Dagerotypy z piekła - Hubert „Hunter” Gruszczyński - ebook

Dagerotypy z piekła ebook

Hubert „Hunter” Gruszczyński

4,4

Opis

Wojna skończona, lecz zło dalej zalega na polnych drogach.

Frank Wolf i Marta „Hexe” Marvel – doświadczeni tropiciele ze wspólną rewolucyjną przeszłością – rozpoczynają nowe śledztwo. Sprawa dotyczy legendarnych artefaktów, dzienników sprzed wieków i ukrytych tajemnic, które mogą odmienić losy całych regionów. W wędrówce przez zdradliwe lasy, zatłoczone gościńce i gęste od parowców rzeki pomiędzy dwojgiem rodzi się silna, choć niełatwa więź. A każdy ruch w świecie Nullius Ager jest śledzony przez niewidzialne oczy wrogów. Czy Frank i Marta zdołają zapanować nad wzburzonymi emocjami i podołać misji?

Pierwsza część dylogii „Twierdza Krańca Świata”, która opisuje dalsze przygody bohaterów serii „Wielki układ”.

Twierdza Krańca Świata

W uniwersum Świata Etheru pod płaszczykiem powojennej ciszy trwają mroczne eksperymenty i plenią się rewolucyjne idee. Frank Wolf, Marta „Hexe” Marvel i Margot Adler muszą zmierzyć się z tajemnicami Twierdzy Daron, etherowymi artefaktami oraz przeszłością, o której woleliby zapomnieć. Dylogia „Twierdza Krańca Świata” to rzecz o wyborach silniejszych niż strach oraz relacjach hartowanych w ogniu.

Hubert „Hunter” Gruszczyński – sam o sobie zwykł mawiać, iż jest człowiekiem renesansu. Z wykształcenia hotelarz, masażysta, instruktor samoobrony i survivalu, ale przede wszystkim wychowawca młodzieży. Na co dzień łączy swoją pracę z działalnością charytatywną oraz w grupach rekonstrukcyjnych i paramilitarnych. Ośmiokrotnie odznaczony za swoją działalność, w tym odznaczeniami państwowymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 357

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (10 ocen)
6
3
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tiitek1

Z braku laku…

Próbowałam, naprawdę próbowałam. Pokonał mnie brak korekty składni i interpunkcji. Wątek i bohaterowie są w porządku, to strona techniczna sprawiła, że rozbolały mnie oczy.
00
AnnaTrz

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytana 1 sierpnia 2026 i tyle. Nie zauroczyła mnie😔
00



Hubert „Hunter” Gruszczyński

Dagerotypy z piekła

Saga

Dagerotypy z piekła

Zdjęcia na okładce: Shutterstock, Midjourney

Copyright © 2026, 2026 Hubert „Hunter” Gruszczyński i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727331331

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Dedykuję wszystkim moim wychowankom i podopiecznym, z którymi pokrętne koleje losu splotły mój żywot.

Prolog. Opowieść weterana.

Mówi się, że każda szanująca się opowieść ma swój początek, zawiązanie akcji, jej rozwinięcie i wielki, spektakularny finał na końcu. No i oczywiście bohaterów. Bohaterowie są bardzo ważni. Jeśli nie najważniejsi. Cóż.. Opowiem wam więc szanującą się historię z grupy tych naprawdę porządnych.

Naszych bohaterów przedstawię wam przez pryzmat zdarzeń w jakich uczestniczyli, ale nie po kolei. Albowiem psułoby wam to, kochani mili moi, całą zabawę. Wystarczy wam wiedzieć, że z nikogo stali się kimś, aby z wyżyn spaść na samo dno i z dna poderwać się do lotu feniksa, który zapalił świat. Najistotniejsze jednak jest tym razem nie to co przeszli, ale gdzie ich to zaprowadziło. A musicie wiedzieć, że zaprawdę wysoko zaszli. Na sam szczyt szczytów. Tam gdzie oczy wszystkich są zwrócone, a prasa już wyczekuje z kamerami do dagerotypii czekając na każdy ruch. Pytacie co to za miejsce. A na coście się gapili w południe jak murgrabia kazał oćwiczyć szewskiego terminatora za kradzież gorzałki ze składu?

Ano właśnie. Na szafot. To strasznie wysoka konstrukcja, nieprawdaż?

A więc pod sam szafot zawiodło ich życie i obcowanie z największymi. A działo się to pamiętnego roku zakończenia wielkiej wojny, przez historyków zwanej Wojną Zdrajców lub zwyczajnie Wielkim Układem. Wiele wtedy szafotów spłynęło krwią, a i niejedno drzewo zamieniło liście na kości. Nie każdy jednak wie, że często nie była to krew zdrajców tylko bohaterów. Cichych wojowników o wolność zwykłego szarego człowieka, którzy swe życie położyli na stosie, od którego zapłonął świat i na którym spłonęli niegodziwcy. Jeśli będziecie tak mili i ktoś skoczy do szynkarza po kufelek czegoś chłodnego i pienistego na zwilżenie warg, opowiem wam dalsze losy tych nielicznych dzieci rewolucji, których matka wolność nie pożarła w pierwszych dniach odrodzenia. Mam opowiadać dalej? Siadajcie więc bliżej kominka, bo stare kości kombatanta dają się we znaki reumatyzmem i innymi bólami. Ponoć nie ma nic bardziej pierwotnego dla ludzkości jak siedzenie przy ogniu i snucie opowieści. Dokładajcie więc do ognia i dolewajcie do kufla, a poranna zorza wzejdzie szybciej niż byście chcieli.

Ciąg dalszy

Ponoć przysłowia są mądrością narodów. Dobrym przykładem na poparcie tej tezy jest stare ludowe porzekadło mówiące, iż „kac morderca nie zna serca”. Właśnie owa mądrość była pierwszą rzeczą jaka nasunęła się na myśl dochodzącemu do siebie Frankowi Wolfowi. Ostatni rok był bardzo trudny, a lato roku pięćsetnego według rachuby kalendarza wolności nie należało do łatwych, choć z innych względów. Stracili wiele, w tym bezpowrotnie dwoje najlepszych przyjaciół i czas jaki brutalnie odebrały im służby dochodzeniowe Imperium Ravenclowd i trybunału wojennego w Monserat.

Minął tydzień od sfinalizowanego na szafocie polowania na czarownice. Niby rozumiał, że to w sumie była decyzja jego przyjaciół i że na stracenie poszli na własne życzenie. Niemniej jednak odczuwał jakiś taki wewnętrzy, swoisty bunt i zarazem żal do świata.

Męczące go odwodnienie, niesmak w ustach jakby zdechło tam małe futerkowe zwierzątko i upiorny ból głowy jakie go teraz męczyły nie były efektem picia z żalu, ale pożegnalnego rautu wyprawionego przez ich przyjaciela Ankę za pomyślność przedsięwzięcia jakiego mieli się zamiar podjąć wraz z Martą Marvel, znaną szerszej publiczności jako Hexe lub zwyczajne Jędza. Anka był ich przyjacielem jeszcze z dawnych burzliwych czasów. Frank znał go słabo, ale Marta wydawała się być z olbrzymem o rysach twarzy patentowanego idioty w dobrej komitywie. Anka poza mniej legalnymi biznesami, którymi się parał, był również właścicielem całkiem legalnego baru i zarazem zamtuza o szlachetnej nazwie „Pod szkarłatną gilotyną” ulokowanego w Imperze, dawnej stolicy, a obecnie jednym z najwspanialszych miast Imperium.

Skromna, ale suto zakrapiana uroczystość miała być miłym zakończeniem wielodniowych przygotowań do długiej wyprawy. I była. Z tego co Frank pamiętał. Zdobył się w końcu na graniczącą z brawurą odwagę i powoli otworzył oczy. Na szczęście w pomieszczeniu było w miarę ciemno, więc powrót do świata żywych nie wiązał się kolejnymi bolesnymi doznaniami. Czuł jakby ściany i podłoga delikatnie drgały i jakby podskakiwały. Miał za sobą kilka ciężkich popijaw, ale takie objawy były nowością. Nie kojarzył też za bardzo pomieszczenia, w którym się znajdował. Był to zapewne jakiś składzik podręczny czy inny klaustrofobiczny magazyn. Poza siennikiem, na którym leżał, stały tu również jakieś beczki i skrzynki.

Delikatnie i jakby z pewna dozą nieśmiałości połączonej ze zgrozą uniósł koc którym był nakryty. Tak jak podejrzewał. Król był nagi. Zawijając się kocem jak tuniką zaczął, podpierając się na skrzynkach i ścianie, powoli pionizować swoją postawę. Było to trudniejsze niż zakładał, gdyż dosłownie czuł jak wszystko lekko się kołysze. Nagle jedna ze ścian rozwarła się dokładnie na wysokości jego wzroku i jego oczom ukazała się wesoła i rozpromieniona twarz Marty.

- O, patrzcie państw kto się raczył obudzić? - zauważyła szczęśliwa jak skowronek.

- Średnio u mnie z religijnością, ale jeśli jest w tobie odrobina litości, to zaklinam cię na bogów, kobieto, byś ściszyła głos - stwierdził przełamując odruch wymiotny. Po chwili zastanowienia dodał już nieco bardziej spolegliwie - nie wiesz może gdzie znajdę moją odzież?

- Mam ją tutaj - zniknęła na chwilę w okienku odsłaniając gwieździste niebo leniwie przesuwające się w tle. Nim pojawiła się ponownie, najpierw przez okienko wleciała kupka równo, elegancko złożonych ubrań Wolfa. Dziewczyna widząc, że Frank wyczekuje na chwilę sam na sam ze swoim upokarzającym położeniem, puściła do niego oczko i zasunęła za sobą drewnianą płytę zasłaniając okienko.

Nim okienko odsłoniło się ponownie, Frank zdążył już uporać się z bielizną, flanelowa koszulą i spodniami mundurowymi, które zwykł nosić na co dzień. Kończył właśnie sznurować wysokie, podkute wojskowe trzewiki, gdy przez okienko Marta wrzuciła mu jeszcze jego skórzaną kurtkę i pas z koalicyjką obciążony kaburą rewolweru.

Już w trakcie ubierania się zdążył zorientować się w popełnionym wcześniej błędzie. Zaspany jeszcze wziął wnętrze dużej pozbawionej okien kibitki za schowek, a kołysanie się wozu za objaw kaca. Teraz go to bawiło, tym bardziej że jeszcze kilka minut wcześniej było dość niepokojące. Wszedł na skrzynię i przecisnąwszy się przez okienko wdrapał na kozła, gdzie oprócz Marty siedział również woźnica o aparycji debila. Rozejrzał się i szybko jego wzrok namierzył dwa osiodłane luzaki uwiązane za ogromną bryłą ciągniętego przez sześć koni pojazdu.

- Witam panicza - zaczął woźnica. Uniósł podarty jak siedem nieszczęść kapelusz i skłaniając grzecznie acz nie służalczo swój pokryty rzadkimi włosami czerep.

- A witam, witam - ucałował Martę w policzek dodając - Ciebie również moja droga.

- Piwa? - spytała Marta i nie uzyskawszy jeszcze odpowiedzi zanurkowała w przepastnym bagażniku w formie sporego wiklinowego kosza tuż za kozłem. Jak Wolf zauważył, była tam również reszta ich bagaży, a więc dwa plecaki i sakwy. A wszystko szczelnie otulone jego skórzanym płaszczem.

- Piwa i pacierza nie odmawiam, jak zwykł mawiać mój ojciec. - powiedział ze szczerym uśmiechem na twarzy przyjmując z jej rąk emaliowany kubek, do którego nalała mu ze stojącej z tyłu stągwi. - Nie mogliśmy jak ludzie poczekać, aż się wyśpimy i zjemy śniadanie?

- Nie mogłam się już doczekać - stwierdziła wciągając rześkie, nocne powietrze nosem. - Nie mogłam się doczekać szlaku, przygód i przede wszystkim przestrzeni, której przez tak długi czas byłam pozbawiona.

Widać było, że cieszyła się jak małe dziecko na wiadomość o wycieczce do dziadków na święta. Frank w duchu podziękował wszystkim znanym bóstwom, iż pobyt w więzieniu i ostatnie dość tragiczne wydarzenia nie zgasiły w jej fiołkowych oczach tego płomienia, który w nich się jarzył kiedy się poznali. Sam odsiedział swoje, więc wiedział jak mało kto, jak zakratowana cela potrafi zniszczyć w człowieku wszystko co piękne. Ale jej los, jak widać, tego oszczędził.

Na szlak wyruszyła w stroju, który zwykła zwać służbowym, a więc w czarnych leginsach z delikatnej lekko błyszczącej w świetle księżyca skórki, białej bluzki lekko skrytej pod czarną kurtką z kapturem. Przepasała się swoim posiadającym milion kieszeni pasem, a na nogach miała prezent od jednej z dziewcząt Anki, brązowe buty z miękkiej łosiowej skóry. Niezmiennie nosiła też pozbawione palców rękawiczki.

Wraz z dużym łykiem pienistej, lekko chłodnej cieczy Wolf poczuł, jak wlewają się w niego optymizm i siły witalne. Rozparł się więc wygodnie na koźle i kontemplował w duchu piękno nocy. Marta wyjaśniła mu jeszcze raz dokładnie, iż w trakcie towarzyskiej popijawy u Anki, gdy Frank zaczynał powoli tracić kontakt z rzeczywistością, najzwyczajniej w świecie zaczęła czuć głód przygody. Nie zwlekając nadto znalazła na poczekaniu powiązanego z ich przyjacielem finansowo woźnicę, który jechał w mniej więcej tym samym co oni kierunku. Wolfa załadowała na wóz i ruszyli. Nie kwapiła się natomiast jakoś przesadnie z wyjaśnieniami, dlaczego obudził się nagi. Głupkowato się tylko uśmiechał, więc dla własnego psychicznego zdrowia nie naciskał.

Cała wyprawa to był jej plan. Po tym jak doprowadzili do zawarcia pokoju i rozpoczął się proces rewolucjonistów przed międzynarodowym trybunałem, jego dość szybko zwolniono, jednak ona swoje odsiedziała. Wielokrotnie zaznaczała, że była w zasadzie gościem i to trzymanym w dość komfortowych, aby nie powiedzieć eleganckich warunkach. Nie zmieniało to faktu, że dla wolnego ptaka jakim była, klatka choćby była wykonana ze złota i szlachetnych kamieni, zawsze pozostawała jednak klatką. Ale nie próżnowała. Tym bardziej, iż w miejscu internowania udało jej się zachować swoje rzeczy osobiste, w tej liczbie również niewielki oprawiony w skórę tomik.

Był to dziennik napisany przed przeszło stu laty przez nijakiego Basila Hallwarda i noszący tytuł „Dagerotypy z piekła, czyli mój dziennik”. Widać było po jakości i szczegółowości tekstu, że autor nie planował opisów swych podróży publikować. Tekst, o czym Wolf się przekonał dobitnie, był dość techniczny i często wręcz toporny. W wielu fragmentach autor stosował nie zrozumiałe porównania i alegorie, a czasami wręcz szyfrował tekst lub jego fragmenty. Jeśli zaś szło o treść dziennika, to opisywał on trwającą blisko dwa lata podróż pana Hallwarda z owianej legendami, niemal mitycznej górskiej twierdzy przez kontynent i powrót autora do miejsca, z którego wyruszył.

W posiadanie dziennika Marta weszła, gdy wspólnie dokonali przed laty włamania do tajnego skarbca służb wywiadowczych na wyspie Petra. Wolf słyszał jeszcze podczas służby wojskowej o owej owianej tajemnicą fortyfikacji. Jej historia zaczynała się ponoć jeszcze w mrocznych latach i przez ostatnie milenia co i rusz przewijała się w opowieściach podróżników oraz poszukiwaczy przygód. Jak się okazało, Marta jeszcze w bidulu czytała o Twierdzy Daron i to właśnie ona stała się dla niej swoistą pasją i poniekąd ukierunkowała jej dalsze losy.

Hexe była tak miła i uzupełniła wiedzę Wolfa o fakty, iż w kilku wersjach legendy przewija się postać Hallwarda, często w dość mistycznym i niemal magicznym kontekście. Według starszych i bardziej szczegółowych wersji legendy, Basil miał być opiekunem twierdzy i jej rezydentem, a skrywana przez starożytny fort tajemnica miała zapewniać swemu jedynemu mieszkańcowi nieśmiertelność. Twierdza sama w sobie miała być według podań stolicą czy też pałacem gromowładnych władców świata i zapewniać magiczną protekcję przed siłami zła, ponoć jeszcze setki lat przed nastaniem Mrocznych Wieków. Podobno to właśnie przez nieudolność panujących na niej królów, siły zła niemal zniszczyły świat. Dlatego też niemal dwa tysiące lat temu, gdy świat się odrodził, próbowano Daron bezskutecznie wysadzić. Ostatecznie porzucono i skazano na zapomnienie.

Magia u zarania ery była jeszcze w powijakach, więc unicestwienie murów warowni nie było możliwe za jej pośrednictwem. Podobno zresztą około roku pięćsetnego, według rachuby kalendarza słońca, w kierunku Twierdzy odbyło się kilka wspieranych przez Pisarzy i Szeptunów ekspedycji. Większość nie powróciła, a ci którzy przeżyli wyprawę, opowiadali niestworzone historie, a ostatecznie zapadali na tajemniczą chorobę i umierali w męczarniach. Szybko więc istniejąca jeszcze podówczas Rada Magii zakazała dalszej eksploracji, a lokalizację góry Yenne wymazano z map i annałów. Tak oto historia stała się legendą, a ta z kolei bajką dla dzieci.

Tego co Marta przez lata krzewienia swojej małej i głęboko skrywanej pasji zdołała się dowiedzieć, istnienie Twierdzy było faktem to raz, wszelkie dokumenty na jej temat zostały zniszczone lub dobrze ukryte to dwa, a trzy to, że gdzieś na świecie istniał dziennik człowieka, który w Twierdzy był co najmniej raz. Więc gdy w czasie pospiesznego szabrowania skarbca zauważyła w gablotce mały tomik ze złoconymi literami na skórzanej okładce, nie mogła się powstrzymać. Dokument wyglądał na oryginalny i wiele wskazywało na to, że faktycznie taki był. Zakładała natomiast, iż zbieżność nazwiska autora z mityczną postacią jest przypadkowa albo, co wydawało się być bardziej prawdopodobne, jest to nie nazwisko, tylko pseudonim.

Co do samej Twierdzy, to Marvel nie specjalnie liczyła na góry złota i diamentów, ale może natrafiliby tam na jakieś artefakty związane ze starożytnymi, niemal przedhistorycznymi czasami. Choć Wolf podejrzewał, że sam fakt odnalezienia miejsca będącego jeszcze dziecinną pasja i marzeniem jego przyjaciółki, byłby dla niej największą nagrodą samą w sobie.

Dlaczego z nią wyruszał?

Bo ją lubił.

Może więcej niż lubił. No i nie miał specjalnie nic lepszego do roboty, a tutaj zapowiadała się dobra zabawa w poszukiwanie skarbu. Kto by odmówił? Czy może raczej: kto przy zdrowych zmysłach by odmówił? Na szczęście jak głosiła obiegowa opinia, Frank Wolf był daleki od zdrowia psychicznego.

Autor dziennika już na samym początku dość otwarcie podaje koordynaty Twierdzy, ale czyni to jakimś dziwnym kodem, którego za nic nie udało się złamać pomimo najszczerszych chęci. Dalsze opisy podróży są dość enigmatyczne, aż autor nie dotarł na obszary, których nazewnictwo przez ostatnie dwanaście dekad się nie zmieniło. Większość kontynentu w międzyczasie była niszczona wojną lub zmianami ustrojowymi, ale Monserat zawsze było jakoś na obrzeżach wydarzeń tego typu, ku ogólnemu zdziwieniu, a z czasem dumie mieszkańców, zachowując neutralność i jednocześnie zyskując na znaczeniu.

Dziennik był uzupełniony o liczne, dość dobrze zachowane dagerotypy, co na dodatek mogło okazać się dość pomocne. Większość przedstawiała krajobrazy lub budynki, ale na kilku był jakiś mężczyzna. Zawsze ten sam, a więc zapewne autor. Pozował zazwyczaj z grupką ludzi i stojącym na sztaludze obrazem. Obraz zazwyczaj przedstawiały krajobrazy lub budynki. Raptem na jednym czy dwóch były przedstawione osoby.

Pierwszym punktem na ich metaforycznej mapie skarbów była więc leżąca na wschodzie Monserat Tilia. Dlaczego akurat ona? Otóż powodów było kilka. Miejscowość została wymieniona w dzienniku z nazwy, co w skali całego dokumentu jest dużą rzadkością. Nie bez znaczenia jest również fakt, iż artystyczna dusza Marty Marvel rozpoznała na jednym z dagerotypów kolekcję sztuki właśnie z owej miejscowości. Jak się wydawało, słynna złodziejka dzieł sztuki co najmniej raz już zresztą w mieszczącym ową kolekcję pałacu była. I choć nie chciała się przyznać, Wolf był pewien, że ją skroiła z jakiegoś obrazu.

Droga przed nimi co prawda była długa i zapewne z czasem miała szanse okazać się żmudną, ale przynajmniej nie mieli żadnego ogona i w świetle prawa nikt nie miał podstaw ich ścigać, tudzież próbować pozbawić życia lub wolności. Mogły jeszcze zaistnieć zdarzenia losowe. Jednak mogły one zajść nawet jakby siedzieli na tyłkach w jakiejś wiejskiej posiadłości umierając z nudów. W tych czasach nigdy nie było wiadomo czy zza najbliższego krzaka nie wyskoczy grupa rozbójników albo czy poblask światła na sąsiednim wzgórzu to zbita butelka, a nie na przykład leżący w zasadzce Strzelec na Kwiczoły. Jakby człowiek we wszystkim dopatrywał się zagrożenia, to by oszalał.

Jakiś czas zmuszeni byli do ciągłej ucieczki i jedno czego Wolf był pewny, to tego, że więcej tak nie chce.

Wóz toczył się drogą pod pewnym i doświadczony kierownictwem woźnicy. Noc była piękna.

Wóz toczył się drogą nie dalej jak dwieście metrów od ich kryjówki. Całą trójkę jego pasażerów w bladym poblasku tej dość jasnej księżycowej nocy widać było jak na dłoni przez obiektyw lunety karabinu wyborowego. Clara poprawiła chwyt broni i obserwowała. Tuż obok leżał jej kolega z lornetką, dowodzący akcją detektyw Kristofer. Oboje pracowali od lat w Agencji Detektywistycznej Caaningtona. Zadania przeważnie polegały na chwytaniu i doprowadzaniu przed oblicze prawa ściganych na mocy listów gończych zbiegów czy kryminalistów. W czasie wojny przydzielano ich głównie do konwojowania poczty i transportów bankowych lub nieco rzadziej do łapania dezerterów.

Obserwowane cele nie były jednak dezerterami, ani nie ciążyły na nich już żadne zarzuty. Ludzie powiązani z Powiernikiem Społecznym zlecili Agencji dyskretne śledzenie celów i upewnienie się, że nie wpakują się w żadną kabałę. Mówiąc krótko, acz treściwie, z wysokiej klasy tropicieli zrobiono pospolite niańki. Ale jak mówiono na wsi „pies pilnujący pustego obejścia też może być fachowcem w swoim fachu”. Pilnowali więc celów. Najpierw przez niemal tydzień w Imperze, gdzie przesiadywali głównie „Pod szkarłatną gilotyna”, a teraz w końcu ich dogonili po tym jak tamci w środku nocy dość niespodzianie, wprost z wesołej popijawy ruszyli na szlak.

Clara miała też swoje własne indywidualne wytyczne na nieco inne zlecenie. Jednak to już była zupełnie inna kwestia.

Miłe acz powolne i nudne warunki podróży na kibitce musieli porzucić już po nieco ponad dwóch dniach, kiedy to duży ciężki wóz przykuł uwagę niewłaściwych ludzi. Jechali właśnie przez bezdroża Dystryktu Inundant raptem dzień drogi od stolicy regionu Kopaczi. Dzień minął spokojnie i aż do wieczora wszystko wskazywało na to, że najbardziej dynamicznym zdarzeniem dnia będzie to, że koń obździł sobie pęciny robiąc w marszu kupę. Aż tu nagle ściana lasu na wprost przed nimi i nieco po lewej zakwitła salwa wystrzałów, która podniosła przeraźliwe rżenie koni. Pierwsze dwa zwaliły się jak rażone piorunem unieruchamiając pozostałą czwórkę w potencjalnie śmiertelnym potrzasku.

Wolf, nie czekając aż ukryty w lesie przeciwnik przeładuje, zeskoczył z wozu na ziemię i ukrył się w przydrożnym rowie. Kątem oka zarejestrował jak Hexe zeskoczywszy na ziemię biegnie na tył kibitki i otwarłszy drzwi skrywa się w jej wnętrzu. Frank miał już w dłoni swój długolufowy odziedziczony po Majorze Huncie rewolwer, gdy dziewczyna wyskoczyła z wozu dzierżąc w dłoniach płócienny pokrowiec, w którym skryty był również spadkowy karabin samopowtarzalny. Dał jej ręką znać o swoim położeniu i zaraz tego pożałował, bo ściągnął na siebie ogień wroga.

Gdy leżeli już ramię w ramię, wydobył karabin i zaczął przez optykę szukać celów. Napastnicy odczekali chwilę czy coś się stanie, po czym zaczęli ostrożnie wyłazić zza drzew. Spanikowane konie wyplątały jakoś kopyta i ciągnąc martwych towarzyszy, powoli ale nieustępliwie zaczęły tańczyć ruszając wozem, aż w końcu zwaliły go do przeciwległego rowu. Ułamany dyszel przestał je ograniczać, więc wyrwały się na wolność i pognały zostawiając za sobą wrak powozu oraz trupy towarzyszy. Obalony wóz okazał się doskonałą osłoną zza której w końcu Frankowi udało się przejąć inicjatywę.

Wiedzieli już że napastników było pięcioro. Czterech rosłych młodzieńców i znacznie starsza od nich kobieta, zapewne matka. Pierwszych dwóch, którzy byli najbliżej Wolf zdjął niemal bez celowania z rewolweru. Kolejnego w dwóch strzałach. Również wtedy kobieta rzuciła broń i z wrzaskiem rzuciła się ku ciałom pierwszych poległych wchodząc w zasięg małokalibrowego, krótkiego tłumionego rewolweru, zwanego Czyścioszkiem, jakim posługiwała się Marta. Ostatni z rodzeństwa widząc, że przegrali, wziął nogi za pas. Jednak dogoniła go kula z Kronsteina Groma, z którego wypalił w końcu Wolf trafiając bezbłędnie w środek pleców.

Jak się okazało, woźnica zginął od pierwszej salwy. Podobnie jak dwa konie. Ciał przeciwników nie sprawdzali, bo nie widzieli w tym większego sensu. Zapewne jakieś miejscowe obdartusy szukały zarobku. Wóz był stracony podobnie jak konie zaprzęgowe. Ich własne wierzchowce wróciły same po kwadransie na gwizdanie Wolfa.

Pochowali więc woźnicę, zabrali z wozu swoje rzeczy i upewniwszy się, że nie ma tam już nic cennego, ruszyli dalej. Wstępnie planowali zanocować w okolicy, ale jakoś stracili chęć na sen. Konie dalszą podróż powitały z ulgą i radośnie wręcz rwały się do kłusu.

Był wczesny ranek, gdy dotarli do miasta. Zajście zgłosili jeszcze przy bramie miejskiej pierwszemu napotkanemu patrolowi. Ku swemu zdziwieniu strażnicy miejscy nie dość, że nie zignorowali tematu, to jeszcze zaraz wysłali patrol. Tajemnicę takiej gorliwości wyjaśnił im szybko karczmarz, który przysłuchiwał się ich rozmowie przy trotuarze. Jak dowodził minął niespełna rok od wojny trwającej ponad pięć lat. A tak naprawdę to przeszło dwie dekady, nie licząc krótkiego okresu pokoju między dwoma dużymi konfliktami. Miasta i wsie wyludniły się z młodych mężczyzn, a żyć jakoś trzeba było. Przez ten cały okres ludność nauczyła się żyć w miarę normalnie. Teraz natomiast tylko patrzeć, jak zaczną do domów wracać objęci demobilizacją wojacy. Większość zasili zapewne szeregi robotniczych i chłopskich hufców pracy lub znajdzie zatrudnienie w sektorze przemysłowym lub agrarnym. Ale wojsko opuści też wielu oficerów i podoficerów, którzy będą szukać pracy i to najpewniej właśnie w służbach mundurowych. Każdy więc strażnik miejski z bożej łaski zaczął się zastanawiać nad tym czy aby na pewno odwracanie wzroku jak się widzi niegodziwość i zło jest najlepszym pomysłem na karierę zawodową. Okazało się po raz kolejny, że konkurencja rodzi rzetelność nawet w tej branży.

W mieście nie zabawili długo. Zapasów specjalnie uzupełniać nie musieli, żyć nie była jeszcze nazbyt obolała od siodła, a i podróż wozem przy piwie niespecjalnie ich zmęczyła. Samo Kopaczi również nie zachęcało do dłuższego popasu. Było typowym przemysłowym miastem pogranicza, pełnym szarych ludzi zajętych swoim szarym życiem.

Dalej ruszyli na południe Dystryktem Dąbrowskim szybko uzmysławiając sobie, że dąbrowy ma on nie tylko w nazwie. Majestat rozległych, gęstych i nieco mrocznych borów dębowych szybko przestał cieszyć oko a zaczął ziębić tyłek na popasach. Szybko też zatęsknili za cywilizacją. Wolf osobiście sądził, że to tylko taki swoisty okres przejściowy i zwyczajnie musieli po roku dostępu do ciepłego łóżka i bieżącej wody na powrót przyzwyczaić się do trudów szlaku. Jak się okazało nie tylko on miał takie refleksje.

Na jednym z postojów pod gęstą koroną drzewa, które za pewne było już stare, gdy Basil piał swoje memuary, Marta postanowiła uprzyjemnić Frankowi i sobie wieczór lekturą owego dziennika

- Słuchaj tego! - wzięła głęboki wdech i zaczęła czytać miłym dla ucha melodyjnym głosem. - „Od wieków nie opuszczałem swego domu. Minęły też stulecia, odkąd miałem gości. Ostatnim razem, jak Twierdza została bez opieki, po powrocie zastałem ją zdewastowaną jakby ktoś próbował ją wysadzić w powietrze, co nie nastrajało mnie zbytnio do wojaży. Na moje szczęście skarbiec wtedy ocalał. Ba! Zapewne nawet rabusie go nie znaleźli. Tym razem moje precjoza wziąłem i podzieliłem na dwie równe, w pełni samodzielnie funkcjonalne części, z których jedną wziąłem ze sobą, a druga została w Skarbcu. Jadę już od dobrych kilku dni i naszła mnie zabawna refleksja nad warunkami w jakich żyłem od wojny. Najpierw tułaczka, potem Twierdza. Zazwyczaj samotność przerywana rzadkimi momentami współżycia z drugim człowiekiem. Teraz gdy leżę pod drzewem, które może być moim równolatkiem, bo starsze nie jest na pewno, zaczynam odczuwać niebotyczną radość przestrzeni. Zawsze sądziłem, że bóg mnie pokarał. Jednak teraz sądzę, że zwyczajnie dał mi szansę i uczynił świadkiem. Nie chcę być też już dłużej sam. Chyba popełnię kolejne bluźnierstwo i stworzę w Twierdzy społeczność. Chyba pora być znowu człowiekiem dla człowieka. Choćby nawet miało to boleć jak zwykle bolało.”

- Radość przestrzeni, powiadasz - Wolf zamyślił się na chwilę leżąc na derce z rękoma zaplecionymi pod głową. – Ma sens. Całkiem niegłupie stwierdzenie.

- A więc jeszcze jedna ciekawostka na dobranoc - stwierdziła chowając książkę w jednej z kieszeni swego pasa leżącego koło reszty bagaży. - W całym dzienniku nazwa Daron nie pada ani razu, a nazwa góry pojawia się jedynie na dagerotypie opisanym na odwrocie jako „Mój dom, Moja Twierdza”.

- Zanim schowasz książkę pokaż to zdjęcie - poprosił Wolf i już po kilku sekundach trzymał w ręku zniszczony i ledwo już czytelny obrazek wielkości dłoni. Widniał na nim duży kamień, czy może raczej należałoby powiedzieć głaz, przed którym stała grupa kilkunastu osób. Po lewej stronie widniała bardzo schematyczna podobizna drapieżnego ptaka w postawie heraldycznej z wpisaną gwiazdą pięcioramienną. Po prawej zaś stronie fragment napisu, który należało tłumaczyć jako Góra Yenne w jednym z antycznych języków. Ewidentnie kiedyś było tam napisane coś więcej. Jednakowoż widać było, że w momencie dagerotypii głaz już miał za sobą ciężkie przejścia, a i sam dagerotyp już niejedno wycierpiał.

Hexe wskazała mu palcem mężczyznę na drugim planie i wyjaśniła, że to właśnie mityczny autor dziennika. Ciekawym było zobaczyć choćby i tylko na obrazku, ale jednak osobę znaną z legend w miejscu z bajek dla dzieci. Wolf nie należał do osób, które łatwo zdziwić, więc i tym razem zaskoczony nie był. Raczej się zastanawiał. I w tym zamyśleniu złożył się wygodnie na spoczynek.

Spał niezbyt dobrze, gdyż w snach miał przebłyski z dawnego życia w innym świecie i czasie. Nie wspomniał o tym Marcie, gdyż obawiał się, że uzna ona, iż do reszty oszalał i umieści go w najbliższym azylu w pokoju bez klamek. Przywykł do łatki szaleńca, choć było mu nieco przykro, bo w sumie wiedział co wiedział i tylko nie miał szans tego udowodnić w żaden sposób.

Rano nie zwijali jednak obozu, gdyż Wolf poprosił o nieco dłuższy postój. Miał ochotę na świeże mięso i postanowił zapolować. Niestety niepowodzenia zraziły go i chwilę po tym jak słońce stanęło w zenicie ruszyli w dalszą podróż na południe. Gościniec był zadbany i widać było że wynikało to nie tylko ze starannego wykonania zapewne wieki temu, ale i z sumiennej konserwacji. Kamienie z jakich był wykonany już dawno w wyniku eksploatacji wytarły się na płaskie płyty. Wyryły się też w nich dość już głębokie koleiny idealnie pasujące do standardowego rozstawu kół.

Kolein były dwie pary, po jednej w każdą stronę. Nigdy co prawda w legislacyjnej paranoi władz nie ustalano standardowego rozstawu kół wozów cywilnych. Takie wytyczne dotyczyły jedynie wojska. Jak się jednak szybko okazało, kolumny taborowe dostatecznie mocno wpływały na drogi ryjąc w nich koleiny, że wozy o rozstawie innym niż wojskowy łamały osie lub bujały tak niebotycznie, że nie dało się nimi podróżować. Wniosek był jeden i tak już zostało.

Dla Wolfa geograficzną ciekawostką był fakt, iż jak wiedział, szerokość kolein była różna dla Ravenclowd i jego strefy wpływów oraz dla Sunnysvard oraz ich popleczników. Zapewne celem utrudnienia wrogowi zaopatrzania własnych wojsk. Nullius Ager zatem zwyczajnie nie posiadała dróg o nawierzchni utwardzonej, a jej mieszkańcy bimbali na wszelkie standardy w tej materii. Utrzymanie głównych gościńców spoczywało w zakresie obowiązków samorządów lokalnych i na ten cel otrzymywały specjalny budżet ze skarbu państwa. Co ciekawe był to zapewne ewenement na skalę światową, że akurat te pieniądze dość rzadko były defraudowane. Jak podejrzewał Frank, zapewne politycy zorientowali się, że nie ma sensu kupować nowej poszóstnej karety jeśli nie będzie się miało gdzie nią jeździć.

Od niemal tygodnia nie spotkali na szlaku żywego ducha, acz tu nagle między dwiema przeprawami mostowymi natężenie wozów i pieszego luda zrobiło się tak znaczne, że dwoje konnych zostało zmuszonych do jazdy trawiastym poboczem, aby co i rusz na kogoś nie wpadać. Jak się okazało, większość osób podróżujących konno tak czyniła. Wozy jadące w obie strony pełne były dóbr wszelakich, co kazało sugerować, że to nie rekwizycja wojskowa czy pobór podatkowy tak ściągały ludzi, tylko jakiś lokalny targ. Jak się miało już niebawem okazać, nie mylili się w swoich przypuszczeniach.

Zajechali do małej osady nadrzecznej, która wyrosła wokół trzech starych murowanych zabudowań. Były to olbrzymi młyn wodny, karczma oraz magazyn portowy wyglądający nieco jak twierdza i zapewne w przeszłości pełniący funkcję przygranicznego fortu lub placówki mytniczej. Wokół tej starej zabudowy wyrosła cała wioska drewnianych domków, szop i bud. Na każdej bez mała widniał jakiś szyld czy malunek reklamujący możliwość zakupu, sprzedaży, wymiany lub zastawu wszelkiej maści towarów i usług często dość egzotycznych. Jak na przykład „sprzedaż i produkcja kół sterniczych” czy „dagerotypia z nagimi dziewczętami na poczekaniu” albo „rwanie zębów dziesięć groszy za godzinę prawie bezboleśnie”. Jechali stępa między zagrodami dla sprowadzonego na licytację bydła i owiec często zmuszani do trawersowania celem uniknięcia zderzenia z przechodniami, którzy szli w sposób mniej rozważny niż wyżej wymieniona rogacizna. Kierowali się na karczmę, ale układ uliczek zmuszał do kluczenia między straganami i składami dóbr wszelakich. Marta poczuła dziwne acz znajome i niezbyt przyjemne mrowienie w karku.

- Zauważyłeś? - spytała Wolfa zrównując wierzchowce.

- Tak, - odparł zapytany i szybko acz cicho kontynuował nie odwracając głowy i uśmiechając się do przechodniów - zauważyłem go jeszcze na gościńcu. Myślałem, że popadam w paranoję, ale jedzie za nami od blisko dwóch godzin stale zachowując dystans.

- Nie sądzisz, że to zbieg okoliczności? - Marta starała się uspokoić.

- Raczej zbieg z więzienia jeśli już. - Wolf próbował zachować pozory dobrego humoru, ale niespecjalnie było mu do śmiechu. Nie zdążyli jeszcze, jak podejrzewał, zaleźć nikomu za skórę, a więc to albo rabuś, czyli jednak zwykły zbieg okoliczności, albo ktoś z ich przeszłości, a to nie wróżyło najlepiej. Celem zdobycia pewności, że to jednak nie przypadek, zaczęli kluczyć dość losowo i absolutnie bez sensu częstokroć dublując dany odcinek trasy. Ich ogon w pewnym momencie odpuścił lub się zgubił, co na jedno wychodziło.

Gdy upewnili się, że nikt za nimi nie jedzie, podjechali do stajni przy karczmie i opłacili koniuszemu kilka marek ekstra za zajęcie się ich końmi jakby należały do samego Powiernika. Ze stajni do karczmy prowadziły bezpośrednie zwieńczone drzwiami schody. W środku było ludno ponad wszelkie wyobrażenie, co mogło tylko dobrze świadczyć o lokalu. Gdy dotarli do trotuaru i zapytali o nocleg okazało się, że wolny jest już tylko jeden alkierz przy głównej sali. Zgodzili się bez zastanowienia i targowania płacąc markę od głowy i trzy kolejne za obfity posiłek oraz łaźnię. Jak zaznaczył Wolf, na stole jak wrócą z łaźni ma być mięso tylu gatunków zwierząt, ile widzieli na targu.

Izba, którą wynajęli była niezbyt duża. Na środku stół otoczony z trzech stron czymś, co w założeniu miało chyba być wersalkami, ale tapicer wykonujący meble wersalkę widział jedynie na obrazku i to słabej jakości. Ponadto w rogu przy drzwiach stała toaletka z miską i dzbanem wody do mycia oraz ręcznik. Na każdej z wersalek leżał zwinięty koc oraz poduszka.

Alkierz był bezustannie zalewany dźwiękami dochodzącymi z głównej sali karczemnej i nie dziwiło, że była jedyną niewynajętą izbą w budynku. Ale był tu dach nad głową, względnie miękkie łóżko pod plecami i nie wiało. Zapowiadał się też suty posiłek, ale najpierw pierwsza od przeszło tygodnia ciepła kąpiel. W sumie to pierwsza kąpiel, jeśli nie liczyć tego, że raz solidnie zmokli i kilku sytuacji, gdzie nieco ochlapali się w strumieniu. Zostawili więc swoje sakwy oraz plecaki i poszli do łaźni wskazanej przez obsługę.

Panowie i damy nie tylko szatnie mieli oddzielne, ale i same łaźnie również. Marta zawinęła się ręcznikiem i plaskając bosymi stopami po mokrych płytach kamiennej posadzki najpierw wskoczyła trochę do głównego basenu, a potem wgramoliła się do wielkiej drewnianej balii pełnej aromatycznej gorącej wody, na której powierzchni unosiły się gałązki ziół i płatki kwiatów. Oparła głowę o krawędź i zanurzyła się w intelektualnej, błogiej nicości relaksu. Minął może kwadrans, a może wieczność, gdy poczuła na szyi drobne, delikatne dłonie ewidentnie należące do młodej kobiety. W pierwszym odruchu poddała się pieszczocie. Szybko jednak sama przywołała się do porządku, ale już zareagować nie zdążyła, gdyż poczuła na szyi wprawny chwyt pozwalający na szybkie skręcenie karku. Spodziewała się teraz najgorszego, ale nie nadchodziło. Poczuła natomiast na uchu ciepły oddech lekko pachnący miętą i anyżem.

- Mądraś, że się nie wyrywasz - stwierdziła dbająca o higienę jamy ustnej napastniczka. - Mam uniżoną suplikę o niepodejmowanie prób wyprowadzenia nas w pole. Wbrew pozorom nie jestem waszym wrogiem, ale nie ma się co łudzić nadzieją, bo nie jestem też przyjacielem. Traktujcie mnie jak coś oczywistego, bo inaczej ktoś może na tym bardzo ucierpieć.

Nim Marta Marvel zdążyła odpowiedzieć, poczuła jeszcze buziaka złożonego miękkimi ustami na policzku. A kiedy się odwróciła dziewczyny już nie było. Zlała się z tłumem w gęstej parze unoszącej się w kamiennych murach piwnicy. Cały relaks i wyluzowanie nagle prysły jak mydlana bańka na powierzchni wypełniającej balię wody. Hexe jednakowoż nie leciała od razu do przyjaciela z rewelacjami, tylko postanowiła mimo wszystko czerpać radość z chwili wypoczynku. Wiedziała, że dziewczyna ją obserwuje i nie chciała dawać jej dodatkowych powodów do czerpania z całego zdarzenia satysfakcji.

Gdy woda zaczynała stygnąć, wyszła z niej, opłukała się jeszcze pod pełniącym funkcję natrysku małym wodospadem lejącym się ze ściany, następnie wytarła się dokładnie i ubrała. Wolfa spotkała przed drzwiami do alkierza, z którego miło pachniało pieczystym i świeżym chlebem.

- Nie uwierzysz, jak ci powiem - zaczęła na powitanie, ale Wolf zastopował ją gestem dłoni.

- Po tej kąpieli uwierzę we wszystko. Wypocząłem, zrelaksowałem się i czuję, że mogę osiągnąć najbardziej nawet nierealne cele. - Zamilkł widząc jej minę i spochmurniał wysłuchawszy relacji.

Ucztując rozmawiali niemal szeptem co i rusz nasłuchując czy nie kręci się pod drzwiami ktoś zbyt ciekawski. Przeciwnik ostrzegł o swojej obecności i zaznaczył swoją pozycję względnie neutralnego obserwatora, ale nie zaatakował z bronią w ręku ani ich nie okradł. Warto było więc dalej trzymać się wcześniej ustalonego planu dbając jednocześnie bardziej o przechowywane materiały i artefakty związane z celem podróży oraz poszukiwań. Nawet jeśli przeciwnik był jedynie obserwatorem, to mógł tak tylko zapewnić, aby zmylić ich czujność lub mógł na coś czekać. Należało więc zachować nieco większą ostrożność.

Na noc zabarykadowali dokładnie drzwi. Byli tak zmęczeni, iż zasnęli niemal natychmiast, a gdy wstali słońce już było nad horyzontem i świeciło jasno prosto w okno ich pokoju, którego wieczorem nie zasłonili odzwyczajeni od prozy normalnego życia. Poranna higiena poczyniona została w znajdującej się na wyposażeniu alkierza misce. Za śniadanie posłużyły zimne już, ale dalej smakowite resztki z kolacji. Spakowali się i odebrawszy najedzone, napojone i wyczesane wierzchowce ze stajni ruszyli dalej.

Ruch był nie mniejszy niż dnia poprzedniego. W składzie traperskim uzupełnili mocno już uszczuplone zapasy sucharów i suszonej wołowiny. Zaopatrzeni, wypoczęci, zwarci i gotowi ruszyli najpierw w stronę portu rzecznego, a następie z biegiem rzeki w kierunku którego płynęła, a więc na południowy zachód. I ten trakt był dość mocno uczęszczany, ale już nie tak jak wczorajszy gościniec. Natomiast na rzece aż roiło się od tratw, łodzi parowych i żaglowych wszelkiej wielkości, kształtu oraz olbrzymich barek holowanych przez małe parowce. Gdy tylko na drodze nieco się przerzedziło i szybsza jazda przestała grozić rozjechaniem dzieciaka lub psa, puścili się w lekki galop zupełnie jakby chcieli oddalić się do swojej tajemniczej wielbicielki.

Fritz był strażnikiem pogranicza od niemal dwóch dekad i zawsze był dumny ze swoich wyników. Za punkt honoru wziął sobie szczelność granic i obronę mieszkańców państwa przed wszelkiej maści przemytnikami, szumowinami i rzezimieszkami jacy każdego dnia próbowali przekroczyć szlaban posterunku granicznego jaki zajmował. Jego pracę nieco ułatwiała lokalizacja posterunku w wąskim wąwozie na górskiej przełęczy. Szła tędy jedyna na rozpiętości dziesiątek kilometrów droga łącząca Nullius Ager z Monserat. Okolica była ekstremalnie niegościnna a szczyty i zbocza okolicznych gór zabójczo zdradzieckie.

Za jego największy atut przełożeni uważali dagerotypiczną pamięć. Co raz zobaczył zapamiętywał na długie miesiące, jak nie lata. Średnio raz na tydzień wraz z zaopatrzeniem powóz dowoził im również aktualną książkę z wykazem listów gończych oraz osób, które w kraju uzyskały status persona non grata, a tym samym nie można ich było przepuścić przez granicę. Od zakończenia wojny w książce znajdowało się również zawsze kilkanaście międzynarodowych listów gończych za dezerterami oraz tak zwane złote karty z podobiznami i nakazami aresztowania osób szczególnie poszukiwanych, a więc ściganych przez międzynarodowy trybunał do spraw zbrodni wojennych. Fritz miał na koncie już kilkanaście złotych i kilka międzynarodówek. Do awansu i wiążącego się z nim przydziału do regionalnej centrali służby potrzebował jeszcze dwóch, może trzech średnich albo jednego dobrego ujęcia. I wszystko wskazywało na to, że szczęście się do niego uśmiechnęło.

W kolejce do celnej odprawy dostrzegł dwoje jeźdźców, z których kobieta wyglądała jak znana złodziejka zwana Jędzą. Jego szczęście było tym większe, iż właśnie miał wizytację nowego dowódcy regionu. Postanowił działać powoli, by nie wystraszyć przedwcześnie podejrzanej. Wziął z półki najnowszy wykaz i zaczął go wertować, by znaleźć odpowiedni nakaz. Ale albo jemu pamięć zaczęła w końcu szwankować, w co wątpił, albo w wykazie był błąd, bo Jędzy nie było tam, gdzie być powinna. Stawiał na błąd wykazu. Jędza poszukiwana była od zawsze i na pewno to jedno się nie zmieniło.

Cichaczem przekazał informację dwójce swoich zaprzyjaźnionych kolegów. Mniej wierzył w ich kooperację ze względu na sympatię, niż w to, że obaj wiedzieli, że jak on awansuje i opuści posterunek, to jednego z nich czeka awans. Lojalność i zaufanie to jednak ciekawa kwestia na dłuższe filozoficzne rozważania. On jednak chwilowo nie miał na nie czasu.

Obaj podwładni wzięli ze sobą śrutówki na wypadek komplikacji. Jeden udał się na patrol wzdłuż kolejki oczekujących, a drugi czekał na szefa przy rogatkach. Fritz natomiast przekonał ich znamienitego gościa do inspekcji procedur odpraw celnych w warunkach polowych. Szli ramię w ramię między tuzinem celników krzątających się po ograniczonym pierścieniem murów placu wśród kilkunastu wozów oraz pieszych i konnych podróżnych. Szukali wszelkiej kontrabandy i towarów wymagających uiszczenia odpowiednich opłat.

Chwilę poobserwowali jednego z funkcjonariuszy, którego właściciel zaprzężonego w cztery konie wozu starał się za pomocą niewielkiej darowizny przekonać, że posiadane przez niego złote świątynne precjoza to mosiężne kopie wiezione jako pamiątka z pielgrzymki. Widać było po minie celnika, że gdyby nie przełożeni nad głową, to dałby się przekonać po niewielkich negocjacjach, a tak musiał spisać pełen protokół z konfiskaty. Fakt, że pątnik wręcz gotował się ze wściekłości, dość jasno sugerował, że ekspertyza znawców sztuki sakralnej ma szansę powiązać artefakty z jakąś splądrowaną w wojennej zawierusze świątynią.