Obóz świętych - Jean Raspail - ebook + książka

Obóz świętych ebook

Jean Raspail

0,0

Opis

Autor 60 lat temu przewidział wydarzenia w Europie, które dzieją się na naszych oczach. Książka odważna. Niesamowicie wizjonerska i prorocza. Aż do bólu niepoprawna politycznie. I aż do bólu prawdziwa. 

W nękanych głodem i epidemią Indiach pod wpływem wystąpień szalonego filozofa, zresztą przybysza z Europy, setki tysięcy ludzi opanowują siłą statki, łodzie, barki i na oślep, niepowstrzymaną falą, ruszają ku Europie. Przypadkiem celem tej nowej wędrówki ludów staje się ojczyzna autora, ale nie o nią tu w sumie chodzi, tylko o cały zgnuśniały w dobrobycie i ogłupiały Zachód, który wobec tej nagłej inwazji okazuje się całkowicie bezradny... Raspail zdaje sobie doskonale sprawę z umowności powieściowej wędrówki ludów, z historycznych oraz kulturowych kontekstów tej kolejnej literackiej apokalipsy. Opowieść o konającej w imigracyjnych konwulsjach Francji jest zarazem opowieścią o upadku Rzymu i Bizancjum, o wellsowskich Elojach i Morlokach, o rewolucji bolszewickiej i może najbardziej - o Kościele Dni Ostatnich. To suma lęków wspólnych wymierającym cywilizacjom.

Rafał A. Ziemkiewicz

To prorocza książka z gatunku politycznej fikcji. Jej treścią jest „pokojowa inwazja” emigrantów z Trzeciego Świata na Europę. Najcenniejszą zaletą tej książki jest prezentacja spustoszeń dokonanych w zdrowej tkance narodu – zniszczeń moralnych, destrukcji wartości, degrengolady elit politycznych – wskutek polityki lewicy.

Marian Miszalski

"- Chciałem dopowiedzieć jeszcze coś innego - ciągnął Hamadura. - Bycie białym, w moim rozumieniu nie jest kwestią koloru skóry. To kwestia stanu ducha... Jeśli biali stali się czarnymi, dlaczego czarny nie miałby stać się białym? Ja dokonałem wyboru i proszę, oto jestem...

Wobec uśmiechów, które pojawiły się na osiemnastu twarzach, pan Hamadura zapomniał o powadze słów, które przed chwilą wygłosił. Tego właśnie wszyscy szukali w Wiosce. Oni mieli zagrać w komedii: umrzeć wesoło i szybko. Pozostali byli skazani na odgrywanie swoich ról w wielkiej, acz bezsensownej tragedii, która miała się ciągnąć aż do końca, aż do kresu tego nędznego świata"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 471

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Le Camp des saints

Copyright © Editions Robert Laffont, Paris 1973, 1993, 2000 Copyright © for the Polish translation by Klub Książki Katolickiej, 2005

Projekt okładki: Piotr Łysakowski Redakcjatechniczna:AgnieszkaBryś

ISBN 83-88481-62-2

Klub Książki Katolickiej Sp. z o.o. ul. Woźna 13, 61-777 Poznań

tel. 061 851 55 82 fax 061 851 55 93

e-mail: [email protected]

A gdy dobiegnie końca tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie zwolniony. I wyjdzie, by omamić narody z czterech narożników ziemi, Goga i Magoga, by ich zgromadzić na bój, a liczba ich jak ziaren piasku morskiego. Wyszli oni na powierzchnię ziemi i otoczyli obóz świętych i miasto umiłowane…

Apokalipsa św. Jana 20,7-9*

Możemy szukać razem nowego stylu życia, który uczyni możliwym zapewnienie środków do życia ośmiu miliardom istot ludzkich, jakie zamieszkiwać będą naszą planetę w roku 2000. Jeśli nie, żadna ilość bomb atomowych nie powstrzyma wielkiego napływu tych miliardów ludzi, którzy pewnego dnia wyruszą z biednych regionów śródziemnomorskich i wtargną na względnie otwarte przestrzenie półkuli północnej, poszukując środków na przeżycie.

Prezydent Huari Bumedien, marzec 1974 roku

Teraz pytanie brzmi: w jaki sposób zamierzamy ułożyć pokojowe stosunki z ważną grupą, która odtąd stanowi część państwa francuskiego, która ma prawo być tym, czym jest, bo jest to sytuacja faktyczna, którą zaakceptowaliśmy i której chcieliśmy? Jakie zamierzamy wymyślić sposoby wewnętrznego współżycia we Francji, które uczyniłyby możliwym takie współżycie w miłości i poszanowaniu wolności każdego? Jest to zadanie pokoleń, które nadchodzą.

Kardynał Jean-Marie Lustiger, kwiecień 1984

* Wszystkie cytaty biblijne za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu (Biblia Tysiąclecia), wyd. V, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2002.

WSTĘP

Nie ma dla pisarza bardziej niewdzięcznego tematu niż przyszłość. Zwłaszcza przyszłość w miarę nieodległa – trzydzieści, pięćdziesiąt lat. Jeśli przewidzi źle, jego dzieło skwitowane zostanie uśmieszkami politowania. Jeśli dobrze, może zostać podwójnie odrzucony. Najpierw przez swych współczesnych (bo trafna prognoza z zasady idzie pod prąd potocznym wyobrażeniom i trąci polityczną niepoprawnością), a następnie przez potomnych, którzy powiedzą, że wszystko to przecież już dawno wiadomo.

Na taki los naraził się Jean Raspail, wydając w roku 1973 Obóz świętych. W chwili pierwodruku powieść została odtrącona i przemilczana przez postępowe salony. Dziś bywa zaś zbywana jako może i słuszna, ale właśnie dlatego już nieciekawa publicystyka. Rzecz dzieje się na początku wieku XXI, a zabawnym smaczkiem jest fakt, że powieściowy papież nosi imię Benedykt XVI, choć ma akurat odmienne poglądy od kardynała Ratzingera.

