Czego najbardziej żałują umierający - Bronnie Ware - ebook + książka

Czego najbardziej żałują umierający ebook

Bronnie Ware

4,1

17 osób interesuje się tą książką

Opis

A ty, czego byś żałował przed śmiercią?

Nigdy nie jest za późno na zmiany.

Po latach niesatysfakcjonującej pracy Bronnie Ware postanowiła odmienić swój los. Znalazła pracę w opiece paliatywnej. Rozmowy z umierającymi zupełnie ją odmieniły. Dzięki nim odnalazła spokój i sens życia. Zrozumiała, że szczęście zależy wyłącznie od nas samych, a nasze wybory mają wpływ na to, czy odejdziemy spełnieni i szczęśliwi. Swoimi doświadczeniami postanowiła podzielić się z innymi.

Czego najbardziej żałują umierający to książka, która daje nadzieję, uczy współczucia, pokazuje, jak żyć pełnią życia i osiągnąć wewnętrzną harmonię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wstęp

Pewnego pięknego letniego wieczoru w prowincjonalnym miasteczku toczyła się jedna z tych radosnych rozmów, jakie prowadzi się jednocześnie w wielu miejscach na świecie. Dwoje ludzi długo się nie widziało i nadrabiało zaległości. Opowiadali sobie o swoich sprawach. Tym jednak ta rozmowa różniła się od innych, podobnych, że miała się stać przełomem w życiu jednego z nich. Mianowicie moim.

Cec jest wydawcą świetnego australijskiego czasopisma poświęconego muzyce folkowej – „Trad and Now”. Słynie z tego, że popularyzuje ten gatunek, i z szerokiego uśmiechu. Za jedno i drugie wszyscy go lubią. Gawędziliśmy o naszej miłości do muzyki (nie bez powodu – byliśmy na festiwalu folkowym). Rozmawialiśmy również o problemach, które wtedy przeżywałam: musiałam znaleźć fundusze na sfinansowanie programu nauki gry na gitarze i pisania piosenek, który chciałam wdrożyć w więzieniu dla kobiet.

– Jeśli ci się uda z tym ruszyć, daj mi znać. Poświęcimy temu artykuł – powiedział Cec na zachętę.

Udało mi się i po jakimś czasie napisałam do jego czasopisma tekst o swoich doświadczeniach. Kiedy skończyłam, zadałam sobie pytanie: dlaczego nie piszę częściej? W końcu robiłam to przez całe życie. Jako mała piegowata dziewczynka korespondowałam z przyjaciółmi z całego świata. To było w czasach, kiedy ludzie pisali listy ręcznie, wkładali je do kopert i wrzucali do skrzynek pocztowych.

Nie skończyło się to wraz z nadejściem dorosłości. Wciąż pisałam do przyjaciół papierowe listy. Byłam też dziennikarką – pisałam do prasy. A potem jeszcze teksty piosenek. Zajmowałam się więc twórczością literacką – z gitarą albo długopisem w dłoni. Ale przyjemność, jaką mi sprawiło napisanie artykułu o programie więziennym – przy kuchennym stole, starym piórem, na prawdziwym papierze – obudziła we mnie dawną pasję. Podziękowałam więc Cecowi, a potem postanowiłam, że będę prowadzić bloga. To, co nastąpiło później, zmieniło bieg mojego życia w najlepszy z możliwych sposobów.

„Natchnienie i czaj” zaczęłam pisać w przytulnym domku w Blue Mountains w Australii, oczywiście przy filiżance herbaty. W jednym z pierwszych artykułów o tym, czego ludzie żałują przed śmiercią, napisałam o umierających, którymi się opiekowałam. Zanim zaczęłam pracować w więzieniu, zajmowałam się opieką paliatywną, więc miałam to zagadnienie świeżo w pamięci. W następnych miesiącach artykuł się rozrastał – coś takiego umożliwia jedynie internet. Zaczęłam dostawać maile od nieznajomych. Pisali do mnie w związku z pierwszym tekstem, a potem następnymi.

Prawie rok później mieszkałam już gdzie indziej, tym razem na wsi. Któregoś poniedziałkowego ranka, kiedy usiadłam przy stole na werandzie, żeby się zabrać do pisania, postanowiłam sprawdzić, ile było wejść na stronę internetową, którą prowadziłam. Tak się przecież nieraz robi. Nie uwierzyłam w to, co zobaczyłam, ale bardzo się ucieszyłam. Następnego dnia na wszelki wypadek sprawdziłam znowu. Nie było najmniejszej wątpliwości, że dzieje się coś niesamowitego. Artykuł noszący tytuł Pięć rzeczy, których żałujemy przed śmiercią cieszył się wielkim zainteresowaniem.

Dostawałam maile z całego świata. Inni blogerzy pytali, czy mogą się powoływać na mój tekst. Przetłumaczono go więc na wiele języków. Ludzie czytali go w pociągach w Szwecji, na dworcach autobusowych w Ameryce, w biurach w Indiach, przy śniadaniu w Irlandii i tak dalej. Nie wszyscy zgadzali się z moimi tezami, ale skłaniałam ich do dyskusji. Tym nielicznym, którzy się ze mną nie zgadzali, odpowiadałam (jeśli już to robiłam): nie zabijajcie posłańca. Bo ja po prostu relacjonowałam to, co słyszałam od umierających. Co najmniej dziewięćdziesiąt pięć procent czytelników, którzy się ze mną skontaktowali, twierdziło, że mój tekst ich poruszył. Potwierdzało to, jak wiele my, ludzie, mamy ze sobą wspólnego mimo różnic kulturowych.

Mieszkałam wtedy w domu jednorodzinnym, wśród ptaków i innych dzikich zwierząt, które przyciągał pobliski strumień. Codziennie siadałam przy stole na werandzie, pracowałam i korzystałam z otwierających się przede mną możliwości. Kilka miesięcy później mój blog miał już ponad milion czytelników. W ciągu roku ta liczba się potroiła.

Było tak dlatego, że ten temat interesuje mnóstwo ludzi. Na życzenie tych, którzy się ze mną skontaktowali, postanowiłam go zgłębić jeszcze bardziej. Jak wielu innych, zawsze chciałam napisać kiedyś książkę. Okazało się jednak, że tylko opowiadając własną historię, mogę w pełni dać wyraz temu, czego się nauczyłam, opiekując się umierającymi. Książka, którą pragnęłam napisać, była gotowa. Oto ona.

Dowiecie się z niej, że nigdy nie należałam do tych, którzy podążają tradycyjną drogą, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Żyję tak, jak mi dyktuje los, a napisałam tę książkę, bo chciałam się podzielić z innymi swoimi doświadczeniami. A ponieważ jestem Australijką, to chociaż starałam się pisać w sposób możliwie uniwersalny, zrobiłam to po australijsku.

Zmieniłam imiona prawie wszystkich bohaterów. Chciałam ochronić prywatność ich rodzin i przyjaciół. Ale niektóre są prawdziwe: mojego pierwszego trenera jogi, szefowej szkoły rodzenia, właściciela parkingu dla przyczep kempingowych, mojej mentorki w więzieniu i wszystkich autorów piosenek. Nie trzymałam się też ściśle chronologii – podporządkowałam ją tematyce.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy na różne sposoby towarzyszyli mi w tej podróży. Za wsparcie i pomoc dziękuję szczególnie: Marie Burrows, Elizabeth Cham, Valdzie Low, Robowi Conwayowi, Reesie Ryan, Barbarze Gilder, ojcu, Pablowi Acoście, Bruce’owi Reidowi, Joan Dennis, Siegfriedowi Kunzemu, Jill Marr, Guyowi Kachelowi, Michaelowi Bloeme, Anie Goncalvez, Kate i Colowi Bakerom, Ingrid Cliff, Markowi Pattersonowi, Jane Dargaville, Joemu Wallace’owi, Bernadette i wszystkim, którzy mnie zachęcali do pisania i komponowania, chwaląc moją twórczość.

Dziękuję także tym, którzy w różnych okresach udzielali mi schronienia, między innymi: Markowi Avellino, cioci Jo, Sue Greig, Helen Atkins, wujkowi Fredowi, Di i Gregowi Burnsom, Dusty Cuttell, Mardi McElvenny i wszystkim moim cudownym podopiecznym, których domy kochałam jak własny. Składam podziękowania również innym miłym ludziom, którzy mnie żywili.

Za osobiste wsparcie na krętej drodze, którą podążałam, chcę podziękować też przyjaciołom, dawnym i obecnym, bliskim i dalekim. Dzięki za to, że wzbogaciliście moje życie. Szczególnie jestem wdzięczna: Markowi Nevenowi, Sharon Rochford, Julie Skerrett, Melowi Giallongo, Angeline Rattansey, Kateei McFarlane, Bradowi Antoniou, Angie Bidwell, Theresie Clancy, Barbrze Squire, wszystkim pracownikom ośrodka medytacyjnego w górach, dzięki którym znalazłam spokój, i mojemu partnerowi. Byliście dla mnie jak nosze, gdy bardzo potrzebowałam odpoczynku.

Dziękuję oczywiście mojej matce, Joy; nie ma na ziemi nikogo, kto bardziej by zasługiwał na to imię1. Swoim przykładem udzieliłaś mi wspaniałej lekcji miłości. Nieskończone dzięki, piękna kobieto.

Wszyscy wspaniali ludzie, których nie ma już wśród nas i których historie nie tylko złożyły się na tę książkę, ale także w znaczący sposób wpłynęły na moje życie – to hołd dla was. Dziękuję również rodzinom, które opuściliście, za cudowne, pamiętne chwile, które razem spędziliśmy. Pozdrawiam was wszystkich.

I wreszcie dziękuję wam, ptakom śpiewającym na drzewie nad strumieniem, teraz, kiedy to piszę. Wy i wasi bracia dotrzymywaliście mi towarzystwa w czasie pracy nad tą książką. Dziękuję Bogu, że nade mną czuwał i obdarzał mnie takim pięknem.

Czasami dopiero znacznie później uświadamiamy sobie, że dana chwila zmieniła bieg naszego życia. Tak było z wieloma chwilami opisanymi w tej książce. Dziękuję ci, Cec, że znowu obudziłeś we mnie pisarkę. I Tobie, czytelniku, za to, kim jesteś i że za mną podążasz.

Serdeczności,

Bronnie

Na werandzie, o zachodzie słońca, w czwartkowe popołudnie

Z tropików w śnieg

– Nie mogę znaleźć zębów! Nie mogę znaleźć zębów! – Do mojego pokoju doszedł dobrze mi znany okrzyk. Właśnie w umówione popołudnie próbowałam zrobić sobie wolne. Odłożyłam więc książkę, którą czytałam, na łóżko i ruszyłam do salonu.

Mogłam się tego spodziewać: Agnes wyglądała jak niewiniątko. Uśmiechała się zmieszana, odsłaniając bezzębne dziąsła. Obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Ten dowcip nie powinien już był nas bawić, bo gubiła protezę co kilka dni. Ale bawił nieodmiennie.

– Na pewno robisz to specjalnie, żeby mnie tu ściągnąć – powiedziałam ze śmiechem i zaczęłam przeszukiwać te same co zawsze miejsca. Na dworze wciąż padał śnieg i dom wydawał się jeszcze przytulniejszy i jeszcze cieplejszy. Agnes pokręciła głową.

– Ależ skąd, kochanie! Wyjęłam je, kiedy się kładłam, a kiedy się obudziłam, nie mogłam ich znaleźć.

Poza tym że traciła pamięć, była bystra jak dawniej.

Zamieszkałyśmy razem cztery miesiące wcześniej. Ona dała ogłoszenie – szukała kogoś do towarzystwa – a ja na nie odpowiedziałam. Byłam Australijką, mieszkałam w Anglii i żeby opłacić mieszkanie, pracowałam w pubie. Było świetnie. Zaprzyjaźniłam się z wieloma pracownikami i klientami. Kiedyś już byłam barmanką, więc mogłam podjąć pracę od razu po przyjeździe do Anglii. Cieszyłam się. A potem przyszedł czas na zmiany.

Dwa lata przed wyjazdem do Europy przez jakiś czas mieszkałam na tropikalnej wyspie, malowniczej jak z pocztówki. Po prawie dziesięciu latach pracy w banku musiałam się wyrwać z kieratu: od poniedziałku do piątku, od dziewiątej do siedemnastej.

Razem z jedną z moich sióstr wybrałyśmy się na wakacje na wyspę w północnym Queensland, żeby nauczyć się nurkować ze sprzętem. Ona uwodziła instruktora – co oczywiście bardzo nam pomogło zdać egzaminy – a ja wspięłam się na najwyższy na wyspie szczyt. Siedząc z uśmiechem na wielkim kamieniu, prawie w przestworzach, doznałam objawienia. Zapragnęłam tam zamieszkać.

Cztery tygodnie później nie pracowałam już w banku. Niektóre swoje rzeczy sprzedałam, inne wysłałam do rodziców, na farmę, żeby je przechowali. Spojrzałam na mapę i wybrałam dwie wyspy. Nic o nich nie wiedziałam. Podobało mi się po prostu ich położenie. Na każdej był ośrodek turystyczny. Było to w czasach, kiedy nie było jeszcze internetu, który pozwala natychmiast dowiedzieć się wszystkiego. Wysłałam listy z podaniami o pracę i ruszyłam na północ, choć nie bardzo wiedziałam, dokąd konkretnie jadę. Był rok 1991. Kilka lat później Australię zalała fala telefonów komórkowych.

Byłam ufna i beztroska i w porę dostałam nauczkę. Szybko zrezygnowałam z podróżowania autostopem. Znalazłszy się na bitej drodze, w miejscu gdzie diabeł mówi dobranoc, daleko od miasteczka, do którego jechałam, usłyszałam w głowie dzwonek ostrzegawczy: dzięki niemu już nigdy potem nie próbowałam złapać okazji. Gdy zabudowania zniknęły mi z oczu, busz wyraźnie zgęstniał, a droga zaczęła sprawiać wrażenie nieuczęszczanej, tamten facet powiedział, że chciałby mi pokazać, gdzie mieszka. Na szczęście byłam stanowcza i jakoś mi się udało z tego wyplątać. Udało mu się mnie tylko pocałować, a potem zdołałam wysiąść z samochodu, w trybie przyspieszonym, ale we właściwym miasteczku. Tak skończyłam z autostopem.

Potem korzystałam już tylko z transportu publicznego. Okazało się, że to – w przeciwieństwie do tamtej nieciekawej eskapady – wspaniała przygoda. Zwłaszcza że już wiedziałam, dokąd zmierzam. W autobusach i pociągach poznałam wielu wspaniałych ludzi. I robiło się coraz cieplej. Po kilku tygodniach zadzwoniłam do mamy, która tymczasem dostała list z wiadomością, że na jednej z moich wysp czeka na mnie praca. Desperacko pragnęłam wyrwać się z banku, więc niezbyt rozsądnie napisałam, że interesuje mnie każde zajęcie. Kilka dni później znalazłam się na pięknej wyspie – wśród tłustych garów i patelni.

Było to jednak fantastyczne doświadczenie. Nie tylko pozwoliło mi wyrwać się z kieratu, ale również sprawiło, że szybko przestałam się orientować, jaki jest dzień tygodnia. Bardzo mi się to podobało. Po roku pracy na stanowisku „świńskiej pomywaczki” – tak to pieszczotliwie nazywano, od koloru, który przybierała podczas tej roboty twarz – awansowałam na barmankę. Ale w kuchni było naprawdę zabawnie. Poznałam tam tajniki twórczego gotowania. Była to jednak ciężka harówka, w pocie i znoju, w nieklimatyzowanych pomieszczeniach w tropikach. Ale kiedy miałam wolne, wędrowałam po niesamowitych lasach deszczowych, wyprawiałam się wynajętymi łodziami na pobliskie wyspy, nurkowałam albo po prostu relaksowałam się w raju.

Ochotnicza praca w barze wreszcie otworzyła mi drogę do najbardziej pożądanej posady w knajpie. Nie było to trudne zajęcie, zwłaszcza że miałam widok wart milion dolarów: na idealnie spokojne błękitne wody, biały piasek i kołyszące się na wietrze palmy. Obsługiwałam zadowolonych ludzi będących na wakacjach życia i coraz sprawniej przyrządzałam koktajle jak z turystycznych katalogów. Oddaliło mnie to o lata świetlne od mojego poprzedniego życia – od pracy w banku.

Właśnie w tamtym barze poznałam przybysza z Europy, który zaproponował mi zatrudnienie w swojej drukarni. Zawsze mnie ciągnęło do podróżowania i po ponad dwóch latach spędzonych na wyspie zapragnęłam czegoś nowego. I – dla odmiany – większej anonimowości. Kiedy się mieszka i pracuje wśród tych samych ludzi, prywatność w codziennym życiu staje się czymś bardzo pożądanym.

Powrót na stały ląd po kilku latach spędzonych na wyspie musi się skończyć szokiem. A przeprowadzka do obcego kraju, którego języka ani trochę się nie zna, jest co najmniej wyzwaniem. Poznałam wtedy kilka naprawdę miłych osób i wspominam te czasy z rozrzewnieniem. Potrzebowałam jednak ludzi, którzy by myśleli podobnie jak ja, więc w końcu postanowiłam się przenieść do Anglii. Rozpoczęłam nowy rozdział: kiedy się tam znalazłam, miałam akurat tyle pieniędzy, że wystarczyło mi na kartę miejską, dzięki której dostałam się do jedynej znanej mi tam osoby. Został mi funt i sześćdziesiąt sześć pensów.

Nev miał piękny, szeroki uśmiech i przerzedzające się, siwe, kręcone włosy. Był znawcą win i zajmował się – czym mógłby się zajmować? – sprzedawaniem wina u Harrodsa. Tego dnia zaczynała się tam letnia wyprzedaż, a ja, schodząc z promu po nocnej przeprawie przez kanał, na pewno wyglądałam jak sierota, która przypadkiem zawędrowała do luksusowego gwarnego przybytku.

– Cześć, Nev. Jestem Bronnie, przyjaciółka Fiony. Poznaliśmy się kilka lat temu. Przekimałeś na moim worku z grochem – oznajmiłam z radosnym uśmiechem, stając po drugiej stronie lady.

– Bronnie, oczywiście. – Ulżyło mi. – W czym mogę ci pomóc?

– Muszę się gdzieś zatrzymać na kilka nocy – powiedziałam z nadzieją.

Nev sięgnął do kieszeni i odparł:

– Nie ma sprawy. Proszę.

Znalazłam dach nad głową – miałam spać na kanapie. Powiedział mi, jak tam dojechać.

– Mógłbyś mi jeszcze pożyczyć dziesiątaka? – zapytałam z nadzieją.

Bez wahania wyjął z tylnej kieszeni spodni dziesięć funtów. Podziękowałam i uśmiechnęłam się radośnie, a potem ruszyłam w drogę. Miałam gdzie spać i co jeść.

Tamtego dnia miał się ukazać nowy numer czasopisma podróżniczego, za którego pośrednictwem zamierzałam szukać pracy. Kupiłam je, pojechałam do Neva i zadzwoniłam w trzy miejsca. Następnego ranka poszłam na rozmowę w sprawie zatrudnienia. Miałam pracować w pubie w Surrey i dostać służbowy pokój. Po południu już tam mieszkałam. Wszystko szło jak z płatka.

Żyłam tak kilka lat, nawiązując przyjaźnie i romansując. To były dobre czasy. Odpowiadało mi życie na prowincji, chwilami podobne do życia na wyspie, zwłaszcza że otaczali mnie ludzie, których z czasem bardzo polubiłam. Do Londynu nie było zresztą tak daleko, więc jeździłam tam regularnie i przeważnie z przyjemnością.

A potem znowu odezwał się we mnie duch podróżniczki. Chciałam poznać Bliski Wschód. Długie angielskie zimy były przyjemne i cieszyłam się, że zaliczyłam kilka. Były całkowitym przeciwieństwem gorącego australijskiego lata. Musiałam jednak zdecydować: zostać czy wyjechać, więc postanowiłam spędzić tam jeszcze jedną zimę, a przy okazji zaoszczędzić więcej pieniędzy na podróż. Musiałam się jednak zwolnić z baru, żeby uniknąć pokusy imprezowania co wieczór. Nigdy za dużo nie piłam, a potem w ogóle skończyłam z alkoholem, ale wieczorne wyjścia pochłaniały pieniądze, dzięki którym mogłabym podróżować.

Niemal od razu po tym, jak podjęłam tę decyzję, wpadło mi w oko ogłoszenie mieszkającej w sąsiednim hrabstwie Agnes. Dostałam tę pracę już podczas rozmowy kwalifikacyjnej, jak tylko jej syn, Bill, farmer, zorientował się, że pochodzę ze wsi. Jego matka miała już pod dziewięćdziesiątkę. Miała długie do ramion siwe włosy, pogodny głos i wielki okrągły brzuch. Niemal codziennie zasłaniała go tym samym czerwono-szarym kardiganem. Ich farma leżała zaledwie półtorej godziny drogi od pubu, a mnie wystarczało, że będę się widywała ze znajomymi w wolne dni. Tymczasem czułam się tam tak, jakbym przebywała w innym świecie. Żyłam w oderwaniu od wszystkiego, bo cały czas byłam z Agnes, od niedzielnego do piątkowego wieczoru. Co dzień po południu miałam dwie godziny wolnego. Nie było więc czasu na bujne życie towarzyskie. Czasami spotykałam się z chłopakiem.

Dean był uroczy. Mieliśmy identyczne poczucie humoru. Od samego początku stało się dla nas płaszczyzną porozumienia. Łączyła nas także miłość do muzyki. Poznaliśmy się dzień po tym, jak przyjechałam do Anglii, zaraz po rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy w pubie, i wkrótce było już jasne, że i jego, i moje życie stało się dzięki temu bogatsze i zabawniejsze. Ale, niestety, to nie jemu dotrzymywałam wtedy towarzystwa. Prawie cały czas spędzałam z Agnes, przeważnie szukając jej protezy. Zdumiewające, że na tak małej powierzchni można było zawieruszyć zęby w tylu miejscach.

Agnes miała psa, Księżniczkę, dziesięcioletniego owczarka niemieckiego, który cały czas gubił sierść. Była to poczciwa psina, ale na skutek artretyzmu traciła władzę w tylnych łapach. Najwyraźniej to typowa przypadłość tej rasy. Nauczona doświadczeniem, w poszukiwaniu protezy zajrzałam pod jej zad. Tego dnia szczęście mi nie dopisało. Ale kiedyś na niej siedziała, więc warto było sprawdzić. Pomachała wielkim ogonem i znów zamknęła oczy. Leżała przed kominkiem i w jednej sekundzie zapomniała, że została na chwilę obudzona. Tymczasem Agnes i ja szukałyśmy dalej. Mijałyśmy się co chwilę.

– Tu ich nie ma! – wołała na przykład z sypialni.

– Tu też! – odpowiadałam z kuchni.

Kończyło się jednak na tym, że ja przetrząsałam sypialnię, a Agnes – kuchnię. To był mały dom i nie było w nim wielu pomieszczeń, więc na wszelki wypadek przeszukiwałyśmy każde dwa razy. Tamtego dnia zęby wpadły jej do worka z robótką leżącego obok fotela.

– Prawdziwy z ciebie skarb, kochanie – powiedziała, wkładając protezę. – Skoro już tu jesteś, pooglądaj ze mną telewizję.

Często stosowała tę sztuczkę, więc uśmiechnęłam się i spełniłam jej prośbę. Była starszą panią. Długo mieszkała sama i tęskniła za ludźmi. Moja książka mogła poczekać. Nawet w najtrudniejszych chwilach pisanie jej nie było ciężką pracą. Chodziło tylko o towarzystwo, więc jeśli go potrzebowała także wtedy, kiedy miałam wolne, nie był to dla mnie problem.

Znajdowałyśmy jej protezę pod poduszką, na toaletce w łazience, w filiżance herbaty w kuchennym kredensie, w torebce i w innych miejscach, o których nikt by nie pomyślał. Ale odnajdywała się także za telewizorem, w kominku, w kuble na śmieci, na lodówce, w bucie Agnes. I oczywiście pod Księżniczką, pod jej potężnym zadem.

Większość ludzi lubi rutynę. Ja uwielbiam zmiany. Ale stabilizacja ma swoje zalety i z pewnością wielu ludziom, szczególnie starszym, służy. U Agnes obowiązywały dwa grafiki: tygodniowy i codzienny. W każdy poniedziałek jeździłyśmy do przychodni na badanie krwi. Wizyty wyznaczano co tydzień, zawsze na tę samą godzinę. Starszej pani jedno ważne wydarzenie dziennie w zupełności wystarczało: musiała mieć czas na popołudniowy odpoczynek i robótki ręczne.

Zawsze towarzyszyła nam Księżniczka – czy padał deszcz albo grad, czy świeciło słońce. Najpierw opuszczałam klapę pikapa. Stara suczka czekała cierpliwie, zawsze machając ogonem. Była wspaniałym zwierzakiem. Potem kładłam jej przednie łapy na platformie, szybko łapałam ją za zad i podnosiłam, żeby tylne łapy nie osłabły, bo wtedy musiałybyśmy wszystko zaczynać od nowa. Po tej operacji cała byłam pokryta piaskową psią sierścią – na pamiątkę naszej wyprawy.

Wysiąść było jej już łatwiej, chociaż przy tym też potrzebowała pomocy. Najpierw stawiała na ziemi przednie łapy. Potem czekała, aż podniosę jej tylne. Jeśli akurat potrzebowała mnie Agnes, musiała trwać w tej pozycji, z zadem w powietrzu, dopóki do niej nie przyszłam. Potem, kiedy już zeszła, zadowolona kierowała się do domu, zawsze machając swoim wielkim ogonem.

We wtorki robiłyśmy zakupy spożywcze w pobliskiej wsi. Wielu starszych ludzi, z którymi pracowałam, lubiło owoce. Agnes – wręcz przeciwnie. Zawsze przy okazji próbowała mi coś kupić, zwykle coś, czego nie chciałam albo nie potrzebowałam. Spierałyśmy się w każdej alejce: dwie kobiety – starsza i młodsza. Obie z uśmiechem, a nawet roześmiane, i obie tak samo uparte. W końcu wychodziłam ze sklepu z połową tego, co chciała mi zafundować. Mogły to być jakieś wegetariańskie specjały, mango z importu, szczotka do włosów, koszulka albo ohydna w smaku pasta do zębów.

W środy wypadało bingo – również w niedalekiej wsi. Agnes traciła wzrok, więc byłam jej oczami, jej asystentką. Całkiem dobrze odczytywała liczby. Słyszała też nieźle, ale zanim cokolwiek skreśliła, konsultowała to ze mną. Przepadałam za wszystkimi tymi starszymi ludźmi, których tam spotykałyśmy. Nie miałam jeszcze trzydziestki i byłam wśród nich jedyną młodą osobą. Agnes czuła się dzięki temu wyjątkowa. Mówiła o mnie: moja przyjaciółka.

– Byłam wczoraj z przyjaciółką na zakupach i sprawiłam jej nowe majtki – oznajmiała z powagą i dumą wszystkim znajomym z bingo.

Wszyscy kiwali głowami i uśmiechali się do mnie, a ja siedziałam i myślałam: o rany.

Agnes ciągnęła:

– Napisała do niej matka, z Australii. Tam jest teraz bardzo gorąco, wiecie. I ma nowego bratanka.

I znowu kiwanie głowami i uśmiechy.

Szybko się zorientowałam, że muszę uważać na to, co mówię. Wolę nie myśleć, co ci ludzie wiedzieliby o mnie i moim życiu, gdybym tego nie robiła, zwłaszcza że mama przysyłała mi śliczną bieliznę i inne tego rodzaju prezenty. Rozpieszczała mnie na odległość. Ale z Agnes wszystko to było takie niewinne i urocze. Więc czasami się przez nią rumieniłam ze wstydu, ale nie przejmowałam się tym.

W czwartki jadłyśmy lunch poza domem. Był to dla całej naszej trójki – Księżniczka oczywiście jeździła z nami – wielki dzień. Jechałyśmy do Kent, do pewnego miasteczka, i jadłyśmy lunch z córką Agnes. Trzydzieści mil to jak na angielskie warunki daleko, ale dla Australijczyka to rzut beretem. Stosunek do odległości niewątpliwie zależy od kultury.

W Anglii można przejechać dwie mile i znaleźć się w innej wsi. Ludzie mówią z innym akcentem i bywa, że nikogo z nich się nie zna, nawet jeśli całe życie mieszkało się w sąsiedniej wiosce. W Australii jeździ się po bochenek chleba nawet pięćdziesiąt mil. Zdarza się, że sąsiedzi dzwonią albo odzywają się przez krótkofalówkę, żeby powiedzieć cześć, bo choć mieszkają daleko, uważają cię za sąsiada. Pracowałam kiedyś na Terytorium Północnym, w miejscu tak odludnym, że do najbliższego pubu latało się samolotem. Wieczorami mały pas startowy był zastawiony jedno- i dwumiejscowymi awionetkami, a następnego dnia rano zupełnie pusty, bo wszyscy, opici grogiem, odlatywali do domów, do swoich zagród i bydła.

Więc czwartek był dla Agnes wielkim dniem, a dla mnie oznaczał miłą, odprężającą przejażdżkę. Jej córka była sympatyczna, a wyprawa przyjemna. Obie zawsze zamawiały solidny posiłek, jak dla chłopa: wołowinę, sery i pikle. Dziwiłam się, że Anglicy tak lubią marynaty. Anglia to również dobry kraj dla wegetarian. Miałam co jeść. Ze względu na klimat przeważnie brałam rozgrzewającą zupę i duży talerz makaronu.

Piątki spędzałyśmy w domu. Jeden z synów Agnes prowadził na farmie sklep mięsny. Wybierałyśmy się tam w każdy piątek rano. Agnes się nie spieszyła, oglądała wszystko dokładnie, ale i tak co tydzień kupowała to samo. Rzeźnik nawet proponował, że będzie nam dostarczał zakupy, ale ona się nie zgadzała. Dziękuję ci bardzo, ale wolę przyjechać i sama wybrać – odpowiadała uprzejmie.

W tamtych czasach byłam wegetarianką. Teraz jestem weganką. A mieszkałam na farmie hodowlanej – tak jak w dzieciństwie. Chociaż nigdy nie byłam zwolenniczką jedzenia mięsa, dobrze znałam tę branżę i związany z nią styl życia. Był to dla mnie swojski teren.

W drodze powrotnej wstępowałyśmy do obory. Rozmawiałyśmy z pracownikami i z krowami. Agnes powoli kuśtykała o lasce, ja szłam obok, a Księżniczka wlokła się za nami. Wychodziłyśmy z domu, nawet jeśli było zimno. Po prostu cieplej się ubierałyśmy. Piątki zawsze spędzałyśmy tak samo: szłyśmy do sklepu, a potem zaglądałyśmy do krów.

Nie mogłam się nadziwić, jak inaczej w Anglii traktuje się krowy: mają ogrzewane obory i niemal indywidualną opiekę. Ale krowy australijskie nie muszą znosić angielskich zim. Było mi strasznie przykro, kiedy myślałam o tym, że zwierzęta, które poznałam, skończą u rzeźnika i pewnego dnia może kupimy w sklepie ich mięso. Trudno się z czymś takim pogodzić. Tak naprawdę nigdy mi się to nie udało.

Siłą rzeczy od czasu do czasu rozmawiałyśmy o moim wegetarianizmie, chociaż z szacunku do stylu życia ludzi, u których mieszkałam, starałam się o tym nie wspominać. Nigdy nie należałam do tych wegetarian czy wegan, którzy dużo mówią o swojej filozofii. Ale widziałam pewne rzeczy w domu, kiedy dorastałam, i podczas traumatycznej szkolnej wycieczki do rzeźni, i doskonale rozumiem tych, którzy z pasją potępiają jedzenie mięsa. Naprawdę można przeżyć wstrząs, kiedy się zbierze na odwagę i spojrzy uczciwie na przemysł mięsny i na to, co się dzieje za murami ubojni.

Wolałam żyć spokojnie, jak inni, i szanować prawo innych do takiego życia, jakie uznają za stosowne. Mówiłam o swoich przekonaniach tylko wtedy, kiedy ktoś o to pytał, a kiedy widziałam, że jest autentycznie zainteresowany, robiłam to z przyjemnością. Ciekawe, że nawet prawie nieznani mi mięsożercy przez całe lata atakowali mnie tylko dlatego, że postanowiłam nie jeść zwierząt. Może właśnie dlatego wolałam nie mówić o swoim wegetarianizmie. Chciałam mieć spokój.

Więc kiedy Agnes pytała, dlaczego przeszłam na wegetarianizm, odpowiadałam wymijająco. Jej byt zależał od dochodów z farmy. W efekcie mój także, chociaż z początku nie zdawałam sobie z tego sprawy. Podjęłam tę pracę, żeby zaoszczędzić pieniądze i żeby umilić starszej pani czas.

Ale ona nie dawała za wygraną. Wciąż o to pytała. Więc kiedyś opowiedziałam jej o tym, co czułam, kiedy jako dziecko patrzyłam, jak się zabija bydło i owce. O tym, jaki to miało na mnie wpływ, i o tym, jak bardzo kocham zwierzęta, i o tym, że już wtedy zauważyłam, jak inaczej zachowują się krowy, kiedy czują, że zbliża się śmierć. Odgłosy przerażenia i paniki, które wydawały, wciąż mnie prześladują.

To wystarczyło. Z miejsca oznajmiła, że przechodzi na wegetarianizm. O rany – pomyślałam. Jak ja się z tego wytłumaczę przed jej rodziną? Zagadnęłam o to jej syna, a on przekonał ją, żeby nie rezygnowała z jedzenia mięsa. Musiał się bardzo postarać, ale w końcu uzgodnili, że raz w tygodniu będzie jadła czerwone mięso, raz rybę i raz kurczaka. Kiedy miałam wolne, żywiła się u rodziny, więc wtedy również miała okazję jeść mięso.

Z czasem utwierdziłam się w swoich przekonaniach. Teraz nie zgodziłabym się gotować mięsnych posiłków. Wtedy to robiłam i zawsze mi to przeszkadzało. Przyrządzając mięso, zawsze ze smutkiem myślałam o tym, że kiedyś to było żywe stworzenie, które czuło i miało prawo żyć. Ucieszyłam się więc z tej zmiany, chociaż ryba i kurczak to też niewątpliwie zwierzęta.

Okazało się jednak, że Agnes zgodziła się z synem tylko po to, żeby jej dał spokój. W dni powszednie nie miała zamiaru jeść mięsa. Przez całą zimę i wiosnę przygotowywałam dla niej i dla siebie pyszne wegetariańskie posiłki: chleb orzechowy, boskie zupy, kolorową chińszczyznę i pyszne pizze. Myślę, że w innych okolicznościach żywiłaby się tylko jajkami na twardo i oczywiście gotowaną fasolą. Była przecież Angielką, a Anglicy uwielbiają fasolę.

W końcu śnieg stopniał i zakwitły żonkile. Dni stały się dłuższe, a niebo znowu przybrało błękitny kolor. Farma ożyła i w zagrodach na chudych niepewnych nogach zaczęły biegać cielęta. Wróciły ptaki. Ich śpiew budził nas codziennie. Księżniczka gubiła jeszcze więcej sierści. Zdjęłyśmy z Agnes zimowe płaszcze i czapki i przez kilka miesięcy żyłyśmy w ustalonym rytmie, ciesząc się wiosennym słońcem. Należałyśmy do różnych pokoleń, ale codziennie chodziłyśmy ręka w rękę, śmiejąc się i opowiadając sobie rozmaite historie.

A potem znowu zatęskniłam za podróżami. Obie od początku wiedziałyśmy, że kiedyś odejdę. Poza tym brakowało mi Deana. Wspólne weekendy już nam nie wystarczały, chcieliśmy gdzieś razem wyjechać. Bill zaczął szukać kogoś na moje miejsce: czas, który miałyśmy spędzić razem, powoli dobiegał końca. Miesiące, które z nią spędziłam, były wspaniałym, niezwykłym doświadczeniem. Wzięłam tę robotę, żeby móc podróżować, ale dotrzymywanie towarzystwa Agnes było cudownym zajęciem.

Znacznie przyjemniejszym niż nalewanie piwa. Wolałam pomagać iść prosto komuś, kto jest stary i słaby, niż komuś, kto jest młody i pijany (albo nawet stary i pijany). Kiedy mieszkałam na wyspie i kiedy pracowałam w pubie, robiłam jedno i drugie. Zdecydowanie większą przyjemność sprawiało mi szukanie protezy starszej pani niż zbieranie brudnych popielniczek i pustych kufli.

W końcu pojechaliśmy z Deanem na Bliski Wschód. Poznawaliśmy odmienne, ale fascynujące kultury (i jedliśmy mnóstwo pysznych rzeczy). Po cudownym roku pojechałam do Anglii, żeby odwiedzić Agnes. Moje miejsce zajęła inna młoda Australijka. Świetnie mi się z nią gadało, kiedy starsza pani przysypiała na fotelu. Opowiadała mi różne historie. I wyznała, że była trochę zaskoczona pierwszym pytaniem, jakie podczas rozmowy kwalifikacyjnej zadał jej Bill. Kiedy mi powiedziała, jak brzmiało, wybuchnęłam śmiechem.

Otóż Bill chciał przede wszystkim wiedzieć, czy nie jest, nie daj Boże, wegetarianką.

Niespodziewana droga zawodowa

Po kilku latach w Anglii i na Bliskim Wschodzie wróciłam wreszcie do ukochanej Australii. Byłam innym człowiekiem, jak wszyscy po długiej podróży. Wróciłam do banku, ale wkrótce zdałam sobie sprawę, że już mnie to nie satysfakcjonuje. Lubiłam tylko dział obsługi klienta i chociaż w żadnym mieście nie było trudno znaleźć takiej posady, byłam zaniepokojona i strasznie nieszczęśliwa.

Zaczęłam także czuć, że muszę tworzyć. Pewnego dnia – mieszkałam wtedy w zachodniej Australii, w Perth – usiadłam nad Rzeką Łabędzia i sporządziłam dwie listy: tego, w czym jestem dobra, i tego, co chciałabym robić. I wtedy uświadomiłam sobie, że tkwi we mnie artystka: w obu kolumnach widniały wyłącznie pozycje mające związek ze sztuką.

Czy odważę się zostać artystką? – zapytałam samą siebie. Chociaż dorastałam wśród muzyków, wpojono mi wiarę w „porządną pracę”. To dlatego nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego nie chcę żyć jak wszyscy i pracować w banku od dziewiątej do piątej. To przecież „porządne zajęcie”. Ale to zajęcie powoli, acz skutecznie mnie zabijało.

Zaczęłam się sobie przyglądać. Usiłowałam ustalić, co mogłabym robić dobrze, a jednocześnie z przyjemnością. To był trudny okres, bo zachodziły we mnie zmiany. Wreszcie doszłam do wniosku, że będę musiała pracować sercem, bo kiedy opieram się na umyśle, czuję się pusta i niespełniona. Zabrałam się więc do rozwijania swoich talentów artystycznych – pisarskich i fotograficznych. A to długą, okrężną drogą doprowadziło mnie do komponowania piosenek i wreszcie aktorstwa. Jednocześnie pracowałam też jednak w banku, choć już przeważnie na zastępstwie. Nie mogłam wytrzymać na etacie.

Perth leży daleko od cywilizacji. Dobrze mi się tam mieszkało, ale pragnęłam być bliżej rodziny i znowu zaczęło mnie ciągnąć na wschód. Wróciłam więc w rodzinne strony. Jechałam przez potężne Nullarbor Plain, Flinders Ranges, piękną Great Ocean Road, a następnie autostradą New England i w końcu zatrzymałam się w Queensland. Przez jakiś czas zajmowałam się tam udzielaniem informacji telefonicznych ludziom, którzy chcieli wykupić kanał telewizyjny dla dorosłych. Chwilami było znacznie ciekawiej niż w banku.

– Eee… – Cisza. – Dzwonię w imieniu męża.

– Więc chciałaby pani wykupić kanał „Nocne życie”? – pytałam życzliwie, ciepłym głosem, który sprawiał, że kobiety się rozluźniały.

Albo jakiś facet zastanawiał się:

– Jak to jest? Ale poważnie? Widać wszystko?

– Przykro mi, proszę pana. Nigdy nie oglądałam tego kanału. Ale może go pan wypróbować za jedyne sześć dolarów dziewięćdziesiąt pięć centów, a jeśli będzie pan zadowolony, opłacić stały abonament.

Jak należało się spodziewać, zdarzały się także telefony w stylu: Jakiego koloru ma pani majteczki? I wtedy Bronnie odkładała słuchawkę. Ale kiedy ten ktoś po drugiej stronie przestawał chichotać, była to zwyczajna praca, jak to w biurze. Zaprzyjaźniłam się z innymi pracownikami. To była dodatkowa przyjemność. Ale nie wytrzymałam tam długo.

Przenieśliśmy się do mojego ojczystego stanu, do Nowej Południowej Walii. Dean, facet, z którym byłam w Anglii i na Bliskim Wschodzie, przyjechał ze mną do Australii. A wkrótce potem nasz związek się rozpadł. Przez kilka lat bardzo się kochaliśmy i przez prawie cały ten czas byliśmy także przyjaciółmi. Z rozpaczą myślałam o tym, że nasze uczucie wygasa. Ale dłużej nie dało się ignorować ani obracać w żart tego, że mamy tak różne podejście do życia.

Ja byłam wegetarianką. On mięsożercą. Cały tydzień pracowałam w zamkniętych pomieszczeniach, więc weekendy pragnęłam spędzać na świeżym powietrzu. On cały tydzień pracował na świeżym powietrzu i weekendy wolał spędzać w domowym zaciszu. Ta lista ciągnęła się i ciągnęła, wręcz wydłużała się z każdym tygodniem. To, co kiedyś nam się w sobie podobało, zaczynało nas denerwować. Wciąż łączyła nas miłość do muzyki i dzięki niej jakoś razem funkcjonowaliśmy. Ale w końcu przestaliśmy się dogadywać i okopaliśmy się na przeciwnych pozycjach. Patrzyliśmy, jak na naszych oczach rozpadają się nasze wspólne marzenia.

Kiedy nasz związek wreszcie się skończył i zaczęła się żałoba po stracie, bardzo cierpiałam. Leżałam skulona na kanapie i płakałam, bolejąc nad tym, że nam się nie udało, ale w głębi serca wiedziałam, że nie mogło być inaczej. Ciągnęło nas w różne strony i raczej sobie przeszkadzaliśmy, niż pomagaliśmy w wyborze drogi.

Zaczęłam jeszcze usilniej szukać sensu życia. W efekcie praca stała się dla mnie jeszcze ważniejsza. Uświadomiłam sobie, że z działalności artystycznej będzie mi bardzo trudno wyżyć, przynajmniej dopóki się nie rozkręcę i nie zacznę się ludziom podobać. Uznałam, że tymczasem powinnam ruszyć w innym kierunku. Byłam pewna, że kiedyś będę się w stanie utrzymać ze sztuki. Miałam już marzenia, więc mogłam zacząć je zrealizować.

Musiałam znów zacząć zarabiać, i to na czymś, co mogłabym robić z sercem i co by mi pozwoliło pozostać sobą. W bankach coraz większy nacisk kładziono na wyniki sprzedaży, a ja za bardzo się zmieniłam. Już nie pasowałam do tego świata, jeśli w ogóle kiedykolwiek tak było. Ponieważ jednak pragnęłam dalej się rozwijać, postanowiłam znowu zatrudnić się jako opiekunka i towarzyszka chorych starszych ludzi. To przynajmniej dawało mi pewność, że nie skończę z kredytem do spłacenia albo z wysokim czynszem i nie ugrzęznę w zabójczym kieracie.

Mimo że do tego punktu doprowadziły mnie lata duchowych poszukiwań, ostateczną decyzję podjęłam bez wysiłku, wręcz od niechcenia. Żeby móc podążać drogą sztuki, postanowiłam po prostu znaleźć posadę, która mi pozwoli pracować sercem i zapewnić sobie dach nad głową. Nie miałam pojęcia, że to moje marzenie się spełni i że kolejne lata same w sobie staną się ważną częścią mojego życia.

W ciągu dwóch tygodni przeprowadziłam się do domu nad zatoką na jednym z najelegantszych przedmieść Sydney, do Ruth. Jej starszy brat znalazł ją nieprzytomną na podłodze w kuchni. Po miesiącu wypisano ją ze szpitala, ale rodzina miała jej zapewnić całodobową opiekę.

Moje doświadczenie ograniczało się do tego, czego się nauczyłam na farmie Agnes. Nigdy nie zajmowałam się chorymi i nie ukrywałam tego w agencji pośrednictwa pracy. Okazało się, że to żaden problem. Trudno było znaleźć kogoś, kto byłby gotów zamieszkać z podopiecznym, więc pracownicy agencji nie zamierzali pozwolić mi odejść.

– Niech pani po prostu udaje, że zna się na rzeczy. A jeśli będzie pani potrzebowała pomocy, proszę dzwonić.

Super, poznajcie Bronnie opiekunkę.

Dzięki wrodzonej empatii radziłam sobie z nową podopieczną całkiem dobrze. Traktowałam Ruth tak, jakby była moją babcią, którą bardzo kochałam. Zaspokajałam jej potrzeby i zajmowałam się nią przez całą dobę. Co kilka dni przychodziła pielęgniarka środowiskowa. Zadawała pytania, na które nie potrafiłam odpowiedzieć. Byłam z nią szczera, więc od początku bardzo mi pomagała. Nauczyłam się od niej dużo o lekach, o tym, jak się opiekować chorymi, i poznałam fachowy żargon.

Od czasu do czasu wpadali także moi pracodawcy. Sprawdzali, czy Ruth jest zadowolona, i wyjeżdżali. Nie mieli pojęcia, jak szybko traci siły – jak szybko słabną jej ciało i duch. Nie jestem pewna, czy sama zdawałam sobie z tego sprawę.

Byli zadowoleni, bo ją rozpieszczałam jak tylko się dało. Robiłam jej masaż stóp, manikiur, zabiegi kosmetyczne i rozmawiałam z nią przy herbacie, kiedy leżała w łóżku. Traktowałam ją jak swoją ukochaną babcię. Inaczej nie umiałam.

Często dzwoniła po mnie w nocy. Zbiegałam do niej w jednej chwili i pomagałam jej dojść do sedesu, który miała w pokoju.

– Ojej, jesteś taka elegancka! – mówiła, kiedy wchodziłam.

Byłam elegancka, kiedy kładłam się spać w koku, bo byłam zbyt zmęczona, żeby rozczesać włosy. I miałam „elegancką” koszulę nocną, ale tylko dlatego, że upierała się przy tym moja matka.

– Nie możesz zamieszkać u tej pani i spać nago albo w jakimś starym łachu – przemawiała mi do rozsądku. – Proszę, weź tę koszulę, i obiecaj mi, że będziesz w niej spała.

Więc na życzenie mojej drogiej mamy spałam w satynowej koszuli. Kiedy wkraczałam zaspana do sypialni Ruth, cztery czy pięć razy w nocy, z trudem trzymałam się na nogach i marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie odpocząć. Ale wyglądałam szykownie. Ruth potrzebowała mnie także przez cały dzień, więc miałam małe szanse na kilka godzin snu. Zajmowałam się także domem. Zabierałam się do tego, kiedy Ruth ucinała sobie popołudniową drzemkę.

Kiedy siedziała na sedesie, zawsze miała ochotę na pogawędkę. Po latach samotnego życia cieszyła się, że ktoś poświęca jej uwagę. Ja także lubiłam z nią rozmawiać, ale męczyło mnie słuchanie o filiżankach i talerzykach, których używała na przyjęciach przed trzydziestoma laty. Opowiadała mi o tym z upodobaniem, sikając o trzeciej nad ranem, a ja marzyłam tylko o tym, żeby wrócić do łóżka.

W ciągu tych kilku tygodni, które spędziłyśmy razem, opowiadała mi o swoim dawnym życiu nad zatoką, o dzieciach bawiących się nad morzem. Mleko i chleb dostarczały wtedy wozy zaprzężone w konie. Jeździły cichymi ulicami. W niedziele wszyscy wkładali najlepsze garnitury i szli do kościoła. Ruth wspominała swoje dzieci z czasów, kiedy były małe, i męża, który od dawna nie żył. Jej córka, Heather, okazała się cudowną kobietą. Wpadała codziennie albo co drugi dzień. Jej wizyty były jak powiew świeżego powietrza. Syn mieszkał z rodziną na wsi i gdyby Heather o nim nie wspominała, mogłybyśmy o nim zapomnieć. Nie odgrywał żadnej roli w życiu matki.

To Heather była dla niej wsparciem przez te wszystkie lata, od kiedy została wdową. Pomagał jej też starszy brat. Codziennie po południu pokonywał milę, żeby do nas zajrzeć. Według jego wizyt można było ustawiać zegarek. Dzień w dzień chodził w tym samym swetrze. Miał osiemdziesiąt osiem lat. Nigdy się nie ożenił. Był wspaniałym człowiekiem, miał jasny umysł. Cieszę się, że go poznałam i że mogłam słuchać opowieści o jego prostym życiu.

Ale Ruth nie doszła do zdrowia. Chociaż minął miesiąc, wciąż leżała w łóżku. Zrobiono jej kolejne badania i wtedy dowiedziałam się, że umiera.

Zeszłam nad zatokę. Miałam łzy w oczach. Wszystko wydawało mi się surrealistyczne. W płytkiej wodzie bawiły się dzieci. Most dla pieszych przerzucony nad zatoką kołysał się lekko, kiedy ktoś nim szedł. Do Circular Quay w centrum miasta kursowały promy. Szłam przed siebie jak we śnie i nagle usłyszałam śmiechy. Jacyś ludzie urządzili sobie piknik.

Siedziałam na piaskowcowym klifie, u stóp miałam wodę. Spojrzałam na błękitne niebo. To był jeden z tych pięknych zimowych dni, kiedy ciepło słońca jest jak balsam. W Sydney zimą prawie nie ma mrozu. W Europie jest inaczej. Pogoda była cudowna, wystarczyło włożyć lekki płaszcz. Zżyłam się z Ruth, więc na myśl o tym, że wkrótce umrze, rozkleiłam się. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, że ją stracę. Obok mnie przepływał jacht pełen szczęśliwych, zdrowych ludzi, a mnie łzy ciekły po policzkach. A potem uświadomiłam sobie, że to ja będę się nią opiekować – do końca.

Dorastałam na farmach, na których hodowano bydło i owce, i widziałam śmierć wielu zwierząt. Nie była to dla mnie nowość, chociaż nigdy się do tego nie przyzwyczaiłam. We współczesnym zachodnim świecie człowiek nie ma styczności z umierającymi. W innych kulturach ludzka śmierć to część codziennego życia.

My usunęliśmy ją w cień, jakbyśmy chcieli zaprzeczyć jej istnieniu. A to sprawia, że zarówno umierający, jak i ich krewni i przyjaciele są zupełnie nieprzygotowani na nieuniknione. Wszyscy kiedyś umrzemy. Ale zamiast się pogodzić ze śmiercią, staramy się ją ukrywać. To tak, jakbyśmy próbowali przekonać samych siebie, że co z oczu, to z serca. Ale tak nie jest, wciąż potwierdzamy swoją wartość przez życie materialne i wpisany w nie lęk.

Gdybyśmy byli w stanie stawić czoło temu, że śmierć jest nieunikniona, i uczciwie się z tym pogodzić, zanim przyjdzie, moglibyśmy zmienić nastawienie, kiedy jeszcze na to pora. Moglibyśmy się wtedy skupić na prawdziwych wartościach. Bo jeśli zdajemy sobie sprawę, że nasz czas jest ograniczony, to choć nie możemy wiedzieć, czy mamy przed sobą lata, tygodnie, czy godziny, w mniejszym stopniu ulegamy swojemu ego i mniej liczymy się z tym, co myślą o nas inni. Koncentrujemy się na tym, czego sami pragniemy. Jeśli mamy świadomość, że życie kiedyś się skończy, że nieustannie zbliża się śmierć, możemy nadać swojemu istnieniu sens i póki trwa, czerpać z niego satysfakcję.

Z biegiem lat zdałam sobie sprawę, jak szkodliwe jest to kulturowe wyparcie. Ale wtedy, tamtego słonecznego zimowego dnia, nie miałam pojęcia, co czeka Ruth i mnie jako jej pielęgniarkę. Oparłam głowę o skałę i zaczęłam się modlić o siłę. Kiedy dorastałam i kiedy już byłam dorosła, poradziłam sobie z wieloma wyzwaniami, więc wierzyłam, że nie znalazłabym się tam, gdybym nie była w stanie temu sprostać. Ale nie było mi dzięki temu mniej smutno, nie cierpiałam przez to mniej.

Siedziałam w ciepłych promieniach słońca i cicho płakałam. Wiedziałam, że mam zadanie do wykonania i że muszę zadbać, żeby mojej kochanej Ruth w jej ostatnich tygodniach było tak dobrze, jak to tylko możliwe. Dłuższą chwilę myślałam o życiu i o tym, że nie spodziewałam się podejmować takich wyzwań. Ale zdawałam sobie sprawę, że mogę pomóc innym i że właśnie przyszedł na to czas. W drodze do domu postanowiłam, że dam z siebie wszystko – a potem to odeśpię.

Tego dnia wpadła moja szefowa – pracownica agencji. Powiedziałam jej, że nigdy nie widziałam zmarłego, a już na pewno nie opiekowałam się umierającym, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem. Jej rodzina cię uwielbia. Poradzisz sobie – usłyszałam.

Poradzisz sobie – w Australii powtarzają to wszyscy, więc uwierzyłam. Od tamtej chwili stan zdrowia Ruth szybko się pogarszał. Kiedy miałam wychodne, zastępowały mnie inne pielęgniarki, a kiedy Ruth wymagała już ciągłej opieki, zwolniły mnie z nocnej zmiany. Wciąż jednak mnie wzywały i wszystko nadzorowałam. Tyle że przynajmniej mogłam się wyspać.

To były szczególne dni. Często bywałyśmy z Ruth same. To była spokojna okolica. Tylko od czasu do czasu dało się słyszeć śmiechy dochodzące z parku nad zatoką. Wciąż odwiedzała nas Heather. Wpadał też James i całe mnóstwo lekarzy specjalistów. Dużo się uczyłam i brałam na siebie coraz więcej. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak dużo obowiązków przejmuję. Po prostu robiłam to, co było do zrobienia, i zasypywałam, kogo się dało, gradem pytań.

Któregoś razu, kiedy miałam wyjechać na dwa dni do kuzyna i już się cieszyłam na myśl o tym, że wyrwę się z miasta i trochę odpocznę od tej przygnębiającej atmosfery, nagle poczułam brzydki zapach. Dochodził z sypialni. Pielęgniarka, która miała nocną zmianę, albo nic nie poczuła, albo nie chciała poczuć. Może miała nadzieję, że uda jej się zostawić tę sprawę koleżance, która miała ją zastąpić. Potem często się z czymś takim spotykałam.

Nie mogłam zostawić mojej kochanej przyjaciółki w odchodach. Puściły jej jelita. Leżała bezwładnie i odpowiadała na pytania. Pomrukiwała cicho. Najważniejsze organy odmawiały posłuszeństwa. Pielęgniarka niechętnie oderwała się od plotkarskiego czasopisma i razem ją umyłyśmy, a potem zmieniłyśmy pościel. A potem przyjechała ta, która miała objąć dzienną zmianę. Rzuciła wszystko i śmiejąc się pogodnie, zakasała rękawy. Poczułam ulgę. Ruth leżała w łóżku – czysta. Była wyczerpana i wkrótce zasnęła.

Później tego dnia siedziałam z kuzynem w buszu, ale myślami byłam w domu, z nią. Lubiłam go, bo zawsze był pogodny i dowcipny. Cieszyłam się, że się spotkamy. Ale nie mogłam zostać u niego na całe dwa dni. Za bardzo się niepokoiłam o Ruth. Nie chciałam jej opuszczać na tak długo. Byłam u niego zaledwie kilka godzin, kiedy zadzwoniła moja szefowa: powiedziała, że Ruth umiera. Czy mogłabyś przyjechać? – zapytała.

Wróciłam o zmierzchu. Już od drzwi czuło się, że w domu panuje smutek. Przy Ruth byli Heather z mężem i nowa nocna pielęgniarka. Właśnie przyjechała. Była uroczą młodą Irlandką.

Heather zapytała, czy nie mam nic przeciwko temu, żeby pojechała do domu. Odpowiedziałam, żeby zrobiła to, co uważa za stosowne. Wróciła do siebie. Wyszła, a ja nie mogłam zrozumieć jej decyzji. Wyobrażałam sobie, że gdyby umierała moja matka, poruszyłabym niebo i ziemię, żeby w tych ostatnich chwilach być przy niej.

Mówi się, że wszystko bierze się albo z miłości, albo ze strachu: wszystkie emocje, działania i myśli. Pomyślałam, że Heather po prostu się boi, i poczułam, że jej współczuję i że ją lubię. Od początku naszej znajomości wydawała mi się bardzo praktyczna i trochę nieczuła. Ale ja nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Nie chciałam, żeby poglądy i zasady, które mi wpojono, rzutowały na mój stosunek do kogoś, kogo polubiłam, tylko dlatego, że ten ktoś czuł inaczej niż ja.

Siedziałam w ciemnym pokoju z Erin, nową pielęgniarką. I w końcu zrozumiałam, dlaczego Heather to zrobiła. Postąpiła tak, jak postąpiła, bo nic więcej nie mogła zrobić. Przez całe dziesięciolecia troszczyła się o matkę i o resztę rodziny. Była już strasznie zmęczona, fizycznie i emocjonalnie. Dała z siebie, ile mogła, i chciała zapamiętać matkę taką, jaką była wtedy, kiedy wychodziła: śpiącą spokojnie. Uśmiechnęłam się. Pomyślałam, że ją szanuję i rozumiem.

Ale kiedy rozmawiałyśmy kilka dni później, powiedziała mi, że to Ruth wymogła na niej, żeby pojechała do domu. A ona znała swoją matkę na tyle, żeby wiedzieć, czy mówi szczerze, czy nie. Więc jednak kierowała nią miłość, nie strach. Potem jeszcze wiele razy spotykałam się z takimi sytuacjami. Nie każdy, kto umiera, chce mieć przy sobie rodzinę. Niektórzy chcą się pożegnać, kiedy są w pełni świadomi, i zostać już tylko pod opieką pielęgniarki, kogoś obcego, żeby bliscy mogli zachować jak najlepsze wspomnienia.

Siedziałyśmy z Erin w pokoju Ruth i rozmawiałyśmy cicho. Czułyśmy, że nadchodzi śmierć. Erin powiedziała, że gdyby umierał ktoś z jej rodziny, zebraliby się wszyscy. Ciotki, wujowie, kuzyni, sąsiedzi i dzieci. Wszyscy by przyszli, żeby go pożegnać i być przy nim, kiedy będzie odchodził.

Patrzyłyśmy na Ruth. Zapadła cisza. Przyglądałyśmy się jej i czekałyśmy. Było cicho. Bezgłośnie posyłałam Ruth całą swoją miłość. Znowu zamieniłyśmy z Erin kilka słów, a potem znów zamilkłyśmy. Cieszę się, że mi towarzyszyła w tamtych chwilach. Była wrażliwa. Przejmowała się.

– Otworzyła oczy – powiedziała nagle, przestraszona. Do tej pory Ruth cały czas była nieprzytomna. – Patrzy na ciebie.

Podeszłam do łóżka i wzięłam ją za rękę.

– Jestem tutaj, kochanie. Wszystko będzie dobrze.

Patrzyła mi prosto w oczy. Chwilę później dusza opuściła jej ciało. Wstrząsnął nim dreszcz. Potem zapanował spokój.

Po policzkach spłynęły mi łzy. Cicho, z głębi serca, podziękowałam jej za to, co razem przeżyłyśmy. Powiedziałam, że ją kocham, i życzyłam jej wszystkiego dobrego w dalszej podróży. To była bardzo wzniosła chwila, przesycona spokojem i tkliwością. Stojąc w ciemności, z wyostrzonymi wszystkimi zmysłami, pomyślałam, że możliwość spędzenia z nią tych ostatnich minut była prawdziwym błogosławieństwem.

I wtedy jej ciało niespodziewanie drgnęło, jakby zaczerpnęła powietrza. Wzdrygnęłam się ze strachu. Miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi.

– Jasna cholera! – powiedziałam.

Erin zaśmiała się cicho.

– To całkiem normalnie, Bronnie. Często się tak zdarza.

– Dzięki, że mi mówisz – odparłam z uśmiechem. Byłam poruszona. Serce waliło mi jak oszalałe. Nastrój prysł. Z wahaniem odsunęłam się od łóżka. – To się jeszcze powtórzy? – zapytałam szeptem.

– Możliwe.

Czekałyśmy w ciszy jeszcze chwilę, prawie nie oddychałyśmy.

– Ona odeszła, Erin – powiedziałam w końcu. – Czuję, że odeszła.

– Niech Bóg ma ją w opiece – powiedziałyśmy obie cicho.

Przysunęłyśmy krzesła do łóżka i kilka minut siedziałyśmy przy niej w nabożnej ciszy. Patrzyłyśmy na nią z miłością i szacunkiem. Nie od razu doszłam do siebie.

Heather i moja szefowa prosiły, żebym do nich zadzwoniła, kiedy to się stanie. Tak zrobiłam. Było około wpół do trzeciej. Nikt z nas nie mógł w tamtej chwili poczynić żadnych kroków. Ale wcześniej poinstruowano mnie, co trzeba będzie zrobić. Zadzwoniłam więc do lekarza i poprosiłam, żeby przyjechał i wystawił akt zgonu. Potem zadzwoniłam do zakładu pogrzebowego.

Siedziałyśmy z Erin w kuchni, dopóki nie zabrano ciała. Stało się to po kilku godzinach, mniej więcej o wschodzie słońca. Od czasu do czasu wchodziłyśmy do pokoju, żeby na nią spojrzeć. Czułyśmy się w obowiązku wciąż nad nią czuwać, chociaż już jej nie było. Te dziwne, mroczne chwile po jej śmierci były niezwykłe. Nad ranem w domu czuło się już wręcz namacalną pustkę.

Następnego dnia zaproponowano mi, żebym się nie wyprowadzała. Heather powiedziała, że załatwienie spraw związanych ze sprzedażą domu zajmie wiele miesięcy i że woleliby, żeby do tego czasu ktoś w nim mieszkał. Więc zostałam. To było dla mnie zbawienne. Cieszyłam się, że mogę zostać w miejscu, które znam.

Uświadomiłam sobie, że nie mogę pracować dwadzieścia cztery godziny bez przerwy, że to zbyt wyczerpujące. Nigdy nie umiałam robić niczego na pół gwizdka i stało się jasne, że będę musiała między dyżurami opuszczać pacjentów i na noc wracać do domu. Miałam być pielęgniarką – a to znacznie więcej niż osoba do towarzystwa.

Przez kilka kolejnych miesięcy pomagałam Heather pozbywać się rzeczy Ruth. Fizyczny świat starszej pani powoli znikał, tak jak znika świat każdego z nas. Tak długo żyłam jak koczownik, że wciąż miałam awersję do własności. Dlatego uprzejmie odmawiałam, kiedy Heather chciała mi coś ofiarować. W końcu to były tylko przedmioty i chociaż należały do przyjaciółki, wiedziałam, że będę o niej pamiętała i bez nich.

Zakochałam się jednak w dwóch starych lampach. Są ze mną do dzisiaj. Nowi właściciele zburzyli dom Ruth i zastąpili go nowoczesnym, betonowym. Stary uroczyn czerwony, który od kilku dekad przesycał w lecie pokoje wspaniałym zapachem, został wycięty. Tam, gdzie rósł, powstał basen. Dostałam zaproszenie na oblewanie nowego domu.

Ludziom, którzy kupili działkę, przeszkadzały pająki żyjące na drzewach w ogrodzie. Ale Ruth i ja siedziałyśmy kiedyś w słońcu i obserwowałyśmy je. Snuły pajęczyny tak mocne, że można je było unieść i pod nimi przejść. To był cud natury i obie go uwielbiałyśmy. Stojąc niedaleko basenu i patrząc na te wszystkie nowe, modne rośliny, które zagościły w dawnym ogrodzie, uprawianym z miłością i myślą o długowieczności, z radością zobaczyłam pająka: tkał sieć wysoko, na jednym ze świeżo posadzonych drzew.

Pomyślałam o Ruth, z uśmiechem i czułością. Zrozumiałam, że przyszła do mnie w jakiś sposób. Jej dom zniknął, ale duch pozostał. Podziękowałam nowemu właścicielowi za zaproszenie, pogawędziłam z nim chwilę i zeszłam nad zatokę. Usiadłam tam, gdzie siedziałam w dniu, kiedy się dowiedziałam, że Ruth umiera, i poczułam się wdzięczna za wszystko, co razem przeżyłyśmy i czego się dzięki niej nauczyłam.

Uśmiechnęłam się, bo zdałam sobie sprawę, że zyskałam znacznie więcej niż darmowe lokum. Potem nadeszły gorsze dni, a ja nie przestawałam uśmiechać się z wdzięcznością. A Ruth odwzajemniała mi się za każdym razem, kiedy sobie przypominałam tamtego pająka.

Szczerość i kapitulacja

Po śmierci Ruth trafiło mi się kilka pojedynczych dyżurów. Z innymi opiekunkami spotykałam się tylko wtedy, kiedy się zmieniałyśmy. To był mój jedyny kontakt z innymi pracownikami agencji. Podczas długich, dwunastogodzinnych zmian nie słyszałam żartów ani śmiechów. Widywałam się tylko z pacjentami, ich rodzinami i lekarzami, którzy nas odwiedzali.

Dzięki temu nawiązywałam z pacjentami bardziej osobiste relacje. Miałam także czas, żeby czytać, pisać, medytować i uprawiać jogę. Czasami opiekunki wariowały, kiedy miały za dużo czasu dla siebie. Kiedy przyjeżdżałam do pacjenta, często jeszcze przed śniadaniem zastawałam włączony telewizor. Ja lubiłam własne towarzystwo i długie, spokojne godziny w samotności bardzo mi odpowiadały. Nawet jeśli za ścianą byli inni ludzie, wiedząc, że ktoś w ich domu umiera, zwykle zachowywali się cicho i powściągliwie.

Kiedy weszłam do domu Stelli, na zadrzewionym przedmieściu, zorientowałam się, że znów tak będzie. Nie tylko dlatego, że moja pacjentka umierała. Jej bliscy po prostu byli spokojni i mili. Stella miała długie, proste siwe włosy. Kiedy ją poznałam, pomyślałam, że jest pełna wdzięku, mimo że leżała chora w łóżku. Jej mąż był przystojnym mężczyzną i przyjął mnie bardzo naturalnie.

Konieczność pogodzenia się ze śmiercią kogoś bliskiego to wielkie wyzwanie. To zmienia człowieka. A kiedy umierający zaczyna potrzebować całodobowej opieki, wszystko to, co się składało na wspólne życie, po prostu odchodzi w przeszłość. Prywatność i intymne chwile w domowym zaciszu kończą się na zawsze.

Pielęgniarki przychodziły i wychodziły, zmieniały się rano i wieczorem. Niektóre były zatrudnione na stałe, ale były też takie, które przychodziły tylko raz, między wizytami u pacjentów, którymi zajmowały się regularnie. Widywałam więc różne twarze, poznawałam różne osobowości i różne podejścia do pracy. Wkrótce podjęłam się stałej opieki nad Stellą. Objęłam dzienną zmianę. Odwiedzali ją także pielęgniarka środowiskowa i lekarz medycyny paliatywnej. Przez kilka następnych lat widywałam go również u innych pacjentów i przekonałam się, że jest wyjątkowym, miłym i dobrym człowiekiem.

Moja szefowa uznała, że z Ruth poradziłam sobie doskonale, i zaproponowała mi dalsze szkolenie w zakresie opieki paliatywnej. Zgodziłam się chętnie, bo czułam, że życie prowadzi mnie w tym kierunku. Czas, który spędziłam z Ruth, i to, czego się przy niej nauczyłam, miały na mnie wielki wpływ. Postanowiłam, że będę się doskonalić i zbierać kolejne doświadczenia.

Odbyłam dwa krótkie kursy. Na jednym nauczyłam się myć ręce, na drugim – podnosić chorych i niepełnosprawnych. Na tym właściwie skończyły się moje przygotowania do zawodu pielęgniarki. Powierzając mi opiekę nad Stellą, moja szefowa poradziła, żebym nie mówiła jej rodzinie, że do tej pory miałam do czynienia tylko z jednym pacjentem paliatywnym. Uważała, że dam sobie radę. Ja zresztą też tak przypuszczałam.

Zawsze byłam szczera – to ważna cecha mojego charakteru. Ale kiedy rodzina Stelli zaczęła mnie wypytywać, jakie mam doświadczenie, skłamałam, bo bardzo mi zależało na tej pracy. Do tego właśnie wchodziły w życie nowe przepisy dotyczące kwalifikacji, których ja nie miałam. Chociaż nie mogłam się odwołać do praktyki, chciałam, żeby mi zaufali. Wiedziałam, że się sprawdzę, bo najważniejsza jest w tej pracy delikatność i wyczucie. Kłamałam więc dalej. Poinformowałam, że miałam pod opieką więcej pacjentów, niż powiedziałam wtedy, kiedy mnie o to zapytano po raz pierwszy. Ale czułam się z tym tak źle, że nigdy więcej tego nie zrobiłam – nie okłamałam żadnego pacjenta.

Stella bardzo dbała o higienę. Życzyła sobie, żeby codziennie zmieniano jej pościel. Ale była także damą i zależało jej na tym, żeby kolor i wzór pościeli pasowały do jej koszuli nocnej. George wyznał mi któregoś dnia ze śmiechem, że wpadł w tarapaty, ponieważ wybrał niewłaściwy deseń. Odpowiedziałam wesoło:

– Jeśli ma jej to sprawić przyjemność…

To samo mówiłam potem niemal wszystkim bliskim moich przyszłych pacjentów.

Stella, urocza wysoka kobieta, umierająca w pościeli dobranej do koszuli nocnej, zapytała mnie kiedyś:

– Medytujesz?

– O, tak – odpowiedziałam z ożywieniem. Nie spodziewałam się takiego pytania.

– Jaką drogą idziesz? – ciągnęła.

Odpowiedziałam, a ona ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Ćwiczysz jogę? – pytała dalej.

– Tak – potwierdziłam. – Ale rzadziej, niżbym chciała.

– A medytujesz codziennie?

– Tak, dwa razy.

Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Stella po chwili odparła spokojnie:

– Dzięki Bogu. Wreszcie się ciebie doczekałam. Teraz już mogę umrzeć.

Była instruktorką jogi czterdzieści lat. Została nią na długo, zanim joga przestała być nowinką ze Wschodu i stała się w zachodniej kulturze czymś powszechnym. Kilka razy była w Indiach. Była bardzo oddana swojemu powołaniu.

Na początku, kiedy pytano ją, czym się zajmuje, odpowiadała, że jest zwykłą trenerką, a nie instruktorką jogi. Było to zbyt ekscentryczne zajęcie jak na środowisko, w którym żyła. Na szczęście od tego czasu świat się zmienił i joga stała się popularna. Stella wyszła z ukrycia i zaczęła przekazywać swoje umiejętności i wiedzę innym. Miała wielu uczniów.

Jej mąż był na emeryturze, ale wciąż pracował. Chodził cicho i czuł się dobrze sam ze sobą. W domowej bibliotece mieli dużo klasycznych książek dotyczących życia duchowego. Wiele z nich już znałam, część dopiero chciałam przeczytać. Te książki były spełnieniem marzeń zapalonego czytelnika, zwłaszcza zainteresowanego filozofią, psychologią i duchowością. Wręcz je pożerałam. Stella budziła się i pytała, co czytam i do którego miejsca doszłam, a potem dzieliła się ze mną swoimi przemyśleniami. Znała wszystkie te książki na pamięć. Kiedy była w lepszej formie i mogła dłużej rozmawiać – co nie zdarzało się zbyt często – zawsze mówiła o filozofii. Wyznawałyśmy te same zasady i stwierdziłyśmy, że myślimy podobnie.

Zrobiłam także znaczne postępy w jodze. Nie musiałam się ukrywać z tym, co robię, nie musiałam wychodzić do innego pokoju. Drzwi sypialni Stelli zawsze były otwarte, więc przez dom bez przerwy przepływało świeże powietrze. Bardzo przyjemnie się tam pracowało. Biały kot Yogi leżał w nogach łóżka i patrzył na mnie. Popołudnia były szczególnie spokojne. Korzystałam z tego – rozciągałam się wtedy i ćwiczyłam oddech. Byłam zachwycona, kiedy Stella budziła się na chwilę, mówiła coś o tym, jak ćwiczę, i radziła mi, jak poprawić jakąś pozycję albo wypróbować podobną, czasem trudniejszą i bardziej dynamiczną.

Ćwiczyłam wtedy jogę od pięciu lat. Zaczęło się od Perth, w Australii Zachodniej. Dwa razy w tygodniu wskakiwałam na rower i jechałam do Fremantle, położonego kilka przedmieść dalej. Uczyłam się pod okiem Kale’a. Był cudownym nauczycielem. Sam zetknął się z jogą dość późno, po urazie kręgosłupa. Najwyraźniej jednak życie miało wobec niego swoje plany. Znalazł powołanie – z korzyścią dla wielu oddanych uczniów.

Kiedy wyjechałam z Perth, przez jakiś tułałam się tu i tam. Ale nadal ciągnęło mnie do jogi. Gdziekolwiek mieszkałam, szukałam szkoły. I czasem się nawet zapisywałam. Ale zajęcia nie dawały mi tyle co ćwiczenia pod kierunkiem Kale’a.

U Stelli zrozumiałam, dlaczego nie sprawiało mi to satysfakcji: za bardzo skupiałam się na instruktorze, zamiast na sobie. Dzięki niej wszystko się zmieniło. Od tego czasu zajęcia są dla mnie przyjemnością. Osiągam wtedy lepsze efekty, niż kiedy ćwiczę sama. Chodząc na zajęcia, mogę również poznawać podobnie myślących ludzi. Mimo to ćwiczę również w domu. W końcu trening czyni mistrza. W ten sposób Stella odcisnęła ślad na swojej ostatniej uczennicy.

Najbardziej frustrowało ją to, że jest gotowa umrzeć, a śmierć nie przychodzi. Przyjeżdżałam rano i pytałam, jak się czuje.

– A jak myślisz? – odpowiadała. – Wciąż tu jestem, a nie chcę.

Nie była też już w stanie medytować.

Po latach praktykowania samodyscypliny i komunikowania się z samą sobą przez medytację spodziewała się, że kiedy będzie bliska powrotu do domu, medytowanie będzie jej przychodzić bez trudu. Że stanie się dla niej czymś naturalnym. Tymczasem to ja medytowałam więcej i głębiej. Robiłam to codziennie, kiedy zasypiała po południu.

– Masz szczęście – mówiła mi później. – To takie smutne. Nie mogę ani medytować, ani umrzeć.

– Może wciąż tu jesteś ze względu na mnie. Może mam się czegoś od ciebie nauczyć. Może dlatego jeszcze nie nadszedł twój czas.

Kiwała głową.

– Chyba że tak.

Jak zwykle kiedy dwoje ludzi dobrze się rozumie, uczyłyśmy się jedna od drugiej. Kiedy zaczynałam mówić o kapitulacji, ona zaczynała się uspokajać. Siedziałam obok niej i mówiłam o przemijaniu i o godzeniu się z nim, a ona słuchała z zainteresowaniem.

Długo żyłam od jednej próby wiary do następnej. Opowiedziałam jej, jak przed laty wyruszyłam w drogę, mając jedynie bak benzyny, pięćdziesiąt dolarów i plan, żeby się przenieść gdzieś, gdzie jest trochę chłodniej. Zmierzałam do miasteczka leżącego na dalekim wybrzeżu Nowej Południowej Walii. Jechałam mniej więcej w tamtym kierunku. Po drodze odwiedzałam przyjaciół i znajdowałam pracę na kilka dni, żeby zarobić na dalszą drogę. Już wcześniej żyłam jak koczownik, więc wszędzie miałam znajomych i z przyjemnością się z nimi spotykałam. Z niektórymi nie widziałam się prawie dziesięć lat. W końcu dotarłam do miasteczka, które wybrałam, ale zostało mi bardzo niewiele pieniędzy.

Z parkingu dla przyczep kempingowych na przylądku rozciągał się najładniejszy widok na potężny Ocean Spokojny. Zatrzymałam się tam na jedną noc. Zanim wyruszyłam, wyjęłam ze swojego starego dżipa tylne siedzenie i położyłam na podłodze materac. W oknach zawiesiłam zasłonki – i oto miałam sypialnię na kółkach. Sprawdziłam w miasteczku, czy mam szanse na znalezienie pracy. Na początku nie wyglądało to zbyt obiecująco. Ale była jesień, moja ulubiona pora roku. Przez kilka dni rozkoszowałam się więc cudowną pogodą i wędrowałam.

Okazało się, że miejsce na parkingu jest zbyt drogie, żebym mogła tam zostać na dłużej. Kończyły mi się pieniądze, ale w gruncie rzeczy potrzebowałam tylko prysznica i bazy, żeby móc nawiązywać nowe kontakty. Zrobiłam więc zapasy jedzenia i ruszyłam przez busz nad rzekę. Kierowałam się znakami. Wiedziałam, że znowu będę się musiała zmierzyć ze swoimi lękami. Jeśli zamierzałam coś w sobie zmienić dzięki wierze, musiałam przestać tak dużo myśleć, a to zawsze jest najtrudniejsze.

Przychodziły mi do głowy niezdrowe myśli – zostałam w końcu wychowana w świecie, który mi wmówił, że tak żyć nie można. Jak tylko zaczynałam się zastanawiać, czy mi się uda, strach podnosił swój szpetny łeb. Wcześniej radziłam sobie z nim, przywołując się do porządku i skupiając na tym, co tu i teraz. Wtedy też mi to pomogło. Nie ma lepszego miejsca, żeby się zmierzyć ze swoimi lękami, niż łono natury. Tylko tam można odnaleźć prawdziwy rytm życia.

Kiedy lęki nie dochodziły do głosu, rozkoszowałam się piękną pogodą. Żyłam prosto i zdrowo: odżywiałam się racjonalnie, pływałam w kryształowo czystej rzece, obserwowałam podchodzące do mnie zaciekawione zwierzęta, słuchałam ptaków i ich piosenek, czytałam. To był święty czas, błogi i cudowny.

Minęły prawie dwa tygodnie, zanim zobaczyłam człowieka. Pogoda była wtedy piękna. To była cała rodzina, trzy pokolenia. Przyjechali nad rzekę na piknik. Dzięki temu dowiedziałam się, że jest weekend. Zostawiłam samochód otwarty i wybrałam się na długi spacer po buszu, żeby im nie przeszkadzać. Późnym popołudniem położyłam się na materacu, wciąż przy otwartych oknach, i jakiś czas czytałam. Zza drzew przebijało się urzekające światło zmierzchu.

Kiedy zaczęli się zbierać do odjazdu, kobieta w moim wieku, matka dwojga dzieci, ruszyła w moją stronę. Jej mąż, rodzice i maluchy pakowali wszystko do samochodu. Podeszła do mnie cicho i zajrzała do dżipa. Trochę się przestraszyłam. Oderwałam wzrok od książki i uśmiechnęłam się do niej, a ona szepnęła:

– Zazdroszczę pani. Jest pani wolna.

Obie się roześmiałyśmy – i poszła.

W nocy leżałam w dżipie, z odsuniętymi zasłonkami, przy akompaniamencie dobiegającego znad rzeki kumkania żab i z milionem gwiazd na niebie dotrzymującym mi towarzystwa. Przypomniałam ją sobie i uśmiechnęłam się. Nie myliła się: byłam wolna. Miałam wprawdzie niewiele pieniędzy, tylko tyle, żeby przeżyć jeszcze kilka dni, ale w tamtej chwili byłam tak wolna, jak tylko człowiek może być.

Ludzie często pytali mnie potem o wyprawy do buszu i w inne miejsca. Zawsze chcieli wiedzieć, czy się nie bałam. Odpowiadałam: nie, bo rzadko miałam powód, żeby się bać. Kilka razy, kiedy podróżowałam autostopem, mogło być niebezpiecznie. Ale zawsze wychodziłam ze wszystkiego bez szwanku i uznawałam, że to nauczka na przyszłość. Kierowałam się intuicją, więc starałam się iść naprzód pewnie. Wiedziałam, że nie zginę.

Ale człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc w końcu wróciłam do miasteczka. Zadzwoniłam do mamy. Łączy nas zdrowa, silna więź. Jest moją matką, więc zawsze trochę się o mnie niepokoiła. Ale zdawała sobie sprawę, że mam naturę wędrowca. Nie oceniała moich wyborów, ale cieszyła się za każdym razem, kiedy dawałam znak życia. Dzień wcześniej kupiła za dwa dolary kupon na loterię i chciała mi oddać wygraną. Jest tak hojna, że życie jej się odpłaca.

– Tyle mi dajesz, pod tyloma względami – powiedziała. – Zależy mi, żebyś wzięła ode mnie te pieniądze. Wygrałam je specjalnie dla ciebie.

Tym sposobem dostałam forsę, za którą mogłam przeżyć kolejne dwa tygodnie.

Następnego dnia obudziłam się w dżipie, na parkingu, i poszłam na skały, żeby zobaczyć, jak słońce wschodzi nad oceanem. Uwielbiam pierwsze promienie świtu: jeszcze widać gwiazdy, a już wstaje nowy dzień. Niebo poróżowiało, a potem zrobiło się pomarańczowe. Siedziałam na skałach i obserwowałam przepływające w dole stado delfinów. Radośnie wzbijały się nad wodę. I wtedy do mnie dotarło, że wszystko się ułoży.

Tamtego dnia długo rozmawiałam z właścicielem parkingu. O życiu i o podróżach. Przyszedł potem do mnie z kluczem w dłoni.

– Przez dziesięć dni nie będę potrzebował vana numer osiem – powiedział. – Jest twój. I nie chcę za niego ani centa. Mam nadzieję, że jeśli moja córka będzie kiedyś spała w swoim samochodzie, ktoś jej wyświadczy podobną przysługę.

– Dziękuję ci, Ted – odparłam. Starałam się zapanować nad łzami.

Miałam gdzie gotować i spać przez kolejnych dziesięć nocy. I wtedy znów zaczęłam się bać o przyszłość. Musiałam trochę zarobić. Znów kończyło mi się jedzenie. Codziennie obchodziłam wszystkie firmy w miasteczku. Poznawałam wielu dobrych ludzi, ale pracy nadal nie było. Kiedy w drodze powrotnej wspinałam się na klif, oddychałam głęboko i starałam się myśleć o tym, co tu i teraz, ale usiłowałam też wymyślić jakieś rozwiązanie.

Nie znosiłam tego. Tego głosu, który mi nakazywał nie myśleć o ostrożności i kazał się narażać na takie sytuacje. A jednak byłam od tego uzależniona. Za każdym razem kiedy stawiałam czoło lękom, spadałam na cztery łapy. Pod pewnymi względami te próby wiary były coraz trudniejsze, bo zbliżałam się do źródła najgłębszego strachu. A jednocześnie stawały się prostsze. Wiele razy sprawdzałam, czy mam wystarczająco dużo wiary. Dochodziłam niemal do granic. Dzięki temu stawałam się mądrzejsza i coraz bardziej wierzyłam w siebie. Poza tym życie nabierało sensu, choć czasem było mi bardzo ciężko. Po prostu nie pasowałam do konwencjonalnego świata, do tradycyjnego stylu życia.

I właśnie wtedy kiedy patrzyłam na przypływ, przypomniałam sobie, jak ważne jest, żeby umieć skapitulować, poddać się magicznemu wpływowi natury. Ta siła, która kieruje przypływami i odpływami, która sprawia, że przychodzą i odchodzą kolejne pory roku, która stwarza życie, z pewnością przyjdzie mi z pomocą. Ale najpierw muszę się poddać. Nie ma co kontrolować czasu i efektów swoich działań. Kosztuje to zbyt wiele energii. Chciałam dotrzeć tam, gdzie byłam, zrobiłam, co miałam zrobić. Mogłam już tylko czekać.

Uświadomiłam sobie, że zapomniałam o tej metodzie, i zaśmiałam się cicho. A przecież ją znałam. Kiedy wisiałam na samym końcu cienkiej, wygiętej gałęzi, wiedziałam, że wystarczy się poddać i patrzeć, gdzie wyląduję. Przyszła pora, żeby znowu sobie odpuścić.

Poddanie się to nie rezygnacja – o nie. Poddanie się wymaga ogromnej odwagi. Często stać nas na to dopiero wtedy, kiedy kolejne próby zapanowania nad sytuacją stają się zbyt bolesne. Dojście do tego punktu, mimo że nie jest zabawne, potrafi człowieka wyzwolić. Pogodzenie się z tym, że nie można zrobić nic więcej, że trzeba się zdać na wyższą siłę, to katalizator, który w końcu wyzwala reakcję.

Następnego ranka zeszłam po skałach nad ocean. O wschodzie słońca znów powitały mnie delfiny. Czułam się kompletnie pusta i zmęczona po walce ze strachem, cierpieniem i własnym oporem. Walczyłam, a potem wreszcie się poddałam. Byłam wykończona. Przyglądając się delfinom, otworzyłam się na nowy dzień i pozwoliłam, żeby mnie przepełniła nadzieja.

Tego dnia rozmawiałam z pewnymi ludźmi, którzy się zatrzymali na parkingu. Kilka dni później zaproponowano mi pracę w Melbourne, siedem godzin stamtąd na południe. Dlaczego nie? – pomyślałam. Nie miałam żadnych zobowiązań, a przecież chciałam mieszkać w chłodniejszym klimacie. Wkrótce Melbourne stało się moim ulubionym australijskim miastem – i jest nim nadal. Nie brałam go pod uwagę, a tymczasem pobyt w tak twórczym miejscu bardzo wiele mi dał. Gdybym się nie poddała i nie skupiła na teraźniejszości, może bym nie dostała tej szansy.

Kiedy opowiedziałam Stelli tę historię, obie się uśmiechnęłyśmy. Zjadała połówkę truskawki. Zrozumiała, co chciałam jej powiedzieć. Od jakiegoś czasu próbowała zdecydować, kiedy umrze. Zrozumiała, że nadszedł czas, żeby z tego zrezygnować, i chociaż nie bardzo jej się to podobało, pogodziła się z myślą, że może nie odejdzie tak szybko. Ciało kształtuje się przez dziewięć miesięcy, dopiero potem przychodzi na świat. Czasem potrzebuje tyle samo czasu, żeby go opuścić.

Była już bardzo słaba i prawie nie jadła. Nie miała na to siły, ale z przyjemnością pogryzała małe owoce. Dzień wcześniej zjadła dwa winogrona. Tego dnia – pół truskawki.

Choroba powinna była jej sprawiać mnóstwo bólu, zwłaszcza że zdiagnozowano ją w zaawansowanym stadium. Tymczasem nie cierpiała aż tak bardzo. Jej lekarz był tym zdumiony. Była przede wszystkim wyczerpana. Praca, którą wykonała podczas swojej duchowej podróży, dała jej bardzo dobry kontakt z ciałem i teraz przynosiło to skutek. Dzięki temu mogła także szybko odejść, kiedy w końcu przyszła pora.

Dwa czy trzy dni wcześniej zauważyłam, że bardzo jej spuchły dłonie. Obrączka wrzynała jej się w palec. Wyglądało na to, że może utrudniać krążenie. Zadzwoniłam do agencji. Moja szefowa powiedziała, że obrączkę należy zdjąć. Zrobiłam to – użyłam wody z mydłem. Pomógł mi George. Trwało to bardzo długo i wymagało tyle wysiłku, że on i Stella się popłakali. Czułam się jak kat, ale kiedy wreszcie ściągnęłam jej z palca ten symbol ich miłości, który tkwił na nim ponad pół wieku, ja też płakałam.

George był kochanym człowiekiem. Przez całe życie zwracał się do niej pieszczotliwie. W tych rzadkich chwilach, kiedy leżeli objęci, może po raz ostatni w życiu, wychodziłam z pokoju. Płakałam w łazience i czułam się uprzywilejowana, zaszczycona, że mogłam zobaczyć tak głębokie uczucie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Byli prawdziwymi przyjaciółmi, miłymi, dobrymi ludźmi, zwłaszcza dla siebie nawzajem. Z przykrością patrzyłam, jak płaczą, kiedy zdejmuję jej z palca obrączkę.