Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Osiemnaście stopni poniżej zera ebook

Stefan Ahnhem  

4.36363636363636 (11)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 680 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Osiemnaście stopni poniżej zera - Stefan Ahnhem

Po szalonym pościgu dwóch samochodów przez centrum Helsingborga jedno z aut wpada do basenu portowego. Wszystko wskazuje na wypadek, ale wkrótce się okazuje, że kierowca samochodu, znany przedsiębiorca w branży IT i twórca popularnej gry na telefon, był martwy już od wielu tygodni, a jego zwłoki zostały zamrożone.

 

Jest początek maja i od wydarzeń opisanych w Ofierze bez twarzy minęły prawie dwa lata. Od kilku miesięcy w wydziale kryminalnym policji panuje niespotykany spokój. Fabian Risk wykorzystuje ten czas na próbę polepszenia stosunków w swojej rodzinie, ale zarówno on, jak i jego koledzy zaczynają się nudzić, choć nikt z nich nie odważyłby się wypowiedzieć tego na głos. Kiedy więc na ich biurkach ląduje zagadka zamrożonego milionera, wszyscy myślą to samo: nareszcie.

Rozpoczyna się walka z czasem, w której nic nie okazuje się takie, jakim się z początku wydawało. Wkrótce sprawy przybierają tak nieoczekiwany obrót, że Fabian przestaje wierzyć w swój własny osąd. Zarazem ma świadomość, że jeśli szybko nie znajdzie rozwiązania, w zamrażarce wyląduje kolejna ofiara.

Osiemnaście stopni poniżej zera to mroczny kryminał opowiadający o pościgu za bezwzględnym mordercą. To zarazem trzecia część w serii książek o Fabianie Risku, bohaterze bestsellerowych powieści Ofiara bez twarzy i Dziewiąty grób.

 

 

Stefan Ahnhem od ponad dwudziestu lat pracuje jako scenarzysta telewizyjny i filmowy. Jest autorem scenariuszy do najpopularniejszych szwedzkich seriali kryminalnych, m.in. tych o Kurcie Wallanderze. Zadebiutował Ofiarą bez twarzy, która spotkała się z fantastycznym przyjęciem, a jej prawa sprzedano do dwunastu krajów. Dziewiątym grobem tyko umocnił swoją pozycję jednego z najciekawszych pisarzy skandynawskich. W przygotowaniu czwarta część zmagań Fabiana Riska z przestępczością. Sprzedano także prawa filmowe.

 

Opinie o ebooku Osiemnaście stopni poniżej zera - Stefan Ahnhem

Fragment ebooka Osiemnaście stopni poniżej zera - Stefan Ahnhem

Tytuł oryginału ARTON GRADER MINUS
Przekład EWA WOJCIECHOWSKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MAGDALENA JANKOWSKA
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt serii, opracowanie graficzne i typograficzne PIOTR ZDANOWICZ
Projekt okładki NILS OLSSON
Adaptacja projektu okładki MICHAŁ PAWŁOWSKI
Zdjęcie autora © Thron Ullberg
Łamanie | manufaktu-ar.com
Arton grader minus Copyright © Stefan Ahnhem 2016 Published in agreement with Salomonsson Agency, Sweden and Book/lab Literary Agency, Poland. Copyright © for the translation by Ewa Wojciechowska Copyright © for the polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65586-99-5
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Prolog

28 października 2010

Taksówka zatrzymała się przed budynkiem chwilę po północy. Dwa banknoty pięćsetkoronowe zmieniły właściciela i mężczyzna wysiadł z samochodu, nie czekając na resztę. Przenikliwy lodowaty wiatr napierał od strony pogrążonej w gęstym mroku cieśniny Kattegat. Wiało tak mocno, że mężczyzna czuł na twarzy kropelki słonych fal rozbijających się o oddalony o czterdzieści metrów, niewidoczny w mroku pirs.

W dodatku warstewka lodu pod podeszwami jego butów świadczyła, że temperatura spadła poniżej zera. Dlatego obszedł taksówkę, otworzył tylne drzwi po drugiej stronie i pomógł wysiąść swojej towarzyszce. Nie chciał, żeby się wywróciła na niebotycznie wysokich obcasach.

„Jeszcze tylko trzydzieści metrów” – pomyślał, zamykając za nią drzwi. Zaledwie chwila, podczas której musiał udawać miłego i zapewniać dziewczynie poczucie bezpieczeństwa, ale nie przesadnie, żeby nie zdradzić zniecierpliwienia. Miała być do końca przekonana, że pójście z nim do jego domu było wyłącznie jej decyzją.

Zadrżała z zimna, prawą dłonią ścisnęła pod szyją krótki kożuszek i pozwoliwszy się wziąć za lewą rękę, dała się poprowadzić do domu. Uznał to za dobry znak, zwłaszcza po tak trudnej dla siebie kolacji. Musiał użyć wszystkich swoich sztuczek, żeby nie zdołała go przejrzeć, dostrzec szczeliny w jego nieszczerym uśmiechu, i nie odeszła od stołu.

Spotkali się w Grand Hôtel Mölle, zgodnie z planem. Czekała na skórzanej kanapie w hotelowym lobby. Trzymała w dłoni kieliszek, a długie nogi skrzyżowała w atrakcyjnej pozie. Uderzyła go myśl, że wygląda wręcz identycznie jak na fotografii, którą wcześniej widział. Miała takie same ciemne, króciutkie jak u chłopca włosy, usta umalowane ciemnoczerwoną szminką i wystające kości policzkowe. Nawet jej cera, którą wcześniej brał za wyretuszowaną w programie komputerowym, wyglądała, jakby nigdy nie wystawiono jej na działanie niszczycielskich promieni słońca.

W życiu nie doświadczył czegoś podobnego. Dotychczas rzeczywistość zawsze przynosiła rozczarowanie i mógł jedynie się zastanawiać, jak duże spotka go tym razem. Zwykle oznaczało pryszczatą cerę, niewyregulowane brwi i wałeczki tłuszczu wokół pasa, nie zawsze dające się ukryć pod luźnym ubraniem. Czasem różnica między zdjęciem a rzeczywistością była tak ogromna, że odwracał się na pięcie i uciekał zaraz po przywitaniu.

Jednak tego wieczoru to on musiał walczyć o uznanie. Idąc teraz po wyłożonej kamieniami ścieżce oświetlonej włączającymi się automatycznie lampami, pomyślał, że jeśli może zaoferować jej coś wyjątkowego, z pewnością jest to dobra zabawa. Tak dobra, że zdoła utrzymać przy sobie tę kobietę co najmniej przez tydzień. Jednak najpierw musiał zyskać pewność, bo bez niej nie mógł zrobić nic. Dlatego zatrzymał się w miejscu, gdzie światło było najsilniejsze i kamera monitoringu widziała najwięcej, po czym odwrócił się i spojrzał na swoją towarzyszkę.

Zajrzała mu w oczy, a on przycisnął usta do jej ust. Nie musiała odwzajemnić pocałunku. Wystarczyło, że się nie opierała. Nie odepchnęła go ani nie wymierzyła mu policzka, więc zyskał dowód, że przyszła tu z własnej woli i wszystkie późniejsze oskarżenia zostaną uznane za próbę wyłudzenia od niego pieniędzy. Jeszcze chwila i będzie mógł zrobić z nią, co mu się żywnie podoba.

W przedpokoju odebrał od niej kożuszek i gestem dłoni zaprosił ją do środka. Podobnie jak większość kobiet, które tu przyprowadzał, również ona nie potrafiła ukryć zachwytu nad domem. Czekający na nich ogień w kominku i dizajnerskie meble na specjalne zamówienie. W porównaniu z tym, co dekorowało ściany, każda wystawa w Centrum Kultury Dunker w sercu Helsingborga wyglądała jak zbiór malowanek z przedszkola.

Zaproponował zejście na drinka do baru w salonie na dole, zapewniając przy tym, że nikt nie robi tak dobrego mojito jak on. Rozpromieniła się i poszła za nim do sutereny. Nie mógł się nadziwić, jak łatwo sprawy układają się po jego myśli w porównaniu z trudnym początkiem. Przepuścił ją przodem i podążył za nią wyłożonym białymi kafelkami korytarzem. Minęli drzwi do spa, kazał jej iść dalej, minąć wbudowany w ścianę po lewej stronie regał z książkami, aż do miejsca, w którym korytarz skręcał w prawo.

Wykonała jego polecenie, ale kiedy znaleźli się w pokoju bez okien, odwróciła się ze zdziwioną miną, taką samą, jaką widział u każdej kobiety, która trafiła tu przed nią. Wszystkie pytały, gdzie jest obiecany bar.

Zamiast baru w pomieszczeniu stało szerokie łóżko z czterema metalowymi obręczami przymocowanymi w rogach na skórzanych paskach. Do obręczy przytwierdzono końcówki stalowych lin biegnących po podłodze i po ścianach, a dalej naciągniętych na bębny przekładni zębatych. Instalację pomalowano na biało, żeby uczynić ją jak najmniej widoczną na tle ścian w tym samym kolorze.

Cios, który jej wymierzył, okazał się nieco silniejszy, niż zaplanował. Nie chciał uszkodzić jej ślicznej twarzy. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Zachwiała się i upadła tyłem na łóżko. Mocując obręcz wokół jej nadgarstka, kątem oka dostrzegł, że z nosa pociekła jej krew. Kobieta była zbyt otumaniona, by stawiać opór, dlatego po krótkiej chwili przywiązał jej ręce i nogi. Teraz mógł bez wysiłku ustawić ją w odpowiedniej pozycji.

Spodziewał się, że podobnie jak inne będzie tracić energię na próby wyswobodzenia się z więzów, ale ona leżała bezwładnie z rozłożonymi rękami i nogami i patrzyła na niego w milczeniu. Jakby prosiła go bez słów, by obszedł się z nią szczególnie brutalnie. Dlaczego miałby ją rozczarować?

Podszedł do ściany i otworzył szafę z zabawkami gromadzonymi od paru lat, wyjął nożyce do ubrań i nowo zakupioną silikonową piłeczkę do kneblowania. Wepchnął ją dziewczynie do ust i zamocował paski wokół jej głowy. Wciąż nie stawiała oporu. Przemknęło mu przez myśl, że to zbyt piękne, by było prawdziwe. Z drugiej strony postrzegał opór swoich ofiar jako istotny dodatek do tego, by zabawa stała się całością.

Rozciął jej ubranie, stanął nad nią okrakiem na łóżku i spojrzał w dół na jej nagie ciało. Było szczupłe i wysportowane, trochę za chude jak na jego gust. Wąskie biodra i krótka fryzura zbyt przypominały młodego chłopca. Mięśnie brzucha i klatka piersiowa unosiły się w rytm oddechu. „Uzależniona od treningu fizycznego” – stwierdził w myślach. Miałaby piersi większe o co najmniej dwa rozmiary, gdyby nie zrujnowała ich nadmiernymi ćwiczeniami. Za to podobały mu się jej ramiona. Tricepsy i bicepsy miały linię niemal idealną. No i cipka. Lubił wydepilowane dziewczyny, a u tej nie było nawet śladu włoska.

Jeszcze raz omiótł spojrzeniem jej ciało, aż napotkał jej wzrok. Nagle poczuł zmieszanie. Kobieta znajdowała się pod jego całkowitą kontrolą i nie miała pojęcia, co ją czeka, a mimo to w jej oczach dostrzegł wyłącznie spokój. Widocznie dawał jej to, czego chciała. Nie mogło być inaczej. Splunął jej w twarz. Plwocina trafiła ją w policzek i wolno spłynęła na szyję. Wciąż żadnej reakcji. Usiadł na niej okrakiem, chwycił kciukiem i palcem wskazującym prawy sutek i ścisnął go tak mocno, że pobielał mu paznokieć u kciuka.

Nareszcie. Z jej oczu dał się wyczytać ból i nawet trochę strachu. Upewniwszy się z zadowoleniem, że zdoła ją złamać, wyszedł z pokoju i udał się do łazienki w części spa, gdzie zrzucił ubranie, załatwił potrzebę i wszedł pod prysznic. Najpierw namydlił całe ciało, a potem odkręcił wodę tak gorącą, że aż parzyła mu skórę.

Wytarł się i umył zęby. Włożył gąbkę do przygotowanej miski, napełnił ją wodą i dodał żelu pod prysznic. Zabrał wszystko i ruszył z powrotem do pokoju bez okien. Kiedy dotarł na miejsce, odstawił miskę i posługując się pilotem, bezszelestnie zasunął za sobą drzwi. Kobieta patrzyła w milczeniu, jak sięga do miski, wchodzi z kapiącą gąbką na łóżko i zaczyna ceremonię obmywania. Bardzo go to podniecało, ale dodatkowo pomógł sobie lewą ręką, aż poczuł silne pulsowanie w żyłach.

Kiedy skończył mycie, rzucił gąbkę na podłogę i nachylił się, żeby posmakować swojej nowej ofiary. Jednak cios trafił go, zanim zdążył wysunąć język.

Ból i przeszywający dźwięk, jaki rozbrzmiał mu w prawym uchu, sprawiły, że jego głowa odchyliła się daleko w bok. W ułamku sekundy zdążył nawet pomyśleć, że zaraz odpadnie i potoczy się po podłodze.

Nic z tego nie rozumiał. Jak to się stało? Kto go uderzył? Nie, to było niemożliwe, przecież przypiął ją mocno. Przytknął dłoń do bolącego ucha, pomacał skórę i włosy tuż przy nim. Nie wyczuwał krwi, ale miał wrażenie, jakby rosła mu w głowie jakaś kula.

Dopiero teraz dostrzegł, że jedna ze stalowych lin zwisa luźno nad łóżkiem. Została przecięta. „Ale jak, do diabła...” Nie miała prawa mieć w dłoni obcęgów, a jednak widział je na własne oczy. „Jakim cudem je zdobyła?” – zdążył pomyśleć, zanim się zorientował, że kobieta trzyma w drugiej ręce gumowy młotek. „To moje zabawki?” – zdziwił się. Przebiegł w myślach zawartość szafy, ale zdążył dotrzeć tylko do kolekcji pejczy, kiedy ponownie oberwał w głowę młotkiem. Tym razem tak mocno, że nawet nie poczuł bólu, bo nieprzytomny od razu zwalił się na swoją niedoszłą ofiarę.

I

9–15 maja 2012

Paradoks statku Tezeusza

Jak głosi jeden z mitów greckich, ateński heros Tezeusz ocalił siedem dziewcząt i siedmiu młodzieńców wyznaczonych na ofiarę dla Minotaura, potwora o ludzkim ciele i głowie byka, uwięzionego w labiryncie na Krecie. Tezeusz zabił Minotaura. Na pamiątkę jego bohaterskiego czynu zachowano statek, którym powrócił do Aten – jako symbol nieograniczonych możliwości człowieka.

Jednak z upływem lat statek, narażony na działanie wiatru i deszczu, niszczał coraz bardziej. Zadecydowano więc, że zużyte elementy zostaną zastąpione nowymi. Wymieniono zbutwiałe deski i żagle, aż po kolejnych latach i naprawach okręt w całości składał się z nowych części.

Wówczas znalazł się ktoś, kto zadał pytanie: czy to aby na pewno wciąż ten sam statek, którym niegdyś pływał Tezeusz?

1

Szefowa wydziału kryminalnego helsingborskiej policji Astrid Tuvesson pożałowała swojej decyzji zaraz po tym, jak wyszła z domu i zamknęła drzwi na klucz. Wewnątrz zasłony trzymały w szachu wiosenne słońce, lecz na dworze światło okazało się o wiele jaskrawsze, niż się spodziewała. Obawiała się, że jeśli natychmiast nie znajdzie w torebce okularów przeciwsłonecznych, ból głowy rozsadzi jej czaszkę. Oczyma wyobraźni widziała już, jak Ingvar Molander i jego ekipa otaczają teren taśmą policyjną i skrupulatnie zabezpieczają rozrzucone po okolicy kawałeczki głowy. „Są! Nareszcie...” – pomyślała z ulgą. „Pewnie pęknięte i upaćkane brudnymi palcami, ale chrzanić to”.

„No nie, cholera jasna...” – zaklęła w myślach. Czasem miała naprawdę dość samej siebie. Akurat teraz nagle zachciało jej się siku. Oczywiście nie byłaby sobą, gdyby pomyślała o tym przed wyjściem, zanim wrzuciła klucze do torebki, a teraz nie znajdzie ich przez godzinę. „Ta pieprzona torba jest skuteczniejsza niż Joe Labero[1]” – zezłościła się. Wiedziała, że nie ma sensu ich szukać. Zniknęły, prawdopodobnie na zawsze. Nie namyślając się, zsunęła spodnie i majtki i przykucnęła w rabatce.

W końcu była w swoim ogrodzie i mogła w nim robić, na co miała ochotę. A jeśli komuś to się nie podoba, niech wezwie policję. Zaśmiała się na myśl o radiowozie podjeżdżającym pod jej drzwi w takiej chwili, a śmiech spowodował, że strumień wydobywający się spomiędzy jej nóg tryskał rytmicznie, jak w zaawansowanej technologicznie fontannie.

Nie pojmowała do końca, dlaczego wsiada do samochodu i przekręca kluczyk zamiast zostać w domu, jak wcześniej zaplanowała. W końcu wzięła tylko trzy dni chorobowego, od poniedziałku, w odróżnieniu od paru ludzi w jej zespole, którzy w podobnych sytuacjach woleli się oszczędzać.

W pewnym sensie była to wina tego idioty Gunnara. Gdyby nie on, siedziałaby teraz spokojnie w pracy razem z innymi, a nie leżała w domu i... Huk zgniatanej karoserii sprawił, że zahamowała z szarpnięciem. „Co, do jasnej cholery?” Spojrzała we wsteczne lusterko i stwierdziła ze złością, że to pieprzona skrzynka na listy. Ten idiota uparł się, żeby ją wzmocnić i osadzić na betonowym fundamencie tak wielkim, że cholerstwo bez problemu przetrwałoby trzecią wojnę światową. Skrzynka stała dalej jak gdyby nigdy nic. Astrid wolała nawet nie myśleć, jak wygląda tył jej samochodu.

Podjechała kilka razy w przód i w tył, nim zdołała skręcić w Singögatan. Znalazłszy się na drodze, wcisnęła gaz, żeby być już jak najdalej, kiedy któryś z sąsiadów wyjdzie się pogapić. „No właśnie” – stwierdziła ze złością, upewniając się w myślach, że wszystko, co jej się w życiu nie układało, było winą idioty Gunnara.

Odbiła w lewo na prowadzący na północ wjazd na drogę E20, wcisnęła zapalniczkę samochodową i wyjęła ostatniego papierosa z paczki wetkniętej do kieszeni na drzwiach. Chwilę później żar rozprzestrzeniał się już w pierwszych warstwach tytoniu, a Astrid, włączywszy się do ruchu na autostradzie, jednocześnie nacisnęła na gaz i zaciągnęła się dymem aż do dna płuc.

Jeszcze parę lat temu to ona chciała od niego odejść. To ona trzymała stery i miała go tak serdecznie dość, że na sam jego widok wpadała w podły nastrój. Ale on uczepił się jej jak rzep i nie pozwolił się porzucić, aż w końcu uśpiona w niej głęboko miłość do niego przerodziła się w czystą odrazę. Astrid miała wrażenie, że ta chora sytuacja zmieniła ją w nienawistnego potwora, i kiedy wreszcie Gunnar zrobił jedyną słuszną rzecz, czyli zdecydował się odejść, nic nie potoczyło się tak, jak by sobie tego życzyła. Absolutnie nic.

W pierwszej chwili nie zrozumiała, co się dzieje, kiedy coś huknęło. Boczne lusterko po jej stronie zawisło na cieniutkich kabelkach i zaczęło tłuc się o drzwi jak szalony dzięcioł. Potem dostrzegła czerwone bmw, które jechało teraz tuż przed nią. Nacisnęła klakson, lecz auto tylko przyspieszyło i zaczęło się oddalać. „Nie myśl sobie, gnojku, że ci to ujdzie na sucho”. Astrid nacisnęła gaz i po chwili znów siedziała mu na ogonie.

Niczego nie znosiła równie mocno jak nowobogackich niskich facetów w drogich samochodach, a w tym przypadku była przekonana, że ma do czynienia z mężczyzną, w dodatku malutkim pod każdym względem. Wyprzedziła go, wróciła na prawy pas, włączyła światła awaryjne i zwolniła, unosząc pod lusterko wsteczne legitymację policyjną. Nie sądziła, by kierowca bmw zdołał dostrzec dokument, ale nie obchodziło jej to. Ważne, że zaraz mieli się zatrzymać, a wtedy ona wyjaśni mu to i owo.

Lecz zamiast jechać za nią bmw zmieniło pas i jakby nigdy nic pojechało lewą stroną dalej. „Ty sukinsynu!” – wykrzyknęła w myślach Astrid. „To oznacza wojnę!” Opuściła szybę, chwyciła dyndające lusterko i oderwała je jednym szarpnięciem. Jednocześnie wcisnęła pedał gazu aż do brudnej gumowej wycieraczki i podjęła pościg za czerwonym samochodem.

Po minucie osiągnęła prędkość znacznie przekraczającą wszystkie możliwe ograniczenia. Jej toyota corolla trzęsła się i podskakiwała, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie chce w tym uczestniczyć, ale Astrid miała nad nią pełną kontrolę i zaraz po tym, jak minęła zjazd z autostrady Helsingborg Södra, dogoniła bmw i błysnęła mu w lusterka długimi światłami.

Jednak bmw nie miało najmniejszej ochoty się zatrzymywać. Przeciwnie, znowu przyspieszyło. Najwyraźniej kierowca nie zdawał sobie sprawy, z kim ma do czynienia. Włożyła prawą dłoń do torebki leżącej na fotelu pasażera. Gdzieś tam tkwiła jej komórka, Astrid była tego pewna. „No proszę, tutaj się schowały” – pomyślała, wymacawszy klucze od domu. Jak zwykle znajdywały się w chwili, kiedy ich nie potrzebowała.

Wygrzebawszy telefon, rzuciła kątem oka na wyświetlacz, żeby znaleźć ikonkę kamery. „Gdzież ona, u diabła, jest? Cholerny sramsung...” Nie znosiła tego aparatu i wściekała się na wspomnienie wymuskanego sprzedawcy, który paplał w kółko jak papuga, wmawiając jej, że Android jest o niebo lepszy od iOS-a. Astrid w końcu dała się przekonać, żeby gość wreszcie się zamknął. „O, kamera już się włączyła” – stwierdziła z zaskoczeniem. Nie miała pojęcia, jak udało jej się tego dokonać.

Uniosła telefon, żeby skierować obiektyw na uciekające bmw, i zorientowała się, że zjeżdża na pobocze. Krzyknęła i gwałtownie nacisnęła hamulec. Toyota wpadła w poślizg i na ułamek sekundy stanęła bokiem na środku pasa. Astrid otoczyła kakofonia klaksonów naciskanych przez mijające ją samochody osobowe i ciężarówki.

„To koniec” – pomyślała, i była to jedyna rzecz, jaka przyszła jej do głowy w tym momencie. „I bardzo dobrze. I tak jestem tylko żałosną babą z klimakterium. Przynoszę wstyd całej policji”. Mimo to jej ręce nie chciały dać za wygraną. Kręciły kierownicą, kontrując poślizg. Lewa noga automatycznie wcisnęła sprzęgło, a prawa ręka zredukowała bieg. Prawa noga nadepnęła gaz i sekundę później, jak w niemożliwej do powtórzenia w rzeczywistości symulacji komputerowej, Astrid odzyskała kontrolę nad samochodem. Wrzasnęła z radości na cały głos, ale natychmiast zaczęła się uspokajać, powtarzając w kółko, jak mantrę, że nad wszystkim panuje.

Czerwone bmw znajdowało się około pięćdziesięciu metrów przed nią. Nie spuszczając go z oczu, Astrid schyliła się i podniosła komórkę z podłogi, żeby ponowić próbę sfilmowania pościgu. Tymczasem bmw zwolniło i skręciło na pas prowadzący do zjazdu na Elineberg i Råå. „Zaraz cię dopadnę, skurwielu” – mruknęła pod nosem.

Nie wiedziała, czy to dlatego, że jechała tuż za nim, czy z powodu długiej kolejki aut aż do ronda, ale bmw nagle przyspieszyło, wróciło na prawy pas i pojechało dalej autostradą. Kierowca najwyraźniej nie zamierzał zwolnić, chociaż właśnie wjeżdżali do centrum Helsingborga.

Dopiero kiedy znaleźli się na wysokości zjazdu Malmöleden i mijali stary budynek komendy, Astrid odnotowała, że bmw nieco zwolniło, choć zaraz po tym zupełnie zignorowało czerwone światło na skrzyżowaniu z Trädgårdsgatan. Astrid nie zamierzała być gorsza, nacisnęła klakson i przebiła się na drugą stronę. Zaraz po tym usłyszała syreny radiowozu. „Łał...” – zaśmiała się w myślach. „Mundurowi wreszcie się obudzili. Lepiej późno niż wcale”.

Zerknęła we wsteczne lusterko i zobaczyła, że oznakowany radiowóz uczepił się jej zderzaka. Gestem dłoni pokazała policjantom, żeby się uspokoili. Ani myślała pozwolić im przyjechać na gotowe i zagarnąć przedstawienie. Ten dupek był jej i tylko ona miała prawo udzielić mu lekcji.

Wysoka na dwadzieścia centymetrów okrągła fontanna właściwie nie była prawdziwą fontanną. Bardziej przypominała niebieskie frisbee z porozbijanych płytek. Z otworu pośrodku wyciekała woda i spływając licznymi szczelinami, sprawiała, że cała ta instalacja pozostawała mokra. Astrid nigdy jej nie lubiła, a teraz znielubiła ją jeszcze bardziej, bo tuż przed nią bmw gwałtownie skręciło w Hamntorget. Nie pomogło ani szybkie odrzucenie komórki, ani błyskawiczne kontrowanie kierownicą.

Wysokość fontanny oraz jej zaokrąglony kant idealnie zgrały się z prędkością uderzającej w nią corolli. Auto wywróciło się na bok, potem na dach, i ze zgrzytem przejechało po ostrych płytkach, by parę sekund później zatrzymać się na środku ścieżki rowerowej jak gigantyczny i bezbronny żuk. Astrid odpięła pas bezpieczeństwa i wygramoliła się z samochodu.

„Kurwa mać...” Czuła w głowie tępe dudnienie, a wzrok... Nie wiedziała, czy widzi podwójnie, czy nie, ale z pewnością z jej oczami coś było nie tak. „Skurwielowi się upiecze” – pomyślała ze złością. Wkurzała ją świadomość, że ten koleś po prostu sobie odjedzie i dalej będzie robił, co mu się podoba. Jakby to wszystko było jakąś cholerną zabawą.

Spojrzała na szybko oddalające się czerwone bmw. Była pewna, że zaraz skręci w prawo w Kungsgatan, potem znów w prawo, a potem jeszcze raz i pojedzie spokojnie z powrotem na autostradę. Jednak auto nie skręciło. Minęło klub nocny, który mieścił się w starym budynku terminala promowego, i pomknęło dalej, prosto na nabrzeże.

„Co on wyprawia?” – zdziwiła się Astrid i puściła się biegiem po bruku za uciekającym samochodem. Wszystko wokół niej wirowało, jakby właśnie trwała noc świętojańska, a ona uczestniczyła w jednej z pijackich zabaw. Kilka razy o mało się nie wywróciła i w końcu dotarło do niej, że uderzyła się w głowę silniej, niż początkowo przypuszczała. Ale to musiało zaczekać.

Z rozmyślań wyrwał ją widok czerwonego bmw przecinającego w poprzek nabrzeże, lecącego kilka metrów nad ziemią i uderzającego w taflę wody. Astrid pędziła dalej, teraz już nie tylko ona. Ludzie zbiegali się z różnych stron i na nabrzeżu szybko uformował się tłumek gapiów. Astrid zatrzymała się parę metrów przed nim, uspokoiła oddech i odkaszlnęła.

– Przepraszam, jestem z policji! – odezwała się najbardziej stanowczym tonem, na jaki w tej chwili mogła się zdobyć. – Musimy odgrodzić ten teren, więc proszę, żebyście się państwo rozstąpili i odsunęli co najmniej na dwadzieścia metrów.

Większość ludzi się odwróciła i spoglądała na nią, nie ruszając się z miejsca.

– Tak, właśnie do państwa mówię! – zawołała nieco głośniej. – No już, proszę się odsunąć! – Rozłożyła ręce, pokazując, co mają zrobić.

Ludzie w końcu się ruszyli i Astrid zobaczyła tył czerwonego bmw tonący z bulgotem w ciemnej wodzie.

– To dotyczy również państwa – wskazała ręką na kilku ociągających się gapiów i sama podeszła na skraj nabrzeża.

Nie mogła dostrzec kierowcy. Wszystko zasłaniały bulgoczące bańki powietrza. Przemknęło jej przez myśl, że powinna wskoczyć do wody, żeby go ratować, ale miała świadomość, że nie starczy jej na to sił. Nigdy nie czuła się zbyt pewnie w wodzie, w dodatku nie miała pojęcia, jak głęboko...

– Astrid Tuvesson?

Wzdrygnęła się i odwracając się, o mało nie straciła równowagi.

– Bardzo proszę, żeby pani dmuchnęła w ten ustnik. – Umundurowany policjant podetknął jej pod nos alkomat.

2

Teodor Risk wszedł na ławkę, usiadł na oparciu, rozejrzał się po pustym boisku i wyjął papierosa z paczki, ignorując wiszącą nieopodal tabliczkę informującą o zakazie palenia na terenie szkoły. I choć lubił ciszę, założył na głowę czerwone słuchawki marki Beats, które dostał od ojca w prezencie gwiazdkowym, wyjął z kieszeni komórkę i odszukał album Ace of Spades Motörhead. Wiedział, że za parę minut panujący w tym miejscu spokój zostanie zakłócony przez wrzeszczących uczniów i że wśród nich zjawią się jego koledzy, którzy mieli zaraz skończyć dwugodzinną lekcję wychowania fizycznego.

On spędził ostatnią godzinę u terapeutki. Na każdym spotkaniu ględziła to samo: jak ważne dla niego jest zawieranie przyjaźni. Żeby stał się częścią jakiejś społeczności, jak ładnie to nazywała. On zaś – również jak zwykle – miał ochotę wyrzygać się jej prosto w twarz. Nienawidził jej skańskiego dialektu. Cholernie go nienawidził. Był to najokropniejszy dialekt ze wszystkich możliwych. Mimo to, jak co tydzień, siedział grzecznie i kiwał głową jak poddana lobotomii marionetka, i pozwalał sobie wciskać te banały.

Jakże ważne było, żeby wreszcie się otworzył i nie odpowiadał tylko na ogólne „Jak się masz?”, ale wyznał, co czuje głęboko w swoim wnętrzu. To było jej ulubione sformułowanie. Głęboko w swoim wnętrzu. „Chodź, zajrzyjmy tam razem” – mawiała czasem tym swoim ohydnym skańskim dialektem. Wyciągała przy tym rękę, jakby na serio myślała, że ją za nią chwyci. Przekonywała, że będzie mogła mu pomóc dopiero wtedy, kiedy on udzieli jej zgody na wstęp. Zaciągnął się dymem i pokręcił głową na myśl o tej propozycji. Nie wierzył, że ktokolwiek zdołałby mu pomóc.

Mimo wszystko w pierwszych miesiącach terapii słuchał tej kobiety i był z nią szczery. Opowiadał o tym, co dzieje się w jego życiu i jak się z tym czuje. O relacjach z ojcem, święcie przekonanym, że stawia swoje dzieci na pierwszym miejscu, ale i tak nieobecnym za każdym razem, kiedy go potrzebowały. O tym, że czuł się zdradzony, kiedy zostawiono go samego w domu na kilka dni. Wciąż go to bolało, jak otwarta rana, ale milczał i sam przed sobą udawał, że nic się nie stało. Opowiedział jej o panice, jaka go dopadła, kiedy został zamknięty w pomieszczeniu ciasnym jak trumna, i o strachu przed tym, że kiedy skończy się tlen, będzie po wszystkim. Game over.

Wyznał jej nawet, że poczuł schizofreniczne rozczarowanie, kiedy się okazało, że jednak przeżyje. Że udręka będzie trwała. Raz zgodził się nawet wziąć ją za rękę i z zamkniętymi oczami prowadził głęboko do swojego wnętrza. Mimo to ona wciąż nadawała w kółko to samo. Jakby miała tylko jedną taśmę.

W końcu uznał, że jedynym wyjściem jest okłamywanie jej. Zaczął więc opowiadać, ilu to ma nowych przyjaciół i że staje się coraz bardziej popularny w towarzystwie. Zmyślał, że czuje powracającą chęć życia, coraz więcej przyjemności sprawia mu nauka i spędzanie czasu z rodziną. Kłamał, że gula w gardle powoli maleje, a on coraz częściej oddycha pełną piersią.

Niestety, najwyraźniej go przejrzała. A przynajmniej to jej zdolne wywołać raka pieprzenie o przyjaciołach obrało nowy tor. Babsko nic nie pojmowało. Wcale nie chodziło o to, że nikt nie chce być jego przyjacielem. To on nie miał ochoty z nikim się zaprzyjaźniać. Wydmuchał chmurę dymu i spojrzał na idiotów, którzy zaczęli wypełniać boisko.

„Debile” – pomyślał ze złością. Każdego miał za żałosnego dupka mówiącego kretyńskim dialektem, ale był grzecznym chłopcem i nie tknął żadnego z nich. Nie przekroczył granicy ani razu, choć nieraz czuł, że właśnie na to ma największą ochotę.

Z Aleksandrą z równoległej klasy było inaczej. Różniła się od reszty swojej paczki, nie mówiła po skańsku i nie chichotała po kątach z koleżankami. Kiedy dobrze się zastanowił, dochodził do wniosku, że tylko ona nigdy go nie irytowała. Nikomu o tym nie powiedział, właściwie sam nie był pewien, co to znaczy. Coś jednak musiało być na rzeczy i gdzieś w środku, głęboko w swoim wnętrzu, przeczuwał, że ona ma tak samo. W każdym razie uciekała wzrokiem natychmiast, kiedy na nią spojrzał. I z pewnością zamierzała to zrobić również teraz.

Stała kawałek dalej, przy ściance wspinaczkowej, w towarzystwie kilku bęcwałów ze swojej klasy. Nie żeby mierzył czas, ale jeszcze nigdy nie patrzyła na niego równie długo jak teraz. Doświadczenie to było tak intensywne, że musiał ze sobą walczyć, by samemu nie odwrócić wzroku. Co to mogło znaczyć? Zachętę, żeby podszedł i z nią porozmawiał? Wyglądała na zadowoloną. Ale jeśliby się na to zdecydował, co miałby powiedzieć? I jak miałby się zachować w stosunku do jej kumpli?

Czar prysł. Nie dlatego, że Aleksandra spuściła wzrok, ale przez dzwonek telefonu, który uciszył śpiewającego w słuchawkach Lemmy’ego Kilmistera. Teodor nie musiał nawet spoglądać na wyświetlacz, żeby wiedzieć, kto dzwoni. Oczywiście musiał przeszkodzić mu w takiej chwili.

– Siema... – rzucił, siląc się na neutralny ton, ale sam usłyszał, że w jego głosie pobrzmiewa zdenerwowanie.

– Cześć, Teo, jak się masz? – spytał ojciec.

– W porządku.

– To świetnie. A terapia? Jak dzisiaj poszło?

– Jak zwykle.

– O czym rozmawialiście?

– Ojciec... to sprawy między mną a nią, sam wiesz.

– Zgoda, ale przecież nie jest tak, że nie możesz mi nic powiedzieć. W sensie... jeśli chcesz.

– Ale nie chcę.

– W porządku. No to z innej beczki. Pamiętasz, że mama ma jutro wieczorem wernisaż w centrum Dunker? Chciałem się tylko upewnić, że się tam zjawisz. O szóstej.

– Naprawdę muszę?

– Tak, musisz. Na dodatek chcę jej zrobić niespodziankę w weekend. Pojedziemy całą rodziną do Kopenhagi.

– Że co? To znaczy... ja też muszę?

– Tak, ale zobaczysz, będzie super. Zatrzymamy się w hotelu, pójdziemy do Tivoli i będziemy jedli te ich grillowane kiełbaski.

Teodor nawet nie próbował stłumić ciężkiego westchnienia.

– Wiesz co, ja naprawdę nie mogę. Mam w przyszłym tygodniu trzy sprawdziany i muszę zakuwać – oznajmił w pełni świadomy, że tylko pierwsza połowa drugiego zdania jest prawdą.

Z drugiej strony zdecydowanie wolałby zostać w domu i się uczyć, niż spędzić cały dzień z rodziną.

– Dobra, pomówimy o tym wieczorem. Może będę ci mógł jakoś pomóc. Cieszę się, że wizyta u terapeutki się udała.

Teodor pozwolił, żeby na ten temat w jego imieniu wypowiedziała się cisza, i po jeszcze trzech minutach gadania o niczym wreszcie mógł zakończyć rozmowę i z powrotem dopuścić do głosu Lemmy’ego.

3

Einar Greide pociągnął ostrożny łyk parującego rooibosa, który parzył się w dzbanku już od rana, żeby zyskać wyjątkowy smak, jaki zapewniał tylko „waniliowy Madagaskar” marki Celestial Seasonings. W zakładzie medycyny sądowej w podziemiach helsingborskiego szpitala nadeszła pora na przerwę. I chociaż Greide zwykle był zdania, że przerwa to najbardziej pozbawiona sensu część dnia pracy, tym razem nie miał do roboty nic lepszego, jak tylko zadbać, żeby jego napar smakował doskonale.

Była już środa i na razie tydzień przyniósł jedynie trzy oczywiste przyczyny zgonu. Decyzje o zleceniu obdukcji były dowodem, że lekarze świadomie marnują pieniądze podatników. Mimo to Greide przeprowadził sekcje zgodnie ze sztuką i z typową dla siebie starannością, po czym zamieścił w raportach oczywiste odpowiedzi na wszystkie pytania. Potem zdążył wyczyścić skrzynkę ze starych mejli, posprzątać biuro, a nawet wymienić wiekowe afisze z Woodstock na niedawno kupione z Franzem w Berlinie zdjęcia starych volkswagenów pomalowanych w kwiatki. Teraz zastanawiał się, jak spędzić dwie i pół godziny pozostałe do końca zmiany. Nie wspominając już o dniu jutrzejszym. No i o piątku.

Ostatni przypadek, który wzbudził jego zainteresowanie, trafił się latem 2010 roku. Wkrótce miały minąć dwa lata od tamtego dnia. Nie żeby komuś źle życzył. Wręcz przeciwnie. Po prostu doskwierała mu nuda tak wielka, że aż chorobotwórcza. Czuł się jak człowiek uzależniony od ćwiczeń fizycznych, któremu od pół roku nie wolno się ruszać. Jego mózg zaczynał przypominać kleistą papkę. Jeszcze trochę, a zacznie powoli zanikać. Wtedy, prawie dwa lata temu, pewien szaleniec postanowił sprzątnąć w całości swoją byłą klasę, i Greide zaplótł na głowie tyle warkoczyków – jeden dla każdej ofiary – że na koniec wyglądał jak biały odpowiednik Snoop Doga. Teraz jego włosy były upięte w pozbawiony życia siwy koński ogon. Zaczął się nawet zastanawiać, czy ich nie obciąć.

Jego kolega Arne Gruvesson oczywiście opuścił już pokład. Wymienił nadgodziny na wolne do końca tygodnia. Nie dopił nawet kawy na przerwie, tylko zmył się, żeby zrobić zakupy na jakąś komunię czy coś innego. „Dzięki, że mnie zastąpisz!” – zawołał jeszcze na korytarzu. Zapewnił też, że gdyby coś się działo, będzie pod telefonem.

Dzwonienie do Arnego było ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby do głowy Greidemu, gdyby coś się działo. Nigdy nie zadzwoniłby po pomoc do tego zera. Do dziś nie udało mu się rozwikłać zagadki, jakim cudem Gruvesson został patologiem. Na pierwsze imię powinien mieć Partacz, na drugie Nieudacznik, a na nazwisko Niekompetentny.

Przegapianie szczegółów było u niego regułą, nie wyjątkiem. Zazwyczaj detale te nie zmieniały wiele w całkowitym obrazie przyczyny zgonu. Na szczęście nie trzeba było geniusza, by orzec, że denat pożegnał się z życiem z powodu rozległego urazu czaszki albo brzucha rozprutego w wypadku samochodowym. Zdarzało się jednak, że Gruvesson przegapiał coś istotnego. Na przykład wtedy, kiedy uznał jedną z licznych ofiar Torgny’ego Sölmedala za ofiarę kraksy na autostradzie, ponieważ nie podniósł powiek denatki i nie sprawdził, że obie jej źrenice zostały wypalone. Obrażeń tych w żaden sposób nie mógł spowodować wypadek; przeciwnie, to nagła utrata wzroku była przyczyną kraksy i śmierci tej kobiety.

Dzisiaj natomiast przywieziono kolejną ofiarę wypadku. Gość miał za sobą spektakularną ucieczkę samochodem przez centrum Helsingborga, zakończoną na dnie basenu portowego. I zupełnie jakby sam Bóg chciał zrobić Einarowi na złość, zwłoki pirata drogowego wylądowały na stole Arnego, podczas gdy najlepszy z patologów nie miał do roboty nic ciekawszego niż zajmowanie się organizacją przyjęcia z okazji dziewięćdziesiątych czwartych urodzin Gerdy Nilsson, przyjaciółki rodziny.

Ta myśl nie dawała mu spokoju przez całe popołudnie, ale dopiero teraz przybrała na sile i na dobre rozkwitła w jego głowie. „Dlaczego nie?” – zapytał sam siebie w myślach. „W końcu i tak nie mam nic do roboty”. Wypił ostatni łyk rooibosa i wyszedł z pomieszczenia socjalnego, w którym spędzał przerwę.

W protokole sporządzonym przez Arnego znalazł to, czego się spodziewał. Badanie toksykologiczne wykazało 2,75 promila alkoholu we krwi denata, czyli do wypadku przyczyniła się jazda po pijanemu. Jednak Gruvesson znów poszedł po najmniejszej linii oporu i nie pisząc nic na temat obecności wody w płucach lub jej braku, stwierdził tylko to, co oczywiste – że ofiara utonęła po tym, jak doznała silnego ciosu w momencie uderzenia samochodu o powierzchnię wody, i w chwili utonięcia była nieprzytomna. Wystarczyło spojrzeć na widoczne na zdjęciu głębokie skaleczenia na twarzy denata, żeby się tego domyślić. Prawdopodobnie Arne miał rację, ale skoro Greide i tak się nudził, postanowił przyjrzeć się temu przypadkowi nieco staranniej.

Przeciągnął kartę przez czytnik, otworzył drzwi do prosektorium i zaciągając się głęboko chłodnym i suchym powietrzem, ruszył prosto do chłodni. Otworzył drzwiczki oznaczone przez Arnego karteczką z nazwiskiem „Peter Brise” oraz dzisiejszą datą i od razu zdziwił się na widok podkulonych nóg denata – jakby wciąż siedział za kierownicą. Wyglądało na to, że stężenie pośmiertne jeszcze nie ustąpiło, mimo że zimna woda powinna była złagodzić ten proces.

Dodatkowo uwagę Greidego przykuł fakt, że zwłoki są stosunkowo mało uszkodzone. Z zeznań świadków wynikało, że samochód uderzył o taflę wody z dużą prędkością, lecz na torsie denata nie widniał ślad po pasie bezpieczeństwa, typowy dla ofiar wypadków samochodowych. Zwłaszcza w tych przypadkach, w których z jakiejś przyczyny zawiodła poduszka powietrzna. Wprawdzie Greide nie wiedział, czy otworzyła się w bmw, ale było też jasne, że Gruvesson nie kiwnął palcem, żeby to ustalić.

W odróżnieniu od reszty ciała twarz mężczyzny była poraniona i opuchnięta w takim stopniu, że musiano w inny sposób ustalić jego tożsamość. Zupełnie jakby twarz przyjęła na siebie cały impet zderzenia. Już same te zranienia mogły spowodować utratę świadomości u tego człowieka ważącego nie więcej niż siedemdziesiąt pięć kilogramów. Zgodnie z tym, co napisał Arne w oszczędnym raporcie, rzeczywiście najsilniejsze uderzenie przyjął lewy policzek denata: tuż pod okiem widniała otwarta rana. Mylenie prawej strony z lewą było typowym błędem Gruvessona.

„Chociaż...” – Greide zastanawiał się przez chwilę. „Nie, może jednak nie”. Pochylił się nad raną, żeby lepiej się przyjrzeć. Sprawiała wrażenie trochę za bardzo czystej, prawie nie było w niej krwi. Ale to można by wytłumaczyć, skoro przez blisko dwie godziny zwłoki znajdowały się pod wodą. Mimo to Greide odkrył ze zdziwieniem, że na dnie rany krew jest zaschnięta.

Sięgnął po skalpel i ostrożnie wsunął go w głąb zranienia. „W istocie” – stwierdził. „To strup. Ale jak to możliwe?” Nie znał odpowiedzi na to pytanie, ale w tej samej chwili, w której je sobie zadał, poczuł przyjemny dreszcz. Miał już w głowie zalążek pewnej teorii, ale nim będzie gotów wypowiedzieć ją na głos, musiał przeprowadzić badania. Zaczął podejrzewać, że dziwnie skurczona pozycja denata nie wynikała ze stężenia pośmiertnego.

Czując, jak przyspiesza mu puls, a serce wpompowuje do krwiobiegu adrenalinę, Greide wyjął z kieszonki na piersi kleszczyki hemostatyczne i skierował uwagę na dolną część tułowia mężczyzny, dość wątłą, lecz z cienką warstewką tłuszczu. Skalpel bez trudu rozciął skórę, dotarł aż do tkanki mięśniowej, i po paru ruchach Greide chwycił kleszczykami kawałek tkanki zbliżony wielkością do kostki cukru.

Zaraz po tym, jakby brał udział w wyścigu, popędził prosto do laboratorium, odkroił cieniuteńki jak pergamin plasterek tkanki, położył go na szkiełku, nakrył drugim i włączył mikroskop.

Już po chwili zyskał pewność, że jego podejrzenia były słuszne. Zaschnięta krew, brak urazów na ciele i skulona pozycja zyskały logiczne wyjaśnienie. Greide nie umiał powiedzieć, jak do tego doszło i jak to w ogóle możliwe, ale znalezienie odpowiedzi nie należało do niego. Zanim jednak ogłosi tę szokującą wiadomość, zamierzał otworzyć klatkę piersiową denata i starannie zbadać jego płuca. Nie miał już cienia wątpliwości. Arne Gruvesson dopuścił się kolejnego haniebnego zaniedbania.

„Nareszcie...” Poczuł, że spadł mu z barków wielki ciężar. Również kąciki jego ust nagle przestały poddawać się grawitacji. Nareszcie, po blisko dwóch latach mógł zapleść nowy warkoczyk.

4

Czarno-biała fotografia miała wymiary sto osiemdziesiąt na sto trzydzieści pięć centymetrów i ukazywała las namorzynowy z chaotyczną, wydającą się nie mieć początku ani końca plątaniną pędów i korzeni. Ołowiana rama ważyła o wiele więcej, niż można się było spodziewać. Fabian Risk pomodlił się w duchu, żeby wreszcie skończyli, i powiesił ostatni obraz tryptyku na wskazanym miejscu.

Przez ostatnią godzinę odcinek lędźwiowy jego kręgosłupa coraz boleśniej domagał się przerwy i Fabian poważnie się obawiał, że jeśli zaraz nie przestanie dźwigać, skończy z poważnym postrzałem.

Nie chciał jednak psuć nastroju narzekaniami. W końcu był tutaj ze względu na nią. Zrobił jej niespodziankę, biorąc wolny dzień w pracy, i zjawił się tu specjalnie po to, żeby pomóc jej w przygotowaniu pierwszej dużej wystawy jej dzieł.

Wprawdzie miały one zawisnąć w najmniejszej z trzech sal wystawowych w Centrum Kultury Dunker, ale i tak było to spore wyróżnienie. Nareszcie, po latach destruktywnej frustracji, w twórczości Sonji nastąpił przełom, i jeśli wszystko ułożyłoby się po jej myśli, wkrótce miałaby szansę dołączyć do grona cenionych artystów. Dlatego Fabian z pełną powagą podchodził do faktu, że jego żona stara się zadbać o najdrobniejszy szczegół wystawy.

Mimo to syreny pędzącego radiowozu, których echo roznosiło się po całym placu Hamntorget, nie dawały mu spokoju. Rozbrzmiały akurat w chwili, kiedy wnosił do sali ostatni obraz, i na ich dźwięk uświadomił sobie, jak spokojny okres przeżywa ostatnio w pracy. Ukradkiem wysłuchał też wiadomości radiowych w komórce i dowiedział się z nich, że przez centrum Helsingborga przejechały w szalonym pościgu dwa samochody, z których jeden wylądował w basenie portowym w Norra hamnen.

A ponieważ już godzinę po wypadku podano do wiadomości publicznej imię i nazwisko kierowcy, newsy obiegły cały kraj. Okazało się bowiem, że Peter Brise był nie lada gwiazdą w branży IT. Jego firma, funkcjonująca pod nazwą Ka-Ching, w minionym roku podwoiła obroty i specjaliści wróżyli jej świetlaną przyszłość. Zdaniem Fabiana informacje te czyniły sprawę jeszcze dziwniejszą. W dodatku nie pojmował, dlaczego nie ujawniono nazwiska kierowcy drugiego samochodu.

– Trochę za nisko po lewej.

Uwaga Sonji wyrwała Fabiana z zamyślenia. Przesunął lewy narożnik obrazu nieco w górę.

– Teraz trochę za wysoko.

Ledwie zdążył musnąć ramę palcem, kiedy Sonja wykrzyknęła, że jest idealnie. Cofnęła się o parę kroków i stanęła na środku pomieszczenia. Wzięła kilka głębokich wdechów, a potem obróciła się wokół własnej osi, przyglądając się swoim dziełom. Zrobiła to tak powoli, że Fabian zdążył kilka razy odmówić w myślach modlitwę o koniec przygotowań do wystawy. Nie pierwszy raz bowiem Sonja w przeciągającej się, niemal namacalnej ciszy oceniała oddziaływanie energetyczne obrazów wiszących na konkretnych miejscach.

– Przykro mi, ale to nie może tak zostać – oznajmiła, rozkładając bezradnie ręce. – Namorzyny nie kontrastują dostatecznie z serią o cieśninie Sund. Nie wiem, czy nie lepiej by im było tam w kącie, przy rzeźbach.

– Czyli mam wszystko przewiesić? Kolejny raz? – Fabian od razu zdał sobie sprawę, jak źle to zabrzmiało, i zapragnął jakoś cofnąć i wymazać ostatnie pytanie. Chętnie zastąpiłby je prostym „okej”, a potem mógłby jeszcze dodać: „Jak sobie życzysz, zaraz to poprawimy”.

– Tak, a co? – Ton Sonji jasno dowiódł, że miły nastrój prysł. – Masz lepszy pomysł?

Oczywiście, że miał lepszy pomysł. Podobnie jak ostatnio, czyli za trzecim razem, a także za drugim i pierwszym, kiedy Sonja kazała mu wszystko przewieszać. Ale również teraz nie zamierzał go wypowiadać na głos, chociaż przez moment bił się z myślami, bo być może właśnie to powinien w tej chwili zrobić. Nie mógł wykluczyć, że Sonja na to czeka.

Kiedy w końcu się zdecydował i już miał się odezwać, zadzwonił mu w kieszeni telefon. Wyjął go i stwierdził, że dzwoni Einar Greide z zakładu medycyny sądowej. Wiedział, że skoro patolog zdecydował się zadzwonić właśnie do niego, a nie do żadnego innego członka zespołu, znaczyło to tylko jedno.

– Cześć, „Warkoczyk”, co słychać?

Coś musiało się stać. Coś znacznie odbiegającego od normy.

– Chodzi o kierowcę tego samochodu.

– Mówisz o tym, który wpadł do basenu portowego w Norra hamnen?

– A o kim innym mogę mówić?

– Sorry, ale mam dzisiaj wolne i wiem tylko tyle, ile powiedzieli w radiu. Nie wiem nawet, co to za facet ten Brise czy jak mu tam.

– Nigdy nie słyszałeś o Murder Snails?

– Nie. A powinienem?

– To zmutowane krwiożercze ślimaki, które pożerają ci zwierzęta domowe. Na jakim świecie ty żyjesz? – W słuchawce rozległo się tak głośne westchnienie „Warkoczyka”, że musiało dobiec aż do uszu Sonji, która zdążyła już wziąć sprawy w swoje ręce i pozdejmowała mniejsze obrazy. – Mówimy o najczęściej pobieranej aplikacji tego roku. I jeśli jesteś ciekaw mojego zdania, gra jest absolutnie genialna. Ale nie o tym chciałem z tobą gadać. Chodzi o to, że parę godzin temu przywieźli mi zwłoki tego faceta. A konkretnie mojemu koledze Arnemu Gruvessonowi, który wysnuł wniosek, że to zwyczajna ofiara wypadku samochodowego.

– No i? Może przejdziesz do rzeczy, bo ja tutaj...

– Ale Arne nie byłby sobą, gdyby nie zrobił tego co zawsze.

– To znaczy? – Fabian o sekundę za późno zorientował się, że powinien był sam się domyślić.

– Spartaczył robotę! – Greide wykrzyknął te słowa z taką siłą, że Fabian niemal poczuł w uchu kropelki śliny. – Zadałem sobie trud, żeby porządnie zbadać zwłoki, i doszedłem do wniosku, że Peter Brise nie zginął dzisiaj, ale pożegnał się z życiem mniej więcej dwa miesiące temu.

– Co? Jak to dwa miesiące temu? Czy to nie on siedział za kierownicą tego samochodu?

– Owszem, on. Ale to nie zmienia faktu, że kiedy auto wpadło do wody, gość był zamrożony.

– Zamrożony... – Fabian poczuł się jak opóźniona umysłowo papuga. – Jak to zamrożony?

– Mniej więcej tak samo jak jagnięcina, którą mam w domu w zamrażarce.

5

Na pierwszy rzut oka ulubiony przez turystów deptak w Helsingør pławił się w spokoju pięknego letniego dnia. Słońce świeciło mocno, jakby nadeszło już lato i lada chwila miały się rozpocząć wakacje. Po bruku przechadzali się niczego nieświadomi, oglądający szklane witryny sklepów spacerowicze.

Mimo to coś było tutaj nie tak i choć większość przechodniów nie miała pojęcia, co się święci, wkrótce na całym deptaku zapanował lekki niepokój, który pojawił się niczym zimny wiatr od morza. Jakieś dziecko upuściło lody i rozpłakało się na cały głos. Starsza kobieta, przekonana, że przechodzący obok niej przed momentem mężczyzna skradł jej portfel, pobiegła za nim, wznosząc lament. Młoda kobieta rozglądała się nerwowo wokół, straciwszy z oczu córkę. I choć nikt nie potrafiłby wyjaśnić, co się stało, atmosfera na deptaku uległa gwałtownej przemianie.

Jedynie osoby przechodzące akurat obok salonu operatora Telia, mieszczącego się w czerwonym budynku z muru pruskiego, mogli przekonać się na własne oczy, co się stało. Widok, który im się ukazał, skłonił ich do natychmiastowego rozejścia się na boki i stłoczenia pod witrynami sklepików. Tłum rozstąpił się jak woda opływająca przeszkodę.

A w środku znajdowała się ona.

Miała na sobie T-shirt, niegdyś biały, ale teraz straszący wielkimi plamami zaschniętej krwi. Podobnie wyglądały oba jej przedramiona i twarz. Kobieta rzucała na boki nerwowe spojrzenia, jakby chciała się upewnić, że ludzie trzymają się od niej z daleka.

Wszyscy tak właśnie postąpili. Jedni woleli uciec od tego widoku i pierzchali w boczne uliczki, inni stali w miejscu przyciśnięci do ścian budynków i z osłupieniem wpatrywali się w kobietę. Jakaś grupka zaczęła głośno żartować i rozglądać się za ukrytą kamerą, ale nikt jej nie znalazł.

Cokolwiek tutaj się działo, działo się naprawdę.

6

– Zamrożony od dwóch miesięcy? – „Skała” skrzywił się, jakby croissant, którego właśnie wepchnął sobie do ust, miał dziwny smak. – Jaja sobie robisz?

– Powtarzam tylko to, co mi powiedział „Warkoczyk”. – Fabian wstał z krzesła i wysunął biodra do przodu, próbując odegnać ból w lędźwiach. Jeszcze wczoraj uważał, że ćmienie w kręgosłupie to niewygórowana cena za wdzięczność Sonji. Teraz nie był już tego taki pewien. Wprawdzie Sonja w końcu uznała jego wysiłki za zadowalające i nawet zaprosiła go na pizzę, ale na tym jej wdzięczność się skończyła.

– Okej, czy w takim razie ktoś może mi wytłumaczyć, jak to możliwe? Bo naprawdę nic z tego nie rozumiem. – „Skała” sięgnął do koszyka z rogalikami, ale Hugo Elvin, równie okrąglutki, lecz niższy od „Skały” o co najmniej dwie głowy, okazał się szybszy i zwinął mu koszyk sprzed nosa.

– Może inni też chcą się poczęstować.

– Sorki, myślałem, że wszyscy już jedli. – „Skała” rozłożył ręce w geście wyrażającym usprawiedliwienie.

– Bo jedli, ale nie tyle, co ty – odparł Elvin i demonstracyjnie wyjął croissanta, zanim postawił koszyk z powrotem na stole.

– No dobrze... – „Skała” spróbował zignorować ten atak. – Na czym skończyłem?

– Na tym, że nic nie rozumiesz – mlasnął Elvin z rogalikiem w ustach.

– Otóż to. To znaczy... przecież Peter Brise nie mógł być martwy, bo siedział za kółkiem. Chyba że zwariowałem...

– Nie zwariowałeś, ja także tego nie pojmuję – odparł, kręcąc głową, technik kryminalistyki Ingvar Molander. – Przyznaję, że to naprawdę przedziwne.

– Ojej, Ingvar, to do ciebie niepodobne – wtrąciła Irene Lilja, która właśnie zasiadła przy owalnym stole konferencyjnym i wyjęła z teczki swoje notatki. – Przecież ty zawsze masz gotowe jakieś wyjaśnienie.

– Co właściwie przemawia za tym, że tylko on mógł prowadzić samochód? – zapytał Fabian i zawiesiwszy głos, spojrzał przez duże okno panoramiczne na niską zabudowę industrialnej dzielnicy Helsingborga rozciągającą się po obu stronach wjazdu do centrum od północy. Była to wyjątkowo brzydka wizytówka miasta, w innych miejscach przecież całkiem ładnego.

– Rozmawiałem z nurkami, którzy jako pierwsi dotarli do zatopionego samochodu. Twierdzą, że gość siedział za kierownicą – wyjaśnił Molander.

– W dodatku na nabrzeżu było wtedy mnóstwo świadków i ci ludzie widzieli przecież na własne oczy, jak auto z bulgotem idzie na dno – dodał „Skała” i siorbnął gorącą kawę. – Skoro więc świadkowie, wśród nich mundurowi, którzy przez cały czas stali na brzegu, zapewniają, że nikt nie wypłynął na powierzchnię, nie ma innej możliwości. Za kółkiem mógł siedzieć tylko Peter Brise.

– W takim razie należałoby to traktować jak wypadek, bo kierowca musiał pozostawać przy życiu aż do momentu, kiedy auto uderzyło o wodę i poszło na dno – zauważył Fabian, choć nie widział w tym sensu.

– No właśnie – przytaknął „Skała”. – I o ile dobrze usłyszałem, gość miał sporo alkoholu we krwi. Nie wiem, co wy o tym myślicie, ale moim zdaniem jazda na podwójnym gazie z dużym prawdopodobieństwem mogła się skończyć właśnie w ten sposób. – Zamilkł na chwilę i sięgnął po następnego croissanta, szczerząc się do Elvina. – Zdaję sobie sprawę, że gdyby „Warkoczyk” mnie teraz słyszał, przykułby mnie nagiego do skały i przypiekał żywym ogniem... – „Skała” znów zamilkł i spojrzał w oczy kolegom. – Ale nie znajduję innego logicznego wyjaśnienia jak tylko to, że „Warkoczyk” tym razem się pomylił.

Uniósł kubek i pociągnął łyk kawy. W sali konferencyjnej zapadła kłopotliwa cisza. Była tak nienaturalna, że zdawała się wyreżyserowana i narzucona przez kogoś z zewnątrz. Zamiast się spierać i przerzucać argumentami, jak zwykli robić każdego innego dnia, wszyscy woleli się nie odzywać. Lecz nie dlatego, że podzielali zdanie „Skały”. Przeciwnie. Nikt – łącznie ze „Skałą” – nie wierzył w pomyłkę „Warkoczyka”, mimo to każdy wybrał milczenie. Nikt nie zaproponował alternatywnego wyjaśnienia ani spojrzenia na sprawę z innej perspektywy.

Fabian był przekonany, że wszyscy podzielają jego przeczucie. Szalona jazda czerwonego bmw przez miasto i spektakularny finał w porcie wyrwały wszystkich ze spokojnego snu i wygodnych łóżek. Ostatnio w pracy nie działo się nic szczególnego i dzień upływał za dniem, a teraz nagle znów pojawiła się sprawa, która zmusi ich do myślenia. Będą stawiać trudne pytania, analizować odpowiedzi na nie i przyglądać się różnym tropom ze wszystkich stron, żeby nie pozwolić umknąć szczegółom.

Znów trafiła im się sprawa dalece odbiegająca od codziennej rutyny, dającej się ogarnąć lewą ręką między dziewiątą a siedemnastą. Zdawało się, że wszyscy zdążyli już poczuć znany im zapach wieczorów spędzanych w pracy, podłej kawy i krótkich drzemek na zmianie. Nikt by się nie przyznał, ale potajemnie wszyscy za tym tęsknili.

Pozostawały jeszcze białe myszki. Siedziały na pustym krześle Astrid Tuvesson. Nie umknęło to niczyjej uwadze, ale nikt nie zająknął się na ten temat ani słowem. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Astrid zagląda do kieliszka i że problem znacznie się pogłębił od jej rozstania z Gunnarem, do którego doszło minionej jesieni. W krótkim czasie szefowa zaczęła żuć coraz więcej miętowej gumy, coraz częściej zamykała się w gabinecie albo, jak ostatnio, brała wolne z dnia na dzień, bez uprzedzenia.

Lecz zamiast porozmawiać z nią o tym wprost, wszyscy woleli obchodzić problem szerokim łukiem, jakby wierzyli, że sam się rozwiąże. W efekcie stopniowo każdy coraz mniej liczył się z Astrid. Kiedy była w pracy, wszystko funkcjonowało w miarę normalnie, a kiedy przebywała na zwolnieniu, przysyłano im kogoś na zastępstwo, bo w zespole nikt nie miał zadatków na wyraźnego lidera. Wprawdzie formalnie zastępował ją „Skała” i czasem nawet próbował przejmować stery, ale robił to bez przekonania i ani on, ani nikt inny w zespole nie traktował tych wysiłków poważnie.

Mimo to częste niedyspozycje Astrid nie dezorganizowały pracy, ale w dużym stopniu dzięki temu, że sprawy, którymi jej ludzie zajmowali się w ostatnich miesiącach, nie nastręczały trudności. Jeśli jednak przeczucie Fabiana miało okazać się słuszne, wkrótce mogło się to dramatycznie zmienić.

W końcu ciszę przełamała Irene Lilja.

– No dobrze, ale zanim wszyscy zaangażujemy się w sprawę Brisego, oświadczam, że mam dziś do załatwienia coś, co nie może zaczekać do jutra. To nic wielkiego. Ponieważ nie mieliśmy ostatnio zbyt wiele do roboty, obiecałam pewnej kobiecie, że się z nią spotkam, bo martwi się o męża. Nie widziała go od poniedziałku.

– Istnieje podejrzenie, że doszło do przestępstwa? – zapytał Elvin.

– Właśnie to będę próbowała ustalić. Zapewne znajdzie się jakieś wytłumaczenie. Kobieta nazywa się Ylva Fridén, a jej mąż to Per Krans. Czy komuś z was te nazwiska coś mówią?

Wszyscy pokręcili głowami.

– Okej, ale musimy ustalić, co robimy dalej – odezwał się Fabian, przejmując inicjatywę. – Jest już kwadrans po. Ktoś wie, czy Astrid do nas dołączy?

Wszyscy znów pokręcili głowami i wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– W takim razie zacznijmy bez niej. – Fabian podszedł do białej tablicy i starł z niej wszystko, począwszy od ludzików nagryzmolonych przez „Skałę” i listy informującej o tym, czyja kolej na przyniesienie ciastek na odprawę, po wyniki quizu bożonarodzeniowego, które widniały tam od pięciu miesięcy. – Peter Brise. Co o nim wiemy oprócz tego, że dorobił się majątku na aplikacji o zabójczych ślimakach?

– Mieszkał w samym centrum, na Trädgårdsgatan – oznajmił „Skała” i podał Fabianowi zdjęcie denata. – Ktoś pamięta, jak nazywa się ta jego firma?

– Ka-Ching – odpowiedział Molander, kręcąc głową. – Wymyślilibyście coś takiego?

– Raczej nie. I o ile się nie mylę, ma siedzibę w Lund.

– Czytałam gdzieś, że czterokrotnie zwiększyła zatrudnienie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy i obroty przewidywane na cały rok osiągnęła już w połowie lutego – dodała Lilja. – Pomyśleć, że można zrobić taką kasę na głupiej gierce za siedem koron.

– W dodatku nudnej – dorzucił Molander.

– Ja bym raczej powiedziała, że jest uzależniająca. Nie da się przestać w nią grać.

– Właśnie dlatego ja nie zamierzam nawet spróbować – oznajmił „Skała”. – Berit już kilka razy próbowała sobie odpuścić, ale po paru godzinach znów siedzi z komórką i klika, aż robią się jej odciski na palcach.

– To jedna z przyczyn, dla których nie mogę pojąć, co w tym fajnego – odezwał się znów Molander.

– W każdym razie jesteśmy zgodni, że gość był nieprzyzwoicie bogaty – podsumował Elvin, wywracając oczami.

Fabian podziękował mu w myślach, przypiął magnesem zdjęcie Brisego do tablicy i narysował obok symbol dolara. Mężczyzna na fotografii miał białą koszulę, głowę ogoloną na łyso i okulary w czarnych oprawkach, co czyniło go bardziej podobnym do inwestora giełdowego niż do geeka.

– Wiemy coś jeszcze? – podjął po chwili. – Ma jakąś rodzinę? Żonę? Rodzeństwo i tak dalej?

– Singiel, w dodatku jedynak i moim zdaniem gej – odparła Lilja.

– Skąd możesz to wiedzieć? Mówił o tym publicznie?

– Nie, ale wystarczy zagrać w tę jego gierkę. Moim zdaniem to dość oczywiste. Na przykład te różowe ślimaczki na poziomie trzydzieści trzy.

– Rzeczywiście... – bąknął „Skała”.

– No proszę. – Lilja posłała mu uśmiech nad stołem. – Więc ty też już grasz.

– Zaczekajcie chwilę – odezwał się Elvin, odchylając się daleko w tył wraz z oparciem fotela, jednego z dwóch zakupionych specjalnie dla niego z powodu chorych pleców. Plotka głosiła, że podatnicy zapłacili za każde z siedzisk pięciocyfrową sumę. – Czy to nie przypomina wam sprawy Johana Haléna? Tego, który zagazował się spalinami w garażu jakiś rok temu?

– Masz na myśli syna tego armatora? – zapytał „Skała”. – Tego, który mieszkał w porcie w Viken, rzut beretem ode mnie? O takim domu większość może tylko pomarzyć.

Elvin potwierdził skinieniem głowy.

– Co o tym myślisz? – zwrócił się do Molandera. – Pracowałeś ze mną nad tą sprawą.

– Nie wiem, czy te przypadki rzeczywiście są do siebie podobne. – Technik wzruszył ramionami. – Najbardziej zapadło mi w pamięć, że nie znaleźliśmy tego tajnego pokoju do seksu.

– Pokoju do seksu? – zdziwił się Fabian.

– Najwyraźniej była to tylko plotka – odparł Elvin. – Przynajmniej jeśli mamy zaufać siedzącemu tu z nami ekspertowi.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Molander odwrócił się w stronę Elvina z obrażoną miną.

– Tylko to, że nawet najlepsi z nas mają prawo czasem się pomylić. – Elvin posłał mu uśmiech. – Zmierzam do tego, że tamten gość był równie bogaty. W dodatku też był singlem i jedynakiem.

– Zgoda, ale jeśli mamy wierzyć „Warkoczykowi”, Brise nie popełnił samobójstwa – zauważył Fabian.

– No weź przestań... – zaśmiał się „Skała”. – Chociaż z drugiej strony... gość mógł się przecież sam zamrozić na dwa miesiące, a potem wsiadł do auta jako zombie.

– Naprawdę myślisz, że „Warkoczyk” się pomylił? – spytała Lilja.

– Nie, tak naprawdę nic nie myślę. Ale... – „Skała” westchnął ciężko. – No dobra, nie będę już się wyzłośliwiał. Załóżmy, że „Warkoczyk” ma rację i Brise został zamordowany dwa miesiące temu. Motywów tej zbrodni jest na pewno nie mniej niż milionów na jego koncie bankowym. Ale po co ktoś miałby go zamrażać na osiem tygodni, a potem wrzucać jego ciało do morza na oczach tłumu?

Pytanie zawisło w powietrzu, nie doczekawszy się odpowiedzi. W pokoju znowu zapadła cisza. Tym razem tak gęsta, że cichy pomruk wentylatora brzmiał jak głuchy warkot silnika kilkudziesięciotonowej ciężarówki.

Podobnie jak reszta kolegów, Fabian próbował połączyć dostępne w tej chwili fakty w jakiś logiczny ciąg. Jednak wyglądało to na równie niemożliwe jak ułożenie kostki Rubika. Kolory nie chciały wskoczyć na właściwe miejsca i nieustannie się przesuwały.

7

Dunja Hougaard i jej kolega Magnus Rawn otrzymali zgłoszenie o zakrwawionej kobiecie na Stengade tuż przed końcem patrolu. Akurat jechali radiowozem do komendy na Prøvestensvej 1, po nocy, podczas której absolutnie nic się nie wydarzyło.

Wcześniej zgodziła się, żeby Magnus siedział za kierownicą przez całą zmianę. Nie dlatego, że był lepszym kierowcą. Przeciwnie. Kiedy tylko ona siadała za kółkiem, Magnus robił się tak nerwowy, że przy każdej zmianie pasa łapał powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Chociaż więc patrolowali obszar całej północno-wschodniej Zelandii i podczas jednego patrolu pokonywali około dwustu kilometrów, prawie zawsze prowadził on.

Ponieważ zbliżał się koniec tygodnia, Magnus jak zwykle zaczął podpytywać Dunję o plany na weekend. Chciał wiedzieć, czy zamierza siedzieć przed telewizorem, czy może spotka się z przyjaciółmi i pójdzie potańczyć. Nie chcąc sprawiać mu przykrości, Dunja nauczyła się odpowiadać wymijająco i szybko sprowadzała rozmowę na inny tor. Niedawno stwierdziła z zaskoczeniem, że stała się w tym naprawdę dobra.

Jednak tego dnia Magnus nie dawał tak łatwo za wygraną. Kiedy zatrzymali się na czerwonym świetle za stacją benzynową Jet na Kongevejen, spojrzał na nią i zapytał wprost, czy zgodzi się pójść z nim do Baron von Dy, kopenhaskiej restauracji, w której można zjeść tyle mięsa, ile tylko się zdoła. Dodatkowo płaciło się tylko za napoje.

Po szybkim namyśle Dunja doszła do wniosku, że pora wziąć byka za rogi, i zaczęła wyjaśniać Magnusowi, że bardzo go lubi i ceni jako kolegę, ale nie w taki sposób, który skłoniłby ją do pójścia z nim na randkę. Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo radio w samochodzie zacharczało głośno, a potem wypluło z siebie komunikat do wszystkich radiowozów znajdujących się w pobliżu Stengade.

– O mały włos... – mruknął Magnus, zerkając na zegar. Potem nerwowo zabębnił palcami w kierownicę, bo wciąż stali na czerwonym świetle.

– Chyba nie sugerujesz, że mamy to olać? – spytała go Dunja, czując, jak jej ręce rwą się do kierownicy.

– Oj tam, od razu olać. My już skończyliśmy patrol, musimy jeszcze zdążyć umyć samochód i napisać raport.

– Gadasz bzdury. – Złapała mikrofon radia i przytknęła go do ust. – Cześć, Anno, tu Dunja Hougaard. Ja i Magnus już tam jedziemy.

– Okej, świetnie – odpowiedział kobiecy głos.

Zaraz po tym Dunja sięgnęła do panelu sterowania i włączyła syreny.

– Chyba nie każesz mi jechać na czerwonym? – zaprotestował Magnus.

– Właśnie że tak. No jedź już! – Otworzyła ostatnie opakowanie lukrecjowych cukierków, wsadziła dwa do ust i niemal natychmiast poczuła, jak po języku rozpływa się słono-słodki smak. – Anno, czy wiadomo, w której części Stengade jest ta kobieta?

Magnus pokręcił głową z niezadowoleniem, potem rozejrzał się na wszystkie strony, wreszcie odważył się zawrócić na skrzyżowaniu i ruszył z powrotem do Helsingør.

– Nie, ale dostaliśmy zgłoszenie z butiku Damernes Magasin, a on mieści się dokładnie naprzeciwko Slots Vin, wiesz, tego zamkniętego sklepu z winami – odpowiedział głos w radiu.

– Okej, dzięki.

Dunja dobrze znała to miejsce. Czytała o nim w „Helsingør Dagblad”, bo od długiego czasu toczyły się na jego temat zażarte dyskusje. Lokal stał pusty od kilku lat, niszczał i z każdym kolejnym miesiącem wyglądał coraz bardziej odpychająco. Stało się to po tym, jak właściciel sklepu przeniósł działalność do lokalu położonego kilka przecznic dalej. Problem polegał na tym, że mężczyzna skończył osiemdziesiąt lat, był właścicielem całego budynku, w którym mieścił się poprzedni sklep, i z jakiejś przyczyny nie zamierzał ani go remontować, ani wynająć, więc z czasem lokal stał się schronieniem dla tłumu bezdomnych.

– Więc co powiesz na moją propozycję? – odezwał się nagle Magnus.

– Jaką propozycję?

– Baron von Dy. Słyszałem, że mają tam fantasty...

– Magnus, błagam cię, czy możemy teraz skupić się na tym wezwaniu? Skręć tutaj w Bramstræde. – Dunja pokazała palcem uliczkę, a drugą ręką odpięła pas bezpieczeństwa.

– Przecież to deptak. Nie lepiej podjechać z drugiej strony?

– Nie, bo zależy nam, żeby dotrzeć tam dzisiaj.

Radiowóz wjechał w wąską uliczkę i po kilkudziesięciu metrach, ledwie Magnus zdążył zaparkować i wyłączyć syreny, Dunja wbiegła już na Stengade i zaczęła przebijać się przez grupki jedzących lody turystów.

Zamknięty sklep z winem miał szarą, popękaną fasadę i odróżniał się od sąsiednich budynków, w których mieściły się wypucowane butiki, walczące ze sobą o miano najprzytulniejszego. Szyld z nazwą Slots Vin wyglądał, jakby lada chwila miał odpaść, i choć witryny sklepu były prawie całkiem zaklejone plakatami i afiszami, w szczelinach między nimi dało się dostrzec, że wewnętrzne kraty są opuszczone.

Dunja podniosła wzrok na piętro budynku i stwierdziła, że i tam jego stan jest równie opłakany. Zdawało się, że jeśli wkrótce nie zostanie gruntownie wyremontowany, jedynym wyjściem będzie wyburzenie.

Rozejrzała się, ale nigdzie nie dostrzegła zakrwawionej kobiety. Nie było jej ani przed lokalem, ani w środku, co Dunja stwierdziła, zajrzawszy do zakurzonego wnętrza przez szparę między dwoma podartymi afiszami.

– Jest tutaj całkiem spokojnie – ocenił Magnus, rozglądając się dookoła.

– Moim zdaniem zdecydowanie za bardzo – odparła Dunja. Podeszła do drzwi między zaklejonymi witrynami i nacisnęła klamkę.

Było zamknięte, więc skierowała się ku drzwiom po lewej stronie, którymi wchodziło się na klatkę schodową. Dostępu do nich broniła opuszczona szara zewnętrzna roleta, ale kiedy Dunja się schyliła i wsunęła pod nią palce, okazało się, że z łatwością można ją unieść.

– Dunju, zaczekaj – powstrzymał ją Magnus. – Jeśli ktoś byłby w środku, rolety nie spuszczono by od zewnątrz, nie sądzisz? Poza tym zostawiłem radiowóz w bardzo niedobrym miejscu.

– Rób, co chcesz, ale ja zamierzam tam zajrzeć. Możesz zaczekać na mnie w samochodzie.

Drzwi za roletą były otwarte, więc sekundę później Dunja wskoczyła do środka. Magnus poddał się z ciężkim westchnieniem.

W świetle latarki ukazał się im przedpokój zawalony kartonami po winie i starymi materacami. Stały tam też wózki z supermarketów pełne brudnych koców i jakichś szmat.

– Milutko tutaj – bąknął pod nosem Magnus, po czym poprawił pas, upewniając się, że pałka i broń są na swoim miejscu.

– Do sklepu jeszcze nie weszli. – Dunja skierowała snop światła na zakratowane drzwi do lokalu na parterze. Głębokie bruzdy w futrynie świadczyły o tym, że dzicy lokatorzy budynku podejmowali próby sforsowania przeszkody.

– Powiesz mi wreszcie, co o tym myślisz? – odezwał się znowu Magnus.

– Ale o czym? – Dunja ostrożnie postawiła stopę na pierwszym stopniu zbutwiałych schodów.

– O jutrzejszym wieczorze – kontynuował Magnus, idąc za nią na piętro. – Bo jeśli ci nie pasuje, może być w sobotę. Słyszałem, że w weekend trudniej tam dostać stolik, ale...

– Magnus, nie będziemy rezerwować żadnego stolika, jasne? – Dunja szła powoli wąskim korytarzem po podłodze zasłanej gołębimi odchodami. Na zawilgoconych ścianach zachowały się tylko strzępy starych tapet. – Po pierwsze, moja noga nigdy nie postałaby w tej restauracji. – Ostrożnie otworzyła pierwsze drzwi i zajrzała do pokoju zastawionego stertą połamanych mebli. – Po drugie, zapewne ci umknęło, że została zamknięta parę lat temu. – W następnym pokoju zobaczyła łóżko i stary rower stacjonarny, a na podłodze leżało kilka materacy. – Po trzecie... – Dunja otworzyła ostatnie drzwi.

Zaniemówiła na widok pogrążonego w półmroku tłumu bezdomnych. Jedni siedzieli skuleni pod ścianami, inni leżeli w bezładnej plątaninie śpiworów i koców. Na środku podłogi siedział mężczyzna. Uśmiechał się, prezentując niekompletne uzębienie, i bawił się starą zapalniczką. Otwierał ją, zapalał, zamykał i tak w kółko. Obok niego siedziała zakrwawiona kobieta. Miała błędny wzrok, lecz połyskujące białka jej oczu zaiskrzyły pod ciężkimi powiekami. W żyle jej przedramienia tkwiła strzykawka.

– No to ją znaleźliśmy... – powiedziała Dunja. Weszła powoli do środka, kucnęła obok kobiety i wyciągnęła strzykawkę z jej ręki. – Halo, słyszysz mnie? – Ujęła w dłonie jej głowę, próbując nawiązać kontakt. – Znasz ją? – zwróciła się do szczerbatego mężczyzny.

– Chętnie poznam twoją cipę – zaśmiał się chrapliwie.

Otworzyć zapalniczkę, zapalić, zamknąć.

– Dunju, tylko spokojnie – odezwał się Magnus, wyciągając broń. – Nie wiadomo, do czego jest zdolny.

– Schowaj to i przekaż Annie, że ją znaleźliśmy – poleciła Dunja. Potem wymierzyła kobiecie kilka delikatnych policzków. – Halo! Pobudka!

Było widać, że kobieta stara się pokonać otumanienie. Na moment udało jej się skoncentrować wzrok na policjantce.

– To nie ja... nie ja... – wyszeptała.

– Co próbujesz powiedzieć? Co się stało?

Otworzyć, zapalić, zamknąć.