Organiczni. Jak ciało rozwiązuje nasze problemy - Giulia Enders - ebook + audiobook + książka

Organiczni. Jak ciało rozwiązuje nasze problemy ebook

Giulia Enders

0,0
47,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W coraz głośniejszym i bardziej skomplikowanym świecie wciąż za czymś gonimy, jesteśmy zestresowani i zmęczeni. Czasem pomaga spojrzenie do wnętrza… naszego ciała. To ono często podsuwa nam rozwiązania problemów, odpowiada na nasze lęki. W naszym organizmie działają siły, które nas chronią i leczą – najczęściej bez udziału naszej świadomości. Chcesz je poznać? Giulia Enders odsłania je przed tobą.

„Organiczni” to książka, która pokazuje, że ciało jest naszym sprzymierzeńcem w świecie pełnym stresu, napięcia i wiecznej gonitwy. Ta książka pomaga lepiej rozumieć sygnały wysyłane przez organizm, odzyskać równowagę i zaufać własnej biologii, zamiast z nią walczyć.

• Dlaczego stres może działać na naszą korzyść?

• Jak oddychanie, ruch i sen wpływają na odporność, emocje i umysł?

• Co zyskujemy, gdy żyjemy w rytmie ciała, a nie kalendarza?

Jeśli lepiej zrozumiemy wskazówki, jakich udziela ciało, będziemy mogli prowadzić bardziej harmonijne życie – takie, które przywraca nas do tego, kim jesteśmy z natury: istotami organicznymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 346

Data ważności licencji: 2/25/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Organisch

Copyright © by Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin.

Published in 2025 by Ullstein Verlag

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Copyright © for the translation by Ewa Kochanowska

Opieka wydawnicza: Ewelina Tondys

Opieka redakcyjna: Anna Małocha, Dagmara Małysza

Weryfikacja merytoryczna: dr n. med. Paweł Grzesiowski

Przyjęcie tłumaczenia, adiustacja i korekta: Atelier 2

Ilustracje w książce: © Jill Enders

Adaptacja makiety na potrzeby wydania i skład: Atelier 2

Promocja i marketing: Dominika Szczerek

Projekt okładki i ilustracja na okładce: © Jill Enders

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Monika Drobnik-Słocińska

Fotografia autorki: © Julia Sellmann

ISBN 978-83-8399-533-5

www.otwarte.eu

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

OrganiczniPoczątek

Zawsze zachwycałam się w zasadzie tylko jednym organem – jelitami. Już jako nastolatka chciałam wiedzieć wszystko na ich temat, podczas studiów ożywiałam się tak naprawdę dopiero na wzmiankę o nich, a w wieku 23 lat napisałam nawet o nich książkę, która ku mojemu zdumieniu stała się bestsellerem*.

Od tej pory – jak sądziłam – szłam już wyznaczoną drogą. Znalazłam sobie szpital zajmujący się głównie „przewodem pokarmowym” i zaczęłam robić specjalizację. Wkrótce jednak zderzyłam się z rzeczywistością, bo jeśli wcześniej myślałam, że chcąc zostać dobrą lekarką, muszę znać jedynie „badania dotyczące jelit”, to szybko zrozumiałam własną naiwność.

Leczyłam kobietę, która po stracie dziecka cierpiała na bóle brzucha i wstydziła się, że zbyt wolno wraca do formy. Moim pacjentem był też robotnik pracujący na zmiany, którego żołądek się rozregulował wskutek ciągłych zaburzeń rytmu dobowego. Emerytka z długą na kilometr listą zażywanych leków skarżyła się, że jej „ogólnie niedobrze”, a pewna osoba zajmująca się polityką cierpiała na utrudniającą jej życie biegunkę, która – jak się okazało – była efektem zażywania środków pobudzających, a te miały pomóc w dotrzymaniu wszystkich terminów.

Kiedy któregoś popołudnia przedsiębiorca budowlany o posturze niedźwiedzia wyznał mi, że często się denerwuje i ogarniają go rozmaite lęki, zapomniałam się na moment i skomentowałam krótko: „Tak, to dotyczy naprawdę wielu osób!”. Nie zamierzałam bagatelizować jego problemu, byłam tylko – zresztą podobnie jak pacjent – zaskoczona.

Bez wątpienia mogłam pomóc tym ludziom – zapisać im coś, złagodzić ich dolegliwości, wypróbowując różne leki, ale równocześnie czułam, że to nie będzie prawdziwe rozwiązanie ich bolączek. Dokuczała mi coraz silniejsza irytacja. Zauważyłam, że ludziom ciąży to, że nie funkcjonują jak maszyny, nie wyglądają jak lalki – i że doskwiera im poczucie samotności lub smutek.

Brakowało mi słów na określenie tego, co dostrzegałam coraz wyraźniej. Jako lekarka zajmowałam się chorymi organami przynajmniej tak samo często, jak tym dziwnym czasem.

Kiedy już przepracowałam kilka lat, zmarła nagle moja babcia. Była dla mnie jedną z najważniejszych osób, a jednak w pierwszym okresie po jej śmierci po prostu nic nie czułam. Wstawałam, szłam do pracy, a wieczorem kładłam się do łóżka. Znikł nawet mój lęk przed ciemnością. Na jakimś wykładzie z psychologii zanotowałam kiedyś mniej więcej: „Jeśli nie dopuszcza się do siebie takich uczuć jak żałoba, to spycha się je gdzieś w głąb siebie i pozwala im rosnąć”. Przypomniało mi się to zdanie, ale nabyta wiedza mi nie pomagała. Co się ze mną działo?

Jakiś czas później siedziałam przy biurku, słońce świeciło, a ja czytałam artykuł medyczny o ranach. Raptem wybuchłam płaczem. Miałam wrażenie, że skóra rozumie, jak to jest kogoś stracić. Poczucie zranienia, nagły brak tkanki, pierwsza reakcja szokowa. To, czego wcześniej nie dopuściłam do siebie, mogło wreszcie zaistnieć – mogłam odprawić żałobę. Szukając odpowiedzi na pytanie „Jak sobie z tym poradzę?”, przyglądałam się, jak skóra radzi sobie z ranami. Przyjrzenie się ciału pomogło mi być człowiekiem.

To doświadczenie skłoniło mnie do refleksji. Żyjemy w głoś­nym i wymagającym świecie. Z zewnątrz jesteśmy bezustannie bombardowani informacjami – co powinniśmy osiągnąć, jak moglibyśmy żyć, jak mamy wyglądać lub jak się czuć – a przecież często w ogóle jeszcze nie pojęliśmy, kim jesteśmy tu i teraz.

Czy wiedza o naszym ciele mogłaby stanowić przeciwwagę dla tego, co zaobserwowałam w szpitalu i na sobie samej? Czy cielesna perspektywa – choćby tylko w pewnej mierze – mogłaby nam pomóc w zachowaniu człowieczeństwa w wirze nowoczesności?

Jeśli ktoś zwraca uwagę na takie rzeczy, dostrzeże, jak wielu pojęć z zakresu techniki, ekonomii lub nawet sztuki wojennej używamy, mówiąc o ciele. Mózg porównujemy z komputerem, układ odpornościowy „wysyła oddziały”, by „zaatakować intruzów”, w sporcie podnosimy „efektywność” treningu za pomocą „reżimu fitnessowego”, a kto niedostatecznie „inwestuje” w swoje zdrowie, dostaje później „rachunek”. Najwyraźniej dominujące w świecie tematy wpływają na ogląd nas samych – ale co się przez to z nami dzieje? I czy nie mógłby zaistnieć odwrotny wariant – że to ciało dyktuje nam, jak myśleć o życiu zawodowym i kontaktach społecznych?

Prześledzenie tej tezy stało się moim hobby. Znowu miałam mnóstwo pytań wobec świata, czytałam najrozmaitsze książki fachowe o życiu wewnętrznym człowieka. Nowe badania dotyczące płuc kazały mi zmienić sposób myślenia o potrzebach podstawowych. To, jak nasze ciało bierze sobie to, czego potrzebuje, i jak obchodzi się z niepożądanymi rzeczami, stało się dla mnie wzorem do naśladowania. Gdy zanurzyłam się w nowoczesne badania immunologiczne, odkryłam, że dla mojego bezpieczeństwa ważne są zupełnie inne rzeczy, niż dotąd sądziłam. Wiedza o skórze pozwoliła mi inaczej spojrzeć na relacje – na zranienie, wyzdrowienie, dotyk i poczucie granic. I kto by pomyślał, że mięśnie mogą wyznaczyć nietuzinkową perspektywę spojrzenia na siłę i moc? Dla najważniejszych ludzkich potrzeb istniał zawsze odpowiedni organ.

To fascynujące, jak ciało rozwiązuje nasze problemy. Bezustannie mogłam czerpać z niego inspiracje do dalszego życia i czułam się przy tym jak w cukierni, gdzie czeka na mnie mnóstwo odpowiedzi.

Zrozumienie ciała nie służy jedynie zapobieganiu chorobom. Jego organy mają również istotny udział w tym, co – jak to się mówi – stanowi o nas. Mają wpływ na odpowiedzi na kluczowe pytania, choćby o to, czego naprawdę potrzebujemy. Jak zachowujemy się wobec zagrożenia? W jaki sposób chcemy się do siebie nawzajem odnosić? Bądź też co możemy osiągnąć i jaką drogą? Jeśli lepiej pojmiemy odpowiedzi, jakich udziela ciało, będziemy mogli prowadzić bardziej harmonijne życie.

Ciało rzadko nadaje ton debatom publicznym, chyba że mowa o chorobach i pandemiach, a ponadto parę rzeczy, które – jak się nam wydaje – wiemy na jego temat, jest już nieco przestarzałych. Tak na przykład badania nad układem odpornościowym w ciągu ostatnich dwudziestu lat wykazały, że poczucie bezpieczeństwa nie polega wyłącznie na „obronie przed złem”. Kto zrozumie dlaczego, temu taki pogląd zacznie w końcu i we własnym życiu wydawać się, no cóż, nieco podejrzany… A to tylko jeden przykład z wielu.

To, o czym piszę w tej książce, opiera się na wiedzy naukowej, a zarazem zawiera osobistą nutę. Weźmy choćby moje niegdysiejsze przekonanie, że płuca są dość bierne i miękkie, które uległo zmianie, gdy sobie uświadomiłam, że przypominają mi moją prababcię. Ta kobieta wprawdzie była miękka i – nie da się ukryć – wydawała się czasem pasywna, ale wywarła niebywały wpływ na wszystkich, którzy przyszli po niej. Była niczym fundament, tak jak to jest w przypadku płuc i oddychania.

Zamiast (jak początkowo myślałam) spisywać te osobiste rozważania tylko dla siebie, postanowiłam umieścić je na początku każdego rozdziału, ponieważ pokazują one, że moje słowa kształtuje to, jak zostałam wychowana i jak widzę świat. Dotyczy to również badań naukowych i ludzi, którzy pracują dla nauki. Przemyślenia czy odkrycia naukowe nie stają się przez to błędne lub nierzeczowe, ale oznacza to, że droga, którą do nich docieramy, może być osobista.

Zmieniło mnie to, że uczę się od ciała, nie zaś tylko o nim. Z nowym szacunkiem patrzę na to, co ludzkie. Mówienie o „bezproduktywnych uczuciach” i cielesnych granicach czy inaczej sformułowana definicja władzy przestały mi się nagle wydawać szalone lub słabe, ponieważ stosują się do logiki, która teraz jest mi bliższa. Tak jak częścią dorastania jest zrozumienie tego, kim jesteśmy, tak częścią stawania się człowiekiem jest uświadomienie sobie tego, czym jesteśmy. I czego potrzebujemy. Niezależnie bowiem od wrzasku świata, od tego, czy rządzi się on kliknięciami, czy liczą się tylko jedynki i szóstki i nic pomiędzy – nie zmienia to ani na jotę naszej najgłębszej natury istot organicznych. Połączeni niewidzialnymi włóknami splatamy potencjał naszych organów w jedyne w swoim rodzaju życie. Bezustannie wymyślamy się na nowo, przybieramy nowe kształty, a zarazem od miliona lat jesteśmy tacy sami.

Istnieje głos, który nam o tym przypomina. Mówienie jego językiem czyni z nas pradawnych mieszkańców tego, co o nas stanowi – organiczności.

*Historia wewnętrzna. Jelita – najbardziej fascynujący organ naszego ciała, tłum. Urszula Szymanderska, Łódź 2015. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

1

Potrzeba podstawowa

Płuca

Rada Zdechlaczka

Moja prababcia miała przezwisko Zdechlaczek*. Tak naprawdę nosiła imię Hedwig, ale ono nie oddawało istotnej cząstki jej osobowości: nastrojów, które niczym macki oplatały ją przez całe życie. Pradziadek mawiał, że jest „do życia” lub „nie do życia”, zależnie od sytuacji. Zdechlaczek pochodziła z Palatynatu, jej rodzina miała szkółkę drzewną. Ojciec był łagodnym człowiekiem bez krztyny zmysłu biznesowego. Często leżał melancholijnie na łące i przyglądał się roślinom. Matkę za to rozsadzała energia, a gdy chciała coś omówić z burmistrzem lub dyrektorem banku, od razu wskakiwała na konia. Przedtem zaś jeszcze wzburzała „koafiurę” i nakładała „kapelutek” – ten rytuał obwieszczał bliskim jej żądzę czynu. Dziedzictwo obu stron odnalazło się w mojej prababci – jak oddech, który przypływa i odpływa: do życia i nie do życia, energiczny i „zdechły”.

Jedyną rzeczą na świecie, na której mogła polegać, była dla niej natura. Mogła w niej zakotwiczyć swoją duszę i zawsze ją tam odnaleźć. Wszystko inne migotliwym blaskiem przepływało koło niej. Jako młoda kobieta wyjechała z mężem do Berlina w szalonych latach dwudziestych, chodziła na spotkania kobiet, obracała się w całkowicie wówczas nowych kręgach miłośników jogi lub uczęszczała na zebrania towarzystw astronomicznych i jadała obiady z ważnymi osobistościami świata polityki. Miała w sobie miłą prostotę, która dobrze wypadała w tych środowiskach.

Po dojściu do władzy nazistów wiele się zmieniło. Zostawiła wszystko i z Berlina ruszyła rowerem do rodziny w Palatynacie. Kiedy przyjechała, rosły tam nadal te same drzewa, świeciło słońce. Ojciec leżał na łące, wzdychał i przyglądał się stokrotkom. W zasadzie wszystko było jak zawsze, a jednak całkiem inne. Później przez całe życie prababcia nie żywiła już szczególnego szacunku wobec polityki, ideologii, potężnych ludzi lub trendów. Interesowali ją ludzie, których kochała („skarbunie”), lasy, a przede wszystkim zachód słońca, który co wieczór oglądała z tarasu.

Kto nie poznał bliżej życia mojej prababci, ten pewnie by powiedział, że nie była kimś ważnym. Dla osób z zewnątrz była jedynie „żoną” swojego męża – popularnego prawnika. Nieduża, łatwo się poddawała i miała miękką twarz o dobrot­liwych oczach. Im więcej o niej myślę, tym ważniejsza mi się wydaje. Przekazała nam coś, co trwa do dzisiaj. Jej łagodność, drobne mądrości, dowcipne powiedzonka i wieczna ciekawość – lata po jej odejściu wszystko to istnieje w najlepsze i żyje w nas dalej. Palcami muskam łańcuszek, który kiedyś wisiał na jej szyi. Choć nigdy nie poznałam prababci, czuję się z nią związana. Gdy jestem zmęczona i zirytowana światem, przypominam sobie maksymę, którą przekazała swoim córkom: „Kto ma pragnienie, pije. Komu ciężko, oddycha”.

Jeszcze chwilę temu byłam znużona i pogrążona w ponurych rozmyślaniach, ale z każdym oddechem jest mi lżej. I już – pierś unosi się swobodnie, głowa wolna od trosk. Tak też się dzieje tego popołudnia. Leżę na łące w starej szkółce drzew, wkrótce uspokojona zasnę. Dopiero zaczynam pojmować, co naprawdę oznacza porada prababci.

* Po niemiecku Müdi ­– to zdrobnienie utworzone od słowa müde, czyli „zmęczona”.

Płuca i powietrze

Dwadzieścia tysięcy razy dziennie dostajemy to, czego nam trzeba. Najważniejszą potrzebą jest oddychanie. Minuta bez oddechu i już żądza zaczerpnięcia powietrza staje się większa niż chęć napicia się po trwającej godzinami wędrówce. Nawet umierający z pragnienia człowiek przerwie picie wody u źródła, by chwycić oddech. W hierarchii ciała oddychanie stoi na pierwszym miejscu.

Organ, który zapewnia nam tę podstawową zdolność, nie robi na pierwszy rzut oka szczególnego wrażenia. Płuca nie są ani krzepkie, ani silne, ani też samodzielne. Bez pomocy innych części ciała (takich jak żebra) kurczą się natychmiast do wielkości pięści, choć powinny wypełniać całą klatkę piersiową, i wyglądają jak dwie zbyt często używane gąbki do mycia naczyń. Ale nawet płuca wypełnione powietrzem, maksymalnie rozprężone, nie sprawiają szczególnie groźnego wrażenia – jeśli ktoś je prowokacyjnie naciśnie palcem, trzeszczą po prostu cichutko, a tkanka poddaje się bez oporu niczym mydlana piana w wannie. Kto więc spodziewał się, że najważniejszej ludzkiej potrzebie odpowiada niezwykle imponujący organ, ten się rozczaruje.

Płuca są miękkie. Stale dopasowują się do kształtu otoczenia. Stąd też w normalnym stanie znajdują się na nich odciski żeber, serca i przełyku. Same też nie inicjują ruchów oddechowych, lecz podążają za działaniem mięśni klatki piersiowej i przepony. Bez wątpienia bierne i odkształcalne dysponują jednak jedną z najpotężniejszych cech sprawczych, jakie istnieją na naszej planecie – cichą siłą miękkości.

Przy każdym wdechu płuca wtulają się w swoje otoczenie – jeśli będziemy im się wtedy dokładnie przypatrywać, zauważymy ich miękką subtelność. Gdy bierzemy wdech, strumień powietrza trafia z taką precyzją w oskrzela i pęcherzyki płucne, że mogą się one napiąć niczym żagiel. To zaś otwiera drogi oddechowe – tchawica w szyi rozszerza się o kilka milimetrów, oskrzela prawego i lewego płuca także się rozszerzają, a wraz z nimi cieniutkie drogi oddechowe w końcowych odcinkach płuc. Rozszerzanie to dokonuje się bez wysiłku za sprawą optymalnego układu wspomagającego. Bierność? Może, ale bynajmniej nie bezskuteczna. Wdechy przychodzą nam o wiele łatwiej dzięki powietrznemu żaglowi płuc. Przy wydechu elastyczne tkanki muszą szybko wrócić do pierwotnej postaci niczym gumowe taśmy. Dzięki tej harmonijnej współpracy mięśnie mogą powtarzać bez zmęczenia ruchy oddechowe po tysiąc razy w ciągu dnia. Siły starcza im jedynie za sprawą mądrej miękkości.

Drzewiasta struktura płuc zapobiega ponadto dolegliwości, którą znają wszystkie istoty zdolne marzyć – prawie nigdy nie dostajemy dokładnie tego, czego byśmy prag­nęli. Otóż powietrze oddechowe jest z reguły nieco zbyt zimne, za mało wilgotne i zawiera jedną czy drugą drobinę zanieczyszczeń. Z tego powodu w trakcie ewolucji architektura płuc została udoskonalona: od tchawicy drogi oddechowe dzielą się dwadzieścia dwa razy. Pierwszy podział na prawe i lewe płuco następuje mniej więcej 5 centymetrów poniżej szyi, a następnie w każdym płucu dochodzi do dalszej segmentacji jeszcze przynajmniej dwadzieścia jeden razy. Powstały kształt określa się w anatomii mianem arbor bronchiale, czyli drzewa oskrzelowego. Przepływające przez nie powietrze przemierza w tej siatce połączeń łączną drogę o długości 2400 kilometrów. Oczyszcza się wówczas, nawilża i podgrzewa. Ten proces – doliczając tu wstępną pracę wykonaną przez włoski nosowe oraz gardło – sprawia, że oddech zyskuje postać końcową: ma temperaturę ciała, 98% wilgotności i jest wyjątkowo czysty.

Ta wstępna praca służy zwłaszcza delikatnej formacji na końcu dróg oddechowych. Ostatnie elastyczne włókna owijają się tam wokół maleńkich otworków i rozciągają je podczas wdechu. W tym momencie miliony usteczek łapią wraz z nami powietrze i wzmacniają siłę zasysania na ostatnich mikrometrach. Tu właśnie płuca zbudowały swoje centrum – minimalistyczną katedrę złożoną z ultracienkich komórek. Wypełnione powietrzem wzdymają się w postaci pęcherzyków. Na drogi oddechowe nasadzone jest 300 milionów takich kopułek, które koronują dzieło – dysponują zdolnością wymiany gazów. To tu molekuły z naszej krwi ulatują w powietrze lub do niej z powietrza przenikają. Warstwa poślizgowa żelowatej substancji ledwie chroni tę delikatną konstrukcję przed zapadnięciem się. Nigdzie indziej nasze ciało nie jest tak kruche i precyzyjnie zbudowane, jak właśnie tutaj.

Podczas ewolucji płuca stawały się czulsze i wrażliwsze na to, czego potrzebujemy, a równocześnie coraz lepiej chroniły nas przed niepożądanymi zdarzeniami. Obecnie ich architektura jest już bliska perfekcji. Jedynym błędem, który stale się im wytyka, jest nieco pochopne umocowanie tuż przy przełyku. Z tego powodu krztusimy się i zachłystujemy napojami.

Jeśli ktoś wie, jak rozwijały się płuca, musi im jednak wybaczyć takie słabości. Narząd ten pierwotnie powstał u ryb, których środowisko życia stawało się coraz uboższe w tlen. Wysuwa się więc tezę, że szukały go na powierzchni wody, żeby się nie udusić. Zdołały przetrwać, wykształcając coraz lepsze „worki powietrzne”.

Powstanie płuc wyznacza zdumiewające wydarzenie. Pojawienie się stworzenia wodnego w kompletnie mu obcym żywiole jest posunięciem drastycznym. Wykształcenie całkowicie nowego organu jest niebywałym osiągnięciem. W ogóle takie rzeczy zdarzają się w toku ewolucji niezmiernie rzadko, ale przebiegają (mimo pewnych problemów z krztuszeniem się) całkiem dobrze. Płuca i drogi oddechowe są wspaniałym przykładem tego, na co stać istoty żywe, kiedy czegoś chcą i czegoś im brakuje.

Dwie najważniejsze cechy współczesnych ssaków zasadzają się na oddechu – dla niego wyszliśmy na ląd zamiast dalej żyć w morzu, a coraz bardziej wyrafinowane ruchy oddechowe umożliwiły ostatecznie wykształcenie bardziej złożonego mózgu, który zasadniczo wykorzystywał więcej tlenu.

Mózg wysyła impuls do oddychania, mięśnie są odpowiedzialne za zaczerpnięcie powietrza, natomiast płuca tworzą trzecie ogniwo: są tym, o czym łatwo zapominamy w społeczeństwie nastawionym na sukces, kiedy wyliczamy, co trzeba zrobić, by coś osiągnąć. Do zaspokojenia naszych potrzeb konieczne są nie tylko ambicja i pracowitość, lecz także otwartość na to, co nadchodzi. Jeśli ktoś nie potrafi poddać się przepływowi powietrza, którym chce oddychać, będzie miał ciężko.

Oddychanie – podobnie jak picie, trawienie, spanie – zalicza się do czynności, które ludzkość zepchnęła do rangi właściwej trywialnym pracom domowym. Jednak te zjawiska, zazwyczaj lekceważone i łatwo pomijane, są nie tylko o wiele bardziej przemyślne, niż długo przypuszczano, ale też silniej wpływają na życie, niż dotąd nam się wydawało.

Nasze płuca pokazują też, że to, czego potrzebujemy, zmienia nas. To zasadnicza różnica w porównaniu z maszynami. Ludzkie potrzeby nie sprowadzają się do zbiorników z benzyną, które należy napełnić, żebyśmy funkcjonowali. To, czego chcemy, i sposób, w jaki to osiągamy, określa to, kim się stajemy. Nasze potrzeby kształtują nas zawczasu jako istoty żywe. W tej chwili i w kolejnych 19 999 chwilach w ciągu doby.

Substancja, której potrzebujemy

Przed 2,4 miliarda lat doszło do straszliwej katastrofy z udziałem trującego gazu. Zmutowane morskie bakterie do tego stopnia się zmieniły, że nagle zaczęły zużytkowywać w reakcji chemicznej energię słoneczną. Powstał przy tym gaz odpadowy, który zatruł inne bakterie. Większość ówczesnych żywych stworzeń wymarła. Zrobiło się wiele wolnego miejsca – bakterie wytwarzające trujący gaz mogły się rozprzestrzeniać niemal bez przeszkód. Wkrótce ich wyziewy nie tylko zanieczyściły morze, ale i wzbiły się w powietrze. Ziemska atmosfera wypełniła się owym szkodliwym gazem – tlenem.

Stopniowo wypychał on z atmosfery inne gazy, które dotąd ją tworzyły, w tym dwutlenek węgla (CO2) oraz metan. Oba te związki to gazy cieplarniane – zarówno wtedy, jak i dzisiaj. Rozgrzewają ziemską atmosferę. Ich nagła redukcja oznaczała przeciwieństwo obecnej zmiany klimatu – zrobiło się przeraźliwie zimno. Ziemia doświadczyła pierwszej wielkiej epoki lodowej i na około 200 milionów lat skuła ją wieczna zmarzlina.

Tak to mogło się skończyć. W końcu we wszechświecie istnieją zlodowaciałe planety, na których niewiele się dzieje, bo jest tam tylko… zimno. Jednak po 200 milionach lat szczęś­liwym trafem wybuchło kilka wulkanów i wyrzuciło w powietrze tyle CO2, że zrobiło się cieplej. Dzięki rozgrzaniu Ziemi i stopieniu się skorup lodowych życie mogło biec dalej. I kto by pomyślał – trujący gaz o nazwie tlen zaskoczył wszystkich paroma interesującymi właściwościami…

Tlen jest wysokoreaktywny. Łączy się zasadniczo ze wszystkim, co znajdzie się w jego pobliżu. Żelazo – rdza! Wodór – woda! Tym sposobem w mgnieniu oka powstały nowego typu związki chemiczne (uwaga: „w mgnieniu oka” oznacza dla miłośników geografii, którym teraz adrenalina się uszami wylewa, „w ciągu paruset milionów lat”). Ukształtowane później substancje, rośliny i jednokomórkowce stały się podłożem nowego życia. I powiedzmy to otwarcie, acz nieco stronniczo: życia znacznie bardziej ekscytującego.

Kto więc teraz chciał żyć, ten musiał dojść do ładu z tlenem. Tym nieobliczalnym tlenem! Jedyne możliwości, jakie się nasuwały, wyglądały następująco: uciec przed nim (niewiele było takich miejsc), wykorzystać go (już lepiej) lub nastawić się na współistnienie, by jakoś sobie z nim poradzić (też dobre rozwiązanie). Rośliny same produkowały tlen za pomocą światła słonecznego. W ten sposób powstały wielometrowej wysokości drzewa i kilometrowej długości łańcuchy glonów – w końcu w pogodne dni słońca było pod dostatkiem i nie trzeba się było ruszać, by je znaleźć. Napędzane reaktywnością tlenu jednokomórkowce również łączyły się w większe skupiska, tworząc wielokomórkowce, z nich zaś wykształciła się nieprzeliczona mnogość rozmaitych zwierząt.

Ten epizod historii zwany jest wielką katastrofą tlenową. Nie zachowały się informacje, czy w wyborze tej akurat nazwy rolę odegrało współczucie dla wrażliwych na tlen bakterii większe niż dla nas (oddychających tlenem). Termin ten jednak jest dobry, bo wskazuje na rzecz podstawową – powstaliśmy w rezultacie kryzysu dzięki umiejętności jego opanowania.

Trzeba rozumieć dążenia tlenu, jeśli mamy z nim współistnieć. Tyle że on do niczego nie dąży. W powietrzu porusza się według absolutnie przypadkowych wzorów. Jeśli napotka na jakąś odpowiednią molekułę, chętnie się z nią łączy. Czasami się to udaje, czasami nie.

Strategia ciała, które stara się jak najlepiej poradzić sobie z katastrofą tlenową, polega na prostym odkryciu – tlen to chaos… a chaos to nieukierunkowana energia. Jeśli uda się nam odrobinę nią pokierować, traci w zasadzie swoją katastrofalną moc. To tak samo jak w przypadku ognia – od tego, jak będziemy się z nim obchodzić, zależy to, czy zrelaksujemy się przy grillu, czy puścimy z dymem werandę.

Jeśli nawała molekuł tlenu wpada do płuc, w pierwszej chwili krąży po nich bez celu, co jednak prędko ulega zmianie. Gdy pierwsze z nich przejdą do krwi, ciało kieruje je na utarte tory. Pierwsza wskazówka: żelazo we krwi. Tlen chce się z nim połączyć, by powstała rdza (jedno z jego klasycznych zachowań), ale krew jest od niego sprytniejsza. Żelazo w krwinkach jest tak opakowane białkami, że tlen jest wprawdzie w stanie się do niego zbliżyć, ale nie na tyle, by wejść z nim w udaną reakcję. Dzięki tej strategii można go rozprowadzać po całym ciele, nie obawiając się szkodliwych incydentów. Dodatkowy bonus: przy następnym uderzeniu serca żelazo można ponownie wykorzystać.

Gdy naładowane tlenem krwinki dotrą do komórki, która potrzebuje energii, jeszcze silniej odpychają tlen od żelaza. Najpóźniej w tym momencie traci on wiarę w to, że kiedykolwiek się z nim zwiąże, i wędruje na nowe pastwiska. Jednak i ta wędrówka nie trwa zbyt długo – i siup! – wpada w pułapkę kompleksu enzymatycznego, który przypomina koło młyńskie. To, co się później dzieje, tłumaczy, dlaczego potrzebujemy tlenu do życia i dlaczego umieramy, gdy go zabraknie.

Enzymy à la młyńskie koło (czyli dokładniej syntazy ATP i oksydazy cytochromu c) zdobywają energię dzięki tlenowi! W tym celu biorą maleńkie resztki naszego pożywienia (pozostałości wodoru) i dają je tlenowi, któremu wszystko smakuje!

Gdy porywa go młyńskie koło i ciska na strzępy wodoru, tlen może wreszcie (!) puścić hamulce i robić to, co potrafi najlepiej – wchodzić w szalone reakcje na prawo i lewo! Z dwoma strzępami wodoru łączy się w wodę i odpływa. Energia, która uwalnia się w wyniku tej reakcji, napędza koło młyńskie i zasila nasze komórki. Kiedy oddychamy, pojawia się nowy surowiec. Kiedy koło się kręci, trwa życie. Kiedy się zatrzyma, umieramy.

Reakcja, która trzyma nas przy życiu, ma nieco ironiczny charakter. Przez całą drogę – od płuc przez naczynia krwionośne i dalej w obrębie komórek, aż po ich najmniejsze cząsteczki – tlen nie zostaje ani na chwilę sam i jest skrupulatnie nadzorowany. W żadnym miejscu nie może się wyrwać spod kontroli i łączyć z czym popadnie. Ale na ostatnim etapie właśnie tego od niego potrzebujemy! Energia chaosu umożliwia nam stabilność.

W trakcie ewolucji udoskonaliliśmy sposób korzystania z tlenu, ale nigdy nie udało się w pełni go kontrolować – mniej więcej co sto obrotów z koła młyńskiego wymykają się dwie porcje tlenu – w samym środku reakcji. I pojawia się coś, co zwie się rodnikiem tlenowym. Ta na pół gotowa molekuła jest jeszcze bardziej reaktywna niż materiał wyjściowy, co tłumaczy, dlaczego nie tylko „zbyt mało”, ale i „zbyt dużo” tlenu jest szkodliwe. Może się ona wiązać niemal ze wszystkim i przypadkowo uruchamiać w naszym ciele reakcje łańcuchowe. W normalnej sytuacji uciekinierzy są zawracani na koło młyńskie przez specjalne enzymy wychwytujące tlen… czasami jednak to się nie udaje.

W wypadku wszystkich naszych potrzeb bywa, że czegoś jest „zbyt mało” albo „zbyt dużo”. Pożywienie w zbyt wielkiej ilości nie wyjdzie nam na dobre. Jeśli śpimy za długo, to nie czujemy się potem rześcy, tylko przeważnie zmęczeni. Nawet szybkie wypicie zbyt dużej ilości wody może nam przysporzyć poważnych problemów – do śpiączki włącznie. W każdym punkcie ciała chodzi o równowagę i o to, jak ją zachować.

Rodniki tlenowe

Rodniki tlenowe są więcej niż kłopotliwe. Jeśli w porę ich nie złapiemy, nieproszone przyklejają się do białek, fałdują tłuszcze błony komórkowej lub nawet wybielają całe nici DNA niczym rozjaśniacze fryzjerskie (które, nawiasem mówiąc, również działają za sprawą rodników tlenowych!). Jeśli jest ich zbyt dużo, komórki nie są w stanie utrzymać ich w ryzach. Dochodzi do „małych katastrof tlenowych”.

Na co dzień rodników tlenowych robi się „zbyt wiele” po szczególnie wysokoenergetycznych posiłkach jak makaron z serem, burger z frytkami i potem jeszcze coś słodkiego – a więc wtedy, kiedy koła młyńskie pracują na pełnych obrotach. Ich nadaktywność wyzwala również nietypowo duże obciążenie ciała, potężne stany zapalne, stres mentalny lub uszkodzenia tkanek. Czyli właściwie zawsze w sytuacji, kiedy nasze komórki eksploatują się do ostatka i potrzebują zdecydowanie więcej energii, produkują zdecydowanie więcejsubstancji obronnych lub zgłaszają zdecydowanie więcej niż zwykle uszkodzeń.

W najbardziej niekorzystnym scenariuszu dochodzą jeszcze rodniki z zewnątrz! Dzieje się tak niezamierzenie wskutek zażycia leków (na przykład po zbyt wysokiej dawce paracetamolu), pewnych procesów kulinarnych (takich jak przegrzanie tłuszczów i wędzenie) lub też – typowo – wskutek picia alkoholu, palenia papierosów i nadmiaru słońca. Jeśli zaczyna panować coraz większy chaos, to źle dla komórek.

Rodniki tlenowe pojawiają się niemal we wszystkich istniejących chorobach – to one reagują ze „złym” cholesterolem LDL, powstają wtedy blaszki miażdżycowe, co z kolei podnosi ciśnienie krwi. To one są uwalniane przez nadaktywne komórki odpornościowe i powodują przewlek­­łe zapalenia, jak reumatoidalne zapalenie stawów lub choroba Leśniowskiego-Crohna w jelitach. To one wreszcie za sprawą alkoholu i papierosów uszkadzają DNA i wywołują raka. Również w wypadku choroby Alzheimera, Parkinsona lub stwardnienia rozsianego potrzeba przynajmniej jednego etapu reakcji z udziałem rodników tlenowych, by komórki nerwowe uległy typowym uszkodzeniom.

Jest jednak i dobra wiadomość – mamy sojuszników. Od paru miliardów lat rośliny wchodzą w układy z rodnikami tlenowymi i zdołały wypracować kilka godnych uwagi sztuczek. Korzystamy z nich, zjadając rośliny. Podstawowa zasada medycyny żywieniowej brzmi: rozpuszczalne w tłuszczach wychwytywacze rodników, zawarte na przykład w orzechach i nasionach, chronią tłuszcze naszych komórek. Z kolei te, które są rozpuszczalne w wodzie i pochodzą z miąższu owoców i warzyw, nadzorują raczej płynne wnętrze komórek oraz krew. Kto je dostatecznie dużo roślin, jest lepiej chroniony przed wieloma chorobami.

W ramach owej wiedzy ogólnej istnieje kilka subtelności i przypadków specyficznych. Na przykład czarne jagody uchodzą za superfood wśród wymiataczy wolnych rodników, ponieważ z równą skutecznością neutralizują trzy różne ich rodzaje (singletowe, nadtlenkowe i aniony ponadtlenkowe). Pomidory wychwytują jedynie jeden ich rodzaj (singletowe) – za to robią to najlepiej ze wszystkich! Witamina C (występująca w prawie wszystkich gatunkach warzyw i owoców) może zmieniać role – w zdrowych komórkach łatwiej wyłapuje rodniki niż w zmienionych nowotworowo, przez co działa na ich szkodę.

Mimo tych radosnych informacji naukowcy krzywią się boleśnie, gdy mowa na ten temat. Entuzjastycznie inicjowane eksperymenty, w których podawano pojedyncze wychwytywacze rodników (witaminy A, C, E) w kapsułkach lub tabletkach, potężnie rozczarowały! Dziesiątkom tysięcy uczestników wieloletnich badań nie przyniosły one wielkich korzyści. Ani nie chroniły ich w istotny sposób przed chorobami, ani też nie wydłużyły im życia. W przypadku niektórych palaczy podawanie witaminy E zwiększyło nawet ryzyko zachorowania na raka! Do tej pory wszyscy się głowią dlaczego.

Rodniki tlenowe mają jeszcze jedną cechę, na którą długi czas nie zwracano uwagi. Nie tylko wprowadzają jeszcze większy chaos niż tlen – dostarczają również dodatkową porcję energii… W języku miłośników motoryzacji – jeszcze więcej „bruuum!”. Komórki tkankowe wykorzystują tę energię do porozumiewania się między sobą – niczym swego rodzaju wykrzyknikiem w komunikacji międzytkankowej! Komórki odpornościowe produkują rodniki, by za ich pomocą bronić się przed bakteriami i wirusami (na tej samej zasadzie opiera się dezynfekowanie soczewek kontaktowych nadtlenkiem wodoru, który jest reaktywną formą tlenu). Można ponadto usuwać w ten sposób rakowo zmienione komórki. Systematyczne wychwytywanie rodników tlenowych mogłoby zahamować ich pożyteczne funkcje. Byłoby to niekorzystne.

Do tego dochodzi jeszcze nieprzeczuwana klęska urodzaju – na przykład witamina E istnieje w ośmiu różnych postaciach! W badaniach stosuje się przeważnie w wysokim stężeniu jej wariant (γ-tokoferol), który niektóre osoby źle znoszą z racji predyspozycji genetycznych. W roślinach występują zazwyczaj jeszcze inne substancje, które przypuszczalnie nawet lepiej wychwytują rodniki, a nie zaliczają się do witamin (jak polifenole).

Zamęt w najnowszych koncepcjach naukowych sprawia, że dobrze jest wreszcie zobaczyć zrelaksowanego naukowca. Profesor Ronald Prior, amerykański praweteran badań nad rodnikami, prezentuje zdecydowanie pragmatyczne stanowisko: powinniśmy skoncentrować się na tym, co jest pewne, czyli na wzroście wolnych rodników po jedzeniu. Ten przyrost nie służy do oznaczania komórek rakowych lub do obrony przeciw bakteriom – z reguły jest po prostu rezultatem wytężonej pracy kół młyńskich, którym przyda się każda pomoc.

Warzywa, owoce i orzechy – w najlepszym przypadku zdrowa dieta dostarcza gotowych do pomocy wychwytywaczy rodników, niejako z darmową dostawą. Jednak jeśli chodzi o inny rodzaj odżywiania, sprawy się komplikują. Frytki, burgery, ciastka i czipsy dają nam energię, ale niemal żadnych wychwytywaczy. Im więcej spożywamy takich bomb kalorycznych, tym wyższe ryzyko chorób przewlekłych, zawałów serca i całej reszty.

Na średnią porcję frytek o wartości 320 kilokalorii (kcal) potrzeba teoretycznie porządnej garści czarnych jagód (około 25 gramów), by odkupić winę nadmiaru rodników. Alternatywnie można wziąć także garść orzechów laskowych (około 15 gramów), jedną trzecią jabłka lub półtora banana. Sam keczup to trudniejsze rozwiązanie – niezbędne byłoby 250 gramów, a to prawie połowa butelki. Zawarty w nim cukier psuje jednak statystykę! (Bo dodatkowo napędza młyńskie koła).

Obecnie toczą się jeszcze dyskusje co do paru aspektów tego zjawiska. Czy na przykład pochodzące z warzyw i spółki wychwytywacze wolnych rodników docierają do wszystkich komórek, czy też niektóre z nich działają tylko w jelitach? Ale nawet jeśli to ostatnie byłoby prawdą, to Ronald Prior może beztrosko wzruszyć ramionami, ponieważ to, co powinien zalecać na podstawie swoich obliczeń, już od dawna obowiązuje. Kto codziennie zjada pięć porcji warzyw i owoców, ten – jak dowiedziono – żyje dłużej i zdrowiej. Taka właśnie ilość wystarcza, by wychwycić rodniki odpowiadające przeciętnej diecie o wartości 2200 kcal dziennie. Jeśli więc Prior ma rację, moglibyśmy po raz kolejny udoskonalić sposób postępowania z tlenem.

Przed 2,4 miliarda lat doszło do cudownego wypadku – tlen był jego produktem ubocznym. Niezdolność radzenia sobie z nim niemal unicestwiła naszych przodków… i dzisiaj zresztą nie wszystko jeszcze idzie gładko. Każdy oddech, każda puszczająca bąbelki ryba, każde ponadmetrowej wysokości drzewo jest dowodem, że jako organizmy żywe potrafimy przezwyciężać kryzysy i radzić sobie z niepożądanymi zjawiskami. Nawet jeśli taka sytuacja trwa długo, droga jest wyboista lub ciągle trafiają się błędy – nasze młyńskie koła obracają się, wychodzimy z matni i ze stoickim spokojem, niewzruszeni żyjemy dalej.

Mała dygresja na temat równowagi istnienia

W 1944 roku laureat Nagrody Nobla Erwin Schrödinger zadał światu nauki zagadkę: czym jest życie? Pytanie to rozpętało dyskusję, którą podsumował sam Schrödinger – w jego publikacji ponownie spotykamy obie własności tlenu: energię i chaos. A oto treść tego podsumowania:

Wszystko, co dziś napotkamy w świecie, można uporządkować w fizyce według dwóch kryteriów: ile coś potrzebuje energii, by żyć lub istnieć, oraz w jakiej mierze jest chaotyczne (lub stabilne). Taki na przykład kamień jest bardzo stabilny i w zasadzie prawie nie potrzebuje energii do swojego istnienia. Zmieniająca się co sekundę pogoda jest za to niewiarygodnie chaotyczna i zużywa niesłychanie dużo energii. My, ludzie, znajdujemy się niemal pośrodku tej skali, odrobinę bliżej nam jednak do chaosu pogody niż spokoju kamienia.

Ciągle musimy zaspokajać swoje potrzeby, by się utrzymać przy życiu: musimy oddychać, jeść, pić, spać. Ciągle zbliżamy się do punktu w środku skali – dokładnie w połowie drogi między kamieniem a pogodą – by w następnej sekundzie znowu się od niego oddalić.

Z każdym wdechem i wydechem trzepoczemy więc wokół punktu naszego istnienia. To, że nie możemy dłużej pozostać w owym centrum – w absolutnym spokoju, bez pragnień, tęsknot lub rozczarowań – nie jest „ucieczką od życia”, lecz jego definicją!

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

ORGANICZNI. Początek

1. Potrzeba podstawowa. PŁUCA

Rada Zdechlaczka

Płuca i powietrze

Substancja, której potrzebujemy

Rodniki tlenowe

Mała dygresja na temat równowagi istnienia

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji