręką. Wtamtym momencie nie miało dla niego znaczenia, czy chwycił za gąbkę, czy za nożyczki. Książki, ubrania ipłyty zmierzały wmoim kierunku, aja stałam wmiejscu inie miałam zamiaru wykonywać jakichkolwiek uników. Stałam mimo ran ibólu, jaki odczuwałam. Wpadł wfurię – chciał, żebym cierpiała, żebym wyła zbólu. Nie wiedział, że największe katusze sprawiał mi widok tego, jak rozsypuje się na miliony małych kawałeczków.

Ato wszystko przeze mnie.

Potrząsnęłam głową, karcąc się za to, że przywołałam wspomnienia, do których zgodnie ze złożoną Peterowi obietnicą miałam nie wracać. Tak wiele razy błagał mnie, żebym mu wybaczyła. Tak często widziałam w jego oczach łzy, kiedy wyrzucał sobie, że przenosił na mnie swoją frustrację. Starałam się. Tak bardzo starałam się wymazać to ze swojego umysłu, jednak nie potrafiłam. Bo wiedziałam, że wtedy Peter miał rację i gdybym była nim, rzucałabym rzeczami z większą siłą.

– Tak, wiem. – Uśmiechnęłam się do niego nieśmiało. – Idę spać.

Chwyciłam gorący kubek drżącymi rękami i rozdmuchując parę unoszącą się nad herbatą, ruszyłam w stronę schodów.

Miałam nadzieję, że dzisiejszy dzień da mi już o sobie zapomnieć, jednak los miał dla mnie inne plany. Kiedy tylko weszłam do swojego pokoju, znowu to zobaczyłam. Po zewnętrznej stronie okna wisiała kartka z tymi przeklętymi sześcioma literami.

– Rekord. Cztery w ciągu jednego dnia – szepnęłam pod nosem.

Podeszłam do okna i lekko je uchyliłam, aby móc zerwać kartkę. Kiedy to zrobiłam, podarłam ją na małe kawałki i od razu wyrzuciłam jej strzępy do kosza. Powlokłam się do łóżka, co chwilę ślizgając się na śladach zostawionych przez moje mokre skarpetki. Zrzuciłam z siebie przemoczone ubrania, aby zastąpić je ulubionym za dużym T-shirtem do spania, i bezwładnie opadłam na materac. Przyłożyłam do twarzy poduszkę, która chwilę później stłumiła mój krzyk.

Przed innymi mogłam udawać, ale miałam już tego dość. Każdy uważał, że moi rodzice umarli przeze mnie, a najgorsze było to, że zgadzałam się z ich zdaniem.

— * —

Tej nocy nawet nie próbowałam zasnąć. Wiedziałam, że nie będę w stanie zmrużyć oka. Tym razem się nie łudziłam, że zdobędę się na choćby kilkuminutową drzemkę – nie, skoro to równy rok temu sprawiłam, że z tego świata odeszły dwie najważniejsze dla mnie osoby. Nie chciałam zasypiać, ponieważ wiedziałam, co mnie czeka, kiedy opuszczę jawę. Od bardzo dawna koszmary nie odstępowały mnie nawet na krok, a przynajmniej nie wtedy, kiedy kładłam się spać trzeźwa. Aby uniknąć ewentualnych przyszłych kłótni z najbliższymi, gdyby ci odkryli mój sekret po moim wyjeździe, poprzedniego dnia wysprzątałam pokój ze wszelkich butelek z alkoholem. W tym momencie żałowałam, że nie zostawiłam tego na ostatnią chwilę, bo teraz mogłabym się znieczulić i zmusić do przymknięcia powiek.

Przewracałam się z boku na bok, pragnąc, aby czas magicznie przyspieszył, żebym dostrzegła za oknem wschodzące słońce. Myśli nieustannie mnie dręczyły, wypominając przeszłość i torturując w powolny, najokrutniejszy sposób. „Ćpunka”. Wystarczyło jedno słowo. Jedno słowo, które się pojawiało, gdziekolwiek bym spojrzała. Wszędzie te sześć cholernych liter. Przypięto mi łatkę, której nie mogłam się pozbyć, mimo że już byłam czysta.

Jedenaście miesięcy – tyle udało mi się wytrwać bez narkotyków, jednak w oczach innych dalej byłam cholerną ćpunką.

Jedenaście miesięcy – tyle czasu minęło, odkąd dostałam pierwszą wiadomość z tym wyzwiskiem, a mimo to dalej nie mogłam się do tego przyzwyczaić.

Ale czy powinnam się przyzwyczajać? Może to chore, żeby zmuszać się do obojętności, kiedy wszyscy wokół mówią o tobie takie rzeczy? Może to prawda. Może już zawsze będę ćpunką.

Czułam się jak żywy trup. Wiedziałam, że potrzebuję snu, ponieważ mój organizm rozpaczliwie błagał o regenerację, której od bardzo dawna nie potrafiłam mu zafundować, jednak moja głowa nie była w stanie do tego dopuścić. Nie mogąc dłużej zdzierżyć ślamazarnie upływającego czasu, postanowiłam się czymś zająć. Bez celu przekładałam na półkach książki, do których większości nigdy nawet nie zajrzałam. Początkowo posegregowałam je kolorystycznie, następnie seriami, później wydawnictwami, aby na koniec ponownie ustawić je według kolorów. To samo zrobiłam z produktami do makijażu, które ostatecznie wrzuciłam do dużej kosmetyczki, przez co znowu się pomieszały.

Na moich ustach wykwitł blady, zmęczony uśmiech, gdy dojrzałam za oknem pierwsze promienie słońca, przedzierające się przez korony drzew. Podeszłam do fotela, na którym znajdowały się wcześniej przygotowane przeze mnie ubrania, i skwasiłam się, gdy je tylko uniosłam, aby lepiej się im przyjrzeć. Po ubraniu się niechętnie popatrzyłam w stronę zakrytego lustra. Powolnym krokiem podeszłam do niego, by ściągnąć koc, który chwilę później opadł tuż przy moich stopach, tym samym umożliwiając mi przejrzenie się.

– Fu – skwitowałam z obrzydzeniem, spoglądając na swoje odbicie. – Boże… Fu.

Nie byłam pewna, czy to była kwestia ubrania, czy może mojej figury, jednak wyglądałam okropnie. Pokręciłam głową, wkładając czarną koszulę do ciemnoszarej spódnicy po mamie. Nigdy w życiu nie chodziłam w czymś takim i samo moje odbicie w lustrze powodowało u mnie odruch wymiotny. W mojej wyobraźni elegancka koszula i ołówkowa spódnica wzbudzały respekt i mówiły, że jestem dorosłą, odpowiedzialną kobietą, która nie zna takiego pojęcia jak kłopoty. W rzeczywistości jedyne, co mówiły te ubrania, to to, że jestem chodzącą z kijem w tyłku trzydziestoletnią rozwódką z kotami. Sześcioma kotami.

Podreptałam do szafy, nie mogąc zrobić normalnego kroku, ponieważ w tej spódnicy czułam się, jakbym miała kajdanki założone na kolana. Zaczęłam ponownie przeszukiwać szafę, a gdy tylko schyliłam się do najniższej półki, poczułam przewiew w miejscu, gdzie nie powinno go być. Szew, który znajdował się na tyle, idealnie pośrodku, nie wytrzymał presji i podzielił spódnicę na pół. Natychmiast ją z siebie ściągnęłam i rzuciłam w kąt pokoju.

Tym razem wybierając odpowiedni strój, zrezygnowałam z obcisłych ubrań. Udało mi się znaleźć zwykły biały T-shirt oversize, ulubioną, lekko za dużą czarną bluzę z kapturem, którą jakiś czas temu zabrałam Peterowi, i jasne dżinsy. Stojąc przed lustrem, przyglądałam się swojemu odbiciu i oceniałam każdy najmniejszy szczegół mojego ciała. Nie powinnam była odsłaniać lustra. Zdawałam sobie sprawę, że odkąd przestałam brać, przybyło mi dodatkowych kilogramów i gdybym tylko uniosła materiał, zobaczyłabym rozstępy i cellulit. Jeszcze rok temu, kiedy brałam narkotyki, ich tam nie było. Jeszcze rok temu spódnica by nie pękła.

Przez chwilę wewnętrznie ze sobą walczyłam, jednak nie mogłam się powstrzymać. To było silniejsze ode mnie. Podniosłam bluzę i koszulkę, po czym zaczęłam wpatrywać się w swój brzuch. Nie wiedziałam, ile tak stałam, ale w pewnym momencie poczułam łzy, które zaczęły zalewać moje policzki. Przeniosłam wzrok na uda i przejechałam po nich dłońmi. Niemal od razu ściągnęłam spodnie i szybkim krokiem podeszłam do szafy. Bez większego problemu znalazłam o rozmiar za małe kolarki, które po założeniu wbijały się w ciało, jednocześnie wyszczuplając nogi. Na wierzch włożyłam czarne, luźne dżinsy. Kiedy byłam gotowa, sięgnęłam po wcześniej ciśnięte na podłogę jasne spodnie i wrzuciłam je do kosza na śmieci.

– Proszę – powiedziałam, narzucając koc na lustro, kiedy usłyszałam ciche pukanie do drzwi.

Kilka sekund później do pokoju weszła babcia. Gdy tylko na mnie spojrzała, na jej twarzy, oznaczonej widocznymi liniami czasu, wymalowało się zdziwienie.

– Ty już na nogach? Myślałam, że cię dopiero obudzę.

Popatrzyła na mnie z konsternacją, jednocześnie otwierając szerzej drzwi, dzięki czemu do mojego pokoju zaczął się powoli przedostawać zapach świeżo wypiekanych cornetto. Przełknęłam z trudem ślinę, wyobrażając sobie słodki smak moich ulubionych rogalików wypełnionych płynną czekoladą.

– Obudziłam się przed chwilą – skłamałam, nie chcąc jej martwić. – Z tej całej ekscytacji wstałam bez budzika. – Zdobyłam się na słaby uśmiech.

Wzrok babci Isabelli padł na moją bluzę. Cieszyłam się, że nie skomentowała faktu, że zdecydowałam się ją włożyć, kiedy tego dnia na zewnątrz miało być przynajmniej siedemdziesiąt siedem stopni Fahrenheita, jednak nie umknęło mojej uwadze to, że na sekundę przeniosła wzrok na zakryte lustro stojące za moimi plecami. Dostrzegłam, jak z zakłopotaniem zakłada za ucho kosmyk siwych włosów, który wypadł z jej luźno upiętego koka.

– Pomyślałam, że przed twoim wyjazdem przyrządzę coś, co tak bardzo lubisz.

Na usta babci wypłynął ciepły uśmiech, jednak w jej brązowych oczach, których odcień przywodził na myśl kawę niesplamioną ani kroplą mleka, zauważyłam przejęcie.

– Czy gdy zejdę na dół, to zobaczę talerz wypełniony po brzegi racuchami? – zażartowałam, starając się rozluźnić tę dziwnie napiętą atmosferę, która wcale nie musiała taka być. – Bo jeśli tak, to dzisiaj chyba sobie odpuszczę.

Racuchy w naszym domu nigdy nie oznaczały nic dobrego, ponieważ babcia Isabella robiła je jedynie, gdy chciała z nami porozmawiać na tematy, które nie były komfortowe dla obu stron. Dla przykładu: kiedy je przyrządziła po raz pierwszy od wprowadzenia się do naszego domu po wypadku rodziców, okazało się, że postanowiła mnie nauczyć, jak używać tamponów. Nie wiedziałam, co jej strzeliło do głowy, skoro miałam wtedy dziewiętnaście lat. Kiedy drugi raz poczułam ten zapach, babcia powiedziała, żebym wzięła sobie porcję i poszła do pokoju, bo chce porozmawiać z Peterem na osobności. Po trzydziestu minutach mój brat przyszedł do mnie i siedział jak zbity pies, tępo wpatrując się w ścianę przez następne pół godziny.

– Możliwe, że miałam w planach przygotować jednego racuszka lub dwa – odpowiedziała babcia z lekkim rozbawieniem, uciekając ode mnie wzrokiem. Kilka sekund później ponownie spojrzała na moją twarz i cicho westchnęła. – Mam nadzieję, że to dobra decyzja i że nie pożałuję tego, że cię tam samą wysyłam. Proszę, nie dawaj mi pretekstu, żebym cię tu znowu ściągnęła.

– Obiecuję, że nie będę już dłużej dla was ciężarem.

Na moje słowa babcia rozszerzyła oczy w szoku, a ja od razu pożałowałam, że otworzyłam usta.

– Livy, przecież ja nie…

– Niefortunny dobór słów – zaśmiałam się niezręcznie. – Wiem, że nie jestem dla was ciężarem – zapewniłam, aby nie czuła wyrzutów sumienia, chociaż znałam prawdę. – Chciałam powiedzieć, że obiecuję, że będę rozważna i nie wpakuję się w żadne kłopoty.

Widziałam, jak jej ciało nieco się rozluźnia, co znaczyło, że udało mi się ją uspokoić.

– No dobrze. Ufam ci i wierzę, że ci się to uda. – Pokiwała głową, jakby starała się przekonać samą siebie do własnych słów. – Więc… – klasnęła w dłonie – śniadanie?

Już miałam otworzyć usta, aby się zgodzić, jednak wtedy kątem oka dostrzegłam leżącą w kącie pokoju spódnicę, tę, która tego dnia pękła na pół.

– Przez ten cały stres chyba nie będę w stanie nic przełknąć – powiedziałam z wymuszoną nonszalancją, która, o dziwo, zabrzmiała naprawdę przekonująco. – Na samą myśl, że miałabym przełknąć choć okruszek, moje gardło związuje się w supeł – dodałam na tyle głośno, aby babcia nie usłyszała burczenia w moim brzuchu.

Rozdział 2.Aloha

Livia

Chcąc wyglądać na nieco żywszą po nieprzespanej nocy, nałożyłam korektor pod oczy oraz czarny tusz do rzęs, który kontrastował z niebieskim kolorem tęczówek. Dziękowałam w duchu za to, że istnieje coś takiego jak prostowanie keratynowe, ponieważ dzięki niemu nie musiałam się użerać z kilkunastoetapową pielęgnacją włosów, które naturalnie kręciły się równie mocno jak te Petera. Następne trzydzieści minut poświęciłam na pakowanie się. Dzień wcześniej zniosłam ze strychu dwie duże, czarne walizki, do których miałam zamiar przełożyć całą zawartość szafy.

Nagle drzwi pokoju otworzyły się z hukiem.

– Pieprzony Archer i jego pieprzona skłonność do odczytywania wiadomości bez odpisywania. – Lily weszła do środka, a z jej uszu niemal leciała para.

– Niektórzy ludzie pukają do drzwi, zamiast próbować wyrwać je z zawiasów, wiesz? – powiedziałam z westchnieniem, na co dziewczyna obojętnie wzruszyła ramionami. – Dobrze, że jesteś. Przyda mi się tania siła robocza. – Wskazałam na porozrzucane ubrania. Tym razem to Lily westchnęła i usiadła na moim łóżku. – Mówiłam ci, że Archer nie jest chłopakiem do związków, a tym bardziej nie jest chłopakiem, który lubi, jak dziewczyna zasypuje go wiadomościami.

– Po pierwsze nie szukam związku, a po drugie nie zasypuję go wiadomościami.

Odłożyłam na bok koszulkę, którą właśnie składałam, i z uniesioną brwią popatrzyłam na Lily.

– Ile wysłałaś mu dzisiaj wiadomości?

– Czy ja wiem… – Założyła za ucho włosy w odcieniu pszenicy. – Jedną, może dwie… – odwróciła wzrok i dodała ciszej: – albo z osiem.

Zacisnęłam usta w cienką linię, nie chcąc ponownie komentować jej zachowania. Archer nie był jej księciem z bajki, nawet nie było mu do niego blisko. Zresztą można było to powiedzieć również o Chrisie, z którym pisała w tamtym tygodniu, czy o Nicku – obiekcie jej westchnień przez dokładnie trzydzieści sześć godzin. Za każdym razem, kiedy Lily wspominała o jakimś chłopaku, gryzłam się w język, żeby nie powiedzieć o słowo za dużo. Nie mogłam tego zrobić, znając jej przeszłość.

Lily była zniewalająco piękną dziewczyną o filigranowej posturze. Kiedy patrzyło się w jej ponadprzeciętnej wielkości oczy, trudno było uwierzyć, że mogą być prawdziwe. Kolor tęczówek był zielenią w najczystszej postaci, a ich odcień zmieniał się pod wpływem światła: od jasnej trawy po ciemne, głębokie leśne barwy. Gładkie i błyszczące jak wiosenne światło włosy, porcelanowa cera i delikatne rysy twarzy Lily znacząco kontrastowały z długimi ciemnymi rzęsami oraz wręcz niemożliwie gęstymi brwiami, których czerń przypominała nocne niebo. Jej nieco dziecięca uroda potęgowana przez pełne, lekko zaokrąglone policzki, które tak jak prosty nos były przyozdobione delikatnymi piegami, gryzła się ze złotym kolczykiem w płatku nosa, dodającym dziewczynie zadziorności.

Z powodu wyglądu i charyzmatycznego stylu bycia Lily większość ludzi myślała, że jej największym problemem jest wybór ubrań do szkoły albo to, na jaki kolor tym razem pomalować paznokcie. Bardzo rzadko można było dostrzec momenty, w których Lily nie byłaby uśmiechnięta, jednak praktycznie nikt nie wiedział, że umiała bardzo dobrze udawać i pod piękną maską obłudy skrywać prawdziwe emocje. Piętnaście miesięcy wcześniej Cole, jej ówczesny chłopak, popełnił samobójstwo. Lily przez długi czas obwiniała się, że nie zauważyła, aby ten potrzebował jakiejkolwiek pomocy.

Chcąc pokazać, że ruszyła dalej, starała się szukać pocieszenia w ramionach innych chłopaków. Próbowała w ten sposób odreagować również to, co się działo u niej w domu. Jej rodzice od przeszło roku nie dawali jej wytchnienia. Od tamtego czasu wujostwo… to znaczy, państwo Olsen, nie dogadywali się, a kłótnie i niszczenie różnych rzeczy podczas napadów złości były ich w domu na porządku dziennym. Obydwoje znaleźli sposób na rozładowanie negatywnych emocji. Jej mama przelewała całą złość na Lily i stosowała wobec niej przemoc psychiczną, z kolei ojciec od dłuższego czasu szukał pocieszenia w alkoholu. Mimo tego wszystkiego moja przyjaciółka najbardziej nienawidziła, kiedy ktoś okazywał jej współczucie i obchodził się z nią jak z jajkiem. Nigdy nie należała do wylewnych osób, a kiedy starałam się jakoś z nią porozmawiać o tym, co się u niej dzieje, ona zręcznie wymigiwała się od odpowiedzi.

– Masz tu niezły pierdolnik. – Lily wskazała na stertę ubrań w kącie pokoju.

– Zajmij się tamtymi ciuchami. Nie wiem, które się nadadzą. – Przyłożyłam dłoń do twarzy i przetarłam czoło, ciężko przy tym wzdychając. – Dwie walizki to zdecydowanie za mało.

Dziewczyna posłusznie podeszła do wskazanego przeze mnie miejsca.

– Tak. Nie. Nie. Tak. Oj, zdecydowanie nie. – Na prawo przerzucała ubrania, które akceptowała, a na lewo te, które według niej nie były wystarczająco dobre. – Nie, nie. T… – Przechyliła głowę, bacznie przyglądając się materiałowi. – Nie? – zapytała niepewnie, przez co spojrzałam w jej stronę. – W tym to chyba już nie chodzisz, prawda?

Popatrzyłam na nią z politowaniem. Trzymała w ręce moją ulubioną czarną bluzę z minimalistycznym napisem „Friends”, nawiązującym do naszego ulubionego sitcomu.

– Nie przywłaszczysz jej sobie. – Pokręciłam głową, bo wiedziałam, że od dłuższego czasu Lily chciała mi tę bluzę zabrać.

– Nie wiem, o czym mówisz – uciekła ode mnie wzrokiem i zacisnęła wargi. Ze skwaszoną miną wróciła do segregowania reszty ubrań. – Fuj, czemu ty to w ogóle masz? – Rzuciła kolejną rzecz na stertę ubrań po lewej. – Liv? – szepnęła po chwili przyjaciółka, a w jej głosie usłyszałam przerażenie.

– Tak? – spojrzałam na nią.

Dziewczyna wskazywała palcem na zieloną bluzę z napisem „Aloha”, leżącą na szczycie stosu nienadających się do zabrania rzeczy.

– Czy ty…

– Cholera – przerwałam jej i jak oparzona zerwałam się z podłogi. – Nie, oczywiście, że nie.

Z prędkością światła podeszłam do bluzy, by zebrać z ziemi woreczek z białym proszkiem i kilka skrętów, które wypadły z kieszeni.

– Czemu to masz? – Lily również wstała i podeszła do mnie bliżej. – Przecież mówiłaś, że już się w tym nie babrasz! – powiedziała z pretensją w głosie i założyła ręce na piersi.

– Bo to prawda. – Wzruszyłam ramionami, mając nadzieję, że ten nonszalancki gest nieco rozluźni atmosferę. – Jestem czysta już prawie od roku, nie okłamałabym cię. Jeśli chcesz, to nawet teraz mogę zrobić test – powiedziałam pewnie, wskazując na szafkę, w której znajdował się zapas wielopanelowych testów na obecność narkotyków.

Od tamtego pamiętnego dnia zobowiązałam się, że będę je wykonywać co tydzień – albo nawet i częściej, jeśli według innych zachowywałam się, jakbym była pod wpływem – aby moi bliscy mieli pewność, że na pewno już nie biorę. Po ośmiu miesiącach, kiedy wszystkie testy wychodziły negatywne, Peter, babcia i Lily dali mi większy kredyt zaufania.

Moja oferta nie wydawała się uspokoić przyjaciółki. Czuła, że coś przed nią ukrywam, i czekała na wyjaśnienia.

– Kiedyś używałam tej bluzy jako skrytki. Jest paskudna, więc wiedziałam, że nikt nie będzie jej dotykał. Szczerze mówiąc, całkowicie o niej zapomniałam, dlatego się tego nie pozbyłam.

Popatrzyłam na używki znajdujące się w moich rękach. Nawet z takiej odległości czułam ten charakterystyczny zapach marihuany, przez co z trudem przełknęłam ślinę.

– Mam nadzieję. – Lily wyrwała z mojej dłoni woreczek z kokainą i mocno mnie przytuliła, a ja odwzajemniłam jej uścisk. – Jeśli poczujesz potrzebę, żeby do tego wrócić, powiedz mi to. Razem przez to jakoś przejdziemy.

Chwyciła moją głowę z obu stron i złożyła mocnego całusa na moim czole.

– Czuję się, jakbym w czymś przeszkadzał – mruknął Peter, który stał oparty o framugę moich drzwi.

Oderwałam się od Lily i położyłam ręce na biodrach. Brat przeniósł spojrzenie na moje dłonie i dopiero wtedy przypomniałam sobie o trawce, którą ciągle trzymałam.

Peter od razu się wyprostował, a z jego ust zniknął uśmiech. Cieszyłam się, że zobaczył tylko marihuanę, a nie kokainę.

– Co, do cholery… – Spojrzał na Lily, wskazując na mnie palcem. – Żartujecie sobie ze mnie?

– Mamy to wyjaśnione. – Wzrok dziewczyny spoczął na mojej twarzy. – Livia jest już dużą dziewczynką. Wie, co jest dla niej dobre.

– Czy ty w ogóle się słyszysz? Widzisz ją z działką i tak łagodnie reagujesz?! – powiedział podniesionym głosem. – Rok temu też myślałem, że wie, co jest dla niej dobre, a wszyscy dobrze pamiętamy, jak to się skończyło.

Spuściłam wzrok, ponownie czując wyrzuty sumienia i obrzydzenie samą sobą na myśl o przeszłości.

– Uspokój się! Trochę zaufania. – Ton Lily zmienił się na agresywniejszy. – Myślisz, że po tym wszystkim, co się stało, i tym, co ją spotyka każdego dnia, wróciłaby do narkotyków? Serio?

– Halo, ja tu ciągle jestem. Umiem za siebie odpowiadać – wtrąciłam.

Wiedziałam, że Peter po prostu się przejmuje, ale irytowało mnie to, że wciąż nie był w stanie mi zaufać.

– Dawaj. – Peter zrobił kilka kroków w moim kierunku i wyciągnął rękę. – Zajmę się tym.

– Dwadzieścia dolców. – Cofnęłam się, a Peter uniósł brew. – Mam zamiar odzyskać za nie kasę. Nie śpię na pieniądzach. – Uśmiechnęłam się sztucznie.

Wiedziałam, w jaki sposób chciał się tego pozbyć, więc miałam zamiar w jakiś sposób z tego skorzystać. Może i Peter nie tykał używek, za to jego znajomi tak.

– To nie są żarty. Nie bądź dziecinna – powiedział poirytowany i wykonał ponaglający gest ręką.

– Chyba przedsiębiorcza – wtrąciła Lily, na co mój brat zmierzył ją wzrokiem. – Dwadzieścia dolarów – kontynuowała, na co się uśmiechnęłam.

– Nie będę płacił za to, że cię chronię. Nie dostaniesz ani centa – odpowiedział gniewnie, zwracając się do mnie.

– W takim razie zamknij za sobą drzwi, jak będziesz wychodził. – Odwróciłam się na pięcie, po czym z wielkim uśmiechem usadowiłam się na łóżku. – Zmieniłeś decyzję? – zapytałam, kiedy Peter zaczął się do mnie zbliżać.

Zanim zdążyłam zareagować, wyrwał mi skręty z ręki, jednocześnie spychając mnie z łóżka.

– Dziękuję. – Powiedział zadowolony z siebie i rozłożył się na łóżku. Liczyłam na jakąś pomoc ze strony Lily, ale ta jedynie się zaśmiała. – A teraz idź zrobić testy. – Wskazał głową szafkę, w której je trzymałam.

– Ale, Peter…

– Tu nie ma żadnych ale. – Przerwał mi o wiele poważniej, przez co wiedziałam, że nie mam nic do gadania. – Zapierdalaj robić te jebane testy, i to w podskokach. Dla twojego dobra niech wyjdą negatywne, bo jeśli zobaczę choć jeden pozytywny wynik, osobiście przypilnuję, żebyś już nigdy nie wyszła z domu.

Po zrobieniu testów, które wyszły negatywne, i po wykładzie, jaki dostałam od Petera o tym, jak szkodliwe są narkotyki i jakie złe mogą być konsekwencje zażywania ich, przeszliśmy na przyjemniejsze tematy, czyli głównie plotkowanie o naszych „znajomych”.

Kiedy Lily zaczęła opowiadać o podejrzewanym romansie żonatego nauczyciela historii z jedną z uczennic, Peter zakrył mi uszy, jakbym była dzieckiem. Mój brat był święcie przekonany, że jeszcze nigdy nie miałam chłopaka, i traktował mnie, jakbym dopiero co nauczyła się chodzić. W jego mniemaniu byłam gówniarą, która nawet nie zbliżyłaby się do płci męskiej na bliżej niż sześć stóp. Z tego powodu nigdy mu nie powiedziałam, że w przeszłości spotykałam się z kimś z jego grona znajomych. Chłopakiem, przez którego tak naprawdę zaczęło się nasze piekło. Brat wiedział jedynie o tym, że ktoś mi się podobał, ale był przekonany, że to tylko takie moje gadanie, które do niczego nie prowadziło.

W pewnym momencie przestałam ich słuchać, a zamiast tego wpatrywałam się w nich, czując przyjemne ciepło rozlewające się po moim wnętrzu. Obserwowałam, jak szeroko się uśmiechają, co chwilę sobie dogryzając, i jak Lily ciągnie Petera za włosy po tym, kiedy on starał się palcem pokrytym śliną zetrzeć jej naturalne piegi. Miałam wrażenie, że na chwilę przeniosłam się do beztroskiego dzieciństwa, w którym wszystko było takie proste, tak niewinne. Gdy byliśmy młodsi, zawsze wykrzykiwaliśmy „trzech muszkieterów przeciwko całemu światu!” i wtedy wydawało się, że wszelkie istniejące wówczas problemy zdawały się nieważne. Pragnęłam do tego wrócić.

Wtedy z letargu wyrwało mnie pukanie do drzwi. W trójkę automatycznie przenieśliśmy wzrok w stronę wejścia, by zobaczyć babcię Isabellę, która z niewinnym uśmiechem weszła do środka, trzymając w rękach talerz pełen cornetto i tostów z dżemem. Nie mogłam nic poradzić na to, że jak na zawołanie mój brzuch ponownie zaburczał.

– Wiem, wiem… – Babcia przewróciła oczami, zanim jeszcze zdążyłam coś powiedzieć. – Stres stresem, ale musisz coś zjeść. I tak, patrząc na godzinę, to już bardziej obiad niż śniadanie.

Kolejny donośny dźwięk dochodzący z mojego brzucha wydawał się zagłuszać moje kompleksy. Zawsze tak było – płacz, później nadmierne obżeranie się, płacz, niejedzenie i znowu płacz. I tak w kółko.

– Spróbuj go zjeść i już nie żyjesz. – Zmierzyłam Petera zabójczym wzrokiem, kiedy dostrzegłam, jak wyciąga dłoń w stronę rogalika.

Chłopak popatrzył na mnie swoimi wielkimi niebieskimi oczami i zastygł w miejscu. Myślałam, że mnie posłuchał, ale kiedy tylko spuściłam z niego wzrok, zabrał cornetto z mojego talerza i wgryzł się w rogalika, tak że dostrzegłam wylewającą się z niego mleczną czekoladę.

– Uciekaj, Peter – ostrzegłam go spokojnym, ale zdecydowanym tonem. – Lepiej uciekaj.

– Moglibyście być dla siebie mili. – Babcia skomentowała nasze zachowanie. – Tak długo nie będziecie się ze sobą widzieć – powiedziała głosem pełnym zmartwienia, które w mojej opinii było przesadzone.

– Za miesiąc gram mecz na jej uniwersytecie. Zobaczymy się o wiele wcześniej, niżbym tego chciał. – Peter przewrócił oczami, jednak w jego głosie nie dało się usłyszeć irytacji czy pogardy. Powiedział to z tak przekonującą nonszalancją, że gdybym go nie znała, nie pomyślałabym, że coś było nie tak.

Byłam pewna, że ten mecz skończy się porażką dla drużyny z San Bernardino i dałabym sobie rękę uciąć, że Peter uważał dokładnie tak samo, mimo że duma nie pozwala mu się do tego przyznać. Nie, kiedy w grę wchodziła drużyna Celestiax: niespełnione marzenie mojego brata. Marzenie, które Peter stłumił i z którego zrezygnował – według niego – dla dobra naszej rodziny.

– Mam coś jeszcze dla ciebie. – Babcia wyciągnęła prostokątne pudełko z kieszeni i położyła je na stole przede mną, całując mnie przy tym w czubek głowy.

– Telefon? Przecież ja mam telefon – powiedziałam zestresowana, nie chcąc się przyznać do wczorajszego incydentu.

– To nie fair – skomentował Peter. – Ja na początek studiów dostałem bon do McDonalda na dwadzieścia dolców.

Od początku wakacji mój telefon ledwo działał. W wielu miejscach ekran nie reagował na dotyk, ale dzięki komendom głosowym udawało mi się dzwonić czy słuchać muzyki. To nie tak, że nie dbałam o swoje telefony, po prostu nie miałam do nich szczęścia. Dwa miesiące temu ścigałam się z Peterem na rowerach. Kiedy tylko udało mi się go wyprzedzić, komórka wypadła z mojej kieszeni, a chłopak po niej przejechał. Miesiąc temu, kiedy byłam z nim i Lily na plaży, Peter postanowił nam dokuczyć. Wrzucił nas do morza, zanim jeszcze zdążyłyśmy się rozebrać, więc mój iPhone zaliczył darmową lekcje pływania.

– Widziałam, jak podbierałaś surowy ryż z szuflady. Zgaduję, że tamten telefon znowu zalałaś – odpowiedziała poirytowana babcia, przez co przed moimi oczami stanęła sytuacja z poprzedniego dnia, kiedy to, będąc w łazience, przez przypadek zrzuciłam telefon z umywalki, a ten wpadł prosto do toalety.

– To już nawet nie można w spokoju ugotować sobie ryżu? – spytałam z wyrzutem.

– Chciałaś go ugotować pod prysznicem? Bo mogłabym przysiąc, że wychodziłaś z nim do łazienki. – Babcia popatrzyła na mnie z irytacją.

– Oszczędź sobie, Joe – powiedział Peter, używając tej głupiej ksywki, którą nadał mi lata temu. – Przecież ty masz problem nawet z zagotowaniem wody w czajniku.

– Ej. – Wycelowałam w niego palcem. – Gdybym wiedziała, że to był czajnik elektryczny, nie postawiłabym go na kuchenkę gazową.

– Co zrobiłaś?! – Babcia wytrzeszczyła oczy.

– Nic. – Wpakowałam rogalika do buzi i odwróciłam od niej wzrok.

– Livia? Co zrobiłaś z naszym nowym czajnikiem? – Zapytała gniewnie.

Zerwałam się na równe nogi i po ułożeniu dłoni na lędźwiach babci odprowadziłam ją do drzwi, niewinnie się przy tym uśmiechając.

– Dziękuję za telefon i śniadanie, ale muszę się zająć pakowaniem.

Gdy wypchnęłam ją za próg, ciężko westchnęłam, posyłając bratu mordercze spojrzenie.

Po kolejnej godzinie plotek i zjedzeniu całego śniadania udałam się do toalety. Kilka minut później przemyłam trzonek szczoteczki do zębów i kilkukrotnie przetarłam ścierpnięte kolana. Poprawiłam makijaż, który mi się lekko rozmazał, i palcami rozczesałam sięgające mi do piersi ciemnobrązowe, cieniowane włosy rozświetlone jaśniejszymi refleksami. Po powrocie do pokoju postanowiłam wrócić do pakowania się i zmusiłam Lily, żeby mi pomogła. Kiedy Peter usłyszał, że coś trzeba robić, od razu uciekł.

Czas upływał stanowczo zbyt szybko, jednak dzięki pomocy Lily udało mi się wszystko dopiąć na ostatni guzik. Gdy zamknęłam ostatnią walizkę, poszłam do babci, żeby się z nią pożegnać. Isabella przypomniała mi o zabraniu ze sobą testów na obecność narkotyków. Wiedziałam, że się o mnie martwiła i że najchętniej zamknęłaby mnie w swoim pokoju i nigdy nie wypuszczała. Miała jednak świadomość, że aktualnie to miasto mogło mnie zniszczyć bardziej niż ja samą siebie. Po dziesięciu minutach pożegnań kolejny raz się w nią wtuliłam, po czym babcia w pośpiechu wyszła z domu. W tym całym zamieszaniu nawet nie pomyślałam o tym, żeby zainteresować się, dokąd jechała.

– Peter!!! Jeśli nie zejdziesz na dół w ciągu pięciu minut, to przysięgam, że nigdzie nie pojadę i utkniesz tu ze mną do końca życia. Czekam przed samochodem – krzyknęłam, schodząc po schodach z walizką. Za mną szła Lily, dźwigając drugi bagaż.

Chłopak niemal od razu wybiegł z pokoju, jakby się bał, że spełnię swoją groźbę.

– Szybciej, nie ma czasu do stracenia – krzyknął, wymijając mnie biegiem, a Lily ruszyła za nim.

Przewróciłam oczami i spojrzałam na rodzinne zdjęcia, których galeria rozciągała się na całej ścianie wzdłuż schodów, od ich szczytu aż do samego podnóża.

– Błagam, powiedzcie mi, że Peter jest adoptowany – szepnęłam do starej fotografii, na której wraz z bratem siedzieliśmy na kolanach rodziców. – Pa, mamo. – Pocałowałam wewnętrzną stronę dłoni i przyłożyłam ją do uśmiechniętej twarzy mamy. – Pa, tato. – Powtórzyłam czynność, tym razem przykładając dłoń do twarzy taty, który z czułością patrzył na żonę.

Pozwoliłam ręce opaść wzdłuż ciała, a po kilku chwilach nieprzerwanego przypatrywania się rodzicom zeszłam na dół. Dopiero gdy z Lily znalazłyśmy się na zewnątrz i wpakowałyśmy walizki do bagażnika, dotarło do nas, co tak właściwie się dzieje. Znałyśmy się od przeszło piętnastu lat i od tamtej pory nie rozstawałyśmy się z własnej woli na dłużej niż trzy dni.

– Nie ma co się rozklejać. – Starłam łzę z jej policzka. – Przecież nie wyjeżdżam na inny kontynent.

– Chodź, bo się spóźnimy – powiedział Peter i dwukrotnie zatrąbił. – Pani ładna jedzie z nami? – zapytał nonszalancko, na co Lily się skwasiła. Wyglądała, jakby miała ochotę zwymiotować.

– Nie. Nie, nie, nie, nie. – Pokręciłam głową z obrzydzeniem. – Koniec tego czegoś, co teraz robisz. – Pomachałam palcem. – Fu!

Popatrzyłam na Petera z odrazą, a ten tylko przewrócił oczami.

– Muszę iść do szkoły – westchnęła Lily. – Rodzice zabiją mnie za to, że nie poszłam na pierwsze lekcje, więc nie chcę im dawać kolejnych powodów do kłótni.

Mimo że Lily miała osiemnaście lat, w tym roku zaczęła ostatnią klasę liceum. Nigdy nie miała problemów z nauką, jednak po śmierci swojego chłopaka całkowicie się załamała i przestała wychodzić z domu. Nawet kiedy już rodzice ją zmusili, żeby poszła do szkoły, ta nigdy do niej nie docierała. Zazwyczaj szła wtedy do miejsc, które jej się kojarzyły z Cole’em. Jej nieobecności i zaległości w nauce spowodowały, że nie zaliczyła roku i musiała powtarzać klasę.

– Nie przesiaduj sama w domu – powiedziałam i mocno uścisnęłam przyjaciółkę. – Jak coś, to wiesz, że Peter będzie na posterunku, więc śmiało możesz mu zawracać głowę.

Ucałowałam jej policzek i wsiadłam do samochodu.

– Livy… – nachyliła się do okna, więc zsunęłam szybę. – Dasz radę. Jeśli coś się będzie działo, to do nas dzwoń. – Popatrzyła na Petera, a później znowu na mnie. – Trzech muszkieterów…

– Przeciwko całemu światu – odpowiedzieliśmy wspólnie z bratem bez najmniejszego zawahania, za to z szerokimi uśmiechami.

I tak po prostu… wszystko znowu wydawało się łatwiejsze.

Rozdział 3.Celestiax

Livia

– Wiedziałam, że jesteś niedojrzały, ale że aż tak? – oparłam łokieć o drzwi samochodu i przyłożyłam dłoń do czoła.

– Słuchaj, szansa na darmowe piwo nie zdarza się często. – Peter poklepał kierownicę. – Więc gdy ci mówią, że je dostaniesz, jeśli zmieścisz pięść swojego ziomka w buzi, to po prostu to robisz – powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

– A dostałeś chociaż to piwo? – zapytałam, gapiąc się w szybę.

– Próbowałaś kiedyś wcisnąć pięść koszykarza do ust? Poza tym wiesz, że nie piję. Tak naprawdę chodziło tylko o wygranie zakładu. – Brat wzruszył ramionami, a ja tylko skinęłam głową ze zrozumieniem.

Rywalizację mieliśmy w genach. Czasami miałam wrażenie, że była naszym paliwem napędowym i cali nią emanowaliśmy.

– O której dokładnie masz ten autobus? – zapytał, gdy wysiadaliśmy z auta na Union Station w Los Angeles.

– Za dwadzieścia minut, ale chyba już go widzę. O, tam stoi – wskazałam palcem na pojazd.

Niedaleko nas stały dwa ogromne autokary w kolorach żółci i butelkowej zieleni. Na boku miały napis CXU, a pod nim o wiele mniejszy nadruk: Celestiax University of Santa Monica. No właśnie… Celestiax. Mogłoby się wydawać, że to okrutne jechać na studia do wymarzonej uczelni swojego rodzeństwa, ale w tym wypadku nie chodziło mi o dokuczenie bratu. Głupio się czułam, jadąc tam ze świadomością, że marzył o niej tak bardzo jak ja, a może nawet bardziej, ale zrezygnował z niej dla dobra mojego i babci. Peter zarzekał się, że go to nie obchodziło, ponieważ sam zdecydował, że tam nie pójdzie. Powtarzał to wielokrotnie i z takim przekonaniem, że zaczęłam mu wierzyć, jednak kiedy zobaczyłam, w jaki sposób spojrzał na logo uczelni, od razu wiedziałam, że żałuje decyzji, którą podjął.

Jeszcze kilka miesięcy temu nie planowałam zmieniać uczelni, jednak z powodu kpin rówieśników chciałam się wynieść z San Bernardino najszybciej, jak było to możliwe. Myślałam, że na studiach ludzie nie będą tak bardzo interesować się moim życiem, a jednak bardzo się myliłam. Albo wyzywali mnie od ćpunek, albo myśląc, że jestem dilerką, liczyli, że sprzedam im działkę, co wiązało się z kolejnymi plotkami na mój temat. Ku mojemu zdziwieniu babcia niemalże od razu poparła moją decyzję i wspólnie udało nam się namówić Petera, żeby i on mnie w tym wspierał. Na szczęście udało nam się uzgodnić z uczelnią, że dołączę do bieżącego roku akademickiego bez konieczności nadrabiania pierwszego roku, skoro już zaliczyłam go na innej uczelni, na której program był bardzo zbliżony. Wystarczyło, że napisałam kilka esejów i egzaminów, które miały potwierdzić, że nie będę odbiegać wiedzą od innych studentów, a fakt, że miałam naprawdę dobre oceny, bardzo mi w tym pomógł.

– Stresik?

Peter wyciągnął i otworzył nową paczkę papierosów, po czym skierował ją w moją stronę.

– Jak cholera – odparłam i sięgnęłam po jednego na tyle szybko, by brat nie zdążył przemyśleć swojej decyzji o zaoferowaniu mi papierosa.

Kiedy to zrobiłam, chłopak schował resztę ponownie do kieszeni. Nie wziął żadnego dla siebie. Postanowiłam nie pytać, czemu je kupił, skoro sam nie palił ze względu na koszykówkę.

– A ty byś się nie stresował? – zapytałam, przyglądając się autokarowi uczelni.

– Świrowałbym bardziej niż ty. – Uśmiechnął się nieznacznie i popatrzył na papierosa tlącego się w mojej dłoni.

Nigdy nie byłam uzależniona od papierosów, szczerze mówiąc, nawet za nimi nie przepadałam. Tak naprawdę paliłam dla towarzystwa, zazwyczaj na imprezach, dlatego tego dnia zdziwiło mnie, że po jednym czułam niedosyt. Nagle zrobiło mi się duszno. Nie wiedziałam, czy to przez stres, czy przez to, że miałam na sobie kilka warstw ubrań, mimo że było ponad siedemdziesiąt farenheitów. Nie chciałam tego pokazywać, ale myśl o samodzielności i pozostawieniu wszystkiego, co jest mi do tej pory znane, przerażała mnie bardziej, niżbym się tego spodziewała.

Gdy wypaliłam papierosa, Peter wyciągnął moje bagaże. Patrzyłam, jak wsiadł do auta i odpalił silnik. Odwróciłam się plecami do samochodu, zacisnęłam dłonie na rączkach walizek i zrobiłam krok w przód.

– Ej, Joe. – Obejrzałam się do tyłu. – Nie daj się, wierzę w ciebie.

Ten zlepek kilku słów odbijał się w mojej głowie niczym echo. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo potrzebowałam to usłyszeć.

– Dzięki – odpowiedziałam zdawkowo. – Do zobaczenia za miesiąc.

Peter nic nie odpowiedział, tylko zamknął szybę i odjechał, a ja udałam się w stronę autokarów. Na początku brat miał mnie zawieźć bezpośrednio na uczelnię, jednak pomyślałam, że wspólna jazda z innymi studentami może być dobrym sposobem na poznanie nowych ludzi. Celestiax oferował przewóz prosto na uczelnię z Union Station, jednego z największych dworców kolejowych na zachodnim wybrzeżu Stanów, a także z LAX, czyli najważniejszego portu lotniczego w LA.

Pierwszy autokar okazał się całkowicie zapełniony, więc przeszłam od razu do drugiego. Kiedy zauważyłam, że w środku znajdują się pojedyncze wolne miejsca, pokazałam kierowcy list potwierdzający moje przyjęcie do CXU i dołączony do niego voucher na przejazd. Mężczyzna wysiadł i uśmiechnął się do mnie, a następnie zabrał moje walizki i powiedział, że mogę już zająć miejsce.

Gdy weszłam do środka, szybko wyszukałam najbliższe wolne miejsce, a to znajdowało się w jednym z pierwszych rzędów. Wybrałam siedzenie przy oknie, aby móc obserwować drogę podczas podróży. Miałam też cichą nadzieję, że ktoś się do mnie dosiądzie. Kilka minut później do autokaru wszedł pewien chłopak, który złapał ze mną krótki kontakt wzrokowy. Po przedstawieniu swoich dokumentów nowy pasażer ruszył w głąb pojazdu. Przez chwilę rozglądał się po wnętrzu, aż jego wzrok ponownie padł na mnie. Kiedy zatrzymał się przy moim rzędzie, serce mi niemal stanęło.

– Wolne? – Wskazał palcem na miejsce obok mnie.

Otworzyłam usta, chcąc powiedzieć, żeby usiadł, jednak ktoś mnie wyprzedził.

– Zane, kochanie, tu jestem. Zajęłam ci miejsce – usłyszałam krzyk jakiejś dziewczyny z tyłu.

Oboje odwróciliśmy się w kierunku głosu i wtedy ujrzałam uśmiechniętą od ucha do ucha blondynkę, która machała do chłopaka. Ten, nawet na mnie nie patrząc, zerwał się z miejsca, a potem z równie wielkim uśmiechem podszedł do niej i ją pocałował.

Westchnęłam pod nosem i potrząsnęłam moją głupią głową, która po jednym spojrzeniu jakiegoś faceta zastanawiała się, jaki krój sukienki ślubnej będzie mi najbardziej pasował. Kierowca odpalił silnik, a ja już wiedziałam, że mój plan poznania kogoś właśnie rozpłynął się w powietrzu.

Gdy autokar zaczął ruszać z miejsca, za oknem mignęło mi coś, a raczej ktoś, kto przykuł moją uwagę. Niedaleko autokaru stał czarny range rover,o którego opierał się wysoki brunet. Chłopak wydawał się dziwnie znajomy. Kiedy chciałam się mu lepiej przyjrzeć, autokar odjechał ze stanowiska. Przez większość drogi – mimo wielu prób – nie mogłam się skupić na widokach słonecznego Los Angeles, ponieważ maniakalnie usiłowałam przypomnieć sobie, skąd mogłam kojarzyć tę osobę. Starałam się pobudzić do życia swoje ostatnie, ledwo zipiące szare komórki, jednocześnie bawiąc się swoim srebrnym wisiorkiem z zawieszką w kształcie litery V. Próby odszukania w pamięci jakiegokolwiek faktu związanego z chłopakiem z parkingu na nic się zdały, bo w mojej głowie była jedna wielka, czarna dziura.

Nawet nie wiedziałam, w którym momencie dotarliśmy na miejsce. Zorientowałam się dopiero, kiedy ktoś przypadkowo przy wychodzeniu z autokaru uderzył mnie swoją torbą. Odczekałam, aż wszyscy wysiądą, i dopiero wtedy opuściłam pojazd. Przez nieuwagę, schodząc po schodkach, o mało nie wylądowałam twarzą na asfalcie, kiedy nadepnęłam na rozwiązaną sznurówkę. Po ustabilizowaniu pozycji wzięłam głębszy oddech i uniosłam wzrok. Serce zabiło mi szybciej na widok ogromnego budynku, który wedle informacji na stronie uniwersytetu, został wybudowany w 1918 roku i znajdował się na każdej broszurze uczelni. Budynek z jasnej cegły, zaprojektowany w stylu neogotyckim, z jedną wysoką wieżą na środku, zdobiło dość nowoczesne logo uczelni, zawieszone tuż nad wejściem. Zazwyczaj takie połączenie stylów wydawało mi się dość karykaturalne, jednak w tym przypadku wszystko idealnie ze sobą współgrało. Czytałam również, że był to zabieg celowy, który miał podkreślać, że uczelnia liczy się z tradycjami, jednocześnie będąc otwartą na nowe.

– Olivia? – Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. – Olivia Davis?

Odwróciłam się w stronę głosu, a kiedy zobaczyłam, kto to do mnie powiedział, wytrzeszczyłam oczy w szoku. Liam Bloom. Kapitan drużyny koszykarskiej Celestiax i dobry znajomy mojego brata. Kojarzyłam go aż za dobrze. Jakieś sześć miesięcy temu, kiedy otrząsnęłam się po zerwaniu z poprzednim chłopakiem, Liam był moim sekretnym obiektem westchnień. Zobaczyłam go na jednym z meczów, które Peter oglądał w telewizji. Nigdy nie zamieniłam z Bloomem słowa, nawet wtedy, kiedy się spotkał z moim bratem na zawodach ligowych. Zauroczenie trwało zaledwie miesiąc, jednak i tak dziwnie się poczułam, kiedy zdałam sobie sprawę, że chłopak zna moje imię i nazwisko.

Kiedy nasze oczy się spotkały, między brwiami Liama pojawiła się niewielka zmarszczka.

– Chloe? – wyszeptał, jednak miałam wrażenie, że zadał to pytanie sobie, a nie mnie.

Przez chwilę wpatrywał się bez słowa w moją twarz, jednak kiedy już otwierałam usta, nagle pokręcił głową.

– Przepraszam. – Odchrząknął. – Olivia, dobrze mówię? – Starał się zakryć swoje zakłopotanie ogromnym, ciepłym uśmiechem.

Pamiętam, że widząc Blooma po raz pierwszy, miałam wrażenie, że patrzę na postać żywcem wyjętą z dużego ekranu. Ciemną karnacją, uśmiechem i przenikliwym spojrzeniem wyrazistych, niemalże czarnych oczu przypominał Keitha Powersa.

Liam był wyższy ode mnie, na co często zwracałam uwagę u mężczyzn, bo sama mierzyłam pięć stóp i dziesięć cali wzrostu. Włosy chłopaka były krótko przystrzyżone, jednak wciąż można było zauważyć miękką teksturowaną fakturę typową dla naturalnego skrętu. Moją uwagę przykuł jego luźny, sportowy styl, który ani trochę nie wyglądał niechlujnie. Na ręce chłopaka widniał srebrny zegarek, a na szyi dostrzegłam łańcuszek wisiorka, który chował się pod koszulką.

– Tak, skąd wiesz?

Chłopak wyciągnął telefon i skierował ekran w moją stronę, pokazując mi jakąś konwersację sprzed dwóch godzin.

DAVIS:

Błagam cię, dopilnuj, żeby moja siostra nie zabiła się w drodze do akademika.Ma na imię Olivia.Z jej szczęściem utopi się, jeśli wejdzie w kałuże.Nie każę ci jej niańczyć, ale pokaż jej, co i jak.

LIAM:

Jak wygląda?

DAVIS:

Brzydsza wersja mnie z brązowymi włosami.Jak ją zobaczysz, to będziesz wiedział.

– Gdyby nie wysłał mi później zdjęcia, to i tak zdradziłoby cię twoje… spektakularne wyjście z autokaru. – Chłopak zaśmiał się i schował telefon do kieszeni. – Jestem Liam. – Wyciągnął do mnie dłoń, więc ją uścisnęłam.

– Olivia. – Starałam się zachować spokój, udając przed sobą, że kiedyś maniakalnie nie śledziłam każdego profilu Blooma w social mediach. – Przepraszam cię za brata. Dam sobie radę, nie musisz się mną przejmować. – Zaśmiałam się nieśmiało, uciekając od niego wzrokiem.

– Spokojnie, to nie problem – odparł i rozejrzał się wokół. – Więc? Która jest twoja? – zapytał, wskazując palcem na walizki.

Po chwili poszukiwań odnalazłam swoje bagaże, które Liam od razu próbował ode mnie odebrać. Na początku starałam się go odwieść od tego pomysłu, jednak się uparł, że weźmie chociaż jedną.

– Więc tak… To główny budynek CXU. – Chłopak wskazał palcem. – Tutaj załatwiamy wszystkie formalności. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, to możesz się tam zawsze zgłosić.

– Przepraszam – zaczepiła nas jakaś kobieta – Braliście już kartki informacyjne? Mogę prosić wasze nazwiska? – zapytała, jednak kiedy spojrzała na chłopaka, na jej ustach zagościł szeroki uśmiech – O, witaj, Liam.

– Dzień dobry. – Bloom odwzajemnił uśmiech i popatrzył na mnie. – Olivia?

– Livia Davis, drugi rok, psychologia.

Kobieta wykreśliła moje nazwisko z listy i podała mi kartkę, a następnie podeszła do innych studentów. W broszurze, którą dostałam, zapisano dokładny adres mojego akademika i numer pokoju oraz najważniejsze numery telefonów.

– Jeśli mieszkasz w akademiku, to masz szczęście, bo to blisko budynków, gdzie są prowadzone zajęcia. Jednak jeśli mieszkasz w bractwie, to…

– W akademiku. – Ponownie spojrzałam na kartkę. – A dokładnie w sektorze drugim, w budynku… Hekate.

– W takim razie masz szczęście. – Liam znów się uśmiechnął. – Co prawda to jeden z najstarszych budynków, ale dzięki temu jest najbliżej serca Celestiax, więc nie będziesz miała daleko na wykłady. Chodźmy, zaprowadzę cię.

Chwycił jedną z walizek i ruszył przed siebie. Patrząc na jego profil i mając na uwadze, jak miły był dla mnie, zaczęłam się zastanawiać, czy to zauroczenie na pewno minęło.

– Więc, drugi rok psychologii… co cię skłoniło do zawitania w nasze skromne progi?

– Patrząc na to, jak wszystko tu wygląda, trudno nazwać to skromnymi progami.

Starałam się uniknąć tematów związanych z moją przeszłością, ponieważ nie wydawało mi się, żeby rozpoczęcie znajomości tekstem: „Cześć, jestem Olivia i miałam problem z narkotykami” było dobrym pomysłem.

– Tak, coś w tym jest. – Zaśmiał się, po czym zwrócił się w moją stronę. – A tak w ogóle to teraz zdałem sobie sprawę… Mówiłaś, że masz na imię Olivia, a przedstawiłaś się jako Livia, zanim dostałaś broszurę.

– A, to. Tak właściwie to mam włoskie imię, które wybierał mój tata pod naciskiem babci, żeby choć jedno z jej wnucząt nie miało amerykańskiego imienia. W papierach mam Livia, ale nikt nie używa tego imienia oprócz babci, kiedy jest na mnie zła. Wszyscy mówią Olivia albo Liv.

– Jasne. – Liam skinął głową. – Cazzo– wypalił nagle.

Stanęłam w miejscu, kiedy usłyszałam od niego włoskie przekleństwo. Babcia Isabella była Włoszką, więc mimo że mówiąc w tym języku, popełniałam sporo błędów, takie słowa znałam doskonale.

Popatrzyłam na chłopaka zdziwiona, nie ukrywając rozbawienia.

– Figlio di puttana–kontynuował, a ja parsknęłam pod nosem. – No co? Peter mnie kiedyś tego nauczył.

– Oczywiście, że cię tego nauczył. – Pokręciłam głową i ponownie ruszyłam przed siebie.

– A oto i Hekate. – Wskazał dłonią na akademik, który nie odbiegał wyglądem od głównego budynku. – Daj telefon. Wpiszę ci się, gdybyś miała jeszcze jakieś pytania. – Wyciągnął do mnie rękę, więc podałam mu komórkę. – No więc… do zobaczenia. – Oddał mi telefon, kiedy tylko wpisał swój numer.

– Do zobaczenia.

Rozłożyłam ręce do uścisku, czego od razu pożałowałam, bo chłopak w tym samym czasie wyciągnął do mnie dłoń, przez co skończyło się na… przybiciu żółwika. Po niezręcznym pożegnaniu z Liamem weszłam do środka najszybciej, jak tylko mogłam, żeby chłopak nie zobaczył, że się rumienię. Odebrałam klucz do pokoju, wsiadłam do windy i udałam się na trzecie piętro.

– Trzydzieści, trzydzieści jeden – mówiłam cicho, przechodząc przez korytarz wypełniony ludźmi. – O, trzydzieści dwa, to tutaj. – Otworzyłam drzwi i weszłam.

W środku nikogo nie zastałam. Pokoik nie był duży, ale zdecydowanie wystarczający dla dwóch osób. Połowa pomieszczenia była już całkowicie udekorowana, zapewne przez moją współlokatorkę. Beżowe ściany idealnie komponowały się z ozdobnymi zielonymi i złocistymi poduszkami z logo uczelni. Moje łóżko znajdowało się praktycznie przy drzwiach, a obok niego stała mała szafeczka nocna. Byłam wykończona podróżą i ostatnimi bezsennymi nocami, więc postanowiłam położyć się na białej pościeli z inicjałami CXU. Potrzebowałam pięciu minut odpoczynku.

Rozdział 4.Stary (nie)znajomy

Livia

– To nie tak! Ja… ja przecież, ja nie wiedziałam… to wszystko miało się potoczyć inaczej.

– Inaczej?! To ty ich zabiłaś! Gdybyś się znowu nie naćpała, oni by dalej żyli! – wykrzykiwał Peter, przez co zapłakana babcia Isabella wybiegła ze szpitalnej sali.

– Chciałam ztym skończyć… wiesz przecież otym. – Poprawiłam apaszkę, żeby się nie zsunęła inie odsłoniła mojej szyi, apotem szybko schowałam obolałe ręce za plecami, aby brat nie zauważył siniaków. – Chcesz usłyszeć prawdę? Proszę bardzo. Tamtej nocy…

– Nie wierzę już wani jedno twoje słowo – przerwał mi, kręcąc głową, apo jego policzku spłynęła łza. – Jak ty możesz patrzeć wlustro po tym wszystkim? – Spojrzał na mnie zobrzydzeniem. – Szkoda, że to nie ty zginęłaś zamiast nich.

– Twierdzisz, że ja tego nie chciałam? Myślę otym dzień wdzień! Nienawidzę się za to, ale muszę żyć. Żyć, żeby cierpieć, bo śmierć byłaby za prostym rozwiązaniem… zbyt łagodnym.

Peter zastygł wmiejscu, widocznie zdziwiony moimi słowami. Nic nie powiedział ani nie zareagował na to, co usłyszał. Po chwili wyszedł zpokoju izostawił mnie samą. Wraz ztrzaskiem drzwi kolejna fala łez zalała moje policzki. Wiedziałam, że brat nie myślał tego, co mówił, tylko wten sposób próbował mnie skrzywdzić. Nie wiedział, że największe katusze przeżywałam, widząc jego oczy. Te piękne, wielkie, niebieskie oczy, niegdyś tętniące życiem, teraz były przepełnione nie tylko gniewem, ale ismutkiem. Smutkiem osieroconego chłopca.

Po chwili – a raczej tylko mi się tak wydawało – obudziłam się, czując okropny ból szyi. Uniosłam głowę, która zwisała za łóżko tak samo jak lewa noga. Kiedy się podniosłam, okazało się, że na zewnątrz było już jasno, a ja przespałam całą noc. Spojrzałam w bok i ujrzałam niską, szczupłą dziewczynę, układającą książki na jednej z szafek. Miała jasny kucyk, czarną koszulę i tego samego koloru obcisłe dżinsy. Szyję blondynki ozdabiały perły, które pasowały do białych baletek.

Przetarłam oczy i wetchnęłam ciężko, starając się wyprzeć z głowy wspomnienie, które pojawiło się w moim śnie. Miałam nadzieję, że koszmary nie będą mnie męczyć z dala od miejsca, w którym wszystko się zaczęło, a jednak. Jeśli wyprowadzka do innego miasta i zmiana otoczenia w żaden sposób nie wpłynęły pozytywnie na to, co się ze mną działo, to co mogło? Chciałam wierzyć, że kiedy zaaklimatyzuję się na uczelni, to wszystko minie. Miałam nadzieję, że to tylko kwestia czasu i że mój mózg potrzebuje kilku dni, żeby przyswoić informację o nowym otoczeniu, co sprawi, że odetnę się od przeszłości i przestanie mnie ona nękać w snach.

– O, wstałaś – powiedziała dziewczyna radośnie. – Już dochodzi jedenasta. – Poprawiła okulary, po czym do mnie podeszła. – Cześć, jestem Caroline Allen, biotechnologia, trzeci rok – oznajmiła z dumą i ścisnęła moją dłoń. – To studenckie życie – westchnęła jakby z nostalgią. – W twoim wieku też byłam niewyżyta i myślałam jedynie o imprezach.

– Ale ja wczoraj nigdzie nie byłam – powiedziałam z lekkim uśmiechem, powstrzymując się od poinformowania jej, że jest ode mnie zaledwie rok starsza.

– Oczywiście że nie. – Dziewczyna karykaturalnie przymrużyła jedno oko, po czym udała, że zamyka usta na zamek i wyrzuca klucz. – A! Jedna prośba. – Odwróciła się do mnie i podniosła palec wskazujący do góry. – Nie sprowadzaj tu żadnych mężczyzn. Skarpetka na klamce nie jest w moim stylu. Jakbyś wychodziła na domówki w ciągu tygodnia, to prosiłabym cię, żebyś wracała o przyzwoitej porze albo następnego dnia. Mam lekki sen i łatwo mnie obudzić, a w przeciwieństwie do niektórych mnie naprawdę zależy na tych studiach. Jestem tu, żeby się uczyć.

Postanowiłam nic nie odpowiedzieć. Nie chciałam się z nikim kłócić już pierwszego dnia ani dawać dziewczynie pretekstu, żeby znowu się odezwała. Mimo to Caroline, która najwidoczniej nie zauważyła, że ją ignoruję, zaczęła mówić o swoich niesamowitych doświadczeniach naukowych. Zdecydowałam się rozpakować i jedynie kiwać głową, udając, że jej słucham. Gdy zadzwonił telefon dziewczyny, ta wybiegła z pokoju jak oparzona, tym samym dając mi chwilę spokoju. Z westchnieniem sięgnęłam po załadowaną aż po brzegi walizkę, której zamek błagał o otwarcie. Wyciągnęłam pierwsze spodnie dresowe, a kiedy je uniosłam do góry nogawkami, nagle coś spadło na ziemię.

Skręty.

Sześć pieprzonych skrętów właśnie leżało przy moich stopach. Kiedyś miałam tak wiele skrytek, że już sama zaczęłam się w nich gubić. Przez dwie minuty toczyłam wewnętrzną walkę, którą przegrałam. Wyciągnęłam zapalniczkę z torby, usiadłam na posadzce przed łóżkiem i wyjęłam telefon. Zauważyłam wiadomość od Lily, więc od razu przypomniała mi się wczorajsza rozmowa i słowa przyjaciółki, że mi ufa. Odrzuciłam blanta na podłogę, gdzie znajdowała się reszta z nich. Uśmiechnęłam się sama do siebie i postanowiłam odpisać przyjaciółce.

LILY:

i jak?mam nadzieje, że już za mną tęsknisz

OLIVIA:

Nawet nie wiesz, jak bardzo.Przydzielono mi do pokoju taką… Kate Forty, tylko z trzy razy gorszą.

LILY:

HA! nie da się być gorszym niż kate

OLIVIA:

No właśnie.

LILY:

o bożelivymuszę kończyćwidzę, że tony idzie

OLIVIA:

Lily, błagam cię… On jest o rok od ciebie młodszy, to powinno być karalne.

LILY:

nie przesadzajkocham, napiszę później

– O nie – usłyszałam nad sobą głos Caroline. – Nie jestem twoją matką, więc ci tego nie zabronię. – Wskazała na sześć skrętów leżących obok mnie. – Ale jeśli już masz palić, to nie smrodź w pokoju, tylko wyjdź na zewnątrz.

– Nie będę tu palić. – Skinęłam głową i lekko się uśmiechnęłam.

Skoro miałam mieszkać z tą dziewczyną przez najbliższy rok, chciałam sprawić, abyśmy chociaż się tolerowały, więc nie zamierzałam sprawiać jej kłopotów. Wolałam pokazać, że będę dobrą, bezproblemową współlokatorką.

– Więc twoje badania… – zaczęłam, wpatrując się w Caroline z uśmiechem. W ogóle mnie to nie interesowało, jednak słyszałam, z jaką pasją o nich mówiła, więc uznałam, że to dobry temat na przełamanie lodów. – Od kiedy…

– Nie rozumiem, jak można w ogóle palić – odpowiedziała z kpiącym parsknięciem. – To śmierdzi, zwiększa ryzyko psychozy, robi papkę z mózgu… Tylko idioci się w tym babrają.

Zmieniłam zdanie. Jebać ją.