Ocalony z zagłady. Wspomnienia chłopca z Sokołowa Podlaskiego - Aaron Elster - ebook

Ocalony z zagłady. Wspomnienia chłopca z Sokołowa Podlaskiego ebook

Aaron Elster

0,0
15,36 zł

lub
Opis

„Słyszę płacz i krzyki. Wszystkich ogarnia straszliwe przerażenie. Dorośli gorączkowo przepychają dzieci i starców przez prostokątny otwór ukryty za zbitą z desek ścianką, która ma wyglądać tak, jakby nic za nią nie było. Wewnątrz widzę drabinę, po której wszyscy naraz usiłują zejść do kryjówki. Matki łapią dzieci na ręce, kiedy trzydzieści albo i więcej osób próbuje wcisnąć się do pomieszczenia wielkości małego pokoju. Gdy wszyscy są już w kryjówce, jakiś mężczyzna chwyta drabinę i odkłada ją na ziemię. Dygocę, próbując pohamować łzy. Nie czuję nic prócz przemożnego strachu. Wiem tylko jedno — nie chcę umierać...”
fregment wspomnień autora

Ocalony z Zagłady to historia żydowskiego chłopca z Sokołowa Podlaskiego. W 1939 r. Aaron Elster miał sześć lat, kochających rodziców, dwie siostry, poczucie bezpieczeństwa oraz wiarę w to, że świat, choć pełen zagadek, jest miejscem przyjaznym. Autor – wówczas 11 letni chłopiec – po ucieczce z getta w Sokołowie Podlaskim ukrywał się samotnie na strychu przez 1,5 roku. Raz dziennie przychodziła do niego polska opiekunka, przynosząc jedzenie i wynosząc kubeł z nieczystościami. Elster z niezwykłym wglądem psychologicznym przedstawia życie w ukryciu, samotności, w milczeniu i bez ruchu. Jego relacja należy do najbardziej poruszających opisów ukrywania się. Kolejne miesiące i lata odarły Aarona ze złudzeń i odebrały mu najbliższych. Książka, napisana z perspektywy przerażonego dziecka, jest wstrząsającym zapisem skrajnej nędzy sokołowskiego getta, koszmaru akcji likwidacyjnej oraz miesięcy i lat życia w ukryciu, w głodzie, w chłodzie i w samotności.

"Siedzę oszołomiony — na jabłkach leży więcej słomy, niż ja dostałem, żebym nie zamarzł na tym okropnym poddaszu. Najwyraźniej zależy mu na tym, żeby jabłka dobrze się przechowały na wyziębionym strychu. Słoma będzie ciepłą kołderką, która uchroni je przed przemarznięciem. A przecież to tylko jabłka, ja zaś jestem chłopcem, mam dopiero jedenaście lat i w zimę znów będę kostniał i dygotał z zimna w tej lodowatej więziennej celi. Tymczasem pan Górski odwraca się w moją stronę i stanowczym głosem informuje, że nie wolno mi zjeść ani jednego jabłka. Wygraża mi palcem, potem pięścią, powtarza, że jabłka są dla niego i jego żony. Jeśli się do nich dobiorę, jeśli on odkryje, że brakuje choćby jednego jabłka, to będzie jasne ponad wszelką wątpliwość, że nie doceniam pomocy, jakiej on i jego żona udzielili mojej siostrze i mnie."
fregment wspomnień autora

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 138




Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

 

Tytuł oryginału

I Still See Her Haunting Eyes: The Holocaust & a Hidden Child Named Aaron

 

Copyright © 2008 by Aaron Elster

Copyright © 2014 for the Polish edition by Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Copyright © 2014 for the Polish translation by Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

 

Publikacja została zrealizowana przy udziale środków finansowych

Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Redaktor prowadzący: Jakub Petelewicz

 

Redakcja: Dorota Białas

Korekta: Beata Bińko

Projekt okładki i opracowanie typograficzne: Marianna Cielecka

 

Fotografie zamieszczone w książce pochodzą ze zbiorów autora

 

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

ul. Nowy Świat 72, pok. 120

00-330 Warszawa

e-mail:[email protected]

www.holocaustresearch.pl

 

ISBN: 978-83-63444-32-7

Wprowadzenie

Wprowadzenie

Każdy z ocalałych z Zagłady ma do opowiedzenia historię. Te opowieści składają się z wysiłku przetrwania, szczęśliwych zbiegów okoliczności, życzliwości innych, własnej determinacji i odwagi. Wiele tych historii zostało już zapisanych, opublikowanych, niektóre są mówione bardzo głośno, wręcz krzyczane, inne są opowiadane ściszonym głosem lub szeptem; jeszcze inne nie zostały nigdy ubrane w słowa — pozostaną na zawsze w sercach tych, którzy przeżyli, pokryte milczeniem. Historia przedstawiona przez Aarona Elstera należy do tych kameralnych, opowiadanych po cichu, a przez to najbardziej poruszających. Jest to historia woli życia, cierpliwości, uporu, a także strachu, samotności — i odrobiny szczęścia.

Aaron Elster urodził się w 1933 roku w Sokołowie Podlaskim. Miał starszą siostrę Itę (Irenę) i młodszą Sarę. Rodzice Chaim Srul i Cywia z domu Szczerb prowadzili sklep rzeźniczy przy ulicy Rogowskiej. Rodzina mieszkała przy ulicy Pięknej 29.

W Sokołowie Podlaskim Żydzi mieszkali od XVI wieku; przed drugą wojną światową stanowili połowę 10-tysięcznej populacji miasta1. Byli przeważnie rzemieślnikami (specjalizowali się przede wszystkim w szyciu odzieży), handlowcami, właścicielami niewielkich przedsiębiorstw. W mieście funkcjonowały szkoły religijne, pięć synagog (cztery przy ulicy Bóżniczej i jedna przy Rogowskiej), dwie żydowskie biblioteki, kluby literackie i sportowe, działały wszystkie żydowskie partie polityczne i organizacje młodzieżowe. W okresie międzywojennym Żydzi zajmowali połowę stanowisk w Zarządzie Miejskim, aktywnie uczestniczyli w życiu społecznym. Relacje z Polakami — jak wszędzie w Drugiej Rzeczypospolitej — pogorszyły się po śmierci Józefa Piłsudskiego. Antysemityzm dał o sobie znać także w Sokołowie: w Pesach 1937 roku doszło do zamieszek, bojówki narodowe poturbowały kilkunastu Żydów, na rynku podpalono kilka straganów. Bojkotowano żydowskie sklepy. Do kolejnych zamieszek doszło we wrześniu 1937 i w lutym 1938 roku.

Po 17 września 1939 roku Sokołów został zajęty przez Rosjan, którzy pod koniec miesiąca wycofali się i do miasta wkroczyli Niemcy. Rozpoczęło się szykanowanie i upokarzanie Żydów, wprowadzono obowiązkowe opaski, ograniczenia w handlu i wiele innych zakazów. W końcu 1939 roku Niemcy utworzyli Judenrat, którym początkowo kierował Chaim Jakob Szpadel, a po jego rychłej śmierci — przedwojenny kupiec Nachum Lewin. Na żądanie Niemców Judenrat zbierał kontrybucje, wysyłał Żydów do obozów pracy, a zarazem starał się pomagać tym znajdującym się w najtrudniejszej sytuacji. Należeli do nich przede wszystkim uchodźcy i przesiedleńcy — w Sokołowie znalazło się ich ponad 2 tysiące, głównie z Kalisza i Łodzi. Skutkiem tego — mimo że wielu Żydów uciekło z Sokołowa na wschód — liczba żydowskich mieszkańców miasta w czasie wojny wzrosła do około 7 tysięcy.

Getto powstało w marcu 1941 roku na kilku ulicach: Pięknej, Małej i Prostej, Szerokiej, Berka Joselewicza. Początkowo było otwarte, co umożliwiało jego mieszkańcom aprowizację i wymianę handlową z Polakami. 28 września 1941 roku getto zostało jednak ogrodzone i zamknięte, a wewnątrz zaczął się szerzyć głód. Panowało tu ogromne zagęszczenie: „w małych i ciasnych podwórkach stały domy, domki, oficyny i wszelkiego rodzaju przybudówki. Wszystko to stało, rzec można, jeden na drugim i wszystko było gęsto zamieszkałe przez ludzi. Bardzo często w jednej izbie mieszkało po dwie rodziny”2.

W getcie nie było szkół, dzieci uczyły się na tajnych kompletach3, istniał również nielegalny cheder. Opisuje go we wspomnieniu Marian Pietrzak, którego matka posłała we wrześniu 1942 roku do getta, by u znajomego kupca przy ulicy Kuśnierskiej kupił niebieską farbkę do bielizny. „Po wejściu do sieni, bez pukania otworzyłem pierwsze drzwi, gdzie znajdował się sklep. Ale gdy znalazłem się w mieszkaniu, pomyślałem, że chyba wszedłem nie w te drzwi, gdyż zamiast sklepu na środku dużego pokoju stały dwa razem zsunięte stoły, a przy nich koło piętnastu żydowskich uczniów z książkami i zeszytami przed sobą, mniej więcej w moim wieku. Obok zaś nich na krześle siedział starszy już wiekiem mężczyzna niedużego wzrostu z dużą siwiejącą brodą, o bladej ascetycznej twarzy, był to zapewne ich nauczyciel. Ogarnąłem wzrokiem mieszkanie: omyliłem się — pomyślałem. Zamiast do sklepu wszedłem do szkoły. Gdyż w sieni było dwoje podobnych drzwi. [...] Zdziwiło mnie mocno, kiedy usłyszałem, że lekcja, którą prowadzi, była wykładana w języku polskim i dotyczyła ona wyrazów pisanych przez samo «ż» i «rz». Zdziwiło mnie to dlatego, ponieważ kilka razy widziałem podobne szkoły i lekcje, ale zawsze były one prowadzone w języku hebrajskim. Przyglądając się temu wszystkiemu, pomyślałem sobie: po co oni się jeszcze uczą? Przecież wiedzą dobrze, że i tak niedługo Niemcy wymordują ich. Ja bym się nie uczył, gdybym był na ich miejscu — pomyślałem sobie w duchu”4.

30 września 1942 roku Niemcy zlikwidowali getto, wywożąc większość Żydów do nieodległej Treblinki. Marsz ludności żydowskiej z getta do wagonów oglądał ukryty za firanką Marian Pietrzak: „Na czele kolumny szli sami młodzi mężczyźni. Szli czwórkami. Ręce mieli powiązane jeden do drugiego [.]. Pochód [.] odbywał się w bardzo szybkim tempie, ponaglany bez przerwy okrzykami idących po bokach Niemców: Schnell! Schnell! [...] Dalsza część kolumny składała się ze starszych mężczyzn, kobiet i dzieci [.]. Słychać tu było bez przerwy płacz kobiet i dzieci bitych kolbami karabinów, gdyż nie nadążały iść w szybkim tempie. [.] Matki dźwigały małe dzieci na rękach, większe zaś biegły obok, trzymając się za rękę lub sukienkę, płacząc. Co jakiś czas to przerażające widowisko zagłuszał huk wystrzału i ktoś obsuwał się na ziemię, aby więcej nie powstać.

A kolumna wciąż szła naprzód, jakby była bez końca. Z getta bez przerwy wychodziły nowe szeregi, a z boku Niemcy, i te same krzyki: Schnell! I płacz. [...] Już około godziny wychodziły z getta coraz to nowe szeregi Żydów. Gdy jeden koniec kolumny znajdował się przy stacji kolejowej oddalonej od getta o dwa i pół kilometra, to drugi był jeszcze w getcie, gdyż około pięciu tysięcy ludzi pędzono tą jedną ulicą”. Po przejściu kolumny autor relacji wyszedł z domu: „ruszyłem wzdłuż ulicy za furmankami, patrząc, jak ładowano na wozy zabitych. Mniej więcej co trzydzieści, czterdzieści metrów leżał ktoś w kałuży krwi. Cała ulica Bóżnicza5 i Sadowa, którą szedłem, była zasłana trupami. Tu i tam na ulicznym bruku widać było zagubiony damski czy dziecinny pantofel, czapkę lub jakieś szmaty ludzkie. Na rogu ulicy Sadowej i Bóżniczej po prawej stronie w rynsztoku leżało nieżywe dziecko około dwóch lat. Leżąc na wznak, miało otwarte oczy i obie ręce podniesione do góry, jakby wzywało zemsty na tych, co je zabili. [...] Idąc dalej Sadową, ujrzałem leżącą na wznak żydówkę, leżała na środku jezdni. Przechodząc obok niej, spojrzałem na jej twarz i leżącą obok niej laskę. Była to dawna nasza sąsiadka. Mieszkaliśmy na jednej ulicy. Jej dom stał naprzeciw naszego po przeciwnej stronie jezdni. Utykała na jedną nogę, stale więc chodziła z laską. Czasami przychodziła do nas na podwórze. Nazywała się Żelechowska. My nazywaliśmy ją «stolarką», gdyż jej mąż był stolarzem. Kiedy Niemcy zaczęli tworzyć getto, nie wierzyła w jego zagładę.

— Ach, proszę pani — mówiła do mojej matki — to niemożliwe, aby Żydzi mogli wyginąć. Świat bez Żydów to tak jak bułka bez drożdży”6.

Sokołowscy Żydzi zostali jednak wywiezieni do Treblinki; na miejscu zamordowano około 1000 osób. Pięćdziesięciu Żydów pozostawiono w opustoszałym getcie — mieli sprzątać, segregować pozostałe mienie. Po krótkim czasie oni także zostali wysłani na śmierć.

Wśród idących do wagonów nie było Aarona Elstera — wcześniej uciekł z placu, na którym zgromadzono wszystkich mieszkańców getta. Jego rodzina szukała ratunku, choć jak mówił Aaron, „nikt nie wierzył w taki rozmiar śmierci” 7.Niemniej mówiło się o obozach koncentracyjnych, masowych grobach i wysiedleniach. Najgorsze przeczucia miał mieszkający u Elsterów od 1938 roku uciekinier z Niemiec — Gedali Fleischer. Rodzice podjęli próbę ratowania rodziny: latem 1942 roku postarali się o zatrudnienie w majątku ziemskim w pobliżu Sokołowa. Właściciele majątków zatrudniali Żydów do pracy w polu. Mieli prawo „zamówić” w Judenracie robotników rolnych i często z tej możliwości korzystali — było to opłacalne dla obu stron. W majątku w Repkach w pobliżu Sokołowa pracował ziomek Elsterów Josek Kopyto8. Oni sami, wraz z około setką Żydów, znaleźli zatrudnienie w Sabniach9. Jednak we wrześniu 1942 roku z powodu zbliżających się świąt Rosz ha-Szana i Jom Kipur Żydzi wrócili do getta. Matka Aarona, spodziewając się czegoś złego, wysłała najstarszą córkę do znajomych Polaków, państwa Górskich.

30 września, w dniu wysiedlenia, Elsterowie wraz z sąsiadami schowali się za podwójną ścianą w zamaskowanym pokoju. W kryjówce było ciasno i duszno, jedna z matek udusiła płaczące dziecko. Niemcy i Ukraińcy szybko znaleźli schowanych Żydów i wygnali ich na rynek, gdzie gromadzono wszystkich przed wymarszem na dworzec. Matkę oddzielono — trafiła do ekipy, która miała później posprzątać getto. Aaron z ojcem i Sarą znaleźli się na placu. Chłopiec bał się śmierci, płakał i trząsł się z przerażenia związanego z przeczuciem bólu umierania. Ojciec kazał mu uciekać, najlepiej do majątku, w którym byli poprzednio. Drobny i zwinny Aaron wydostał się z placu przez rynsztok. Nikt nie zauważył jego ucieczki, nikt za nim nie strzelił. Błąkał się po okolicy, po kilku dniach wrócił do getta, gdzie spotkał matkę. Po dwóch tygodniach, w przededniu likwidacji pozostałych jeszcze w getcie Żydów, Cywia Elster z Aaronem oraz Gedalim Fleischerem uciekli z Sokołowa.

Usiłowali znaleźć schronienie w jednym z gospodarstw w okolicy; matka została tam z Gedalim, a syna odesłała do Górskich, gdzie ukrywała się już Irena. Przez jakiś czas Aaron błąkał się po okolicy, wślizgiwał się nocami do stodół, kradł z pól buraki cukrowe, ale gdy zrobiło się zimno, zaczął chorować (miał na sobie tylko krótkie letnie spodnie). Na początku grudnia poszedł do Górskich. Ci początkowo nie chcieli go przyjąć, widząc jednak, że jest chory, zlitowali się i wpuścili na strych. Miał pozostać tylko kilka dni, ale spędził na tym strychu dwa lata. Pani Górska przynosiła mu raz dziennie jedzenie i wynosiła kubeł z nieczystościami. Jednocześnie odnosiła się do chłopca dosyć nieżyczliwie — stanowił zagrożenie dla nich i dla własnej siostry, która przebywała w ich mieszkaniu piętro niżej. O tych miesiącach na strychu Aaron Elster pisze przejmująco we wspomnieniach — o mrozie, zimnie i upałach, o głodzie, strachu, zagrożeniu, nudzie, modlitwach, targach z Bogiem, snach i o otaczającej go ciszy. Nie wolno mu było wychodzić, nie wolno mu było ruszać się ani hałasować. Mógł płakać tylko wówczas, gdy padał deszcz, ponieważ dźwięk kropel uderzających o dach zagłuszał szloch chłopca.

Cywia Elster wraz z Gedalim Fleischerem ukrywali się — jak można przypuszczać — w kilku miejscach w okolicach Sokołowa, a być może przez cały czas znajdowali się w stodole u Czesława Uziębły. Nie wiadomo, co się z nimi działo aż do jesieni 1944 roku. Wówczas to, na kilka miesięcy przed wkroczeniem Armii Czerwonej, zostali złapani przez Polaków i wydani Niemcom. Aaron pisze o tym we wspomnieniach, opowiada o procesie przeciwko sprawcom, który odbył się latem 1945 roku. Wspomina, że on i Irka zostali zmuszeni przez Żydów, którzy powrócili do Sokołowa, do złożenia na tym procesie fałszywych zeznań w obronie oskarżonego.

Akta procesu zachowały się10, możemy więc uzupełnić w tym punkcie relację Aarona Elstera. W akcie oskarżenia z 25 kwietnia 1945 roku czytamy, że Józef Arasim i Czesław Uziębło „jesienią 1943 r., w czasie bliżej nieokreślonym, w kolonji Podnieciecz, pow. Sokołowskiego, idąc na rękę władzy okupacyjnej niemieckiej i działając wspólnie na szkodę osób poszukiwanych i prześladowanych przez te władze z tytułu ich przynależności rasowej, ujęli Gedala Fleiszera oraz Cywję Elster Szczerb, obojga narodowości żydowskiej i, po uprzednim usadowieniu ich na wozie oraz związaniu Fleiszera i przymocowaniu go sznurem do wozu, odwieźli i wydali ich w ręce żandarmów niemieckich w Sokołowie, wskutek czego tegoż dnia zostali oni rozstrzelani przez Niemców”11.

Oskarżeni o wydanie Cywii i Gedalego zostali przesłuchani pierwszy raz pod koniec 1944 roku. 30 grudnia tego roku oficer śledczy sokołowskiego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Roman Figowy przesłuchiwał Uziębłę, który zeznał, że późną jesienią 1943 roku znalazł w swojej stodole dwójkę Żydów i kazał im się wynosić. W międzyczasie poszedł do stodoły sąsiada Józefa Arasima, gdzie było kilka osób, i powiedział, że znalazł Żydów. „Arasim Józef, skoro o tym usłyszał, wpadł w gniew, zaczął wymyślać i mówiąc, że kiedyś za wybicie szyb u Żydów od żandarmów dostał, żadnego Żyda żywcem nie puści. Złapał postronek, zawrócił furmankę i podjechał pod stodołę moją, w której znajdowali się Żydzi. Nie zważając na prośby, zarzucił postronek na żyda imieniem Gdal [Gedali] i siłą posadził go na furmankę, przywiązując do gnojówki. Ja zaprowadziłem Żydówkę, żonę Arona rzeźnika. Posadzeni na wóz prosili, by ich puścić, to pójdą do lasu i nigdy nam tego nie zapomną. Nie zważając na to, pojechaliśmy na żandarmerję. Tam żandarm, skoro zobaczył żydów, wziął rower, uzbroił się w pistolet, a nam kazał jechać na ruski cmentarz znajdujący się za miastem. Sam jechał za nami na rowerze. Kiedy zajechaliśmy na miejsce, żandarm wyjął pistolet, kazał żydom położyć się na ziemi twarzą w dół, a nam kazał odjechać. Skoro tylko zawróciliśmy, usłyszałem 3 strzały. Stąd zajechaliśmy do sklepu brata mego, gdzie wypiliśmy ¼ l wódki i pojechaliśmy na pole do młócenia”. Uziębło przyznał się do winy. Na zakończenie przesłuchania powiedział, że „przyznaje się do winy, ale bardzo tego żałuje, że tak postąpił”12. W kolejnych przesłuchaniach oraz na rozprawie trzymał się swojej wersji wydarzeń, z tą różnicą, że nie przyznawał się już do winy i nie żałował.

Józef Arasim zeznał na przesłuchaniu, że wydarzenia przebiegały nieco inaczej: otóż Uziębło miał przyjść do jego stodoły i radzić się, co ma zrobić „z złapanymi dwoma Izraelitami i ja powiedziałem, by ich puścić. Uziębło niezgodził się na to, twierdząc, że jeżeli ich puści, zginie on wraz z całą jego rodziną. W tym czasie Izraelici wyszli ze stodoły. Uziębło wraz z pastuchem swoim zabiegli im drogę i zaczęli się z nimi mocować, wołając mnie na pomoc. Podjechałem furmanką. Wtedy Uziębło wraz z pastuszkiem wsadzili dwoje Izraelitów na wóz. Ja trzymałem tylko lejce. Uziębło kazał jechać na żandarmerję, ponieważ nie przychodziła policja, po którą on uprzednio dziewczynkę wysłał”. Uziębło obstawał jednak przy swojej wersji: „Ja mówię prawdę, gdyż za uciekającym nie goniłem, sznurem go nie krępowałem, i do gnojówki go nie przywiązywałem, a robił to właśnie Arasim Józef. Najlepiej powie o tym pastuch, Domański Zdzisław, który był przy tem obecny”13. Arasim w kolejnych przesłuchaniach obstawał przy swojej wersji wydarzeń i nie przyznawał się do winy.

Rzeczony pastuszek, 14-letni Zdzisław Domański, przesłuchany 29 grudnia 1944 roku zeznał, że w 1943 roku pasł krowy w gospodarstwie Uziębły. Pewnego dnia widział, jak gospodarz wybiegł ze stodoły, „wołając na pomoc znajdującego się nie opodal Arasima Józefa. W tym czasie Żydzi zeszli na klepisko, zaczęli płakać i prosić, by Uziębło ich puścił. Prośby ich Uziębło nie usłuchał. Wtedy jeden Żyd wymknął się tylnymi wierzejami i chciał zbiedz, ale nadchodzący Arasim zabiegł mu drogę, złapał go za plecy i zaczął ciągnąć w kierunku fury, która stała przy drodze. Uziębło zrobił to samo z Żydówką i także zaprowadził ją do fury. [...] Wrzucili Żyda, którego nie znam, na furmankę, przywiązali go wpół sznurem do gnojówki, a Żydówkę, żonę Arona rzeźnika, posadzili obok i pojechali do miasta”14.

Najważniejsze w tym procesie były zeznania świadków, a właściwie zmiana w tych zeznaniach. Otóż w aktach znajduje się protokół z pierwszego przesłuchania Ity Elster z 28 grudnia 1944 roku, w którym czytamy: „ja, kierownik Oddziału Śledczego sokołowskiego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, Roman Figowy, badałem Elster Itę z ojca Chaima Srula ur. 1929 w Sokołowie Podl[askim] izraelitkę z 5-cio oddziałowym wykształceniem [.]

Pyt: Co jest wam wiadomym o Uzięble Józefie?

Odp: Zimą 1943 Uziębło Józef [Czesław] wydał moją ukochaną mateczkę skrytą w stodole. Mimo próśb i powoływania się na starą przedwojenną znajomość siłą wtłoczył mamusię moją na furmankę i razem z Flajszerem Gedalim zawiózł ją na żandarmerię. Mamusię moją żandarmeria sokołowska zabiła. Uziębło odwiózł ją furmanką na pole na cmentarzu ruskim, gdzie ją pochowano.

Pyt: Co masz jeszcze do powiedzenia?

Odp: Mamusia moja przed samą śmiercią miała powiedzieć, że «chociaż mnie zabijacie, pozostaną moje dzieci, które mnie pomszczą». Chcę więc i proszę, jako sierotka, która pozostała tylko z młodszym braciszkiem, aby krew mojej mamusi pomszczono”15.

Na kolejnym przesłuchaniu, nieco ponad miesiąc później, 9 lutego 1945 roku, Ita Elster zeznawała już zupełnie inaczej: „W sprawie Arasima Józefa i Uziębły Czesława nic nie jest mi wiadome, ani żadnej pretensji z tytułu śmierci mojej matki do nich nie mam. Osobą wydaną przez nich, a określaną jako «żona Arona rzeźnika», była prawdopodobnie moja matka. Ja jednak ukrywałam się gdzie indziej z bratem mym Aronem, matka zaś tułała się po lasach. Została zabita na jakieś 2 miesiące przed ustąpieniem Niemców. Obecna przy tym zajściu z Arasimem i Uziębło nie byłam. Słyszałam jednak od innych ukrywających się Żydów, że Uziębło i Arasim odnosili się do żydów przychylnie i w miarę możności pomagali im, podając zgłaszającym się Żydom żywność. Zeznałam wszystko”16. Przesłuchiwany tego samego dnia 11-letni wówczas Aaron zeznawał podobnie: „Wiosną br. widziałem w Sokołowie (kręciłem się bowiem pomieście, gdyż Niemcy na mnie nie zwracali uwagi), jak jechał furmanką Józef Arasim. Na furmance siedziała moja matka oraz jakiś żyd nieznany mi. Furmanka otoczona była żandarmami i pojechali wszyscy na żandarmerię. Co dalej było, tego nie wiem, gdyż ze strachu uciekłem. W czasie ukrywania się zachodziłem nieraz do Arasima i Uziębły i zawsze dawali mi jeść i nie wydali mnie. Wszyscy mówili mi, że Arasim został zmuszony przez żandarmerię do przywiezienia mojej matki pod groźbą śmierci. Mówili to zarówno ukrywający się żydzi, jak i polacy. Pretensji żadnej do Arasima ani Uziębły nie mam, gdyż uważam, że nie mogli inaczej postąpić”17.

Co