Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Tom 4. w serii "Orły Imperium"
Gdy rzymskie legiony napotykają bardziej zdecydowany opór nieustępliwych plemion, tylko od Macro i Katona zależeć będzie, czy Imperium poniesie krwawą porażkę. Latem 44 roku naszej ery, sprzyjający inwazji Atrebatowie zaczną się buntować, a narastające latami napięcia doprowadzą w końcu do otwartej rewolty. Na barkach dwóch centurionów Macro i Katona spocznie obowiązek wyszkolenia armii wiekowego władcy imieniem Verica, która mogłaby go obronić przed atakami konkurentów i pozwoliła utrzymać na tronie. Dysponując prostymi nienawykłymi do trzymania broni wieśniakami, Rzymianie muszą odnaleźć i pokonać bardzo przebiegłego wroga. Przegrana Macro i Katona może oznaczać także śmierć ich towarzyszy broni służących pod orłami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 565
Data ważności licencji: 6/20/2026
Tytuł oryginałuThe Eagle and the Wolves
Projekt serii i okładkiMARIUSZ BANACHOWICZ
Opracowanie graficzneMARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografie na okładce© Stephen Mulcahey
Koordynacja projektuMONIKA KACZMAREK
RedakcjaBIURO USŁUG WYDAWNICZYCH „DINA”
KorektaIWONA WYRWISZ
Redakcja technicznaMONIKA DROBNIK-SŁOCIŃSKA
Copyright © 2003 Simon Scarrow First published in 2003 by Headline Book Publishing All rights reserved.
Polish edition © Publicat S.A. MMXII, MMXXVI (wydanie elektroniczne)
Wszystkie postaci – oprócz znanych postaci historycznych – są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-245-8046-0
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Brytania
ORŁY IMPERIUM (42–43 rok n.e.)
PODBÓJ (43 rok n.e.)
POLOWANIE (44 rok n.e.)
ORŁY I WILKI (44 rok n.e.)
POŚCIG (44 rok n.e.)
Rzym i prowincje wschodnie
PRZEPOWIEDNIA (Rzym, 45 rok n.e.)
REBELIA (Judea, 46 rok n.e.)
CENTURION (Syria, 46 rok n.e.)
Basen Morza Śródziemnego
GLADIATOR (Kreta, 48–49 rok n.e.)
LEGION (Egipt, 49 rok n.e.)
PRETORIANIN (Rzym, 51 rok n.e.)
Powrót do Brytanii
BRACIA KRWI (51 rok n.e.)
KOHORTA (51 rok n.e.)
BRYTANIA (52 rok n.e.)
Hiszpania
NIEPOKONANY (54 rok n.e.)
Powrót do Rzymu
DZIEŃ CEZARÓW (54 rok n.e.)
Kampania na wschodzie
KREW RZYMU (Armenia, 55 rok n.e.)
ZDRAJCY RZYMU (Syria, 56 rok n.e.)
WYGNAŃCY RZYMU (Sardynia, 57 rok n.e.)
Brytania: kłopotliwa prowincja
HONOR RZYMU (Brytania, 59 rok n.e.)
ŚMIERĆ CESARZOWI (Brytania, 60 rok n.e.)
POŻOGA (Brytania, 60 rok n.e.)
PIEŚŃ OSTATNIEJ KRÓLOWEJ (Brytania, 61 rok n.e.)
Książkę tę dedykuję mojemu wydawcy, Marion Donaldson, i agentce, Wendy Suffield, która zmusiła ją do przeczytania pierwszego tomu. Praca z Wami, moje panie, to czysta przyjemność.
Centurionowie Macro i Katon są głównymi protagonistami „Orłów i Wilków”. Aby przybliżyć ich status czytelnikom nie mającym pojęcia o organizacji rzymskiego legionu, dołączam wyjaśnienie przedstawiające strukturę tej jednostki. Zawiera ono uszeregowanie postaci występujących na kartach tej książki. Drugi Legion, w którym służą Macro i Katon, składa się z niemal pięciu i pół tysiąca ludzi i ma strukturę zgodną z zasadami obowiązującymi w armii rzymskiej tamtych czasów.
Centurią, podstawową jednostką taktyczną liczącą osiemdziesięciu żołnierzy, dowodził podoficer zwany centurionem (centurio), jego zastępcą był option (optio). Centuria dzieliła się na ośmioosobowe drużyny – każda zajmowała jedno pomieszczenie w koszarach albo jeden namiot podczas kampanii. Sześć centurii tworzyło kohortę, a dziesięć kohort legion, z tym że stan osobowy pierwszej kohorty był dwukrotnie większy niż pozostałych. Każdemu legionowi towarzyszyła jazda składająca się ze stu dwudziestu ludzi podzielonych na cztery szwadrony. Pełnili oni rolę kurierów i zwiadowców.
Hierarchia wojskowa przedstawiała się następująco:
Legionem dowodził legat (legatus legionis). Mógł nim zostać jedynie przedstawiciel arystokracji. Zazwyczaj był to człowiek trzydziestokilkuletni. Pełnił swą funkcję nie dłużej niż pięć lat – w tym czasie starał się odnieść znaczące sukcesy militarne, które stanowiłyby solidne podwaliny pod przyszłą karierę polityczną.
Prefektem obozu (praefectus castorium) zostawał zwykle jeden z doświadczonych legionistów, wcześniej będący dowódcą pierwszej kohorty legionu. Awans był ukoronowaniem kariery zwykłego zawodowego żołnierza. Na barkach prefekta spoczywało dowodzenie legionem podczas nieobecności albo niedyspozycji legata. Człowiek mianowany na to stanowisko musiał mieć ogromne doświadczenie i cechować się bezwzględną uczciwością.
Starszych oficerów legionu nazywano trybunami wojskowymi (tribuni militi). Zazwyczaj byli to ludzie dwudziestokilkuletni, dopiero rozpoczynający służbę w szeregach armii – zdobywali oni doświadczenie potrzebne do objęcia niższych stanowisk w administracji cywilnej. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja starszego trybuna (tribunus laticlavius) – w przyszłości miał on objąć ważny urząd państwowy lub dowodzić własnym legionem.
Trzon legionu stanowiło sześćdziesięciu niezwykle zdyscyplinowanych i znakomicie wyszkolonych centurionów (setników). Do tego stopnia awansowano wybranych żołnierzy, którzy wykazali się talentami organizacyjnymi i wielką odwagą na polu walki. W szeregach dowódców tej rangi śmiertelność była najwyższa. Pierwszą centurią pierwszej kohorty dowodził najstarszy i najbardziej doświadczony centurion (primus pilus). Ten najczęściej odznaczany żołnierz cieszył się wielkim szacunkiem przełożonych i podwładnych.
Na czele szwadronu jazdy (ala) stało czterech dekurionów (decurio) – mieli oni szansę na stopień dowódcy jednostki pomocniczej (magister equitum).
Option, zastępca centuriona, odpowiadał za sprawy administracyjne i wykonywał niektóre obowiązki dowódcy. Zwykle awansował dopiero wtedy, gdy ginął jego przełożony.
Prości legioniści zaciągali się do wojska na dwadzieścia pięć lat. Teoretycznie w armii mogli służyć jedynie obywatele Rzymu, ale wstępowali do niej także mieszkańcy podbitych ziem – podpisując kontrakt, otrzymywali rzymskie obywatelstwo.
Na samym dole hierarchii wojskowej znajdowali się żołnierze kohort pomocniczych rekrutowani zazwyczaj w najodleglejszych prowincjach Rzymu. Walczyli w szeregach jazdy i lekkiej piechoty, a także wykonywali wszelkiego typu prace specjalistyczne. Obywatelstwo rzymskie dostawali dopiero po dwudziestu pięciu latach służby albo w nagrodę za niezwykłe męstwo na polu walki.
Cykl „Orły imperium” odniósł o wiele większy sukces, niż się spodziewałem. Dlatego nadszedł najwyższy czas, aby podziękować ludziom, którzy się do niego przyczynili. Podczas pisania ostatniego tomu miałem okazję uczestniczyć w konferencji na temat sprzedaży książek i zwróciłem wtedy uwagę na dwie istotne sprawy.
Po pierwsze, dopiero tam zrozumiałem, jak wielu ludzi musi być zaangażowanych w to, by książka trafiła na półki księgarń Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych, Hiszpanii, Niemiec, Finlandii czy Czech albo Portugalii.
Po drugie, zaskoczyło mnie pozytywne nastawienie do mojego cyklu, zwłaszcza wśród ludzi zajmujących się sprzedażą. Oni naprawdę wierzyli w sukces „Orłów imperium” i robili co mogli, by klienci podzielili ich optymizm. Jakkolwiek na to patrzeć, powodzenie książki zależy wyłącznie od opinii o niej, poczułem się więc bardzo usatysfakcjonowany ich zapałem.
Panie i panowie, czapki z głów przed Merrikiem Davidsonem – moim agentem i dżentelmenem w każdym calu. Podziękowania niech przyjmie Sherise Hobbs, asystentka Marion Donaldson, zawsze tak wesoła, gdy rozmawia się z nią przez telefon, a zarazem niesamowicie skuteczna; Kim Hardie walcząca bez ustanku o miejsce na kolumnach z recenzjami oraz Sarah Thompson, która uzyskała dla mnie zadziwiająco wysokie stawki za publikacje za granicą.
Nie mogę zapomnieć też o Kerze MacRae i jego zespole, który zadbał o to, by wielu nowych ludzi usłyszało o moim cyklu. Mam tu na myśli (w przypadkowej kolejności): Sabine Stiebritz (organizatorkę bardzo ciekawych spotkań), Jamesa Horobina, Katherine Ball, Barbarę Ronan, Petera Newsoma, Seba Huntera, Sophie Hopkin, Paula Erdpressera (który niesamowicie przypomina pewnego gwiazdora), Jo Taranowskiego, Diane Griffith, Selinę Chu i Jenny Gray. Poza tym serdeczne dzięki niech przyjmą: Ruth Shern, Heidi Murphy i Breda Purdue z Irlandii, Damon Richards, Nikki Rose, Alex MacLean, Clare Economides, Steve Hill, George Gamble i Nigel Baines ze Zjednoczonego Królestwa. I oczywiście Tony McGrath, z którym uwielbiam spotykać się przy mocnej kawie w Starbucksie w Norwich i rozmawiać o wychowywaniu dzieci.
Dziękuję Wam wszystkim.
Simon.
– Stać! – zawołał legat, unosząc rękę do góry.
Towarzysząca mu eskorta osadziła konie w miejscu, aby Wespazjan mógł wytężyć słuch w poszukiwaniu dźwięku, który przed chwilą zwrócił jego uwagę. Teraz, gdy umilkł głuchy tętent kopyt walących z całych sił w utwardzony trakt, dowódca II Legionu bez trudu rozróżnił stłumione ryki brytyjskich rogów wojennych dobiegające od strony oddalonej o kilka mil Callevy. Ten rozległy gród był stolicą państwa Atrebatów, jednego z nielicznych plemion sprzymierzonych w tej kampanii z Rzymem. Wespazjan poczuł ukłucie niepokoju na myśl, że wódz wrogich sił, Karatacus, mógł uderzyć na cel znajdujący się w samym sercu terytoriów zajmowanych przez rzymskie legiony. Jeśli Calleva została zaatakowana...
– Za mną!
Wbił pięty w boki konia i pochyliwszy się nisko, pospieszył w dół zbocza. Eskorta złożona z tuzina zwiadowców II Legionu ruszyła jego śladem. Ochrona dowódcy była ich świętym obowiązkiem.
Trakt przecinał wzgórze pod ostrym kątem, prowadząc ku odległej grani, za którą znajdowała się nizina i miasto zwane Callevą. Gród ten był głównym ośrodkiem zaopatrzeniowym II Legionu. Jednostka Wespazjana, wyłączona z armii Aulusa Plaucjusza, miała za zadanie podbić ziemie Durotrygów, ostatniego z południowych plemion, które popierało rebelię Karatacusa. Zabezpieczenie szlaków zaopatrzeniowych wymagało całkowitego rozgromienia wojowniczych Celtów. Bez tego pozostałe legiony nie mogły podjąć marszu na północ i zachód. Odcięcie od stałych dostaw pozbawiłoby starego wodza szans na decydujące zwycięstwo w tej kampanii i naraziłoby na śmieszność imperatora, który przedwcześnie ogłosił się tryumfatorem. Los Plaucjusza i jego legionów – a nawet samego Klaudiusza – zależał dzisiaj wyłącznie od zanadto rozciągniętych arterii, którymi zaopatrzenie płynęło do walczących żołnierzy. A te wciąż narażone były na zapchanie albo wręcz przecięcie.
Kolumny ciężkich wozów opuszczały regularnie obóz założony u ujścia Tamesis – rzeki przecinającej serce Brytanii – gdzie trafiały wszelkie towary dostarczane z wybrzeży Galii. Przez ostatnie dziesięć dni II Legion nie otrzymał jednak żadnego zaopatrzenia z Callevy. Dlatego Wespazjan pozostawił swoich żołnierzy szturmujących jedno z najmocniej ufortyfikowanych wzgórz Durotrygów i udał się osobiście do stolicy Atrebatów, aby sprawdzić na miejscu, co jest prawdziwą przyczyną tych opóźnień. Przed wyjazdem musiał ograniczyć wydawanie racji żywnościowych, jako że wróg czyhał w okolicznych lasach na niewielkie oddziały zbieraczy i wyrzynał wszystkich Rzymian, którzy odważyli się oddalić od głównych sił. Jeśli legat nie zdoła załatwić aprowizacji, jego ludzie zostaną wkrótce zmuszeni do powrotu w okolice Callevy i jej magazynów.
Wespazjan bez trudu potrafił sobie wyobrazić ogrom gniewu Aulusa Plaucjusza, gdy dotrze do niego wieść o odwrocie Drugiego. Cesarz Klaudiusz osobiście wyznaczył go na naczelnego wodza armii, której zadaniem było podbić całą Brytanię i wcielić jej mieszkańców w szeregi ludów imperium. Tymczasem Karatacus mimo licznych porażek poniesionych minionego lata zdołał zgromadzić nową armię i wciąż stanowił zagrożenie dla legionów. Sporo się nauczył podczas ubiegłorocznej kampanii, trudno więc było liczyć, że po raz kolejny stanie do otwartej bitwy z Rzymianami. Wolał posyłać niewielkie oddziały wojowników na terytoria zajęte przez wroga, gdzie atakowały linie zaopatrzeniowe, ograniczając, i to znacznie, militarną potęgę legionów. A im dalej docierał Plaucjusz i jego oddziały, tym bardziej odsłonięte stawały się trakty, którymi dostarczano im zaopatrzenie.
Sukces tegorocznej kampanii zależał dziś od tego, czyja strategia okaże się lepsza. Jeśli stary wódz zdoła zmusić Brytów, by znów stawili mu czoło w bitwie, wygrają legiony. Jeśli Celtom uda się unikać bezpośrednich starć dużych sił, mogą zmusić Rzymian do niebezpiecznego odwrotu aż na wybrzeża.
Dźwięk rogów narastał, gdy Wespazjan i jego eskorta galopowali w kierunku szczytu kolejnego wzniesienia. Legioniści słyszeli już wrzaski ludzi, szczęk zderzającego się oręża i głuchy huk ciosów spadających na tarcze. Łany wysokiej trawy chwiały się na tle nieba, ale mgnienie oka później legat i jego ludzie dotarli do miejsca, skąd mogli zobaczyć także to, co się działo po przeciwnej stronie wzniesienia. Po lewej mieli Callevę, ogromne skupisko krytych strzechą niewielkich chałup otoczonych wysokim wałem z ubitej ziemi i wieńczącą go palisadą. Nad grodem unosiła się cienka warstwa dymu z palenisk. Od wieży strażniczej w stronę Tamesis ciągnął się pas czarnej wydeptanej ziemi. Właśnie na nim, jakieś pół mili od bram grodu, stały żałosne resztki tego, co zostało z kolumny wozów. Chronił je kordon żołnierzy z jednostek pomocniczych. Wokół roiło się od wojowników wroga: były tam niewielkie gromady ciężkozbrojnej piechoty otoczone rzeszami półnagich procarzy, łuczników i oszczepników. Na obrońców konwoju sypał się nieustannie grad pocisków. Krew spływała po bokach poranionych wołów, a szlak za wozami znaczyły liczne ciała poległych obrońców.
Wespazjan i jego eskorta zatrzymali się na moment, by legat mógł dokonać szybkiej oceny sytuacji. Na jego oczach oddział Durotrygów uderzył na ariergardę konwoju. Dowódca eskorty – nawet z tej odległości mogli go rozpoznać po szkarłatnej opończy – stanął na koźle pierwszego wozu, przyłożył dłonie od ust i wydał rozkaz, po którym zaprzęgi zaczęły zwalniać. Żołnierze jednostek pomocniczych odparli atak bez większego trudu, ale ich towarzysze broni na czele kolumny stanowili idealny cel podczas wymuszonego postoju, toteż zanim wozy ruszyły w dalszą drogę, kilka kolejnych ciał pozostało na ubitym szlaku.
– Gdzie ten cholerny garnizon? – pieklił się jeden ze zwiadowców. – Przecież ludzie z fortu musieli już dawno zauważyć, co się dzieje z konwojem.
Wespazjan przeniósł wzrok na równe umocnienia zbudowane tuż za wałami Callevy. Widział sylwetki ludzi biegających wokół baraków, ale nie było tam ani śladu szykowania formacji bojowej. Legat obiecał sobie, że zaraz po przybyciu do obozu zruga jego komendanta jak burą sukę.
O ile zdołam tam dotrzeć, poprawił się w myślach. Zasadzkę zorganizowano na równinie pomiędzy pozycjami jego oddziału a wrotami Callevy.
Jeśli legioniści z garnizonu nie ruszą się w tym momencie, obsada konwoju zostanie zdziesiątkowana, co pozwoli napastnikom przypuścić ostateczny atak i zniszczyć transportowane zapasy. Durotrygowie wyczuwali już, że zbliża się rozstrzygające starcie, i podchodzili coraz bliżej wolno jadących wozów, wydając zawołania wojenne i uderzając bronią o tarcze, aby wprawić się w bitewny trans.
Wespazjan owinął się szczelniej płaszczem. Chwycił wodze jedną ręką, by drugą dobyć miecza.
– Formować szyk! – zawołał, obracając się do zwiadowców.
Ci spojrzeli na niego zaskoczeni. Ich legat zamierzał ruszyć do ataku na wroga, co było najzwyklejszym w świecie samobójstwem.
– Formować szyk, u licha! – wrzasnął Wespazjan.
Tym razem jego ludzie posłuchali rozkazu, ustawiając się w jednej linii po obu stronach dowódcy i opuszczając długie włócznie. Gdy formacja była gotowa, legat opuścił rękę dzierżącą miecz.
– Ruszamy!
Nie był to idealny manewr, jaki można obejrzeć na placu apelowym. Nieliczni jeźdźcy po prostu wbili pięty w końskie boki i pognali w dół zbocza, prosto na ciżbę wroga. Pobudzony Wespazjan, słysząc głośne dudnienie krwi w uszach, zadał sobie pytanie: czy ta szarża nie jest aby szaleństwem? O wiele bezpieczniej byłoby przeczekać potyczkę w ukryciu i ruszyć do stolicy, gdy tryumfujący wróg splądruje już wozy i odjedzie. To jednak byłby akt tchórzostwa, a poza tym legiony desperacko potrzebowały zaopatrzenia. Legat zacisnął więc zęby, a palce na rękojeści miecza, mknąc prosto na oblegane wozy.
Gdy oddział dotarł do stóp zbocza, barbarzyńcy usłyszeli w końcu tętent kopyt i zaczęli się odwracać ku nadjeżdżającym żołnierzom, przerywając ostrzał konwoju.
– Tam! Tam! – wrzeszczał Wespazjan, wskazując luźne szeregi procarzy i łuczników. – Za mną!
Zwiadowcy wyrównali szyk, dołączając do legata, i ruszyli do ataku na lekko uzbrojoną durotrydzką piechotę. Brytowie pierzchali przed jeźdźcami, już nie darli się tryumfująco jak przed chwilą. Wespazjan rzucił okiem w stronę traktu i zauważył, że dowódca konwoju wykorzystał daną mu szansę. Wozy znów toczyły się w kierunku bliskich już szańców Callevy. Problem w tym, że przywódca Durotrygów także nie był w ciemię bity. Na jego rozkaz do akcji włączyli się ciężkozbrojni i wszystkie rydwany. Ich celem było zmieść konwój z powierzchni ziemi, zanim zdoła dotrzeć do bram grodu. Tuż przed legatem pomalowani na niebiesko wojownicy uskakiwali z krzykiem, próbując uniknąć stratowania przez jego wierzchowca. Wespazjan skupił wzrok na rosłym procarzu odzianym w wilczą skórę i opuścił sztych miecza. Bryt wyczuł w ostatnim momencie, że koń pędzi prosto na niego, i obejrzał się szybko, wybałuszając oczy ze strachu. Legat zamierzał zadać szybkie pchnięcie z krótkiego dystansu, prosto w kark uciekającego. Opuszczał już rękę, gdy nagle jego ofiara padła plackiem na ziemię, o włos unikając trafienia.
– A niech to! – wysyczał Wespazjan przez zęby.
Pieprzone gladiusy nie nadawały się zupełnie do walki z końskiego grzbietu. Sklął więc samego siebie za to, że nie zabrał dłuższego miecza, takiego, jakim posługiwali się jego zwiadowcy.
Tuż przed nim wyrósł kolejny wojownik. Mignęła mu przed oczami wychudła postać i sterczące pomazane włosy. Opuścił rękę instynktownie, wbijając ostrze w kark Durotryga, czemu towarzyszyło krótkie, ale głośne chrupnięcie. Mężczyzna jęknął i zwalił się na twarz, znikając z oczu galopującego w kierunku konwoju Rzymianina. Wespazjan zerknął na swoich zwiadowców i zauważył, że większość ściągnęła już wodze i razi długimi włóczniami każdego Bryta, jaki znalazł się w zasięgu broni. To był ulubiony moment każdego jeźdźca. Chwila, gdy szeregi wroga pękają i zaczyna się panika. Niestety ludzie Wespazjana nie zdawali sobie sprawy z grożącego im niebezpieczeństwa, jakim były rydwany zjeżdżające właśnie ze wzgórza prosto na niewielki oddział rzymskiej jazdy.
– Zostawcie ich! – wrzasnął legat. – Zostawcie! Jazda za wozy! Już!
Dopiero jego głos przywrócił rozsądek zwiadowcom – znów zwarli szeregi i pogalopowali za Wespazjanem w stronę ostatniego wozu znajdującego się nie dalej niż sto kroków od nich. Broniący go żołnierze jednostek pomocniczych powitali przybyłych radosną wrzawą i wymachiwaniem broni. Jeźdźcy byli już tuż-tuż, gdy nagle legat usłyszał świst i obok jego głowy przemknęła strzała. W tej samej chwili on i jego ludzie skryli się za wozami, gdzie natychmiast zatrzymali konie.
– Zewrzeć szeregi! Zewrzeć szeregi na tyłach konwoju!
Gdy zwiadowcy formowali od nowa szyk, by bronić ostatniego wozu, Wespazjan podjechał na czoło, do dowódcy wciąż stojącego na koźle i wydającego rozkazy. Kiedy oficer dostrzegł szarfę legata zdobiącą napierśnik zbliżającego się oficera, natychmiast mu zasalutował.
– Dzięki ci, panie.
– Kim jesteś? – zapytał Wespazjan.
– Centurion Gajusz Aurelias z czternastej galijskiej kohorty sił pomocniczych, panie.
– Te wozy nie mogą się zatrzymać, Aureliasie. Jedźcie bez względu na to, co się dzieje na tyłach, rozumiesz? Ja przejmę dowodzenie twoimi ludźmi. Ty zajmij się wozami.
– Tak, panie.
Wespazjan zawrócił konia i pospieszył na tyły do swoich ludzi. Tam zaczerpnął tchu, by wydać rozkazy.
– Czternasta galijska! Formować szyk na mój znak!
Wyciągnął miecz w bok, a ocaleni z pogromu żołnierze natychmiast zajęli wyznaczone pozycje.
Znajdujący się za linią zwiadowców Durotrygowie zdołali się już otrząsnąć z szoku, jakim był niespodziewany atak jazdy. Mając chwilę na zastanowienie, zrozumieli, że przyczyną niedawnej paniki była garstka wrogich zwiadowców. Ci, którzy przed momentem pierzchali gdzie pieprz rośnie, teraz płonęli ze wstydu i pałali ogromną chęcią odwetu. Ruszyli do ataku zbitą masą lekko- i ciężkozbrojnych, obok nich, równolegle do konwoju, posuwały się turkoczące rydwany. Powożący nimi wojownicy chcieli wyprzedzić konwój, zanim dotrze za mury grodu, i zamknąć go w pułapce pomiędzy sobą a piechotą. Wespazjan zdawał sobie sprawę, że nie będzie w stanie im przeszkodzić. Jeśli zablokują trakt, Aureliasowi pozostanie tylko próba przebicia się. Woły miały wystarczająca masę, by zepchnąć z drogi o wiele lżejsze pojazdy zaprzężone w kuce.
Zadaniem legata było odpieranie ataków piechoty, jak długo się da. Jeśli Durotrygowie dotrą do konwoju, bitwa o zapasy zostanie przegrana z kretesem. Legat powiódł wzrokiem po skromnych szeregach swojego oddziału, potem spojrzał w srogie oblicza nacierających dzikusów i od razu zrozumiał, że w tym starciu nie będzie miał najmniejszych szans. Z trudem powstrzymał się od gorzkiego uśmiechu. Przetrwał tyle krwawych bitew podczas ubiegłorocznej kampanii tylko po to, by teraz polec w jakiejś nic nieznaczącej potyczce? To byłby dla niego haniebny koniec. A miał przed sobą tak wielkie plany. Przeklął los, potem komendanta garnizonu w Callevie. Gdyby ten drań wyprowadził swoich ludzi od razu, obrońcy konwoju mieliby jeszcze szanse.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
