Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
O losie królestw nie decydują bogowie, lecz ludzie.
Królestwo Kortaru przegrało wojnę. Władcy zostali zamordowani, a wraz z nimi miał zginąć jedyny następca tronu.
Tylko nieliczni wiedzą, że Torn ocalał.
Od lat dorasta w ukryciu na dworze sprzymierzonego króla, przygotowywany do dnia, w którym będzie mógł odzyskać należne mu dziedzictwo. Gdy jednak doświadcza zamachu na życie, staje się jasne, że ktoś poznał prawdę… i nie spocznie, dopóki ostatni dziedzic nie zginie.
Torn dołącza do wiernych jego rodowi oddziałów, które od zakończenia wojny czekają na sygnał do powrotu. Tymczasem władcy siedmiu państw zjeżdżają się, by zdecydować, kto zasiądzie na tronie upadłego królestwa. Rozpoczyna się gra, w której oręż ściera się z polityką, a jeden dobrze skrywany sekret może odmienić bieg historii.
„Ocalały” to epicka powieść fantasy o walce o władzę, politycznych intrygach, wojnie wywiadów i cenie, jaką trzeba zapłacić za prawdę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 523
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dariusz Bogumił
Ocalały
Filipowi
Mai
Fabianowi
- czytajcie, a znajdziecie…
Trrraaach!!!
Drzwi z trzaskiem wpadły do środka i zawisły na jednym zawiasie. Za nimi wtoczył się wielki, zarośnięty drab z mieczem w prawej dłoni. Rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając przeciwnika. Torn właśnie brał miecz do ręki, gdy to się stało, i będąc nieco zasłoniętym przez wiszące drzwi, miał mgnienie oka na opanowanie zaskoczenia. Gdy tamten, nieco zdziwiony, że nikogo nie widzi, stanął bez ruchu, Torn zamachnął się i trafił w rękę dzierżącą ostrze. Skórzany rękaw nieco wyhamował cięcie, ale i tak okazało się ono wystarczająco mocne, by broń wysunęła się z dłoni. Poprawił natychmiast drugim ciosem, by nie dać szansy na reakcję. Wróg nie miał tarczy, nie mógł więc się zasłonić. Odruchowo zrobił to ręką. I to był błąd. Zamach i prawa dłoń upadła odcięta na podłogę. Napastnik wrzasnął, odwrócił się i rzucił do ucieczki. Miał jednak pecha. Potknął się o resztki drzwi i zamka i runął na podłogę. Torn doskoczył, wziął krótki zamach i zatopił miecz w plecach. Szybkim ruchem wyjął krótki nóż i poderżnął gardło. Dla pewności.
Opanował oddech i nasłuchiwał. W zamku panowała jeszcze cisza. Słońce dopiero wstawało i w tym skrzydle nie było wielkiego ruchu. W końcu wyjazd zarządzono po śniadaniu. Postanowił wciągnąć trupa do komnaty, by nie przyciągać niepotrzebnych widzów. Im mniej widzą, tym lepiej. Nauczył się tego przez czternaście lat życia w tym miejscu. Na ile się dało, przestawił drzwi tak, by cokolwiek zasłaniały, i rozciągnął napastnika na podłodze. Chciał go spokojnie i dokładnie obejrzeć, zanim powiadomi innych. Szczególnie Nada.
Zabójca był dobrze uzbrojony. Miecz, dwa noże, sztylet u pasa, nóż w cholewie wysokich butów, następny, krótki, umieszczony na plecach tak, by łatwo wyciągnąć zza głowy i rzucić. I jeszcze jeden mały nóż w rękawie.
Nieźle, jakby nas było pięciu, to mógłby w nas rzucać jak na zawodach – pomyślał i uśmiechnął się do siebie.
To nie byle pijaczyna podrzynający gardło za parę monet. Chociaż oczy miał nieco przekrwione.
Może golnął na odwagę – zaśmiał się w duchu. Porządne ubranie, dobrej jakości skóra, buty nieznoszone. Cenił się zapewne. Dłuższe czarne włosy i ogorzała twarz nie zdradzała Tornowi zbyt wiele. Przeszukał ubranie, ale niczego nie znalazł. Mówili, że najemnicy niczego zbędnego ze sobą nie zabierali, by nikt nie mógł się domyślić, kim są i kto ich wynajął. Postanowił go rozebrać – może ma jakieś znaki na ciele? Nic z tego, czysty.
Usiadł i myślał intensywnie. Nagle wstał. Gdzie ta odcięta ręka? Rozejrzał się. Leżała pod ścianą. Podniósł, przyjrzał się. Nic… Krew jeszcze kapała, wziął szmatę i wytarł. Twarda dłoń wojownika, a tak łatwo odpadła – zażartował w myślach.
Już miał odrzucić ją na trupa, lecz coś zobaczył.
– A tu co mamy?
Na boku, od wewnątrz każdego palca, poza kciukiem, była wytatuowana mała litera. B-o-t-o-z-a. Nic to mu nie mówiło. Myślał. Druga dłoń! N-a-r-u-i-h.
Czyli co? Botozanaruih czy Naruihbotoza? Imię to czy co? Kto może wiedzieć? Nad oczywiście wie, stary wie wszystko. No, może nie stary, ale starszy – poprawił się w myślach.
Spojrzał na dłonie jeszcze raz. Litery były małe i tak umiejscowione, że przy złączonych palcach nie dało się ich dostrzec; nawet przy lekko rozwartej dłoni też trzeba się dobrze przypatrzeć, by je zobaczyć. Sprytne, tylko wtajemniczeni wiedzą, gdzie spojrzeć.
Usłyszał kroki na korytarzu. Poznał ten chód. Nad przyspieszył, pewnie zobaczył rozbite drzwi.
– Nic mi nie jest, Nad – powiedział, widząc wchodzącego mężczyznę.
– Co tu się stało, Torn? Kto to? Jak?
– Bydlak wpadł jak piorun, ale twój Torn był jak zwykle przygotowany i zasypując draba niezliczonymi celnymi i mierzonymi ciosami, odrąbał mu dłoń i elegancko pozbawił tchu. Dobre, co? – Nie mógł sobie odmówić, wiedząc, że Nada denerwuje ten ton.
– Jak go zabiłeś? – zapytał Nad, oglądając zwłoki.
– Mieczem, mój mistrzu. I poprawiłem nożykiem. O tam, pod szyjką. – Niemal się zaśmiał, wskazując na ciało.
Nad wpatrywał się w zabitego.
– Co w nim widzisz? Ładny?
– Przestań. Wiesz, kto to jest? – Nad zniżył głos.
– Skąd mam wiedzieć? – Torn się obruszył. – Przecież nie znam każdego w tym mieście.
– On nie jest z tego miasta. Nawet nie z tego królestwa…
– A ty co, znasz wszystkich ludzi w królestwie? To podaj ich imiona. – Torn zaśmiał się ze swojego żartu.
– Nie bądź głupi. Przyjrzałeś mu się?
– Tak.
– To wiesz, skąd przybył?
– Noo, nie wiem. – Torn natychmiast spoważniał. – A ty wiesz?
– Wiem. A raczej domyślam się. Są dwie możliwości. Botoza lub Garuda – zawyrokował Nad.
Torn aż podskoczył.
– Botoza, skąd wiesz? A czym jest ta Botoza? I gdzie to jest? Skąd to wiesz, Nad?
– Nie jestem ślepy jak ty. Uczyłem cię o tym, pamiętasz? – Patrzył mu prosto w oczy.
– Uczyłeś… ale zapomniałem. Coś jednak odkryłem. Zobacz.
Wziął odciętą dłoń i pokazał Nadowi.
– Taak, Botoza. No proszę. A na drugiej dłoni? – Nie czekał na odpowiedź. Sam podszedł do trupa, by spojrzeć na drugą rękę. – Naruih to jego imię. Botoza to szkoła zabójców. W Karranie – powiedział i ponownie spojrzał Tornowi w oczy.
– Tak. W Karranie. Skąd wiedzieli? – zapytał.
– To musimy ustalić. – Nad okrążył zwłoki. – Idziemy do króla. Musi wiedzieć, co się stało. Zasuniemy resztką drzwi komnatę. Pójdę po Kirana i Merita, żeby tu siedzieli, zanim nie przyślemy po zwłoki ludzi króla. Jak przyjdą, idź do niego, będę tam.
W sali jadalnej jeszcze nie było króla. Był za to Nad, dowódca Gwardii Królewskiej Radowitt, dowódca straży zamkowej Dolan, zaufany doradca króla Jemal. Czekali na Torna.
– Jesteś cały? – zapytał Radowitt.
– Tak, panie, nic mi nie jest – odpowiedział Torn.
– No, no, poradziłeś sobie z takim przeciwnikiem. Widziałem twoje możliwości, ale nie spodziewałem się, że poradzisz sobie z zabójcą bez żadnego draśnięcia – Radowitt pochwalił go, co nieczęsto mu się zdarzało.
– Wykorzystałem moment zaskoczenia, jak mnie uczono.
Torn chciał dodać coś wesołego, ale drzwi się otworzyły i wszedł król. Przyklękli.
– Siadajcie i mówcie – powiedział. – Posłać po ciało. Niech przyniosą je tutaj, nikt nam nie będzie na razie przeszkadzał. – Skinął na Dolana, a ten od razu wstał i wyszedł, by przekazać rozkazy strażnikom.
– Nic ci nie jest, Tornie?
– Nie, panie, miałem szczęście uniknąć jego ostrzy.
– Jak go zabiłeś?
– Byłem już ubrany, właśnie sięgałem po miecz i miałem go w ręku, kiedy rozwalił wrota komnaty. Na szczęście stałem za drzwiami i natychmiast ciąłem w rękę. Poprawiłem i odciąłem dłoń. Chciał uciec, ale się poślizgnął i wbiłem mu miecz w plecy. I jeszcze nożykiem po gardełku dla zdrowia. – Pozwolił sobie na lekki uśmiech.
– Nie żartuj sobie, miałeś szczęście, chłopcze. Wiemy coś o zabójcy? – Król spojrzał na Nada.
– Tak, panie, miał znaki. Sam zobaczysz, jak go przyniosą. Przybył z Karranu.
– Z Karranu? A więc jednak. Tyle lat minęło. Gdzie Almach?
– Posłałem po niego – odpowiedział Radowitt.
– Już idzie – dodał Dolan, wróciwszy do stołu – ciało też już niosą.
Trzech strażników wniosło martwego zabójcę, położyło na podłodze obok stołu i wyszło. W progu minął ich Almach. Torn jak zawsze nie mógł się nadziwić jego wyglądowi. Mag miał grubo ponad sto lat, a wyglądał na góra pięćdziesiąt.
– Czemu zawdzięczam… Aha, już wiem. Kto to, kogo chciał zabić i kto go zabił? – Almach szybko przeszedł do tematu.
– Mów, Torn – rozkazał król. – Dolanie, planów wyjazdu nie zmieniamy, idź dopilnuj wszystkiego. Sprawdź, czy nie ma jakiegoś łucznika w pobliżu zamku. Może jest i czeka, by zatrzeć ślady po zabójcy. Wróć, jak sprawdzisz.
Torn opowiedział raz jeszcze całe zdarzenie. Pokazał dłoń i napisy.
– Jak wiemy, Botoza to szkoła zabójców w Karranie. O tego człowieka należy rozpytać delikatnie tam, gdzie można wynająć takich jak on. – Nad dodał swoje trzy grosze.
– Myślicie, że wiedzą? – zapytał król.
– Panie, tyle lat i tylko my w tej sali, nie licząc Jej Wysokości królowej i Zidara, wiemy, kim jest Torn – powiedział Radowitt.
– Czy na pewno? – zapytał Almach.
– Mój brat zginął i nie zdradził nikomu do śmierci. – Król zmarszczył brwi. – Jestem tego pewny, Almachu.
– Panie, Wotan może wiedzieć, a to niebezpieczna wiedza. – Almach drążył temat.
– Gdyby wiedział i się tym podzielił, przyszliby wcześniej. I to nie raz. Poza tym nie widział Torna od lat. Ostatnio był na dworze bodaj pięć lat temu – odparł król.
– Siedem – poprawił mag.
– No, siedem. To nawet nie wie, jak teraz Torn wygląda. Więc jak go mógł opisać? – Monarcha nie dawał za wygraną.
– Panie mój, wystarczy imię. Najpierw śmierć, a potem się zobaczy, kogo opłakują – dodał Radowitt.
– Jeżeli Wotan się dowiedział, to wojna za progiem – powiedział milczący dotąd Nad.
Ucichli.
– Oficjalnie nikt z rodziny królewskiej nie przeżył. Wotan jest zarządcą spornych terenów i jego funkcja nie jest dziedziczna. Nie słyszałem, by w ostatnim czasie wysłannicy Karranu wzmogli swoje odwiedziny u niego. On też nie słał w tamtą stronę więcej ludzi niż zwykle. – Almach takie rzeczy musiał wiedzieć jako pierwszy.
– Nie masz tylu ludzi, żeby widzieć wszystko, przyjacielu – odparł król.
– Tak, panie, ale dotychczas nic nam nie umykało.
– Co robimy z ciałem? – zapytał Nad.
– Zatopić w wosku i schować w pieczarach. Może się przydać – zarządził Almach.
– Do czego miałby się przydać trup z odciętą dłonią? – zdziwił się Torn.
– Zobaczymy, wykonać. Przygotować się do wyjazdu. – Król zakończył naradę.
– Panie, nikt nie może wiedzieć, co się stało – zauważył Jemal.
– Nic się nie wydarzyło. Strażnicy jadą z nami, chłopaki Torna też. Wszystkich, którzy o tym wiedzą, musimy mieć ze sobą – dodał Radowitt.
Orszak nie był zbyt wielki. Sami mężczyźni, bez wozów i taborów. W końcu mieli tylko przejechać do zamku na granicy z ziemiami spornymi, nie wrogimi. Dziesięć dni drogi z eskortą złożoną z Gwardii Królewskiej nie wydawało się podróżą niebezpieczną. W królestwie Rawenu panował spokój i nie spodziewali się problemów. Gwardziści w srebrnych, lśniących zbrojach i hełmach oraz ciemnozielonych płaszczach, z tarczami z herbem Rawenu – srebrnym jeźdźcem na koniu na ciemnozielonym tle – prezentowali się imponująco.
Z zamku przez miasto wyjechali sprawnie, bez zatrzymywania się. Nie jechali szybko, ale nie rozmawiali. Dwie mile za miastem zawróciła eskorta pod dowództwem Dolana. Król jechał zamyślony, podobnie Almach. Reszta nie była skora do rozmów. Torn jechał u boku Nada, ale nie chciał zagadywać opiekuna. Obejrzał się, stolica z potężnym zamkiem o czterech basztach górującym nad miastem, wydawała się dotąd bezpiecznym domem. Czy to już przeszłość? Miał świadomość, że kiedyś ujawnią jego prawdziwe pochodzenie, jednak ktoś znał prawdę. I co gorsza, wiedział, gdzie jest. Musiał pomówić o tym z Nadem, ale nie chciał tego robić przy innych. Jechali na pogranicze, trochę się obawiał, by ktoś go nie rozpoznał. Choć kto miałby to zrobić, skoro od czasów wojny nigdy tam nie był. Poza tym powszechnie znanym było, że cała rodzina królewska zginęła w tej wojnie. Torn pogrążył się w myślach.
Wojna wybuchła wiosną 1649 roku, piętnaście lat temu. Miał wtedy tylko sześć lat. Był drugim synem króla Norna, władcy Kortaru. Od zawsze byli skonfliktowani z sąsiadem ze wschodu, królestwem Virry. Mimo iż wspólna granica nie należała do zbyt długich, do tego większość stanowiły góry i pustkowia, notorycznie dochodziło do starć i utarczek. Virra, nie wiedzieć czemu, rościła sobie prawo do terytoriów od wieków należących do Kortaru. Dzięki niewielkiemu, ale związanemu sojuszem krwi królestwu Scylli, nie groziło im niebezpieczeństwo frontalnego ataku wroga. Z czasem jednak sojusz osłabł, Scylla bez dostępu do morza coraz bardziej uzależniała się od handlu z Virrą i sytuacja Kortaru przestała być już tak bezpieczna.
Virra konsolidując, a raczej zajmując kolejno ziemie wschodnie, rosła w potęgę i rzuciła wyzwanie Kortarowi. W 1648 roku król Scylli ogłosił, że zrywa sojusz z Kortarem i odtąd nie zamierza brać udziału w żadnej wojnie. Chce żyć pokojowo i czerpać zyski z handlu. Jego królestwo nikomu nie zagraża, więc nikt też nie musi po nie sięgać. W ciągu roku jednak Virra zażądała przejścia swoich wojsk przez terytorium Scylli, by zmazać hańbę, jaką pokryła się po porażce w bitwie granicznej z Kortarem, w której zginęło dwóch królewskich synów. Król odmówił, ale Virra nie przejęła się tym i jej armia weszła w granice Scylli. Ta wystawiła armię przed stolicą, lecz do bitwy nie doszło. Wobec wielkiej przewagi Virry, król Scylli, Rodan, zawarł porozumienie, na mocy którego umożliwiał przejście wojskom, ale nie udzielał żadnej pomocy. Władca Virry obiecał, że z traktu schodzić nie będą i dotrzymają warunków. O dziwo, nie złamali danego słowa. Przeszli na ziemie Kortaru i wojna wybuchła.
Kortar jednak się przygotował. Most pod Vienną zatopiono, dlatego armia Virry musiała zejść w dół rzeki Jassy, by znaleźć dogodne miejsce przeprawy. Kortarski brzeg Jassy był wyższy, obrońcy mieli więc przewagę pozycyjną. Dalej na południe armia Virry przedostała się na drugi brzeg i wstąpiła na ziemie Kortaru.
Dwie pierwsze bitwy, w maju i czerwcu, nie przyniosły rozstrzygnięcia. Przewagę ilościową armii Virry Kortar niwelował ruchliwością wojsk i znajomością terenu. Mimo to cofali się, ulegając masie wroga. Trzecia bitwa, 4 lipca 1649 roku pod Vienną, była krwawa i zaciekła. Kortar wykorzystał sprzyjające warunki terenowe, by zatrzymać marsz przeciwników, ale wyprowadzone drugie niespodziewane natarcie przełamało obronę. Odwrót zarządzony przez króla zakończył się 16 sierpnia oblężeniem stolicy królestwa, Warry. Choć nadzieję dawały rokowania z udziałem króla Rawenu, ostatecznie porozumienie upadło, zerwane przez Semaka.
Oblężenie zakończyło się przełamaniem murów obronnych 17 października, zdziesiątkowaniem obrońców i wybiciem rodziny królewskiej na rozkaz króla Virry, Semaka. W akcie zemsty zabił on syna króla Norna, dziesięcioletniego Korna. Torn ocalał, gdyż przed oblężeniem chorował i został wysłany z Nadem w góry do źródła, o którym mawiano, że jego woda uzdrawia. Czy doszedł do zdrowia dzięki wodzie, czy organizm sam pokonał chorobę, nie wiadomo. W każdym razie Nad ukrył go u rodziny na pustkowiach i pojechał do króla Rawenu. Ten zgodził się przyjąć Torna na dwór przy zachowaniu tajemnicy co do jego pochodzenia. Oficjalnie był synem poległego w wojnie z Virrą ochotnika. Monarcha w uznaniu bohaterstwa niby-ojca oficjalnie przyjął syna-nie syna pod opiekę. Niewielu się tym zainteresowało, tym bardziej że Almach uknuł plan, w którym takich dzieci przyjęto na dwór ponad dziesięcioro dla zmylenia przeciwników i zatarcia śladów. Kosztem pożaru, w którym zginęła rodzina niby-ojca.
Walki wygasały z każdym dniem. Pojedyncze oddziały Kortaru broniły się przed atakami, umiejętnie kontratakując, manewrując i unikając wysokich strat. Dowódcy wiedzieli już, że Rawen idzie w kierunku Kortaru. Czekali na rozwój sytuacji.
Po zakończonym oblężeniu, 30 października 1649 roku, król Rawenu stanął w zachodnim Kortarze z armią wzmocnioną oddziałami Nenii i Zandu (władca Kulemo pozostał w domu) i dał królowi Virry wybór: wojna z nim i jego sojusznikami albo odstąpienie. Virra nie była tak mocna, by wdawać się w kolejną wojnę z dala od swoich ziem. W dziesięć dni wynegocjowano obszar królestwa Kortaru, jako tereny sporne na piętnaście lat, podlegające namiestnikowi Wotanowi – ciotecznemu bratu zamordowanej królowej. Wotan nieszczególnie pałał miłością do swojego zabitego króla, trwał jednak na namiestnikowskim stołku, marząc o koronie królewskiej. Moment ten mógł nadejść wraz z zakończeniem okresu pokoju i zjazdem królów, którzy zadecydują o dalszej przyszłości ziem Kortaru. Do tego czasu pozostawał niecały rok.
Przez te czternaście lat nikt Torna nie szukał. Dorastał na zamku, ucząc się wszystkiego, co potrzebne, by zostać wojownikiem. Kiedy nikt nie widział, nauczano go sztuki rządzenia. Król Rawenu, Grondon, widział w nim przyszłego sojusznika, chciał usadzić go na tronie Kortaru. W zamian ten będzie bronił go przed nieubłaganie rosnącą potęgą Virry. Torn znał ten plan i był przekonany, że tak musi być, że jest to winien swojemu protektorowi. Nad miał wątpliwości, jak nowy król zjednoczy kraj, który podzielił się na popierających tych, do których było im bliżej, i tych, którzy uznawali Wotana jako swego pana. Byli też tacy, którzy nie opowiadali się za nikim. Słowem, kraj podzielony, w trudnej sytuacji. Pojawił się też inny kłopot: król Virry miał ponoć ochotę na tronie Kortaru posadzić Rodana ze Scylli. Miałby go w garści do momentu zakończenia przygotowań do niechybnej wojny. I jego ludzi, z których można stworzyć armię.
I nagle, w przededniu wyprawy na pogranicze, by zasięgnąć języka o nastrojach w Kortarze, ktoś próbuje go zabić. Kto, skąd i kiedy się dowiedział? Karran to stolica Virry, nie ulegało zatem wątpliwości, kto go przysłał. Czy król dobrze zrobił, że go wziął ze sobą? Przecież mogą go szukać? Jak go zobaczą, doniosą komu trzeba i odtąd będzie żył w ciągłym napięciu i strachu. Tak, bez przegadania z Nadem sam tego nie rozgryzie. Trzeba przede wszystkim zapytać…
– Hola, hola, młodzieńcze! Coś się tak zamyślił? – Grondon wybił Torna z rozmyślań.
– Przepraszam, panie, myślałem o zbliżającym się zjeździe – odpowiedział.
– Nie myśl o tym za dużo, lepiej podziwiaj widoki. – Król szerokim gestem wskazał teren wokół. – Ta ziemia od lat nie zaznała wojny i tak musi pozostać. Zjazd na wiosnę pokaże, kto czego chce od świata. Zobaczysz, jaka to ciężka robota to całe królowanie. – Uśmiechnął się.
Torn rozejrzał się. Z obu stron drogi widział puste pola po żniwach. Na wschód od Tarkinu ziemie były ludne i płodne, rosło zboże, uprawiano owoce. Wioski porozrzucane niedaleko od siebie, a jednocześnie na tyle daleko od szlaku, że przejeżdżający nie zaglądali do chałup. Chciał kto podjechać, to skręcał w kierunku zamieszkałych osad. Po co zresztą skręcać, jak porozrzucane po trasie gospody oferowały wszystko dla podróżnych.
– Myślę, królu, że sam wiesz najlepiej, co czynić. Poza tym, będziesz miał do pomocy Almacha i Jemala. Nie mnie siedzieć przy stole. – Torn grał swoją rolę ulubionego królewskiego wychowanka.
Mieli to wyćwiczone w toku długich wieczornych prób. Sprawdzali też regularnie, co mówi się o Tornie. Almach kazał swoim sługom wypytywać o nastroje wobec niego (i innych dla niepoznaki), więc wiedzieli, jak jest postrzegany na dworze i poza nim. Legenda ciągle działała. Do dzisiaj.
– Porozmawiaj z Radowittem, chce wysłać kilku przodem szybciej, by zarządzić nocleg. Może się dołączysz? – zachęcił król. Czyli rozkazał.
– Pojadę, panie. – Torn przyspieszył konia.
Podróż minęła bez żadnych niespodziewanych historii, nie licząc bójki jednego wieczoru pomiędzy czterema pijanymi gwardzistami. Nierozstrzygniętej, więc sędzią został król, który kazał dać każdemu po dwadzieścia batów. Po wszystkim cała czwórka wyznała sobie przed władcą dozgonną przyjaźń. Po drodze zatrzymali się w Amarze, wizytując garnizon strzegący głównego szlaku z Kortaru na zachód, a także patrolujący południową część Wielkiej Puszczy i granicę w pobliżu. Dowódca chciał wydać ucztę na cześć króla, ten jednak nie zamierzał przedłużać podróży. Zadowolił się meldunkiem o spokoju, poszedł spać, a następnego ranka wyjechali w dalszą drogę.
Zbliżali się do zamku w Narkredzie. Niewielkiego, ale strategicznie położonego w zakolu rzeki Vinny, z mostem w zasięgu strzału z łuku. Tutaj król miał spotkać się z Wotanem i jego zarządcami z miast i okręgów, na które był podzielony Kortar. Naradę przewidziano na dwa dni – najpierw spotkanie króla ze wszystkimi, potem tylko z Wotanem i następnego dnia jeszcze raz ze wszystkimi. Almach miał odebrać meldunki od szpiegów, a Radowitt zaproponować szkolenie typowe dla Gwardii Królewskiej setce zbrojnych Wotana.
Grondon rozmawiał z Jemalem i Nadem. Torn jechał za nimi u boku Almacha. Słuchał o udanych zbiorach zboża, miodów, nowych młynach i o pomyśle sztucznego jeziora niedaleko jednego z nadmorskich portów, które oprócz planów budowy nowej stoczni dla statków mogłoby też osłonić miasto przed atakiem wyprowadzonym wzdłuż brzegów morza.
Jechali brzegiem lasu. Nagle Almach uniósł się w strzemionach. Po chwili stanęli ci jadący o sto kroków z przodu, jeden zjechał z traktu. Dojechali do gwardzistów.
– Co jest? – zapytał Radowitt.
– Gdyby nie wiatr, to byśmy nie zauważyli. W lesie leży truchło konia, panie – odpowiedział gwardzista.
– Mało zjedzony! – krzyknął spomiędzy drzew drugi żołnierz. – Widać stało się to niedawno.
– Ma uprząż? – odkrzyknął Radowitt.
– Ma, panie, prawie cała, niepogryziona przez wilki.
– Odetnij i przynieś – nakazał Almach. – Jedźmy dalej, nie zatrzymujmy się. Już nas mogą widzieć posłańcy. Rzeczy schować i nic nie mówić, jasne?
– Jasne? – powtórzył Radowitt.
– Tak jest! – krzyknęli gwardziści i służący.
– Co sądzisz? – Król zapytał Almacha.
– Może to przypadek, a może nie – odpowiedział zagadkowo.
– W zamku? – zapytał krótko Grondon.
– Tak. – Almach już ustawiał konia tak, by obejrzeć resztki uprzęży wyciągniętej z lasu.
Rozmawiał chwilę z gwardzistą, który wrócił z lasu. Coś mu tłumaczył, ten kiwnął głową i został na miejscu, aż zniknęli za zakrętem.
Niebawem ujrzeli zamek. Nie był duży. Wieża bramna, mur okalający teren i widoczne stąd dachy nie upoważniały do tego, by nazwać go potężnym. Mimo iż stał przy rzece, nie otaczała go fosa. Rzeka osłaniała go z dwóch stron, pozostałe podejście poza murami chroniło pewnie nieduże miasteczko.
Gospodarze czekali przed bramą, istniała zatem szansa, że nikt nie zobaczył zajścia na skraju lasu. Przejechali przez most i podjechali do oczekujących, którzy tymczasem zsiedli z koni.
– Witajcie, wasza wysokość, królu Grondonie. Niech twoje dni, panie, wypełni radość, a smutek nie zagości nigdy na twym obliczu. Witamy w Narkredzie, królu i czcigodni panowie. Namiestnik Wotan czeka na zamku. Nazywam się Krett, jestem zarządcą Narkredu – powitał ich, przyklękając na jedno kolano.
– Witaj, zarządco. Prowadź! – odrzekł król.
– Macie tu spokój? – zapytał Jemal, kiedy jechali w kierunku bramy.
– Tak, Virra nie węszy, zbójów chwilowo brak – odrzekł uśmiechnięty Krett.
– Handel idzie? Zbiory dobre?
– Tak, panie, dobre lato, tak jak u was.
– Duży ruch na trakcie?
– Teraz już nie, jakieś dwa tygodnie temu jechała karawana w waszą stronę. Wieźli materiały i sukna. Z sześć-siedem wozów z obstawą. Poza tym już po żniwach, więc na razie ruch niewielki.
– Tylko się cieszyć, że pokój jest trwały i nie ma większych niepokojów. Bo pijaków i kurwy tu chyba macie? – zaśmiał się Jemal.
– Panie, i tych, i tych nigdy nie zabraknie – odparł Krett.
Gdy dojechali na miejsce, zsiedli z koni. Służący i pachołkowie jak na komendę przyklęknęli na jedno kolano. Wyćwiczeni – pomyślał Torn. Starał się iść na końcu, by nie rzucać się zbytnio w oczy.
– Gdzie namiestnik? – zapytał Radowitt.
– Oczekuje w sali wystawnej, wasza wysokość i wielcy panowie, proszę za mną. – Krett już prowadził ku schodom. Szerokie drewniane drzwi ze stalowym okuciem otworzyły się przed wchodzącymi. – Jego wysokość Grondon, król Rawenu i protektor Kortaru!
Wszyscy znajdujący się w sali klęknęli na jedno kolano. Wszyscy poza Wotanem. Grondon zmarszczył brwi i zatrzymał się w połowie drogi, patrząc wyczekująco na namiestnika. Ten dopiero po chwili ukląkł.
– Chwała królowi, naszemu protektorowi! – Wotan dopełnił obyczaju.
– Chwała! – krzyknęli chórem.
– Wstań, Wotanie, namiestniku mój – rzekł głośno Grondon. – Wstańcie, panowie. Witajcie.
Władca podszedł do niego z otwartymi ramionami. Uściskali się.
– Wasza wysokość, zapraszam do stołu na krótki posiłek i napitek. Przedstawię moich zarządców. Komnaty przygotowane, byście panowie mogli odpocząć po podróży. Potem zapraszam na ucztę. Opowiemy, co się dzieje w kraju, usłyszymy też pewnie od króla, z czym przybywa.
Podeszli do stołu, na którym stały napełnione przed chwilą kielichy wina i pieczony drób.
– Dziękujemy, namiestniku. – Jemal przejął rolę mistrza ceremonii. – Przedstawię naszych towarzyszy: Radowitt, dowódca Gwardii Królewskiej, Almach, mistrz sztuk tajemnych i doradca króla, Nad, trzeci oficer Gwardii, Torn, Kiran i Merit, wychowankowie króla.
Wymienieni wstawali kolejno. Wotan uśmiechał się do każdego, przy Tornie zmarszczył brwi i spojrzał uważnie, na dwóch pozostałych ledwie skinął. Tymczasem Krett przedstawiał pozostałych:
– Namiestnika Wotana wszyscy wielmożni panowie znacie, obok po prawej Wran, zarządca południowej prowincji nadmorskiej, Greon, zarządca północy, Obolan, zarządca wschodu. Zachodem zarządzam ja, królu. Po lewej stronie namiestnika stoi Mahul, doradca i mistrz sztuk tajemnych.
– Czołem mistrzowi. – Almach skrzyżował wzrok z Mahulem.
– Czołem – odpowiedział, jak się wydało Tornowi, nieco zbyt głośno.
Czemu? Podkreślał status? Tak to się robi wśród magów? – zastanawiał się.
– Jesteśmy tu, królu, na twoje żądanie. Pytaj, o co chcesz – rozpoczął Wotan.
– Chcę usłyszeć, co się mówi we wszystkich częściach kraju. Jak wiecie, czeka nas zjazd, na którym zadecydujemy o przyszłości Kortaru. Virra rośnie w siłę, niedługo będzie gotowa do wojny. My też nie zasypiamy gruszek w popiele. Jeżeli nie będzie porozumienia, będzie wojna. Choć chciałbym jej uniknąć. Ale jeżeli wybuchnie, walczymy na waszym terenie. Kto by nie wygrał, wy przegracie. Zniszczenia będą ogromne. Straty w ludziach też. Virra was wcieli do swojej armii, kto zamierza z nimi walczyć, będzie z nami. Pamiętajcie też o Scylli. Nie wiadomo, co z nimi. – Grondon dokładnie wyjaśnił, czego oczekuje.
– Nie mam nic do dodania – westchnął Jemal. – Teraz, jeżeli panowie pozwolicie, król się odświeży, odpocznie.
Grondon dopił wino, wstał, a za nim wszyscy przy stole. Goście udali się do przygotowanych komnat, prowadzeni przez służbę. Nad zauważył, że Wotan uważnym spojrzeniem obserwował Torna. Podszedł do namiestnika.
– Wotanie.
– Nad – Wotan podał mu rękę – dawno cię nie widziałem.
– Cóż, Kortar nie ma króla, więc doradzam komu innemu. – Uścisnął dłoń, patrząc mu w oczy.
– Na pewno masz cenne rady. Czy jednak nie chcesz wrócić do domu?
– Mojego domu tu nie ma. Został zniszczony piętnaście lat temu.
– Może zostać odbudowany. Zjazd królów to umożliwi. Twoja rada pewnym ludziom może w tym pomóc.
– Nie sądzę, bym dysponował taką mocą. A kto mi ten dom odbuduje, ty?
– Być może. Przemyśl to. Przewiduję niebezpieczne czasy. – Wotan nie spuszczał wzroku z Nada.
– Pomyślę – rzucił mu w odpowiedzi i wyszedł.
Gospoda Wielki Orzech w Tarkinie, stolicy Rawenu, była jedną z największych i najlepszych. Położona na głównej ulicy miała wszystko, czego można od takiego miejsca oczekiwać. Dwupiętrowa, z pokojami różnej wielkości i jakości, dla bardzo bogatych i nie tylko, sale do spania dla biedoty, łaźnie, stajnie, burdel, a nawet arenę do walk na miecze lub do zapasów siłaczy oraz miejsce dla zawodów łuczników. Stanowiła też centrum nielegalnych zakładów o wszystko. Obstawiano nawet, czy patrol straży wlezie w kałużę, czy ją ominie. Podejrzewano niektórych strażników o zmowę z obstawiającymi, ale nikt nigdy nikomu niczego nie udowodnił.
Przy jednym ze stołów w dalszej części sali siedział człowiek ubrany w ciemny strój, z opuszczonym kapturem. Przed nim stały dwa kubki i mały dzban piwa. Pił nieśpiesznie, usiadłszy tak, że z odległości kilku kroków nie dało się dostrzec jego twarzy. Miejsce wybrał już dawno, obserwując rozkład światła i cienia w gospodzie. Z boku, ale nie w kącie, gdzie zwykle kierowali wzrok strażnicy, najemnicy, złodzieje, szumowiny i szpiedzy. Ubranie miał znoszone, choć dobrej jakości. Buty z kosztownej skóry, wysokie i czarne jak reszta stroju. Prawdopodobnie nie miał przy sobie broni, przynajmniej długiej. Wglądało na to, że jest pogrążony w rozmyślaniach i na kogoś czeka.
Ani jedno, ani drugie nie było prawdą. Ceran, tak się bowiem nazywał, obserwował jeden ze stołów w drugiej części gospody, będąc na tyle daleko, by nie wzbudzać podejrzeń. To jeden z dwóch najbardziej zaufanych i najlepszych szpiegów Almacha. Miał dyskretnie wypytać o niedoszłego zabójcę Torna.
Przy stole siedziało czterech mężczyzn. Znał dwóch. Pierwszy, chudy, krótkowłosy rudzielec przyjmował zakłady, najczęściej na walki siłaczy i łuczników. Drugi, niski grubas, to pomocnik właściciela gospody. Trzeciego, wysokiego i łysego, dobrze zbudowanego, chyba gdzieś już widział. Czwartego w ogóle nie kojarzył. Nie słyszał ich rozmowy, ale przez cały czas mówił głównie przyjmujący zakłady, a grubas coś tam dopowiadał. Łysy od czasu do czasu machał ręką i coś wtrącał, jakby lekceważył słowa lub umniejszał ich znaczenie. Czwarty słuchał i od czasu do czasu mówił kilka słów, najpewniej o coś pytał. Rozmowa trwała dość długo i chyba miała się ku końcowi, bo wywody pierwszego robiły się coraz krótsze. Teraz dłużej mówił czwarty, reszta słuchała. Nagle łysy wskazał palcem pierwszego i głośniej – tak, że Ceran usłyszał, powiedział: „Twoja część zadania”. Przyjmujący zakłady się zmieszał i odchylił na krześle. Coś odpowiedział, ale czwarty szybko powiedział kilka słów, łysy pochylił się ku niemu i pierwszy przytaknął. Grubas rozejrzał się po gospodzie, jakby nerwowo. Wstał i poszedł wymienić dzban na pełny. Tamci milczeli, dopóki nie wrócił. Nalał piwa, wychylili zgodnie. Czwarty jeszcze coś powiedział, rzucił monetą i wstali.
Ceran zastanawiał się, za którym pójść. Rudy odszedł od stołu i zajął miejsce przy innej ławie, w kącie, pewnie swój stały punkt. Grubas sprzątał ze stołu, dwaj pozostali coś mu tam jeszcze mówili i w końcu skierowali się do wyjścia.
Ceran wstał i podszedł do kontuaru. Doszedł tam równocześnie z grubasem.
– Nie masz wymienić srebrnego talara na mniejsze? – zapytał go.
– Mam, tu jeden – położył monetę wziętą ze stołu na kontuarze i przeszedł na drugą stronę, by wyciągnąć resztę – i reszta, proszę bardzo.
– Dzięki, łatwiej zapłacić w kramach.
Po wyjściu z gospody Ceran owinął otrzymaną monetę w małą czystą szmatkę i schował do kieszeni na piersi. Resztę wrzucił do kieszeni kaftana. Poszedł dalej ulicą z zamiarem przejścia całej długości do bram miasta i z powrotem. Może coś ciekawego zobaczy.
Słońce powoli zachodziło. W komnacie u króla siedzieli wszyscy: Radowitt, Almach, Jemal i Nad. Torn został z Kiranem i Meritem. Chodzili po dziedzińcu i gawędzili z gwardzistami i miejscowymi. Zgodnie z planem mieli nie wzbudzać podejrzeń o jakieś specjalne względy króla. Później przyjdą na ucztę i rozmowy.
– Panie, opowiedzą nam, co chcemy usłyszeć – mówił Nad.
– A skąd wiedzą, co chcę usłyszeć? – zapytał zaczepnie Grondon.
– Królu – zaczął Almach – zarządca wschodu powie, że jest spokojnie, nikt ich nie atakuje, mają dobre kontakty handlowe z Virrą i ze Scyllą. Scylla im pomaga i tak dalej. Nie ma niepokojów wśród ludzi. Zarządca południa powie to samo. A, oprócz tego, że mają zlecenia na budowę małych statków dla Virry. I dwa dla Scylli, bo chcą mieć własne. Zarządca północy powtórzy to samo i jeszcze doda, że północą granica jest spokojna. Nie dochodzi do żadnych starć i z rzadka widzą jakieś virrańskie partole. Zarządca zachodu oznajmi ci, panie, jak dobrze układa się współpraca z przyległymi ziemiami naszego królestwa. Virra założyła swoje placówki handlowe w każdym mieście. Mają niższe ceny, ale nie są zbyt nachalni. W ciągu pięciu ostatnich lat powoli zwiększają ilość sprzedawanych towarów. Najlepiej to widać na południu, gdzie z wolna ubiór się upodabnia do virrańskiego: jasne kolory, lekkie ubrania, krótsze spodnie i kaftany. Dzieciom kupują lekkie, zakrzywione, małe szabelki. To nie nasza i nie kortarska broń.
– Taka szabla rozpada się przy uderzeniu mieczem – zauważył Radowitt.
– Może i tak, ale jest poręczniejsza w niektórych sytuacjach – zauważył Nad.
– W polu nie mają szans.
– Może i tak, ale w zaroślach, w budynkach już mają.
– Tam nie walczymy, wszystkie bitwy są w polu, gdzie miecz jest pewniejszy niż te ich igiełki. – Radowitt był pewny swego.
– Na razie. A jak zmienią taktykę?
– Słyszałeś o zmianach, Almachu?
– Nie, ale dalsze obszary Virry na wschodzie i południu są przede mną cokolwiek skryte – padła odpowiedź. – A co nam powie Wotan?
– Wotan? Powie, że kraj odżył po wojnie, dzieci się więcej rodzi, ziemia daje dobre plony. Nikt się nie miesza w sprawy Kortaru – wyrzucił z siebie Jemal.
– Nie przepadasz za nim, ale dotychczas nic przeciwko nam nie zrobił – zauważył Grondon.
– Nie, Jemalu, powie coś innego – powiedział powoli Almach. – Powie tak: każdy z zarządców ma ścisłe instrukcje, co czynić. Trzyma porządek w swoim okręgu. Ja jestem u każdego raz albo dwa w roku. Wydaję sprawiedliwe wyroki, kiedy trzeba. Pilnuję, by ludzie wiedzieli, że jest władza w kraju. Nie dajemy pretekstu do zatargów z Virrą. To dzięki mnie tyle lat mamy spokój z Virrą. Wiem, co robić, by ten kraj zapomniał o strasznej wojnie. Już to zresztą robi.
– Taak… – Grondon zamyślił się dłuższą chwilę. – A jak w takim razie radzi sobie na pograniczu, nie mając armii?
– Ależ ma, panie – zaprotestował Almach. – Jak będzie niespokojnie, wkroczy Virra i stłumi bunty. A jej nadgraniczne oddziały są w porównaniu do nich niewielkie. Virra dużo robi, by patrzeć na nią jak na zwolennika pokoju. A co, jeżeli coś sprowokują? Jak się zachowa Wotan?
– Będzie walczył – wtrącił z przekonaniem Radowitt.
– A jak nie? Przed zjazdem na pewno nie. Za dużo ma do stracenia – odparł Almach.
Ktoś zapukał do drzwi.
– Panie, namiestnik zaprasza na ucztę i naradę – odezwał się służący.
– Koniec, panowie, idziemy. Obyśmy się nie mylili – odparł Grondon. – Wołać młodych!
Duża sala na zamku nie była wypełniona. Stał w niej tylko jeden długi stół, ale nikt jeszcze przy nim nie siedział. Wotan z żoną Gironą i córką Zelą czekali pośrodku.
– Witaj, wasza wysokość – powiedziała uśmiechnięta Girona.
– Witaj, pani. Minęło kilka lat, a czas dla ciebie stanął w miejscu. Córka prawie tak piękna, jak matka. – Grondon dobrze odnajdywał się w dworskiej etykiecie.
– Wasza uroda rozświetla ten zamek. – Jemal zawsze miał w gotowości jakiś komplement.
– Dziękuję, królu. – Żona namiestnika uśmiechnęła się raz jeszcze i skinęła głową.
– Siadajmy. – Wotan gestem zaprosił do stołu.
Usiedli naprzeciw siebie. Grondon naprzeciw Wotana, Jemal naprzeciw Girony, Almach naprzeciw Mahula i tak dalej. Nad miał przed sobą córkę namiestnika. Torn zajął miejsce na końcu, naprzeciw Kretta.
– Rad jestem, Wotanie, że na pół roku przed zjazdem możemy porozmawiać szczerze o tym, co dzieje się w tym kraju. Wiedz, że jestem bardzo zainteresowany, by był on kwitnący i bogaty. Dla naszego wspólnego dobra. Jesteśmy sąsiadami i przyjaciółmi, tak powinno zostać niezależnie od tego, co zostanie postanowione. – Grondon zaczął dyplomatycznie.
– Królu, to ja jestem rad, że mogę gościć cię w tych progach. Ile to już lat się nie widzieliśmy? Sześć? – zapytał Wotan.
– Siedem – poprawił Almach.
– I trzy miesiące – dodał Mahul.
Obaj spojrzeli na siebie z uśmiechem. Tornowi wydało się, że uśmiech Mahula był wymuszony. Almacha dokładnie nie widział.
– W każdym razie dawno. – Wotan mówił dalej. – Wszyscy wiemy, co ma się niebawem stać. Chcę, byś wysłuchał tego, wasza wysokość, co mają do powiedzenia zarządcy o swoich terenach.
– Mówcie zatem.
– Obolanie? – Wotan zawiesił głos.
– Panie, na wschodzie mamy spokój. – Obolan zaczął dość cicho. – Virra nas nie niepokoi, odbudowaliśmy zniszczenia. Kraj się zaludnia, mamy dobre zbiory. Ludzie nie biedują, a przynajmniej nie umierają z głodu. Handel się rozwija, Virra sprzedaje swoje towary za trochę niższe ceny. Nie są one najlepszej jakości, ale biedniejsi mogą kupić. Niektóre są nawet atrakcyjne. Granica spokojna…
Zarządca mówił jeszcze o kilku sprawach, potem drugi z północy powtarzał podobne słowa. W mówiących intensywnie wpatrywał się Almach. W międzyczasie jedli pieczony drób, prosię leżące centralnie na stole, sery, pasztety. Zapach jeszcze ciepłego chleba wypełniał izbę. Wina i piwa było dużo, ale pito je z umiarem. Oprócz Kretta, który chyba najszybciej pochłonął kilka kielichów. Zarządca południa też niewiele dodał, coś o statkach.
Torn nie pamiętał, czym się różnią typy okrętów. Zaczynał się już nudzić, gdy nagle poczuł na sobie czyjś wzrok. Patrzyła na niego córka Wotana. Uśmiechnął się do niej, odwzajemniła uśmiech i zaraz spuściła głowę. Girona spostrzegła to, spojrzała na Torna i pochyliła się do córki, coś jej powiedziała na ucho.
– Panie, na zachodzie mamy spokój. – Krett zaczął tak samo jak poprzednicy. – Jesteśmy gościnni dla waszych ludzi, którzy chcą z nami handlować, z wzajemnością. Mieliśmy jedną bandę hasającą po pograniczu, ale wspólnymi siłami ją rozbiliśmy.
– Potwierdzam, wspólnie – wtrącił Radowitt.
– Poza tym mógłbym powtórzyć wszystko, co mówili inni zarządcy.
Krett wydawał się Tornowi coraz bardziej zdenerwowany. Radowitt wrócił do tematu rozbicia bandy. Mówili coś o korycie rzeki. Teraz i Almach wpatrywał się w Kretta, coraz bardziej spoconego.
– I to właściwie wszystko, wasza wysokość – zakończył z widoczną ulgą na twarzy.
Torn przechwycił też niemal niezauważalne skinienie głowy Wotana. Almach przeniósł swój wzrok na namiestnika.
– Królu – zaczął zarządca – wieści z terenu już znasz, więc powiem, co widać z namiestnikowskiego stolca. Otóż jestem u każdego co najmniej raz w roku. Kogo trzeba, tego sprawiedliwie osądzam…
Torn jadł, słuchał i zerkał na Kretta. Ten wychylił kolejne dwa kielichy i siedział oparty, jakby zmęczył się opowieścią.
– …więc konieczne jest, by zacząć szkolić ludzi. Zebrać na początek tysiąc zbrojnych i stworzyć zalążek armii. Co ty na to, królu?
– A przed kim chcesz się bronić? – zapytał Grondon. – My jesteśmy przyjaciółmi, Scylla nie ma chęci do walki, Virra, jak mówisz, jest pokojowo nastawiona. Zatem kogo się obawiasz?
– Nikogo, panie. Królestwo musi mieć armię.
– I pytasz o pozwolenie czy prosisz o pomoc? – drążył Grondon.
– Chcę to zrobić i chcę, byś o tym wiedział.
– Pamiętaj, że nie jesteś królem.
Zapadła cisza.
– Pamiętam – odpowiedział Wotan, rozejrzawszy się.
– Radowitt, co ty na to? – zapytał Grondon.
– Panie, jesteśmy gotowi do wzięcia setki ludzi. Wyszkolimy ich na dziesiętników, setników, będą dobrzy, to i dowódców wyszkolimy. – Radowitt wydawał się przygotowany na takie pytanie.
Torn po winie odważniej zerkał w stronę córki Wotana. Osiemnastoletnia wysoka dziewczyna o długich czarnych włosach, widocznych piersiach i miłym głosie spodobała mu się. Wiedział, że nie powinien, ale coraz bardziej ciągnęło go, by podejść i zagadnąć. Jeszcze nie teraz – pomyślał.
Wrócił do obserwacji Kretta. Ten, jakby spokojniejszy, zajął się rozmową z towarzyszem siedzącym obok. Wyglądało na to, że tylko Torn z nikim nie rozmawia. Wdał się więc z Kiranem i Meritem w dyskusje o koniach.
– Panowie widzieli wyścigowego konia z bliska? – wtrącił się Krett.
– Tak, nawet kiedyś wygrałem gonitwę przed miastem – pochwalił się Merit.
– Ale to było na zwykłych koniach – przypomniał Kiran.
– Mówię o hodowanych do wyścigów albo dla szybkich kurierów. To mniejsze, ale szybsze konie. Widzieliście je? – zapytał znów Krett.
– Specjalnych nie – odparł Merit.
– A czym się różnią, panie – odezwał się Torn.
– Są dwa rodzaje wyścigów: szybkie, na milę czy dwie, albo dłuższe, na dziesięć. I do tych drugich trzeba koni wytrzymałych i jednocześnie szybkich. Mamy tu hodowlę takich. To drogie zabawki, jakbyście chcieli kupić. – Krett uśmiechnął się chytrze. – Niedawno je sprawdzaliśmy na dłuższym dystansie. Wszystkie przybiegły w jednym stadzie.
– Wszystkie naraz? – Merit nie dowierzał.
– Prawie, bez jednego… nieważne – urwał nerwowo. – W każdym razie dobiegły razem.
– Ale chyba nie biegły same? – zdziwił się Kiran.
– No nie, oczywiście, że nie. Przecież by pobłądziły.
– Kto by je wtedy złapał? Takie skarby! – zawtórował Wran, zarządca południa.
– Takie są drogie? – zainteresował się Torn.
– Ile trzeba zapłacić za takiego wierzchowca? – dorzucił Merit.
– Uuu, dużo, młodzieńcze.
– Może bym kupił? Wygrywałbym wtedy wyścigi w stolicy! Wszystkie dziewczyny byłyby moje, ha ha ha! – Merit puścił wodze fantazji.
– Sto sztuk srebra i możesz wybierać. – Wran uśmiechnął się do niego.
– Tyle to on nie ma – zaśmiał się Kiran. – Może się zrzucimy we trzech, co, Torn? Merit będzie dosiadał, a wygraną będziemy dzielić na trzech!
– Możemy spróbować – podchwycił pomysł ze śmiechem.
– To jutro rano zapraszam na przejażdżkę, całą trójkę! – zawołał Krett.
– Będziemy na pewno! – Merit nie ukrywał entuzjazmu.
Torn spojrzał na Kretta. Ten nagle spoważniał, jakby żałował propozycji. I tak nie kupią konia, nie mieli takich pieniędzy. Może wziąć od króla, jakby było warto – pomyślał. Nie, raczej nie, to tylko grzecznościowa propozycja – zreflektował się po chwili. Krett z pewnością wie, że nie mamy pieniędzy na kupno konia. Czemu w takim razie się tak zachmurzył?
Reszta siedzących przy stole gawędziła o różnych sprawach. Niebawem żona i córka Wotana wstały i się pożegnały. Torn uśmiechnął się jeszcze raz do Zeli, która od razu odwzajemniła uśmiech. Lekko popchnięta przez matkę, opuściła salę.
Grondon i Almach spojrzeli badawczo na Torna. Zmieszany lekko, spojrzał na nich – obaj się uśmiechali. Tymczasem Wotan przywołał Kretta i rzucił mu krótkie pytanie, na które tamten zaprzeczył. Namiestnik skrzywił się i wydał jakieś polecenie. Torn słyszał tylko końcówkę: „…znaleźć do rana”. Krett skinął głową i wrócił na swoje miejsce.
Przyjezdni spożywali alkohol bardzo oszczędnie. Król z zasady nie pił zbyt wiele, reszta nie chciała się wychylać, w razie gdyby trzeba się naradzać z rana. Radowitt natomiast przepiłby ich kolejno jednego po drugim. Znany był z głowy mocnej jak kamień. Ktoś mu kiedyś powiedział, że szkoda dla niego wina, bo marnuje go, gdy się nie upija, a do tego przecież służy. Kazał mu wtedy siadać i pić ze sobą, aż tamten padł. Nikt później tego nie powtarzał, przynajmniej głośno.
Niedługo po świcie cała trójka młodych stawiła się na dziedzińcu przed zamkiem.
– Chłodno – powiedział Torn.
– Rozgrzejesz się na koniu. – Usłyszał z góry. Krett właśnie wyszedł.
Podjechali do stajni nieopodal zamku.
– Dajcie cztery osiodłane konie! Dwa szybkie i dwa wytrzymałe! – zawołał Krett do stajennych.
Czekali w milczeniu, patrząc, jak wyprowadzają konie ze stajni.
– Panie, kto na jakich jedzie? – zapytał stajenny.
Merit i Kiran wzięli szybkie konie do krótkich wyścigów. Torn, chcąc nie chcąc, dostał takiego, jak Krett. Ruszyli wolno, prowadził Marat, nadzorca stajennych. Nie jechali zbyt długo.
– Panie, tutaj możecie sprawdzić konie – oznajmił. – To droga, na której szkolimy konie i jeźdźców. Krótka trasa ma nieco ponad milę, dłuższa pięć. Na rozwidleniu w lewo to droga krótka, prosto to dłuższa. Poczekam na was tutaj. Zobaczymy, kto wróci pierwszy.
Kiran i Merit stanęli obok siebie, gotowi do wyścigu.
– Jazda! – krzyknął Torn.
Ruszyli ostro. Konie wystartowały i po chwili osiągnęły dużą prędkość. Z dala było widać – dopóki drzewa nie zakryły ich przed patrzącymi – jak wyrzucały spod kopyt ziemię.
– Nasza kolej, panie – powiedział Torn do Kretta.
– Trzymaj się konia! – zażartował tamten z uśmiechem. – Jedziemy!
Pognali obaj. Marat patrzył i uśmiechał się. Konie traktował niemal jak braci. Żal mu było je oddawać.
Tornowi wydawało się, że tak szybko nigdy nie jechał. Krett pędził kilkanaście kroków przed nim. Próbował, ale nie mógł go dopędzić. Minęli rozwidlenie. Konie jakby nadal się rozpędzały, co wydawało się niemożliwością. Normalny wierzchowiec by takiej prędkości nie osiągnął, a jeżeli już, to na krótko. Te rumaki trzymają się jakby wiatru – pomyślał. Wypadli na ostatnią prostą, dostrzegli czekających towarzyszy. Mocniej uderzył piętami. Koń jakby jeszcze przyspieszył, prawie już dorównał do Kretta. Ten jednak krzyknął na swojego rumaka i nie dał się dogonić. Wygrał o dwie długości.
– Torn, wygrałem! – Kiran nie posiadał się z radości.
– Dałem ci wygrać – skrzywił się Merit.
– Wygrałem, bo byłem szybszy!
– Twój koń był szybszy.
– Dobrze jechałeś – Krett pochwalił Torna – ale trzeba wiedzieć, jak kierować tymi końmi. Uczymy odpowiednich komend. Szybciej, wolniej, wyprzedź, w bok, zablokuj. Jeźdźcy muszą to wiedzieć. No i znać konia. Podobało się?
– Tak, taki koń to skarb! – zawołał rozentuzjazmowany Kiran.
– Kupujecie? – zapytał Krett.
– Ale panie, przecież nie dalej jak pięć dni…. – zaczął Marat.
– Dobra, dobra, nieważne – przerwał mu szybko. – Jak znajdziecie czterdzieści sztuk srebra, możecie wybrać jednego i zabrać ze sobą. Ale tylko dzisiaj. Kiedy indziej nie sprzedam.
Cała trójka kupców zaprezentowała lekko zawiedzione miny.
– Widzę, żeście nieprzygotowani na takie wydatki, trudno. Może kiedyś. – W ten oto sposób zakończył sprawę sprzedaży.
Wrócili do zamku. Krett poszedł do swoich obowiązków. W sali, gdzie wczoraj biesiadowali, przygotowano śniadanie. Król jadł w komnacie, Radowitt też był u siebie. Almach z Jemalem zaprosili do siebie wracającą z wyścigów trójkę mężczyzn.
– Jak tam? – zagadnął Jemal.
– Wspaniałe konie, panie – Kiran ochłonął już po wygranej w wyścigu – i drogie.
– To specjalna hodowla, znana w tych stronach. Kiedyś i my je kupowaliśmy – powiedział Almach.
– Chciałbym takiego mieć, wygrywałbym zawody. – Merit wyłuszczył swój pomysł na życie.
– Ha, tu cię mam! – zaśmiał się Jemal.
Po posiłku Torn stanął przed drzwiami komnaty Almacha.
– Wejdź, Torn. – Usłyszał. – Przecież jestem mistrzem sztuk tajemnych, widzę i słyszę więcej niż inni – dodał mag, widząc zaskoczenie mężczyzny, gdy ten wszedł do środka. – O czym chcesz mówić?
– Panie, kilka rzeczy. Wczoraj obserwowałem Kretta. Strasznie się denerwował. Pił dużo, jakby na odwagę. Ale nic takiego nie powiedział, więc nie wiem, dlaczego się tak zachowywał. Po wszystkim posłał krótkie spojrzenie Wotanowi, a ten jakby go pochwalił skinieniem. Później już się uspokoił.
– Też to widziałem. Patrzyłem uważnie na każdego mówiącego, chcąc wyczytać, czy prawdę mówi, czy kłamie. Czułem też delikatną zasłonę, jaką Mahul stawiał, kiedy mówił Krett. Coś ukrywają, ale jeszcze nie wiem co…
– Wczoraj rozmawialiśmy o koniach wyścigowych. Zapytał nas, czy chcemy się przejechać na takich. Rano się ścigaliśmy. Wyśmienite konie, szybkie i wytrzymałe. U nas takich nie widziałem – opowiedział krótko ranne przygody.
– Taak, kiedyś mieliśmy takie na potrzeby gońców królewskich. Dawały przewagę ponad dnia na dystansie z Tarkinu do granicy tutaj w porównaniu ze zwykłym posłańcem nawet wtedy, kiedy ten raz czy dwa zmieniał konia. Jest pokój, więc nie kupowaliśmy ich ostatnio. Poza tym, szkolenie jeźdźca trwa długo, a nie ma teraz takich potrzeb. Ale kto wie, może trzeba do tego wrócić? – zastanawiał się Almach. – Coś jeszcze?
– Te konie są jakby… mniejsze. Niższe i pewnie lżejsze. Dlatego są szybsze i wytrzymalsze. Jeszcze jedno. Chyba stracili ostatnio jednego z hodowli, chociaż wyraźnie nie chcą o tym mówić – wspomniał o porannej rozmowie ze stajennym.
– Ciekawe… Może to coś znaczy. Miej oczy otwarte.
Torn wyszedł, ale zaraz rozpocznie się krótkie spotkanie już z samym namiestnikiem, a później pożegnanie. Szedł więc na dziedziniec, by razem z Kiranem i Meritem wrócić do sali jadalnej. Tak też we trzech weszli.
Namiestnik rozmawiał z Mahulem, nieco z boku stała jego żona z córką. Wszyscy trzej podeszli do kobiet.
– Pani, pozwól przywitać się wychowankom Króla. Kiran, Merit – przedstawił – i ja, Torn. Radzi jesteśmy widzieć tak piękne panie. Nie mówiono u nas w dworze, że masz pani tak piękną córkę. – Przeniósł wzrok na dziewczynę i się uśmiechnął.
– Dziękuję, Tornie. Prawda, nie wiecie, bo nas nie odwiedzacie zbyt często. Dzieci rosną, jak i wy. A piękno trzeba chronić – odrzekła Girona.
– Co robicie na dworze? – zapytała Zela.
Piękny głos – pomyślał Torn.
– Król wziął nas na wychowanie po śmierci ojców naszych w wojnie. – Merit włączył się do rozmowy – Za rok, dwa dostaniemy swój oddział do dowodzenia. Szkolenie na ukończeniu. Mamy już za sobą pierwsze próby.
– Walczyliście już? – zdziwiła się Girona.
– Nie, pani. Nie ma okazji, poza starciami z bandami u podnóża gór i przy morzu. Ale Radowitt wierzy, że sobie poradzimy. Jest kogo bronić. – Spojrzał na Zelę i ponownie się uśmiechnął. Odwzajemniła ten gest.
– Tornie, gdzie zginął twój ojciec? – zapytał Mahul.
– W ostatniej bitwie, panie.
– A jak? I skąd pochodzisz? Imię masz jak jeden z synów zmarłego króla – pytał dalej.
– Tak? No cóż. Co do ojca, z tego, co opowiadali, to był koniec bitwy. Kiedy…
Przerwało mu wejście króla z pozostałymi.
– Wotanie, mamy jeszcze coś do omówienia, zanim wyjadę – zaczął od drzwi Grondon.
– Słucham, panie.
– Jakiej decyzji zjazdu oczekujesz? – spytał wprost król, gdy usiedli.
Namiestnik oparł się i wolno wypuścił powietrze z płuc, zaskoczony.
– Nie zastanawiałem się…
– Zastanawiałeś. Mów, szczerze – nalegał Grondon.
Wotan spojrzał na Mahula, wyprostował się i odpowiedział:
– W królestwie jest porządek. To moja zasługa, królu. Rządzę sprawiedliwie. Nie ma buntów, niepokojów. Granice spokojne. Zorganizuję wojsko i będziemy bezpieczni. Wasza wysokość gwarantuje sojusz i bezpieczeństwo. W rok będę miał armię, która powstrzyma, a z waszą pomocą pokona Virrę. Jak będzie trzeba, pójdę dalej i powiększę królestwo. Chcę korony! – zakończył.
– Dobrze cię oceniłem. – Grondon nie wydawał się zaskoczony. – A jak Virra się nie zgodzi i uderzy, co wtedy?
– Będziemy walczyć! – oświadczył z mocą Wotan.
– Po której stronie? – zapytał Almach.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, aż świszczała w uszach.
– Po której stronie, Wotanie? – powtórzył z naciskiem Grondon.
– Jeżeli chcesz mnie, królu, nazwać… – – zaczął wolno Wotan.
– Nie chcę cię nazywać, chcę odpowiedzi!
– Jesteśmy związani sojuszem, panie. – Mahul odpowiedział za namiestnika.
– Nie ciebie pytałem. – Grondon nawet na niego nie spojrzał.
– Będę walczył przeciwko tym, którzy nas napadną – oświadczył w końcu Wotan.
Znów zapadła cisza.
– Wino lać! Wypijmy za przyjaźń! – zawołał król ku zaskoczeniu prawie wszystkich, a już na pewno Torna.
Napięcie opadło.
– Król ma propozycję. – Jemal zwrócił się do Wotana.
– Słucham zatem.
– Jak mówiliśmy wczoraj, stu ludzi weźmiemy do szkolenia. Przyślij, kiedy chcesz, byle przed wiosną. Chcemy w zamian czterdzieści jeden koni gończych. Jednego weźmiemy ze sobą, resztę niech przyprowadzą w ciągu miesiąca. I kogoś, kto nauczy naszych ludzi, jak się z nimi obchodzić. I jeszcze jedno. Córkę twoją, Zelę, król chętnie widziałby u siebie na dworze. – Jemal wyłuszczył szczegóły.
Wotan był zaskoczony, jeszcze bardziej Girona. Ich córce napłynęły łzy do oczu.
– Nie wiem, królu, czy to dobre rozwiązane. Myślę o córce – zaczął Wotan.
– Nie chcę jej posyłać z domu. Jest naszym jedynym dzieckiem. Daj nam, panie, się nią jeszcze rok nacieszyć – powiedziała niemal błagalnie Girona.
– Im szybciej, tym lepiej – wtrącił Almach.
– Niczego jej nie zbraknie, pani. Będzie ozdobą królewskiego zamku. – Jemal starał się łagodzić rozkaz króla.
– Nie musi jechać teraz z nami. Może przybyć do Tarkinu razem z ludźmi i końmi. Może tak będzie lepiej, oswoicie się z tym – dodał Almach.
– Dobrze, dość gadulstwa, zbieramy się! – Grondon zakończył rozmowę.
Pożegnanie było krótkie. Torn szukał wzrokiem Zeli, ale ta nie wyszła już do nich z matką, by się pożegnać. Gwardziści Radowitta czekali już na koniach. Krett stał za bramą z koniem, którego dosiadał rankiem Kiran.
– Wierzchowiec w prezencie. Nie zarobiłem. – Krett udał, a może nie udał, smutek, wręczając wodze. – Teraz ty zarabiaj, jak mówiłeś. – Uśmiechnął się.
– Dziękuję, tak się stanie – odpowiedział młodzieniec.
Krett grzecznościowo odprowadził ich do mostu i dalej pojechali sami. Nie oglądali się za siebie.
Radowitt polecił dwóm ludziom pojechać przodem. W pobliżu miejsca, gdzie poprzednio znaleźli truchło, z lasu wyjechał jeden z gwardzistów. Almach przywołał go do siebie.
– Widać, że szukali już wcześniej. Wyciągnęli drugim koniem, wrzucili na wóz, zasłonili sianem i odjechali w stronę zamku. Dwóch jeszcze usuwało ślady, ale wkrótce pojechali. Ten koń, panie, na moje oko, był jakiś taki mniejszy – meldował żołnierz.
– Kiran! – krzyknął Almach. – Taki? – zapytał, gdy Kiran podjechał do nich na darowanym przez Kretta koniu.
– Taki, panie, taki sam – potwierdził gwardzista. – Miałem czas, żeby go obejrzeć, tylko na tylnych kopytach miał jakieś znaki… chyba litery.
– Zapamiętałeś? Mów! – Almach nieoczekiwanie się ożywił i wbił wzrok w mężczyznę.
– Tak, zaczynało się od B, potem nieczytelne, i na końcu ZA – odparł lekko zmieszany.
– A na drugim kopycie?
– Te litery były małe i ledwo widoczne. Wydaje mi się, że w środku było „ona” albo „oha”. W życiu nie widziałem, by ktoś pisał na końskich kopytach.
– Dobra robota, wracaj do swoich. Gęba na kłódkę! Nic się nie wydarzyło, jasne? – Almach zwrócił się do wszystkich.
– Rozkaz! – odkrzyknęli niezbyt głośno.
Ruszyli. Mag przywołał Torna skinieniem.
– Wiedz jedno, twój niedoszły zabójca i ten koń to jedna sprawa. Patrz za siebie, jak wrócimy do Tarkinu. Szczególnie kiedy wyjdziesz na miasto. Najlepiej nie wychodź sam. Ale też nie przesadzaj z ostrożnością. Pamiętaj, nikt nie wie, co się stało z napastnikiem. Ktokolwiek za tym stoi, będzie zachodził w głowę, co się stało i gdzie on jest. Będzie szukał informacji i popełni błąd. Resztę zaplanujemy po powrocie.
Dziennie pokonywali około trzydziestu mil. Wystarczająco, by nie zajeżdżać koni, ale też rzucić okiem na mijane okolice. Większa część trasy prowadziła szlakiem handlowym przecinającym prastarą puszczę, zwaną Wielką. Już nieco przetrzebioną, szczególnie na południu, ale ciągle na tyle rozległą, że omijanie jej nie miało sensu. Oznaczałoby to poświęcenie co najmniej dwa razy tyle czasu na przebycie drogi do Tarkinu. Wszyscy wiedzieli, że to dobrze utrzymany szlak wschód-zachód, od wieków przemierzany w obie strony z towarami. Rawen dbał o przepływ towarów, sam miał co zaoferować, przede wszystkim złoto i inne metale. Kto mógł, ten szukał zarobku związanego z ruchem na szlaku. A to jadło i picie, a to burdele, a to kowale i inni rzemieślnicy, u których można naprawić wozy i wymienić co się dało.
Torn wrócił do swoich rozmyślań. Jak opowiadali Nad i Almach, ponad pięćdziesiąt lat temu Kassa, ojciec Semaka, obecnego króla Virry, zakończył podbój ziem Wielkiego Stepu. Walki z różnymi watażkami, mianujący się królami czy wodzami poszczególnych krain, trwały ponad trzydzieści lat i zajęły Kassie większość dorosłego życia. Dokonał jednak trwałego podboju i zjednoczenia ziem pod jednym berłem. Gdzie mógł, unikał brutalnej walki. Wolał przekonywać kolejnych lokalnych władców, że jest silniejszy i jak będzie chciał, zgniecie ich w walce. Po co ginąć, kiedy mogą żyć? Zyskują spokój, o ile będą dawać wojowników i płacić daniny. Większość się zgadzała w obliczu widoku wielkiej armii. Byli jednak tacy, którzy nie zgięli kolan i wybrali walkę. Nie trwało to długo. Jeden po drugim ulegali sile i liczebności wojsk Kassy. Najbardziej oporni zniknęli z tego świata, wyrżnięci w pień, i nikt o nich już nie pamięta. Najdłużej bronili się górale na północy, w górach między pasmem oddzielającym Północne Pustkowia a samotną górą Utuk. Ostatecznie, na co niemały wpływ miał klimat i ukształtowanie terenu, pozwolono im się cieszyć autonomią. A podporządkowanie południowego pasma górskiego, zwanego Górami Czerwonymi, razem z półwyspem Pap i dostępem do morza dokonało się już za rządów Semaka. Był to ostatni obszar zagarnięty przez Virrę na wschodnich terenach. Od tej pory wzrok króla kierował się już tylko na Zachód. Powiadają co prawda, że daleko na wschodzie są potężne imperia, ale kontaktów z nimi nikt nie utrzymuje. A przynajmniej w Rawenie nic o tym nie wiadomo. A dokładniej mówiąc, nic nie wiadomo o tym Tornowi.
Przez dwadzieścia lat Virra przygotowywała się na wojnę z Kortarem, który kłuł ją jak cierń, szczególnie w południowej części kontynentu. Pasmo górskie, wzgórza, a za nimi obszar zamknięty jeziorami, rzekami i bagnami nie pozwalał na rozwinięcie ataku. Nazwano te obszary Barierą Północną i Południową, gdyż zagradzała drogę większym masom wojska. Prowadzono wojnę podjazdową ze zmiennym zaangażowaniem. Kortar miał po swojej stronie większość atutów – teren sprzyjający łatwemu i szybkiemu manewrowi, bliskość miasta Cirry stanowiącego zaplecze zaopatrzeniowe i mobilizacyjne dla ewentualnych posiłków. Zbudowano też przeszkody terenowe zabezpieczające spodziewane kierunki ataków. Z kolei od strony Virry podejścia pod granice były trudne, co kosztowało niemało wysiłku dla większych oddziałów, szczególnie w kwestiach zapasów żywności i wody. Chociaż zbudowano stanice, gdzie magazynowano zapasy, to śmiałe wypady dowódców Kortaru zniszczyły kilka, zmuszając Virrę do znacznego oddalenia od pola walki nowo budowanych. A to z kolei miało przełożenie na skrócenie czasu prowadzenia walk poszczególnych oddziałów.
Po kilku porażkach, szczególnie w 1645 roku, kiedy stoczono jedną z większych bitew granicznych i zginęli dwaj synowie Semaka, zaprzestano dalszych aktywnych działań w tym terenie. Semak podjął przygotowania do wojny na centralnym odcinku granicy. Postanowił także, na razie za pomocą podporządkowania handlowego, zająć Scyllę. To dałoby mu otwartą drogę przez równinę i główny szlak handlowy prowadzący na zachód. Kierunek północny zarzucił. Góry, nieprzyjazne i wyludnione okolice oraz górale, którzy mogli nękać mniejsze oddziały, skutecznie zniechęcały do działań w tym rejonie. Wojna nie potoczyła się tak, jak sobie zaplanował. Semak wyruszył na wojnę z armią liczącą ponad siedemdziesiąt tysięcy ludzi gotowych do walki oraz z licznymi taborami. Przez Scyllę przeszedł, dotrzymując słowa o nieschodzeniu z dróg. Nie chciał uchodzić za totalnego wroga, który pali i niszczy wszystko na swej drodze. Kwestią czasu miało być, kiedy ten kraj wchłonie. Mimo niemal czterokrotnej przewagi liczebnej Kortar okazał się trudniejszym przeciwnikiem, niż się spodziewał. Sprawne dowodzenie i taktyka, nie mówiąc o wyszkoleniu pojedynczych wojowników, powodowało ogromne straty w ludziach. Oblegając Warrę, stolicę Kortaru, miał pod bronią już tylko trzydzieści tysięcy gotowych do ataku. Kiedy Grondon nadciągnął z dwudziestoma tysiącami zbrojnych i zażądał odstąpienia, Semak nie miał wyjścia. Przełknął gorzki smak porażki. Jedyną zdobyczą był wynegocjowany status Kortaru jako terytorium spornego. Na szczęście – jak myślał Semak – nie pozostał żaden następca tronu. Przez piętnaście lat dorośnie jego ostatni syn i będzie miał zagwarantowaną sukcesję. Poniesione straty zastąpi się nowymi oddziałami, stworzy armię większą i silniejszą.
– A niech jedzie! – wyrwał Torna z rozmyślań nagły krzyk Radowitta.
– Co się stało? – zapytał jadącego obok Kirana.
– Spałeś? Merit założył się z Hadrem, tym na czarnym koniu, że dojedzie pierwszy do Tarkinu. Radowitt się zgodził. Będzie wyścig! – emocjonował się Kiran.
– Ile mamy do miasta?
– Półtora dnia. Galopem mogą dotrzeć rano. Zobaczymy, czy ten konik jest taki wytrzymały na dłuższym dystansie, jak na krótkim. Jak wygra, obstawiamy wszystkie gonitwy w mieście!
– Jasne! – Torna zaraził ten entuzjazm. – Dalej Merit, jazda!
Ceran już trzeci dzień śledził Łysego z gospody. Po spotkaniu, po którym zdobył monetę, czekał na następne. Wiedział już, że rudzielca nazywają Workiem, pewnie od noszonego worka z pieniędzmi z zakładów. Pomocnik karczmarza wyglądał na najmniej wtajemniczonego w sprawy, jakiekolwiek sprawy to były. Prawdopodobnie organizował miejsce spotkań i niewiele więcej wiedział poza tym, co usłyszał. Sam nigdzie nie chodził, z reguły nie dosiadał się do innych gości. Czwarty, na którym mu najbardziej zależało, wsiąkł po spotkaniu i więcej go nie widział.
Za to Łysego udało mu się spotkać przypadkiem w innej gospodzie. Od trzech dni chodził za nim ukradkiem, gdyż tamten okazał się czujny. Często sprawdzał, czy nikt go nie śledzi. Ceran musiał się mocno starać, by nie zostać wykrytym. Na razie mu się to udawało, ale kilkakrotnie gubił trop. Nic szczególnego nie odkrył. Na pozór wyglądało, że śledzony jest zwykłym handlarzem sprzedającym bydlęce, i nie tylko, skóry. Miał swój kram i potrafił przesiedzieć w nim cały dzień, jak dzisiaj.
Zbliżał się wieczór i Ceran był porządnie głodny, ale nie chciał tracić Łysego z oczu. Kończyły mu się paski suszonego mięsa. Przewidywał, że prowadząc obserwację, nie będzie miał szansy na porządny posiłek. Westchnął cicho i ugryzł ostatni kawałek. Dobrze chociaż, że wołowina smaczna – pomyślał. Tak się szczęśliwie złożyło, że kram Łysego mógł obserwować z małego pomieszczenia nieopodal, znajdującego się nad miejscową garkuchnią. Właściciel był „lokalnym źródłem informacji o wybrykach miejscowych dusz”, jak o sobie mawiał. Inaczej mówiąc, zwykły donosiciel w stajni Almacha. Ruch w garkuchni panował niewielki, acz regularny, więc wejść i wyjść można niepostrzeżenie.
Nagle Ceran zobaczył Łysego – wyszedł i zwijał swój kram. Wciągnął do środka wszystkie skóry z zewnątrz i starannie zamknął drzwi od środka. Po dłuższej chwili, podczas której zapewne sprawdzał, co się dzieje na zewnątrz, wyszedł i rozejrzał się na wszystkie strony. Ceran był już gotowy do opuszczenia stanowiska. Gdy tylko Łysy ruszył przed siebie, odczekał i ruszył za nim. Dzisiaj zaryzykował i kazał swojemu pomocnikowi pójść do Wielkiego Orzecha i siedzieć przy stole, który sobie wcześniej upatrzył. Każdego dnia w porze spotkania czwórki przychodził tam na moment sam lub jak wczoraj – posłał pomocnika. Sprawdzał, czy typy się spotykają. Na razie bezskutecznie.
Łysy się nie spieszył, ale od czasu do czasu odwracał się, przystawał, zagadywał mijanych ludzi. Sprawdza – myślał z uznaniem Ceran. To tylko utwierdzało go w przekonaniu, że sprawa jest poważna, choć na razie właściwie niczego nie odkrył. Niósł ze sobą małą sakwę, a w niej między innymi lekką pelerynę i kapelusz na przebranie. Szybka zmiana odzienia nieraz ułatwiała mu obserwację bez zwracania uwagi. Miał też kawałki materiałów, różnych kamieni. W razie czego wymyślił legendę chytrego kupca, co to handlował wszystkim, co się dało.
Podążał w pewnej odległości za swoim obiektem, który nieco przyspieszył. Już się nie oglądał, ale Ceran czuł na sobie czyjś wzrok. Nie oglądając się, skręcił w prawo, w boczną uliczkę. Szedł dalej, nie przyspieszając. Kilka kroków dalej potknął się o leżący kamień i przewrócił. Zaklął głośno i podniósł sakwę. Jednocześnie kątem oka obserwował uliczkę. Przeczucie go nie myliło. Mężczyzna już skręcił i patrząc na podnoszącego się Cerana, zatrzymał się na moment, po czym wrócił łagodnym łukiem z powrotem na poprzednią trasę, jakby tylko coś omijał na drodze. Czwarty! Na pewno on – pomyślał Ceran. Zatem Łysy idzie do gospody, a ten go dodatkowo ubezpiecza. No, no, zawodowcy. Ale trafiła kosa na kamień, też coś wiem o tym fachu. Teraz musiał zdążyć do gospody przed nimi. Dobrze, że bękart siedzi przy stoliku, będzie dodatkowe zabezpieczenie.
Ceran przyspieszył i biegiem pokonał większą część dystansu. Przed gospodą zwolnił, wyrównał oddech i wszedł do środka. Szybko rzucił okiem na stolik, przy którym siedziała ostatnio interesująca go czwórka. Teraz był zajęty przez kogoś innego.
Podszedł do swojego stałego miejsca.
– Czołem, Rokar, w porządku? – zapytał.
– Witam, panie. W porządku. Niedawno rudy usiadł przy stole, karczmarz od tego czasu co chwila zerka w stronę wejścia. – zameldował, gdy Ceran usiadł obok niego. – Coś się wydarzy?
Zamówili piwo i czekali. Dla niepoznaki Ceran wyjął swoje kamienie i położył na stół.
– Oglądaj, bo możesz takich nie zobaczyć.
– Skąd to? Magiczne? – zapytał Rokar, nieco zaskoczony.
– Jak taki połkniesz, to ci magicznie dupą wyleci – odparł.
