Zacząć na nowo w Seaside Blooms - Jessica Redland - ebook

Zacząć na nowo w Seaside Blooms ebook

Jessica Redland

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Czasem los daje drugą szansę wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy.

Po bolesnych doświadczeniach Sarah Peterson nie wierzy już w szczęśliwe zakończenia. Kiedy jednak dziedziczy kwiaciarnię Seaside Blooms w nadmorskim miasteczku Whitsborough Bay, postanawia spróbować jeszcze raz – zacząć na nowo, z dala od przeszłych rozczarowań.

Życie nad morzem płynie wolniej. Zapach kwiatów, szum fal i życzliwość mieszkańców stopniowo pomagają Sarah odzyskać spokój. A gdy w jej życiu pojawia się tajemnicza przepowiednia dotycząca miłości, Sarah staje przed pytaniem, czy odważy się ponownie zaufać losowi.

Czy nowy początek okaże się tylko chwilowym azylem, czy szansą na prawdziwe szczęście?

Jessica Redland snuje ciepłą, podnoszącą na duchu opowieść o drugich szansach, uzdrawiającej sile wspólnoty i miłości, która potrafi rozkwitnąć nawet po najtrudniejszych doświadczeniach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 389

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: New Begin­nings at Seaside Blo­oms

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Jes­sica Redland, 2015 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Tade­usz Woź­niak, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68812-16-9

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Szu­ka­łam Ste­vena, a zna­la­złam Marka. To dla niego xx

ROK TEMU

Rozdział 1

– No dalej, Jason. Zadzwoń. – Marsz­czy­łam brwi, patrząc na swo­jego iPhone’a, i cho­dzi­łam po salo­nie, a obcasy moich szpi­lek odbi­jały się echem od drew­nia­nej pod­łogi. – Albo napisz SMS-a. Nie ma zna­cze­nia, co wybie­rzesz. Po pro­stu się ode­zwij. Pro­szę.

Moje serce pod­sko­czyło, gdy zadźwię­czał tele­fon, ale SMS był od jed­nej z moich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek.

Mail Od Elise

Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, Sarah! To ostatni rok przed trzy­dziestką, więc wyko­rzy­staj go jak naj­le­piej. Szkoda, że jesteś tak daleko, dała­bym Ci uro­dzinowego przy­tu­lasa, ale zamiast tego wysy­łam Ci go SMS-em. Mam nadzieję, że Twój pre­zent dotrze dzi­siaj. Mam nadzieję, że Jason przy­go­to­wał dla Cie­bie wspa­niały pre­zent… może oświad­czyny? Miłego wie­czoru xxxxxxx

Wycią­gnę­łam rękę, aby podzi­wiać błysz­czącą srebrną bran­so­letkę, którą mi przy­słała.

Mail Do Elise

Wła­śnie wró­ci­łam do domu i cze­kała na mnie Twoja paczka. Jak zwy­kle zde­cy­do­wa­nie zbyt hojna… ale abso­lut­nie cudowna! Bar­dzo dzię­kuję. Nie mam poję­cia, gdzie mnie zabie­rze, ale mam nadzieję, że tym razem będzie to jakieś miłe miej­sce. Jestem już wystro­jona, jedy­nie nie mam dokąd iść! Skła­ma­ła­bym, mówiąc, że nie przy­szło mi do głowy, że może mi się oświad­czyć. AAAAAAA!!! Będziesz pierw­sza, która się dowie, jeśli to zrobi xxx

Kiedy pisa­łam te słowa, ręce mi lekko drżały, a w żołądku czu­łam motyle. Czy to naprawdę może być ta noc? Być może. Moment wyda­wał się odpo­wiedni, a on mówił o pla­nach na przy­szłość. Byli­śmy razem od dwóch lat i dwóch mie­sięcy i przez więk­szość tego czasu miesz­ka­li­śmy razem. Pomi­ja­jąc spo­ra­dyczne prze­jawy jego bez­myśl­no­ści i ten­den­cję do cią­gnię­cia mnie na siłow­nię lub na trzy­dzie­sto­ki­lo­me­trowe wędrówki znacz­nie czę­ściej, niż czło­wiek powi­nien zno­sić w ciągu całego życia, byli­śmy razem bar­dzo szczę­śliwi i zakła­da­łam, że oświad­czyny nie są zbyt odle­głą per­spek­tywą.

Przy­szła kolejna wia­do­mość, ale na­dal nie była to wia­do­mość od Jasona.

Mail Od Clare

Prze­pra­szam, że nie napi­sa­łam wcze­śniej. Dim Daz poży­czył mój tele­fon, a potem poje­chał z nim do Essex. Totalny głu­pek. W każ­dym razie, lepiej późno niż wcale… wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, stara pru­kwo. Nie mogę uwie­rzyć, że chcesz spę­dzić wie­czór ze swoim głu­pim współ­lo­ka­to­rem, a nie ze mną. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie to McDo­nalds! Może naprawdę Cię roz­pie­ści i pój­dzie­cie do Pizza Hut?! Zare­zer­wuj sobie sobotni wie­czór, jeśli chcesz dostać kartkę i pre­zent, bo ina­czej je zatrzy­mam xx

Na końcu wia­do­mo­ści dodała kilka śmiesz­nych emo­ti­ko­nów.

– Twoja cio­cia Clare jest bar­dzo nie­grzeczna, jak zwy­kle – powie­dzia­łam do jed­nego z naszych kociąt, Kat, które poja­wiło się, doma­ga­jąc się uwagi. – Współ­lo­ka­tor, rze­czy­wi­ście.

Ale nie mogłam powstrzy­mać uśmie­chu. Tylko Clare mogła sobie pozwo­lić na taką uwagę.

Mail Do Clare

Dzięki. Zaczy­na­łam myśleć, że o mnie zapo­mnia­łaś! Obie­cuję, że sobota będzie prze­zna­czona dla Cie­bie. Boję się pomy­śleć, jakie obe­lgi spo­tka­łyby mnie, gdy­bym tego nie zro­biła. Nie wiem, gdzie zabie­rze mnie MÓJ CHŁO­PAK. Na­dal cze­kam na wia­do­mość. McDo­nalds to było nie­po­ro­zu­mie­nie i dobrze o tym wiesz! Na razie xx

Mail Od Clare

Nie­zro­zu­mie­nie, aku­rat! Moje ostat­nie przy­pusz­cze­nie tego wie­czoru… Grif­fin

Pokrę­ci­łam głową. Nasza dwu­let­nia rocz­nica nie poszła zgod­nie z pla­nem, ale to naprawdę była moja wina. Powin­nam była wie­dzieć, że powie­dze­nie „Chcia­ła­bym pójść na kola­cję, żeby to uczcić; co powiesz na The Kam Po? Mogę spo­tkać się z tobą w The Grif­fin po pracy” – było dla Jasona zbyt nie­ja­sne. Skoń­czyło się na tym, że przez dzie­więć­dzie­siąt minut popi­ja­łam ten sam kie­li­szek Pinot Gri­gio, zanim w końcu pogo­dzi­łam się z tym, że on nie przyj­dzie. Wra­ca­jąc do domu, zasta­łam go w stroju gim­na­stycz­nym, gra­ją­cego na Xbo­xie.

– Pra­co­wa­łaś do późna? – zapy­tał. – Powin­naś była dać mi znać. W dro­dze do domu kupi­łem ci coś w McDo­nal­dzie, ale teraz będzie już zimne, a nie ma nic innego do jedze­nia.

Wró­cił do gry, a ja poszłam spać głodna. Mia­łam nadzieję, że zda sobie sprawę ze swo­jego błędu, ale tak się nie stało, a wtedy było już za późno, żeby cokol­wiek powie­dzieć.

Ponow­nie spraw­dzi­łam tele­fon. Nic. To nie mogło się zda­rzyć dwa razy, prawda? Nie. Tym razem to był jego pomysł. Nie­któ­rzy z moich zna­jo­mych z pracy zapro­po­no­wali uro­dzi­nowy posi­łek, ale Jason nale­gał, że zabie­rze mnie sam. Kilka dni temu deli­kat­nie mu o tym przy­po­mnia­łam, a on zapew­nił mnie, że wszystko jest zała­twione i nie powin­nam go wię­cej wypy­ty­wać, bo zepsuję nie­spo­dziankę. Powie­dział, że skon­tak­tuje się ze mną w ostat­niej chwili, poda mi miej­sce spo­tka­nia, abym mogła cie­szyć się eks­cy­ta­cją zwią­zaną z domy­słami, dokąd się wybie­ramy. Była to z pew­no­ścią ostat­nia chwila, a eks­cy­ta­cja nie była uczu­ciem, które mogła­bym opi­sać.

Było już po szó­stej trzy­dzie­ści. Do dia­bła z tym! Nie mogłam już tego znieść.

Mail Do Jasona

To mnie dobija! Gdzie mnie zabie­rasz? Jestem gotowa i cze­kam na instruk­cje! Pro­szę, powiedz mi, że nie zapo­mnia­łeś xx

Mia­łam nadzieję, że ponowne prze­czy­ta­nie kar­tek uro­dzi­no­wych odwróci moją uwagę. Nie pomo­gło. Gło­sik w mojej gło­wie powta­rzał mi, że on zapo­mniał, a żart Clare o McDo­nal­dzie lub mojej lokal­nej knaj­pie może nie być daleki od prawdy. Być może wła­śnie teraz gorącz­kowo dzwo­nił do restau­ra­cji i dla­tego nie dawał znaku życia. Nade­szła kolejna wia­do­mość i w końcu była od niego. Pro­szę, nie mów, że to McDo­nald…

Mail Od Jasona

Sta­cja metra South Ken­sing­ton. 19:15. Rezer­wa­cja sto­lika na 19:30 xx

W żołądku poczu­łam trze­po­ta­nie motyli. O mój Boże! South Ken­sing­ton. Czy to moż­liwe…?

Pośpiesz­nie scho­wa­łam tele­fon do torebki, wło­ży­łam płaszcz i wyszłam z miesz­ka­nia, na drżą­cych nogach kie­ru­jąc się w stronę sta­cji metra. To był tylko zbieg oko­licz­no­ści. W South Ken­sing­ton były setki restau­ra­cji i mogli­śmy wybrać się do każ­dej z nich. Bio­rąc pod uwagę dotych­cza­sowe wybory Jasona, mogła to być restau­ra­cja McDo­nald’s. Ale co, jeśli…?

Zabrał mnie do Luigi’s, aby świę­to­wać moją prze­pro­wadzkę do Lon­dynu wkrótce po tym, jak zaczę­li­śmy się spo­ty­kać. Pod­czas deseru męż­czy­zna przy sto­liku obok nas oświad­czył się swo­jej dziew­czy­nie. To była taka wzru­sza­jąca i roman­tyczna chwila, a w dro­dze do domu Jason powie­dział, że mógłby sobie wyobra­zić, że też tam się oświad­cza. Ale to nie zna­czyło, że zare­zer­wo­wał tam sto­lik na dzi­siej­szy wie­czór, aby mi się oświad­czyć, prawda?

Kiedy dotar­łam do sta­cji metra South Ken­sing­ton, musia­łam użyć całej swo­jej siły woli, aby stać nie­ru­chomo na rucho­mych scho­dach, pod­czas gdy jedyne, czego pra­gnę­łam, to prze­pchnąć się przez podróż­nych, pobiec po scho­dach i prze­sko­czyć przez halę, krzy­cząc:

– Tak, Jason, wyjdę za cie­bie.

Zauwa­ży­łam go przy jed­nym z wyjść. Zanie­mó­wi­łam, widząc, co miał na sobie. Kla­sycz­nie wysoki, ciemny i przy­stojny, wyglą­dał wyjąt­kowo sek­sow­nie w trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze, który kupił na ślub swo­jego brata w zeszłym roku. Po mun­du­rze stra­żaka był to mój ulu­biony strój, w któ­rym go widzia­łam. Cho­ciaż, szcze­rze mówiąc, przy jego wyspor­to­wa­nej syl­wetce wola­łam, żeby nie nosił żad­nych ubrań.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin. – Pochy­lił się i deli­kat­nie mnie poca­ło­wał. Wdy­cha­łam jego piż­mowy zapach, a motyle w brzu­chu osza­lały. – Dobrze wyglą­dasz.

– Dzię­kuję. – Roz­chy­li­łam płaszcz jak eks­hi­bi­cjo­nistka, odsła­nia­jąc małą czarną, którą długo się zasta­na­wia­łam, czy wło­żyć, bojąc się, że będę zbyt ele­gancka.

Zaczął gwiz­dać, a ja zaczer­wie­ni­łam się od stóp do głów.

– Zatwier­dzam. Cho­ciaż może jesteś tro­chę zbyt ele­gancka na to, co zapla­no­wa­łem na dzi­siej­szy wie­czór.

Znowu się zaczer­wie­ni­łam, a Jason roze­śmiał się, bio­rąc mnie za rękę. – Idziemy?

– Dokąd idziemy? – Sta­ra­łam się brzmieć swo­bod­nie, ale nie wyszło mi to naj­le­piej. Pro­szę, niech to będzie Luigi’s. Pro­szę.

Mru­gnął do mnie, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

– To nie­spo­dzianka.

O mój Boże!

To mogły być tylko trzy minuty, ale przy­się­gam, że ten spa­cer wyda­wał mi się godziną. Moja spo­cona dłoń cią­gle wyśli­zgi­wała się z jego dłoni, potknę­łam się kilka razy, a nawet mia­łam czkawkę, co spra­wiło, że Jason zapy­tał, czy piłam wino przed wyj­ściem z miesz­ka­nia.

Przed nami poja­wiła się wło­ska flaga i ciem­no­zie­lony bal­da­chim restau­ra­cji Luigi’s. Mój oddech przy­spie­szył i przy­go­to­wa­łam się psy­chicz­nie: nie wolno mi wyglą­dać na roz­cza­ro­waną, jeśli przej­dziemy obok, muszę wyglą­dać na szczę­śliwą, gdzie­kol­wiek mnie zabie­rze.

Ale nie prze­szli­śmy obok. Zatrzy­ma­li­śmy się. Weszli­śmy do środka. Poda­jąc swoje nazwi­sko, zosta­li­śmy zapro­wa­dzeni do sto­lika na tyłach, gdzie cze­kało na nas wia­derko z lodem i szam­pa­nem. Szam­pan. Praw­dziwy szam­pan. Jason zawsze twier­dził, że wła­sna marka szam­pana z super­mar­ketu jest zbyt droga. Co mogło ozna­czać tylko jedno… O mój Boże!

Odsta­wi­łam kie­li­szek szam­pana, gdy Jason odsu­nął świecę i kilka minut póź­niej się­gnął po moją dłoń przez stół.

– Wyglą­dasz dziś naprawdę cudow­nie – powie­dział.

– Ty też nie naj­go­rzej – szep­nę­łam, ledwo mogąc mówić, nie­cier­pli­wie ocze­ku­jąc na to, co miało nastą­pić.

Jego ciemne oczy błysz­czały, gdy patrzył na mnie przez stół.

– Dzię­kuję. Pomy­śla­łem, że powi­nie­nem się posta­rać. W końcu to wyjąt­kowa oka­zja.

Ach!

– Nie dałem ci jesz­cze pre­zentu uro­dzi­no­wego.

Prze­szył mnie dreszcz ocze­ki­wa­nia.

– Nie, nie dałeś.

– Jeśli dobrze cię znam, spę­dzi­łaś cały dzień, pró­bu­jąc zgad­nąć, co to jest.

– Ja? Ni­gdy nawet nie przy­szło mi to do głowy.

Jason się roze­śmiał.

– Tak, jasne. Myślę, że ci się spodoba. Chcia­łem pocze­kać do końca posiłku, ale jestem zbyt pod­eks­cy­to­wany, żeby cze­kać. Czy możemy to zro­bić teraz?

Ski­nę­łam głową.

– Naj­pierw chciał­bym powie­dzieć kilka rze­czy – kon­ty­nu­ował.

– Pań­ska woda, pro­szę pana. – W nie­od­po­wied­nim momen­cie poja­wił się kel­ner. Woda butel­ko­wana? Nie z kranu? O rany! Chcia­łam, żeby kel­ner się pospie­szył. – Czy mam nalać wodę, pro­szę pana? – zapy­tał.

W duchu bła­ga­łam Jasona, żeby odmó­wił, zanim zmo­czę się z pod­eks­cy­to­wa­nia.

– Nie trzeba. Pro­szę zosta­wić. Dzię­kuję.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin – powie­dział Jason, gdy kel­ner w końcu odszedł.

– Dzię­kuję. – Strze­li­li­śmy szam­pa­nem.

– No dobrze, na czym to skoń­czy­łem?

– Chcia­łeś coś powie­dzieć?

– O tak. Pamię­tasz noc, kiedy się pozna­li­śmy? – Ponow­nie się­gnął po moją dłoń.

– Oczy­wi­ście. Naj­lep­sza noc w moim życiu.

– Powie­dzie­li­śmy, że to prze­zna­cze­nie, że się spo­tka­li­śmy, pamię­tasz?

– Tak miało być – zgo­dzi­łam się.

Żadne z nas nie miało być w Not­tin­gham w noc, kiedy się pozna­li­śmy. W ostat­niej chwili zosta­łam zapro­szona, abym uzu­peł­niła ekipę na wie­czór panień­ski zna­jo­mej zna­jo­mego pod­czas wie­czoru panień­skiego, a Jason spon­ta­nicz­nie zde­cy­do­wał się odwie­dzić tam sta­rego przy­ja­ciela po tym, jak jego plany na week­end legły w gru­zach.

Po dniu zabaw i har­ców na świe­żym powie­trzu, które były tak prze­ra­ża­jące, że już ni­gdy się nie powtó­rzą, uczest­niczki wie­czoru panień­skiego zało­żyły skrzy­dła wró­żek i tiu­lowe spód­niczki i wyru­szyły na zali­cza­nie pubów. Wylą­do­wa­li­śmy w klu­bie w stylu lat osiem­dzie­sią­tych, gdzie dostrze­głam Jasona na par­kie­cie, wyglą­da­ją­cego bar­dzo uro­czo i zupeł­nie nie­pa­su­ją­cego do oto­cze­nia w gru­bym swe­trze.

– Nie jest ci gorąco?! – krzyk­nę­łam, prze­krzy­ku­jąc muzykę.

– Jestem przy­zwy­cza­jony do gorąca – odpo­wie­dział. – Jestem stra­ża­kiem.

Och, daj spo­kój! Mia­łam obse­sję na punk­cie stra­ża­ków, więc to jedno zda­nie powie­działo mi wszystko, co chcia­łam wie­dzieć. A kiedy dowie­dzia­łam się, że mieszka w Lon­dy­nie… Cóż, dwa tygo­dnie póź­niej prze­pro­wa­dza­łam się tam z Man­che­steru. To musiało być prze­zna­cze­nie.

– Pamię­tasz, co powie­dzia­łem, że mnie w tobie pocią­gało tam­tej nocy w Not­tin­gham? – zapy­tał Jason.

– Moje puszy­ste skrzy­dła?

Roze­śmiał się.

– Strój na pewno pomógł. Ale było coś, co spra­wiło, że pod koniec wie­czoru popro­si­łem cię o numer tele­fonu.

Wzru­szy­łam ramio­nami.

– To dla­tego, że spę­dzi­łaś dzień na spa­ce­rze po wąwo­zie. Każda kobieta, która spę­dziła dzień na zjeż­dża­niu na linie, wspi­naczce i spa­ce­ro­wa­niu po wodo­spa­dach, była warta bliż­szego pozna­nia.

Och! To było nie­ocze­ki­wane. Myśla­łam, że powie­dzia­łam mu, że to jed­no­ra­zowa impreza panień­ska i ni­gdy nie zgo­dzi­ła­bym się wziąć w niej udziału, gdy­bym wie­działa, co jest zapla­no­wane. A może jed­nak nie powie­dzia­łam. Chyba nie był to moment, żeby się przy­zna­wać.

– Ni­gdy nie mia­łem dziew­czyny, która tak samo jak ja lubi­łaby spę­dzać czas na świe­żym powie­trzu i dbać o kon­dy­cję fizyczną – kon­ty­nu­ował. – Nie mogę uwie­rzyć, że zna­la­złem kogoś, kto uwiel­bia cho­dzić na siłow­nię…

Czy nie zda­wał sobie sprawy, że raczej tole­ruję cho­dze­nie na siłow­nię, niż je lubię? Naj­wy­raź­niej nie.

– …która lubi kolar­stwo gór­skie…

Ojej! Lepiej nie wyzna­wać, że mój rower gór­ski wcale nie został skra­dziony, tylko chowa się w garażu Clare, bo dosta­ła­bym zawału, gdy­bym musiała ponow­nie pod­dać się eks­tre­mal­nej tor­tu­rze, którą Jason opi­sał jako – łagodną, spo­kojną prze­jażdżkę.

– …i wędrówki. To speł­nie­nie moich marzeń. Bar­dzo się cie­szę, że masz takie same pasje jak ja.

Spoj­rzał na mnie wil­got­nymi oczami przez stół, a ja sta­ra­łam się utrzy­mać jego spoj­rze­nie z pew­no­ścią sie­bie, pod­czas gdy moje serce biło jak sza­lone. O nie! Spo­dzie­wa­łam się, że oświad­czyny będą doty­czyły tego, jak bar­dzo go uszczę­śli­wiam i jak bar­dzo kocha moje towa­rzy­stwo. Wła­ści­wie to wła­śnie powie­dział, ale ni­gdy nie patrzy­łam na to z tej strony. Wie­dzia­łam, że szcze­rość jest pod­stawą dobrego związku, ale to były tylko małe, nie­winne kłam­stewka, prawda? To zna­czy, regu­lar­nie towa­rzy­szy­łam mu na siłowni, ale głów­nie dla­tego, że pra­co­wał na zmiany i bez tego pra­wie go nie widy­wa­łam. Cho­dzi­łam też na pie­sze wycieczki, ale dla­tego, że uwiel­bia­łam prze­by­wać na wsi, a nie dla­tego, że lubi­łam prze­mie­rzać trzy­dzie­ści kilo­me­trów. Być może moment oświad­czyn nie był naj­lep­szy, by mu to wszystko wyznać. Nie tylko to nas prze­cież łączyło. Robi­li­śmy razem mnó­stwo innych rze­czy. Siłow­nia i tym podobne zaję­cia sta­no­wiły tylko nie­wielką część tego, co robi­li­śmy… prawda?

Na szczę­ście prze­ra­ża­jąca prze­mowa Jasona na temat fit­nessu dobie­gła końca.

– Wiesz, że jesteś dla mnie wszyst­kim, więc chcia­łem spra­wić ci praw­dziwą radość w twoje uro­dziny. Łama­łem sobie głowę, pró­bu­jąc wymy­ślić ide­alny pre­zent. Chcia­łem dać ci coś, czego naprawdę pra­gniesz, więc… oto jest. Jedna rzecz, o któ­rej wiem, że naprawdę bar­dzo chcesz…

Się­gnął do kie­szeni mary­narki. Serce pod­sko­czyło mi do gar­dła, gdy wycią­gnął małe zie­lone aksa­mitne pude­łeczko na pier­ścio­nek. – Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, Sarah – powie­dział, kła­dąc je przede mną.

– Czy to…?

– Otwórz, a zoba­czysz.

Drżą­cymi rękami deli­kat­nie otwo­rzy­łam wieczko. Żołą­dek pod­szedł mi do gar­dła, gdy pudełko otwie­rało się coraz sze­rzej, odsła­nia­jąc… Co to…?

W środku nie było pier­ścionka zarę­czy­no­wego.

Nie było nawet pary kol­czy­ków.

Był tam mały klu­czyk.

Spoj­rza­łam na Jasona, potem na klucz, a potem znowu na Jasona. Przy­szła mi do głowy pewna myśl. Nie uklęk­nął jesz­cze na jedno kolano, więc może to był począ­tek skom­pli­ko­wa­nej zabawy w poszu­ki­wa­nie pier­ścionka. Byłby zamknięty w puszce w walizce w sej­fie lub czymś podob­nym, a ja musia­ła­bym podą­żać śla­dami z różo­wych płat­ków i magicz­nego pyłu. Jakie to nie­zwy­kle roman­tyczne.

Wrę­czył mi kopertę. Być może była to pierw­sza wska­zówka? Roze­rwa­łam pie­częć i przej­rza­łam zawar­tość. Być może jed­nak nie. Zaci­snę­łam pięść, zgnia­ta­jąc kra­wędź papieru.

Sza­nowny Panie Wil­kes i Pani Peter­son,

z rado­ścią potwier­dzamy Pań­stwa sze­ścio­mie­sięczne człon­ko­stwo pre­mium w The Fit­ness Fac­tor. To fan­ta­styczna inwe­sty­cja w Pań­stwa zdro­wie i dobre samo­po­czu­cie. Pań­stwa eks­klu­zywne człon­ko­stwo gwa­ran­tuje miej­sce w naszych naj­po­pu­lar­niej­szych zaję­ciach – bez list ocze­ku­ją­cych – a także coty­go­dniowe sesje na base­nie i ściance wspi­nacz­ko­wej dostępne wyłącz­nie dla człon­ków pre­mium.

Przez cały okres człon­ko­stwa będą Pań­stwo mieli do dys­po­zy­cji wła­sne szafki. Z przy­jem­no­ścią załą­czamy klu­cze.

W przy­szłym roku uru­cho­mimy eks­cy­tu­jący pro­gram przy­gód na świe­żym powie­trzu, w któ­rym człon­ko­wie pre­mium będą mieli pierw­szeń­stwo rezer­wa­cji.

Dzię­ku­jemy za wybra­nie The Fit­ness Fac­tor. Cze­kamy na Was jako człon­ków pre­mium już wkrótce.

Zespół The Fit­ness Fac­tor

Nie zro­bił tego, prawda? Na pewno nie kupił mi człon­ko­stwa w siłowni na uro­dziny. Wspól­nego człon­ko­stwa. Pre­zentu, który był rów­nież dla niego. Poczu­łam mdło­ści, gdy ta przy­pad­kowa prze­mowa o dba­niu o kon­dy­cję fizyczną i wspa­nia­łej przy­ro­dzie nagle nabrała sensu.

– Co o tym sądzisz? – Jason wier­cił się na krze­śle, wyraź­nie pod­eks­cy­to­wany. – Czy to nie ide­alny pre­zent?

– To świetny pomysł – powie­dzia­łam, a mój głos brzmiał o oktawę wyżej niż zwy­kle. – Dzięki, Jase.

– Nie ma za co. Wie­dzia­łem, że ci się spodoba. Ile razy mówi­łaś, że chcia­ła­byś mieć wła­sną szafkę, żeby nie musieć pamię­tać o zabra­niu szam­ponu i innych rze­czy, kiedy idziesz popły­wać lub do sauny?

Przy­po­mniała mi się scena sprzed kilku tygo­dni, kiedy wycho­dzi­li­śmy z siłowni. Musia­łam nie zamknąć dobrze torby, bo mój żel pod prysz­nic wypadł na wyło­żoną kafel­kami pod­łogę w holu, roz­le­wa­jąc się wszę­dzie cytru­sową mazią. – Wiesz, czego teraz pra­gnę…? – zapy­ta­łam.

– Wiem, że sześć mie­sięcy to duże zobo­wią­za­nie – kon­ty­nu­ował – ale ponie­waż miesz­kamy razem od dwóch lat, nie sądzi­łem, że będzie to zbyt wyma­ga­jący krok.

Poczu­łam, jak opa­dają mi ramiona i cała ener­gia ucho­dzi z mojego ciała. Więc to miał na myśli, mówiąc o pla­nach na przy­szłość. Sze­ścio­mie­sięczna umowa z siłow­nią. Nie wspólne życie. Łzy napły­nęły mi do oczu, ale szybko je otar­łam.

– To nie jedyny pre­zent, jaki dla cie­bie mam – powie­dział Jason.

Może? Się­gnął pod sie­dze­nie po coś, a następ­nie prze­su­nął przez stół torbę ze sklepu spor­to­wego z napi­sem „Kocham, Jason” naba­zgra­nym mar­ke­rem na przo­dzie. Może nie. Zaj­rza­łam do torby i nie­chęt­nie wycią­gnę­łam błysz­czący mate­riał w pan­terkę. O mój Boże. – Try­kot?

– Będziesz w nim wyglą­dać fan­ta­stycz­nie. – Naprawdę sądzę, że w to wie­rzył.

Nie­pew­nie zawie­si­łam ten kon­tro­wer­syjny przed­miot na palcu i spraw­dzi­łam metkę z roz­mia­rem 8–10. Chcia­łam na niego krzyk­nąć: Czy ja noszę roz­miar 8–10? Od kiedy lubię wzór lam­parta? Kiedy ja dałam do zro­zu­mie­nia, że wolę nosić try­kot zamiast luź­nej koszulki i leg­gin­sów? Po ponad dwóch latach razem, naprawdę mnie nie znasz? Jed­nak powie­dzia­łam tylko:

– Dzięki, Jason. Jest śliczny. – Sta­ra­jąc się brzmieć, jak­bym naprawdę tak uwa­żała. Podej­rze­wa­łam, że towa­rzy­szący temu uśmiech wyglą­dał bar­dziej jak gry­mas, ale Jason naj­wy­raź­niej tego nie zauwa­żył. Wyglą­dał na bar­dzo zado­wo­lo­nego z sie­bie.

– Wie­dzia­łem, że ci się spodoba. Mia­łem zamiar kupić ci tylko kar­net na siłow­nię, ale kiedy byłem ostat­nio w skle­pie, zauwa­ży­łem to w pro­mo­cji i pomy­śla­łem, że będzie do cie­bie paso­wać.

Jak? Jak mógł pomy­śleć, że kostium gim­na­styczny w pan­terkę jest dla mnie? Nie mogłam na niego spoj­rzeć, gdy pośpiesz­nie cho­wa­łam dia­bel­ski strój gim­na­styczny z powro­tem do torby.

– Stra­żaku Wil­kes! – zasko­czył mnie dono­śny głos. – Widzę, że przy­sze­dłeś do mojej restau­ra­cji.

– Panie Cro­cetti! – Jason wstał i uści­skał wyso­kiego męż­czy­znę ubra­nego w białą koszulę kuchar­ską.

– Luigi, pro­szę – nale­gał. – A kim jest ta bella donna? Twoja żona?

– Boże, nie! – odparł Jason. – Nie jeste­śmy mał­żeń­stwem. To tylko moja dziew­czyna, Sarah.

Gapi­łam się na Jasona z otwar­tymi ustami. O Boże, nie! Czy on naprawdę to powie­dział? I – tylko moja dziew­czyna? Tak. Powie­dział. O Boże, nie! To ozna­cza­łoby, że pomysł poślu­bie­nia mnie był… Nie mogłam dokoń­czyć myśli.

– Buona sera, Sarah. – Luigi się­gnął po moją dłoń i uca­ło­wał ją. – Twój męż­czy­zna ura­to­wał dom. Ura­to­wał kró­lika. Jest boha­te­rem.

– Co zro­bił?

W gło­wie mi się krę­ciło. Potrze­bo­wa­łam świe­żego powie­trza, ale z jed­nej strony mia­łam ścianę, a z dru­giej gło­śnego Wło­cha.

– Ura­to­wał dom. Ura­to­wał kró­lika – powtó­rzył Luigi.

– Byłem dzi­siaj na wezwa­niu – wyja­śnił Jason. – Mały pożar w garażu Luigiego. Ich kró­li­kowi zaszko­dził dym, ale wyko­na­łem sztuczne oddy­cha­nie i…

– Ura­to­wał kró­lika. Bam­bini bar­dzo szczę­śliwi. Powie­dzia­łem mu, żeby przy­szedł do mojej restau­ra­cji, kiedy tylko zechce. Na koszt firmy. Może wybrać, co tylko zechce. Zapro­po­no­wał dzi­siej­szy wie­czór. Odpo­wie­dzia­łem, że oczy­wi­ście.

– Dzięki, Luigi – powie­dział Jason.

– Smacz­nego. – Luigi pochy­lił się, pokle­pał mnie po ramie­niu, a następ­nie wska­zał na Jasona. – Boha­ter – powie­dział, kła­nia­jąc się.

Potem skie­ro­wał się w stronę kuchni.

Poczu­łam, jak krew odpływa mi z policz­ków, gdy patrzy­łam na Jasona.

– To za darmo? – szep­nę­łam. – Posi­łek? Szam­pan? Dzi­siaj wie­czo­rem?

– Wiem. Czy to nie wspa­niałe? Nie gnie­waj się na mnie, ale nie zdą­ży­łem ni­gdzie zare­zer­wo­wać sto­lika, więc to ide­alny moment. Nie byłoby mnie stać, żeby zabrać cię tu ponow­nie, gdyby nie było to na koszt firmy.

Uśmiech­nął się do mnie, wyraź­nie zachwy­cony sobą i nie­świa­domy skut­ków swo­ich dzia­łań. Spu­ści­łam wzrok na swoje ręce, które bez­wład­nie wisiały na kola­nach, i sku­pi­łam się na gołym palcu ser­decz­nym. To ni­gdy nie miały być oświad­czyny. To była oka­zja z ostat­niej chwili, a ja byłam taką kom­pletną idiotką. Wes­tchnę­łam i zakry­łam lewą rękę prawą.

– Wszystko w porządku? – zapy­tał Jason. – Nie wyglą­dasz zbyt dobrze.

– Myśla­łam, że przy­pro­wa­dzasz mnie tutaj, żeby…

– Żeby co?

Pod­nio­słam wzrok znad dłoni. Wyglą­dał na naprawdę zdez­o­rien­to­wa­nego. Zapo­mniał, co się tu wyda­rzyło ostat­nim razem i co powie­dział.

– Sarah? Żeby co?

– Nic – mruk­nę­łam. – To nie ma zna­cze­nia. Wyba­czysz mi?

Powoli wsta­łam, trzy­ma­jąc się stołu, bojąc się, że nogi mnie nie utrzy­mają.

– Muszę pójść do toa­lety, zanim przy­niosą jedze­nie.

Upo­ko­rze­nie i roz­cza­ro­wa­nie paliły mnie w gar­dle, gdy poty­ka­łam się w zatło­czo­nej restau­ra­cji. Wal­czy­łam, by zacho­wać spo­kój, dopóki nie dotar­łam do toa­lety, ale led­wie zamknę­łam drzwi kabiny, gdy pierw­sze łka­nie wstrzą­snęło moim cia­łem. Osu­nę­łam się na toa­letę, nie dba­jąc o to, kto mnie sły­szy. Bole­sne krzyki odbi­jały się echem od mar­mu­ro­wych ścian i otu­lały mnie moim cier­pie­niem.

W końcu łzy prze­stały pły­nąć, a drże­nie ustą­piło, ale ból w sercu pozo­stał. Wytar­łam nos i zmę­czona otar­łam mokre policzki. Jak mogłam być tak głu­pia, żeby myśleć, że zabrał mnie tu, żeby mi się oświad­czyć? Jak mogłam się tak pomy­lić?

Powoli wsta­łam, wrzu­ci­łam stos prze­mo­czo­nych chu­s­te­czek do muszli klo­ze­to­wej, spu­ści­łam wodę i patrzy­łam, jak chu­s­teczki zni­kają wraz z moimi nadzie­jami i marze­niami. W mojej gło­wie roz­brzmie­wały słowa, które powie­dział do Luigiego. Nie jego żona, tylko dziew­czyna? Dokąd, do dia­bła, teraz zmie­rzamy? Na pewno nie do ołta­rza.

Ale drę­czący głos w mojej gło­wie mówił: Nie gnie­waj się na niego, Sarah. To twoja wina. Mia­łaś ponad dwa lata, żeby mu powie­dzieć, że nie kochasz siłowni, wędró­wek ani kolar­stwa gór­skiego tak jak on. Czego się spo­dzie­wa­łaś? Bie­dak naprawdę myślał, że kupił ci coś, co poko­chasz, ponie­waż dałaś mu do zro­zu­mie­nia, że tak samo jak on kochasz ćwi­cze­nia. To twoja wina, nie jego.

Nie chcia­łam słu­chać tego głosu.

ROK PÓŹ­NIEJ

Rozdział 2

Sta­łam na chod­niku, wpa­tru­jąc się na wik­to­riań­skie miesz­ka­nie na par­te­rze poni­żej poziomu ulicy, które Jason i ja wynaj­mo­wa­li­śmy przez ostat­nie trzy lata i dwa­dzie­ścia trzy dni. Klu­cze wbi­jały mi się w dłoń, pod­czas gdy obser­wo­wa­łam zmie­nia­jące się świa­tło ekranu tele­wi­zora migo­czące przez zasło­nięte firanką okno. Zimny wiatr szar­pał moim płasz­czem i łasko­tał mnie w nos. Zadrża­łam i pocią­gnę­łam nosem. Potem znów pocią­gnę­łam nosem, wdy­cha­jąc nie­po­wta­rzalny aro­mat świe­żej, czosn­ko­wej, domo­wej lasa­gne. Jason robił świetną lasa­gne, kiedy się pozna­li­śmy. Na początku czę­sto goto­wał, ale teraz zamra­żarka była wypeł­niona goto­wymi daniami.

Ogar­nęło mnie uczu­cie nostal­gii za tymi szczę­śli­wymi począt­kami. Być może zapach docho­dził z naszego miesz­ka­nia. Być może pamię­tał, że mam trzy­dzie­ści lat i ugo­to­wał to jako uro­dzi­nową nie­spo­dziankę. Tak, pew­nie. I jesz­cze by pozmy­wał i odku­rzył miesz­ka­nie. Prę­dzej zie­mia się roz­stąpi… Jason miał prze­rwę mię­dzy zmia­nami, więc spę­dził kilka godzin na siłowni, a potem pojeź­dził na rowe­rze i teraz leżał na kana­pie z kon­tro­le­rem do gier prak­tycz­nie przy­spa­wa­nym do rąk.

Jak to moż­liwe, że minął cały rok od tej kata­stro­fal­nej nie­uda­nej pro­po­zy­cji? Tam­tej nocy wró­ci­łam do stołu i zasta­łam Jasona zaja­da­ją­cego się przy­stawką. Jeśli zauwa­żył moje czer­wone oczy i łzy na policz­kach, nie powie­dział ani słowa. Moja nagła utrata ape­tytu została przy­jęta jako wię­cej dar­mo­wego jedze­nia dla niego, a moje mil­cze­nie w pociągu do domu zostało przy­pi­sane zmę­cze­niu po cięż­kim tygo­dniu w pracy. Czy naprawdę był tak nie­świa­domy?

Usia­dłam ciężko na naj­wyż­szym stop­niu, pró­bu­jąc zebrać siły, aby wejść do środka, i zaczę­łam szu­kać tele­fonu w tor­bie. Zamiast wywo­łać uśmiech na mojej twa­rzy, mój feed na Face­bo­oku pełen życzeń uro­dzi­no­wych dzia­łał jak przy­gnę­bia­jące przy­po­mnie­nie wszyst­kiego, co było nie tak w moim życiu: – Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji trzy­dzie­stych uro­dzin. Mam nadzieję, że Jason zabie­rze cię w jakieś fajne miej­sce. – Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji trzy­dzie­stych uro­dzin, Sarah. Czy w tym roku uda mu się prze­bić Luigi’s? – Mam nadzieję, że mia­łaś wspa­niały dzień i że Jason zapla­no­wał week­end pełen przy­jem­no­ści.

Szanse na to: zero. Zwłasz­cza że nawet nie wspo­mniał o moich uro­dzi­nach, kiedy wycho­dzi­łam do pracy tego poranka. No cóż, led­wie zwra­ca­nie na sie­bie uwagi stało się naszą codzien­no­ścią, a ja byłam tym wyczer­pana.

Czy dam radę prze­żyć kolejny taki rok? Nie chcia­łam umrzeć samot­nie, jak mój wujek Alan, ale czy to naprawdę lep­sze niż samot­ność?

Przy­szła wia­do­mość.

Mail Od Elise

Nasza Jess i Lee wró­cili z Rzymu i są zarę­czeni!!! Jestem z nimi i Garym w Minty’s. Jej dia­ment jest więk­szy niż mój. To skan­da­liczne! Nie mogę się docze­kać, żeby jutro poroz­ma­wiać z Tobą i dowie­dzieć się wszyst­kiego o Two­jej wiel­kiej uro­dzi­no­wej impre­zie xxx

Moje ramiona opa­dły jesz­cze bar­dziej. Młod­sza sio­stra Elise zarę­czyła się? Ale była sześć lat młod­sza ode mnie. Nie mogła wyjść za mąż. Nie przede mną. Ale naj­wy­raź­niej spo­tkała odpo­wied­nią osobę, pod­czas gdy ja… Spoj­rza­łam w okno i potrzą­snę­łam głową. Nad­szedł czas.

Wsta­łam, strzep­nę­łam kurz ze spód­nicy i zeszłam po kamien­nych scho­dach. Otwo­rzy­łam drzwi, weszłam do holu, wzię­łam głę­boki oddech i ogło­si­łam tak rado­śnie, jak tylko potra­fi­łam: – Jason? Jestem w domu.

Nie było odpo­wie­dzi. Sły­chać było tylko odgłos kara­binu maszy­no­wego. Moja ręka się­gnęła do klamki drzwi salonu, ale cof­nę­łam ją i zamiast tego skie­ro­wa­łam się do kuchni. Może naj­pierw tro­chę odwagi w pły­nie.

Bio­rąc pod uwagę, że w miesz­ka­niu bar­dziej pach­niało spo­co­nymi skar­pet­kami niż lasa­gne, mia­łam rację, prze­wi­du­jąc, że nie przy­go­to­wał posiłku. Ogar­nęło mnie przy­tła­cza­jące uczu­cie zmę­cze­nia, opar­łam się o fra­mugę kuchen­nych drzwi i rozej­rza­łam się po znisz­czo­nym wnę­trzu. Jak on to zro­bił? Bez­u­ży­teczny, leniwy, nie­chlujny… Wil­gotne pra­nie gniło w pralce. Kartka A4, którą przy­kle­iłam z przodu pralki, z napi­sem napi­sa­nym mar­ke­rem, dużymi lite­rami – Pro­szę nas powie­sić – leżała na bla­cie pokry­tym okru­chami i plamą po fili­żance kawy. Kubki zale­gały w mato­wej beżo­wej cie­czy w zle­wie. Skórki od bana­nów, puste paczki po chip­sach i czę­ściowo wypite szklanki soku walały się na bla­tach.

Wyję­łam z lodówki pół­pu­stą butelkę wina i wzię­łam duży łyk. Tro­chę zszo­ko­wana tym, że piję wprost z butelki – co dalej, wódka z papie­ro­wej torby? Się­gnę­łam do szafki po kie­li­szek, nala­łam resztę i wzię­łam długi łyk. – Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji trzy­dzie­stych uro­dzin, Sarah. Zapo­wiada się tak samo kiep­sko jak twoje dwu­dzie­ste dzie­wiąte.

Z bur­czą­cym żołąd­kiem ponow­nie otwo­rzy­łam lodówkę i zaczę­łam w niej grze­bać. Co mogła­bym zjeść? Zde­cy­do­wa­łam się na słoik chru­pią­cego masła orze­cho­wego, mimo że tak naprawdę nie lubię tego smaku. Z łyżką w dłoni usia­dłam na jed­nym z nie­wy­god­nych stoł­ków przy wąskim bla­cie śnia­da­nio­wym. Kto­kol­wiek zapro­jek­to­wał te głu­pie rze­czy – bez wąt­pie­nia męż­czy­zna – z pew­no­ścią nie miał na myśli osób noszą­cych roz­miar 16–18.

Rozej­rza­łam się po kuchni. Obok chle­baka leżała sterta kar­tek i kilka małych paczek. Poczuw­szy, że w moich uro­dzi­nach nie ma nic „szczę­śli­wego”, zosta­wi­łam je tam, gdzie stały.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej Jason wszedł do kuchni, zie­wa­jąc i dra­piąc się po kro­czu.

– Jesteś w domu.

– Na to wygląda.

Obser­wo­wa­łam, jak jego wzrok prze­ska­kuje ode mnie do pustej butelki wina, a potem do masła orze­cho­wego. Nie sko­men­to­wał tego, ale wie­dzia­łam, co myśli, gdy przy­ła­puje mnie na obja­da­niu się: – Nic dziw­nego, że jesteś gruba. Kiedy się pozna­li­śmy, byłaś szczu­pła. Cho­dzi­łaś na siłow­nię. Dba­łaś o swój wygląd. A teraz spójrz, jak się pre­zen­tu­jesz.

– Na­dal masz na sobie płaszcz – powie­dział.

– Naprawdę? – Nie zda­wa­łam sobie z tego sprawy. Jedyne, co mnie inte­re­so­wało, to to, jak bar­dzo byłam głodna, jak masło orze­chowe przy­kle­iło mi się do pod­nie­bie­nia, jak wino ude­rzyło mi do głowy i jak stra­ci­łam czu­cie w lewym pośladku. Prawy praw­do­po­dob­nie nie był daleko w tyle.

– Która godzina? – zapy­tał.

– Pra­wie dzie­siąta.

Patrzy­łam, jak sięga do lodówki i zasta­na­wia­łam się, dla­czego kie­dyś uwa­ża­łam, że jest poza moim zasię­giem. Był wysoki i ciemny, ale czy był przy­stojny? Nie bar­dzo. To, co mówiono o oso­bo­wo­ści, było prawdą. To wyspor­to­wane ciało, od któ­rego kie­dyś nie mogłam ode­rwać rąk, już na mnie nie dzia­łało. Byłam rów­nież świa­doma, że po roku jedze­nia dla poprawy samo­po­czu­cia, moje ciało rów­nież nie robiło na nim wra­że­nia… a może nawet go odrzu­cało. Pra­cu­jąc do późna przez ostatni rok, aby unik­nąć kon­fron­ta­cji z rze­czy­wi­sto­ścią, że Jason nie był jed­nak tym jedy­nym, wra­ca­łam do domu zbyt późno, aby goto­wać, więc żywi­łam się cze­ko­ladą, chip­sami, pącz­kami i daniami na wynos. Miało to nega­tywny wpływ na stan mojego konta, syl­wetkę, pew­ność sie­bie i nasz zwią­zek. Na początku cią­gle się kłó­ci­li­śmy. Potem zaczę­li­śmy się igno­ro­wać, więc jadłam wię­cej, aby się pocie­szyć i… cóż, było to dość błędne koło.

Zamknął drzwi lodówki.

– Co jest na kola­cję?

Zdjął kap­sel z butelki piwa. Upadł na pod­łogę i leżał na kafel­kach obok łodygi pomi­dora i cze­goś, co wyglą­dało jak kleks majo­nezu sałat­ko­wego. Nie zamie­rzał tego pod­nieść. Nie obcho­dziło go to. I w tej wła­śnie chwili uświa­do­mi­łam sobie, że i mnie też to nie obcho­dzi. Ześli­zgnę­łam się ze stołka, się­gnę­łam po swoją torbę i powie­dzia­łam:

– Nie mogę tego dłu­żej robić, Jason.

– Czego?

– Żyć w ten spo­sób.

– Nie mia­łem czasu posprzą­tać.

– Nie cho­dzi mi o bała­gan. – Ode­rwa­łam się od tego, co robi­łam i spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy. – Cho­dzi mi o nasz zwią­zek. Chcę, żeby­śmy się roz­stali.

W chwili, gdy słowa te opu­ściły moje usta, poczu­łam ulgę. Czu­łam się lekka jak piórko. Czu­łam się… O cho­lera, on zamie­rzał zapro­te­sto­wać.

– Mówisz poważ­nie?

– Tak.

Bądź silna. Nie mów, że to tylko suge­stia. Nie zga­dzaj się na kolejną próbę. Dasz radę. Rów­nie dobrze możesz to zakoń­czyć i zostać sama, bo to, co masz teraz, nie jest związ­kiem. Jeste­ście jak współ­lo­ka­to­rzy, któ­rzy nawet się nie lubią.

– Nie pasu­jemy do sie­bie. Ten ostatni rok nie był rajem dla naszego związku, prawda?

Jason patrzył na mnie, zacho­wu­jąc cał­ko­wi­cie poke­rową twarz. Chcia­łam, żeby coś powie­dział. Zgo­dził się. Zapro­te­sto­wał. Krzyk­nął. Cie­szył się. Po pro­stu coś zro­bił. Wypił resztę drinka i ude­rzył pustą butelką o blat. Potem obda­rzył mnie olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem i powie­dział:

– Cóż, dzięki Bogu, że jedno z nas w końcu miało odwagę to powie­dzieć. Sarah, ura­to­wa­łaś mi życie. Masz ochotę na ostat­nie drinki w The Grif­fin? Nie wyglą­daj na tak zszo­ko­waną. Chodź. Posta­wię ci drinka z oka­zji uro­dzin.

I tak się skoń­czyło. Nieco ponad trzy lata razem dobie­gły końca. Bez łez, bez wza­jem­nych oskar­żeń; tylko dwa drinki, paczka fry­tek Scampi i przy­ja­ciel­ska roz­mowa w stylu – o tym, jakimi idio­tami byli­śmy, pozwa­la­jąc, by to trwało tak długo. Uzgod­ni­li­śmy, że wypo­wiemy umowę najmu miesz­ka­nia i sprze­damy samo­chód, a ja dostanę prawo do opieki nad kotami.

Nie mogłam czuć więk­szej ulgi z powodu końca tej męki, cho­ciaż było to tak łatwe, że nie mogłam prze­stać się obwi­niać, że nie mia­łam odwagi zakoń­czyć tego wcze­śniej.

Jason poca­ło­wał mnie na dobra­noc – deli­kat­nie w poli­czek – a potem wezwał tak­sówkę, by udać się do domu przy­ja­ciela, aby unik­nąć nocy na kana­pie, a także dać mi tro­chę prze­strzeni do prze­my­śleń.

I wła­śnie to robi­łam. W rze­czy­wi­sto­ści więk­szość nocy spę­dzi­łam na roz­my­śla­niach. I zamar­twia­niu się. O waż­nych spra­wach, takich jak to, gdzie będę miesz­kać, jak szybko sprze­damy samo­chód i jak upo­rząd­ku­jemy nasze finanse, a także o dro­bia­zgach, które o trze­ciej nad ranem nagle wyda­wały się ważne, na przy­kład o tym, kto zatrzyma świecz­niki, które kupi­li­śmy latem na targu w Gre­en­wich, i czy będę musiała zapła­cić Jaso­nowi za jego część dra­paka dla kotów.

Począt­kowo deszcz stu­kał w okno deli­kat­nie, a potem coraz moc­niej. Ryt­miczne bęb­nie­nie w końcu wpro­wa­dziło mnie w nie­spo­kojny sen, w któ­rym cof­nę­łam się do cza­sów, gdy mia­łam trzy­na­ście lat i drża­łam na zewnątrz miesz­ka­nia wujka Alana.

– Wujku Ala­nie? To tylko ja! – krzyk­nę­łam przez skrzynkę na listy.

Kro­ple lodo­wa­tego desz­czu z prze­peł­nio­nej rynny spa­dały mi na głowę i spły­wały po szyi. Pocią­gnę­łam nosem, gdy duża kro­pla spły­nęła mi po nim, a potem natych­miast odsko­czy­łam od skrzynki pocz­to­wej, zaty­ka­jąc nos, gdy ude­rzył mnie smród przy­po­mi­na­jący gni­jące mięso. Fuj! Musiał znowu zosta­wić kur­czaka poza lodówką. Wstrzy­ma­łam oddech, pod­no­sząc ponow­nie klapkę. – Wejdę sama.

Wsu­wa­jąc pod pachę torbę z nie­dziel­nymi gaze­tami, się­gnę­łam do kie­szeni dżin­sów po zapa­sowy klucz i otwo­rzy­łam drzwi, przy­go­to­wu­jąc się na obez­wład­nia­jący smród. Żołą­dek mi się skrę­cił i przy­ci­snę­łam dłoń do nosa i ust, wdzięczna, że nie zja­dłam śnia­da­nia.

– Wujku Ala­nie? – zawo­ła­łam przez palce. – Nie mów, że tym razem też tego nie czu­jesz.

Kilka much brzę­czało mi wokół uszu, więc odgo­ni­łam je ręką. Poło­ży­łam torbę w przed­po­koju, powoli zdję­łam kurtkę prze­ciw­desz­czową i powie­si­łam ją na wie­szaku obok beżo­wego płasz­cza, bez któ­rego ni­gdy nie wycho­dził z domu. Ręce lekko mi drżały, gdy zdej­mo­wa­łam kalo­sze i ponow­nie zawo­ła­łam: – Wujku Ala­nie? Znowu dzi­siaj jesteś zrzę­dliwy? Jeśli tak, to nie pomogę ci w roz­wią­zy­wa­niu krzy­żówki.

Z ser­cem w gar­dle cze­ka­łam na jego odpo­wiedź. Nic.

Zabi­łam jesz­cze kilka much, po czym skra­da­jąc się kory­ta­rzem, skie­ro­wa­łam się w stronę salonu na tyłach miesz­ka­nia.

– Wujku Ala­nie? – Zatrzy­ma­łam się tuż przed drzwiami salonu i ponow­nie nasłu­chi­wa­łam. Przez deszcz, grzmoty i muchy sły­sza­łam tylko bicie swo­jego serca.

Z ręką na­dal przy­ło­żoną do nosa i ust, zebra­łam całą swoją siłę i odwagę, aby przejść z przed­po­koju do salonu, ponie­waż uczu­cie cię­żaru w żołądku pod­po­wia­dało mi, że nasza nie­dzielna rutyna zosta­nie zła­mana na zawsze.

Zasłony były czę­ściowo zasu­nięte, więc salon pogrą­żony był w ciem­no­ści. Ostroż­nie szu­ka­łam ręką włącz­nika świa­tła wzdłuż znisz­czo­nej winy­lo­wej tapety. Kiedy moje palce dotknęły pla­sti­ko­wej obu­dowy, błysk pio­runa oświe­tlił pokój jak reflek­tor. I wtedy go zoba­czy­łam. Leżał tam. Przez grzmoty usły­sza­łam krzyk. Krzyk dziew­czyny – prze­ra­żony, pełen bólu.

Sie­dzia­łam teraz wypro­sto­wana, z ser­cem w gar­dle, gdy błysk pio­runa oświe­tlił moją sypial­nię.

– Wujku Ala­nie? – szep­nę­łam.

Kiedy roz­legł się grzmot, zadrża­łam i zanur­ko­wa­łam pod koł­drę, ści­ska­jąc mojego misia, pana Pink, przy­po­mi­na­jąc sobie, że mam trzy­dzie­ści lat, a nie trzy­na­ście. Musia­łam myśleć pozy­tyw­nie. Musia­łam wyobra­zić sobie, że on na­dal żyje. Musia­łam sku­pić się na naszej daw­nej ruty­nie. W każdą nie­dzielę o 10 rano ogła­sza­łam swoje przy­by­cie przez skrzynkę na listy, wcho­dzi­łam do środka i kie­ro­wa­łam się do salonu, gdzie znaj­do­wa­łam go wyle­gu­ją­cego się w swoim ulu­bio­nym fotelu, macza­ją­cego zwy­kłe her­bat­niki w her­ba­cie z mle­kiem. Ponie­waż jego życie kon­tro­lo­wała cukrzyca, te zwy­kłe her­bat­niki były jego jedyną coty­go­dniową przy­jem­no­ścią. Na mnie cze­kał tru­skaw­kowy kok­tajl mleczny i kilka cze­ko­la­do­wych her­bat­ni­ków. Podzi­wia­łam jego powścią­gli­wość, ponie­waż sam ni­gdy nie ule­gał poku­sie cze­ko­la­do­wych cia­stek. Pili­śmy nasze napoje, a ja opo­wia­da­łam mu o moim tygo­dniu w szkole i o tym, co robi­łam w kół­kach poza­lek­cyj­nych, a potem poma­ga­łam mu roz­wią­zy­wać krzy­żówki. Mówię – poma­ga­łam, ale z pew­no­ścią nie byłam mózgiem tego duetu; moje czy­ta­nie oszczę­dzało mu kło­potu zakła­da­nia oku­la­rów, a moje pisa­nie oszczę­dzało mu bólu rąk spo­wo­do­wa­nego artre­ty­zmem. Jego ciało mogło go zawieść, ale jego umysł był bystry i pełen milio­nów fak­tów i szcze­gó­łów.

Kolejny błysk pio­runa oświe­tlił pokój, a wraz z nim w mojej gło­wie poja­wił się obraz wujka Alana – pio­run odsło­nił opuch­niętą twarz, mar­mur­ko­watą żółto-szarą skórę, zabru­dzone spodnie – i zadrża­łam. Żało­wa­łam, że to ja zna­la­złam go tego dnia. Ale gdyby nie ja, zna­la­złaby go mama, tata lub mój brat Ben, a nie życzy­ła­bym nikomu z nich tak maka­brycz­nego odkry­cia. Gdy­bym tylko mogła wyma­zać ten obraz z pamięci i zamiast tego wyobra­zić sobie go jako zrzędę o dobrym sercu, jakim go zna­łam, z wiel­kim zmarsz­czo­nym czo­łem, ale błysz­czą­cymi sza­rymi oczami, które łza­wiły za każ­dym razem, gdy obej­mo­wa­łam go na poże­gna­nie.

Mru­ga­łam, powstrzy­mu­jąc łzy, które poja­wiały się tak łatwo za każ­dym razem, gdy o nim myśla­łam. Powin­nam była odwie­dzać go czę­ściej. Raz w tygo­dniu to za mało. On mnie potrze­bo­wał. Nie miał nikogo poza naszą małą rodziną. Otar­łam łzę i skar­ci­łam się w duchu. Byłam młoda, robi­łam, co mogłam, a on to doce­niał.

Sku­lona pod koł­drą, myślami prze­ska­ki­wa­łam mię­dzy momen­tem, w któ­rym zna­la­złam wujka Alana, a moją obecną sytu­acją z Jaso­nem.

Kiedy o świ­cie burza w końcu uci­chła, doszłam tylko do jed­nego wnio­sku: nie chcia­łam spę­dzać całego week­endu sama. Jedyną bli­ską przy­ja­ciółką, jaką mia­łam w Lon­dy­nie, była Clare, a ona wyje­chała na imprezę fir­mową do Bir­ming­ham, co ozna­czało, że dom – nad­mor­skie mia­steczko Whits­bo­ro­ugh Bay w hrab­stwie North York­shire – był miej­scem, do któ­rego nale­żało się udać. Nie­stety, ode­bra­łam wia­do­mość gło­sową od mamy, w któ­rej infor­mo­wała mnie, że tata zabrał ją na week­end do Paryża i miała nadzieję, że Jason zapla­no­wał rów­nie roman­tyczny week­end z oka­zji moich uro­dzin (och, iro­nia losu). Nie mogłam więc zatrzy­mać się u rodzi­ców. Mogłam jed­nak zwró­cić się do sio­stry mamy, cioci Kay. Nie musia­łam dzwo­nić wcze­śniej, ponie­waż dokład­nie wie­dzia­łam, gdzie będzie. Była prak­tycz­nie w związku mał­żeń­skim ze swoją pracą i ni­gdy, przeni­gdy nie brała urlopu.

Po wrzu­ce­niu kilku ubrań do małej walizki poje­cha­łam metrem, a następ­nie zła­pa­łam pierw­szy pociąg z King’s Cross.

Rozdział 3

Głę­boko wcią­gnę­łam haust świe­żego mor­skiego powie­trza, a następ­nie otwo­rzy­łam drzwi do Seaside Blo­oms – kwia­ciarni, którą cio­cia Kay otwo­rzyła dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej. Dzwo­nek zadzwo­nił rado­śnie. Zawsze uwiel­bia­łam ten dźwięk, tak przy­ja­zny i tak bar­dzo koja­rzący się z domem.

– Sarah! Co tu robisz?

Ciotka Kay deli­kat­nie odło­żyła bukiet ślubny, który wła­śnie ukła­dała. Wytarła ręce o far­tuch i wybie­gła zza lady.

– Nie­spo­dzianka!

Rzu­ciła mi się na szyję.

– Mia­łam do cie­bie zadzwo­nić wie­czo­rem, więc to świet­nie, że tu jesteś.

Kiedy mocno ją przy­tu­li­łam, zapora, która zaska­ku­jąco pozo­stała zamknięta poprzed­niego wie­czoru, pękła.

– Kocha­nie, co się stało? Co się wyda­rzyło?

– Jason – wyszep­ta­łam.

– Czy wszystko z nim w porządku?

– To koniec.

– Och, kocha­nie, tak mi przy­kro.

Zadzwo­nił dzwo­nek skle­powy. Sto­jąc ple­cami do drzwi, na wypa­dek gdyby to był ktoś zna­jomy, puści­łam cio­cię Kay i zaczę­łam szu­kać chu­s­teczki w torebce.

– Dzień dobry, pani Bates – powie­działa. – Cathy zaraz do pani podej­dzie. – Cathy?

Cathy poja­wiła się w przej­ściu z tyłu sklepu, wygła­dza­jąc far­tuch na swo­ich obfi­tych kształ­tach. Uśmiech­nęła się pro­mien­nie, gdy mnie zoba­czyła.

– Sarah! Kay nie powie­działa…

– Sarah zło­żyła nam nie­spo­dzie­waną wizytę – prze­rwała ciotka Kay. – Ale musimy poroz­ma­wiać na zaple­czu. Czy możesz zająć się panią Bates?

– Oczy­wi­ście.

Cathy, która naj­wy­raź­niej dostrze­gła łzy, spoj­rzała na mnie ze współ­czu­ciem i lekko pokle­pała mnie po ramie­niu, mija­jąc mnie w pośpie­chu.

Ciotka Kay zapro­wa­dziła mnie na zaple­cze – tak Ben i ja nazwa­li­śmy biuro/maga­zyn/kuch­nię na tyłach kwia­ciarni, ponie­waż ciotka Kay lubiła mówić: – Idę na zaple­cze, żeby zapa­rzyć her­batę – i posa­dziła mnie na swoim znisz­czo­nym skó­rza­nym krze­śle biu­ro­wym.

Usia­dła na biurku i cze­kała, aż się uspo­koję.

– Prze­pra­szam za to – powie­dzia­łam. – Myśla­łam, że wszystko jest w porządku, ale może wypo­wie­dze­nie tego na głos uświa­do­miło mi, że to prawda.

I że jestem sama. Znowu. Tak jak wujek Alan.

– Kto to zakoń­czył?

– Ja.

– Mogę zapy­tać dla­czego?

– Możesz, ale może póź­niej. Czy mogę zostać dziś na noc w Seashell Cot­tage? – Mia­łam klucz do domu rodzi­ców, ale wola­łam zostać w domku cioci Kay na Sta­rym Mie­ście, niż być sama.

– Oczy­wi­ście, że tak. Zawsze jest tam dla cie­bie miej­sce.

Poczu­łam się znacz­nie spo­koj­niej­sza, ponow­nie otar­łam oczy i odgar­nę­łam kosmyki wło­sów z twa­rzy.

– Masz dzi­siaj ślub?

– To może pocze­kać. Wiesz, że zawsze mam czas dla mojej ulu­bio­nej sio­strze­nicy.

– Jestem twoją jedyną sio­strze­nicą.

– Jestem pewna, że na­dal była­byś moją ulu­bie­nicą, nawet gdyby było ich tuzin.

Uśmiech­nę­łam się.

– Nie chcia­łam ci prze­szka­dzać, ale naj­wy­raź­niej mama i tata wyje­chali na week­end do Paryża.

– Ach tak. Roman­tyczny wypad. Twój tata zasko­czył ją wczo­raj bile­tami. Naj­wy­raź­niej minęło trzy­dzie­ści pięć lat, odkąd popro­sił ją o rękę.

Wes­tchnę­łam.

– Nie­któ­rzy mają łatwo. Jason ni­gdy nie zabie­rał mnie na roman­tyczne week­endy.

– W takim razie praw­do­po­dob­nie dobrze zro­bi­łaś, że go rzu­ci­łaś. Czas zna­leźć kogoś, kto to zrobi.

Pokrę­ci­łam głową.

– Może jesz­cze nie teraz. Myślę, że naj­pierw muszę odna­leźć sie­bie.

Nawet jeśli ozna­czało to samot­ność przez jakiś czas. Zaczę­łam pani­ko­wać i powta­rza­łam man­trę, którą opra­co­wa­łam, gdy mia­łam dwa­dzie­ścia dwa lata i byłam zroz­pa­czona zerwa­niem w moim pierw­szym poważ­nym związku. Sama jako osoba samotna… ale nie samotna. Mam przy­ja­ciół. Sama w sen­sie nie­za­mężna… Wsta­łam i wzię­łam głę­boki oddech.

– Może wróć do swo­jego bukietu, a ja przy­go­tuję nam coś do picia, a potem pomogę ci z kwia­tami?

– Na pewno nie masz nic prze­ciwko?

– Na pewno. Z przy­jem­no­ścią.

– Twoja pomoc byłaby wyba­wie­niem – powie­działa. – Powinno nas być cztery, ale Wendy jest na weselu, a Gemma się nie poja­wiła. Mówi, że ma grypę żołąd­kową, ale ja twier­dzę, że to kac. To dla niej ostat­nie ostrze­że­nie, a my jeste­śmy kom­plet­nie w tyle. Bukiety dla dru­hen czy buto­nierki?

– Pro­szę o buto­nierki. Nie spa­łam, więc nie sądzę, żebym była wystar­cza­jąco wypo­częta, aby dobrze wyko­nać bukiety.

Prawda była taka, że bałam się, że coś zepsuję. Sytu­acja w domu zaczęła wpły­wać na moją pracę jako asy­stentki ds. mar­ke­tingu w dużym banku. Nie­dawno popeł­ni­łam kilka nie­ostroż­nych błę­dów i otrzy­ma­łam repry­mendę, że nie powin­nam przy­no­sić swo­ich pro­ble­mów oso­bi­stych do pracy. Moja pew­ność sie­bie była na naj­niż­szym pozio­mie w histo­rii.

Jakby wyczu­wa­jąc mój kry­zys pew­no­ści sie­bie, cio­cia Kay powie­działa:

– Nie­za­leż­nie od tego, czy jesteś zmę­czona, wiem, że dasz radę. Jesteś i zawsze byłaś naj­bar­dziej uta­len­to­waną kwia­ciarką, jaką mia­łam przy­jem­ność szko­lić, i masz kwa­li­fi­ka­cje, które to potwier­dzają. Mogła­byś zro­bić te bukiety z zamknię­tymi oczami i z rękami zwią­za­nymi za ple­cami. Ale dam ci spo­kój, bo mia­łaś trau­ma­tyczne uro­dziny. Możesz zacząć od buto­nierki, ale jeśli zrobi się tłoczno, będę musiała awan­so­wać cię do bukie­tów. I potrze­buję wszyst­kich szcze­gó­łów doty­czą­cych Jasona, pod­czas gdy ty będziesz pra­co­wać. Nie mogę się docze­kać.

Kilka godzin póź­niej cio­cia Kay przyj­rzała się trzem bukie­tom dla dru­hen, dwóm bukie­tom dla dzieci i ośmiu buto­nier­kom, które stwo­rzy­łam.

– Powiedz mi jesz­cze raz, dla­czego tu nie pra­cu­jesz. Są prze­piękne. Te zaję­cia w tym Lon­dy­nie z pew­no­ścią były warte swo­jej ceny.

Roz­ba­wiło mnie, kiedy nazwała mój dom – tym Lon­dy­nem tonem peł­nym obrzy­dze­nia, jakim mogłaby opi­sać – tę cho­robę prze­no­szoną drogą płciową. Odwie­dziła mnie tam tylko raz i nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że uznała to o jeden raz za dużo. Ni­gdy nie zdo­ła­łam roz­gryźć, czy nie­na­wi­dziła kon­kret­nie – tego Lon­dynu, czy faktu, że miesz­ka­łam tam, a nie w domu.

– Od dawna nie robi­łam bukie­tów – powie­dzia­łam. – Jestem cał­kiem zado­wo­lona.

– I powin­naś. Mówisz, że w ciągu ostat­niego roku czę­ściej cho­dzi­łaś do swo­jego klubu flo­ry­stycz­nego…?

Ski­nę­łam głową.

– Świetna wymówka pozwa­la­jąca unik­nąć Jasona.

– Cóż, opła­ciło się. Hej, Cathy, chodź zoba­czyć.

Cathy pode­szła powoli.

– Sarah, są prze­piękne. Wiesz, co powin­naś zro­bić?

– Nie. Co?

– Powin­naś wró­cić do domu i pra­co­wać dla cioci.

– Czy wy to wcze­śniej ćwi­czy­ły­ście? – zapy­ta­łam, kła­dąc ręce na bio­drach w uda­wa­nym obu­rze­niu, ale nie mogłam powstrzy­mać uśmie­chu.

To było cudowne uczu­cie być potrzebną, zwłasz­cza po ostat­nim roku spę­dzo­nym z Jaso­nem, kiedy czu­łam się zupeł­nie ina­czej.

– Nie mam poję­cia, o czym mówisz. – Ciotka Kay spoj­rzała na mnie sze­roko otwar­tymi oczami i nie­win­nym wyra­zem twa­rzy. – Ale to dobry pomysł. Na pewno nie chcesz?

– Tak, cio­ciu Kay. Jestem pewna. Ponie­waż…

– Wiem, wiem… – Puściła oko do Cathy. – Bo flo­ry­styka to tylko hobby, mimo że masz dwa razy wię­cej talentu niż więk­szość pro­fe­sjo­nal­nych flo­ry­stów, któ­rych znam. Bo już tu nie miesz­kasz. Bo kochasz Lon­dyn. Bo tam masz pracę. Bo Jason nie chce się prze­pro­wa­dzać. – Zro­biła pauzę, a potem dodała dra­ma­tycz­nie: – Cho­ciaż Jason już nie wcho­dzi w grę, więc…

– Cio­ciu Kay! To już nie jest mój dom. Wypro­wa­dzi­łam się stąd dwa­na­ście lat temu.

– A mogła­byś rów­nie łatwo wró­cić. Nawet odwa­ży­ła­bym się na kolejną podróż, żeby pomóc ci spa­ko­wać rze­czy. Cathy mogłaby się zająć spra­wami tutaj, na miej­scu, prawda, Cathy?

– To pestka – powie­działa Cathy. – Tylko podaj datę.

– Prze­stań­cie, obie.

Zakry­łam uszy dłońmi i zaczę­łam nucić, aż cio­cia Kay zasło­niła usta dło­nią, lekko ude­rzyła mnie w nad­gar­stek i wyszep­tała:

– Prze­pra­szam.

– Też tak myślę. – Zdję­łam ręce z uszu.

– Wkrótce zmie­nisz zda­nie co do powrotu tutaj.

– Wąt­pię. Ale dzię­kuję za wysi­łek. Praw­do­po­dob­nie poczu­ła­bym się ura­żona, gdy­by­ście nie pró­bo­wały mnie prze­ko­nać do pozo­sta­nia. Pomy­śla­ła­bym, że już mnie nie chce­cie.

– Chodź tu. – Znów mnie przy­tu­liła. – Zawsze będę chciała mieć przy sobie moją ulu­bioną sio­strze­nicę.

– Witam. Czy to nie­od­po­wiedni moment?

Nie sły­sza­łam dzwonka nad drzwiami, więc męski głos mnie zasko­czył. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam męż­czy­znę w gra­na­to­wym fraku. Wyglą­dał na około trzy­dzie­ści lat, miał około sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i gęste ciemne włosy, które były lekko wystrzę­pione na czubku głowy. Cał­kiem nie­zły.

– Nick! – Ciotka Kay poca­ło­wała go w oba policzki. – O rany, ależ dobrze wyglą­dasz. Pokaż się nam.

– Dzię­kuję. – Nick wyko­nał nieco nie­zręczny obrót. – Myślę jed­nak, że jesteś zbyt hojna. Czyż więk­szość ludzi nie wygląda dobrze w takich stro­jach?

Moim zda­niem tak, ale Nick w swoim wyglą­dał wyjąt­kowo dobrze. Kiedy spoj­rzał na mnie i uśmiech­nął się, moje serce zabiło szyb­ciej. Przez chwilę nie zwra­ca­łam uwagi na nic innego, tylko na niego i jego nie­bie­skie oczy, które błysz­czały jak ocean w sło­neczny dzień.

– Nie uwa­żasz, że wyglą­dam jak nie­bie­ski pin­gwin? – zapy­tał, na­dal patrząc mi w oczy.

Nie. Po pro­stu prze­piękny, boski facet. Wow! Opa­nuj się, Sarah. Ten facet wkrótce się żeni. Odwróć wzrok. Teraz. Na szczę­ście cio­cia Kay ode­zwała się, a Nick ode­rwał ode mnie wzrok.

– Nie umniej­szaj sobie. Nie­któ­rzy męż­czyźni wyglą­dają w tym śmiesz­nie, a widzia­łam setki z nich w tej branży. Tobie naprawdę pasuje. Wyglą­dasz bar­dzo przy­stoj­nie.

Zwró­ciła się do mnie. O nie. Nie waż się.

Odwa­żyła się.

– Prawda, Sarah? Czyż nie wygląda przy­stoj­nie?

Moje policzki zapło­nęły.

– Tak, nie­zna­jomy, któ­rego ni­gdy nie spo­tka­łam, wyglą­dasz bar­dzo przy­stoj­nie, jak to ujęła moja cio­cia.

Nick roze­śmiał się, wycią­gnął rękę i entu­zja­stycz­nie uści­snął moją.

– Ciotka? W takim razie musisz być sio­strze­nicą Kay, Sarah. Dużo o tobie sły­sza­łem. Jestem Nick Der­by­shire.

– Cześć, Nick. – Nie­chęt­nie puści­łam jego dłoń.

– Dener­wu­jesz się, Nick? – zapy­tała cio­cia Kay.

– Jestem prze­ra­żony. Zwłasz­cza prze­mową. Chciał­bym nie musieć prze­ma­wiać jako pierw­szy.

– To nie pan młody prze­ma­wia jako pierw­szy – wyrwało mi się. – To ojciec panny mło­dej.

Nick uśmiech­nął się dum­nie.

– Jestem ojcem panny mło­dej.

– Ale… ale nie możesz być dużo star­szy ode mnie.

– Mam trzy­dzie­ści dwa lata.

– W takim razie musia­łeś mieć córkę w bar­dzo mło­dym wieku.

Ciotka Kay roze­śmiała się.

– On nie ma dzieci. To ślub jego sio­stry.

Zmarsz­czy­łam brwi.

– Ale…

– Nasz tata zmarł, kiedy mia­łem dzie­sięć lat, a Cal­lie sześć – powie­dział Nick. – Byłem dla niej zarówno ojcem, jak i star­szym bra­tem, więc popro­siła mnie, żebym ją popro­wa­dził do ołta­rza.

– Och, to takie uro­cze. Przy­kro mi z powodu two­jego taty.

– Dzię­kuję. Byłby dziś bar­dzo dumny z Cal­lie.

Zwró­cił się do cioci Kay.

– Czy kwiaty są gotowe?

– Pokażę ci. – Popro­wa­dziła Nicka do dużego stołu za ladą. – Sarah zro­biła więk­szość z nich – powie­działa z entu­zja­zmem, odwra­ca­jąc się i uśmie­cha­jąc do mnie. – Jest tak uta­len­to­wana. Czyż nie są wspa­niałe?

Moje policzki znów się zaczer­wie­niły. No nie mogła być już bar­dziej oczy­wi­sta?

Nick odwró­cił się i uśmiech­nął do mnie.

– Bar­dzo piękne.

Było coś w spo­so­bie, w jaki na mnie patrzył, co spra­wiło, że pomy­śla­łam, iż nie mówił o kwia­tach. Nie może mieć na myśli mnie… prawda? Daleko mi do piękna. Jestem gruba. Mam potar­gane włosy. Moje oczy są czer­wone i… nie, na pewno ma na myśli kwiaty. Głu­pio się zacho­wuję. Mam halu­cy­na­cje z powodu braku snu.

Zadzwo­nił dzwo­nek i młod­szy męż­czy­zna w dopa­so­wa­nym gar­ni­tu­rze wychy­lił głowę zza drzwi.

– Prze­pra­szam, Nick. Sta­ną­łem na podwój­nej żół­tej linii – powie­dział.

– W porządku, to lepiej ruszaj­cie.

Nick podał męż­czyź­nie pudełko, a potem chwy­cił dru­gie.

Ciotka Kay otwo­rzyła sze­roko drzwi dla nich obu.

– Pozdrów Cal­lie – powie­działa. – Powiedz jej, że chcę zoba­czyć zdję­cia. Powo­dze­nia z prze­mową. Mówią, że należy wyobra­zić sobie publicz­ność nago. Pomaga to opa­no­wać nerwy.

– Nie jest to przy­jemna myśl. Nie widzia­łaś mojego wujka Clive’a. – Skrzy­wił się i zadrżał. – Nie mogę teraz pozbyć się tego obrazu. To może być dla mnie trau­ma­tyczne doświad­cze­nie na całe życie. A skoro o tym mowa… jesz­cze raz dzię­kuję za te rze­czy, Kay.

Odwró­cił się i uśmiech­nął się sze­roko do mnie.

– Miło było cię w końcu poznać, Sarah. Jesteś dokład­nie taka, jak sobie wyobra­ża­łem. Mam nadzieję, że nasze drogi jesz­cze się skrzy­żują.

Uśmiech­nę­łam się i poma­cha­łam, pró­bu­jąc zigno­ro­wać motyle w brzu­chu. Uspo­kój się, Sarah. Reagu­jesz na niego tylko dla­tego, że jesteś teraz sin­gielką i możesz sobie na to pozwo­lić. To natu­ralne, że pociąga cię pierw­szy przy­stojny męż­czy­zna, który ma na tyle uprzej­mo­ści, żeby się do cie­bie ode­zwać. Zwłasz­cza gdy ma na sobie frak, oczy koloru oce­anu i… prze­stań.

Ciotka Kay zamknęła drzwi i wró­ciła do lady.

– Jaki uro­czy młody czło­wiek – powie­działa.

– Wyda­wał się cał­kiem miły – sta­ra­łam się brzmieć non­sza­lancko.

Nie jestem pewna, czy mi się to udało.

– Jest. Bar­dzo miły. Bar­dzo uro­czy. Pamię­tasz Almę Sut­ton, która miesz­kała obok mnie, kiedy byłaś mała? Była bab­cią Nicka.

– Świat jest mały.

– To bar­dzo wraż­liwy młody czło­wiek. Co roku w syl­we­stra przy­cho­dzi po trzy bukiety bia­łych róż i trzy poje­dyn­cze kwiaty. W Nowy Rok kła­dzie bukiet na gro­bach babci, dziadka i taty, a poje­dyn­cze kwiaty wrzuca do morza przy Ligh­tho­use Point, aby upa­mięt­nić każ­dego z nich.

– To bar­dzo miłe i tro­skliwe z jego strony.

– On jest sin­glem, wiesz.

– Czy nie jest dla cie­bie tro­chę za młody?

– Nie cho­dzi mi o mnie.

Poło­ży­łam ręce na bio­drach i spoj­rza­łam na nią z uda­waną suro­wo­ścią.

– Dosko­nale rozu­miem, co masz na myśli, ale wolę to zigno­ro­wać. Już ci mówi­łam, że nie jestem gotowa na randki, a nawet gdy­bym była, ktoś miesz­ka­jący cztery godziny drogi stąd nie zna­la­złby się na szczy­cie mojej listy.

– Możesz wró­cić do domu.

– Myślę, że potrze­bo­wa­ła­bym nieco poważ­niej­szego powodu, żeby wró­cić do domu, niż twoje próby odgry­wa­nia roli Kupi­dyna. – Wes­tchnę­łam i potrzą­snę­łam głową.

Ciotka Kay nie odpo­wie­działa. Zamiast tego bawiła się pier­ścion­kiem zarę­czy­no­wym mojej babci, obra­ca­jąc go na palcu.

Spoj­rza­łam na nią spod zmru­żo­nych powiek.

– Wszystko w porządku?

Prze­stała krę­cić pier­ścion­kiem i wzięła głę­boki oddech.

– Powie­dzia­łam, że zadzwo­nię do cie­bie dzi­siaj wie­czo­rem. Czas powie­dzieć ci, dla­czego.

Żołą­dek mi się skrę­cił, ale nie w przy­jemny spo­sób, jak wcze­śniej z Nic­kiem – raczej w nie­po­ko­jący. Zakła­da­łam, że zadzwoni, żeby zapy­tać o moje uro­dziny, a nie dla­tego, że ma jakieś wia­do­mo­ści. I to praw­do­po­dob­nie złe wia­do­mo­ści, sądząc po tym rzad­kim prze­ja­wie zde­ner­wo­wa­nia. Przez głowę prze­my­kały mi myśli o śmier­tel­nych cho­ro­bach.

– Stre­su­jesz mnie – powie­dzia­łam.

– Daj mi chwilę. – Znik­nęła na zaple­czu i po kilku chwi­lach wró­ciła, trzy­ma­jąc w ręku jasno­czer­wony segre­ga­tor, który mi podała.

– Co to jest?

– Mówi­łaś, że potrze­bu­jesz nieco moc­niej­szego powodu, aby prze­pro­wa­dzić się do domu, niż tylko swa­ta­nie. Cóż, mam taki powód. Pamię­tasz, jak zawsze mówi­łam, że po mojej śmierci odzie­dzi­czysz Seaside Blo­oms, a Ben dosta­nie Seashell Cot­tage?

– Tak. A ja zawsze mówi­łam ci, żebyś pozbyła się czar­no­wi­dze­nia. O Boże! Ona jest chora. Nie!

Znów zaczęła bawić się pier­ścion­kiem.

– Zmie­ni­łam zda­nie. Nie chcę zosta­wić ci firmy w testa­men­cie. Chcę ci ją dać już teraz.

– Co?

– Nie­spo­dzie­wa­nie poja­wiła się oka­zja, aby podró­żo­wać po świe­cie z moją przy­ja­ciółką Lindą i posta­no­wi­łam z niej sko­rzy­stać. Chcę przejść na eme­ry­turę i chcę, abyś została nową wła­ści­cielką Seaside Blo­oms. Prak­tycz­nie od zaraz.

Rozdział 4

– W końcu mia­łaś na tyle roz­sądku, żeby rzu­cić tego głupka? – Clare roz­wi­nęła sza­lik, zdjęła płaszcz i podała mi obie rze­czy. – Nie mogłaś tego tak zosta­wić? Po co rezy­gno­wać też z pracy? – Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, weszła do mojej sypialni.

Powie­si­łam jej płaszcz, a potem poszłam za nią. Leżała wycią­gnięta na łóżku, a jej brą­zowe zamszowe buty na wyso­kich obca­sach leżały porzu­cone w drzwiach. Wes­tchnę­łam i odsu­nę­łam je na bok.

– Czy ty ni­gdy nie nosisz dżin­sów, jak nor­malna osoba? – zapy­ta­łam, patrząc na jej drogi, miękki, dopa­so­wany swe­ter w kolo­rze kre­mo­wym i krótką brą­zową spód­niczkę z kasz­miru. – To nie wygląda na zbyt prak­tyczne, jeśli chcesz mi pomóc się spa­ko­wać.

Clare pod­parła się na łok­ciach.

– Moim zada­niem jest leżeć tutaj i kie­ro­wać. Pako­wa­nie to dobra oka­zja do porząd­ków, więc zaczniemy od two­ich ubrań. Powiem ci, co możesz zatrzy­mać. Nie patrz tak na mnie. Robię ci przy­sługę, naprawdę.

– W jaki spo­sób?

– Kiedy skoń­czę, będziesz miała o wiele mniej śmieci do zapa­ko­wa­nia jutro do fur­go­netki.

– Ależ to nie­grzeczne z two­jej strony.

– Cho­ciaż nie będziesz musiała się tym mar­twić, jeśli uda mi się prze­ko­nać cię do zmiany zda­nia i pozo­sta­nia.

– Prze­pra­szam. – Odsu­nę­łam jej nogi na bok, żeby móc usiąść na łóżku. – Wiesz, że będę za tobą bar­dzo tęsk­niła, ale to zbyt dobra oka­zja. Musia­łam z niej sko­rzy­stać.

Wes­tchnęła.

– Wiem. To raczej ja powin­nam cię prze­pro­sić.

– Za co?

– Za to, że jestem taką bez­na­dziejną przy­ja­ciółką.

– Bo przez cały tydzień byłaś w złym humo­rze? – Wycią­gnę­łam do niej język.

– Byłam o wiele gor­sza niż to.

– Spo­ty­ka­łaś się z Jaso­nem za moimi ple­cami – zażar­to­wa­łam.

Wypro­sto­wała się.

– Jezu! Osza­la­łaś? Kiedy mówi­łam, że go nie zno­szę, nie ukry­wa­łam żad­nego głę­bo­kiego pożą­da­nia. Naprawdę go nie zno­si­łam.

– OK. Rozu­miem.

Ponow­nie opa­dła na łok­cie.

– Ale byłam kiep­ską przy­ja­ciółką, ponie­waż nie byłam przy tobie. Wie­dzia­łam, jak nie­szczę­śliwa byłaś w pracy i z Jaso­nem przez ostatni rok, a nie powie­dzia­łam nic, co zachę­ci­łoby cię do roz­mowy na ten temat.

– Wie­dzia­łaś? Skąd? Ni­gdy nic nie mówi­łam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki