Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W największej rozpaczy zawsze jest coś, co może cię ocalić…
Podhale, Tatry, lato 1938 roku. Władka – młoda góralka, taterniczka i pracowniczka schroniska nad Morskim Okiem – poznaje Pawła, studenta z Krakowa. Łączy ich pasja do gór i rodząca się miłość…
Rok później wybuch wojny brutalnie przerywa ich szczęście. Zakopane zamienia się w miasto strachu, Tatry zostają zamknięte, a Władka i Paweł włączają się w działalność konspiracyjną. Gdy Paweł ginie, a nad Władką zaczyna zaciskać się krąg podejrzeń, kobieta musi uciekać z nowo narodzonym dzieckiem i nauczyć się życia w świecie, w którym każdy wybór może kosztować życie.
„Od Murania mgła” to wielowątkowa, inspirowana faktami powieść o kobietach rzuconych w sam środek historii – o ich sile, solidarności, miłości i cenie, jaką płaci się za wierność sobie. To opowieść o wojnie widzianej z perspektywy Tatr, o granicach między dobrem a złem oraz o uczuciu, które potrafi przetrwać nawet wtedy, gdy wszystko inne ginie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 138
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026
© Copyright by Agnieszka Szymaszek, 2026
Redaktor inicjujący: Paweł Pokora
Redakcja: Barbara Kaszubowska
Korekta: Marta Trywiańska
Skład: Klara Perepłyś-Pająk
Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl
Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © sylwiabartyzel/Unsplash,
Freepik, domena publiczna
Zdjęcie autorki: © Magdalena Ficek
Producenci wydawniczy:
Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz
Wydawca: Marek Jannasz
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68817-01-0 (EPUB); 978-83-68817-02-7 (MOBI)
Lira Publishing Sp. z o.o.
al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa
www.wydawnictwolira.pl
Wydawnictwa Lira szukaj też na:
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dedykacja
Rozdział 1. Schronisko
Rozdział 2. Paweł
Rozdział 3. Ślub
Rozdział 4. Ostatnie lato
Rozdział 5. Zwiastun wojny
Rozdział 6. Oczy
Rozdział 7. Fale
Rozdział 8. Pierwszy dzień września
Rozdział 9. Zmiany
Rozdział 10. Gruby i Chudy
Rozdział 11. Modrzew
Rozdział 12. Poród
Rozdział 13. Natalia
Rozdział 14. Ucieczka
Rozdział 15. Sóweczka
Rozdział 16. Gulasz
Rozdział 17. Ekspres numer trzysta sześć
Rozdział 18. Mogiła jelenia
Rozdział 19. Pomurnik
Rozdział 20. Dudnica
Rozdział 21. Punkt przerzutowy
Rozdział 22. Grań
Rozdział 23. Aresztowanie
Rozdział 24. Palace
Rozdział 25. Wyrok
Rozdział 26. Murań
Rozdział 27. Dziennik szkolny
Rozdział 28. Wojtek
Rozdział 29. Pięcistawy
Rozdział 30. Łańcuszek
Rozdział 31. Świetliki
Rozdział 32. Cyjanek
Rozdział 33. Decyzja
Rozdział 34. Babka Bronka
Rozdział 35. Król wężów
Rozdział 36. Helena
Rozdział 37. Pasieka
Rozdział 38. Klaus
Rozdział 39. Misiek
Rozdział 40. Powrót
Appendix
Podziękowania
Przypisy
Opowieść inspirowana
prawdziwymi wydarzeniami
Ubiegły wieczór był... Ojej. Pracy miałam po pachy. Ale od początku. Gdy już tłum w schronisku się przewalił i turysty zeszły na dół, do jadalni weszli oni. Tacy młodzi, tacy ładni. Jakby z innego świata. Lubię słuchać, co mówią, jak noszę im jedzenie. Choć po prawdzie to oni dużo nie jedzą ani nawet nie piją. Siedzą cały wieczór przy herbacie, czasem przy winie. Jak jedzą, to tanio. Sami sobie gotują. Chyba biedni są jak myszy kościelne! Ubrani nie po naszemu: w marynarki, spodnie z sukna, trzewiki skórzane, kaszkiety. Chudzi, ale nie chuchra. Gadają dużo i tylko o wspinaczce! I myślą, że ja nie wiem, o co chodzi. Bo i skąd mają wiedzieć, że ja wszystkie ściany wokół Morskiego Oka mam przewspinane? Że i na Mnichu byłam, i na Żabiej Lalce, i na Żabim Koniu też? I na dwudziestu innych drogach. I to nie tylko z lepszymi ode mnie kolegami, tylko z równymi mi koleżankami, z Zosią albo Krysią. Mamy tysiąc dziewięćset trzydziesty ósmy rok! To nie średniowiecze, kiedy kobiety nic nie mogły! Wielu taterników pewnie bym w kozi róg zapędziła, gdyby nam przyszło razem związać się liną. Zdziwiliby się!
Wśród nich był on. Inny niż reszta. Nie taki głośny. Niby z nimi, a jednak obok. Szczupły, blady, ciemnowłosy, zamyślony. I jakby mnie wzrokiem łowił. Oczu nie odwracał i ja też nie odwracałam, jeśli tylko mogłam, żeby talerzy nie porozbijać! Uśmiechał się do mnie, jak tylko złapał mnie tym swoim spojrzeniem. No co ja zrobię, że tak mi się spodobał! Goniłam między stołami, wśród turystów, co to na noc zostali, zamiatałam tylko spódnicą po całej jadalni, tak się spieszyłam. No i nagle jeden z tych późnych turystów, co to za dużo wypili, złapał mnie za warkocz, aż zabolało. I nagle on przy mnie się znalazł i mówi do tego typa:
– Proszę panią przeprosić i więcej tego nie robić. Chyba że chce pan, bym pana chwycił za włosy.
Ten podpity, czerwony cały, przeprosił mnie, a ja mojemu wybawcy tylko spojrzenie rzuciłam, „dziękuję” szepnęłam, uśmiechnęłam się i poleciałam do kuchni. Ale aż mi gorąc na twarz buchnął. Ma niebieskie oczy. Z bliska zobaczyłam.
A potem, gdy jadalnia już opustoszała, podszedł do kuchni, gdzie zmywałyśmy naczynia, i powiedział dobranoc. A ja mu na to jakoś tak odważnie:
– A gdzie to pan jutro idzie się wspinać?
Do Doliny Ciężkiej szedł, na Ganek.
– Pani wie, gdzie to?
Ale się zdziwił, jak mu i powiedziałam, że wiem, i że na Ganku byłam, co prawda, nie ścianą, ale z Rumanowego granią! Tylko patrzył na mnie, słowa nie rzekł. Dopiero za chwilę:
– Przepraszam, nie przedstawiłem się. Orliński. Paweł. – I jakby nie chciał kończyć rozmowy.
Ale dziewczyny zaczęły się chichrać i szturchać łokciami jedna z drugą. Spłoszyły go.
Na drugi dzień po robocie jeszcze wyskoczyłam na Wrota. Po deszczu Mnichowe Stawki wypełniły się turkusową wodą. Ale zimna była! Sierpień jak się patrzy! Jak leciałam w dół, to na Łysej Polanie znów go spotkałam. Wzrokiem mnie złapał i nie puścił. Zapytał, kiedy będę znowu w schronisku.
– No przecie co tydzień pomagam aż do końca września – powiedziałam.
– To niedługo się zobaczymy – odrzekł mi na pożegnanie.
Patrzyłam, jak odchodził z płóciennym plecakiem i liną konopną zwiniętą i przełożoną przez ramię. Jakoś smutno mi się zrobiło. Jakby lato minęło.
To nie może być prawda. Tak mówi mi rozsądek. Ale ten kwiat, co mi go dał na pożegnanie, mówi: „Prawda to, prawda!”. Miłosna. Znów mi ołówek za szybko w rękach leci! Pomału, ołóweczku, pomału. Od początku...
Od świtu znów na nogach byłyśmy. Najpierw w kuchni, trzeba było napiec szarlotek na cały dzień, nagotować zupy pomidorowej, naleśników nasmażyć. Potem gonienie po jadalni, zbieranie talerzy, bo nie wszyscy sami odnoszą, jakby to restauracja była, a nie schronisko! Do samego popołudnia czas zleciał szybko. Od czwartej na drzwi za każdym razem jakoś zaczęłam spoglądać. Ze wspinaczek już pierwsi wracali. Wyglądałam jego twarzy, sylwetki. I wszedł. Jakbym go myślami przywołała. Od razu mnie złowił spojrzeniem, a ja stanęłam jak wmurowana na środku przeszklonej werandy ze stertą talerzy w dłoniach. Ukłonił się, ale nie podszedł. Pewnie nie chciał przeszkadzać. Usiadł przy stole. Siedział tak dwie godziny i patrzył, jak się krzątam. Czekał. Dopiero na wieczór, jak zbierałam ostatnie talerze z sąsiedniego stołu, wstał, podszedł i grzecznie zapytał, czy mam kiedyś wolny dzień.
– Jutro – odpowiedziałam.
No i nie wiem, jak to się stało, że zaproponował, byśmy gdzieś wyżej razem poszli.
Zostałam w schronisku na noc, tylko Marysię poprosiłam, żeby w domu mnie usprawiedliwiła. W poniedziałek tutaj roboty dla mnie nie ma, ale w domu zawsze jest. Jednak całe lato ciężko pracowałam, a w domu wiedzą, że czasem po prostu muszę w Tatry uciec. Przewietrzyć głowę. Ale tym razem nie o wietrzenie głowy szło... No więc poszliśmy skoro świt. Na Żabie, a potem granią. Sama nie wiem, kiedy dzień zleciał. Dużo nie mówiliśmy. Raczej chłonęliśmy Tatry, siebie i tę wspinaczkę. Paweł studia kończy, inżynierem będzie. Zostaje tu jeszcze na miesiąc, a potem na uczelnię wracać musi.
Na koniec w rękę pocałował. I kazał obiecać, że za tydzień znów się spotkamy.
I tak się stało. Tylko trzy dni w Tatrach spędziliśmy, ale one ważne są jakby trzy lata. Ostry, Lodowy, Pośrednia Grań, Łomnica, Bradavica, Gerlach. Szczyty tańczą wokół mnie. Słońce grzeje twarz. Pnę się w górę bez zadyszki. Granit jest ciepły, chropowaty. Miłosne ostatnie żegnam po drodze. I lato żegnam. I Pawła. Do Warszawy na studia wracać musi. Zostawił mi te kwiaty, te drogi skalne, które razem przeszliśmy. Zostało mi wspomnienie ramion jego, mocnych i czułych, głosu spokojnego, uśmiechu. Pierścionek zostawił. Z kamieniem mieniącym się różem i fioletem. To ametyst. W kolorze miłosnej górskiej.
Zimą się zobaczymy. Na święta. A wiosną ślub weźmiemy. Jak Paweł studia za rok w czerwcu skończy, zamieszkamy w nowym domu na Antałówce, co to go tatuś wybudował w ostatnich latach. Paweł od wiosny pomagać będzie w jego kończeniu i pieniądze na dokończenie budowy chce dać. Żeby nie było, że na gotowe do góralskiej rodziny przyszedł. Razem dom będziemy urządzać. Ej, szczyty wy moje!
Paweł z tatusiem przez cały maj kończyli budowę. Widzę, że to ich zbliżyło. Lubiłam im przynosić obiad i patrzeć, jak jedzą w milczeniu. Obydwaj robotni są. Nie mówią za dużo. Nie lubię tylko, jak tatuś po dachu chodzi. Paweł chce go w tym wyręczyć, a kończy się tak, że obydwaj tam chodzą i pracują wespół. Gonty kładą. Jak się uda, to pod koniec lata się wprowadzimy.
Bo na palcu mam nie tylko ametyst, ale i obrączkę.
Dzień naszego ślubu był przejrzysty taki i słoneczny, nie było nawet chmurki na niebie. Cała wiosna trzydziestego dziewiątego roku, cudownego roku, taka jest!
Paweł do ślubu szedł w garniturze, ale ja po góralsku byłam. Od świtu się szykowałam. Róża pomogła mi ze wszystkim. Koszulę białą, cienką założyłam, a gorset gruby, biały, haftowany w kwiaty złotą i różową nicią. Spódnicę Róża też białą naszykowała, sięgającą do pół łydki. Na koniec białą jedwabną wstęgą związała mi ciasno gorset. Warkocz w koronę zaplotła. Na szyi zapięła korale po babci, z tyłu zebrane miedzianą spinką. Kierpce czarne, nowe, związałam rzemieniami wokół łydek. Pawła zamurowało, jak mnie zobaczył. Nigdy wcześniej po góralsku mnie nie widział. Pytace konno przyjechali. Ale ślub był skromny, poważny, raczej taki cichy. A potem wesele, że hej. Byli nasi i goście od Pawła, z Krakowa. Rodzice jego tacy wytworni. No i cała kompania taternicka! Przez to było tak wesoło! O świcie wracaliśmy z Pawłem z karczmy pieszo do naszego domu przez Olczę i Bachledówkę. Kierpce zdjęłam, szkoda mi ich było. Boso szłam po mokrej od rosy trawie. Tatry stały przed nami błękitne, zamglone.
Orlińska – jak ja lubię to mówić, gdy komuś się przedstawiam i wyciągam rękę z obrączką na palcu! Orlińska. Orlińska. Sama nie mogę w to uwierzyć. Panią w domu na Antałówce jestem! Tatuś z Pawłem pięknie dom wykończyli. Jest to willa w stylu zakopiańskim, choć przecie nie tak rozległa jak Dom pod Jedlami czy Koliba[1]. Ale i tak wielka! Do głównego wejścia wchodzi się po kilku schodkach. Z małego przedsionka otwierają się dwuskrzydłowe drzwi z szybkami wieloma na pokoje. Na salony! Ja, Władka Mracielników, salon mam! Są w nim ściany z płazów o jasnym kolorze, takim miodowym. Na ścianach kilimy. Na podłogach chodniczki kolorowe. Półki z książkami, lampy, stół duży drewniany, piec kaflowy, kredens ze szklanymi szybami, a w nim porcelanowy serwis prawdziwy. Jest kanapa, są fotele i nawet stolik na kawę! To wyposażenie piękne całe jest podarunkiem od Pawła rodziców. Ale najbardziej lubię wyjście z salonu przez kolejne dwuskrzydłowe szklane drzwi. Wprost na werandę. I na ogród. Tą werandą przeszkloną nasz dom patrzy na południe, ku rosnącym w ogrodzie jasieniom[2] i modrzewiom. Ku słońcu i Tatrom. Na werandzie urządzimy kącik z wiklinowym stołem i fotelami jak w Atmie[3], choć nasza weranda dużo większa, niż miał pan Karol Szymanowski – na całą długość południowej ściany domu!
Do salonu przylega gabinet Pawła. W nim masywne biurko z drzewa orzechowego, półki z książkami fachowymi, okno z widokiem na zielone. I fotel: duży, skórzany, wygodny. Paweł potrafi pracować tu cały dzień, tylko o kawę woła.
Na parterze mamy też przestronną kuchnię z piecem jak się patrzy. Tu porcelany nie ma, jest bardziej swojsko, po naszemu. Gliniane dzbanki na kwaśne mleko, stół prosty i ławy, na ścianach łyżniki pięknie rzeźbione. I mamy komórkę – i nawet łazienkę!
Sypialnia nasza urządzona jest na górze w zachodnim pokoju. Ściany drewniane w ciepłe dni zaczynają żyć własnym życiem. Nagrzewają się, pachną. O zachodzie słońca rozpalają się na bursztynowo i złoto. Potem zamieniają się w żywy pomarańcz i powoli gasną, zapraszają do snu.
Lubię, że dom żyje.
Są tu jeszcze trzy pokoje. Dla dzieci – jak Bóg da – i dla gości.
Miesiąc miodowy w domu spędziliśmy. Tatuś z Pawłem kończyli wnętrza, ja też swoje słowo miałam, ostatnie! I w ogrodzie pracowałam. Chcę mieć róże i piwonie, i maciejki dużo nasiałam, żeby w lipcowe wieczory pachniało wokół domu. Ale ten ogród na razie dziki jest, trochę nawet las przypomina, bo drzewa duże przecież mamy. I dobrze.
To był najlepszy miesiąc miodowy, jaki mogliśmy sobie wymarzyć. Nawet na wspinanie w Tatry nam się iść nie chciało, tak bardzo dom chcieliśmy urządzić.
Miesiąc po ślubie Paweł wyjechał na dłużej, dostał pierwsze poważne zlecenie przy budowie mostu za Krakowem. A ja wróciłam do schroniska. Cóż – trzeba pracować, zarabiać, normalne życie!
No więc przyszłam. Do mojej kamiennej doliny, gdzie do snu mi szumią Czarnostawiańska i Dwoista Siklawa. Moje schronisko nad Morskim Okiem to jakby królewska komnata, a ściany Mięguszowieckich, Rysów i Żabiego roztaczające się wokół to ściany pałacu. Tyle że ja do roboty tu przychodzę, a nie wylegiwać się na pierzynach. Ale jak ja lubię tę robotę!
Wstaje się o piątej. Niby pośpiech jest, ale też i czas, żeby kawy się napić, pośmiać się i poplotkować przy pracy. O siódmej śniadania możemy już wydawać, najwięcej wtedy jajecznic schodzi, kiełbasy na gorąco z musztardą, chleba, masła i kawy z mlekiem. I tak do dziewiątej. Na śniadanie przychodzą z pokojów ci, co nocowali w schronisku i wybierają się dalej: na Rysy, Wrota albo do Pięcistawów. Potem możemy dychnąć, ale tylko chwilę. Bo za obieranie gruli trza się brać. Maryna już zupę pomidorową nastawia, a Kaśka szarlotki zaczyna wypiekać. A ja te grule ino skrobię. Ale też i latam do jadalni, bo to albo herbaty ktoś woła, albo kwaśnicy żąda o dziesiątej rano, bo wczoraj wódki popił po wycieczce i teraz sycąca kwaśna zupa mu się marzy. I na to wszystko nagle ktoś ledwie żywy przychodzi, bo nogi go obtarły, i pomocy woła. A grule same się nie obiorą! Tymczasem już pierwsza dochodzi i turyści z dołu zaczynają napływać. Zapachy z kuchni ich wołają. Naleśniki świeżo usmażone pachną cynamonem i ślinę każdy przełyka tak głośno, że aż słychać!
Tak szybko mijają ostatnie dni lata. W nielicznych wolnych chwilach nawet na wspinaczkę nie mam czasu. Schodzę do gazdówki brata za Bukowiną. Do Zakopanego nie wracam, nie opłaca się. Zaraz, za dwa dni znowu z domu, z Antałówki, do schroniska jechać albo i iść przez Zawrat i Świstówkę by trzeba było, a toż to czasu nie ma. Paweł i tak swoje mosty za Krakowem buduje, tatuś domu naszego doglądnie. A u brata za Bukowiną moja pomoc potrzebna, bo on teraz w polu albo w lesie przy karczowaniu całe dnie, Ludwice nie ma kto ugotować, dziewczyna gęby nie ma do kogo otworzyć, całymi dniami sama po lesie gania. A przecież ma już prawie dziesięć lat! No i Róża. Z najlepszą przyjaciółką czasu nie miałam pogadać od ślubu! Dla niej też do brata wolę zejść w chwilach wolnych od roboty w schronisku niż do domu, który stąd daleko i bez Pawła teraz.
Wrzesień nastanie, to i dychnę. Wrócę do Zakopanego. Paweł też będzie już z powrotem. Zaczniemy pierwszą jesień w naszym domu.
Później ludzie gadali, że wszystko, co się stało, to przez brak wiary. Że jak dziewczyna na sumę w niedzielę by poszła, to tamto by się nie wydarzyło. A tak to kara boska ją spotkała.
Ale na razie przy łóżku Ludwiki czekają niedzielne buciki, granatowy gorset, żółta wstążka. I metalowa bornia. Dziewczyna zasypia, nieco rozczarowana, bo nie doczekała swojej chrzestnej – Władki. Pewnie chrzestna przyjdzie po północy, bo i tak bywało, że po robocie w schronisku szła jeszcze w góry, a dopiero potem zlatywała na dół i szła do nich za Bukowinę.
W izbie obok chłopy cicho ugwarzają. Jest Stanisław, ojciec Ludwiki – trzydziestoletni, niski, ale barczysty. Spokojny. Jest Jan, chrzestny dziewczynki, ze spracowanymi suchymi dłońmi opartymi o stół. Jest i kilku chłopów ze wsi. Płonie świeca. Razem z opróżnioną do połowy flaszką i kieliszkiem z grubego szkła stanowi jedyne wyposażenie drewnianego stołu o grubym, szorstkim, wytartym do czystości blacie. Przy sobocie można, a nawet trzeba się napić. Ale nie więcej niż jedną flaszkę na kilku.
– Wróciła siy.
– Niy...
– Godom wom, ze siy wróciła. Wcora Józek jom widzioł po drugiej stronie Białki, na Podokólnem, jak z Ryniasu siano zwoził – mówi Jan.
Wychyla kieliszek, nalewa z flaszki po sam brzeg. Nie roni ani kropli. Podaje Stanisławowi.
– Przecie to daleko, móg siy pomylić. Chojco to mogło być. Moze i pniok! Józek trochę świdrowaty przecie. Ni ma co ludzi strasyć – oponuje Jędrzej Wala, najlepszy strzelec we wsi.
Rosły, o orlim nosie i siwych włosach sięgających ramion, pochodzi z rodziny polowacy. Jego przodkowie z dziada pradziada po perciach za dzikimi kozami chodzili, a niejeden i Onego[4] ustrzelił.
– A jo wom godom, ze to Ona. Wróciła siy. Władka, jak z Murania schodziła, tyz jom widziała. Ponoć dwoje młodyk wiedła – mówi nadal spokojnie Staszek, choć ton głosu nieznacznie mu się podnosi. – Jutro po sumie trzeba ludzi ostrzec, coby za rzyke nie chodzili. Owiec dziyń i noc trza pilnować, a i dziecysk do lasa za rzyke samyk nie puscać.
– Co racja, to racja. – Chłopy kiwają głowami.
Świeca cicho syczy, pryska, ogień się chwilę niepokoi, ale zaraz na powrót wychodzi do góry i pali się cicho równym płomieniem.
Ludwika tego nie słyszy ani nie widzi. Na policzek opada nieruchomy cień rzęs. Sny Ludwiki są pełne lasu.
Bornia jest pełna prawie do połowy. Ludwice nie przeszkadza, że owoców przybywa tak powoli. Zamyślona skubie maliny, odruchowo sprawdza każdy owoc, czy w środku nie ma białego robaka. Robaczywe wyrzuca, zdrowe spadają do wąskiego i wysokiego naczynia. Gdy natrafia na wyjątkowo dużą, zdrową i napęczniałą sokiem malinę, zjada ją. Nie gryzie. Rozgniata powoli językiem o podniebienie. Sok z miażdżonego owocu rozpływa się słodkością w ustach.
Podnosi bornię za metalową rączkę obtoczoną drewnianym wałkiem. Przechodzi kilka kroków, odgarnia krzaki malin, obserwuje bacznie owoce. Lustracja wypada pomyślnie. Dziewczyna ostrożnie ustawia bornię na ściółce. Bańka nie może się wywrócić – cały zbiór wysypałby się wtedy pomiędzy trawy i mchy. Tyle roboty na nic! Ludwika ma już za sobą takie doświadczenia. Pomna ich, stawia bańkę równo, wciska ją nawet lekko w ściółkę i upewniwszy się, że konstrukcja jest stabilna, zabiera się do pracy.
Palce zwinnie i szybko zrywają owoce, myśli leniwie jak obłoki przepływają w to niedzielne przedpołudnie. Wszyscy są na sumie, ale Ludwika poszła na mszę o szóstej, żeby teraz w spokoju zaszyć się w leśnych ostępach pod pozorem zbierania malin. To dlatego wybrała las po drugiej stronie Białki. Po stronie bliżej wsi szwendają się grzybiarze, kobiety szukają malin, dzieci uganiają się po polanach, krzycząc wniebogłosy.
Tutaj trwa cisza.
I widać grań Tatr od Hawrania aż po Murań.
Dziewczyna podnosi głowę i nasłuchuje. Nawet ptaki umilkły w cieple i słońcu, pomiędzy porannym a wieczornym rejwachem.
Ludwika ma plan: nazbiera malin, zanim tata wróci z kościoła. I upiecze ciasto! A bornia pełna owoców załagodzi fakt, że dziewczyna nie była na sumie, tylko znowu po lesie się włóczyła. Oraz że założyła do lasu niedzielne buciki. Ale bała się iść boso, bo tu nie ma wydeptanych traktów. Czasem tylko udawało się jej wejść na zwierzęce ścieżki, ledwo widoczne. Częściej zapadała się w chaszcze, w głęboką ściółkę, ocierała o kłujące krzaki dzikich róż. Jakże po tym boso chodzić? To przez buciki, które dostała od chrzestnej, ciotki Władki, nie powiedziała tacie o dzisiejszej wycieczce.
Ludwika, choć nikt jej przecież nie widzi, rada pochyla się od czasu do czasu, by spojrzeć na czarne trzewiki sięgające do połowy łydki. Cała zresztą była strojna, jak to do kościoła. Biała koszula, na niej sztywny granatowy gorsecik. Warkocz przewiązany szeroką żółtą wstążką opada przez ramię na pierś.
Bornia jest już prawie pełna. Ludwika lubi ten stan, gdy owoce sięgają niemal brzegu wysokiego naczynia. Chwyta rączkę i zaczyna przedzierać się przez krzaki. Tutaj malin nie ma. Jakby ktoś je już wyzbierał. Coraz głębiej zapuszcza się w maliniak, choć łatwe to nie jest. Czyni przy tym sporo hałasu, krzyczy ze złości, krzaki są tak gęste i jakby specjalnie ją chwytały. Spocona i czerwona na twarzy rozgarnia prawą ręką kolejne krzewy.
Atak następuje w tym samym momencie. Niedźwiedź powstaje i pazurami przedniej łapy orze po twarzy dziewczyny.
Władka z Różą śmieją się do rozpuku, gdy wracają powoli z kościoła.
– Cicho! – krzyczy nagle Róża.
Władka podnosi głowę, nasłuchuje. Patrzy pytająco na przyjaciółkę.
– Słyszałaś?
– Nie. Co?
– Krzyk jakby.
– Skąd?
– Zza Białki. – Róża jest blada. – Straszny był. Jakby kogoś ze skóry obdzierali.
Przez chwilę obydwie stoją, nasłuchując. Już się nie śmieją. Ale wkrótce ruszają. Znów zaczynają rozmawiać, a gdy dochodzą do wsi, zapominają o całym zdarzeniu.
