Odwet - Agnieszka Lis - ebook + książka

Odwet ebook

Lis Agnieszka

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Są krzywdy, których nie da się zapomnieć...

W okolicach Poznania dochodzi do porwania ośmiolatka. Pojawia się żądanie okupu, nazajutrz już policjanci znajdują chłopca uduszonego.

Gdy w Toruniu znika następne dziecko, policja traktuje sprawy jako odrębne przestępstwa. Jedynie komisarz Szałecka upiera się, że zdarzenia się łączą. Dostrzega wzór, ale nikt nie traktuje jej słów poważnie…

Kolejne tropy mobilizują Szałecką do działania. Lekceważona przez przełożonych i ignorowana przez kolegów, podejmuje walkę z czasem i zabójcą, który jest o krok przed śledczymi. Aby go powstrzymać, musi udowodnić, że ma rację. Bo tylko ona zadaje kluczowe pytania.

Jeśli się myli — zrujnuje śledztwo, ale jeśli ma rację... gdzieś właśnie wybierana jest następna ofiara.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © Agnieszka Lis, 2026 Copy­ri­ght © for the Polish Edi­tion by Pur­ple Book Wydaw­nic­two, War­szawa 2026

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Redak­cja: Agnieszka Czap­czyk Korekta: Jolanta Kuchar­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Maciej Szy­ma­no­wicz/Strefa oczu Pro­jekt powstał przy pomoc­ni­czym wyko­rzy­sta­niu narzę­dzi sztucz­nej inte­li­gen­cji (AI), z zacho­wa­niem domi­nu­ją­cego wkładu twór­czego czło­wieka oraz peł­nego nad­zoru redak­cyj­nego, zgod­nie z wymo­gami roz­po­rzą­dze­nia o sztucz­nej inte­li­gen­cji (AI Act). Pro­jekt lay­outu, gra­fiki: Marzena Madej/Per­pe­tuum Design

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-983-1

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko z wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Ciało chłopca uno­siło się na wodzie niczym wielki pęk jesien­nych liści. Blond loki roz­rzu­cone na tafli falo­wały deli­kat­nie, przy­kry­wa­jąc twarz. Z daleka widać było tylko kolo­rowy ręka­wek do pły­wa­nia. Przy­po­mi­nał piłkę zaplą­taną w kłę­bo­wi­sko glo­nów, gałą­zek, wodo­ro­stów.

Piłka w jasnych liściach i kilka gałęzi.

Dwie chude ręce i nie­wiele grub­sze dwie nogi.

Zerwana nitka życia.

Ukra­dziony czas, w któ­rym chło­piec nie będzie się śmiał, zło­ścił ani pła­kał. Nie umówi się po raz pierw­szy z dziew­czyną, ni­gdy nie dosta­nie kosza, nie obleje żad­nego egza­minu i nie ukoń­czy szkoły. Nie doczeka ślubu, dzieci, niczy­jej śmierci.

Nie doczeka niczego. Podob­nie jak ci, któ­rzy pozo­stali z tęsk­notą prze­pa­la­jącą do samych trzewi, z żało­ścią wypeł­nia­jącą dni i lata. Oni też już nie mają na co cze­kać. Zerwana nić życia to nie­zgoda, pre­ten­sja, wzra­sta­jąca chęć zemsty i odwetu.

Ale na kim?

Od chłopca już nikt niczego nie otrzyma. On też od nikogo już nic nie przyj­mie. Kto pozo­stał?

Rozdział 1

Druga połowa sierp­nia 1978, oko­lice Płocka

Ośro­dek Lucień w Miał­kówku nad Jezio­rem Lucień­skim

Dzie­ciaki zbie­gły z nie­wiel­kiego wzgó­rza, prze­cięły wąską asfal­tową drogę i sze­roką nie­re­gu­larną tyra­lierą zeszły nad sam brzeg jeziora. Rap­tem może sto metrów leśnej ścieżki, peł­nej sosno­wych igieł, a rado­ści – co nie­miara. Można było kop­nąć szyszkę. Zła­pać garść pia­chu i syp­nąć idą­cej z przodu kole­żance we włosy. Narwać jagód z krzaka i pako­wać je pro­sto do buzi, bru­dząc przy oka­zji ręce, policzki, a nawet kąpie­lówki.

Wio­sną leżał na tej ścieżce także kożuch dębo­wych liści, lekko zbu­twia­łych, tłu­mią­cych kroki. Latem jed­nak nie było ich widać. Roz­kła­dały się? Cho­wały pod mchem? Świeżą ściółką? Nikt się nad tym nie zasta­na­wiał.

– Pocze­kaj­cie! – krzyk­nęła jedna z kobiet zmie­rza­ją­cych za grupą nie­do­rost­ków.

Dzieci nie słu­chały. Dla­cze­goż by miały? Dzieci pra­wie ni­gdy nie słu­chają matek, szcze­gól­nie gdy są w gru­pie.

Była ich dzie­wiątka.

Prze­wo­dziła jede­na­sto­let­nia Kry­sia. Naj­gło­śniej­sza, naj­we­sel­sza i naj­ład­niej­sza. Wszy­scy chłopcy się za nią oglą­dali, nawet ci znacz­nie starsi. Tak w szkole, jak i na waka­cjach. Miała posłuch. Skoro ona bie­gła nad jezioro, razem z nią poja­wiała się tam cała hała­stra.

Tak jak teraz.

Dzie­się­cio­letni Tade­usz był w niej abso­lut­nie i bez­wa­run­kowo zako­chany. Jego rów­no­latka Ewa zaś pod­ko­chi­wała się w nim, zatem nie prze­pa­dała za Kry­sią, choć i tak jej słu­chała. Ewa cie­szyła się wzglę­dami Janka, który, choć dwa lata młod­szy, spo­glą­dał na nią maśla­nymi oczami. Wła­ści­wie każdy pod­ko­chi­wał się w kimś, ale te dzie­cięce sym­pa­tie zmie­niały się niczym w kalej­do­sko­pie i zwy­kle pozo­sta­wały nie­odwza­jem­nione.

Z nich wszyst­kich naj­bar­dziej krnąbrna była dzie­wię­cio­let­nia Elż­bieta. Naj­chud­sza w całej kom­pa­nii. Z masą pie­gów i burzą nie­okieł­zna­nych rudych loków wokół drob­nej twa­rzy. I jedna z naj­niż­szych, choć wie­kowo dokład­nie pośrodku, ale niż­szy od niej był tylko sze­ścio­letni Sta­sio. Tym jed­nak, co Elę bolało naj­bar­dziej, była jej kom­plet­nie pła­ska klatka pier­siowa. Kry­sia szczy­ciła się cał­kiem spo­rymi, jak na ten wiek, okrą­gło­ściami i opo­wia­dała z dumą o koniecz­no­ści uży­wa­nia waty, a Ela jej tego po pro­stu zazdro­ściła, choć prze­cież nie powinna. Miała dzie­więć lat! Udręki okresu doj­rze­wa­nia były jesz­cze w cało­ści przed nią i pew­nie by o nich nie wie­działa, a na pewno za nimi nie tęsk­niła, gdyby nie silna oso­bo­wość Krysi. Nawet jeśli opo­wie­ści tej ostat­niej były bar­dziej niż pod­ko­lo­ro­wane, pod­słu­chane u matki, Elż­bieta wie­rzyła w nie bez­wa­run­kowo. Na tym tle ośmio­let­nia Mary­sia i sied­mio­letni Andrzej oraz Woj­tek wyda­wali się nie­mal nie­do­strze­galni. Dopóki nie posta­no­wili śpie­wać. To potra­fili robić naj­gło­śniej. W Żyrar­do­wie uczęsz­czali do przy­ko­ściel­nego chóru i tam, choć byli jed­nymi z naj­młod­szych, dosta­wali już solowe par­tie. Nad Jezio­rem Lucień­skim zatem, ponie­waż nie mogli domi­no­wać ina­czej, śpie­wali czę­sto i z zapa­łem, a lekki wiatr nad wodą niósł ich głosy aż do Ocha­bówki, rzą­do­wego ośrodka wypo­czyn­ko­wego zlo­ka­li­zo­wa­nego po dru­giej stro­nie jeziora. Śpie­wacy sku­piali się na zna­nym sobie, zatem reli­gij­nym reper­tu­arze i gdy zaczy­nali śpie­wać, osią­gali wła­ści­wie wszystko, czego sobie życzyli. Matki, ojco­wie, kole­żanki i kole­dzy robili, co chcieli śpie­wa­jący. Byle tylko ci prze­stali śpie­wać.

Cała dzie­wiątka zbie­gła teraz po scho­dach. Dwa­dzie­ścia dwa beto­nowe stop­nie z nie­wiel­kim spo­czni­kiem w środku. Matki dener­wo­wały się, że któ­reś z dzieci w końcu się tam wywróci. Sto­po­wały je, spo­wal­niały, ale mało­laty nie słu­chały. Bie­gały prze­cież cały czas. Nie tylko po całym tere­nie ośrodka, wybie­gały rów­nież poza bramę, przez nie­zbyt ruchliwą, ale jed­nak publiczną asfal­tową drogę. Dopiero nad samym jezio­rem zwal­niały.

Może wyha­mo­wy­wała je wątła trawa pora­sta­jąca brzeg. A może widok odbi­ja­ją­cej słońce tafli zbior­nika. A może niebo, które wisiało nad wodą niczym błę­kitny sufit, cza­sem gładki, cza­sem poprze­ci­nany bia­łymi chmu­rami. Stam­tąd, od scho­dów, było już tylko kilka kro­ków na piasz­czy­stą część wybrzeża. Tam młod­sze dzie­ciaki porzu­cały pla­żowe piłki, dmu­chane rękawki i kółka ratun­kowe, a star­sze nie­dbale odkła­dały wia­derka wypeł­nione forem­kami – i wszyst­kie, nie­mal rów­no­cze­śnie, wpa­dały do wody. Lekko zie­lon­ka­wej, męt­nej, gdy poru­szone dno uwal­niało pokłady wonie­ją­cego lekko zgni­li­zną mułu.

Zwy­kle dopiero po minu­cie czy dwóch na miej­sce docie­rały matki. Niby z ośrodka było to tylko trzy­sta pięć­dzie­siąt metrów. Dwie­ście pięć­dzie­siąt do asfal­to­wej drogi, sto po leśnej dróżce. Ale kobiety szły obła­do­wane kocami, ręcz­ni­kami, tor­bami ze skaju wypeł­nio­nymi kanap­kami z grubo kro­joną kon­serwą tury­styczną, jaj­kami na twardo i pomi­do­rami, a dodat­kowo trzy­mały jesz­cze meta­lowe rączki szkla­nych ter­mo­sów z kwia­to­wymi wzo­rami na obu­do­wie.

Tego dnia, gdy dotarły na plażę, wszyst­kie dzieci sie­działy już w wodzie. Na szczę­ście nie­zbyt głę­bo­kiej, ale matki były zgodne. Mło­do­ciani powinni bawić się na tere­nie poło­żo­nym pięć­dzie­siąt metrów po lewej, gdzie prze­strzeń wody z trzech stron ogra­ni­czał pomost. Tam było bez­piecz­niej.

Co z tego, skoro dzie­ciaki wolały się bawić wła­śnie tutaj.

Matki roz­ło­żyły kra­cia­ste koce i ręcz­niki, zaj­mu­jąc w ten spo­sób pra­wie całą piasz­czy­stą plażę. Dwie sta­nęły na brzegu i poli­czyły głowy wysta­jące z wody.

– Dzie­więć – wymam­ro­tała jedna.

– Dzie­więć – zgo­dziła się druga.

Poli­cze­nie pod­opiecz­nych pozo­sta­ją­cych w bez­u­stan­nym ruchu nie było zada­niem łatwym, szcze­gól­nie że jaskrawe słońce odbi­jało rażące refleksy w falu­ją­cym lustrze jeziora.

– Kom­pot! Chodź­cie na kom­pot! – zawo­łała matka Elż­biety. Wszyst­kie dzieci bez pro­te­stu wyszły na brzeg, bo wszyst­kie lubiły kom­pot. Kucharka w ośrodku bez żad­nych obiek­cji napeł­niała nim ter­mosy. Picie było tu dostępne bez ogra­ni­czeń.

Gdy potem rodzi­cielki zachę­cały dzieci do wyj­ścia z wody woła­niem na kanapki, te nie były już tak skłonne, by osu­szać się na brzegu. Prze­cież nie­dawno jadły śnia­da­nie. Zupę mleczną, nad którą jed­no­gło­śnie maru­dziły, kanapki z żół­tym serem i mie­lonką, jajka na twardo, pomi­dory, ogórki i twa­róg. Cza­sem ze szczy­pior­kiem, cza­sem z rzod­kiewką. Zawar­to­ści toreb przy­tasz­czo­nych przez matki nie uwa­żały zatem za atrak­cyjną. Prze­cież codzien­nie jadły to samo. Zresztą, nie­długo będzie obiad.

Ale po dwóch godzi­nach barasz­ko­wa­nia w wodzie zwy­kle zmie­niały zda­nie. Kon­serwa mię­sna wyda­wała się fry­ka­sem, a jajka sta­wały się smacz­niej­sze niż wykwintny deser. Także pomi­dory, roz­chla­pu­jące wokół sok pełen pestek, oka­zy­wały się nie­zbęd­nym dopeł­nie­niem posiłku. Wtedy zni­kał także kom­pot i cienka her­bata z ter­mosu, ochło­dzona spryt­nie kost­kami lodu.

Dzie­więć rodzin przy­jeż­dżało do ośrodka Lucień każ­dego lata około połowy sierp­nia. Znali się i spo­ty­kali na co dzień. Miesz­kali po sąsiedzku. Nie­które dzieci cho­dziły do tej samej szkoły. W każ­dej z tych rodzin ktoś pra­co­wał w Żyrar­dow­skiej Fabryce Wyro­bów Lnia­nych.

Lubili się.

Nie­mal wszyst­kie z tych rodzin miały tylko po jed­nym dziecku. Czy to je połą­czyło? Raczej nie. Kiedy przy­je­chali tutaj, do słyn­nego ośrodka „okrą­gla­ków” w Lucie­niu, po raz pierw­szy, dzie­ciaki się po pro­stu polu­biły. W natu­ralny spo­sób lgnęły do sie­bie, bo inne dzieci miały rodzeń­stwo. A one miały sie­bie. Wtedy, na pierw­szych wspól­nych waka­cjach, potem w Żyrar­do­wie, po powro­cie do domu i kolej­nego roku znów. I jesz­cze, i wciąż. Przez ostat­nie pięć lat. Naj­star­sza Kry­sia miała wtedy sześć lat, naj­młodsi, Woj­tuś i Andrze­jek, po dwa latka, Sta­sio dopiero co się uro­dził. Dołą­czali do grupy z cza­sem… aż stała się dzie­wię­cio­oso­bowa. I prak­tycz­nie nie­roz­łączna.

Teraz tylko Andrze­jek miał młod­szego brata, zale­d­wie pół­rocz­nego, a mamy Krysi i Jasia były w ciąży. Dla­tego one nie nosiły żad­nych bam­be­tli. One stały i liczyły główki dzieci uno­szące się na powierzchni wody.

Słońce się­gnęło zenitu. Zapasy żywie­niowe były na wyczer­pa­niu. Kanapki znik­nęły, z jajek pozo­stały resztki majo­nezu, a zgnie­ciony ostatni pomi­dor nie nada­wał się już do zje­dze­nia.

– Za pół­to­rej godziny będzie obiad – oznaj­miła z wes­tchnie­niem mama Ewy.

– Jesz­cze możemy tro­chę posie­dzieć. – Matka Marysi kiw­nęła głową.

– Jesz­cze z pół godziny.

– Chodźmy na spa­cer! – wykrzyk­nęła mama Woj­tu­sia, naj­młod­sza spo­śród kobiet i naj­bar­dziej ruchliwa.

– Dla­czego nie? – odpo­wie­działy pozo­stałe.

– Ja już pójdę – stwier­dziła mama Andrzejka. – Mały maru­dzi, położę go w pokoju, tutaj dziś nie może zasnąć. Chyba mu za gło­śno.

Pozo­stałe poki­wały gło­wami, zawo­łały dzieci i całą gro­madkę zapro­wa­dziły na leśną ścieżkę ota­cza­jącą jezioro. Mamy Jasia i Krysi zostały na plaży. Cią­żyły im wiel­kie brzu­chy, obie w upale poru­szały się z tru­dem, pozwo­lono im tro­chę odpo­cząć. Sześć mam zabrało pozo­stałe dzieci na spa­cer. – Osiem – poli­czyła jedna z matek. – Kogo nie ma?

– Jasia – rzu­ciła zanie­po­ko­jona mama Wojtka.

– Gdzie jest Jaś? – pod­chwy­ciły natych­miast pozo­stałe kobiety.

– Został z mamą! – odpo­wie­działa jedna. Albo któ­reś z dzieci.

Potem nie udało się usta­lić, kto.

– To nie ja – zapew­niała każda z matek.

– To powie­działa Kry­sia – oznaj­mił Andrze­jek.

– To Elżu­nia! – bro­niła się Kry­sia.

– To nie ja! – pro­te­sto­wała płacz­li­wie Ela. – To Sta­sio! Zatem – każdy i nikt.

Matki rozej­rzały się jesz­cze wokół. Jasia ni­gdzie nie było. – Został z mamą – uznały uspo­ko­jone.

W lesie zawsze było co robić. Kłu­jące sosnowe igły, szyszki, pokrzywy do kolan. Ptaki, ślady zwie­rząt. Jezioro prze­bły­sku­jące spo­śród drzew. Z rzadka prze­jeż­dża­jący asfal­tową drogą za drze­wami samo­chód. Weszli na przy­stań, spę­dzili tro­chę czasu na tara­sie dacho­wym nad pawi­lo­nem wod­nym.

– Piękne te balu­strady – stwier­dziła jedna z matek.

– A ja ich nie lubię.

– Coś ty? Takie równe. Uspo­kaja mnie patrze­nie na nie. Koła połą­czone krzy­ża­kami, regu­larne, syme­tryczne, takie mia­rowe.

– Wcale nie – zapro­te­sto­wała ta druga. – Zobacz na to koło. Jest ucięte w poło­wie.

– Po pro­stu nie paso­wało roz­mia­rem.

– Koła nie należy prze­ci­nać – upie­rała się tamta.

– W ten spo­sób ni­gdy nie mie­li­by­śmy pół­kola, nawet na naszych żyrar­dow­skich wzo­rach.

Pierw­sza wzru­szyła ramio­nami.

– Nawet nasze żyrar­dow­skie wzory zwy­kle zamy­kają się w okręgu. Wra­camy?

– Wra­camy – zgo­dziła się druga i zawo­łała pozo­stałe.

Dłuż­szą chwilę zajęło im zebra­nie dzie­cia­ków. Gdy dotarli na plażę, do obiadu zostało już tylko czter­dzie­ści minut. Nale­żało się zbie­rać. Pozo­stali miesz­kańcy ośrodka, nie­liczni, bo wszy­scy goście tego tur­nusu wie­dzieli, że przed połu­dniem plażę oku­puje hała­stra dzie­cia­ków, wró­cili już do swo­ich pokoi.

Na plaży matki zago­niły jesz­cze dzie­ciaki do sprzą­ta­nia zaba­wek. Same wytrze­pały koce i ręcz­niki, zło­żyły w kostki, zabrały siatki i ter­mosy.

– Mamo, a co to? – Naj­młod­szy Sta­ni­sław nie uczest­ni­czył w krzą­ta­ni­nie. Stał na brzegu i wpa­try­wał się w wodę. – Chodź, Sta­siu. – Matka szarp­nęła go za rączkę.

– Mamo, patrz, patrz – upie­rał się dzie­ciak.

Kobieta skrzy­wiła się z nie­za­do­wo­le­niem i sku­piła wzrok na wodzie.

Lustro jeziora było gład­kie. Nie­zmą­cone dzie­cięcą zabawą. Woda, przez nikogo nie­roz­chla­py­wana, lśniła niczym wielki dia­ment.

A na tym tle – piłka.

Dziwna. Nie­fo­remna.

– Wra­camy, Sta­siu. To nie nasza piłka – oznaj­miła jego mama.

– Nie, mamo, nie – powtó­rzył chło­piec.

Kobieta pocią­gnęła synka za rękę.

– Czy ty widzisz…? – Inna matka pode­szła do brzegu i wpa­try­wała się w kształt na wodzie.

– To nie piłka – wyszep­tała po chwili z prze­ra­że­niem. – To dmu­chany ręka­wek. Jaś ma takie.

Rozdział 2

Druga połowa sierp­nia 1978, oko­lice Płocka

Ośro­dek Lucień w Miał­kówku nad Jezio­rem Lucień­skim

Tego dźwięku nie dało się ani zapo­mnieć, ani z niczym porów­nać. Lament, zawo­dze­nie, sko­wyt. Taki płacz bez łez, pełen spa­zmów wstrzą­sa­ją­cych całym cia­łem, szloch odbie­ra­jący oddech nie tylko łka­ją­cemu, ale także całemu oto­cze­niu. – Ona podobno stra­ciła już dwójkę dzieci – powie­działa Irena Toma­szew­ska, sta­ra­jąc się wytłu­ma­czyć samej sobie te okropne dźwięki docho­dzące zza ściany.

– Tak czy siak, zwa­rio­wać można od tego kwi­le­nia – odpo­wie­dział jej mąż Zdzi­sław.

– Raz podobno poro­niła w ósmym mie­siącu, a dru­gie dziecko uro­dziła mar­twe. Może zmie­nimy pokój?

Wzru­szył ramio­nami.

– Nie jestem pewien, czy w środku sezonu znajdą nam jakiś inny. Ale pew­nie oni po tym… wypadku szybko wyjadą. Zapewne nie zostaną do końca tur­nusu.

– Kto by chciał zostać po czymś takim – zgo­dziła się kobieta. Pode­szła do lustra, popra­wiła włosy i się­gnęła po klucz. – Idę do kawiarni – oznaj­miła. – Tutaj nie da się wytrzy­mać.

– Dobry pomysł – stwier­dził. – Pójdę z tobą.

Skoro miała wyjść z mężem, kobieta kry­tycz­nie obej­rzała swój strój. Nie było wpraw­dzie w pokoju dużego lustra, obej­mu­ją­cego całą syl­wetkę, ale i tak posta­no­wiła zmie­nić spód­nicę.

– Nie wiem, czy jesz­cze kie­dyś tu przy­jadę – stwier­dziła, prze­bie­ra­jąc się.

– To naj­lep­szy ośro­dek, jaki znam – zapro­te­sto­wał męż­czy­zna. – Poza tym, zakła­dowy. Na Fun­dusz Wcza­sów Pra­cow­ni­czych. Nie­zwy­kle korzystny cenowo. Żeby nie rzec, jedyny nam dostępny. Nad Bala­ton raczej skie­ro­wa­nia nie dostanę.

– Może i racja – zgo­dziła się, póki co bez prze­ko­na­nia, Irena.

– Poza tym wiesz prze­cież, jak ludzie nam tego zazdrosz­czą – kon­ty­nu­ował jej mąż. – Waka­cje w „okrą­glaku”! Każdy chce odwie­dzać to miej­sce. A my możemy przy­jeż­dżać co roku.

– Zazdrość aku­rat świet­nie rozu­miem. Wystar­czy raz tu przy­je­chać, by chcieć wra­cać. Te kon­struk­cje, budynki robią wra­że­nie – zgo­dziła się.

– Sam Mia­sto­pro­jekt z Kosza­lina przy­go­to­wał tę kon­cep­cję.

– Dla­czego to takie istotne? – zdzi­wiła się.

– Bo oni mają świetne pomy­sły. Wła­ści­wie wizje archi­tek­to­niczne. Poza tym, Kosza­lin to piękne mia­sto, nie uwa­żasz?

Uśmiech­nęła się. Prze­cież tam się poznali. Kosza­lin od zawsze i na zawsze będzie się jej dobrze koja­rzył. Jak widać, jej mężowi także.

– Fak­tycz­nie – zgo­dziła się Irena. – Ktoś miał feno­me­nalny pomysł. Cały ten ośro­dek wygląda jak posta­wione nad brze­giem jeziora trzy głę­bo­kie stud­nie podziu­ra­wione oknami.

– Stud­nie? – zdzi­wił się męż­czy­zna.

– Tylko ktoś zapo­mniał wko­pać je w zie­mię – kon­ty­nu­owała.

Poru­szył ustami, jakby głę­boko ana­li­zo­wał temat.

– Raczej rotundy. Moder­ni­styczne. I cztery.

– Co cztery? – Irena zgu­biła wątek.

– Cztery stud­nie. Zna­czy się, rotundy.

– A czwarta malutka. – Uśmiech­nęła się. – Trzy trzy­pię­trowe i dodat­kowo kuli­narna stud­nia jed­no­pię­trowa. Chodźmy stąd. Nie wytrzy­mam dłu­żej tego sko­wytu.

Kiw­nął głową na zgodę i wyszli na kory­tarz. Dźwięk, choć wciąż wyraźny, w tym miej­scu był cich­szy. Zapewne tłu­miły go grube tapety, któ­rymi wykle­jono cały kory­tarz, od sufitu aż po pod­łogę wyło­żoną płyt­kami PCV.

Kobieta ruszyła przo­dem. Po dro­dze podzi­wiała kon­struk­cję „okrą­glaka”. To była jej ponowna wizyta w ośrodku i fak­tycz­nie zamie­rzała przy­je­chać jesz­cze wiele razy. Okrą­gły, prze­szklony wewnętrzny kory­tarz, wokół niego poroz­kła­dane kon­cen­trycz­nie pokoje, nie­zwy­kle nowo­cze­sne, z łazien­kami. W nie­któ­rych zamon­to­wano eks­cen­tryczne, sele­dy­nowe deski klo­ze­towe, taki detal, a robił praw­dziwą robotę. W poko­jach lam­pe­rie wyło­żono żyrar­dow­skim, gru­bym lnem, prze­pięk­nie dru­ko­wa­nym w efek­towne kwia­towe wzory. Setki, a raczej tysiące metrów roz­ło­żo­nych na ścia­nach czte­rech okrą­głych budyn­ków zna­cząco popra­wiało wygląd pokoi, które i tak, już same w sobie, wyglą­dały luk­su­sowo. Okna i drzwi bal­ko­nowe w poko­jach zaj­mo­wały całą zewnętrzną ścianę, doświe­tlały pokoje i umoż­li­wiały sąsiedzką inte­gra­cję na bal­ko­nach ota­cza­ją­cych budynki rów­nym okrę­giem, niczym płatki kwiatu jego śro­dek. Obraz psuły tro­chę usta­wione w każ­dym pokoju grzej­niki elek­tryczne, bo w budyn­kach nie pomy­ślano o cen­tral­nym ogrze­wa­niu. Być może było to jedyne, co mogło się nie podo­bać w tak pie­czo­ło­wi­cie dopra­co­wa­nej kon­struk­cji ośrodka.

Trudno się dzi­wić, że każdy chciał przy­jeż­dżać wła­śnie tu, cho­ciaż ich zakład miał także inne ośrodki wypo­czyn­kowe, w Zako­pa­nem i Śli­wi­nie. Jed­nak to tutaj pach­niało praw­dzi­wym luk­su­sem. I to takim zachod­nim. Goście mieli dostęp do kilku boisk, w tym do piłki noż­nej, ręcz­nej i do siat­kówki, a także do dwóch kor­tów teni­so­wych, let­niej stad­niny koni i pomo­stu na Jezio­rze Lucień­skim, nazy­wa­nego tro­chę na wyrost molem. Dzie­cia­kom można było zapew­nić zaję­cia na placu zabaw, a gdy wyda­rzyło się coś nie­prze­wi­dzia­nego, na tere­nie ośrodka funk­cjo­no­wał ośro­dek zdro­wia. Do tego oczy­wi­ście pral­nia, magiel, nie­za­leżne uję­cie wody, warsz­taty remon­towe – wszystko, by pla­cówka funk­cjo­no­wała bez zarzutu. Nawet obsługa prze­by­wała wciąż na miej­scu, w prak­tycz­nie oddzie­lo­nym budynku, gdzie mie­ściło się sześć wygod­nych miesz­kań – dzięki temu pra­cow­nicy nie wcho­dzili w drogę wypo­czy­wa­ją­cym gościom, a jed­no­cze­śnie cały czas pozo­sta­wali pod ręką. – Jak sądzisz, dzi­siaj chyba nie będzie wie­czorku tanecz­nego? – zapy­tała męża Irena.

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami i pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową. Nie odpo­wie­dział. Uznał, że są pyta­nia tak nie­do­rzeczne, że nie warto szu­kać na nie odpo­wie­dzi.

Mał­żeń­stwo prze­szło przez prze­szklony łącz­nik, który, roz­ga­łę­zia­jąc się wśród zadba­nej zie­leni, pro­wa­dził do wszyst­kich budyn­ków. Prze­kro­czyli efek­towne drzwi wej­ściowe, w któ­rych także domi­no­wał kształt koła, jak chyba wszę­dzie w ośrodku Lucień. Prze­szli obok recep­cji, dotarli do sto­łówki, weszli po scho­dach do kawiarni. Usie­dli przy ścia­nie wyło­żo­nej tak modną ostat­nio boaze­rią i zamó­wili kawę oraz desery. Gala­retkę z owo­cami dla niej, szar­lotkę z bitą śmie­taną dla niego.

Kobieta wes­tchnęła, zado­wo­lona. Po czym uśmiech zamarł jej na twa­rzy.

Przy sąsied­nim sto­liku usia­dła para mili­cjan­tów. Popro­sili o dwie kawy po turecku i zaczęli cicho roz­ma­wiać, a gdy kel­nerka przy­nio­sła zamó­wie­nie, zapro­te­sto­wali.

– Tylko kawa miała być – powie­dział mili­cjant.

– Deser od firmy. Zresztą, wszystko od nas, decy­zja kie­row­nika. Żeby­ście nas tu zawsze pil­no­wali.

– No, teraz nie upil­no­wali – mruk­nął mąż Ireny, który przy­glą­dał się sce­nie, sie­dząc dokład­nie na wprost funk­cjo­na­riu­szy. Na szczę­ście nie usły­szeli.

Mili­cjantka zapro­te­sto­wała na słowa kel­nerki, mili­cjant poło­żył rękę na jej przed­ra­mie­niu i uśmiech­nął się, uka­zu­jąc zażół­cone od tyto­niu zęby.

– A dzię­ko­wać, dzię­ko­wać – powie­dział.

Kel­nerka ode­szła.

– Nie pro­te­stuj – powie­dział gli­niarz do kole­żanki.

– Bo niby co? – Mili­cjantka pod­nio­sła głos. Od tej chwili mówili ciut gło­śniej, a przy sąsied­nim sto­liku zapa­dła kom­pletna cisza.

Irena i jej mał­żo­nek słu­chali z zain­te­re­so­wa­niem.

– Bo co? – kon­ty­nu­owała ofi­cer.

– Oni uwa­żają, że nas w ten spo­sób prze­ku­pią.

– No wła­śnie! – obu­rzyła się.

– Że będziemy patro­lo­wać oko­licę czę­ściej. Że będzie bez­piecz­niej.

– A my ani nie będziemy tu przy­jeż­dżać czę­ściej, ani nie będzie przez to bez­piecz­niej – pero­ro­wała mili­cjantka. – Nie mamy takich moż­li­wo­ści.

– Cza­sami sama świa­do­mość popra­wia bez­pie­czeń­stwo – zauwa­żył sen­ten­cjo­nal­nie jej kolega.

– Tym razem nie pomo­gła.

– Tym razem trzeba było pil­no­wać dzie­ciaka – powie­dział bez­względ­nie.

– No wła­śnie. Dla­czego więc mamy oszu­ki­wać obsługę, że…

– Nikogo nie oszu­ku­jemy – prze­rwał jej bez­par­do­nowo. – I niczego nie obie­cu­jemy. Nic ponad normę. Po pro­stu…

– Nie­na­wi­dzę tego – wark­nęła mili­cjantka.

– Myśla­łem, że lubisz naszą robotę. Zawsze tak mówi­łaś. – Jej part­ner uniósł pyta­jąco brwi.

– Bo lubię. – Kobieta ciężko wes­tchnęła. – Ale dziecko… Wytrą­ciło mnie z rów­no­wagi. Widzia­łam już pra­wie wszystko, przez jakiś czas prze­cież robi­łam w dro­gówce. Obcięte ręce. Roz­je­chane torsy. Nie prze­ra­żają mnie nawet trzy­ty­go­dniowi pły­wacy. Wyhuś­tani też są dla mnie w porządku. Zaprzy­jaź­ni­łam się z zim­nym dok­to­rem, bez emo­cji mogę patrzeć, jak wyci­nają tru­po­szowi śro­dek. Wszystko to luz. Ale dziecko mnie roz­wala. Nie daję rady.

– Dzieci są, fak­tycz­nie, nie bar­dzo – przy­znał jej rację. – I wiesz co?

– Nie wiem – odpo­wie­dział cał­kiem poważ­nie.

– Uwa­żam, że śmierć dziecka zasłu­guje na więk­szą uwagę. – Znów pod­nio­sła głos.

– Ciszej – wark­nął mili­cjant.

Wzru­szyła ramio­nami.

– Rozej­dzie się po kościach, prawda?

Mili­cjant wes­tchnął.

– To uto­nię­cie – stwier­dził poważ­nie. – Nikt mu nie pomógł, nie uto­pił go, to nie­re­alne. Pew­nie, że zimny będzie zaan­ga­żo­wany, to był ośmio­la­tek. Wdrożą pełne postę­po­wa­nie, sprawa pój­dzie na ostrze noża i nikt nie odpu­ści tematu. W papie­rach musi być abso­lutny glanc. Ale ja tłukę ten resort od dwu­dzie­stu lat, swoje widzia­łem i swoje wiem. Ten łebek po pro­stu poszedł na dno. Zwy­kły nie­szczę­śliwy wypa­dek. Mili­cjantka pokrę­ciła głową.

– Za śmierć dziecka ktoś powi­nien odpo­wie­dzieć. Ten chło­piec miał osiem lat! Osiem lat! Po pro­stu nie miał nale­ży­tej opieki. A kto powi­nien zadbać o dziecko? Rodzice. Matka powinna zadbać o dziecko.

– Mówi­łem, żebyś była ciszej. Ta matka naprawdę cierpi. – Skamle z bólu, to fakt – odpo­wie­działa mili­cjantka.

Uniósł pyta­jąco brwi.

– Dobra, może prze­sa­dzi­łam. Tro­chę. Ale na pewno cierpi. To prze­cież nie pierw­sze jej mar­twe dziecko, prawda? – Co chcesz przez to powie­dzieć?

– Może nic. Może coś. Nie wiem.

– To był nie­szczę­śliwy wypa­dek. Nie­szczę­śliwy wypa­dek – powtó­rzył z naci­skiem. – I na tym zakończmy.

Mun­du­rowi dokoń­czyli kawę, plu­jąc tro­chę fusami, wyje­dli deser do ostat­niego okruszka i ode­szli od sto­lika.

– Sły­sza­łeś? Sły­sza­łeś? – eks­cy­to­wała się Irena Toma­szew­ska.

– A co mia­łem nie sły­szeć?

– Ktoś zamor­do­wał tego chłopca!

– Jak zamor­do­wał? Co ty wyga­du­jesz?

– Skoro mili­cja zaprze­cza, to coś jest na rze­czy. Prze­cież wiesz, że oni zawsze kła­mią! Ona, ta matka, tak ryczy, że to powinno być od początku jasne! Od samiu­teń­kiego początku. Ona po pro­stu coś wie. Wie i nie może powie­dzieć, kto zamor­do­wał jej dziecko.

– Co ty wymy­ślasz, kobieto! Opa­nuj się!

– Już ja wiem. Już wszystko rozu­miem. – Irena zerwała się z krze­sła i wybie­gła z kawiarni.

Rozdział 3

2026, War­szawa

Komi­sarz Bar­bara Sza­łecka sie­działa przy biurku i patrzyła w okno. Była znu­dzona. Wczo­raj ofi­cjal­nie zakoń­czyli śledz­two, dłu­gie i żmudne. Miała go dość, niby mor­der­stwo, ale ona od początku wie­działa, kto zabił. Musiała jedy­nie zna­leźć dowody i zajęło jej to wiele czasu. Potrze­bo­wała odre­ago­wa­nia, wie­czo­rem poszła na drinka. Miał być tylko jeden. Praw­dziwe świę­to­wa­nie zakoń­cze­nia sprawy, takie jak daw­niej – huczne, już nie ist­niało. Poli­cyjne, wła­ści­wie mili­cyjne popi­jawy prze­szły do histo­rii wraz ze zmianą ustroju. Teraz rzadko nawet wycho­dzili razem na wódkę. A może to tylko ona została odizo­lo­wana? Kobieta w poli­cji, nie­ła­twa sprawa.

Podra­pała się po szyi. Ostat­nio kupiła nowy golf, nie­zna­nej sobie wcze­śniej marki. Musi mieć sztuczną domieszkę – uznała.

Wró­ciła myślą do wczo­raj­szego wie­czoru. Nie miała z kim pić. W robo­cie byli kole­dzy, ow­szem. Nie­któ­rzy sen­sowni, inni to bez­na­dziejni mizo­gini. Kum­pli za to bra­ko­wało, zwłasz­cza od kiedy została komi­sa­rzem. Został Mirek Kosoń i… I tyle. Nawet ci, z któ­rymi zetknęła się w Szczyt­nie, teraz sami się anu­lo­wali. W szkole byli równi, a od kiedy to ona awan­so­wała… odizo­lo­wali ją. Powszech­nie uwa­żano, że swoją pozy­cję zawdzię­cza jedy­nie cho­rym pary­te­tom, i od tego momentu, deli­kat­nie mówiąc, nie cie­szyła się sym­pa­tią kole­gów.

Jakby wcze­śniej mnie lubili – pomy­ślała.

Sku­piła wzrok na ekra­nie, łupa­nie w czaszce nie pozwo­liło jej czy­tać. Imprezy wczo­raj wpraw­dzie nie było, ale popiła sama. Wła­śnie.

Sama.

W samot­no­ści.

Wró­ciła po tym jed­nym drinku do domu, w któ­rym powi­tała ją cisza. I poranny bała­gan. Tak, ten sam, który pozo­sta­wiła, wycho­dząc. Nikt go nie sprząt­nął. Nikt nie dosta­wił ani nie scho­wał nawet szklanki. Jeśli zosta­wiła w zle­wie wide­lec, tam go znaj­do­wała. Jeśli zapo­mniała uru­cho­mić zmy­warkę, w naczy­niach poja­wiała się pleśń.

Kie­dyś, jako nasto­latka, lubiła donicz­kowe kwiaty. Oczami wyobraźni widziała wielką, zie­loną kolek­cję, poroz­sta­wianą na efek­tow­nych sto­ja­kach w wiel­kim, roz­świe­tlo­nym wnę­trzu. Z tam­tego obrazu zostało kilka kak­tu­sów, a nawet i te musiała regu­lar­nie wymie­niać. Kupo­wała kak­tusa, naj­chęt­niej takiego z przy­kle­jo­nym kolo­ro­wym kwiat­kiem. Jesz­cze lepiej – trzy takie kak­tusy. Po pół roku wymie­niała je na nowe. Tamte zapa­dały się w sobie, wysu­szone lub prze­lane.

Zatem w miesz­ka­niu nie witały Bar­bary nawet kak­tusy. Wycze­ki­wały jej wyłącz­nie brudne naczy­nia. No i praw­dziwy przy­ja­ciel, który ni­gdy nie zawo­dził. Zawsze cier­pliwy. Mało­mówny, powścią­gliwy i wierny. I schło­dzony.

Opróż­niła wczo­raj połowę swo­jego przy­ja­ciela, a że nie­wiele wcze­śniej zja­dła, szybko ją roz­grzał. Miała ochotę… Cóż, miała ochotę na seks. Zadzwo­niła do zaprzy­jaź­nio­nej agen­cji, Adrian przy­je­chał w dwa­dzie­ścia pięć minut. Jak zawsze gładko wyde­pi­lo­wany, pach­nący, nasma­ro­wany olej­kiem. Potra­fił jej dogo­dzić.

Powinna uznać, że naprawdę porząd­nie uczciła zakoń­cze­nie śledz­twa. Gdyby nie ta głowa…

Po wyj­ściu Adriana dokoń­czyła butelkę, a dzi­siaj czter­dzie­sto­pro­cen­towy przy­ja­ciel wciąż do niej gadał solid­nym rwa­niem w poty­licy. Nie pomo­gło także to, że po wyj­ściu chło­paka Sza­łecka weszła do dzie­cię­cego pokoju.

Pra­wie niczego tam nie zmie­niła. Wciąż był to pokój dwóch pię­cio­let­nich dziew­czy­nek, które w mię­dzy­cza­sie stały się dzie­się­cio­lat­kami. Bywały tu jed­nak na tyle rzadko, że wcale im to nie prze­szka­dzało. Jeden pokój, dwie prze­strze­nie. Duże, pra­wie dzie­więt­na­sto­me­trowe pomiesz­cze­nie podzie­lono na pół i poma­lo­wano na różowo-zie­lono. Na około dzie­wię­ciu metrach różowe ściany i sufit, różowa pościel nakryta różową narzutą, lalki w różo­wych sukien­kach. Druga część miała sele­dy­nowe ściany i biały sufit, do tego pista­cjową pościel i takąż narzutę oraz żad­nej lalki. Tutaj kró­lo­wały książki, a te miały róż­no­ko­lo­rowe okładki. Kolo­ry­styczne zamie­sza­nie zawsze przy­pra­wiało Bar­barę o zawrót głowy, dla­tego zdjęła zasłonki. Jedną w księż­niczki, drugą w zie­lono-białe pasy. Tę jedną zmianę prze­pro­wa­dziła któ­re­goś dnia w przy­pły­wie tęsk­noty i poczu­cia, że powinna być lep­szą matką. Wrzu­ciła zasłony do pralki i o nich zapo­mniała. Wyje­chała na ponad tydzień, a gdy wró­ciła, nie udało się ich już ura­to­wać. Zostały tylko firanki, gład­kie, białe, mocno zmarsz­czone.

Nawet i bez zasło­nek wszystko tu było słod­kie. Może dla­tego tu weszła?

Może wła­śnie po to, by po kilku minu­tach pędzić do łazienki i tam czule obej­mo­wać sedes?

Tego potrze­bo­wała, bez wąt­pie­nia. Nad­miaru słod­ko­ści. Bez wywo­ła­nych nią tor­sji dzi­siaj w ogóle nie mia­łaby szansy funk­cjo­no­wać. A tak trzy­mała pion, cho­ciaż z pew­nym tru­dem.

A już na pewno nie miała ochoty na czy­ta­nie Poli­cyj­nego Ser­wisu Infor­ma­cyj­nego, nazy­wa­nego wdzięcz­nie Psią Gazetką.

Cały czas ją to śmie­szyło. PSI, cóż za wdzięczny akro­nim.

Omi­nęła infor­ma­cje ofi­cjalne. Wizyty zagra­niczne, kon­fe­ren­cje, uro­czy­sto­ści rocz­ni­cowe. Zawsze była jakaś rocz­nica. Kogo to obcho­dziło? Szko­le­nia i nowe prze­pisy. Tutaj od czasu do czasu można było prze­czy­tać coś cie­ka­wego. Nowe zasady uży­cia środ­ków przy­musu bez­po­śred­niego. Tak jakby któ­ry­kol­wiek z tych gry­zi­piór­ków miał poję­cie, jak to jest łapać groź­nego klienta. A nawet i zwy­kłego menela, który nie kon­tro­luje odru­chów swo­jego prze­żar­tego wódą i pro­chami mózgu. Resz­tek mózgu. Nie wia­domo, czego się po takim spo­dzie­wać. A co tu mówić o jakimś figu­ran­cie ochra­nia­nym przez doświad­czo­nych i uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy. Bar­bara nie robiła w dwójce, w cebe­esiach, ale znała prze­cież tę robotę. Łatwo ją było opi­sać, trud­niej zapa­no­wać nad sobą w akcji.

Albo nowe wzorce wnio­sków. Fak­tycz­nie, super­i­stotna sprawa. Wnio­sek o co? O papier do dupy.

Bar­bara prze­le­ciała kolejne strony na ekra­nie. Przy­mknęła oczy, bo widok prze­ska­ku­ją­cych liter odbił się kłu­ciem w oczo­do­łach. Nie miała też nastroju do czy­ta­nia rubryki pamięci, wspo­min­ków o poli­cjan­tach, któ­rzy zgi­nęli na służ­bie. Nie dzi­siaj, choć zwy­kle poświę­cała uwagę temu dzia­łowi. Dzi­siaj sama czuła się pole­głą.

Kolejne strony prze­su­nęła wol­niej. Mignęły jej zawody spor­towe, mistrzo­stwa w strze­la­niu.

Jak w przed­szkolu – prze­mknęło jej przez głowę. Kto szyb­ciej trafi z pisto­letu wod­nego do miseczki usta­wio­nej na chy­bo­tli­wym stołku. Dla­cze­góż to jestem dzi­siaj cyniczna i szy­der­cza? Wcale nie dzi­siaj. Choć aku­rat strze­la­nie to nie jest temat do kpin.

Sku­piła się znów na ekra­nie. Dotarła do tej czę­ści PSI, którą uwa­żała za naj­bar­dziej inte­re­su­jącą. Infor­ma­cje o spra­wach, tych aktu­al­nych, w któ­rych nale­żało wyjść poza lokalne struk­tury. Osoby, pod­mioty, spraw­dze­nia; poszu­ki­wani, podej­rzani, inter­wen­cje.

Poczuła gwał­towne pra­gnie­nie. Trudno się dzi­wić, od samego rana miała w gębie Saharę. Się­gnęła po butelkę z wodą, po czym prze­wró­ciła oczami. Pusta.

Bar­bara Sza­łecka wstała z krze­sła i wyszła na kory­tarz. Spoj­rzała na dys­try­bu­tor wody, fan­ta­styczną inno­wa­cję wpro­wa­dzoną ostat­nio na kory­tarze ich komendy. Butla, ow­szem, stała, ale podaj­nik na kubki był pusty. Jak zawsze zresztą. Eko­lo­gia.

Dla kogoś, komu każdy krok spra­wiał ból ist­nie­nia, te kilka kro­ków miało zna­cze­nie.

Bar­bara wes­tchnęła i wró­ciła do swo­jego pokoju. Butelka nie wcho­dziła pod kra­nik dys­try­bu­tora, zabrała więc ze sobą kubek, ale już przy wiel­kiej butli zer­k­nęła do środka. Skrzy­wiła się, widząc kożuch ple­śni. Od tak dawna nie piłam? – zdzi­wiła się. Po czym zdała sobie sprawę, że to nie jej kubek.

Zaci­snęła szczęki i znów wró­ciła do pokoju. Odsta­wiła zasy­fione naczy­nie na sąsied­nie biurko i się­gnęła po swoje. Też nie było czy­ste, wczo­raj odsta­wiła ten kubek z resztką kawy. Sypa­nej, tylko taką uzna­wała.

Wyszła do łazienki, wysy­pała fusy do kosza i wypłu­kała naczy­nie. W drzwiach usły­szała dwóch funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy wycho­dzili z męskiego wychodka.

– Porwa­nie dzie­ciaka to w ogóle słaba sprawa – rzu­cił jeden z nich.

– No – zgo­dził się drugi. – Minęły dwa dni, smar­kacz może już nie żyć.

Bar­bara drgnęła.

Wiele widziała. Prze­cież na początku robiła w dro­gówce, jak zresztą więk­szość. Ciała roz­człon­ko­wane przez poszar­pane bla­chy samo­cho­dów, nogi odrzu­cone trzy­dzie­ści metrów dalej, głowy led­wie trzy­ma­jące się kor­pu­sów. Kiedy poje­chała do pierw­szego wypadku, zauwa­żyła but. Chciała go pod­nieść. Do niego przy­cze­piona była noga.

Potem prze­rzu­cano ją mię­dzy wydzia­łami. Widziała topiel­ców. Wisiel­ców. Samo­bój­ców i zastrze­lo­nych, także pode­rżnięte gar­dła i odcięte członki.

Mało na niej robiło wra­że­nie. Nawet trupy roz­kła­da­jące się tygo­dniami. Inni rzy­gali, ona patrzyła spo­koj­nie.

Ją tor­sje dopa­dały tylko wtedy, gdy za bar­dzo zaprzy­jaź­niła się z Żołąd­kową lub Soplicą.

A poza tym nie była w sta­nie znieść cier­pie­nia dzieci.

Tylko dzieci. Zda­rze­nia z doro­słymi stały się już dla niej rutyną. Oni z całą pew­no­ścią mieli na sumie­niu dość, by ponieść karę. Jakąś, za cokol­wiek, zawsze się coś znaj­dzie. Nad doro­słymi nie zwy­kła się lito­wać. Ale dzieci…

Zatem gdy dwóch gości wycho­dzą­cych z kibla obo­jęt­nie rzu­cało hasłami o porwa­niu dziecka, poczuła gęsią skórkę na ramio­nach.

– O czym mówi­cie? – wtrą­ciła się do roz­mowy funk­cjo­na­riu­szy.

– W Pozna­niu porwano dzie­ciaka, nie sły­sza­łaś?

– Nie­da­leko Pozna­nia – dopre­cy­zo­wał drugi poli­cjant.

Pokrę­ciła prze­cząco głową. Nie chciała się przy­znać, ale ostat­nia sprawa, choć nudna, była bar­dzo absor­bu­jąca. Doty­czyła dość wysoko umo­co­wa­nych poli­ty­ków, a to zawsze wyma­gało dyplo­ma­cji, w któ­rej Bar­bara nie czuła się mocna. Wię­cej kosz­to­wało ją przy­kry­wa­nie draż­li­wych fak­tów, może nie tyle kry­mi­nal­nych, ile raczej nie­wy­god­nych, niż samo śledz­two. Takie jesz­cze nie prze­stęp­stwa, ale już coś, co mogło utrud­nić karierę. Jej wła­sną.

Wła­ści­wie powi­nien się zaj­mo­wać tym inny wydział, ale sprawa miała pod­łoże kry­mi­nalne, więc padło na nią. Całość, już po osta­tecz­nym usta­le­niu sprawcy zabój­stwa, była dla niej stratą czasu, czymś na miarę spo­rzą­dza­nia uza­sad­nie­nia do wnio­sku o dzień wolny. Ale musiała ją dokoń­czyć, nie mogła po pro­stu prze­ka­zać dalej. Choć wola­łaby ją zwy­czaj­nie zamknąć, w peł­nym zna­cze­niu tego słowa. Była tym tań­cem wśród poli­tycz­nej popraw­no­ści i potem papie­ro­lo­gią tak zmę­czona, że nie śle­dziła ostat­nich spraw. Umknęło jej porwa­nie dziecka?

– Jakoś nie – odpo­wie­działa teraz funk­cjo­na­riu­szom.

– Dwa dni temu, gdzieś koło Pozna­nia, porwano ośmio­latka.

– No i? – dopy­ty­wała Bar­bara.

– No i nic. Ani listu, ani żądań okupu, nic. Po pro­stu mały znik­nął.

– Chło­piec? – Zmarsz­czyła brwi.

– Coś jed­nak sły­sza­łaś? – Zaśmiał się kpiąco jeden z funk­cjo­na­riu­szy.

– Coś jed­nak – odparła pani komi­sarz, krzy­wiąc wargi. Zapo­mniała. Była kobietą, zatem powinna zawsze sły­szeć „coś” o dzie­ciach.

Mach­nęła ręką i ode­szła w stronę swo­jego pokoju. Zapo­mniała o wodzie. Odsta­wiła czy­sty kubek na swoje biurko i poru­szyła myszą. Wpi­sała hasło i odpa­liła PSI.

Odszu­kała sprawę, czy­tała kolejne infor­ma­cje. Nie wyglą­dało to dobrze. Cel porwa­nia nie był znany. Skoro jed­nak po czter­dzie­stu ośmiu godzi­nach nie odna­le­ziono ciała chłopca, szanse na jego prze­ży­cie wciąż ist­niały. Sta­ty­styki mówiły, że ofiary porwań na tle sek­su­al­nym na ogół prze­ży­wały zale­d­wie dobę, nato­miast już po trzech dniach praw­do­po­do­bień­stwo prze­ży­cia zakład­nika bywa cał­kiem spore, jeśli, oczy­wi­ście, jest on kartą prze­tar­gową. Za nie­po­ko­jące nale­żało uznać to, że do tej pory nie było ani listu z żąda­niami, ani żad­nego innego kon­taktu od pory­wa­czy… Wła­śnie uka­zał się nowy komu­ni­kat. Bar­bara nie doczy­tała szcze­gó­łów, za jej ple­cami otwo­rzyły się drzwi.

– Mamy tych świad­ków od sto czter­dzie­ści osiem, idziesz na posłu­cha­nie? – spy­tał Miro­sław Kosoń, aspi­rant przy­dzie­lony do jej zespołu. Bar­dzo przy­stojny, co uła­twiało patrze­nie na niego. Ale co waż­niej­sze – inte­li­gentny. To spo­wo­do­wało, że Bar­bara szybko go zaak­cep­to­wała.

Zamknęła okno prze­glą­darki.

Tak. Cóż, dzie­cia­kowi nie pomoże, a robotę wyko­nać musi.

Rozdział 4

2026, Śrem, oko­lice Pozna­nia

W wiel­kim salo­nie świa­tło sło­neczne wpa­da­jące przez prze­szklone ściany zale­wało każdy frag­ment pomiesz­cze­nia. Za kry­sta­licz­nie czy­stymi szy­bami koły­sały się korony sta­rych drzew. Wyso­kich, buj­nych, jak zresztą cała roślin­ność efek­tow­nego ogrodu. Posia­dłość była stara, kosz­towna i zadbana.

Salon też o tym świad­czył. Sześć­dzie­się­cio­me­trową otwartą prze­strzeń wypeł­niały cięż­kie skó­rzane meble, roz­miesz­czone na wzo­rzy­stych, bez wąt­pie­nia kosz­tow­nych kobier­cach. Wszystko tutaj świad­czyło o finan­so­wym suk­ce­sie wła­ści­cieli. Wypo­sa­że­nie salonu sta­no­wił mię­dzy innymi wie­kowy kre­dens wypeł­niony por­ce­laną, na pewno cenną, i wie­loma pomniej­szymi bibe­lo­tami, a zza otwar­tego, sze­ro­kiego przej­ścia prze­świ­ty­wał masywny dębowy stół z rzeź­bio­nymi nogami i roz­miesz­czone wokół niego tapi­ce­ro­wane krze­sła do kom­pletu. Wiel­kie lich­ta­rze usta­wione na gigan­tycz­nym kamien­nym kominku wyglą­dały na srebrne i zostały wypo­le­ro­wane na błysk. Nawet w dzień odbi­jały świa­tło. W prze­ci­wień­stwie do nich obrazy wiszące na ścia­nach je pochła­niały. Ogromne, mroczne sceny przed­sta­wiały polo­wa­nia, mar­twe natury, sceny bata­li­styczne i biblijne. Były też dwa por­trety, zapewne gospo­da­rze suge­ro­wali w ten spo­sób wie­lo­wie­kową cią­głość rodu. Mie­liby to być ich przod­ko­wie? Wąt­pliwe, bo rodzina doro­biła się na prze­krę­tach w głę­bo­kim PRL, a potem spryt­nie wyko­rzy­stała moż­li­wo­ści cha­osu pry­wa­ty­za­cyj­nego w okre­sie ostat­niej trans­for­ma­cji ustro­jo­wej.

Przy mniej­szym, niż­szym stole kawo­wym, rów­nież rzeź­bio­nym, w głę­bo­kim fotelu ze szla­chet­nie poprze­cie­ra­nej skóry sie­działa kobieta. Sce­nie odpo­wia­da­łaby kry­no­lina pysz­nie ozdo­biona marsz­cze­niami, fal­ba­nami i kokar­dami – ale nie. Miała na sobie pro­stą suk­nię z cien­kiej wełny, uszytą na miarę, dys­kret­nie poły­sku­jący per­łowy naszyj­nik zdo­bił jej dekolt. Sie­dząca nawet buty na sze­ścio­cen­ty­me­tro­wych obca­sach miała pod kolor. Trzy­mała w ręku kartkę, w którą wpa­try­wała się roz­sze­rzo­nymi oczami. Otwar­tymi ustami łapała spa­zma­tycz­nie powie­trze, jakby miała polipy nie tylko w nosie, ale też w gar­dle.

Po pomiesz­cze­niu ner­wowo cho­dził męż­czy­zna. Ubrany rów­nież ele­gancko i z klasą – gar­ni­tu­rowe, brą­zowe spodnie w kant, kami­zelka do kom­pletu i błę­kitna koszula. Wize­ru­nek zakłó­cał roz­pięty na dwa guziki koł­nie­rzyk i brak kra­wata. Wypa­sto­wane na błysk, brą­zowe buty cicho skrzy­piały przy każ­dym kroku. Zało­żył ręce za plecy i gdy prze­szedł pomiesz­cze­nie ósmy raz, przy­sta­nął tuż przy oknie. W końcu odwró­cił się, wyraź­nie wzbu­rzony.

– Nie mamy wyj­ścia, Kry­siu – oznaj­mił. – Musimy cze­kać.

– Maria­nie, zapła­cimy im, prawda? – ode­zwała się kobieta pro­sząco.

– Za mojego wnuka każde pie­nią­dze! – powtó­rzył twardo. – Jeśli jeste­ście pań­stwo pewni, przy­go­tu­jemy ope­ra­cję – ode­zwał się męż­czy­zna, który do tej pory ukry­wał się w cie­niu dru­giego fotela, odwró­co­nego tyłem do okna. – Gdy pory­wa­cze okre­ślą warunki prze­ka­za­nia okupu, zadzia­łamy.

– Rób­cie, co trzeba – rzekł gospo­darz.

– Nie wiem, czy powin­ni­śmy anga­żo­wać poli­cję – powie­działa kobieta, gdy ofi­cer opu­ścił pomiesz­cze­nie. – Oni tu piszą, żeby nie powia­da­miać…

– Za późno – prze­rwał jej obce­sowo mąż. – Teraz musimy liczyć na nich, na gliny. Wszyst­kie inne moje kon­takty zawio­dły. Nikt nic nie wie! Nikt się nie przy­znaje. Jak się dowiem, kto to, gołymi rękami pode­rżnę gar­dło.

– Zawsze twier­dzi­łeś, że zała­twisz wszystko! Że to mia­sto nie ma dla cie­bie tajem­nic! Że znasz każ­dego i każ­dego możesz opła­cić!

Męż­czy­zna odwró­cił się, zaci­snął wargi i pię­ści.

– Czasy się zmie­niły! Nie­stety, kie­dyś mogli­śmy wszystko. Teraz już znacz­nie mniej.

Kobieta wstała.

– Pójdę spraw­dzić, co się dzieje w kuchni. Dzi­siaj już nie można pole­gać na służ­bie.

– Kry­styno – powie­dział, odwra­ca­jąc się, po czym zawie­sił głos.

Kry­styna, z ręką na mosięż­nej klamce, unio­sła pyta­jąco brwi.

– Popro­szę o szklankę wody z cytryną.

Kiw­nęła głową i naci­snęła klamkę.

– Albo nie – rzu­cił. – Niech uzu­peł­nią karafkę z bur­bo­nem. Ci poli­cjanci… wszystko wypili.

– Poli­cjanci? – zapy­tała odru­chowo. – Ach tak. Poli­cjanci.

Wyszła z pomiesz­cze­nia.

Marian Kra­kow­ski usiadł w fotelu i oparł głowę na dło­niach. Poli­cjanci nic nie wypili. Byli na służ­bie i nawet mru­gnię­ciem oka nie reago­wali na oferty napeł­nie­nia szkla­nic. To on, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie dla sie­bie, osą­czył karafkę. Po raz kolejny ana­li­zo­wał, komu mógł się nara­zić. Lista była długa. Począw­szy od jego ojca, w cza­sach jakże nie­słusz­nie minio­nych waż­nego par­tyj­niaka. Wła­ści­wie trudno byłoby nawet powie­dzieć, jakie dokład­nie peł­nił funk­cje, było ich tak wiele. Zawsze jed­nak robił pie­nią­dze, nie­jako przy oka­zji. Boga­cił się z roku na rok, loku­jąc mają­tek przede wszyst­kim w ziemi i nie­ru­cho­mo­ściach. Po trans­for­ma­cji kilka z nich oka­zało się nie­tra­fio­nymi inwe­sty­cjami, ale to był nie­wielki pro­cent. Więk­szość przy­nio­sła ogromne zyski. Poza tym zało­żył kilka zagra­nicz­nych kont, kupił tro­chę zło­tego kruszcu. Ojciec zosta­wił Mariana z zaso­bami pozwa­la­ją­cymi na dostat­nie życie przez kilka poko­leń.

Na pewno naro­bił sobie wro­gów.

Poza tym sam Marian w cza­sie swo­jej dzia­łal­no­ści… Cóż, róż­nie bywało. Nie o wszyst­kich, nazwijmy to, anta­go­ni­stach powie­dział zresztą poli­cji. Nie do wszyst­kiego mógł się przy­znać. Dla­tego uru­cho­mił swoje kon­takty. Bez­sku­tecz­nie. Nie pomo­gły obiet­nice sowi­tej nagrody, zapo­mnie­nia win, zako­pa­nia wojen­nego topora, nic. Żad­nego śladu chłopca. Nikt nic nie wie­dział, co wpra­wiało męż­czy­znę w kom­pletną kon­ster­na­cję.

Wal­nął pię­ścią w sto­lik i okra­sił gest solid­nym prze­kleń­stwem.

– Wszystko rozu­miem, ale porwa­nie dziecka? – powie­dział do sie­bie.

Dopiero po trzech dniach dostali list od pory­wa­czy. Ano­ni­mowy. Nic z niego nie wyni­kało, poza tym, że to upro­wa­dze­nie. Kazali im cze­kać na kolejny list i nic nie robić. Marian zasta­na­wiał się, czy dobrze zro­bił, że wcią­gnął w to poli­cję. Zło­żył zawia­do­mie­nie dopiero wczo­raj, dwa dni po znik­nię­ciu chłopca, kiedy wszystko inne zawio­dło.

Czy nie zaszko­dził w ten spo­sób wnu­kowi?

Antoś miał osiem lat i był oczkiem w gło­wie całej rodziny. Marian i Kry­styna mieli tylko jed­nego syna, Seba­stiana, a on tylko jed­nego syna. Anto­niego. Wnuk musiał mieć – i miał! – wszystko, co naj­lep­sze. A teraz? Gdzie był? Głodny? Spra­gniony? Bity? Brudny? Na pewno prze­ra­żony. Marian oddałby wszystko, by móc go w tej chwili przy­tu­lić. Tuż przed wyj­ściem poli­cjanta i Kry­styny Seba­stian wypro­wa­dził z salonu swoją żonę Annę, matkę Anto­sia. Kobieta przez ostat­nie trzy dni pła­kała, w końcu zasła­bła. Teraz więc Marian został w salo­nie sam. Wstał i się­gnął po tele­fon leżący na komo­dzie. Wybrał jeden z ostat­nich nume­rów. Wła­śnie z tym roz­mówcą od wczo­raj łączył się naj­czę­ściej.

– Niech pan przyj­dzie – powie­dział tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Do salonu wsu­nął się poli­cjant w cywilu. Wła­ści­wie nic nie wska­zy­wało na funk­cjo­na­riu­sza, może poza wypro­sto­waną syl­wetką, ener­gicz­nym kro­kiem i cha­rak­te­ry­stycz­nym dla mun­du­ro­wych ska­no­wa­niu oto­cze­nia. Marian po pro­stu wie­dział, że to poli­cjant, nie musiał się niczego domy­ślać. – Może jed­nak powin­ni­śmy zmie­nić postę­po­wa­nie – zaczął. Poli­cjant spoj­rzał na niego pyta­jąco. – Pory­wa­cze pole­cili, żeby nie anga­żo­wać poli­cji – cią­gnął. Ofi­cer nie odpowie­dział. – Nic pan nie powie?

– Nie było pyta­nia.

– Powin­ni­śmy zmie­nić tryb postę­po­wa­nia. Zostaw­cie tę sprawę. Kiedy przy­ślą żąda­nie okupu, po pro­stu zapłacę i odzy­skam wnuka.

– To dalej nie było pyta­nie, ale usiądźmy. Panie Maria­nie, jest pan doświad­czo­nym czło­wie­kiem. Rozu­miem, że jest pan zdez­o­rien­to­wany i chciałby dzia­łać jak naj­szyb­ciej, cho­ciażby na wła­sną rękę. Pro­szę jed­nak pozo­sta­wić to służ­bom. Doświad­czeni funk­cjo­na­riu­sze naj­le­piej wie­dzą, co w takiej sytu­acji robić. Poza tym… – Męż­czy­zna zawie­sił głos.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki