Odnaleźć miłość w Hedgehog Hollow - Jessica Redland - ebook

Odnaleźć miłość w Hedgehog Hollow ebook

Jessica Redland

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Samantha Wishaw patrzy, jak mężczyzna jej życia żeni się z inną, i zaczyna tracić wiarę, że kiedykolwiek odnajdzie swoje „długo i szczęśliwie”.

Wszystko zmienia przypadkowe spotkanie z Thomasem, samotnym, zrzędliwym wdowcem mieszkającym w podupadłej posiadłości Hedgehog Hollow. Między tą dwójką rodzi się niespodziewana przyjaźń, która daje Sam potrzebne wytchnienie od rodzinnych konfliktów i niechcianych prób swatania.

Z czasem Sam postanawia spełnić marzenie Thomasa i jego zmarłej żony Gwendoline: przywrócić Hedgehog Hollow dawną świetność i stworzyć tam ośrodek ratowania jeży.

Angażując się w to całym sercem, Sam nie spodziewa się, że właśnie tam – w niepozornym miejscu, do którego miała tylko uciec – może odnaleźć także miłość i szczęście, i to wtedy, gdy najmniej się tego spodziewa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 390

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Fin­ding love at Hed­ge­hog Hol­low

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Jes­sica Redland, 2020 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Ima Sam­son, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-05-7

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla mojej cioci Gwen, praw­dzi­wej „jeżo­wej pani”Z wielką miło­ścią xxx

Rozdział 1

– Czy mam rację, sądząc, że nie było to dla cie­bie łatwe? – szep­nął mi tata tuż po tym, jak wyszli­śmy z kościoła za nowo­żeń­cami.

Żołą­dek pod­sko­czył mi do gar­dła. Czy domy­ślił się prawdy?

– To było naprawdę pro­ste – odpo­wie­dzia­łam cicho, mając nadzieję, że odwrócę jego uwagę. – Wystar­czyło tylko uśmie­chać się, trzy­mać bukiet, popra­wiać tren i znowu się uśmie­chać. Aż bolą mnie policzki.

– I założę się, że serce też. Mnie by bolało, gdyby moja kuzynka wła­śnie poślu­biła miłość mojego życia.

– Tato! Ciii! – Mimo że mówił cicho, czu­łam potrzebę, by chwy­cić go za ramię i zapro­wa­dzić w dół kościel­nej alejki, z dala od wścib­skich uszu, takich jak uszy cio­tecz­nej babki Agnes. Ciotka mamy już mnie nie­na­wi­dziła z jakie­goś nie­zro­zu­mia­łego powodu, więc naj­le­piej było nie dostar­czać jej kolej­nych powo­dów do nie­chęci.

– James nie jest miło­ścią mojego życia – zapro­te­sto­wa­łam, aż nazbyt świa­doma drże­nia w moim gło­sie. – My po pro­stu… cóż, on… to było… – Spo­glą­da­jąc w cie­płe brą­zowe oczy taty, zała­ma­łam się. Nie było sensu temu zaprze­czać. – Nie, to nie było łatwe. Gdy­bym miała spo­rzą­dzić listę naj­gor­szych dni w moim życiu, utrata dziadka zna­la­złaby się na pierw­szym miej­scu, ale dzi­siej­szy dzień byłby tuż za nim – drżał mi głos, gdy wypo­wia­da­łam te słowa.

Tata przy­tu­lił mnie, natych­miast otu­la­jąc mnie swoim cie­płem i siłą. Mie­rzył sto dzie­więć­dzie­siąt trzy cen­ty­me­try wzro­stu, więc było do czego się przy­tu­lić i nie sądzi­łam, że kie­dy­kol­wiek wyro­snę z potrzeby jego uści­sku, zwłasz­cza w dni takie jak ten.

– Dzięki, tato – powie­dzia­łam, gdy się roz­dzie­li­li­śmy. – Potrze­bo­wa­łam tego.

– Czy wszy­scy oprócz pań­stwa mło­dych mogą się odsu­nąć od wej­ścia do kościoła? – zawo­łał foto­graf ślubny.

Unio­słam spód­nicę sukni druhny, gdy razem z tatą prze­szli­śmy dalej ścieżką wzdłuż kościoła. Z cięż­kim ser­cem odwró­ci­łam się i patrzy­łam, jak Chloe i James pod łukiem z różo­wych i kre­mo­wych róż patrzą na sie­bie z uwiel­bie­niem, pod­czas gdy foto­graf robił zdję­cia i pró­bo­wał prze­pę­dzić „papa­raz­zich”, czyli przy­ja­ciół i krew­nych, któ­rzy wci­skali mu w kadr swoje tele­fony komór­kowe. Słońce połowy sierp­nia ogrze­wało moje nagie ramiona, więc zamknę­łam na chwilę oczy, odchy­la­jąc głowę, a deli­katny powiew wia­tru muskał moją twarz, przy­no­sząc mi uko­je­nie i relaks.

Przez kilka minut sta­li­śmy z tatą w mil­cze­niu, obser­wu­jąc jak foto­graf wydaje Chloe i Jame­sowi pole­ce­nia, aby stali obok sie­bie, trzy­mali się za ręce, patrzyli na sie­bie i cało­wali się. Nie mogłam powstrzy­mać fan­ta­zji, że to ja, a nie moja kuzynka, stoję w sukni z kości sło­nio­wej, roz­po­czy­na­jąc swoje szczę­śliwe życie z męż­czy­zną, w któ­rym byłam bez­na­dziej­nie zako­chana od pra­wie dwóch lat.

Nie mogąc dłu­żej na nich patrzeć, odwró­ci­łam wzrok, ale moim oczom uka­zał się rów­nie nie­po­ko­jący widok mamy uśmie­cha­ją­cej się dum­nie i obej­mu­ją­cej cio­cię Louise, matkę panny mło­dej. Ogar­nęła mnie zna­joma fala smutku. Dosko­nale rozu­mia­łam, że ich sio­strzana bli­skość, zwie­lo­krot­niona jesz­cze przez fakt, że były bliź­niacz­kami jed­no­ja­jo­wymi, jest czymś wyjąt­ko­wym, ale ni­gdy nie rozu­mia­łam, dla­czego nie mogła dzie­lić się tym cie­płem i uczu­ciem z tatą i mną. Wła­ści­wie nie pamię­ta­łam, kiedy ostatni raz mnie przy­tu­liła. Nie­któ­rzy ludzie nie są wylewni w oka­zy­wa­niu czu­ło­ści, ale ona do nich nie nale­żała – czę­sto przy­tu­lała cio­cię Louise i Chloe. Zawsze mia­łam z nią trudne rela­cje i czę­sto zasta­na­wia­łam się, czy czę­ściowo wyni­kało to z jej zazdro­ści o moją rela­cję z tatą. Jed­nak była tak zżyta ze swoją bliź­niaczką, że z pew­no­ścią nie mogło być zasko­cze­niem, że tata i ja, pozo­sta­wieni na ubo­czu, nawią­za­li­śmy tak silną więź. Prze­stań, Sam. Nie dzi­siaj. Dzi­siaj jest wystar­cza­jąco trudno, żeby jesz­cze podą­żać tą drogą.

– Mama ład­nie wygląda – powie­dzia­łam. Zgod­nie z kolo­ry­styką uro­czy­sto­ści miała na sobie jasno­ró­żową zwiewną sukienkę, dopa­so­waną różową kurtkę i ozdobę we wło­sach.

– Twoja mama wygląda pięk­nie – ode­zwał się tata z nutką tęsk­noty w gło­sie. – Dobrze jest zoba­czyć ją w czymś innym niż czerń.

Nie pamię­ta­łam, żeby mama nosiła kie­dyś coś innego niż ciemne, ponure kolory. Ciotka Louise nato­miast zazwy­czaj nosiła jasne kolory, cho­ciaż dzi­siaj zde­cy­do­wała się na sto­no­waną paletę barw. Jej strój matki panny mło­dej był naprawdę ele­gancki – dopa­so­wana sukienka w kolo­rze zga­szo­nego różu z koron­ko­wym, kre­mo­wym gor­se­tem, różowy żakiet i pasu­jący kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem.

– A ty wyglą­dasz bar­dzo ele­gancko – doda­łam. Tata był wete­ry­na­rzem, więc byłam przy­zwy­cza­jona do jego widoku w koszuli i spodniach, ale na ślub spra­wił sobie trzy­czę­ściowy gar­ni­tur w kolo­rze gra­fi­to­wym oraz nowe buty i wyglą­dał bar­dzo dys­tyn­go­wa­nie.

Spoj­rza­łam ponow­nie na pań­stwa mło­dych i wes­tchnę­łam. Byli naprawdę ude­rza­jąco piękną parą. Dzięki musku­lar­nej syl­wetce, ciem­nym blond wło­som, ide­al­nie uło­żo­nej bro­dzie i prze­ni­kli­wym nie­bie­skim oczom James mógłby być mode­lem – podob­nie jak Chloe. Gor­set z odkry­tymi ramio­nami i dół jej sukni w kolo­rze kości sło­nio­wej pokry­wały misterne hafty w odcie­niach różu i kremu. Jej dłu­gie do pasa blond włosy były upięte z tyłu głowy w luźne loki, przy­pięte lśnią­cymi kwia­tami, a dwa deli­katne war­ko­cze krzy­żo­wały się na czubku głowy niczym opa­ska. Zja­wi­skowa. Zresztą Chloe mogłaby wło­żyć nawet worek na śmieci i na­dal wyglą­da­łaby olśnie­wa­jąco. Jej tata, wujek Simon, miał duń­skie korze­nie i te geny obda­rzyły Chloe pro­stymi, jasno­blond wło­sami, lodowonie­bie­skimi oczami oraz wyraź­nie zary­so­wa­nymi kośćmi policz­ko­wymi.

Chloe przy­cią­gała uwagę męż­czyzn, gdzie­kol­wiek się nie poja­wiła, a kiedy weszły­śmy w wiek nasto­letni, zawsze miała jakie­goś chło­paka. W miarę, jak dora­sta­ły­śmy, stała się magne­sem dla męż­czyzn, któ­rzy trak­to­wali ją jak piękne tro­feum. Żaden z nich jej nie doce­niał. Kilka razy była zdra­dzana, poni­żana lub spra­wiano, że czuła się głu­pia. Pamię­tam jed­nego z jej byłych, który wyśmie­wał ją za pracę asy­stentki w przed­szkolu, mówiąc: „Bawisz się cały dzień z dziećmi, bo jesteś zbyt tępa, żeby je uczyć”. Nie dawała sobą pomia­tać, więc prę­dzej czy póź­niej koń­czyła taki zwią­zek i ruszała dalej. A mimo to wciąż popeł­niała ten sam błąd – za każ­dym razem wią­zała się z tym samym typem: domi­nu­ją­cym, zbun­to­wa­nym face­tem.

Miała rów­nież pro­blemy w przy­jaźni z kobie­tami, bo cią­gle sły­szała zazdro­sne oskar­że­nia o flirt z ich chło­pa­kami albo próby przy­ćmie­nia ich, więc przy­wią­zała się do mnie – jedy­nej osoby, która zawsze była przy niej.

Smu­ciło mnie, że w wyniku tak wielu nega­tyw­nych doświad­czeń Chloe była nie­pewna swo­jego wyglądu, choć nie miała ku temu żad­nego powodu, pod­czas gdy ja – osoba wta­pia­jąca się w tłum – przez więk­szość czasu czu­łam się naprawdę dobrze w swo­jej skó­rze. Mia­łam metr sie­dem­dzie­siąt wzro­stu i byłam szczu­pła, tak samo jak Chloe, ale mia­łam zupeł­nie inny kolor wło­sów. Moje włosy były gęste i brą­zowe, tak jak u mamy i cioci Louise. Przez lata Chloe pró­bo­wała mnie prze­ko­nać, żebym je cie­nio­wała lub roz­ja­śniła, żeby przy­cią­gać męż­czyzn, ale się opie­ra­łam. Jeśli potrze­bo­wa­łam dro­giej fry­zury, żeby męż­czyzna mnie zauwa­żył, to nie byli oni warci mojego czasu, a żadne tono­wa­nie czy cie­nio­wa­nie i tak nie uczy­ni­łoby ze mnie kobiety, za którą ktoś obej­rzy się drugi raz, gdy obok stoi Chloe. Choć w grun­cie rze­czy nie­ko­niecz­nie było to coś złego.

Naj­bar­dziej lubi­łam swoje oczy – piwne z bursz­ty­no­wymi i zie­lo­nymi plam­kami oraz ciemną obwódką. Kiedy nie byłam z Chloe, a więc nie byłam nie­wi­dzialna, były one pierw­szą rze­czą, którą wszy­scy zauwa­żali.

– Chloe wygląda osza­ła­mia­jąco, prawda? – powie­dzia­łam.

– Zde­cy­do­wa­nie – zgo­dził się tata – tak samo jak ty. Miło cię w końcu zoba­czyć w sukience.

Wykrzy­wi­łam usta.

– Nawet w różo­wej? – Podo­bał mi się jej fason, długa spód­nica z tiulu o kroju litery A, marsz­czony gor­set z odkry­tymi ramio­nami, saty­nowa wstążka w talii i z tyłu detale typowe dla gor­setu. Ale kolor?

Tata się roze­śmiał.

– Pasuje ci. Cho­ciaż, będąc jedyną druhną, Chloe mogła dać ci prawo głosu w spra­wie koloru.

– Dała mi kilka innych opcji, bar­dzo nie­chęt­nie, a wiesz, jak to jest. Czego Chloe chce…

– …Chloe dostaje – powie­dzie­li­śmy chó­rem, uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

– Kiedy były­ście dziećmi i cho­dziło o jedną z two­ich lalek Bar­bie albo sukienkę, to jedno – kon­ty­nu­ował tata. – Ale wiesz, że możesz odmó­wić, prawda?

– Wiem, ale było oczy­wi­ste, jak bar­dzo chciała różowy, a to jej wielki dzień, nie mój. – Głos mi się zała­mał, gdy to powie­dzia­łam. Nie, zde­cy­do­wa­nie nie mój. Gdyby tylko… Odchrząk­nę­łam i kon­ty­nu­owa­łam.

– Jej pod­eks­cy­to­wa­nie znacz­nie prze­wa­żyło nad moim sprze­ci­wem, więc z rado­ścią pod­da­łam się bie­gowi wyda­rzeń.

Tata spoj­rzał na mnie z powagą.

– Cie­szę się, że zawsze byłaś taka miła i tro­skliwa, Sam­mie, ale mar­twię się o to. Nie jeste­ście już dziećmi. Nie musisz jej dawać tego, co należy do cie­bie.

– Wiem, ale James ni­gdy nie był mój, żeby móc go zatrzy­mać. – Ścisk w gar­dle spra­wił, że musia­łam powstrzy­mać łzy.

Pokrę­cił głową, marsz­cząc brwi.

– Wiem, że widzia­łem was razem tylko kilka razy, ale myśla­łem, że jeste­ście szczę­śliwi. A tu nagle on jest z Chloe, a ty jesteś druhną na ich ślu­bie.

– To okropne, prawda? Gdyby to zale­żało ode mnie, wyszła­bym za Jamesa, uro­dzi­ła­bym mu dzieci i razem byśmy się zesta­rzeli. Ale on nie czuł miło­ści. Aż pew­nego dnia w końcu ją poczuł. Tylko, że nie do mnie.

– Och, Sam­mie – powie­dział łagod­nie, z oczami peł­nymi współ­czu­cia i opa­da­ją­cymi ramio­nami. – Tak mi przy­kro.

– Pro­szę, nie bądź dla mnie miły. Znowu się roz­kleję. – Wzię­łam głę­boki oddech. – Wiem, że to nie jest ide­alna sytu­acja, że wybrał kogoś z mojej rodziny, ale gdyby to nie była Chloe, stra­ci­ła­bym go na rzecz kogoś innego. To ni­gdy nie trwa­łoby dłu­żej, bez względu na to, jak bar­dzo bym tego chciała. Ale to w Chloe się zako­chał i tak wła­śnie jest. Spójrz, jaka jest szczę­śliwa. Zasłu­żyła na to, by zna­leźć dobrego faceta po wszyst­kich tych złych doświad­cze­niach.

Jak mogłam zazdro­ścić jej szczę­ścia z kimś, kogo zna­łam jako naprawdę uro­czą osobę, któ­rej jedyną wadą, z tego, co widzia­łam, było to, że nie zako­chał się we mnie tak bez­gra­nicz­nie, jak ja w nim?

– Czy mogę pro­sić druhnę i drużbę? – zawo­łał foto­graf. – A, i niech naj­bliż­sza rodzina się przy­go­tuje.

– Nasza kolej – powie­dział tata, ści­ska­jąc moją dłoń, gdy rusza­li­śmy naprzód. – Wiesz, że jestem z tobą, jeśli kie­dy­kol­wiek zechcesz o tym poroz­ma­wiać.

– Dzięki, tato. Wiem o tym i kocham cię za to.

Kiedy pozo­wa­li­śmy do setek zdjęć, odsu­nę­łam na bok swój smu­tek i sku­pi­łam się na szczę­ściu Chloe. Była nie tylko moją kuzynką, ale także od zawsze moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Róż­nica wieku mię­dzy nami wyno­siła zale­d­wie sześć mie­sięcy, cho­dzi­ły­śmy do tej samej klasy w szkole i uczęsz­cza­ły­śmy na wiele tych samych kółek zain­te­re­so­wań. Miesz­ka­ły­śmy kilka ulic od sie­bie, a nasze rodziny spę­dzały razem waka­cje, więc każdy aspekt naszego życia był ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie powią­zany. Teraz łączył nas James i musia­łam nauczyć się z tym żyć, bo ina­czej ryzy­ko­wa­łam utratę Chloe.

Rozdział 2

Dwa lata wcze­śniej

Kiedy prze­jeż­dża­łam przez malow­ni­czą wio­skę North Emmerby w hrab­stwie North York­shire w kie­runku domku Han­nah i Toby’ego, w żołądku poczu­łam motyle. Tej nocy mia­łam w końcu poznać naj­lep­szego przy­ja­ciela Toby’ego, Jamesa Tur­nera – męż­czy­znę, który według nich był dla mnie ide­alny.

Od ośmiu lat byłam naj­lep­szą przy­ja­ciółką Han­nah. Pozna­ły­śmy się na Uni­wer­sy­te­cie w Liver­po­olu, gdzie stu­dio­wa­ły­śmy pie­lę­gniar­stwo doro­słych. Han­nah poznała swo­jego narze­czo­nego, Toby’ego, kilka lat po ukoń­cze­niu stu­diów, a ja spę­dzi­łam wiele wie­czo­rów i week­en­dów w ich towa­rzy­stwie przez te wszyst­kie lata. Temat tego, że James i ja mogli­by­śmy się ze sobą zwią­zać, poja­wiał się czę­sto, ale ni­gdy nie byli­śmy jed­no­cze­śnie wolni, więc nie było mowy o moż­li­wo­ści spo­tka­nia… aż do teraz.

Motyle w brzu­chu nasi­liły się, gdy mija­łam pub The Fox and Bad­ger, gdzie tego wie­czoru miała odbyć się impreza z oka­zji trzy­dzie­stych uro­dzin Toby’ego. Głę­boki oddech. Uspo­kój się. Nie możesz spę­dzić następ­nych czte­rech godzin w stre­sie.

James i Toby grali w golfa, a James miał ści­słe instruk­cje, aby wró­cić do pubu o 18:00, gdzie Toby miał spo­tkać się z Han­nah i mną na uro­dzi­no­wym posiłku. Nie spo­dzie­wał się jed­nak pięć­dzie­się­ciu przy­ja­ciół i człon­ków rodziny, któ­rzy cze­kali, aby zro­bić mu nie­spo­dziankę.

Zapar­ko­wa­łam na pod­jeź­dzie przed ich domem, Fuch­sia Cot­tage.

– Dzięki, że przy­szłaś wcze­śniej.

– Nie mogłam zosta­wić cię samej z tymi wszyst­kimi deko­ra­cjami – powie­dzia­łam, ści­ska­jąc ją mocno. – Myślisz, że on już coś podej­rzewa?

– Abso­lut­nie nie. A jeśli nawet, to świet­nie udaje, że nic nie wie.

* * *

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej prze­nio­sły­śmy wszystko do sali ban­kie­to­wej The Fox and Bad­ger i przy­cze­pia­ły­śmy do ścian banery z oka­zji trzy­dzie­stych uro­dzin.

– Cie­szysz się na dzi­siej­szy wie­czór? – zapy­tała Han­nah. Figlarny błysk w jej oczach i zalotne mru­gnię­cie nie pozo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści, co miała na myśli, spra­wia­jąc, że motyle znów zaczęły mi trze­po­tać w brzu­chu.

– Jestem tro­chę pod­eks­cy­to­wana i bar­dzo zde­ner­wo­wana. Czuję, że spo­czywa na nas ogromne ocze­ki­wa­nie, że spo­tka­nie będzie spek­ta­ku­larne, że będą fajer­werki. A co, jeśli on mnie nie polubi?

Poło­żyła ręce na bio­drach i unio­sła brwi.

– A co ma mu się nie spodo­bać? Poza tym ty też możesz go nie polu­bić, cho­ciaż nie sądzę, żeby tak było. Na­dal uwa­żam, że ide­al­nie do sie­bie pasu­je­cie.

Kiedy kon­ty­nu­owa­ły­śmy deko­ro­wa­nie sali, Han­nah entu­zja­stycz­nie opo­wia­dała o tym, jak wiele James i ja mamy wspól­nego – ten sam gust muzyczny, fil­mowy, lite­racki, poczu­cie humoru, podej­ście do życia. Jeśli – a raczej kiedy – Han­nah i Toby nas zosta­wią sam na sam, przy­naj­mniej będziemy mieli o czym roz­ma­wiać.

– Czy on wie, że pró­bu­jesz nas ze sobą umó­wić? – zapy­ta­łam, usta­wia­jąc bukiet balo­nów w jed­nym rogu pokoju, pod­czas gdy Han­nah umiesz­czała drugi w sąsied­nim rogu.

Owi­nęła pasmo roz­ja­śnio­nych wło­sów wokół środ­ko­wego palca i spoj­rzała na mnie zalot­nie.

– Dałam mu kilka sub­tel­nych, dys­kret­nych wska­zó­wek.

Zaśmia­łam się.

– Czyli innymi słowy, nie­sub­tel­nych i prze­sa­dzo­nych.

Han­nah spoj­rzała na mnie, uda­jąc obu­rze­nie.

– Co spra­wia, że mówisz coś takiego?

Pokrę­ci­łam głową, uśmie­cha­jąc się.

– Och, może przez to nie­sub­telne podej­ście, które zasto­so­wa­łaś wobec mnie. Co to było, co powie­dzia­łaś? Ach tak: „Naj­lep­szy kum­pel Toby’ego, James, jest przy­stoj­nia­kiem i ide­al­nym spo­so­bem na zapo­mnie­nie o Har­rym byłoby zali­cze­nie Jamesa”. Myślę, że to były twoje dokładne słowa.

Miała na tyle przy­zwo­ito­ści, żeby wyglą­dać na zawsty­dzoną.

– To dobry pomysł. Minęły ponad dwa lata, odkąd skoń­czyło się to, co cię łączyło z Har­rym, a ile ran­dek mia­łaś w tym cza­sie?

Wes­tchnę­łam.

– Żad­nej.

– Dokład­nie. Czas znów zacząć się uma­wiać.

Wie­dzia­łam, że ma rację, ale moje doświad­cze­nie z Har­rym poważ­nie pod­ko­pało moją pew­ność sie­bie. Był moim pierw­szym dłu­go­trwa­łym chło­pa­kiem i myśla­łam, że wszystko idzie dobrze. Myśla­łam, że jeste­śmy zako­chani i razem będziemy się sta­rzeć. Naj­wy­raź­niej tak nie było.

Harry był młod­szym leka­rzem w przy­chodni, w któ­rej pra­co­wa­łam po ukoń­cze­niu stu­diów. Byli­śmy przy­ja­ciółmi przez kilka lat, ale z cza­sem nasze rela­cje prze­ro­dziły się w coś wię­cej. Związki w pracy były źle widziane, więc prze­nio­słam się do zespołu pie­lę­gnia­rek śro­do­wi­sko­wych w Whits­bo­ro­ugh Bay. W naszą rocz­nicę Harry popro­sił mnie, żebym się do niego wpro­wa­dziła, ale dwa lata póź­niej, pod­czas sobot­niego śnia­da­nia, powie­dział mi mimo­cho­dem, że to nie działa i muszę się wypro­wa­dzić. Natych­miast. Wyda­wało się to zupeł­nie nie­ocze­ki­wane. Twier­dził, że nasz zwią­zek nie ma przy­szło­ści, że była to tylko zabawa i że lepiej zakoń­czyć go teraz, mając miłe wspo­mnie­nia, niż pozwo­lić, aby się pogor­szył, aż w końcu zaczniemy się nie­na­wi­dzić. Spa­ko­wa­łam swoje rze­czy, zbyt zszo­ko­wana, by pła­kać, i zbyt zdez­o­rien­to­wana, by dalej o tym dys­ku­to­wać. Jeśli nie chciał ze mną być, nie zamie­rza­łam się poni­żać, bła­ga­jąc go.

Wła­śnie wyno­si­łam ostat­nie torby do samo­chodu, kiedy poja­wiła się kobieta z samo­cho­dem peł­nym wali­zek i pudeł. Oka­zało się, że spo­ty­kali się od czte­rech lat, ale ona była mężatką i nie chciała opu­ścić męża. Praw­do­po­dob­nie zwią­zek Harry’ego ze mną był próbą wzbu­dze­nia w niej zazdro­ści i skło­nie­nia jej do dzia­ła­nia, co w końcu się udało. Nie zosta­łam, żeby się o tym prze­ko­nać.

Od tam­tej pory nie czu­łam się gotowa, aby ponow­nie zaufać, więc uni­ka­łam męż­czyzn, ale pomysł bycia z kimś, za kogo ręczyło dwoje moich naj­bliż­szych przy­ja­ciół, był kuszący. Nie ma mowy, żeby nama­wiali nas do bycia razem, gdyby był kobie­cia­rzem.

– Usta­li­li­śmy datę ślubu – powie­działa Han­nah, przy­wra­ca­jąc moją uwagę. – trze­ciego marca przy­szłego roku.

– O rany! To wspa­niała wia­do­mość.

– Będziesz główną druhną, a James drużbą, co będzie fan­ta­styczne, jeśli będzie­cie parą.

– A może tro­chę nie­zręcz­nie, jeśli nie będziemy.

Mru­gnęła do mnie.

– Będzie­cie. Jestem tego pewna.

* * *

– Nie­spo­dzianka!

Kiedy Toby wszedł tego wie­czoru do sali ban­kie­to­wej, wystrze­liły ser­pen­tyny i posy­pały się kon­fetti. Z zasko­czo­nej miny Toby’ego wyni­kało, że Han­nah miała rację i naprawdę niczego nie podej­rze­wał.

Toby uści­skał i poca­ło­wał Han­nah. Ja pozo­sta­łam w tłu­mie i poświę­ci­łam chwilę, aby przyj­rzeć się Jame­sowi, który witał się z rodzi­cami Toby’ego. Opis Han­nah jako przy­stoj­niaka był trafny. Mia­łam nadzieję, że jego oso­bo­wość dorów­nuje jego uro­dzie, ponie­waż pierw­sze wra­że­nie wywo­łało praw­dziwe fajer­werki.

Byłam tak zde­ner­wo­wana, że trzę­słam się, gdy Han­nah z Jame­sem poja­wili się obok mnie.

– Słynna naj­lep­sza przy­ja­ciółka! W końcu się spo­ty­kamy. – Uśmiech­nął się do mnie sze­roko. – Tak wiele o tobie sły­sza­łem, że czuję się, jak­bym znał cię od lat.

Roz­luź­ni­łam ramiona i roze­śmia­łam się.

– Ja też. Uszy pew­nie paliły cię na polu gol­fo­wym, bo ktoś nie prze­sta­wał cię chwa­lić przez całe popo­łu­dnie.

– To zabawne, bo Toby robił to samo w sto­sunku do cie­bie. – James deli­kat­nie szturch­nął Han­nah w żebra. – Oboje jeste­ście tak sub­telni jak młot kowal­ski.

Pod­nio­sła ręce w geście pod­da­nia się i sta­rała się wyglą­dać nie­win­nie.

– Nie mam poję­cia, o czym mówisz. Toby i ja chcie­li­śmy tylko, żeby nasz drużba i główna druhna się poznali. A teraz zosta­wię was samych, żeby­ście mogli to zro­bić.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, odwró­ciła się i prze­szła przez pokój, bez wąt­pie­nia uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

– Napi­jesz się cze­goś? – zapy­tał James.

– Bar­dzo chęt­nie, dzię­kuję. – Poszłam za nim do baru.

– Nie powie­dział­bym tego przy nich, ale bar­dzo chcia­łem cię poznać. Nie mogłem się docze­kać godziny osiem­na­stej.

Żołą­dek pod­sko­czył mi do gar­dła.

Wpa­try­wał się we mnie swo­imi inten­syw­nie nie­bie­skimi oczami i uśmie­chał się.

– Czego się napi­jesz?

Kiedy zama­wiał nasze drinki, motyle w moim brzu­chu zaczęły fru­wać. Na­dal fru­wały, kiedy zapro­wa­dził mnie do ciem­nego kąta, żeby­śmy mogli poroz­ma­wiać. Podry­gi­wały, kiedy objął mnie ramio­nami i przy­tu­lił do sie­bie na par­kie­cie póź­niej tego wie­czoru, a potem osza­lały, kiedy wziął mnie za rękę, kiedy wra­ca­li­śmy do Fuch­sia Cot­tage po zakoń­cze­niu imprezy.

– Wie­dzia­łam, że jeste­ście dla sie­bie stwo­rzeni – beł­ko­tała Han­nah, trzy­ma­jąc się Toby’ego, gdy zata­czali się obok nas. – Nie mia­łam racji?

– W stu pro­cen­tach tak było, Han­nah – powie­dział James. Prze­wró­cił oczami w moją stronę, i oboje wybu­chli­śmy śmie­chem, patrząc na stan tej pary, która odbi­jała się od sie­bie.

Wszy­scy zebra­li­śmy się w kuchni, żeby zapa­rzyć kawę, ale Han­nah zdą­żyła tylko napeł­nić czaj­nik, po czym ogło­siła, że nie ma już miej­sca na wię­cej pły­nów i musi iść spać. Toby poszedł za nią na górę, zosta­wia­jąc Jamesa i mnie samych.

– Mówi­łeś poważ­nie, mówiąc, że Han­nah to prze­wi­działa? – zapy­ta­łam, czu­jąc się odważna po kilku kie­lisz­kach wina wypi­tych tego wie­czoru.

James wziął moje dło­nie i przy­cią­gnął mnie do sie­bie, a następ­nie deli­kat­nie mnie poca­ło­wał. Jego usta były cie­płe, a broda miękka, gdy prze­su­wał poca­łunki z mojego policzka do ucha, a potem z powro­tem do ust.

– Mam nadzieję, że to odpo­wiada na twoje pyta­nie – powie­dział.

– Tak.

– Czy mogę zapro­sić cię na kola­cję w tym tygo­dniu? – szep­nął. – Masz czas we wto­rek?

– Tak, chęt­nie, jestem wolna.

* * *

Godzinę póź­niej leża­łam w łóżku z uśmie­chem na twa­rzy, wciąż czu­jąc na ustach deli­katne poca­łunki Jamesa. Han­nah i Toby naprawdę mieli rację. On mnie roz­śmie­szał, ja roz­śmie­szałam jego, mie­li­śmy tak wiele wspól­nego, a kiedy się cało­wa­li­śmy, czu­li­śmy się, jak­by­śmy byli dla sie­bie stwo­rzeni. Świa­do­mość, że jest w pokoju obok, spra­wiała, że zasy­pia­nie nie było łatwe, ale w końcu zapa­dłam w szczę­śliwy sen.

W nie­dzielę rano obu­dzi­łam się nieco po siód­mej, sły­sząc odgłos zamy­ka­nych drzwi wej­ścio­wych. Zer­ka­jąc przez żalu­zje, zoba­czy­łam Jamesa zmie­rza­ją­cego w kie­runku swo­jego samo­chodu z torbą podróżną w ręku i serce mi zamarło. Wyraź­nie obu­dził się pełen wąt­pli­wo­ści i szybko się wymknął, by unik­nąć jakie­go­kol­wiek skrę­po­wa­nia. Może jed­nak nie byli­śmy tak ide­al­nie dopa­so­wani.

* * *

Pół godziny póź­niej otwo­rzy­łam drzwi wej­ściowe, aby wyjść.

– Wycho­dzisz bez poże­gna­nia?

Pod­sko­czy­łam i odwró­ci­łam się w stronę Jamesa, który opie­rał się o fra­mugę drzwi kuchen­nych, wyglą­da­jąc na nieco nie­pew­nego sie­bie.

– Myśla­łam, że już wysze­dłeś – powie­dzia­łam.

– Jesz­cze nie. Chcia­łem się naj­pierw z tobą zoba­czyć. Upew­nić się, że po wczo­raj­szej nocy wszystko mię­dzy nami jest w porządku.

Po raz drugi tego ranka poczu­łam ucisk w żołądku. Czy to ozna­czało, że żało­wał ostat­niej nocy i chciał się upew­nić, że nie będzie nie­zręcz­nej atmos­fery pod­czas przy­szło­rocz­nego ślubu?

– Wszystko w porządku. Wczo­raj­szego wie­czoru było świet­nie, ale nie martw się, nie będę cię trzy­mać za słowo w kwe­stii kola­cji w tym tygo­dniu – pró­bo­wa­łam brzmieć swo­bod­nie, choć głos mia­łam spięty.

– Nie chcesz się ze mną umó­wić? – Wyglą­dał na zra­nio­nego.

– Eee… tak, chcę, ale daję ci wolną rękę.

– A co, jeśli nie chcę wol­nej ręki? – zapy­tał, uśmie­cha­jąc się i zbli­ża­jąc do mnie.

Uśmiech­nę­łam się nie­śmiało i poło­ży­łam torbę na pod­ło­dze.

– W takim razie wygląda na to, że we wto­rek idziemy na kola­cję.

– A co, jeśli nie będę mógł cze­kać tak długo? – Zro­bił kolejny krok, tak że nasze ciała nie­mal się sty­kały.

– Jutro wie­czo­rem też jestem wolna.

– A co, jeśli nie mogę cze­kać tak długo?

– Nie muszę się teraz spie­szyć – szep­nę­łam, patrząc mu w oczy.

– W takim razie, czy chcia­ła­byś spę­dzić ze mną ten dzień?

– Bar­dzo chęt­nie.

Objął mnie ramio­nami i deli­kat­nie poca­ło­wał.

– Bałem się, że się z tym prze­śpisz i zmie­nisz zda­nie – powie­dział, kiedy się od sie­bie odsu­nę­li­śmy.

Zauwa­ży­łam jego nie­pew­ność i poczu­łam jego wraż­li­wość – taką samą jak moja – i w tym momen­cie tro­chę się zako­cha­łam w Jame­sie Tur­ne­rze.

Rozdział 3

Sześć mie­sięcy póź­niej Han­nah i Toby powie­dzieli – tak. Poczu­łam się roz­czu­lona, gdy uśmiech­nęli się do sie­bie czule i po raz pierw­szy poca­ło­wali się jako mąż i żona. Spoj­rza­łam ukrad­kiem na Jamesa, który jako drużba wyglą­dał olśnie­wa­jąco w jasno­sza­rym trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze z kora­lo­wym kra­wa­tem i poszetką, ale on patrzył przed sie­bie i nie zauwa­żył mojego spoj­rze­nia. Wygła­dzi­łam swoją kora­lową suk­nię druhny, uśmie­cha­jąc się do sie­bie. Czy za rok lub dwa tak będzie wyglą­dało życie Jamesa i moje? Mia­łam taką nadzieję.

Pań­stwo mło­dzi odwró­cili się do swo­ich przy­ja­ciół i rodziny z sze­ro­kimi uśmie­chami na twa­rzach, a następ­nie prze­szli alejką wśród burz­li­wych okla­sków. James dołą­czył do mnie, gdy szli­śmy za nimi, a za nami podą­żały dwie młode sio­strze­nice Han­nah. Ści­snął moją dłoń i obda­rzył mnie jed­nym ze swo­ich naj­cie­plej­szych uśmie­chów, wywo­łu­jąc motyle w brzu­chu. Czy ślub wpra­wił go w odpo­wiedni roman­tyczny nastrój, aby wyznać mi swoje praw­dziwe uczu­cia? James nie powie­dział mi jesz­cze, że mnie kocha, ale wie­dzia­łam, że jest ostrożny i chce pod­cho­dzić do sprawy powoli po tym, jak jego poprzedni dłu­go­trwały zwią­zek zakoń­czył się nie­po­wo­dze­niem. Byłam zde­cy­do­wana nie być pierw­szą, która to powie, po tym, jak zda­łam sobie sprawę, że Harry za każ­dym razem, gdy mu to mówi­łam, odpo­wia­dał tylko wymi­ja­ją­cym – ja też.

James miesz­kał i pra­co­wał w Yorku, a ja miesz­kałam godzinę drogi stąd, w Whits­bo­ro­ugh Bay, więc nie mie­li­śmy zbyt wielu oka­zji do spon­ta­nicz­nych spo­tkań, ale udało nam się to zor­ga­ni­zo­wać. Spę­dza­li­śmy razem więk­szość week­en­dów i sta­ra­li­śmy się spo­ty­kać jeden wie­czór w tygo­dniu.

Na początku James kilka razy przy­jeż­dżał do Whits­bo­ro­ugh Bay i spo­tkał się z moimi rodzi­cami, ale mama nie zro­biła nic, aby poczuł się mile widziany. Dla­tego bar­dziej sen­sowne dla mnie było jeż­dże­nie do Yorku, zwłasz­cza że James miał wła­sne miesz­ka­nie.

Miesz­ka­nie w domu rodzi­ców nie było ide­al­nym roz­wią­za­niem, ale miało sens z finan­so­wego punktu widze­nia. Po kata­stro­fie z Har­rym tata nale­gał, żebym wró­ciła do swo­jego pokoju z dzie­ciń­stwa, dopóki nie uzbie­ram pie­nię­dzy na wła­sne lokum, co bar­dzo nie spodo­bało się mamie.

James i ja spę­dza­li­śmy dużo czasu z Han­nah i Toby’m i uwiel­bia­łam tę bli­skość, jaką mie­li­śmy we czwórkę. Wyobra­ża­łam sobie lata przed nami, wspólne waka­cje, a w przy­szło­ści być może wspólne rodzinne waka­cje.

Nasze wspólne chwile zawsze wypeł­niały roz­mowy i śmiech, co uświa­do­miło mi, jak powierz­chowny był mój zwią­zek z Har­rym. Nie był dla mnie odpo­wiedni, a ja byłam zbyt nie­do­świad­czona, żeby to dostrzec, ale James był part­ne­rem ide­al­nym.

* * *

– Czy wyobra­żasz sobie sie­bie w tej roli? – zapy­ta­łam Jamesa, gdy sie­dzie­li­śmy przy pustym stole, obser­wu­jąc nowo­żeń­ców tań­czą­cych swój pierw­szy taniec tego wie­czoru. Pięć, może sześć kie­lisz­ków szam­pana dodało mi odwagi, ale nie na tyle, by dodać – ze mną.

– Kie­dyś – odpo­wie­dział James. – Kiedy spo­tkam…

Żołą­dek pod­szedł mi do gar­dła, gdy zawa­hał się, zagry­za­jąc wargę, wier­cąc się na krze­śle i uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego ze mną. I to było to. To była chwila abso­lut­nej, szo­ku­ją­cej jasno­ści. Powo­dem, dla któ­rego nie powie­dział, że mnie kocha, nie było to, że wcze­śniej został zra­niony lub, że nie chciał niczego przy­spie­szać. Po pro­stu nie czuł tego. Jak mogłam być tak ślepa? Czy moje doświad­cze­nie z Har­rym niczego mnie nie nauczyło?

– Kiedy spo­tkasz wła­ściwą osobę? – dokoń­czy­łam za niego, mając nadzieję, że muzyka nie pozwoli mu usły­szeć drże­nia w moim gło­sie. Sta­ra­jąc się nie pła­kać i prze­ły­ka­jąc łzy cisnące mi się do gar­dła, doda­łam: – Ale tą osobą nie jestem ja, prawda?

James powoli potrzą­snął głową, a potem odwró­cił się do mnie.

– Tak mi przy­kro, Sam. Kocham cię… – ponow­nie potrzą­snął głową – ale nie w ten spo­sób. Chciał­bym, żeby tak było, ale nie można kon­tro­lo­wać, w kim się zako­chu­jesz. Uwiel­biam być z tobą, ale mię­dzy nami cze­goś bra­kuje.

– Czego na przy­kład?

– Jakiejś iskry. Poczu­łem ją, kiedy się pozna­li­śmy, ale myślę, że to była eks­cy­ta­cja czymś nowym i… tak mi przy­kro… ale ona wyga­sła. – Jego głos był pełen żalu i wie­dzia­łam, że mówi prawdę. Pró­bo­wał, ale dla niego miłość nie roz­kwi­tła.

Bawiąc się kosmy­kiem wło­sów, wykrztu­si­łam z sie­bie:

– Czy jest ktoś inny?

– Nie! Ni­gdy bym ci tego nie zro­bił.

– Więc co chcesz powie­dzieć? – zapy­ta­łam. – Chcesz, żeby­śmy się roz­stali?

Wziął moją dłoń w swoją.

– Nie. O to wła­śnie cho­dzi. Bar­dzo mi na tobie zależy, dobrze się razem bawimy i nie ma nikogo, z kim wolał­bym być. – Drugą ręką pogła­skał mnie po policzku. Przy­tu­li­łam się do jego mięk­kiej dłoni, a serce zaczęło mi moc­niej bić. Nie wszystko było stra­cone. Wtedy dodał to fatalne słowo.

– Jesz­cze. – Jedno małe słowo, skła­da­jące się tylko z kilku liter, ale tak potężne. Jesz­cze. Nie spo­tkał jesz­cze nikogo, z kim wolałby być. Cze­kał na lep­szą oka­zję.

– W porządku – powie­dzia­łam, bo co innego mogłam powie­dzieć? To było dale­kie od bycia w porządku. Ni­gdy nie będzie w porządku.

– Po pro­stu nie widzę nas razem w dłuż­szej per­spek­ty­wie – kon­ty­nu­ował James. – Naprawdę chciał­bym to widzieć, ale nie widzę. A jak jest z tobą, co ty czu­jesz?

Co czuję? Kocham cię i chcę za cie­bie wyjść! Ale oczy­wi­ście tego nie powie­dzia­łam. Nie wiem, co mnie naszło – praw­do­po­dob­nie połą­cze­nie instynktu samo­za­cho­waw­czego, chęci unik­nię­cia upo­ko­rze­nia i pra­gnie­nia zatrzy­ma­nia go przy sobie tak długo, jak to moż­liwe – ale otwo­rzy­łam usta i słowa same mi się wyrwały.

– Czuję dokład­nie to samo, cho­ciaż zda­łam sobie z tego sprawę dopiero, gdy zoba­czy­łam Han­nah i Toby’ego skła­da­ją­cych przy­sięgę mał­żeń­ską. Zaczę­łam wyobra­żać sobie dzień mojego ślubu, ale nie mogłam sobie wyobra­zić cie­bie jako pana mło­dego. Nie chcę cię jed­nak stra­cić. Cie­szę się, że możemy kon­ty­nu­ować to, cokol­wiek to jest.

Spo­dzie­wa­łam się, że się roze­śmieje i wytknie mi kłam­stwo. Z pew­no­ścią moje jąka­nie się i ner­wowe popra­wia­nie obrusu zdra­dzały wszystko. Zamiast tego jego oczy zabły­sły.

– Naprawdę? Mar­twi­łem się, że cię zra­nię.

Uśmiech­nę­łam się.

– Gdy­bym była w tobie sza­leń­czo zako­chana, zbie­ra­li­by­śmy teraz z pod­łogi kawałki mojego zła­ma­nego serca, ale skoro tak nie jest…

James mnie przy­tu­lił.

– Jesteś genialna, Sam.

Uwie­rzył mi. Jak mógł uwie­rzyć w takie bzdury?

– Ty też – powie­dzia­łam, ści­ska­jąc go w odpo­wie­dzi. – Obie­casz mi coś? Jeśli spo­tkasz kogoś, kto wywoła w tobie tę iskrę, któ­rej szu­kasz, powiesz mi o tym? Mam na myśli natych­miast. Nie pozwól mi dowie­dzieć się o tym póź­niej lub usły­szeć o tym od kogoś innego. Nie znio­sła­bym tego ponow­nie po tym, co stało się z Har­rym.

James odsu­nął się ode mnie i ski­nął głową z powagą.

– A ty też mi to obie­casz?

Ski­nę­łam głową i skrzy­żo­wa­łam palce pod sie­dze­niem. Już zna­la­złam tę jedyną osobę i mogłam tylko mieć nadzieję, że iskra, którą począt­kowo poczuł do mnie, zapali się ponow­nie, ponie­waż ta, którą ja czu­łam do niego, ni­gdy nie zga­sła.

Rozdział 4

Przez następne trzy mie­siące mię­dzy Jame­sem, a mną nic się nie zmie­niło. A raczej nic się nie zmie­niło na zewnątrz. Na­dal widy­wa­li­śmy się tak samo regu­lar­nie. Na­dal roz­ma­wia­li­śmy bez prze­rwy. Na­dal dużo się śmia­li­śmy. Ale w moim wnę­trzu zmie­niło się wszystko. Roz­pa­da­łam się, moje serce pękało każ­dego dnia, wie­dząc, że męż­czy­zna, któ­rego kocha­łam, nie odwza­jem­nia moich uczuć i ni­gdy nie będzie. Wie­dzia­łam, że oszu­kuję samą sie­bie, wie­rząc, że pew­nego dnia obu­dzi się i nagle zda sobie sprawę, że czuje coś wię­cej niż tylko przy­jaźń.

Nie mogłam się zmu­sić, żeby zwie­rzyć się Han­nah lub Chloe – dwóm oso­bom, do któ­rych zwy­kle zwra­ca­łam się, gdy coś mnie tra­piło. Nie­na­wi­dzi­łam tego, że ukry­wam przed nimi coś tak waż­nego, ale wie­dzia­łam dla­czego. Powie­dzia­łyby mi, żebym to zakoń­czyła, ponie­waż taka byłaby moja rada, gdyby któ­raś z nich zna­la­zła się w takiej samej sytu­acji. Po co tra­cić czas na coś cał­ko­wi­cie jed­no­stron­nego? Nie byłam jed­nak gotowa sta­wić temu czoła, więc kła­ma­łam. Powtó­rzy­łam im słowa Jamesa – dobrze się bawi­li­śmy, ale żadne z nas nie wie­rzyło, że to potrwa długo, ponie­waż nie było mię­dzy nami tej iskry.

Han­nah skon­fron­to­wała mnie z tym po powro­cie z podróży poślub­nej.

– Jeste­ście razem już pra­wie sie­dem mie­sięcy – powie­działa, marsz­cząc brwi. – To długo, jeśli zwią­zek nie ma przy­szło­ści. Jaki sens ma pozo­sta­wa­nie razem?

– Jak twier­dzisz, jaki jest naj­lep­szy spo­sób, aby zapo­mnieć o Har­rym? Korzy­stam z two­jej rady i bar­dzo mi się to podoba, dzię­kuję. Czy każdy zwią­zek musi zmie­rzać do cze­goś kon­kret­nego?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Nie, ale bądź ostrożna, dobrze? Nie chcia­ła­bym, żebyś znowu została zra­niona.

– Mogła­bym cier­pieć tylko wtedy, gdy­bym była w nim bez­na­dziej­nie zako­chana, a tak nie jest. Prę­dzej czy póź­niej jedno z nas spo­tka kogoś innego i to się skoń­czy. Na razie jeste­śmy świet­nymi przy­ja­ciółmi…

– Z dodat­ko­wymi korzy­ściami – dokoń­czyła.

– Nie! Nie mów tak. To brzmi tan­det­nie.

– Jak ina­czej byś to nazwała? Słu­chaj, jeśli to wam obojgu odpo­wiada, to dzia­łaj­cie i baw­cie się dobrze. Ale jeśli czu­jesz coś wię­cej niż przy­jaźń…

– Nie czuję. – Zda­łam sobie sprawę, że praw­do­po­dob­nie powie­dzia­łam to zbyt szybko i ostro, więc uśmiech­nę­łam się i mia­łam nadzieję, że uda mi się prze­ko­nać ją do mojego kłam­stwa. – Przy­znaję, że na początku byłam nim dość zauro­czona i myśla­łam, że James może być tym jedy­nym, ale cze­goś mi bra­kuje. On nie jest moim part­ne­rem na całe życie.

– Jesteś pewna?

– Jestem pewna. Nie możesz się docze­kać powrotu do pracy?

Znów zmru­żyła oczy, ale obda­rzy­łam ją moim naj­bar­dziej olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem, który musiał ją prze­ko­nać, ponie­waż usia­dła wygod­nie w fotelu i zaczęła roz­ma­wiać o powro­cie do pracy.

Chloe bar­dziej akcep­to­wała swo­bodny cha­rak­ter naszego związku. Nie spo­tkała go jesz­cze, a James nie korzy­stał z mediów spo­łecz­no­ścio­wych, ale zamie­ści­łam kilka jego zdjęć na Face­bo­oku i Insta­gra­mie.

– Brawo – powie­działa, gdy spa­ce­ro­wa­ły­śmy ramię w ramię pro­me­nadą w North Bay w spo­kojny wie­czór pod koniec marca. – Gdy­bym miała przy­ja­ciela, który wyglą­dałby jak twój James, z przy­jem­no­ścią pozwo­li­ła­bym sobie na tro­chę seksu bez zobo­wią­zań.

– To nie jest do końca bez zobo­wią­zań – powie­dzia­łam. – Nie wolno nam spo­ty­kać się z innymi oso­bami, a jeśli jedno z nas kogoś pozna, musi o tym powie­dzieć dru­giemu.

– Brzmi jak ide­alne roz­wią­za­nie. Gdzie mogę zna­leźć takiego Jamesa?

– Nie mam poję­cia. W dzie­sią­tej alejce w super­mar­ke­cie?

Roze­śmiała się.

– Gdyby to było takie pro­ste. Kiedy go poznam? Jeste­ście razem od zawsze.

– Nie od zawsze i wiesz, że nie było to zamie­rzone. Mama nie pozwala mu zostać na noc, więc łatwiej mi jeź­dzić do Yorku.

Ści­snęła moc­niej moje ramię.

– Posta­raj się nie dać się jej zde­ner­wo­wać – powie­działa łagod­nie. Nie mogła powie­dzieć nic wię­cej. Moja mama uwiel­biała Chloe, a mnie nie­na­wi­dziła. Chloe twier­dziła, że kiedy były­śmy młod­sze, to sobie to wyobra­ża­łam, ale kiedy wkro­czy­ły­śmy w drugą dekadę naszego życia, musiała przy­znać, że naprawdę dostrzega, jak ina­czej mama trak­tuje nas obie.

– Znasz mnie – stwier­dzi­łam. – Zawsze sta­ram się zacho­wać spo­kój i pły­nąć z prą­dem.

– Chcia­ła­bym, żebyś nie musiała przez to prze­cho­dzić.

– Ja też. – Wes­tchnę­łam. – W każ­dym razie wróćmy do bar­dziej rado­snych tema­tów. Wstęp­nie zapi­sa­łam Jamesa na sie­dem­dzie­siąte piąte uro­dziny dziadka w czerwcu, więc poznasz go wtedy, jeśli nie wcze­śniej.

– Naj­wyż­szy czas.

* * *

Nie byłam bli­sko zwią­zana z mamą, ale za to bar­dzo bli­sko z jej ojcem – moim dziad­kiem. Cza­sami zasta­na­wia­łam się, czy nie obda­rzał mnie tak wielką miło­ścią, aby zre­kom­pen­so­wać mi obo­jęt­ność swo­jej córki, ale nie­za­leż­nie od powodu, abso­lut­nie go uwiel­bia­łam i ceni­łam tę wyjąt­kową więź, która nas łączyła.

W dzie­ciń­stwie czę­sto odwie­dza­łam bab­cię i dziadka w Meadow­croft, dużym bun­ga­lo­wie poło­żo­nym na działce o powierzchni dwóch akrów w wio­sce Lit­tle Til­bury, około czter­dzie­stu minut na połu­dnie od Whits­bo­ro­ugh Bay. Czę­sto zosta­wa­łam tam pod­czas waka­cji szkol­nych, pie­kąc z bab­cią lub poma­ga­jąc dziad­kowi w ogro­dzie. Dzia­dek był zapa­lo­nym orni­to­lo­giem, a jego roz­le­gły ogród za domem – w któ­rym znaj­do­wał się zagaj­nik – był rajem dla pta­ków. Nauczył mnie wszyst­kich ich nazw, pre­fe­ren­cji żywie­nio­wych i wybo­rów doty­czą­cych gniazd. Ogród gra­ni­czył z otwar­tymi polami i przy­cią­gał mnó­stwo innych dzi­kich zwie­rząt, zwłasz­cza w nocy. Jeże, kró­liki, lisy, a nawet bor­suki były sta­łymi gośćmi, eks­plo­ru­jąc żywo­płoty, zagaj­nik i szu­ka­jąc sma­ko­ły­ków, które dzia­dek dla nich zosta­wiał. Dziad­ko­wie pozwa­lali mi zosta­wać do późna i wszy­scy cho­wa­li­śmy się w oran­że­rii przy zga­szo­nych świa­tłach, obser­wu­jąc nocne aktyw­no­ści zwie­rząt. Cza­sami Chloe też zosta­wała, ale natura wyda­wała się ją nudzić, więc zazwy­czaj byłam sama i uwiel­bia­łam tę całą nie­po­dzielną uwagę tylko dla sie­bie.

Babu­nia i dzia­dek byli uro­czą parą, zawsze śmiali się razem i trzy­mali się za ręce, kiedy wycho­dzili. Było oczy­wi­ste, że ich miłość była głę­boka i trwała, ale bab­cia ode­szła od nas zbyt wcze­śnie. Pięć lat temu, kiedy miała zale­d­wie sześć­dzie­siąt dzie­więć lat, potrze­bo­wała ruty­no­wej ope­ra­cji. Nikt się tym nie mar­twił i wszy­scy nie mogli­śmy się docze­kać trzech wiel­kich uro­czy­sto­ści po jej wyzdro­wie­niu: sie­dem­dzie­sią­tych uro­dzin dziadka, ich zło­tej rocz­nicy ślubu, a następ­nie sie­dem­dzie­sią­tych uro­dzin babci. Jed­nak zła­pała infek­cję, która prze­ro­dziła się w sepsę. Nikt z nas nie mógł uwie­rzyć, że ode­szła, zwłasz­cza dzia­dek. Wyglą­dało to tak, jakby ktoś zga­sił świa­tło w jego oczach i oba­wia­łam się, że już ni­gdy nie zoba­czę jego uśmie­chu.

Po śmierci babuni spę­dza­łam z dziad­kiem tyle czasu, ile tylko mogłam. Więk­szość wie­czo­rów po pracy jeź­dzi­łam do Meadow­croft i byłam tam co naj­mniej jeden dzień w każdy week­end. Bez babci był zagu­biony, szu­ka­jąc sensu życia. Serce mi pękało, gdy go takim widzia­łam. Stra­cił nawet zain­te­re­so­wa­nie pta­kami i dziką przy­rodą, ale powoli nama­wia­łam go, by znów wycho­dził na zewnątrz, przy­po­mi­na­jąc mu, jak wiele żywych istot na nim polega, i pró­bu­jąc poka­zać mu powód, by dalej żyć. Stop­niowo jego policzki zaczęły nabie­rać koloru i znów zaczął się uśmie­chać. Na­dal czu­łam jego zmę­cze­nie, samot­ność i zro­zu­miałą obo­jęt­ność wobec życia bez babci, ale melan­cho­lia sta­wała się coraz rzad­sza. Zaczął spę­dzać czas z innym wdow­cem z wio­ski i powoli, lecz pew­nie, budo­wał życie bez babci.

Zaczę­li­śmy razem cho­dzić na spa­cery i za każ­dym razem dzie­lił się ze mną czymś nowym o babci. Myślę, że był to jego spo­sób na utrzy­ma­nie jej przy życiu, dzie­le­nie się ze mną cen­nymi wspo­mnie­niami, ale dzięki temu czu­łam się o wiele bli­żej nich obojga.

Na początku nowego roku spa­ce­ro­wa­li­śmy po wio­sce i zapro­po­no­wa­łam zor­ga­ni­zo­wa­nie przy­ję­cia z oka­zji jego sie­dem­dzie­sią­tych pią­tych uro­dzin.

Dzia­dek zatrzy­mał się, a potem uśmiech­nął.

– Myślę, że twoja bab­cia chcia­łaby tego. Nie świę­to­wa­li­śmy tych trzech wyjąt­ko­wych oka­zji w roku, w któ­rym ją stra­ci­li­śmy. Myślę, że chcia­łaby, żeby­śmy cele­bro­wali kolejny ważny moment.

– Więc zga­dzasz się?

– Tak. Pod warun­kiem, że pomo­żesz mi to zor­ga­ni­zo­wać.

Uści­ska­łam go.

– Z przy­jem­no­ścią.

Rozdział 5

– Jestem z cie­bie dumny, Sam­mie – powie­dział dzia­dek, gdy weszli­śmy do sali ban­kie­to­wej w Hotelu San­der­slea House, kilka kilo­me­trów od Meadow­croft. – Jest cudow­nie.

Roz­glą­dał się po sali, oglą­da­jąc różne zdję­cia, które powięk­szy­łam, przed­sta­wia­jące go od nie­mow­lę­cia do chwili obec­nej. Łzy napły­nęły mi do oczu, gdy deli­kat­nie pogła­skał zdję­cie, które zro­bi­łam jemu i babci w ogro­dzie kilka dni przed jej ope­ra­cją, na któ­rym wyglą­dali na szczę­śli­wych i zdro­wych. Nie mogli­śmy prze­wi­dzieć, że będzie to ostat­nie zdję­cie, jakie jej zro­biono. Wzię­łam głę­boki oddech i zaję­łam się prze­sta­wia­niem kwia­tów na jed­nym ze sto­łów.

– Dzię­kuję – oznaj­mił, wra­ca­jąc do mnie.

– Nie ma za co, dziadku. – Obser­wo­wa­łam, jak ponow­nie spo­gląda na zdję­cie. – Założę się, że bab­cia jest tu z nami duchem.

Odwró­cił się i uśmiech­nął się do mnie łagod­nie.

– Gwa­ran­tuję ci to. Byłaby z cie­bie bar­dzo dumna, wiesz o tym. Ja na pewno jestem.

– Tęsk­nię za nią.

– Wiem. Była naj­lep­sza – powie­dział łamią­cym się gło­sem.

Sta­li­śmy obok sie­bie przez chwilę, pogrą­żeni w myślach.

– Może zro­bimy sobie sel­fie, zanim przyjdą inni? – zapro­po­no­wał dzia­dek, a jego głos brzmiał już pew­niej.

Dzia­dek uwiel­biał sel­fie, a ja mia­łam wspa­niałą kolek­cję naszych wspól­nych zdjęć, na któ­rych uśmie­cha­li­śmy się lub robi­li­śmy głu­pie miny. Pode­szli­śmy do balo­nów i zro­bi­łam nam kilka zdjęć na ich tle, czu­jąc cie­pło w sercu, gdy dzia­dek prze­glą­dał je z uśmie­chem. – Wydru­ku­jesz mi kilka z nich do naszego kolażu?

– Oczy­wi­ście.

Stwo­rzy­li­śmy wspa­niały kolaż sel­fie na jed­nej ze ścian wol­nej sypialni w Meadow­croft. Kiedy odczu­wał nie­obec­ność babci zbyt mocno, uwiel­biał sie­dzieć na łóżku i na niego patrzeć. Mówił, że natych­miast popra­wia mu to humor i przy­po­mina, jak wiele jesz­cze ma przed sobą.

– O któ­rej spo­dzie­wasz się two­jego mło­dzieńca? – zapy­tał.

– Dopiero około ósmej, ale nie może się docze­kać, żeby cię znowu zoba­czyć.

– Świet­nie. Dawno się nie widzie­li­śmy. Muszę się upew­nić, że na­dal jest wystar­cza­jąco dobry dla mojej ulu­bio­nej wnuczki. – Mru­gnął do mnie, a ja deli­kat­nie go szturch­nę­łam.

– Cicho! Nie możesz mnie fawo­ry­zo­wać w ten spo­sób.

– Dla­czego nie? Ty, Sam­mie, jesteś naprawdę wyjąt­kowa. Zawsze o tym wie­dzia­łem i gdyby nie twoja tro­ska i opieka po śmierci babci, nie sądzę, żebym był tu dzi­siaj, świę­tu­jąc swoje sie­dem­dzie­siąte piąte uro­dziny. Mam nadzieję, że wiesz, jak bar­dzo cię kocham, mój aniołku, i żałuję tylko, że nie­któ­rzy ludzie w twoim życiu nie postrze­gają cię tak, jak ja.

– Och, dziadku. Ja też cię kocham. – Uści­ska­łam go mocno, ponow­nie powstrzy­mu­jąc łzy. Wie­dzia­łam, że spo­sób, w jaki mama mnie trak­to­wała, łamał mu serce, ale nie miał poję­cia, że jego słowa odno­szą się rów­nież do moich rela­cji z Jame­sem.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin!

Gło­śne powi­ta­nie prze­rwało naszą chwilę i odwró­ci­li­śmy się, aby zoba­czyć cio­cię Louise, wujka Simona i Chloe zbli­ża­ją­cych się do nas z tor­bami peł­nymi pre­zen­tów. Kilka minut póź­niej poja­wili się mama i tata, a wkrótce pokój zapeł­nił się przy­ja­ciółmi i rodziną, któ­rzy roz­da­wali uści­ski i pre­zenty, roz­ma­wiali i śmiali się.

Serce mi rosło, kiedy widzia­łam dziadka tak szczę­śli­wego. Spoj­rza­łam na zdję­cie babci na ścia­nie i uśmiech­nę­łam się do niej. Z pew­no­ścią świę­to­wała razem z nami.

Zasta­na­wia­łam się, czy dzia­dek przej­rzy Jamesa i mnie tego wie­czoru. Szu­ka­łam wymó­wek, żeby nie zabie­rać Jamesa do Meadow­croft, ponie­waż dzia­dek zauwa­żał wszystko, co mnie doty­czyło, a gdy­by­śmy byli tylko we trójkę, na pewno wzbu­dzi­łoby to jego podej­rze­nia. Nie spo­cząłby, dopóki nie dotarłby do sedna sprawy i nie udzie­lił mi rady, któ­rej nie chcia­łam słu­chać. Doszłam do wnio­sku, że impreza zapewni nam bez­pie­czeń­stwo dzięki liczeb­no­ści gości i wystar­cza­jąco dużej ilo­ści roz­ry­wek dla dziadka. Myli­łam się.

* * *

Tuż przed dwu­dzie­stą wśli­zgnę­łam się do dam­skiej toa­lety w tyl­nym rogu sali ban­kie­to­wej, aby się odświe­żyć przed przy­by­ciem Jamesa. Kiedy wyszłam, dzia­dek cze­kał w pobliżu z dużym kie­lisz­kiem różo­wego wina dla mnie.

– Chcia­łem przy­nieść ci je wcze­śniej, ale cią­gle poja­wiali się nowi goście.

– Dzię­kuję, dziadku. – Wycią­gnę­łam rękę i z wdzięcz­no­ścią wypi­łam kilka łyków. Byłam zbyt zajęta peł­nie­niem roli gospo­dyni, żeby napić się drinka. – Dobrze się bawisz?

– Bawię się świet­nie, mój aniołku. Jamesa jesz­cze nie ma?

– Powi­nien poja­wić się wkrótce. – Ski­nę­łam głową w stronę dru­giej strony pokoju, gdzie Chloe roz­ma­wiała z jed­nym z sąsia­dów dziadka. – Chloe wygląda dziś nie­sa­mo­wi­cie. – Miała na sobie deli­katną brzo­skwi­niową sukienkę z odkry­tymi ramio­nami, a jej włosy były uło­żone w luźne loki.

– Ty też – pod­kre­ślił dzia­dek.

– Dzię­kuję.

Chloe odwró­ciła się w stronę drzwi i przez chwilę się im przy­glą­dała, po czym potrzą­snęła wło­sami.

– O, kto teraz przy­kuł jej uwagę? – mruk­nął dzia­dek.

Oboje skie­ro­wa­li­śmy wzrok w stronę drzwi i poczu­łam, jak żołą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. James przy­był, ale nie szu­kał mnie wzro­kiem. Ktoś inny już zwró­cił jego uwagę. Otwo­rzył usta i prze­su­nął pal­cami po twa­rzy, jakby był cał­ko­wi­cie ocza­ro­wany. Pra­wie nie odwa­ży­łam się podą­żać za jego spoj­rze­niem, ale musia­łam się upew­nić.

Chloe i James, patrząc sobie w oczy, prze­szli przez salę, przy­cią­gani do sie­bie jak magnesy. W tym momen­cie zro­zu­mia­łam, że go stra­ci­łam. Fizyczna atrak­cja była oczy­wi­sta, a gdy tylko zaczęli roz­ma­wiać, stało się jasne, że nie ma szans, nie było wąt­pli­wo­ści, że mię­dzy nimi zaiskrzy.

– Czy to twój James? – zapy­tał dzia­dek, popra­wia­jąc oku­lary, gdy zaczęli roz­ma­wiać.

Ski­nę­łam powoli głową.

– W takim razie muszę peł­nić rolę gospo­da­rza i powi­tać go – powie­dział, a w jego gło­sie dało się wyczuć defen­sywną nutę. Wie­dzia­łam, że zauwa­żył to samo, co ja.

Chwy­cił mnie za rękę i wycią­gnął z cie­nia na drugą stronę pokoju.

– Toż to chło­pak Sam­mie – ogło­sił gło­śno dzia­dek. – Cie­szę się, że mogłeś przyjść.

Moja kuzynka i chło­pak wyrwali się z transu i zdali sobie sprawę, że nie są już sami.

– Eee, tak… Prze­pra­szam za spóź­nie­nie, Wil­liam. Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin! – Uści­snął dłoń dziadka, a potem odwró­cił się do mnie i nie­zręcz­nie poca­ło­wał mnie w poli­czek, pra­wie jak­by­śmy byli obcymi ludźmi.

– Widzę, że pozna­łeś moją kuzynkę, Chloe – powie­dzia­łam, sta­ra­jąc się nie zdra­dzić napię­cia w gło­sie.

– Tak, wła­śnie przed chwilą. Ja… eee… wła­śnie pyta­łem ją, gdzie jesteś, a tu nagle się poja­wi­łaś.

– Jestem.

Zapa­dła cisza. Było to potworne. Czu­łam, że dzia­dek chce, żebym coś powie­działa, żeby zazna­czyć swoją obec­ność, ale co mogłam powie­dzieć? Jedyne, co przy­szło mi do głowy, to: Czy dzia­dek i ja powin­ni­śmy zosta­wić was samych?

– Jak było w pracy? – zapy­ta­łam.

– Czym się zaj­mu­jesz? – wtrą­ciła się Chloe, zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć.

– Jestem dyrek­to­rem mar­ke­tingu w fir­mie Den­le­igh Insu­rance w Yorku.

– Dyrek­tor? Wow! Musisz być świetny w swo­jej pracy – zauwa­żyła Chloe, doty­ka­jąc jego ramie­nia. Serce zaczęło mi szyb­ciej bić, gdy patrzy­łam, jak flir­tuje na moich oczach. Czy ona w ogóle zda­wała sobie z tego sprawę?

– Jest mi dość gorąco, Sam­mie. – Dzia­dek wsu­nął swoją dłoń w moją. – Czy mogła­byś wyjść ze mną na zewnątrz, żeby zaczerp­nąć świe­żego powie­trza?

– Oczy­wi­ście. Wybacz­cie nam na chwilę.

Przy­się­gam, że nie zauwa­żyli naszego wyj­ścia. Wypi­łam resztę wina i zosta­wi­łam pusty kie­li­szek na pobli­skim sto­liku, a następ­nie wyszłam za dziad­kiem bocz­nymi drzwiami.

Deli­katny wiatr ochło­dził moje roz­pa­lone policzki, gdy usia­dłam obok niego na drew­nia­nej ławce za rogiem, poza zasię­giem wzroku z okien sali ban­kie­to­wej.

– To było pierw­sze spo­tka­nie Chloe i Jamesa? – zapy­tał dzia­dek.

– Tak.

– I celowo ich roz­dzie­la­łaś?

Wzru­szy­łam ramio­nami.

– Nie. A przy­naj­mniej tak mi się wydaje. Może zro­bi­łam to pod­świa­do­mie.

Dzia­dek objął mnie ramie­niem, a ja opar­łam głowę na jego ramie­niu.

– Powiedz mi, że to tylko moja wyobraź­nia spra­wiła, że widzia­łam te fajer­werki.

– Chciał­bym móc to zro­bić.

Ści­snął moje ramię i sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu przez kilka minut, aż chłód wie­czoru stał się zbyt dotkliwy i zadrża­łam, a na moich ramio­nach poja­wiła się gęsia skórka.

– Jest tu za zimno – zauwa­żył dzia­dek, wsta­jąc i poda­jąc mi rękę. – Masz jakieś plany na jutro?

– James jedzie dziś wie­czo­rem do Yorku na wie­czór kawa­ler­ski, więc pla­no­wa­łam poje­chać do Whits­bo­ro­ugh Bay i pospa­ce­ro­wać po skle­pach. Ale nie muszę tego robić.

– Spędźmy ten dzień razem. Przy­jedź do Meadow­croft, poroz­ma­wiamy.

* * *

W środku Chloe i James na­dal pro­wa­dzili oży­wioną roz­mowę, śmie­jąc się i pochy­la­jąc się ku sobie.

– Pójdę tylko do toa­lety – zwró­ci­łam się do dziadka.

– Wszystko w porządku? – Jego mięk­kie, szare oczy były pełne tro­ski.

Ski­nę­łam głową i uśmiech­nę­łam się uspo­ka­ja­jąco, ale nie ufa­łam sobie na tyle, by coś powie­dzieć, bo bałam się, że wszystko wyj­dzie na jaw. Poroz­ma­wiamy jutro. On to widział. Ja to widzia­łam. Praw­do­po­dob­nie wszy­scy w pokoju to widzieli.

Ku mojej uldze w toa­le­cie nie było nikogo. Prze­szłam kilka razy wzdłuż pomiesz­cze­nia, oddy­cha­jąc głę­boko i sta­ra­jąc się nie pła­kać. Kiedy poczu­łam, że znów panuję nad sobą, pochy­li­łam się nad jedną z umy­wa­lek i spry­ska­łam twarz zimną wodą. Osu­sza­jąc się papie­ro­wym ręcz­ni­kiem, potrzą­snę­łam głową, patrząc na kobietę, która spo­glą­dała na mnie z lustra. Dla­czego nie posta­ra­łam się bar­dziej? Sta­łam tam w dżin­sach, luź­nej bia­łej bluzce i klap­kach, z deli­kat­nym maki­ja­żem, z wło­sami zwią­za­nymi w niski kucyk, nie­wiele róż­nią­cym się od tego, jaki noszę do pracy. A tam była Chloe… po pro­stu Chloe. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie przez zatło­czoną salę i iskry posy­pały się z nieba. To, czego bra­ko­wało Jame­sowi we mnie, zna­lazł wła­śnie u mojej kuzynki. Ze wszyst­kich kobiet na całym świe­cie…

Pchnę­łam drzwi i weszłam z powro­tem do sali ban­kie­to­wej. Oto­czyło mnie cie­pło i śmiech, więc wypro­sto­wa­łam ramiona. Wmie­szaj się w tłum. Baw się dobrze. On wkrótce do cie­bie podej­dzie, a ty będziesz mogła zacho­wy­wać się, jakby wszystko było w porządku. Jesteś do tego przy­zwy­cza­jona.

* * *

Następ­nego ranka ode­bra­łam dziadka i poje­cha­łam do Great Til­bury. Udało nam się przejść całą dłu­gość wsi i wró­cić, wli­cza­jąc w to prze­rwę na kar­mie­nie kaczek, nie wspo­mi­na­jąc ani sło­wem o Chloe i Jame­sie, ale gdy tylko zapro­po­no­wał, żeby­śmy wstą­pili na her­batę do April’s Tea Par­lour, wie­dzia­łam, że nie możemy tego dłu­żej odkła­dać.

– Ty i James – ode­zwał się, gdy tylko podano nam napoje. – Poroz­ma­wiaj ze mną.

– Nie ma o czym roz­ma­wiać. Kocham Jamesa, a on mnie nie kocha. To pro­ste.

– Czy on ci to powie­dział?

– Trzy mie­siące temu, na ślu­bie Han­nah i Toby’ego.

– Czy on wie, co do niego czu­jesz?

Bawi­łam się kucy­kiem.

– Nie. Jeste­śmy razem tylko do momentu, gdy znaj­dzie bra­ku­jącą iskrę z kimś innym.

Dzia­dek wypu­ścił powoli powie­trze i pokrę­cił głową, nale­wa­jąc mleko do fili­żanki.

– Pamię­tasz to powie­dze­nie, które mawiała twoja bab­cia? Jeśli coś kochasz, musisz to uwol­nić.

Opu­ści­łam ramiona.

– Tak. Pro­blem w tym, że znam dal­szą część tego powie­dze­nia i wiem, że on nie wróci.

– Więc ni­gdy nie był twój, prawda?

Łza spły­nęła mi po policzku i szybko ją otar­łam.

– Zawsze o tym wie­dzia­łam.

– Twoja bab­cia mówiła też, że zapach zawsze pozo­staje w dłoni, która poda­ro­wała różę.

Spoj­rza­łam na niego z bra­kiem zro­zu­mie­nia.

– Ni­gdy w życiu nie sły­sza­łam tego powie­dze­nia. Co ono ozna­cza?

– Ozna­cza to, że akt dobroci, taki, jaki zamie­rzasz wyko­nać, przy­nie­sie korzyść rów­nież dawcy. – Poło­żył dłoń na mojej. – Może minąć tro­chę czasu, zanim poczu­jesz korzyść, ale wszystko…

– …dzieje się z jakie­goś powodu – dokoń­czy­łam. – Wiem. I dzię­kuję, że zauwa­ży­łeś, co się wyda­rzyło wczo­raj wie­czo­rem.

– Zawsze zwra­ca­łem uwagę na wszystko, co cię doty­czy. Zawsze scho­dzisz w cień i pozwa­lasz zabły­snąć swo­jej kuzynce. Zauwa­ży­łem, jak bar­dzo ranią cię ostre słowa lub spoj­rze­nia two­jej mamy, a mimo to nie reagu­jesz na nie. Zauwa­ży­łem, jak umniej­szasz swoje osią­gnię­cia i wyol­brzy­miasz doko­na­nia innych, jakby nic, co robisz, nie miało zna­cze­nia. Ale chcę, żebyś wie­działa, że błysz­czysz jak dia­ment, mój aniołku. Nie pozwól nikomu wmó­wić ci, że tak nie jest.

– Dzię­kuję. To bar­dzo miłe z two­jej strony, dziadku. – Nala­łam her­batę do naszych fili­ża­nek i wes­tchnę­łam. – Nie wiem, czy zniosę widok Jamesa i Chloe razem.

– Nie wiesz, czy tak się sta­nie. Tak, coś się wyda­rzyło wczo­raj wie­czo­rem, ale udany zwią­zek to coś wię­cej niż tylko fizyczne przy­cią­ga­nie. Być może nie będą razem, a jeśli nawet, to może to nie potrwać długo. Wtedy znik­nie z waszego życia i będzie­cie mogły ruszyć dalej.

– Wiem. Nie powin­nam zakła­dać naj­gor­szego.

Dzia­dek dodał pół łyżeczki cukru do her­baty i powoli ją zamie­szał.

– Kiedy to zakoń­czysz?

Wypu­ści­łam powoli, rów­no­mier­nie powie­trze.

– Spo­ty­kamy się we wto­rek na kola­cji. Wtedy to zro­bię.

– Będzie ci ciężko, ale wiesz, że to słuszna decy­zja, prawda?

– Wiem, dziadku. Rozum pod­po­wia­dał mi, że powin­nam była to zro­bić już kilka mie­sięcy temu, ale serce wciąż chciało się kur­czowo trzy­mać.

– Obie­caj mi, że pozwo­lisz mu odejść. – Spoj­rzał na mnie swo­imi łagod­nymi, sza­rymi oczami i ści­snął moją dłoń. – Znajdź zamiast tego swoją miłość na całe życie.

– Tak zro­bię, dziadku. Obie­cuję.

* * *

Kiedy wró­ci­łam do domu, wysła­łam Jame­sowi krótką wia­do­mość, że spę­dzi­łam cudowny dzień z dziad­kiem, mam nadzieję, że wie­czór kawa­ler­ski prze­biega pomyśl­nie i nie mogę się docze­kać, żeby go zoba­czyć we wto­rek. Odpo­wie­dział emo­ti­kon­kiem z kciu­kiem w górę, kuflem piwa i zabawną miną. Poło­ży­łam się na łóżku, tele­fon leżał na mojej piersi, a uczu­cie straty ogar­nęło mnie cał­ko­wi­cie. Następ­nym razem, gdy zoba­czę Jamesa, zakoń­czę to. Czy to będzie poże­gna­nie, czy zoba­czę go znów… jako chło­paka Chloe? Mimo­wol­nie zadrża­łam na samą myśl o tym.

Rozdział 6

Następ­nego ranka obu­dzi­łam się z uczu­ciem pustki, wie­dząc, że jestem o jeden dzień bli­żej poże­gna­nia z Jame­sem.

Od chwili, gdy zeszłam na dół, aby zapa­rzyć her­batę, moja obec­ność wyda­wała się iry­to­wać mamę.

– Dzięki za wsta­wie­nie wczo­raj pra­nia – powie­działa sar­ka­stycz­nym tonem, prze­glą­da­jąc kosz z brudną bie­li­zną.

– Kaza­łaś mi to zosta­wić, bo chcia­łaś wyprać spodnie, które mia­łaś na sobie.

– Mogłaś zro­bić pra­nie jasnych rze­czy.

Nie było sensu odpo­wia­dać. Była to kla­syczna sytu­acja bez wyj­ścia, którą zna­łam aż za dobrze. Gdy­bym włą­czyła pralkę, dosta­ła­bym burę za zigno­ro­wa­nie jej pole­ce­nia, żeby nie wsta­wiać pra­nia.

– Chcesz fili­żankę her­baty? – zapy­ta­łam.

– Czy wyglą­dam, jak­bym miała czas na her­batę?

Zacho­waj spo­kój. Policz do trzech…

– Czy jest coś, co chcia­ła­byś, żebym zro­biła?

– Chcia­ła­bym, żebyś wyszła z mojej kuchni, żebym mogła zająć się pra­niem.

– Czy mogę jesz­cze w czymś pomóc? Zakupy? Sprzą­ta­nie?

– Jeśli muszę cię o to pro­sić, to nie jest to zbyt pomocne, prawda?

Nie­na­wi­dzi­łam tego bez­sen­sow­nego zwrotu. Za każ­dym razem, gdy wyka­zy­wa­łam ini­cja­tywę i robi­łam coś bez pro­sze­nia, wku­rzała się na mnie za to, że nie zrobi­łam tego zgod­nie z jej rygo­ry­stycz­nymi stan­dar­dami. Jeśli poszłam na zakupy, zawsze zarzu­cała mi, że kupi­łam nie­wła­ściwą markę lub roz­miar. Jeśli sprzą­ta­łam, rze­komo coś prze­oczy­łam, więc musiała wszystko robić od nowa.

Nie chcia­łam, żeby mama widziała, że mnie zde­ner­wo­wała, więc wzię­łam prysz­nic, ubra­łam się i poje­cha­łam do Whits­bo­ro­ugh Bay, żeby wydru­ko­wać zdję­cia z przy­ję­cia dziadka.

Sie­dząc w samo­cho­dzie, prze­glą­da­łam zdję­cia, a moje serce zabiło szyb­ciej na widok Chloe i Jamesa razem. Deli­kat­nie pogła­ska­łam twarz Jamesa i wes­tchnę­łam, czu­jąc już ból po stra­cie, a następ­nie deli­kat­nie wło­ży­łam zdję­cia z powro­tem do torby i ruszy­łam w kie­runku Meadow­croft.

* * *

Nikt nie odpo­wie­dział, gdy zadzwo­ni­łam dzwon­kiem, więc otwo­rzy­łam drzwi i weszłam do środka. Dzia­dek dał mi klucz po śmierci babci, mówiąc, że spę­dza wię­cej czasu w ogro­dzie niż w domu i ni­gdy mnie nie zoba­czy, jeśli będę pole­gać na tym, że usły­szy dzwo­nek.

Weszłam do holu i zawo­ła­łam jego imię. Było nie­zwy­kle ciemno, a kiedy otwo­rzy­łam drzwi do salonu, ogar­nęło mnie nie­po­ko­jące uczu­cie. Dla­czego zasłony nie były odsło­nięte?

– Dziadku? – zawo­ła­łam.

Nie było odpo­wie­dzi.

– Dziadku? Jest już po jede­na­stej. Na­dal leżysz w łóżku?

Ostroż­nie otwo­rzy­łam drzwi jego sypialni, ale nie było go tam. Zasłony były odsło­nięte, a łóżko posłane. Wzię­łam kilka głę­bo­kich odde­chów, aby uspo­koić bicie serca.

– Dziadku? Gdzie jesteś? – Wyszłam z powro­tem do przed­po­koju. Być może sko­rzy­stał z błę­kit­nego nieba i słońca i wyszedł pro­sto do ogrodu.

Otwo­rzy­łam drzwi tyl­nej sypialni, zamie­rza­jąc wyj­rzeć przez okno, i krzyk­nę­łam.

Dzia­dek, ubrany w te same ubra­nia co wczo­raj, leżał oparty o wez­gło­wie łóżka, naprze­ciwko kolażu sel­fie. Na kola­nach miał zapro­sze­nie na swoje sie­dem­dzie­siąte piąte uro­dziny, a na sto­liku noc­nym leżał talerz z nie­do­je­dzo­nym kawał­kiem tortu uro­dzi­no­wego.

– Och, dziadku. – Moje usta zadrżały, a łzy napły­nęły mi do oczu.

Powoli pode­szłam do niego i deli­kat­nie zamknę­łam mu oczy. Nie było potrzeby spraw­dza­nia jego pulsu. Widzia­łam śmierć wiele razy i było oczy­wi­ste, że wczo­raj w nocy dołą­czył do babci.

– Prze­każ babci moje pozdro­wie­nia – szep­nę­łam, cału­jąc jego chłodny poli­czek i zdej­mu­jąc mu oku­lary. – Uści­skaj ją ode mnie i podzię­kuj jej za to, że pozwo­liła mi zatrzy­mać cię przy sobie przez kolejne pięć lat.

Spa­zma­tyczny szloch wstrzą­snął moim cia­łem, a łzy spły­wały mi po policz­kach. Drżą­cymi rękami wyję­łam tele­fon z kie­szeni. Chcia­łam zadzwo­nić do taty, ale wie­dzia­łam, że naj­pierw muszę spró­bo­wać z mamą. W końcu dzia­dek był jej ojcem. Mama pra­wie ni­gdy nie odbie­rała moich tele­fonów i dzi­siaj nie było ina­czej. Zadzwo­ni­łam do taty.

– Cześć, Sam­mie.

– Tato? Dzia­dek nie żyje. Jestem w Meadow­croft, a on nie żyje. Możesz powie­dzieć mamie i cioci Louise? – Słowa wypa­dały mi z ust mię­dzy szlo­chami.

– Nie! Och, Sam­mie. Wszystko w porządku?

– Nie bar­dzo. Możesz tu przy­je­chać?

* * *

Utrata dziadka była nie do znie­sie­nia. Ni­gdy nie doświad­czy­łam takiego bólu. Zamiast zjed­no­czyć nas w żało­bie, spo­wo­do­wało to dal­sze roz­dź­więki mię­dzy mamą a mną. Była – co zro­zu­miałe – zdru­zgo­tana śmier­cią swo­jego dru­giego rodzica, ale oskar­żyła mnie, że nie pró­bo­wa­łam go ura­to­wać. Dla­czego wcze­śniej nie zadzwo­ni­łam po karetkę? Dla­czego nie pod­ję­łam resu­scy­ta­cji? Jak śmia­łam nazy­wać sie­bie pie­lę­gniarką? Nawet gdy koro­ner potwier­dził, że poprzed­niego wie­czoru doznał roz­le­głego zawału serca, nie dało się z nią roz­ma­wiać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki