Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dobrze mieć ludzi, dla których można być słabym.
Nullius Ager. Niegdyś krwawiące pogranicze mocarstw, dziś dumny Związek Miast, w którym wychowuje się obywateli przyszłości. Taki system bardzo pochwala Margot Adler – wiejska nauczycielka o nienagannych manierach i dłoniach skrywających mroczne etherowe tatuaże. Kobieta wierzy, że świat można zmienić dzięki edukacji, nie przez rewolucję. Pewnego dnia na werandzie Adler pojawia się Frank Wolf – człowiek z przeszłości, o której tak bardzo starała się zapomnieć. W mgnieniu oka wszystko wraca: dawni towarzysze z programu „Szalone Płótno”, żywe eksperymenty i niewygodne tajemnice Twierdzy Daron. Gdy okazuje się, że straceni wywrotowcy wciąż mogą istnieć, Margot staje przed trudnym wyborem – pozostać nauczycielką w bezpiecznym Raubtfort czy ponownie stać się Osiemcztery. Bo jeśli dusze można uwięzić, to czy można je również odzyskać?
Druga część dylogii „Twierdza Krańca Świata”, która opisuje dalsze przygody bohaterów serii „Wielki układ”.
Twierdza Krańca Świata
W uniwersum Świata Etheru pod płaszczykiem powojennej ciszy trwają mroczne eksperymenty i plenią się rewolucyjne idee. Frank Wolf, Marta „Hexe” Marvel i Margot Adler muszą zmierzyć się z tajemnicami Twierdzy Daron, etherowymi artefaktami oraz przeszłością, o której woleliby zapomnieć. Dylogia „Twierdza Krańca Świata” to rzecz o wyborach silniejszych niż strach oraz relacjach hartowanych w ogniu.
Hubert „Hunter” Gruszczyński – sam o sobie zwykł mawiać, iż jest człowiekiem renesansu. Z wykształcenia hotelarz, masażysta, instruktor samoobrony i survivalu, ale przede wszystkim wychowawca młodzieży. Na co dzień łączy swoją pracę z działalnością charytatywną oraz w grupach rekonstrukcyjnych i paramilitarnych. Ośmiokrotnie odznaczony za swoją działalność, w tym odznaczeniami państwowymi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 452
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Hubert „Hunter” Gruszczyński
Saga
Ogrodnicy dusz
Zdjęcia na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2026, 2026 Hubert „Hunter” Gruszczyński i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727331348
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Dobrze mieć ludzi, dla których można być słabym.
Siedziała za biurkiem na przeciw dwóch tuzinów chłopskich i mieszczańskich dzieci. Sala była zaadoptowaną do celów dydaktycznych wiejską świetlica na przedmieściach. Lubiła pracę z dziećmi. Niewiele rzeczy w życiu sprawiało jej tyle radości co wypełnianie ciągle jeszcze pustych i chłonnych dziecięcych umysłów wiedz która bez wątpienia mogła odmienić ich życie. Piękną wydawała się perspektywa, iż można sprawić, że z dzieci cieśli, rolników czy górników staną się inżynierami, medykami czy podróżnikami. Jasnym było, że nie wszystkich los da się dzięki edukacji odmienić, ale nie przeszkadzało jej to. W jej opinii wykształcony rolnik czy hutnik to jednak człowiek szczęśliwszy i o szerszych horyzontach myślowych, a tym samym człowiek lepszego sortu. Była to jej metoda walki o lepszy świat. Starała się już w przeszłości zmieniać świat bardziej dosłownie, ale efekty były nieco rozczarowujące. Czuła gdzieś w głębi serca że tylko praca u podstaw mogła zmienić cokolwiek w szerszej perspektywie. Osiadła w Raubtfort w Republice w jaką niespodziewanie przeistoczyła się wyniszczona i skrwawiona Nullius Ager. Gdy tuż potem jak populację kontynentu zdziesiątkowała plaga odwieczni wrogowie starli się znowu na polach Nullius Ager ale tym razem coś poszło nie tak. Armie zostały odparte już na granicy obszaru i zmuszone do powrotu do własnych granic. Wyszło na to że zmęczeni byciem ciągłym polem walki ludzie poszli po rozum do głowy i w czasie gdy mocarstwa lizały powojenne rany i walczyły z szalejącą epidemią miasta-państwa zawarły sojusz tworząc Związek Nullius Ager. Co dwa lata Forum Miast stanowiące ciało prawotwórcze powierzało kolejnemu miastu związkowemu przywództwo nad krajem. Szybko okazało się że jeśli z finansowego równania wykreślić zagraniczne korporacje i zjednoczyć siły, to Nullius Ager wcale nie będzie biednym pasem ziemi niczyjej ale dobrze prosperującym państwem które stać na silną i doskonale wyposażoną armię zawodową. Pana Adler pierwszy raz czuła się gdzieś jak u siebie w domu. Ukończyła roczny kurs pedagogiczny na nauczycieli szkół powszechnych i już mijały trzy lata jak dostała angaż w szkole wiejskiej w prężnie rozwijającym się Raubtfort. Domek kupiła za resztkę pieniędzy pozostałych z czasów awanturniczej młodości, ale remontowała go już z nauczycielskiej pensji. Ciche, jednostajne bicie zegara stojącego w rogu Sali lekcyjnej jasno dało do zrozumienia iż wykład z historii najnowszej a tym samym i cały lekcyjny dzionek należało uznać za zakończony. Wstała i podziękowała dzieciom życząc im miłego popołudnia. Koła roweru toczyły się powoli polną drogą biegnącą z miasteczka do niewielkiego domku pod lasem. Wiejska nauczycielka Margot Adler wiozła w koszyku na kierownicy kilkanaście książek i podręczników szkolnych oraz teczkę z pracami domowymi uczniów. Miała na sobie kwiecistą sukienkę uszytą z delikatnego materiału z wysokim sięgającym żuchwy, ciasno przylegającym do szyi kołnierzem. Zawsze nosiła też białe rękawiczki z delikatnego sukna. Sięgające niemal pośladków włosy miała zaplecione w gruby warkocz. Gdy zbliżyła się na mniej niż pół kilometra od domu z oddali dało się dostrzec biegnącego na jej spotkanie psa. Była to suczka saltuskiego psa pociągowego w kolorze kasztanowo rudym. Pies kręcił wesoło ogonem, ale nie szczekał. Nigdy nie szczekał. Będąc już bliżej domu spostrzegła, że na werandzie na ławeczce siedzi jakaś postać. Nauczycielka nie obawiała się obcych, co więcej istniały poparte doświadczeniem życiowym przesłanki, iż to oni powinni obawiać się jej. Nie zdradzała się jedna z niczym. Odpięła koszyk i wstąpiła na stopnie ganku z psem idącym z nią noga w nogę. Od momentu, w którym podniosła oczy na przybysza do momentu jak wisiała na jego szyi nie minął czas w którym upuszczony koszyk zdążyłby upaść na deski werandy.
-Jeśli pies ma na imię Ruda to widzę, że twoje najskrytsze marzenia udało ci się zrealizować moja droga.
-Pamięta Pan, panie Frank Wolf takie detale -odparła kobieta nie próbując nawet wycierać płynących po policzkach łez- myślałam, że w ogóle Pan, panie Frank Wolf, o nas raczył zapomnieć.
-Nie mógł bym o was zapomnieć -odparł Wolf wycierając oczy rękawem koszuli- słyszałaś o Dwajeden?
-Niestety tak, panie Frank Wolf, a pan o pannie Marcie Marvel?
-Niestety nie.
-Uczyni mi Pan, panie Frank Wolf, tą radość i pozwoli się zaprosić do wspólnej konsumpcji obiadu?
-Myślę, że spędzimy razem nawet nieco więcej czasu jeśli nie masz nic przeciwko albowiem jest kilka kwestii do przedyskutowania.
-Jak mniemam nie planuje Pan, panie Frank Wolf porzucić stanu kawalerskiego? -spytała Margot podnosząc swój koszyk i sięgając po klucz od drzwi.
-Na razie nie.
-To dobrze -odparła z uśmiechem Osiemcztery- w taki razie szczegóły wyprawy omówimy przy obiedzie, panie Frank Wolf.
Ogień wesoło trzaskał w kominku. Domek nie był jakoś specjalnie duży ale za to już od przekroczenia progu robił bardzo przytulne wrażenie. Był też jak to się zwykło mawiać swojski. Bezpośrednio z ganku wchodziło się wprost do dużego pomieszczenia pełniącego funkcję jadalni, kuchni, salonu i pracowni. Dwoje drzwi prowadziło do sypialni i łazienki. Deskowania ścian pokrywały porozwieszane dość gęsto utrzymane w pastelowych kolorach obrazki głównie przedstawiające zwierzątka, kwiaty i landszafciki. Wolf siedział za dużym stołem którego większą część zagracały książki na które zabrakło miejsca na rozlicznych półkach i regałach. Tak prawdę mówiąc to każdy bez mała wolny element powierzchni zaścielały woluminy, stosy kartek i zwoje. Było tu wszystko od doniosłych dzieł klasyków, przez jarmarczne czytadła aż po wypracowania uczniów właścicielki lokalu. Wspomniana nauczycielka właśnie zakasawszy rękawy swojej kwiaciastej sukienki krzątała się w kuchni. Nie miała też już na dłoniach swoich rękawiczek. Wiedział dlaczego nosiła tak zabudowaną garderobą. Trzymająca drewnianą kopyść dłoń podobnie jak i odkryte po podwinięciu rękawów przedramiona pokryte były mrocznymi, złowieszczymi wzorami magicznych Etherowych tatuaży, podobnie z resztą jak większość ciała dziewczyny. Cieszyło go że potrafiła sobie poradzić i wejść do społeczeństwa pomimo tej nieco upiornej pamiątki po trudnej i przerażającej choć za razem fascynującej młodości. Młodości? Dzieciństwie! Z tego co udało mu się dowiedzieć po tym jak za jej sprawą do centrali programu „Szalone płótno” dotarła informacja o tym że Dwajeden wciąż żyje i ma się dobrze a ona czyli Osiemcztery uciekła i na dodatek śmiało sobie poczyna na wolności, program zawieszono z obawy przed buntem. Dziewczyna uraczyła go informacją której wcześniej nie posiadał a mianowicie iż rzekomo jakaś komisja rządowa w Monserat zajęła się sprawą zgodności projektu z prawem. Ponoć kto chciał pozostał w służbie ale już na normalnych, humanitarnych warunkach a pozostałym zapewniono godziwą „emeryturę” na specjalnie w tym celu zaadaptowanej farmie. Ich drogi rozeszły się ponad trzy lata temu gdy po tym jak w końcu odnaleźli Daron Twierdzę Krańca Świata udało mu się przekonać jej włodarza Basila Hallwarda na tyle że ten pozwolił mu w niej na jakiś czas pozostać. Spędził w niej i w kilku powiązanych tajemnych placówkach niemal dwa lata i od ponad roku szukał wieści i śladów po dawnych kompanach. Najszybciej udało mu się natrafić nawet nie tyle na wzmianki ale na twarde kute w kamieniu dowody na temat losów Szalonego Płótna numer dwadzieścia jeden Christofa Uhrmachera. Dosłownie kute w kamieniu, problem w tym że nagrobnym.
-Tuszę, Panie Frank Wolf -z zamyślenia wyrwał go pogodny i melodyjny głos Margot w dalszym ciągu krzątającej się przy piecu, Wolf przysiągł by że w głosie tym przebijało się zdenerwowanie- że los naszego Przyjaciela Pana Christofa Uhrmachera nie jest Panu Panie Frank Wolf obcym?
-Niestety tak -odparł starając się by nie dostrzegła u niego drżenia rąk- widziałem nagrobek naszego przyjaciela i rozmawiałem z jego siostrą.
-Czy byłby pan uprzejmym, panie Frank Wolf, opowiedzieć mi w czym tkwi sedno tego smutnego zdarzenia? Bardzo Pana proszę, Panie Frank Wolf.
Gdy dogasł już ogień rozbitego przez nich na małej polanie obozu a słońce zaczynało powoli, nieśmiało przebijać swymi ciepłymi promieniami zasłonę chmur wszyscy obecni zdali sobie sprawę iż pewnych tematów zwyczajnie uniknąć się nie da. W ciągu ostatnich miesięcy zjeździli niemal pół świata, byli w miejscach w istnienie których wątpił każdy człowiek przy zdrowych zmysłach i przeżyli rzeczy tak niesamowite że opowiadane w karczmie będą wzięte za pijackie bujdy. Ale teraz gdy w kompanii zabrakło jednego z spajających ją członków który dość niespodzianie został w mitycznej wręcz twierdzy Daron nastała pora do pomyślenia o własnej przyszłości.
-Chyba wyruszę na północ -pierwsza przedłużające się i pełne napięcia milczenie przerwała Marta Marvel zwana Hexe, co w zależności od sympatii tłumaczącego można było interpretować jako Jędza lub Wiedźma- gdy przed laty złośliwy los połączył mój żywot z Frankiem i jego kompanami akurat byłam w drodze do Saltus z pewnym… interesem. Chyba wrócę do tego projektu.
-O ile nie ma pani nic przeciwko, panno Marto Marvel -zaczęła jak zwykle bardzo uprzejmie i z pewną emfazą Osiemcztery- to przez pewien czas chciała bym pani towarzyszyć. Co najmniej do granicy z Ravenclowd. Później chyba ruszę za zachód.
-Planujesz wrócić do Monserat? -zapytała uprzejmie Marta- Nie uważasz że to zbyt ryzykowne?
-Pozwolę sobie zgodzić się z Panną Marvel -swoje zaniepokojenie wraził również Osiemcztery.
-Miło mi niezmiernie drodzy Państwo, że się Państwo o mnie martwią ale sądzę że raczej osiądę gdzieś w dzikich ostępach Nullius Ager. Zapewne w niewielkiej miejscowości. A Pan, panie Christofie Uhrmacher? Jak pan planuje wieść swoje cudem odzyskane życie?
-Chyba odważę się w końcu wrócić do bliskich, moje drogie -odparł po chwili zamyślonego milczenia Dwajeden- Skoro spotkałem duchy z mej przeszłości to zapewne potraktuję to jako dobry znak i zachętę. Chyba czas najwyższy bym powrócił do domu.
-Zostaniesz tutaj gdzie twoje korzenie i bliscy? -zapytała z pewną dozą wzruszenia Marta Marvel, knykciem palca ocierając łzę- zazdroszczę Ci nieco ponieważ ja nawet gdybym miała gdzie wrócić i do kogo to nie jestem pewna czy starczyło by mi odwagi.
-Powiem pani szczerze, Panno Marvel że sam obawiam się czy w ostatnich chwili nie zabraknie mi siły i odwagi by zrobić to co właściwe.
-Po wszystkich niebezpieczeństwach z jakimi przyszło się nam zmierzyć jestem głęboko przekonana że jeśli komukolwiek ma starczyć sił by zrobić to co słuszne to właśnie tobie Przyjacielu.
-Dziękuję za słowa wsparcia i wiarę we mnie, moje drogie -odparł ponownie po chwili namysłu- zaprawdę tego właśnie mi było trzeba by stanąć na wysokości tego najtrudniejszego wyzwania w życiu.
Dziewczyny pakowały swoje rzeczy do końskich juków niespiesznie ale i bez przesadnego ociągania się. Obie czekał cel na końcu drogi którą miały niebawem rozpocząć, a nawet jeśli nie to w tedy o tym jeszcze nie wiedziały. Szalone płótno numer dwadzieścia jeden, Christof Uhrmacher swego celu był pewien jak nigdy niczego w życiu. Przez całe dekady powoli krystalizował mu się on w głowie, ale dopiero dzięki tym wspaniałym ludziom z którymi właśnie się żegnał uzmysłowił sobie iż to już ten czas. Że dalsze zwlekanie mija się z celem i nie przyniesie niczego dobrego. Na pożegnanie mała Margot „Osiemcztery” Adler uściskała go mocno zalewając się łzami. Marta „Hexe” Marvel uroniła kilka łez również. On pomimo iż sądził że w życiu wypłakał już wszystkie łzy tak iż ani jednej nie zostało to poczuł jak coś mokrego i słonego spływa mu po policzku wprost do kącika ust. Gdy one powoli ponagliły wierzchowce do marszu on rozpoczął przygotowania do swojej podróży. Poszło mu nad wyraz szybko i bezproblemowo. Z pniaczka na którym stanął jeszcze przez dobry kwadrans mógł oglądać odjeżdżające stępa przyjaciółki, aż do momentu jak wraz z niknącą wśród drzew wąską liną gościńca i one skryły się w gęstych, zielonych borach Lupii. Spojrzał w górę na słońce wędrujące w swą codzienną drogę ze wschodu na zachód. Dotknął po raz ostatni w życiu tatuażu z zaklęciem telekinetycznym gotowy aktywować go skupioną wolą. Powiedział na głos:
-Wracam do domu najukochańsze -przełknął ślinę i wysłał mentalny impuls do Etherowego tatuażu ciskającego pniakiem na którym stał w dół wzgórza.
Naprężony sznur zaskrzypiał ale wytrzymał ostre szarpnięcie. Z gałęzi posypała się kora.
-Jeden z drwali odnalazł go zapewne nazajutrz -dokończył po chwili milczenia Wolf do bezwiednie mieszającej w garnku Margot- rodzina wyprawiła mu ponoć bardzo elegancki i uroczysty pogrzeb.
-Gdy mówił nam że wyrusza w podróż do domu -powiedziała po chwili przeciągającego się milczenia Margot- to powiem panu szczerze, panie Frank Wolf, że obie sądziłyśmy z panną Martą Marvel że postanowił osiąść przy rodzinie i wieść stateczny żywot. Gdyby przeszło nam choćby przez chwilę przez głowę…
-Młodzieniec gdy targa się na swoje życie jest to wołanie o pomoc -zaczął w zamyśleniu Frank- ale gdy człowiek doświadczony i stateczny to czyni jest to już jedynie wołanie o śmierć. Nasz przyjaciel podjął świadomą decyzję i musimy to uszanować i żyć dalej.
Niezbyt wykwintny ale za to bardzo smaczny posiłek spożyli w ciężkim milczeniu sporadycznie przerywanym drobnymi nic nie wnoszącymi do szerszej perspektywy rozmowami. Gdy skończyli jeść Margot Adler wyjęła ze spiżarki dwie lekko omszałe zamknięte korkiem butelki z ciemnego szkła, chwyciła szklanicę z półki i dała znać by wraz z nią wyszedł na ganek. Ruda patrzyła na gości z lekką nutą nieufności we wzroku ale zaakceptowawszy fakt że jej pani obecność mężczyzny nie robi problemu w końcu położyła się u jej stóp i zdawała się drzemać. Margot jedną z butelek podała towarzyszowi a drugą otwarła i pienistą, bursztynową zawartość powoli przelała do szkła.
-Nie wiele czasu upłynęło Panie Frank Wolf, od momentu jak nasze drogi rozeszły się na skrzyżowaniu szlaków północ-południe wschód-zachód do chwili w której świat obiegła wieść o tym iż światowej sławy złodziejka i poszukiwaczka przygód wpadła w czasie jednego ze skoków i została osadzona w więzieniu na dalekiej północy -powiedziała Osiemcztery, po czym upiwszy duży łyk kontynuowała- z początku wieści w zależności od gazety były rozbieżne. Ja podówczas zdołałam się już zakwalifikować na kurs dla nauczycieli wiejskich w świeżo otwartej szkole w wciąż podówczas jeszcze podnoszącej się z ruin Visnie. Dużo mówiono o pokazowym procesie którym władze Saltus chciały pokazać jak to bardzo są cywilizowane i pro-kontynentalne. Kilka krajów i organizacji zażądało ekstradycji a koniec końców poszły w świat za pomocą gazet informacje najpierw o wyroku dożywocia a następnie o tym iż zmieniono go na karę śmierci. Będzie już, Panie Frank Wolf z półtora roku jak nie dwa lata jak wyrok wykonano.
-Kurde -powiedział po chwili zadumy- nie ukrywam że mocno liczyłem że informacje są tylko plotkami, ale z tego co mówisz wynika że to raczej pewne fakty.
-Obawiam się panie Frank Wolf że tak jest i nie chce być inaczej -powiedziała unosząc szklanicę do toastu- Za poległych, Panie Frank Wolf.
-Za poległych Panno Alder. Za poległych.
-Za Pannę Martę Marvel! Za Pana Christofera Uhrmachera -powiedziała a widać było że pod pozorną maską spokoju aż wrze. Ręka trzymająca szklankę drżała- I za waszych kompanów o których jedynie mi opowiadaliście a których zabrakło. Za pana majora Gustawa Hunta! Za panią Vaux Lothar i pana Michaela Sterna! Za…
-Zatrzymaj się na chwilę -przerwał jej Wolf naciskiem dłoni zmuszając ją do opuszczenia ręki- ja właśnie w sprawie tej dwójki wymienionej na końcu do Ciebie zajechałem.
-Żyją? -zerwała się czym wystraszyła psa.
-Nie! -odparł szybko uspokajającą kiwając rękoma- ale i nie do końca są martwi.
Wolf opowiedział o informacjach które udało mu się pozyskać z przepastnych archiwów Twierdzy Końca Świata. Okazało się w czasie pobytu w Twierdzy Daron że cywilizowany świat gęsto oplata siatka agentów, szpiegów i informatorów zbierających i analizujących najprzeróżniejsze dane na użytek Basila Hallwarda. Nikt tak do końca nie wiedział po co on to robi. Czasami jakieś teczki dokumentów wysyłano któremuś z rządów czy też jakiejś firmie i potem nagle jakaś niespieszna ale zasadnicza zmiana zachodziła w społeczeństwie. Twierdza nie narzekała ani na biedę ani na braki w zaopatrzeniu częstokroć zresztą dość luksusowym. Można było to ze sobą wiązać ale jasnych dowodów Wolf nie widział a tym samym przedstawić nie mógł. W tej konkretnej chwili ważne było to do czego dokopał się mniej więcej półtora roku temu a co koniec końców zaowocowało jego opuszczeniem Twierdzy. Tajna notatka podesłana przez Ucho siedzące w gabinecie Pałacu Powierników donosiło że straceni latem pięćsetnego roku wywrotowcy odpowiedzialni za Program Wahadło nie zostali zabici sensnus stricte ale w momencie wykonywania kary przez powieszenie dokonano transferu ich dusz do Tefilinów. Uznano bowiem że ich wiedza i doświadczenie jest zbyt cennym by zwyczajnie przepadło. Umieszczono ich w miejscu szpiegowi nie znanej lokacji oznaczonej kryptonimem Ogrodu Dusz. Jak na ironię Wolfowi mgliście kołatało się pod czaszką iż Vaux wspominała o owym miejscu iż praktykowała w nim. Sęk w tym że kazało to podejrzewać że jedyną osobą którą znali a która mogła im owa lokalizację wskazać była osoba którą z tego miejsca mieli uwolnić. Margot słuchała uważnie i ze słowa na słowo widać było jak w jej głowie zaczyna dojrzewać jeśli nie plan to przynajmniej ogólny zarys planu działania. Frank Wolf jadąc do niej nie był co prawda pewny czy będzie chciał ją wplątać w nową kabałę ale nie wykluczał tego. Teraz natomiast jasnym stało się, że nawet jakby chciał ją z tego wyłączyć i pozwolić jej wieść normalne, stateczne życie nauczycielki, to było na to za późno.
-Zanim pójdę się pakować będzie pan, panie Frank Wolf tak uprzejmy -powiedziała mieszając w zamyśleniu resztki białej piany na dnie szklanki- i opowie mi o Pańskim czasie w Twierdzy?
-Proszę Cię grzecznie moja droga…
-Zostanę tu jakiś czas a potem was odnajdę i wszystko wyjaśnię -powiedział Frank Wolf podchodząc do pilnowanych przez Krótkowłosą przyjaciół.
-Ale jak to? Dlaczego? -zaczęła bełkotać Hexe a Wolf mógłby przysiąc że zgrywająca twardzielkę dziewczyna za moment się popłacze.
-Najważniejsze pytanie brzmi: jakim cudem? -spytała Krótkowłosa- jestem tu najmłodsza stażem a przygarnął mnie niemal tysiąc pięćset lat temu.
-Wygląda na to że wbrew obiegowej opinii nie jestem wariatem -powiedział po czym pochyliwszy się nad uchem Marty dodał- pamiętasz jak mówiliśmy o moich doświadczeniach z życia przed tym życiem? Okazuje się że i ja i on zapewne żyliśmy w tych samych czasach i miejscach. Od lat myślałem że jestem naprawdę wariatem aż tu nagle spotkałem jego.
-Wierzy Ci? -zapytała Marta.
-Wierzy, nie wierzy ale nie jest w stanie zaprzeczyć posiadanej przeze mnie wiedzy a to daje mu podstawy bym tu został. Sprawdzimy czy jestem wariatem czy faktycznie nieśmiertelnym.
-Zobaczymy się jeszcze? -nie hamowała już nawet łez.
-Będę was szukał jak odnajdę siebie -odparł ze smutkiem w oczach- póki co ta miła dama odprowadzi was w bezpieczne rejony . Powodzenia na szlaku Wiedźmo.
-Żegnaj Samotny Wilku.
Wolf dłuższą chwilę stał jak wryty patrząc w ślad za odprowadzanymi przez wartowników przyjaciółmi. Dopiero ponaglający krzyk Basila Hallwarda wyrwał go z otępienia. Odwrócił się więc na pięcie i powolnym krokiem ruszył w kierunku zmierzających do prowadzącego w głąb góry tunelu. Po drodze podniósł z ziemi swoje leżące nieopodal sakwy oraz oparty o nie karabin i przyspieszył kroku. Droga prowadząc do łukowato sklepionego tunelu była oczyszczona z wszelkiego złomu ale pobocze ciągle zalegały wraki jakiś maszyn z których pozostały jedynie bezkształtne bryły rdzy i szkła. Dał by sobie głowę uciąć że gdzieniegdzie walały się też czaszki i inne kości. Widać było że kiedyś rozegrała się tu tragedia. Cała okolica nosiła jasne oznaki ciężkich zniszczeń z przed wieków. Fakt że skażenie pobliskich obszarów nawet teraz po, według słów samego Hallwarda, przeszło dwóch mileniach bywało miejscami dalej zabójcze dawał dodatkowo do myślenia. Twierdza wewnątrz byłą obiektem który ewidentnie Wolf kojarzył ze swego „pierwszego życia” i choć mocno nadgryziona zębem czasu i co oczywiste niejednokrotnie remontowana i przebudowywana dalej budziła respekt i podziw dla pierwotnych konstruktorów. Dostępu do wnętrz broniły grube na jakieś dwa metry zamykane mechanicznie wrota. W dziesiątkach połączonych tunelami i korytarzami pomieszczeń znajdowały się sektory mieszkalne, rekreacyjne, magazynowe a także biblioteka, stołówka i co najważniejsze przeogromne archiwum. Za nim w specjalnie chronionym obszarze zwanym kryptą znajdował się skarbiec i galeria oraz pracownia malarska. Tam dostęp mieli naprawdę najbardziej zaufani członkowie na oko dwudziestoosobowej świty gospodarza. W tej liczbie prym wiódł Aleksander Nuvo, zausznik i przyjaciel pana Hallwarda. Wolfowi oddano do dyspozycji pryczę w głównym męskim dormitorium oraz szafkę i skrzynię, obie znajdujące się tuż koło wyrka. Broń nie musiał deponować ani nikt mu jej nie zabierał, ograniczono się jedynie do wyrażenia dość uprzejmej prośby o nie niszczenie elementów wyposażenia i artefaktów. W wielu miejscach pod ścianami stały regały i gabloty pozastawiane nieznanymi współczesnym ludziom przedmiotami w różnym stopniu rozkładu. Od zwyczajnie przykurzonych sprzętów zapewne z oryginalnego wyposażenia Twierdzy aż po już niemal niemożliwe do rozpoznania grudy rdzy i ziemi. Ogólnie wszyscy byli dla niego mili i uprzejmi. W trakcie pierwszych kilku dni pozwolono mu szwendać się gdzie chciał za wyjątkiem Krypty. Zauważył szybko że na personel stały Twierdzy składała się niespełna połowa osób które widywał a reszta nieustannie rotowała miedzy otoczeniem Basila Hallwarda a światem zewnętrznym. Pewnego dnia od śniadania oderwała go młoda dziewczyna której imienia nie mógł zapamiętać i poleciła by wraz z nią udał się do Szefa. Pierwszy raz tego dnia ciężkie niczym w bankowym skarbcu drzwi otwarły się przed nim. Za nimi znajdowała się nijako druga część Twierdzy o zapewne zbliżonych rozmiarach do tej znanej mu dotychczas. Ściany były tu bardziej zadbane i gęsto usiane obrazami, w znacznej większości portretami w rozmiarze od nieco większych, tak zwanych miniatur aż po pełnowymiarowe płótna od sufitu po podłogę z postaciami w oryginalnych rozmiarach. Dziewczyna prowadziła go labiryntem korytarzy a on łapczywie przyswajał wiedzę. Wiedział czym są te płótna i jak powstały oraz na czym polegały ich niemal magiczne właściwości. Tym ciekawiej spoglądało się na portrety rozkładających się szkieletów stojących na tle ruin, czy starców otoczonych murszejącymi kośćmi. W kolejnych korytarzach znajdowały się dzieła z osobami w różnym wieku i miejscami na całym świecie. Jak Wolf dowiedział się już wcześniej w czasie swych podróży, wieki temu Hallward nauczył się malować obrazy które starzały się i brały na siebie obrażenia zamiast osób na nich przedstawionych. Udoskonalona metoda pozwoliła na tworzenie dzieł bardziej złożonych. Takich które nie dając niczego w zamian pozwalały na monitorowanie stanu faktycznego osób, miejsc i przedmiotów na nich wyobrażonych. Genialne to w swej złożoności narzędzie wywiadowcze dawało gospodarzowi Twierdzy dostęp do najpotężniejszej ze znanych broni. Do wiedzy. Należy wspomnieć że obrazy nie poruszały się w czasie rzeczywistym a zmiany pojawiały się zawsze gdy nie padał na nie niczyj wzrok. Od zadumy nad jednym z płócien przedstawiającym aż nadto dobrze mu znaną twierdzę Kriest oderwał go miły ale jednocześnie jakby bardzo zmęczony męski głos. To był Hallward. Stał może pół metra za nim. Wolf nie usłyszał ani nie wyczuł jego przybycia co go z resztą dość mocno zaniepokoiło.
-Siedział tam Pan, z tego co kojarzę -Hallward nie patrzył na niego ale na płótno- namalowałem to jakieś dwieście lat temu i nie ukrywam że zabawnie jest obserwować zmiany jakie w tej twierdzy zachodziły. Pamiętam jak przez półwieku porastała bluszczem i mchem, oraz czasy gdy kwitła niczym piękny pełen życia klomb.
-Nie tak bym określił twierdzę -odparł Wolf nie odrywając wzroku od płótna- wiele mogę o Kriescie powiedzieć ale nie klomb. Raczej cmentarny śmietnik.
-Dlaczego więc pan tak się na tym obrazie zawiesił -nie odpuszczał gospodarz.
-Bo to moja przeszłość -Wolf czół że każde jego słowo i gest są poddawane wnikliwej analizie- ładny wycinek tego życia spędziłem w tamtych murach. O w tym oknie była moja cela.
-Cieszę się że poruszył pan temat swojej przeszłości -głos Hallwarda jakby nieco stracił na oschłości i zaczęła w nim brzmieć nutka zaciekawiania bądź niecierpliwości- w kwestii pewnych rzeczy o których mi Pan wspomniał wiedzy nie da się zdobyć inaczej jak poza tym miejscem lub mając bezpośrednie z nimi powiązanie. Może mi pan spróbować to nieco wyjaśnić? Choćby w ogólnym założeniu.
-Jakkolwiek mało prawdopodobne będzie to co powiem, proszę podejść do tego z otwartym umysłem -rozpoczął po chwili milczenia Wolf rozsiadając się na wskazanym fotelu w rogu pomieszczenia, Hallward rozsiadł się naprzeciwko i nalał sobie z kryształowej karafki stojącej na znajdującym się między nimi stoliku- w czasach które według pańskich słów należało by określić jako poprzedzające o kilka lat czas końca żyłem sobie spokojnie, miąłem rodzinę, przyjaciół i w ogóle całkiem spokojne… życie. A potem umarłem.
-Czyli wrócił pan do życia po pewnym czasie? -Basil pochylił się wsparłszy przedramiona na kolanach- Coś jak reinkarnacja?
-Możliwe z tym że nijako z przeskokiem -Wolf potarł skronie palcami- powiedzmy że po drodze zaliczyłem inne światy, tak sądzę.
-Nie jest pan pewny? -Hallward zachowywał się nieco jak psycholog w trakcie tworzenia studium przypadku.
-A skąd mam być pewny? Jak w takiej sytuacji uzyskać pewność -Wolf oburzył się nieco na to pytanie- Jakbym nie poznał pańskiej historii w życiu bym się nie domyślił że wróciłem do domu… tylko się nieco spóźniłem.
-Cóż. Ma pan sporo racji. Mnie władze państwowe przetrzymywały w licznych więzieniach przez niemal trzy wieki z czego w tajnym obiekcie badawczym pod tą Twierdzą przez niemal siedemdziesiąt lat.
-Chodziło o portrety? -tym razem to Wolf zaczął płonąć z ciekawości- Prawda?
-Tak i nie mój panie -sprostował rozmówca- dla nich byłem przejawem istnienia sił które należało ich zdaniem umieścić między bajkami. Badali mnie, moje farby i wiele innych rzeczy. Przez całe pokolenia robili testy, próby, badania i od początku i znowu. Technika się rozwijała a oni nie potrafili zrozumieć jak działa coś ich zdaniem niemożliwego. Gdy nadszedł czas końca i narody wyniszczyły się w ostatnim akcie desperacji ogniem z niebios zostałem tu sam z grupą wojskowych. Z początku chcieli się mnie pozbyć a potem błagali żebym i ich sportretował. Z tu obecnych mi towarzyszy z tamtych czasów ocaliłem jedynie Aleksandra Nuvo. Nie chciałem zostać sam. W mrocznych czasach przygarnąłem kolejne osoby a ostatnia do grupy dołączyła Jaskółka.
-Ta krótko strzyżona? -upewnił się Wolf.
-Nazywa się Sara Glutiam ale wszyscy wołają na nią Jaskółka -Hallward rozsiadł się w fotelu i pociągnął z dobrze już wygrzanej w dłoniach szklanki- była tropicielką w plemieniu które zasiedliło skażone i trudnodostępne okolice wejścia do Twierdzy. Wierzyli że z wnętrza góry wyjdą kiedyś bogowie by zbawić świat. Gdy wraz za Aleksandrem opuściliśmy wnętrza po ekstremalnie długim czasie niebytności na powierzchni zaatakowali nas. Tylko ona ocalała z masakry i poprzysięgła mi wierność.
-I tak została. -bardzie stwierdził niż zapytał Frank.
-Niech mnie pan źle nie zrozumie -gospodarz dolał sobie i napełniwszy drugie szkło podał rozmówcy-nie jest jeńcem. I nigdy nie była. Jako jedna z pierwszych poszła do walki i została poważnie ranna. Ledwo przeżyła. Kilka razy rwała bandaże chcąc skończyć ze sobą a koniec końców popadła w marazm i drętwotę umysłową. W końcu jak się otrząsnęła to zaczęła współpracować z nami i się uczyć. Mało który profesor czy nawet dziekan na współczesnych uniwersytetach ma tak rzetelne i dogłębne wykształcenie jak ona. Ale dalej jest w niej tamta dawna dzikość i brawura. Będzie twoją opiekunką.
-Dziękuję Panu -Wolf dopił drinka i wstał zrozumiawszy że audiencję gospodarz uważa za zakończoną.
Kolejne miesiące w towarzystwie znanej mu już Jaskółki, to włóczył się po galerii przeglądając artefakty przeszłości, to znowuż całe dnie spędzał w bibliotece i w archiwum. Raz po raz monotonię dnia przerywał mu Hallward zapraszając go na rozmowy zarówno o przeszłości jak i świecie współczesnym. Okazało się że większość wiedzy o świecie z „czasu końca” jak to zwykli określać była u gospodarza stricte książkowa lub mocno przestarzała. Nie dziwiło to, biorąc pod uwagę że był więźniem i obiektem badań. Wspólnie wyjaśnili lub zweryfikowali poprawność wielu twierdzeń i zagadek zarówno dotyczących artefaktów i dokumentów zwiezionych do Daron z całego bez mała świata jak i elementów pierwotnego wyposażenia twierdzy. Po mniej więcej roku Wolf wraz z Jaskółką poprowadzili ekspedycję celem ewakuowania i zabezpieczenia krypty którą Frank odkrył w czasie podróży z przyjaciółmi po Atamanacie Kozackim. To mocno podniosło zaufanie Hallwarda do nowego towarzysza w podróży przez wieczność. Zaproponował on nawet w pewnym momencie by Frank Wolf rozważył zapozowanie do portretu. Stanęło na tym że Frank obiecał że się zastanowi. Pewnego wieczoru po powrocie z kolejnej już misji w poszukiwaniu przeszłości zaszył się w archiwach by pomóc w porządkowaniu danych tak zwanego białego wywiadu. Czyli przekładając to na nieco bardziej ludzki język, wziął się za czytanie gazet i przy tej czynności znalazł go jeden z archiwistów i zaprosił do pomocy w analizie kilku raportów. Mówiły one o wywrotowcach z okresu zakończenia Wojny Zdrajców. Kilka raportów mówiło o egzekucji prowodyrów Wielkiego Układu. I tutaj Wolf natrafił na wzmianki o tefilinach i Ogrodach Dusz. Kolejne dni gryzł się czy nawiać i szukać przyjaciół ale jednocześnie mieć dość potężną agencję wywiadowczą przeciw sobie czy poprosić formalnie o zgodę ryzykując że jej nie otrzyma. Postanowił być uczciwym i nie odpowiadać złą monetą za otrzymaną życzliwość. Był zaskoczony że Basil Hallward nie dość że nie protestował czy nie oponował ale wręcz zaoferował niemal bez namysłu pomoc i wsparcie. Wolf w pierwszej chwili założył że chodzi tu o kwestię docenienia szczerości lub wdzięczności za wkład w rozwój placówki. Gospodarz Twierdzy Końca Świata rozwiał jednak szybko jego wątpliwości w tej materii.
-Zanim pan wyruszy by rzucić się w wir zdarzeń, jak zwykł pan to czynić -powiedział Hallward kończąc ustawianie na sztaludze małej ramki obciągniętej płótnem- musze pana sportretować.
-Mówiła Pan że nie będzie tego robił o ile sam nie wyrażę zgody -obruszył się Wolf.
-To będzie płótno które będzie pokazywało zmiany jakie w panu zachodzą, dość z resztą precyzyjnie określając pańską lokalizację -powiedział Basil podchodząc z Wolfa z małą szklaną strzykawką zakończoną króciutką igiełką- nie da to panu ani nieśmiertelności ani nie weźmie na siebie pańskich ran. Proszę podwinąć rękaw.
Wolf posłuchał nauczony doświadczeniem iż jego rozmówca nie przyjmuje sprzeciwu a próby nadmiernych negocjacji traktuje dość niesympatycznie. Nie żeby nie liczył się z cudzym zdaniem, po prostu czasem je ignorował i tyle. Pobrał Frankowi kilka mililitrów krwi i wrócił do sztalugi. Najpierw wmieszał krew z różnymi odczynnikami, przez co zawartość probówki stopniowo zmieniała kolor i konsystencję, a potem uzyskany popielaty żel dodał po drobinie do każdej z wyciśniętych na paletę farb i dokładnie roztarł porcelanową szpatułką. Wolf zajął wskazany zydelek i siedział cierpliwie dobre trzy kwadranse nieruchomo patrząc w dal.
-Był bym niezmiernie wdzięczny jakby po skończonej pogoni za mrzonkami i duchami wróciła pan jednakowoż do nas -rozpoczął jeden ze swoich monologów malarz- pański wkład w nasze prace jest nieoceniony a pańska perspektywa na świat i czas wynikająca z reinkarnacji wręcz cudownie użyteczna. Poczyniliśmy w trakcie ostatniego roku postępy większe niż przez kilka, jak nie kilkanaście, poprzednich dekad. Sądzę też że nie muszę panu mówić o poufności której dotrzymania się od pana oczekuje.
Dostanie pan nieco gotówki na drogę, dobrego konia i co tam pan będzie jeszcze potrzebował. Dostanie pan od nas paszport dyplomatyczny Monserat co powinno panu w znaczącym stopniu ułatwić podróżowanie. Dokument będzie w stu procentach oryginalny więc nie ma się co obawiać. W sumie już skończyłem. Może pan podejść i spojrzeć.
Frank Wolf posłusznie podszedł do sztalugi na której widniała jego dość udana podobizna oprócz portretu widniała tam jeszcze mała mapa świata z jaskrawo czerwoną kropką oznaczającą miejsce w którym się znajdowali obecnie oraz kartka welinu ze spisanymi jego zasobami finansowanymi.
-Jak mniemam ma to służyć panu do monitorowania mojej trasy oraz czy nadto się nie wzbogaciłem na przykład sprzedając pańskie cenne informacje? -Spytał Wolf zadziornie- A moje słowo panu nie wystarczy?
-Mieszkałem kiedyś przez moment w kulturalnej stolicy świata gdzie poznałem późniejszego ojca rewolucji który mawiał że należy wierzyć ale i kontrolować tych którym się zawierzyło?
-Jeśli dobrze pamiętam to sam niezbyt dobrze na tych radach wyszedł.
-Z tego co wiem to nie bardzo -uśmiechnął się do wspomnień Hallward- kiedy pan planuje wyruszać? Jeśli łaska?
-Na dniach -odparł Wolf schodząc nieco z tonu- oczywiście zajrzę się pożegnać.
Zadziwiająco szybko Margot Adler spakował małą podróżną torbę na ramię. Z niejakim rozrzewnieniem Wolf skonstatował że dziewczyna ubrała się dokładnie tak samo jak w dniu kiedy się rozstali a i torba była dokładnie taka sama. Zupełnie jakby we wnętrzu drewnianej nakrytej owczą skórą skrzyni przeszłość czekała tylko na to by móc na powrót wyłonić się na światło dzienne. Miała na sobie czerwone nieco za luźne leginsy, czarną skurzaną kamizelkę bez rękawów, za to z wysokim kołnierzykiem. Na nogach zaś wysoko sznurowane wojskowe trepy podobne do tych które on sam nosił. Dziewczyna krzątała się chwile po kuchni, koło kwadransa spędziła przy biurku pisząc kilka listów które następnie szczelnie zakleiła w kopertach i podpisała. Listy wrzuciła do małej brezentowej torby z krótkim paskiem. W swoim stroju i z rękami pokrytymi tatuażami prezentowała się niczym mityczna wojowniczka, czy tez poszukiwaczka przygód z dalekich stron plądrująca grobowiec. Efekt psuł nieco fakt że do trzymanej torby wrzuciła nie skarby ale nieco naczyń z kuchni, sztućce, trochę jedzenia i dopchnęła całość małą poduszka którą w stronach z których pochodził Wolf zwano Jaśkiem. Po chwili tytanicznej walki sama z sobą dorzuciła jeszcze średniej wielkości żeliwną patelnię zawijając ją w kuchenny ręcznik. Nim zamknęła za sobą drzwi rozejrzała się jeszcze po domu jakby ze smutkiem że go opuszcza. Położyła na deskach ganka torbę i uklęknęła koło Rudej, swojego psa pociągowego z Saltus. Założyła jej na szyję torebkę listami do której dorzuciła garść złotych monet i klucz od domku. Chwilę tuliła zwierzaka po czym zaczęła jej szeptać na ucho. Następnie wstała i stanowczym tonem głosu nakazał psu szukanie Krysi. Pies chwilkę popatrzył ze zrozumieniem po czym pokręcił się w miejscu i pobiegł przed siebie w stronę miasteczka co sił w łapach. Dziewczyna patrzyła przez dłuższą chwilę w ślad za czworonogiem zupełnie jakby chcąc się nasycić jego widokiem. Nim odwróciła się do niego przodem spostrzegł że dłoniom wyciera nos i oczy. Płakała? A może jedynie mu się przewidziało. Zasadniczo żadnej z opcji nie dało się ani w pełni potwierdzić ani zupełnie wykluczyć. Zarzuciła na ramiona popielaty płaszcz z grubego sukna z szerokimi rękawami i wielkim kapturem. Pamiętał ów płaszcz i wiedział że był podobnie jak reszta garderoby spadkiem po czasach gdy była jeszcze w programie „Szalone Płótno”. Podniosła torbę i ostatni raz ogarnęła wzrokiem swoje spełnienie marzeń, po czym poklepała poręcz schodów niejako pieszczotliwie i ruszyła w jego stronę. Poczuł się nagle bardzo źle z tym że wyrywa ją z jej poukładanego , dopracowanego w każdym calu i wyśnionego przez lata cierpienia życia. I to po co? By ruszyła z nim ratować duchy przeszłości i to na dodatek duchy jego przeszłości. Obie bowiem dusze należały do osób których ona nie znała i z którymi nic ją nie łączyło. Wiedział też dlaczego gotowa była bez zastanowienia rzucić swój świat dla niepewności jutra. Nie chodziło o niebezpieczną i pełną przygód podróż ale o to z kim ja miała odbyć. Wolf nigdy nie był specjalistą w rozumieniu kobiet dlatego też bał się nieco tego co kryło się w sercu jego młodej przyjaciółki. Był raz żonaty ale mimo to niezbyt ogarniał kwestię emocji, więzi i związków. Jak dotąd w tym życiu i świecie relacje z kobietami traktował czysto fizjologicznie lub przyjacielsko. Miał nadzieję że znajomość z Martą Marvel nieco to zmieni ale fakt jej zejścia z tego padołu łez i nieszczęścia mocno pokrzyżowała te mrzonki. Z zadumy wyrwała go Osiemcztery wyciągająca smukłą dłoń by pomógł jej wsiąść za siebie na konia. Z uśmiechem udzielił pomocy i z wolna delikatnie popędził konia piętami. Pomimo grubej skóry kurtki czół jak się w niego wtula policzkiem. Żałował a za razem cieszył się że nie może teraz zobaczyć jej twarzy.
-Zjedziemy teraz w dół krateru ale do samego miasteczka nie będziemy wjeżdżać -oznajmił odwracając się do niej profilem- na przedmieściach Raubtfort spotkamy się z kimś jeszcze i dopiero w tedy ruszymy dalej.
-Dokąd planuje Pan, panie Frank Wolf jechać najpierw po opuszczeniu tych jakże malowniczo położonych stron? -spytała jak zwykle w sposób który podważał inteligencję rozmówcy.
-Planowałem przeprawę przez bagna i rozlewiska rzeki Uendeling i dalej przez dystrykt Inundant aż do Gniazda aby tam nieco poszperać, poszukać i może zaczerpnąć nieco ze skarbnicy mądrości jaką są Anka i jego dziewczynki.
-A nie rozważał Pan, panie Frank Wolf aby nie ryzykować przeprawy latem przez owe niezbyt gościnne rejony ale za to okrążyć rzekę od strony źródła -niemalże wyrecytowała przyklejona do jego pleców pasażerka- dalej moglibyśmy, panie Frank Wolf, przekroczyć tak dobrze już nam znane przełęcze i ruszyć Żelaznym Kanałem na północ.
-Rozważam zarówno to co zaproponowałaś jak i szlak na północ a dalej drogą morską -odparł uśmiechając się do siebie- bo choć trasa dłuższa to jednak pewniejsza i wygodniejsza w większości swej części. Ale ostateczną decyzję podejmę po konsultacjach z moją koleżanką na spotkanie z którą zmierzamy.
Siedząca za jego plecami dziewczyna pokiwała po kilku sekundach namysłu głową potakująco i mruknęła coś twierdząco. Okolica miasteczka była co najmniej urokliwa co znamienicie kontrastowało z jego burzliwą historią raubtraiterskiej twierdzy. Nie minęło jeszcze nawet ćwierć wieku od czasów kiedy poza zarządzanymi przez złodziejskie rodziny książęce kopalniami w których pracowali niewolnicy oraz targami paserów nie było tutaj niczego wartego uwagi przyzwoitego człowieka . No może poza osiemnastoma domami wątpliwej rozkoszy a niewątpliwej kiły. Wojna i stacjonujący tu latami garnizon wojskowy wiele zmieniły. Pojawili się kupcy a okoliczni rzemieślnicy i liczni uchodzący przed wojna mieszczanie znaleźli tu spokojną przystań. Kopalnie przeszły pod zarząd cechów miejskich i miasto szybko zaczęło się rozwijać i to pomimo przytłaczających podatków na utrzymanie wojsk. Dlatego też miasto rozkwitło i wręcz wystrzeliło w swój złoty wiek zaraz po podpisaniu pokoju i proklamowaniu Związku Nullius Ager do którego miasto przystąpiło jako jedno z pierwszych. Na przedmieściach aż bieliło się od dopiero co otynkowanych ścian domostw i małych zakładów rzemieślniczych i ciągle jeszcze nozdrza mogły wychwycić w powietrzu zapach świeżej ciesielki. Nic więc dziwnego że ktoś postanowił zainwestować swoje pieniądze w karczmę. Czy pieniądze pochodziły z ciężkiej pracy, wojennego rabunku czy zwykłego rozboju dla przeciętnego do bólu, sączącego po pracy piwo mieszczanina pozostawało bez znaczenia. Byleby piwo było chłodne, dach nie ciekł a po strawie kiszki nie wywracały się na lewą stronę. Jak się okazało Margot znała lokal. Z rzadka, bo raz w tygodniu przyjeżdżała tutaj na wystawny obiad. Znała karczmarza a ten powitał ją wręcz wylewnie co jak się okazało po chwili wynikało wprost z faktu iż uczyła jego dwóch synów. Wyjaśnił szybko iż w pierwszej chwili jej nie poznał w tym „dziwnym stroju” ale gestem poprosiła go z uśmiechem by nie drążył tematu. Barczysty mężczyzna wycierając ręce w pełen tłustych plam fartuch giął się w ukłonach prowadząc pannę Adler do bocznej izby. Przepraszał ze stolik jeszcze nie gotowy ale nie spodziewał się jej. Jednocześnie dość podejrzliwie patrzył na Wolfa. Frank nie dziwił się . Był świeżo po czterdziestce i pomimo iż zawsze uważany był za przystojnego to jednak groźnego mężczyznę. Ostre rysy i fakt że nie potrafił uśmiechać się oczami sprawiały że ludzie często się go bali. W tej konkretnej sytuacji dochodził diametralny kontrast między wrażeniem jakie robił a faktem iż przebywał w towarzystwie powszechnie w okolicy szanowanej nauczycielki nauczania początkowego. Zwłaszcza że jego obecność tak drastycznie i nagle odmieniła oblicze rzeczonej młodej damy. Gdy tylko usiedli przy dużym skrytym w niszy stole, Wolf zaczął się rozglądać po sali ale uporczywie nie natrafiał wzrokiem na osobę której szukał.
-Pańskiej przyjaciółki jak tuszę jeszcze nie ma, panie Frank Wolf? -zapytała bardzo uprzejmie Osiemcztery- Czy jest ona dla Pana, panie Frank Wolf bliską osobą?
-Cóż… -zamyślił się Wolf starając się dobrze dobrać słowa odpowiedzi. Na szczęście w sukurs przyszła mu krótko strzyżona kobieta w trudnym do określenia wieku. Pojawił się znikąd i szybciutko zajęła miejsce obok Margot po drugiej stronie stołu w stosunku do Wolfa. Jej pojawienie się było tylko na pozór wybawieniem gdyż zaraz poczęła pogrążać Wolfa.
-No właśnie Panie Wolf -przemówiła z chłodnym uśmiechem na ustach i momentalnie zapachniało miętowo-anyżową pastą do zębów zupełnie jakby szczotkowała je najdalej przed minutą- Jestem dla waćpana bliską osobą?
-Skoro już jesteś to chyba pora na prezentację -powiedział starając się umknąć przed nieuniknionym- Margot Adler którą możesz znać z raportów jako Szalone Płótno numer osiemdziesiąt cztery lub zwyczajnie Osiemcztery. A ta dama która tak z Nienacka się zjawiła to Sarah Glutiam zwana przez wszystkich Jaskółką.
Dziewczyny uścisnęły sobie prawice i wymieniły zdawkowe uprzejmości. Wolfa nieco bawił fakt iż obie posługiwały się specyficzną składnią i miały dość oryginalną manierę wypowiedzi. Po kliku wymienionych zdaniach przyszedł karczmarz z saganem baraniny, miską ziemniaków i dzbankiem piwa oraz dwoma nakryciami. Zobaczywszy trzecią osobę przy stole skonfundowany nieco zapytał Margot czy również dla drugiej damy podać talerz. Gdy ta potwierdziła uwinął się wręcz błyskawicznie. Jedli chwilę w milczeniu po czym Jaskółka wytarłszy serwetką kąciki ust i elegancko odłożywszy sztućce na glinianym talerzu poczęła referować czego się dowiedziała. Przełęcze i przesmyki na południu wokół źródeł Uendeling były pogrążone w morowym powietrzu jak miejscowi zwali nawrót zarazy dziesiątkujący okolicę. Szlaki przez bagna i samą rzekę również należało skreślić z potencjalnych planów podróży albowiem po dwóch następujących po sobie ciężkich zimach i dość mokrych latach obszar nie był już podmokły ale otwarcie zalany i nie dało się tamtędy poruszać inaczej jak czółnem a i to tylko pod okiem przewodnika. Szlaki znali tylko nieliczni miejscowi ale ci dość niechętnie dzielili się swoją wiedzą.
-Proponujesz więc trasę lądem na północ aż do wybrzeża i potem statkiem wprost do Gniazda? -spytał Wolf gdy Sarah skończyła referować czego się dowiedziała przez kilka tygodni nieobecności.
-Ja tylko mówię jak jest -odparła- azali jeśli to ja miała bym podjąć decyzję to tak właśnie bym uczyniła. Przez czysty pragmatyzm. Droga może dalsza ale pewniejsza i bezpieczniejsza.
-Pani Sarah Glutiam ma rację -wtrąciła się niespodziewanie Margot- od czasu zawiązania Związku Nullius Ager ta kraina nie jest już jak kiedyś krajem rozbojem i bezprawiem stojącym ale prawem i bezpieczeństwem. Wiele się zmieniło przez ostatnie lata, Panie Frank Wolf.
-Panna Sarah Glutiam jak już. -ostro wtrąciła Jaskółka- ale poza tym ona ma rację. Pobudowano lub odnowiono wiele dróg , co i rusz przy gościńcach świeżą tarcicą bielą się karczmy, gospody i zajazdy a grasantów spotyka się nie częściej niż patrole Strażników Dróg. Moje papiery i dokumenty Franka są nie do ruszenia a jak tam Twoje Margot?
-Nie musi się Panna o to martwić, panno Sarah Glutiam, są legalne i wystarczająco dobre by nie wzbudzać podejrzeń -Margot szczególny nacisk kładła na zwroty grzecznościowe w swej wypowiedzi i Wolf już wiedział iż między tymi dwiema kobietami raczej nie będzie przyjaźni. Ale zdążył obie na tyle poznać żeby wiedzieć że nie powinno też być otwartej wojny która mogła by mieć negatywny wpływ na poszukiwania których mieli się podjąć. Sarah była od Margot starsza o niemal piętnaście wieków ale wyglądały jakby mogły być rówieśniczkami. W swoim pierwszym życiu, jak zwykła Sarah określać czas przed sportretowaniem przez Hallwarda miała około dwudziestu pięciu lat a Margot miała skończone raptem dwadzieścia trzy a do kompletu była vereketą. Różnica wieku tak naprawdę przejawiała się w oczach obu dziewczyn. Glutiam miała zmęczone oczy staruszki a Adler spojrzenie które widziało już zbyt wiele ale była w nim też pogoda i nadzieja. Wolf sam czasem się zastanawiał jak by to było być tak starym jak Jaskółka . Żył co prawda wielokrotnie ale za każdym razem pojawiał się w danym świecie dokładnie w momencie swego życia w którym umarł w poprzednim. Zmieniały się więc czasy i miejsca w których przyszło mu wieść żywot ale nie miało to wpływu na ciągłość jego linii życia.
Postanowili podróżować na północ wzdłuż biegu rzeki Działowej jej lewym brzegiem aż do przeprawy mostowej w Visnie. Stamtąd już prawym brzegiem, głównym gościńcem aż do nadmorskiej Asturii gdzie mieli nadzieję złapać bezpośredni statek do Gniazda lub Impery. Nie powinno być to większym problemem albowiem Asturia wyrosła na naprawdę duży port morski o sporym znaczeniu handlowym, gdyż większość handlu morskiego odbywała się właśnie dzięki jej dokom, redom i nabrzeżom. Jedyna kwestia jaka pozostawała do rozwiązania to zakup konia dla Margot. Sarah zasugerowała raczej kucyka czym wywoła pąs na twarzy kompanki i perlisty śmiech Wolfa. Postanowili w mieście przenocować i ruszyć dopiero z rana. Dziewczyny udało się na wcześniejszy spoczynek a Frank poszedł na spacer podczas którego liczył na załatwienie koniecznych sprawunków. Ściemniało się już ale uliczne latarnie gazowe zapalane właśnie przez odzianych na czarno dżentelmenów zapewniały dobrą widoczność. Wiosenne wieczory jeszcze nieco ziębiły ale raczej rześko niż nachalnie. Zaczerpnął od jednego z latarników wiedzy o lokalizacji najbliższej stajni lub targu końskiego i ruszył dziarsko przed siebie. Stajenni z pierwszej stajni zrugali go rzetelnie za zakłócanie ich spokoju w nocy. W kolejnej poproszono go o przyjście koło południa ale w kolejnej miał za to więcej szczęścia. Zagadnięty chłopiec stajenny biegiem udał się po swego przełożonego a ten dość usłużnie zapewnił o chęci pomocy. Koni które były wystawione na sprzedaż miał sporo. Ale z posiadanym budżetem w lokalnej walucie faktycznie mogło się skończyć na kucyku lub ośle. Na szczęście sprzedawca był człowiekiem biznesu który dobrze wiedział że pieniądz nie ma kraju i zgodził się przyjąć korony Sunnysvard oraz trzy zimowe futrzane płaszcze po które Wolf musiał cofnąć się do juków pozostawiony w stajni gospody w której mieszkali. Ekwiwalentem okazała się być niska ale przyjemnie dla oka zbudowana jabłkowita klacz z mało wyszukanym oprzyrządowaniem.
Wolf nigdy nie lubił specjalnie koni i nie sądził aby uległo to zmianie ale póki co na świecie nie funkcjonował w powszechnym użyciu środek transportu dający większą niezależność i mobilność.
