Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Orły Imperium. Tom 11
Rzym, 45 rok naszej ery. Po wyczerpującej kampanii przeciw Nubijczykom prefekt Katon i centurion Macro czekają w Ostii na nowy przydział. Kiedy sekretarz cesarza Klaudiusza zleca im kolejną misję w stolicy orientują się, że to zadanie raczej dla szpiegów niż dla legionistów. Muszą przeniknąć do szeregów gwardii pretoriańskiej, aby odnaleźć zdrajcę i zdławić spisek, który zagraża samemu Klaudiuszowi. Czasu na ocalenie władcy nie zostało wiele, a na drodze Katona i Macro piętrzą się coraz większe przeszkody. Czyżby trafili w końcu na zadanie, którego nie uda im się wykonać?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 559
Data ważności licencji: 2/18/2031
Tytuł oryginałuPraetorian
Projekt seriiMARIUSZ BANACHOWICZ
Projekt okładki© Byrnedesign.com
Opracowanie graficzneKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Koordynacja projektuPATRYK MŁYNEK
RedakcjaBIURO USŁUG WYDAWNICZYCH „DINA”
KorektaIWONA WYRWISZ
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Copyright © 2011 Simon Scarrow First published in 2011 by Headline Publishing Group All rights reserved.
Polish edition © Publicat S.A. MMXV, MMXXVI (wydanie elektroniczne)
Wszystkie postaci – oprócz znanych postaci historycznych – są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7159-7
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Brytania
ORŁY IMPERIUM (42–43 rok n.e.)
PODBÓJ (43 rok n.e.)
POLOWANIE (44 rok n.e.)
ORŁY I WILKI (44 rok n.e.)
POŚCIG (44 rok n.e.)
Rzym i prowincje wschodnie
PRZEPOWIEDNIA (Rzym, 45 rok n.e.)
REBELIA (Judea, 46 rok n.e.)
CENTURION (Syria, 46 rok n.e.)
Basen Morza Śródziemnego
GLADIATOR (Kreta, 48–49 rok n.e.)
LEGION (Egipt, 49 rok n.e.)
PRETORIANIN (Rzym, 51 rok n.e.)
Powrót do Brytanii
BRACIA KRWI (51 rok n.e.)
KOHORTA (51 rok n.e.)
BRYTANIA (52 rok n.e.)
Hiszpania
NIEPOKONANY (54 rok n.e.)
Powrót do Rzymu
DZIEŃ CEZARÓW (54 rok n.e.)
Kampania na wschodzie
KREW RZYMU (Armenia, 55 rok n.e.)
ZDRAJCY RZYMU (Syria, 56 rok n.e.)
WYGNAŃCY RZYMU (Sardynia, 57 rok n.e.)
Brytania: kłopotliwa prowincja
HONOR RZYMU (Brytania, 59 rok n.e.)
ŚMIERĆ CESARZOWI (Brytania, 60 rok n.e.)
POŻOGA (Brytania, 60 rok n.e.)
PIEŚŃ OSTATNIEJ KRÓLOWEJ (Brytania, 61 rok n.e.)
Dla Carolyn
Jak zwykle przekazuję wyrazy wdzięczności mojej żonie Carolyn za to, że pilnie studiowała tekst, gdy pracowałem nad tą powieścią, i cierpliwie znosiła moje zatracenie w pisaniu.
Gwardia pretoriańska
Trybun Balbus – dowódca konwoju przewożącego srebro
Centurion Gajusz Syniusz – ambitny i zdradziecki oficer
Trybun Burrus – dowódca trzeciej kohorty pretorianów
Centurion Lurkon – tymczasowy dowódca szóstej centurii trzeciej kohorty
Option Tygellin – sfrustrowany podwładny Lurkona
Fuskiusz – młody pretorianin, któremu wydaje się, że jest już wiarusem
Prefekt Geta – dowódca gwardii pretoriańskiej
Pałac cesarski
Cesarz Klaudiusz – uczciwy, aczkolwiek nie do końca zdrowy na umyśle władca
Cesarzowa Agrypina – żona i bratanica cesarza, matka Nerona, miłego chłopca o artystycznych ambicjach
Brytanik – syn Klaudiusza, inteligentny, ale oziębły
Narcyz – sekretarz i bliski doradca Klaudiusza
Septymiusz – agent Narcyza
Rzym
Cestiusz – bezwzględny przywódca bandy złoczyńców
Witeliusz – syn senatora, bawidamek, odwieczny wróg Katona i Macro
Julia Sempronia – ukochana córka senatora Semproniusza
Niewielki konwój zabudowanych wozów dopiero po dziesięciu dniach podróży przekroczył granicę Galii Przedalpejskiej. Widoczne na północy góry pokrył już pierwszy w tym roku śnieg, ich białe szczyty połyskiwały oślepiająco na tle błękitnego nieba. Mimo to wczesna zima obchodziła się łagodnie z maszerującymi traktem ludźmi. Powietrze było wprawdzie chłodniejsze niż powinno, ale od chwili opuszczenia cesarskiej mennicy w Narbonie nie spadła na nich ani jedna kropla deszczu. Zmarznięta ziemia była przy tym twarda jak kamień, dzięki czemu koła wyładowanych po brzegi wozów toczyły się po niej z o wiele mniejszym trudem.
Dowodzący eskortą trybun gwardii pretoriańskiej wysforował się przed konwój, a gdy trakt doprowadził do szczytu pobliskiego wzgórza, zjechał na pobocze i tam się zatrzymał. Z tego miejsca miał doskonały widok na długi odcinek drogi przecinającej podalpejski krajobraz. Dostrzegł także oddalone o kilka mil miasteczko Picenum, w którym miał na niego czekać wysłany z Rzymu konny oddział gwardii pretoriańskiej – elitarnej jednostki, której zadaniem była ochrona cesarza Klaudiusza i jego rodziny. Centuria żołnierzy jednostki pomocniczej, która eskortowała cztery wozy od samej Narbony, będzie mogła już wkrótce zawrócić i odmaszerować do koszar znajdujących się w sąsiedztwie mennicy, pozostawiwszy cenny ładunek pod opieką pretorianów i dowodzącego nimi trybuna.
Trybun Balbus odwrócił się w siodle, by spojrzeć na wspinający się po zboczu konwój. Żołnierze jednostki pomocniczej rekrutujący się z germańskiego plemienia Cherusków byli wysocy, potężnie zbudowani i mocno zarośnięci. Sterczące spod daszków policzkowych brody nadawały im wygląd wielkich twardzieli. Balbus nakazał im maszerować przez pogórze w pełnym rynsztunku, tłumacząc to obawą napaści ze strony rzezimieszków, którzy grasowali całymi bandami na pobliskich traktach. Prawdopodobieństwo, że zbóje porwą się na tak dobrze broniony konwój, było minimalne, ale trybun upierał się przy swoim. Tak naprawdę chodziło mu tylko o to, by barbarzyński wygląd jego podwładnych nie siał strachu wśród okolicznej ludności. Z jednej strony Balbus nie krył podziwu dla Germanów, którym cesarz powierzał zadania wymagające najwyższego zaufania i lojalności – a takim bez wątpienia było strzeżenie wielkiej mennicy – z drugiej wszakże wciąż nie mógł przezwyciężyć typowej dla obywateli Rzymu pogardy, jaką darzono dzikusów zza Renu.
– Barbarzyńcy – mruknął pod nosem, kręcąc głową.
Przywykł do schludności pretoriańskiej kohorty, więc rozkaz wyruszenia aż do Galii po transport świeżo wybitych monet nie ucieszył go za bardzo. Po wielu latach służby w garnizonie gwardyjskim miał wyrobiony pogląd na temat regulaminowego wyglądu żołnierza, toteż gdyby jego postawiono na czele germańskiej jednostki pomocniczej, kazałby tym wszystkim drągalom zgolić brody, by zaczęli wyglądać jak ludzie.
Poza tym brakowało mu wygód stolicy.
Trybun Balbus był typowym przedstawicielem swojego stanu. Wstąpił do gwardii pretoriańskiej i od samego początku służył w Rzymie, wspinając się mozolnie po kolejnych stopniach kariery, zanim przeniesiono go do stacjonującego nad Dunajem XIII Legionu, gdzie przez kilka kolejnych lat piastował funkcję centuriona, zanim zdołał uzyskać zgodę na ponowne wstąpienie w szeregi dawnej kohorty. Po powrocie do Rzymu i paru latach wzorowej służby awansował na trybuna i został dowódcą jednej z dziewięciu kohort cesarskiej gwardii. Niewiele już brakowało, by Balbus zakończył karierę w armii i po otrzymaniu sutej odprawy został administratorem w jakiejś spokojnej mieścinie Italii. Przymierzał się do Pompejów, gdzie jego brat zbudował prywatne łaźnie i gimnazjon. Miasto, leżące na urokliwym brzegu Zatoki Neapolitańskiej, zyskało ostatnimi czasy kilka teatrów i sporą arenę otoczoną wieńcem tawern, w których podawano naprawdę tanie wino. W tak sprzyjających okolicznościach nietrudno o burdy z mieszkańcami sąsiedniej Nucerii, pomyślał z zawiścią.
Za pierwszymi pięcioma drużynami żołnierzy pojawiły się wozy; ciężkie, masywne, zaprzężone w dziesięć mułów każdy. Na kozłach obok woźniców siedzieli Germanie, za plecami mieli plandeki z koźlej skóry okrywające zamknięte na klucz kufry ze srebrem. Na każdym wozie umieszczono pięć takich skrzyń zawierających po sto tysięcy świeżo wybitych denarów. Dwa miliony w sumie – wystarczyłoby na roczny żołd dla całego legionu.
Balbus nie mógł powstrzymać się przed zliczeniem, co sam by zrobił, gdyby dysponował taką fortuną. Zaraz jednak odgonił od siebie te myśli. Był żołnierzem. Przysięgał bronić cesarza i wykonywać jego rozkazy. Obowiązany był więc doprowadzić ten konwój do bram skarbca w Rzymie. Trybun zacisnął usta, przypomniawszy sobie, że niektórzy oficerowie gwardii mają znacznie bardziej elastyczne podejście do służby niż on.
Niespełna dziesięć lat wcześniej członkowie gwardii zamordowali poprzedniego cesarza i jego bliskich. Gajusz Kaligula był szaleńcem i tyranem, to prawda, ale żeby łamać najuroczystszą przysięgę, jaką Balbus znał? Nadal nie pochwalał usunięcia Kaliguli, choć przyznawał w duchu, że cesarz obrany przez pretorianów okazał się o wiele lepszym władcą. Wyborowi Klaudiusza, o czym doskonale pamiętał, towarzyszył ogromny zamęt. Oficerowie odpowiedzialni za zabicie jego poprzednika nalegali, by przekazać całą władzę w ręce senatu. Reszta gwardzistów szybko jednak doszła do wniosku, że brak władcy oznacza rozwiązanie gwardii pretoriańskiej i utratę wszystkich przywilejów. Właśnie oni przeforsowali następcę tronu, którym został Klaudiusz. Niedołężny jąkała nie pasował na władcę największego imperium, jakie zna świat, ale szybko udowodnił wszystkim, że potrafi rządzić sprawiedliwie i efektywnie.
Trybun przeniósł wzrok na kolejne pięć drużyn germańskiej centurii, które zamykały pochód. Wiedział, że ci barbarzyńcy są waleczni i twardzi, choć niezbyt przypominają zawodowych żołnierzy. Wątpił więc, by jacyś bandyci chcieli się porwać na chroniony przez nich konwój. Teraz, gdy wozy minęły szczyt ostatniego wzgórza przed rozciągającą się niżej doliną Padu, zagrożenie ze strony zbójów przestało się liczyć.
Balbus klasnął językiem, ściskając piętami boki wierzchowca. Koń parsknął cicho, ale ruszył od razu, krocząc wolno po trawie. Trybun skierował go z powrotem na trakt, minął czoło kolumny i idącego przed żołnierzami centuriona Arminusa, aby zająć ponownie pozycję na przedzie konwoju. Jego ludzie pokonali trasę w całkiem dobrym czasie. Zbliżało się dopiero południe, a od Picenum dzieliła ich raptem godzina marszu. W mieście będzie mógł odpocząć, jeśli eskorta pretorianów nie dotarła jeszcze do miejsca spotkania.
Do Picenum pozostały dwie mile, gdy usłyszał w oddali tętent końskich kopyt. Konwój mijał właśnie piniowy zagajnik, w chłodnym powietrzu unosił się ostry zapach bijący od smukłych drzew. Znajdujący się opodal skalny występ przesłaniał dalszą część traktu. Widząc go, Balbus przypomniał sobie o służbie nad Dunajem i pułapkach, jakie miejscowi zastawiali na Rzymian. Zazwyczaj wybierali na nie miejsca podobne do tego. Ściągnął wodze i uniósł rękę.
– Stać! Odłożyć nosidła!
Gdy turkot kół umilkł, Germanie odłożyli niesione tobołki, składając dodatkowe wyposażenie na poboczu traktu, i ponownie zwarli szyki na czele i tyłach konwoju. Balbus przełożył wodze do lewej ręki, by móc sięgnąć w każdej chwili po miecz. Czujnym spojrzeniem badał zacienioną przestrzeń pomiędzy drzewami. Nie dostrzegł tam żadnego ruchu. Tętent w tym czasie narastał, odbijając się wielokrotnym echem od brukowanej nawierzchni i okolicznych skał. Moment później zza załomu wynurzył się pierwszy jeździec przyodziany w czerwony oficerski płaszcz. Jego zwieńczony pióropuszem hełm wisiał na rogu siodła. Za nim kłusowało dwudziestu ludzi w pochlapanych błotem białych opończach gwardii pretoriańskiej.
Trybun odetchnął z ulgą.
– Spocznij!
Żołnierze opuścili tarcze i postawili włócznie. Balbus tymczasem czekał spokojnie, aż przybysze podjadą do niego. Oficer zwolnił, pięćdziesiąt kroków od czoła kolumny jego wierzchowiec szedł już bardzo wolnym krokiem.
– Ty, panie, zwiesz się trybun Balbus? – zapytał.
Dowódca konwoju przyjrzał się nadjeżdżającemu. Jego twarz wydała mu się znajoma.
– Jak brzmi prawidłowe hasło, centurionie? – odparł pytaniem na pytanie.
– Winogrona Kampanii dojrzały już do zebrania, panie – odparł tamten oficjalnym tonem.
Balbus skinął głową, usłyszawszy słowa, które powinny paść na samym początku.
– Zgadza się. Mieliście czekać na nas w Picenum, centurionie...
– Jestem Gajusz Syniusz, panie. Dowódca drugiej centurii ósmej kohorty.
– Tak, tak. – Trybun z trudem przypomniał sobie jego nazwisko. – Co robisz tutaj, na trakcie?
– Dotarliśmy do Picenum już wczoraj, panie. Miasto wygląda jak wymarłe. Większość mieszkańców udała się do pobliskiej świątyni na doroczne uroczystości. Pomyślałem więc, że wyjadę tobie i twoim ludziom naprzeciw. – Wskazał głową Germanów z jednostki pomocniczej.
– To nie moi ludzie – warknął Balbus.
– Tak czy inaczej zauważyliśmy, że zbliżacie się do miasta, i przyjechaliśmy tutaj, panie. Jesteśmy gotowi przejąć wozy i odprowadzić je do Rzymu.
Trybun spoglądał na centuriona jeszcze przez chwilę. Lubił żołnierzy, którzy trzymają się litery rozkazów, nie wiedział więc, czy powinien pochwalić Syniusza i jego podwładnych za wykazanie inicjatywy i wyjście mu naprzeciw. Wolałby, aby spotkanie odbyło się w mieście, jak pierwotnie ustalono. Szczegółowy plan transportu srebra opracowano w Rzymie ponad dwa miesiące wcześniej, zobowiązując wszystkich żołnierzy biorących udział w tej operacji do ścisłego przestrzegania instrukcji. Jeżeli oficerowie zaczną lekceważyć nałożone na nich obowiązki, cały misterny plan może lec w gruzach. Balbus postanowił, że zamieni słowo z przełożonym Syniusza, gdy tylko wróci do obozu gwardii pretoriańskiej znajdującego się tuż za murami otaczającymi stolicę.
– Centurion Arminus! – zawołał, oglądając się przez ramię. – Do mnie!
Oficer dowodzący germańską jednostką pomocniczą przytruchtał do dowódcy konwoju. On także był wysokim barczystym mężczyzną, który z trudem mieścił się w zbroi łuskowej. Gdy zadarł głowę, by spojrzeć na trybuna, jego ruda broda rozbłysła w promieniach słońca jak żywy płomień.
– Tak, panie?
Balbus wskazał ręką na jeźdźców.
– To eskorta z Rzymu. Przekażcie tym ludziom wozy, teraz oni się nimi zajmą. A wy możecie wracać do Narbony.
Germanin wydął pogardliwie wargi, a potem przemówił po łacinie z bardzo mocnym obcym akcentem:
– Mieliśmy je odstawić do samego Picenum, panie. Chłopcy mieli nadzieję na odrobinę rozrywki i przenocowanie w mieście, zanim wyruszą w drogę powrotną.
– Cóż, to nie będzie teraz konieczne. Poza tym wątpię, aby miejscowi ucieszyli się z najazdu hordy Germanów. Już ja wiem, co z was wyłazi, jak się schlejecie w trupa.
Centurion Arminus nasrożył się mocno.
– Dopilnuję, panie, aby żaden z moich ludzi nie narobił kłopotów.
– Nie będą mieli ku temu okazji. Rozkazuję wam natychmiast wracać do Galii. Zrozumiano?
Germanin przytaknął, choć widać było w jego oczach wielkie rozgoryczenie. Ukłonił się jednak pokornie trybunowi, po czym odwrócił na pięcie i odmaszerował w stronę konwoju.
– Zbierać manatki! Przygotować się do wymarszu! Czeka was przechadzka do samej Galii!
Wielu zaczęło burczeć, ktoś nawet głośno zaklął we własnym języku, za co został natychmiast zganiony przez centuriona.
Balbus spojrzał na Syniusza.
– Nie mogłem dopuścić do tego, by banda zarośniętych barbarzyńców niepokoiła porządnych ludzi.
– Nie mogłeś, panie – przyznał centurion. – Przesadą było samo powierzenie tym Germanom opieki nad mennicą i wozami pełnymi srebra. To powinno być zadanie prawdziwych żołnierzy, legionistów, albo kohorty gwardii pretoriańskiej.
– Wygląda na to, że nam cesarz aż tak bardzo nie ufa – mruknął rozgoryczony trybun. – Zbyt wielu oficerów zaczęło się bawić ostatnimi czasy w polityczne gierki. Za to właśnie wszyscy płacimy. Ale co tu gadać, skoro i tak nic na to nie poradzimy. – Poprawił się w siodle. – Rozstaw ludzi przed i za wozami. Ruszymy dalej, gdy tylko centuria jednostki pomocniczej zejdzie nam z drogi.
– Tak, panie. – Centurion Syniusz zasalutował i odwrócił się, by wydać rozkazy swoim podwładnym.
W tym czasie Germanie uformowali kolumnę za ostatnim z wozów, robiąc miejsce dla konnych pretorianów. Wystarczyła chwila, by oba oddziały były gotowe do dalszej drogi. Balbus podjechał jeszcze do centuriona Arminusa, aby wydać mu ostatnie instrukcje.
– Wracajcie jak najszybciej do Narbony. Nie będę miał już na was oka, więc ty musisz zadbać, aby twoi ludzie nie narobili problemów w miejscowościach, przez które będziecie przechodzili. Zrozumiano?
Centurion zacisnął mocno usta, ale przytaknął.
– Możecie ruszać.
Trybun zawrócił konia, nie czekając na odpowiedź, i ruszył stępa na czoło kolumny i oczekującego tam centuriona Syniusza. Gestem wydał rozkaz wymarszu konnym i wozakom. Strzeliły baty, woźnice zakrzyknęli i konwój ruszył z głośnym turkotem po bruku. Zgrzyt metalowych obręczy na kołach mieszał się ze stukotem licznych kopyt. Balbus jechał na czele, nie oglądając się za siebie, dopóki nie dotarł za skalny nawis. Dopiero tam zerknął przez ramię i zobaczył, że od ostatnich szeregów odchodzącej jednostki pomocniczej dzieli go już ponad ćwierć mili.
– Wreszcie mam ich z głowy – wymamrotał pod nosem.
Wozy wraz z nową eskortą minęły zakręt i znów wyjechały na prostą liczącą ćwierć mili. Na tym odcinku trakt biegł wciąż przez piniowy zagajnik ku widocznemu w oddali miasteczku. Balbus poczuł się raźniej, gdy za jego plecami zniknęli brodaci barbarzyńcy. Zwolnił nawet, by zrównać się z Syniuszem.
– Co ciekawego wydarzyło się ostatnio w Rzymie? – zapytał.
Centurion odpowiedział dopiero po dłuższej chwili zastanowienia:
– Macki nowej zołzy zaciskają się coraz mocniej na gardle naszego staruszka.
– Doprawdy? – Trybun skrzywił się, słysząc pogardliwe określenie cesarzowej.
– Tak. Pałacowe plotki głoszą, że Agrypina zażądała od męża, by pozbył się wszystkich nałożnic. Jemu to jednak nie w smak, co jest chyba zrozumiałe. Ale to teraz najmniejsze z jego zmartwień. Znasz tego jej dzieciaka Lucjusza Domicjusza? Upiera się, by Klaudiusz go adoptował.
– To sensowne żądanie – odparł Balbus. – W przeciwnym razie chłopak mógłby się poczuć odtrącony.
Syniusz przyjrzał mu się, nie kryjąc rozbawienia.
– Mało wiesz o tej sprawie, panie. Agrypina otwarcie namawia Klaudiusza, by ogłosił młodego Lucjusza swoim następcą.
Trybun zrobił wielkie oczy. Byłoby to bardzo niebezpieczne posunięcie: cesarz miał przecież prawowitego dziedzica, Brytanika, syna Mesaliny, swojej pierwszej żony. A teraz pojawiłby się rywal do tronu? Balbus pokręcił głową.
– Dlaczego cesarz miałby przystać na coś takiego?
– Może jego umysł coraz bardziej szwankuje? – zasugerował centurion. – Agrypina twierdzi, że pragnie, by Brytanik miał protektora, a któż będzie lepszym opiekunem niż jego przyrodni starszy brat? Lucjusz ma zadbać o interesy dzieciaka, gdyby cesarz dokonał żywota. A ten dzień wydaje się całkiem bliski. Staruszek jest taki wymizerowany, że strach na niego patrzeć. Kiedy go zabraknie, wszystko wskazuje na to, że gwardia pretoriańska opowie się za wyborem młodego Lucjusza Domicjusza. Zaskakujący zwrot akcji, nie sądzisz?
– Owszem – odparł Balbus.
Jechał w milczeniu, zastanawiając się nad implikacjami wynikającymi z tego faktu. Syn cesarza, Brytanik, był niegdyś bardzo popularny wśród gwardzistów. Często towarzyszył ojcu podczas wizytacji obozu. Chodził w zrobionej specjalnie dla niego miniaturowej zbroi i ku zadowoleniu żołnierzy upierał się każdorazowo, że weźmie udział w ćwiczeniach z szermierki. Mijał jednak czas, chłopak podrósł i częściej wybierał naukę zamiast wysiłku fizycznego. A teraz przybędzie mu jeszcze konkurent.
– To jeszcze nie wszystko, panie – dodał półgłosem Syniusz, zerkając przez ramię, jakby się obawiał, że ktoś ich podsłucha. – Chyba że cię to nie obchodzi.
Trybun posłał mu ostre spojrzenie, zastanawiając się, na ile może zaufać obcemu oficerowi. Ostatnimi laty widział zbyt wielu ludzi skazywanych na śmierć za to, że nie trzymali języka za zębami, a nie miał ochoty podzielić ich losu.
– Czy to, co chcesz powiedzieć, może mi czymś grozić?
Syniusz wzruszył ramionami.
– To zależy wyłącznie od ciebie, panie. A może raczej od tego, wobec kogo jesteś bardziej lojalny.
– Jestem lojalny tylko wobec cesarza. Tak samo jak ty i cała reszta gwardii pretoriańskiej.
– Naprawdę? – Centurion spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się szeroko. – Moim zdaniem Rzymianie winni być przede wszystkim wierni Rzymowi.
– Rzym i cesarz to jedno – zapewnił go oschle Balbus. – Przysięgaliśmy bronić zarówno władcy, jak i ojczyzny. Mówienie, że jest inaczej, może być niebezpieczne, dlatego radziłbym ci nie podnosić więcej tego tematu.
Syniusz przyglądał się przez chwilę trybunowi, a potem odwrócił wzrok.
– Oczywiście. Masz rację, panie.
Teraz centurion spowolnił wierzchowca, by znaleźć się za plecami przełożonego. Konwój dotarł właśnie do krańca lasu i wyjechał na rozległą równinę. Balbus nie napotkał od świtu ani jednego podróżnego. Także teraz nie dostrzegł na drodze do Picenum żadnych wędrowców. Przypomniał sobie, co Syniusz mówił na temat uroczystości w świątyni. Kawałek dalej trakt znikał w płytkim zagłębieniu – tam właśnie trybun zauważył kątem oka jakiś ruch w zaroślach i aż stanął w siodle.
– Ktoś jest przed nami – poinformował centuriona, wskazując nieckę ręką. – Widzisz? Jakieś ćwierć mili przed nami, w zagłębieniu.
Syniusz popatrzył we wskazanym kierunku i pokręcił głową.
– Tam nikogo nie ma.
– Oślepłeś, człowieku? Widziałem tam jakieś poruszenie. O, znów to widać. W zaroślach stoją muły i wozy.
– Tak, teraz je widzę, panie. – Centurion wpatrywał się w nieckę przez chwilę, po czym dodał: – Może jakiś kupiec tam obozuje?
– O tej porze? Tak blisko miasta? – ofuknął go Balbus. – Nie sądzę. Chodź, musimy się temu przyjrzeć.
Pogonił wierzchowca, ruszając prosto na zarośniętą nieckę. Centurion przywołał pierwszą drużynę żołnierzy i ruszył śladem przełożonego. Gdy Balbus podjechał bliżej, zrozumiał, że pomiędzy krzewami stoi znacznie więcej wozów, niż początkowo przypuszczał. Dostrzegł też kilku ludzi ukrytych w gęstwinie. Znów poczuł obawę, jak moment wcześniej, tyle że tym razem o wiele silniejszą. Zatrzymał konia sto kroków przed najbliższym wozem, by poczekać na resztę pretorianów.
– Coś mi tu śmierdzi. Te dranie nie wyglądają na zacnych obywateli. Syniuszu, przygotuj swoich ludzi do walki.
– Tak, panie – rzucił obojętnym tonem centurion.
Balbus usłyszał zgrzyt dobywanego miecza, sam ściągnął mocniej wodze, by poprowadzić podwładnych do ataku.
– Wybacz, panie – mruknął Syniusz, wbijając ostrze w plecy trybuna dokładnie między łopatki.
Sztych przebił płaszcz i tunikę, wchodząc głęboko w ciało i przepoławiając kręgosłup. Balbus szarpnął się, czując ból, zdołał też jęknąć. Jego pozbawione czucia palce rozwarły się jak ptasie szpony, wodze wysunęły się z nich i opadły na grzbiet konia. Centurion przekręcił mocno miecz w ranie, następnie cofnął rękę. Trybun opadł wolno na kark swojego wierzchowca ze zwisającymi bezwładnie rękami. Zaskoczone zwierzę poruszyło się niepewnie, zrzucając z siodła konającego pana. Trybun upadł ciężko na ziemię i spoczął na plecach. Spoglądał w niebo załzawionymi oczyma, poruszał też wciąż ustami.
Syniusz odwrócił się do swoich ludzi.
– Zajmijcie się woźnicami! – zawołał do żołnierzy i raz jeszcze spojrzał na umierającego trybuna. – Wybacz, panie. Byłeś dobrym oficerem i na pewno nie zasłużyłeś na taki los. Musiałem jednak wykonać rozkaz.
Balbus próbował się odezwać, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Jego ciało ogarniał nieprzyjemny chłód, poczuł też – po raz pierwszy od lat – prawdziwy strach. Gdy wzrok zaczął mu się rozmywać, zrozumiał, że moment śmierci jest już bliski. Nie jemu pisana spokojna starość w Pompejach. Żal mu się zrobiło, że już nigdy nie zobaczy brata. Życie uszło z niego błyskawicznie, oczy mu zeszkliły i ciało zwiotczało do reszty na brukowanym trakcie. W oddali rozległy się zduszone urywane krzyki – to pretorianie rozprawiali się bezwzględnie z zaskoczonymi woźnicami. Chwilę później eskortowane przez dwa oddziały jazdy wozy ruszyły ponownie, kierując się na czekających w niecce ludzi. Syniusz odwrócił się do stojącego najbliżej rosłego mężczyzny, wskazując palcem ciało trybuna.
– Cestiuszu, załaduj wszystkie ciała na jeden z wozów. Wyślij też przodem dwóch ludzi, aby mieli baczenie na trakt. Dwaj inni niech cofną się do tych skał i sprawdzą, czy Germanie nie zlekceważyli rozkazu i nie zamierzają wpaść z niezapowiedzianą wizytą do Picenum.
Ludzie ukryci w zaroślach wyprowadzili zaprzęgi na trakt, ustawiając je w równym rzędzie na poboczu. Kufry ze srebrem zostały szybko przeniesione pod czujnym okiem centuriona, każdy trafił na inny pojazd. Zaraz też ukryto je pod belami tkanin, workami ziarna i kłębami szmat. W tym samym czasie wyprzęgnięto wszystkie muły, by użyć ich przy lżejszych wozach. Ciężkie zepchnięto z traktu i ukryto w najgęstszych zaroślach. Tam pozbawiono je dodatkowo kół, by nie było ich widać z traktu. Ciała zabitych zaciągnięto jeszcze dalej i tam wrzucono do błotnistego dołu. Zakryto je kilkoma warstwami gałęzi wyciętych z okolicznych krzaków. Na koniec wszyscy zebrali się na poboczu traktu i tam czekali, aż kilku ludzi Syniusza zamaskuje ślady zostawione w wysokiej trawie przez przetaczane wozy. Dzięki chłodom w ziemi nie potworzyły się koleiny.
– To powinno wystarczyć – ocenił centurion, odrzucając na bok garść gałązek. – Czas się przebrać, moi panowie!
Żołnierze pozbywali się białych opończy i gwardyjskich tunik, zamieniając je na rozmaite cywilne szaty. Gdy mundury ukryto w przytroczonych do siodeł zawiniątkach, Syniusz przyjrzał się uważnie otaczającym go ludziom. Skinął głową z satysfakcją; wszyscy wyglądali na kupców przemierzających trakty łączące miasta Italii.
– Wiecie, co macie robić. Opuszczamy to miejsce niewielkimi grupkami. Z Picenum pojedziecie ustalonymi trasami do magazynów w stolicy. Tam się spotkamy. Pilnujcie wozów. Żaden zbój nie może zobaczyć, co macie w kufrach. Jeśli zachowacie pełną ostrożność i odegracie do końca swoją rolę, nikt nie powiąże nas z tą kradzieżą. Czy to jasne? – Rozejrzał się. – Świetnie. Pierwszy wóz może ruszać.
Przez następną godzinę zaprzęgi opuszczały nieckę w nieregularnych odstępach czasu. Złoczyńcy ruszali pojedynczo albo grupkami, tworząc konwoje złożone z dwóch, a nawet trzech wozów. Jedni kierowali się prosto na Picenum, inni skręcali na najbliższym rozjeździe, by ominąć miasteczko od wschodu bądź zachodu – im przypadła w udziale dłuższa, okrężna droga do Rzymu. Gdy ostatni wóz znalazł się na trakcie, Syniusz rozejrzał się po raz kolejny. Na poboczu zauważył ślady kopyt i kół, ale nie przejął się tym za bardzo. Wątpił, by przejeżdżający traktem podróżni zwracali uwagę na tak nieistotne szczegóły.
Skinąwszy głową z satysfakcją, skierował konia na drogę i ruszył wolno w kierunku Picenum. Zapłacił myto strażnikom stojącym przy bramie, potem zatrzymał się w jednej z tawern, by przed dalszą podróżą zjeść miskę duszonego mięsa i popić je kubkiem grzanego wina. Nieco później opuścił miasteczko południową bramą, wkraczając na drogę prowadzącą prosto do Rzymu.
Późnym popołudniem dostrzegł w oddali zbliżającą się z naprzeciwka kolumnę jeźdźców w białych płaszczach. Na ich widok naciągnął głębiej kaptur obdartej brązowej opończy, zanim uniósł rękę, by pozdrowić pretorianów jadących na spotkanie z konwojem. Oficer dowodzący eskortą zignorował pozdrowienie z typową dla pretorianów wyższością. Syniusz uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, jaką minę będzie miał ten gbur, gdy przyjdzie mu wyjaśniać, co się stało z wozami i srebrem, które kazano mu dostarczyć do skarbca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