W nękanych głodem i epidemią Indiach pod wpływem wystąpień szalonego filozofa, zresztą przybysza z Europy, setki tysięcy ludzi opanowują siłą statki, łodzie, barki i na oślep, niepowstrzymaną falą, ruszają ku Europie. Przypadkiem celem tej nowej wędrówki ludów staje się ojczyzna autora, ale nie o nią tu w sumie chodzi, tylko o cały zgnuśniały w dobrobycie i ogłupiały Zachód, który wobec tej nagłej inwazji okazuje się całkowicie bezradny. Nikt nie ma przecież odwagi wydać rozkazu strzelania do tłumów. Mieszkańcy dotkniętych inwazją terenów uciekają w panice i na oślep, z kolei na tereny te ciągną tłumy ochotników rewolucji, węszących okazję do obalenia starego świata. Media plotą o tolerancji i sprawiedliwości dziejowej, postępowi księża o zbliżającym się do Europy „milionie Chrystusów”, rodzą się z dnia na dzień rewolucyjni przywódcy i hasła, armia francuska i aparat państwowy dosłownie się rozbiegają... Aż kipi tu od ironii i charakterystycznych szczegółów – znać, że miał jeszcze Raspail przed oczami komunistyczne ruchawki na uniwersytetach w 1968 roku. Sami Hindusi prawie się w powieści nie pojawiają, autor zresztą nie ukrywa, że byli pretekstem do napisania przypowieści. Jego interesuje rozkład białej cywilizacji, która straciła wiarę oraz ducha i jako taka musi ustąpić miejsca innym. Innym, którzy nie marnując zbyt wiele energii na filozofowanie, uważają, że skoro są głodni i bezdomni, mają prawo zabrać jedzenie i żywność bogatym. Zwłaszcza że są silni i zdeterminowani, a biali słabi i tchórzliwi.

Takie streszczenie mogłoby pasować do prostej, politycznej agitki – ale kilkusetstronicowe dzieło Raspaila ma znacznie większą wagę. Autor zdaje sobie doskonale sprawę z umowności powieściowej wędrówki ludów, w rzeczywistości wszak rozciągniętej w czasie, z historycznych oraz kulturowych kontekstów tej kolejnej literackiej apokalipsy. Opowieść o konającej w imigracyjnych konwulsjach Francji jest zarazem opowieścią o upadku Rzymu i Bizancjum, o wellsowskich Elojach i Morlokach, o rewolucji bolszewickiej i może najbardziej – o Kościele Dni Ostatnich. To suma lęków wspólnych wymierającym cywilizacjom.

Łowcy sensacji nie znajdą tutaj odniesień do płonących francuskich przedmieść, ale oczywiście wydarzenia ostatnich miesięcy nadały książce nowy kontekst. I dopiero one zniosły polityczne tabu, które Raspail miał odwagę złamać już ponad trzydzieści lat temu.

Rafał A. Ziemkiewicz, „Newsweek” 01/2006

PRZEDMOWA DO WYDANIA TRZECIEGO

Obóz świętych – opublikowany po raz pierwszy w 1973 roku jest powieścią, która uprzedza zdarzenia prawdopodobne już dziś i zagrożenie, którego możliwość nie wydaje się już nikomu nieprawdopodobna: opisuje pokojowy najazd nieprzebranych rzesz mieszkańców Trzeciego Świata na Francję, a potem na cały Zachód. Na wszystkich płaszczyznach – powszechnej świadomości, działalności rządów, równowagi międzycywilizacyjnej, a zwłaszcza indywidualnego sumienia – rodzi się spóźnione pytanie: co robić? Co robić – skoro nikt nie jest gotów wyrzec się swej ludzkiej godności za cenę przyzwolenia na rasizm? Co robić skoro jednocześnie każdy człowiek i każdy naród ma święte prawo do zachowania odrębności i tożsamości w imię swojej przyszłości i przeszłości…?

Nasz świat ukształtował się pośród nadzwyczajnej różnorodności ras i kultur, które mogły się rozwijać – często osiągając najwyższą i specyficzną doskonałość – tylko wskutek koniecznej, faktycznej segregacji. Wynikające z niej konflikty – a zawsze miały one miejsce w historii – nie są konfliktami rasistowskimi ani nawet rasowymi. Są po prostu elementem składowym odwiecznego ruchu ścierających się ze sobą sił, a w tym starciu wykuwa się historia świata. Słabsze siły tracą impet, zanikają i potem znikają, silniejsi rosną w siłę, zwyciężają.

Zachodni ekspansjonizm na przykład – od czasu wypraw krzyżowych i wielkich odkryć geograficznych aż po epopeję kolonialną i ostatnie bitwy jej ariergardy – kierował się bardzo różnymi pobudkami: moralnymi, politycznymi, gospodarczymi, ale nie było pośród nich rasizmu i nie odgrywał on w tej ekspansji żadnej roli, za wyjątkiem, być może, prywatnych motywacji pewnych nikczemników. To, że Zachód najczęściej zaspokajał swoje potrzeby kosztem innych ras – a przecież wskutek tych kontaktów wiele z nich uratowało się od zagrażającego im śmiertelnego zgnuśnienia… – było jedynie konsekwencją naszej żądzy podbojów, nie zaś ich ideologicznym motywem czy usprawiedliwieniem. Dziś, gdy stosunek sił jest diametralnie odmienny i gdy stary Zachód znalazł się na tej ziemi w tragicznej mniejszości, gdy wycofuje się za coraz słabsze mury obronne, przegrywając już bitwy na własnym terenie, i gdy zaczyna słyszeć, zdumiony, głuchy szum potężnej fali napływowej, zagrażającej jego zalaniem – trzeba przypomnieć napis umieszczany na tarczach dawnych zegarów słonecznych: „Jest już później, niż myślisz”… Te słowa przywołał w związku z Obozem świętych Thierry Maulnier. Pozwolę sobie również zacytować profesora Jeffrey’a Harta z Uniwersytetu w Princeton, znanego amerykańskiego krytyka i publicystę: „Raspail nie zajmuje się problemem rasy, zajmuje się problemem cywilizacji”.

Obóz świętych jest powieścią symboliczną, niejako proroctwem pisanym w rytmie inspiracji, którą nazwałbym natchnieniem: bo jeśli którakolwiek z moich książek mi się „objawiła”, to właśnie ta. W innym przypadku, skąd, u licha, miałbym odwagę, żeby ją napisać? Po osiemnastu miesiącach katorżniczej pracy nad tą książką byłem kompletnie wyczerpany; przyglądam się swojej fotografii na obwolucie pierwszego wydania z 1973 roku: twarz wymizerowana, jakby o dziesięć lat starsza, spojrzenie człowieka udręczonego przez swoje wizje… Jednak w Obozie świętych moją prawdziwą naturę odzwierciedla humor, zdrowy szyderczy śmiech, tragizm podszyty komizmem, wesołość, która jest lekarstwem na tę apokalipsę. Zawsze twierdziłem, że – wbrew tematyce – Obóz świętych nie jest książką ponurą i jestem wdzięczny tym, którzy jak Jean Dutourd, potrafili to dostrzec: „Jeśli nasz Zachód stał się clownem, jego końcowa tragedia byłaby tylko błazeństwem – napisał. – Dlatego ta straszna książka jest w istocie tak komiczna”…

Wracając do tematu Obozu świętych: ma on charakter symboliczny, ale nie utopijny, j u ż nie utopijny. Jeśli jest tam jakieś proroctwo, to obserwujemy dziś pierwsze znaki jego spełnienia. Po prostu w Obozie świętych akcja potraktowana została tak, jak w antycznym dramacie: jest tu jedność czasu, miejsca i akcji, wszystko rozgrywa się w ciągu trzech dni na południowym wybrzeżu Francji, gdzie przypieczętowany zostaje los świata białych. Chociaż w świecie rzeczywistym proces ten jest już mocno zaawansowany i od 1973 roku przebiega dokładnie według opisanych w książce mechanizmów (boat people, radykalizacja społeczności muzułmańskiej we Francji, nasilająca się presja psychologiczna najrozmaitszych „obrońców praw człowieka”, pogłębiający się kryzys doktrynalny na tle odmiennego głoszenia Ewangelii przez odpowiedzialnych za to duchownych, fałszywa „anielskość” sumień, odmowa spojrzenia prawdzie w oczy etc.) – rozwiązanie nie nastąpi, rzecz jasna, w ciągu trzech dni, ale dokona się, to niemal pewne, po licznych konwulsjach, w pierwszych dekadach trzeciego tysiąclecia, za życia zaledwie dwóch czy trzech pokoleń. Gdy wiemy, co w naszej starej Europie znaczy dziś pokolenie, pokolenie-atrapa, podobne do atrapy rodziny i atrapy narodu, to aż się serce ściska. Wystarczy przywołać te przerażające prognozy demograficzne na najbliższe trzydzieści lat, a te, które przytaczam poniżej należą jeszcze do najbardziej optymistycznych. Otóż za trzydzieści lat pośród siedmiu miliardów istot ludzkich będzie żyć niespełna siedemset milionów białych, z których tylko trzecia część, przeważnie w mocno podeszłym wieku, będzie zamieszkiwać naszą małą Europę usiłującą stawić czoło awangardzie Trzeciego Świata: prawie czterystu milionom Arabów i muzułmanów, z których połowa nie będzie miała dwudziestu lat, czekającym po drugiej stronie Morza Śródziemnego! Czy można choć przez chwilę sobie wyobrażać – i w imię jakiej to strusiej ślepoty – że stan takiej nierównowagi będzie trwał w nieskończoność…?

To stosowny moment, by wyjaśnić, dlaczego w Obozie świętych południe Francji najeżdżają masy ludzkie znad dalekiego Gangesu, a nie znad Morza Śródziemnego. Jest kilka powodów. Jeden wynika z pewnej mojej ostrożności, a zwłaszcza z mojej odmowy uczestniczenia w fałszywej debacie o rasizmie i antyrasizmie we Francji, obecnej na co dzień w mediach, jak również z mojej niechęci do podkreślania – za cenę zaogniania sytuacji – już teraz widocznych napięć rasowych, pomijanych w tej debacie. To jasne, że mamy już u siebie tę silną awangardę, wyraźnie manifestującą chęć pozostania u nas i odmawiającą asymilacji, a za dwadzieścia lat w łonie narodu francuskiego będzie ponad trzydzieści procent tej napływowej, silnie „motywowanej” ludności. To pewien sygnał, ale tylko sygnał. Można na tym poprzestać. Można nawet toczyć na ten temat jakieś drobne spory, udając niewiedzę lub rzeczywiście nie wiedząc, że prawdziwe niebezpieczeństwo jeszcze się nie pojawiło, że jest gdzie indziej, że dopiero nadejdzie i że ze względu na rozmiar będzie już miało inną naturę. Jestem bowiem przekonany, że w skali światowej wszystko rozegra się jak na stole bilardowym, na którym zderzające się kule wprawiają się w ruch jedna za drugą, począwszy od pierwszego impulsu, który może pojawić się tu lub tam, w tych wielkich rezerwuarach nędzy, jak choćby nad brzegami Gangesu. Prawdopodobnie nie będzie to przebiegać dokładnie tak, jak to opisałem, bo Obóz świętych jest tylko przypowieścią, ale ostatecznie rezultat nie będzie całkiem odmienny, co najwyżej przybierze formy bardziej przewlekłe i łatwiej akceptowalne. Cesarstwo Rzymskie umierało podobnie, właśnie powoli, ale tym razem tlący się ogień może wzniecić gwałtowną pożogę. Powiadają, że historia się nie powtarza. To niedorzeczność. Historia naszej planety to cykl następujących po sobie spustoszeń, które pozostawiają po sobie tylko ruiny. Te z kolei zaludniają następne pokolenia, niektórym udaje się je nawet odbudować i ożywić.

Zachód bowiem jest pusty, nawet jeśli w pełni jeszcze tego sobie nie uświadamia. Ta niebywale pomysłowa cywilizacja, z pewnością jedyna, która zdolna byłaby podejmować niemal nieprzezwyciężalne wyzwania trzeciego tysiąclecia – nie ma już duszy. A tymczasem – czy to w skali narodów, ras lub kultur, czy też w skali jednostki – to dusza wygrywa zawsze decydujące bitwy. Ona i tylko ona jest tarczą ze złota i spiżu, która chroni mocne narody. Nie widzę już w nas duszy. Przyglądając się mojej ojczyźnie, Francji, jakby przebudzony ze złego snu, mam często wrażenie, że rodowici Francuzi to dziś wymierający gatunek, który w niczym nie przypomina i w żaden sposób nie zapowiadał obecnego gatunku, który pod koniec wieku – wskutek nie wiadomo jakiej tajemnicy genetycznej – przybrał sobie jego imię. Tym ostatnim wystarczy samo istnienie. Machinalnie zabezpieczają sobie przetrwanie, jak najmniejszym wysiłkiem. Pod szyldem wewnętrznej solidarności i iluzji „poczucia bezpieczeństwa” nie są już solidarni w niczym ani nawet świadomi niczego, co stanowi tę podstawową, wspólną istotę każdego narodu. Na płaszczyźnie praktycznej i materialnej, jedynej, która może jeszcze zapalić płomyk zainteresowania w ich gnuśnym spojrzeniu, tworzą drobnomieszczański naród, który opłacał, i w dobie kryzysu nadal opłaca – w imię dziedziczonego bogactwa, coraz mniej zasłużenie – milionową służbę: imigrantów! Ach, będą bać się coraz bardziej! Ta służba ma nieprzeliczone rodziny, za tymi i tamtymi morzami, a one tworzą jedną wielką głodną rodzinę, która przepełnia całą ziemię. To globalny Spartakus… Aby przywołać jeden tylko ze stu przykładów: Nigeria ma prawie siedemdziesiąt milionów mieszkańców, których kraj ten nie jest w stanie wyżywić, chociaż na zakup żywności przeznacza ponad połowę swych dochodów ze sprzedaży ropy naftowej. Na początku trzeciego tysiąclecia będzie sto milionów Nigeryjczyków, a złoża naftowe się wyczerpią.

Jednak głuchy i ślepy drobnomieszczanin jest tylko błaznem, nawet jeśli o tym nie wie. Żyjąc jeszcze jakimś cudem w swym dostatku, pośród swych „zielonych łąk Zachodu”, krzyczy, spoglądając z zawiścią na sąsiada: „Niech płacą bogaci!”. W końcu przecież dociera do niego, że ten bogaty to on sam, a ten krzyk sprawiedliwości, ten krzyk wszystkich zbuntowanych, wywrzaskiwany tysiącami głosów, skierowany jest przeciw niemu i tylko przeciw niemu, bo wkrótce już i on będzie samotny. To cały temat Obozu świętych.

Zatem – co robić?

Jestem pisarzem. Nie proponuję ani nie bronię tu żadnej teorii, systemu czy ideologii. Wydaje mi się tylko, że jedyna alternatywa, która staje przed nami, jest taka: musimy albo nauczyć się tej zrezygnowanej odwagi bycia biednym, albo znów odnaleźć w sobie tę nieugiętą odwagę bycia bogatym. W obydwu przypadkach miłosierdzie zwane chrześcijańskim okaże się bezsilne. Nadchodzą okrutne czasy.

J.R. 1985

II

Młody człowiek wszedł bezszelestnie na taras schodkami wychodzącymi wprost na uliczkę. W dżinsach, rozchodzonych adidasach, z długimi, brudnymi blond włosami, wyglądał co najmniej niechlujnie, a jego spojrzenie zdradzało chorą duszę. Reprezentował on ten dobrze znany pasożytniczy margines młodych ludzi, który Europa wydawała z siebie w setkach tysięcy podobnych osobników, tworzących w jej łonie jakby rakowatą tkankę dobrowolnego Trzeciego Świata.

– Idę stamtąd, z dołu – powiedział. – Niesamowite! Nareszcie! Czekałem na to!

– Jest pan sam?

– Na razie. Nie licząc kumpli, co już ściągnęli na wybrzeże. Ale idą też inni. Pieszo. Wszystkie świnie wieją na północ! Żaden samochód nie jedzie w przeciwną stronę. Zdechną, ale sami tego chcieli.

– Tam na dole, był pan blisko?

– Całkiem blisko, ale tylko przez chwilę. Dostałem parę razy kolbą. Jakiś oficer potraktował mnie jak śmiecia. Ale widziałem płaczących żołnierzy. I dobrze! Jutro nikt już nie pozna tego kraju. On się narodzi na nowo.

– Widział pan tych, co przybyli, na tych statkach?

– Tak.

– I sądzi pan, że jest pan do nich podobny? Pan ma przecież białą skórę. Jest pan z pewnością ochrzczony. Mówi pan po francusku, z tutejszym akcentem. Pańscy rodzice pochodzą pewnie z tej okolicy?

– I co z tego? Moja rodzina to ci tam, co właśnie dobili do brzegu. Jestem z milionem braci, sióstr, ojców, matek i narzeczonych. Zrobię dziecko pierwszej, która się nawinie, ciemnoskóre dziecko, a potem już w nikim nie będę rozpoznawalny.

– I przestanie pan w ogóle istnieć. Zatraci się pan w tym tłumie. Nawet nie zwrócą na pana uwagi.

– O to właśnie mi chodzi. Moi rodzice uciekli dziś rano, z moimi dwiema siostrami, które nagle się przestraszyły, że zostaną zgwałcone. Zwariowały ze strachu. I tak ich wszystkich dopadną. Dopadną cały świat. Nie ma sensu uciekać, to koniec. Gdyby pan widział tę scenę! Ojciec ładował buty ze swego sklepu do furgonetki, matka jeszcze je sortowała, płacząc, te droższe do samochodu, te tańsze zostawiała, siostry usiadły już na przedzie, patrzyły na mnie z przerażeniem i przyciskały się do siebie, jakbym to ja chciał je pierwszy zgwałcić. A ja się śmiałem, zwłaszcza gdy ojciec opuścił żaluzję sklepu i schował klucze. Powiedziałem mu: „Myślisz, że to cokolwiek da! Te twoje drzwi otworzę bez klucza i to zaraz jutro. A w te twoje buty naszczają albo je zeżrą, bo przecież chodzą boso!”. Spojrzał na mnie i splunął mi pod nogi. Ja splunąłem mu w oczy. I tak się rozstaliśmy.

– A pan? Po co pan przyszedł do wioski? Po co pan przyszedł do mnie?

– Kradnę. Poza wojskiem, panem i moimi kumplami, chyba nie ma nikogo już w promieniu stu kilometrów. Więc kradnę. Ale nie jestem już głodny, najadłem się dosyć. Prawdę mówiąc, nie mam wielkich potrzeb, a zresztą wszystko tu wokół jest moje. Jutro to ja ofiaruję im to wszystko. Jestem jakby królem i zrobię im podarunek z mojego królestwa. Zdaje się, że dzisiaj Wielkanoc…

– Nie rozumiem.

– Na tych statkach jest około miliona Chrystusów, którzy jutro zmartwychwstaną. I ten pański Chrystus, sam jeden… będzie skończony, on także.

– Jest pan wierzący?

– Ani trochę.

– A ten „milion Chrystusów” to pański wymysł?

– Nie. Ale nieźle brzmi, jak wszystkie brednie opowiadane przez księży. Wziąłem to zresztą od jednego z nich. Spotkałem go przed godziną. Drapałem się tu, na górę, a on pędził na dół jak szaleniec. Nie tyle stuknięty, co dziwak. Od czasu do czasu przystawał, wznosił ramiona do nieba, jak inni, tam na dole, krzyczał: „Dziękuję ci, Boże!” i dalej pędził na plażę. Zdaje się, że dołączył tam do innych.

– Jakich innych?

– Innych księży. Ale nudzi mnie pan. Nie przyszedłem tu, żeby gadać. Poza tym pan jest już tylko upiorem, co pan tu jeszcze robi?

– Wysłuchuję pana.

– Interesują pana te bzdury?

– Niezwykle.

– Jest pan już tylko zgniłkiem. Jeszcze się pan namyśla? A tu nie ma już nad czym się namyślać, myślenie też już jest skończone. Niech się pan wynosi!

– O nie, w żadnym wypadku!

– No tak! Pan i ten dom, jesteście do siebie podobni! Można powiedzieć, że jesteście tu razem od tysiąca lat.

– Dokładnie od 1673 roku – sprostował starszy pan i po raz pierwszy się uśmiechnął.

– Trzy wieki pewności dziedziczenia. Ohyda. Patrzę na pana jak na jakąś doskonałość. I dlatego pana nienawidzę. I właśnie tutaj, do pana, przyprowadzę jutro tych najnędzniejszych. Nie mają zielonego pojęcia, kim pan jest i co pan reprezentuje. Pański świat nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. I wcale nie chcą go zrozumieć. Są zmęczeni, jest im zimno, rozpalą ogień pańskimi pięknymi, dębowymi drzwiami. Obsrają pański taras i wytrą ręce kartkami książek z pańskiej biblioteki. Naplują w pańskie wino. Będą jeść palcami z pańskich pięknych cynowych mis, które wiszą tam, na ścianie. Przysiądą sobie na piętach, w kucki, i będą patrzeć, jak w ognisku płoną pańskie fotele. Zrobią sobie szaty z pańskich haftowanych prześcieradeł. Każdy przedmiot straci znaczenie, jakie pan z nim wiązał, piękne nie będzie już piękne, użyteczne stanie się śmieszne i bezużyteczne, absurdalne. Nic już nie będzie miało głębszego sensu, za wyjątkiem, być może, kawałka zapomnianego sznurka w kącie, o który, kto wie, może nawet się pobiją, demolując wszystko dookoła. Zapowiada się to wspaniale! Zwijaj pan swój obóz!

– Jeszcze tylko słówko: oni będą niszczyć nieświadomie, bezrozumnie. Ale pan?…

– Ja… bo nauczyłem się nienawidzić tego wszystkiego. Bo globalna świadomość świata wymaga, by nienawidzić tego wszystkiego. Wynoś się pan stąd! Zwijaj pan kram! Wkurzasz mnie!

– Jak pan sobie życzy.

Profesor wszedł do wnętrza domu, ale zaraz powrócił z myśliwską strzelbą w rękach.

– Co pan wyrabia? – zapytał młody człowiek.

– Zabiję pana, rzecz jasna! Ten świat, który jest moim światem nie przeżyje, być może, jutrzejszego poranka, więc mam zamiar jak najpełniej wykorzystać jego ostatnie chwile. Tej nocy chcę przeżyć drugie życie i myślę, że to drugie życie będzie jeszcze piękniejsze niż pierwsze. A że moi bliźni uciekli, zamierzam przeżyć je samotnie.

– A ja?

– Pan nie jest moim bliźnim. Jest pan moim przeciwieństwem. Nie chcę spędzić tej ważnej nocy w towarzystwie swego przeciwieństwa. Zatem zabiję pana.

– Nie potrafi pan. Jestem pewien, że jeszcze nikogo pan nie zabił.

– Zgadza się. Prowadziłem dotąd spokojne życie profesora literatury, który lubi swoje zajęcie. Żadna wojna nie potrzebowała moich usług, a zabójstwem, oczywiście bezużytecznym, zwyczajnie się brzydzę. Byłby ze mnie prawdopodobnie bardzo lichy żołnierz. A jednak sądzę, że wraz z Akcjuszem zabiłbym z radością jakiegoś Huna. A z Karolem Młotem z entuzjazmem garbowałbym arabską skórę, podobnie z Gotfrydem z Bouillon i Baldwinem Trędowatym. Pod murami Bizancjum, zanim skonałbym obok Konstantyna Dragasésa, mój Boże!, ilu jeszcze pozabijałbym Turków, zanim przyszłaby moja kolej! Jakie to szczęście, że ludzie, którzy nie znają zwątpienia, nie umierają tak łatwo! Wkrótce wskrzeszony, proszę: na przykład z krzyżakami gromię Rusinów. Noszę krzyż na białym płaszczu i wyruszam z Rodos, ze skrwawionym mieczem w dłoni, z niewielkim, przykładnym oddziałem pana de Villiers de l’Isle-Adam. A jako marynarz księcia Juana de Austria mszczę się pod Lepanto. Piękna rzeź! Potem przestają mnie używać. Może tylko w epizodach historii współczesnej – jakiś smutny żart – które zaczynają być źle postrzegane, już nawet dobrze nie pamiętam. Wszystko stało się takie brzydkie: już bez fanfar, już bez chorągwi, już bez Te Deum. Proszę wybaczyć tę pedanterię starego profesora. Oczywiście, nie zabiłem nikogo, ale te wszystkie bitwy, z którymi utożsamiam się w głębi duszy, przeżywam teraz, jestem ich jedynym aktorem, chociaż jednym wystrzałem uczestniczę w nich wszystkich. W ten sposób!

Młody człowiek runął z wdziękiem, osuwając się po balustradzie, o którą był oparty plecami, i usiadł na pięty, z ramionami opuszczonymi wzdłuż ciała, przyjmując pozycję, która byłaby mu bliska. Czerwona plama na lewej piersi powiększała się zwolna, ale potem krwawienie ustało. Umarł i kwita. W jego oczach, które profesor zamknął łagodnym gestem, kciukiem i palcem serdecznym, nie było nawet zdziwienia. Nie było fanfar, sztandarów – zwycięstwo na modłę zachodnią, równie ostateczne, jak bezużyteczne i śmieszne. W całkowitej zgodzie z samym sobą, tak słodkiej, że nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej jej doświadczył, stary profesor Calguès odwrócił się plecami od zmarłego i wszedł do domu.

III

Ze spokojem w duszy profesor poczuł ssanie w żołądku. Przypomniał sobie zaraz te stany zdrowego, wilczego głodu, zwłaszcza tego, który ogarnia człowieka po miłosnych uniesieniach, chociaż nie było mu dane doświadczyć ich wielu. Z tamtych bardzo już odległych nocy pozostały mu tylko niewyraźne wspomnienia; bez żalu. Ale bardzo dobrze pamiętał te małe uczty po nocach miłości, te cudowne posiłki łapczywie spożywane we dwoje, nawet tu, w tym domu: ciemny chleb, krojony w duże, cienkie pajdy, czarna szynka, wyrabiana na sąsiednich wzgórzach, miejscowy kozi ser, oliwki z gajów oplatających tarasami okoliczne wzgórza, morele z własnego ogrodu, tak dojrzałe od słońca, i wreszcie wino, trochę cierpkie, z kamienistych stoków. Wszystko to jeszcze obecne było w jego domu, w zasięgu ręki: ten chleb, przechowywany zawsze w skrzyni z wiekiem, na którym wyrzeźbiony był krzyż, te oliwki w wielkim słoju, ta suszona szynka, podwieszona pod belkowaniem kuchni, to wino i te sery w chłodnej, mrocznej piwniczce pod schodkami, poustawiane jak książki na półkach. I teraz sięgnął po to wszystko i rozłożył na dużym, solidnym stole. Korek od butelki opierał się przez chwilę, ale znajomy dźwięk, który wydał w końcu poddając się, napełnił cały pokój zmysłową radością. Wtedy profesorowi przyszło na myśl, że tego wieczora, raz jeszcze, odda się miłości.

Przygotował jeden duży kieliszek, żeby nim gasić pragnienie, i drugi, mniejszy, żeby smakować wino. Miał świadomość tej wykwintności i nawet oblizał wargi. Pokroił szynkę w cieniutkie plastry, ułożył je na cynowym półmisku, przystroił oliwkami, dołożył ser (na liściu winorośli) i postawił płaski koszyk z owocami, a potem usiadł przed tak przygotowaną kolacją i uśmiechnął się, szczęśliwy. Kochał. Jak każdy zaspokojony kochanek, chciał być sam z tą, którą kochał. Tego wieczora nie była to kobieta ani żadna żywa istota, ale rodzaj wyobrażenia o samym sobie, skomponowanego z niezliczonych obrazów, z którymi teraz się utożsamiał. Na przykład ten srebrny widelec, o zużytych zębach, z niemal całkowicie już zatartymi inicjałami przodka po kądzieli; osobliwy przedmiot, wynaleziony przez Zachód w trosce o godność, podczas gdy mieszkańcy Trzeciego Świata wciąż jedli palcami. Szklanki, bezużyteczne kryształy, ustawiane do góry dnem – po co? Czy należało zaprzestać tego zwyczaju, bo gdzieś w Sertão ludzie umierali z pragnienia albo dlatego, że w Indiach wpółwyschnięte studnie były wylęgarniami tyfusu? Zazdrośnicy, rogacze mogą walić do drzwi, grozić, mścić się, ale w miłości nikt się nie dzieli z innymi i śmieje się z reszty świata: świat dlań nie istnieje. Rogacze, zazdrośni o cudze szczęście nadciągają tysiącami? Znakomicie!

Profesor poustawiał kryształowe szklaneczki i zapalił lampę, aby je lepiej oświetlić: zaiskrzyły w nich gwiazdy. Spojrzał na wiejski kufer, wielki, masywny, ledwo dający się ruszyć („cztery wieki pewności dziedziczenia” – jakby powiedział tamten młodzieniec), kufer pełen poskładanej pościeli i bielizny: serwet, obrusów, prześcieradeł, powłoczek, poszewek, ściereczek, bezużytecznego lnu o starodawnym splocie; wszystko było pieczołowicie poskładane na kupki, przesycone zapachem lawendy i profesor nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek pomagał w przygotowaniu tych stosów bielizny i pościeli, które składane tu przez matkę i babkę, były przeznaczone dla biednych (ach, te poczciwe kobiety o dobrym sercu, tak dbałe o wszystko… czy niepohamowane miłosierdzie nie jest jednak grzechem wobec samego siebie?) – aby ta skrzętnie naprawiana, cerowana i nicowana bielizna i pościel mogły jeszcze komuś służyć. Potem zbytnio przybyło biednych. To znaczy – już ich nie znano. Nie byli tutejsi. Nie mieli już imion. Wszędzie było ich pełno, zrobili się przebiegli. Wdzierali się do rodzin, domów, miast. Domagali się wsparcia poprzez skrzynki pocztowe, każdego ranka zdjęcia ich biedy wypadały z kopert, stawiali żądania w imieniu zbiorowości. Wślizgiwali się wszędzie, w gazetach, w radio, w kościołach i stronnictwach widziano już tylko ich, całe narody, które nie odczuwały nawet potrzeby bielizny, ale potrzebę przekazów pocztowych i wszędzie pełno było natarczywych i rozdzierających apeli, na granicy pogróżki. Potem zrobiło się jeszcze gorzej. Oto pojawili się i w telewizji, widziano ich umierających tysiącami, ta anonimowa hekatomba stała się stałym spektaklem, z jej własnymi zawodowymi kapłanami i prezbiterami. Całą tę ziemię najechali nędzarze. Tam, gdzie wszystko dookoła budzi wyrzuty sumienia, poczucie szczęścia staje się wadą, a cóż dopiero mówić o przyjemności? Nawet w wiosce, w której mieszkał Calguès, doszło do tego, że zaofiarowanie komuś używanej, czystej pościeli – bezpośrednio, z ręki do ręki – było odbierane jak obraza. Krótko mówiąc, nikt nie czuł się lepszy, ofiarowując coś osobiście bliźniemu, przeciwnie, czuł się zawstydzony, poniżony.

Zatem profesor zamknął ostatecznie przed światem swe szafy, kufry, piwnicę i spiżarnię w tym samym dniu – pamiętał to dobrze – w którym poprzedni papież rozdał majątek Watykanu. Skarby, bibliotekę, obrazy, freski, tiarę, ruchomości, pomniki – papież sprzedał to wszystko przy aplauzie chrześcijan, z których najbardziej wrażliwi, ogarnięci jakąś epidemią zastanawiali się, czy za jego przykładem też nie powinni zostać biednymi. Gestem śmiesznym z punktu widzenia wieczności wrzucił wszystko w przepaść bez dna: uzyskana suma była mniejsza niż roczny budżet rolnictwa Pakistanu! A z moralnego punktu widzenia dał tylko dowód swego bogactwa. Trzeci Świat zaraz zresztą mu to zarzucił i stracił do niego całe zaufanie. I odtąd Jego Świątobliwość błąkał się po pałacu, opustoszałym wskutek dobrowolnego ubóstwa. Zmarł na żelaznym łóżku, w pustych apartamentach, pomiędzy stołem a trzema wiklinowymi fotelami, jak proboszcz z ubogiego przedmieścia: nie każdy bywa ukrzyżowany na oczach zebranego tłumu. Wybrano nowego papieża, mniej więcej w czasie, gdy Calguès przechodził na emeryturę. Papież zasiadł smutno na watykańskim, wiklinowym tronie, podczas gdy profesor, wracając do swej rodzinnej wioski, postanowił nie opuszczać jej już nigdy i w pełni cieszyć się należącymi doń dobrami i przysługującym mu poważaniem…

Bogu dzięki za tę soczystą szynkę, za ten pachnący chleb, za to chłodne wino! Za zdrowie starego świata i tych, którzy mają się jeszcze dobrze!

Jedząc, popijając – powoli, smakując każdy kęs, każdy łyk – starszy pan omiatał wzrokiem swą jadalnię. Zabrało mu to wiele czasu. Bo jego wzrok zatrzymywał się na każdym przedmiocie, a każde takie spotkanie było nowym aktem miłości. Niekiedy łzy napływały mu do oczu, łzy radości. W tym domu wszystko opowiadało o godności tych, którzy go zamieszkiwali: o ich poczuciu miary, umiejętności dyskrecji, skromności, upodobaniu do tradycji, którą ci ludzie potrafili sobie przekazywać, jeśli nie stracili dla niej szacunku. Starszy pan nawiedzał duchem także poustawiane w rzędach stare książki, wiejskie ławy, drewnianą figurę Dziewicy, wielkie trzcinowe fotele, deski podłogi, belki sufitu, Chrystusa z kości słoniowej udekorowanego suchym bukszpanem i setkę innych przedmiotów… Przedmioty kształtują człowieka lepiej niż gra idei i dlatego Zachód, który zaczął gardzić samym sobą, teraz stadnie wyległ na drogi, uciekając na północ, bez wątpienia przeczuwając, że jest zgubiony i że przegrał, wydzielając zbyt wiele brzydoty i podłości, niewartych trudu obrony. Może to było jakieś wyjaśnienie?

O jedenastej wieczorem dziennikarz ORTF odczytał nowy komunikat:

„Z niejakim zdziwieniem rząd przyjął wiadomość o powszechnej ucieczce ludności z południa kraju na północ. Ubolewając nad tym faktem, wobec zaistniałej sytuacji rząd nie czuje się upoważniony, by odradzać miejscowej ludności takie zachowanie. Wydane zostały ścisłe rozkazy żandarmerii i wojsku, aby przemieszczanie się ludności przebiegało sprawnie, z zachowaniem ładu, i aby nie utrudniało ono ruchów konwojów wojskowych, podążających z północy na południe kraju. W czterech departamentach nadmorskich został wprowadzony stan wyjątkowy, nadzorowany przez Jeana Perreta, sekretarza stanu i osobistego wysłannika prezydenta Republiki. Wojsko w miarę swych możliwości i w ramach rutynowych zadań ma zapewnić ochronę mienia pozostawionego przez obywateli. O północy prezydent Republiki zwróci się do narodu z uroczystym orędziem”.

I to wszystko. W społeczeństwie cierpiącym na słowotok, lakoniczność komunikatu była zastanawiająca. „Gaduły umierają w milczeniu?” – pomyślał profesor. Potem wziął jakąś książkę, nalał sobie kieliszek, zapalił fajkę i oczekiwał północy…

IV

Była to dziwna noc. Tak spokojna, że Nowy Jork nie pamiętał, by przez ostatnich trzydzieści lat przeżył równie spokojną noc. Central Park był pusty, wyludniony z tysięcy Kainów. Bez obawy mogłyby się tam bawić małe dziewczynki, blond aniołki, zaróżowione z radości, że pozwolono im wreszcie pograć w serso. Murzyńskie i portorykańskie getta spokojne jak świątynie. Doktor Norman Haller otworzył okna. Wsłuchiwał się w odgłosy miasta i nie słyszał nic. Zwykle o tej porze nocy dobiegały go przerażające dźwięki, które nazywał „symfonią piekielną”: nawoływania o pomoc, rozpaczliwe krzyki, tupot nóg, przerażające wrzaski, pojedyncze wystrzały albo strzelanina, policyjne syreny, dzikie śmiechy, kaskada tłuczonych szyb, niespokojne dźwięki klaksonu, gdy jakiś klimatyzowany cadillac, który zatrzymał się na czerwonym świetle, został nagle otoczony przez czarne sylwetki, potrząsające łomami, i potem te wszystkie: Nie! Nie! Nie! NIE! – wykrzykiwane pośród nocy, bez nadziei na pomoc i szybko dławione nożem, brzytwą, pałką, nabitą gwoździami maczugą, rękami, palcami…

Trwało to trzydzieści lat: wymowna statystyka, rosnąca z roku na rok aż po ostatnie dni, kiedy to krzywa wzrostu gwałtownie opadła i to do niemożliwego, jak się wydawało, poziomu zerowego, właśnie tej nocy! Trzydzieści lat bezsiły, ale dr Norman Haller nie czynił sobie żadnych wyrzutów! Jako socjolog i doradca władz miejskich wszystko przewidział, bardzo dokładnie, jego raporty wzbudzały zaufanie, były uczone i nieskuteczne. Żadnego remedium: białego człowieka się nie zmieni, czarnego człowieka się nie zmieni, ponieważ jeden jest biały, a drugi czarny; nie wszystko da się wymieszać jak kawę z mlekiem. Jeden nie znosi drugiego, jeden drugim pogardza. Obaj się nawzajem nienawidzą. Socjolog stwierdza to – i się bogaci. Nowy Jork dużo mu zapłacił za jego monumentalne dzieło, którego celem było zbadanie powstałych spustoszeń i zasygnalizowanie tego, co nieuniknione.

– I nic nie można zrobić, doktorze Haller?

– Nic, panie burmistrzu, przynajmniej dopóki nie zabijecie ich wszystkich, jednych albo drugich, skoro nie można ich zmienić. A może pan potrafi?

– Psiakrew, nie potrafię! Możemy tylko czekać, aż to się skończy i mimo wszystko próbować jakoś żyć…

Jakże piękny i komfortowy jest apartament Normana Hallera na dwudziestym piątym piętrze jednej z najwytworniejszych rezydencji w Central Parku! Chroniony przed tą dżunglą i odcięty od zewnętrznego świata: na dole w wielkim hallu było dwunastu uzbrojonych strażników, wszędzie detektory, niewidoczne promienie, groźne psy, dzwonki alarmowe, a garaż przypominał śluzę, zwodzony most przez fosę, zawieszony między życiem i śmiercią, między nienawiścią i miłością, wieża z kości słoniowej, stacja kosmiczna, luksusowa twierdza. Ten raport – setki stron podpisanych przez najsłynniejszego amerykańskiego socjologa – kosztował straszne pieniądze, za które dr Norman Haller zbudował sobie doskonały świat w samym oku cyklonu i z tego miejsca obserwował burzę, która miała go ogarnąć. Whisky, kostki lodu, łagodna muzyka… „Kochanie, załóż tę ulubioną, tę śliczną, króciutką, którą nazywasz jeszcze spódniczką”… Telefon: burmistrz Nowego Jorku.

– Jesteś w smokingu, Jack! Betty w wieczorowej sukni, bardziej uwodzicielska niż kiedykolwiek, tak że sam jesteś zdziwiony? Trzecia whisky? Nie chcesz nikogo widzieć? Mała uroczystość bez szczególnego powodu? Jakiś nowy pomysł?

– Zgadza się! Ale skąd to wszystko wiesz?

– Znajoma dżungla zamilkła. Biały człowiek się boi. Bogaty i samotny, jak ci się wydaje, co ma robić w swym białym dostojeństwie? Może tylko raz jeszcze celebrować swe bezużyteczne bogactwo i swą cenną samotność. Twoje zdrowie! Słyszysz, jak grzechoczą kostki lodu w mojej szklaneczce? Bakarat, Jack, i szkocka za sto dolarów! I te zielone oczy mojej żony: nigdy dotąd nie były aż tak zielone!

– Norman! Wszystko zależy od Francuzów, prawda? Myślisz, że oni będą zdolni zabić milion nieuzbrojonych przybłędów? Osobiście nie sądzę. I nowojorskie getta też w to nie wierzą. Ani te w Chicago, ani te w Los Angeles. Są jak barany prowadzone na rzeź. Potrafią już tylko słuchać wiadomości albo śpiewać i modlić się za tę nieszczęsną flotyllę w swych oszalałych kościołach. Norman, czy porwało cię kiedyś stado galopujących baranów?

– A wilk nie chce już być wilkiem, o to chodzi? Zatem rób jak ja, Jack, wypij kolejną szklaneczkę i pieść długo białą skórę swej żony. I czekaj.

V

Jeśli można odkryć jakąś logikę w powstawaniu ludowego mitu, to początków tego, co nazywamy „mitem nowego raju” należy szukać w konsulacie Belgii w Kalkucie. Niewielki konsulat, nic szczególnego, był usytuowany w starej kolonialnej willi na obrzeżach dzielnicy dyplomatycznej. Kiedy pewnego ranka się przebudził, okazało się, że pod samą jego bramą trwa coś w rodzaju cichych rozruchów. O świcie sikhijski strażnik zamknął bramę. Od czasu do czasu wysuwał przez kraty lufę swego starego karabinu, aby pierwsze rzędy oblegającego konsulat tłumu cofnęły się nieco, a że był to człowiek odważny i w dodatku nikt naprawdę nie zagrażał ani jemu, ani bramie, której pilnował – zagadywał dobrodusznie do tłumu:

– Pewnie zaraz dostaniecie jeść. Ale jak wydadzą wam ryż, musicie odejść. Nie ma na co czekać. Tak pisze na obwieszczeniu podpisanym przez pana konsula.

– Co jest na obwieszczeniu? – dopytywano się z tłumu, który nie umiał czytać. – Przeczytaj nam, prosimy.

Nie widziano nic ważnego na tym obwieszczeniu wywieszonym na zewnątrz kraty, wybrudzonym dotykiem tysięcy dłoni, pomiętym, nie przeczuwano nieszczęścia, jakie zapowiadał. Ale strażnik znał tekst na pamięć. Od tygodnia całymi dniami go recytował, niczym modlitwę, nie zmieniając ani jednego słowa:

„Na mocy królewskiego dekretu z dnia takiego to a takiego, rząd belgijski postanowił wstrzymać wszelkie obecne procedury adopcyjne na okres nieokreślony. Żadne nowe podanie o adopcję nie będzie odtąd rozpatrywane. Także wiza wjazdowa do Belgii nie będzie udzielana dzieciom w chwili wyjazdu, nawet jeśli zostały one legalnie adoptowane wcześniej niż wydany został niniejszy dekret”.

Przez tłum przebiegł szmer skargi. Wnioskując z jego natężenia, długotrwałości oraz z tego, że co jakiś czas przycichał, ale zaraz potem odradzał się jak fala w dalszych rzędach, sikhijski strażnik, ekspert od nieszczęść ludu, uznał, że od poprzedniego dnia tłum zgęstniał co najmniej dwukrotnie.

– Dalej! – powiedział, potrząsając strzelbą – Cofnąć się! Spokój! Zanim wrócicie do wiosek, dadzą wam ryż. Ale nie macie już tu wracać. Tak tu napisano.

Jakaś kobieta wysunęła się z pierwszego rzędu przed tłum i zaczęła mówić. Słuchali jej tak, jakby mówiła w imieniu wszystkich. W wyciągniętych ramionach trzymała chłopczyka, może dwuletniego, twarzyczką tak blisko kraty, że chłopczyk zezował na pręty swymi olbrzymimi oczami.

– Spójrz na mojego syna – mówiła. – Czy nie jest piękny? Czy nie jest muskularny jak na swój wiek? Ma krągłe uda i ramiona, i proste nogi. Spójrz na jego usta. Czy nie widzisz, że ma białe, równe zęby? Spójrz na niego. Nie ma wrzodów ani plam. Ma szeroko otwarte powieki, nie posklejane, nie zaropiałe. Możesz go ciągnąć za włosy, ani jeden nie pozostanie ci w ręku. Popatrz na jego członek i pośladki. To czyste dziecko. Zobacz, jaki ma płaski brzuch, wcale nie wzdęty. Mogę ci pokazać to, co wydala, i nie zobaczysz tam ani krwi, ani robactwa. Bo mój syn jest bardzo zdrowy, tak jak tego żądano w tych papierach. Po to go żywiliśmy. Gdy się urodził, uznaliśmy, że jest dorodny i postanowiliśmy, że będzie szczęśliwy i bogaty – tam. Więc karmiliśmy go tak, jak kazano w ambulatorium. A jego dwie siostry umarły. Były starsze, ale słabowite, a on był ciągle głodny i pięknie wyrósł: ten mały jadł za trzech! A teraz mi mówisz, że karmiliśmy go na nic i że jego ojciec także niepotrzebnie umarł przy pracy na polu ryżowym, i że ja, jego matka, mam go nadal żywić, choć sama jestem głodna i teraz moja kolej się najeść, bo ten mały, zdrowy człowiek, mój syn, nie jest już moim synem. Ma rodzinę, która czeka na niego po drugiej stronie ziemi. Tak jest napisane na medalionie, który mu przysłali, a który nosi na szyi. Zobacz! Mówię prawdę! On należy do nich. Weź go i zanieś go im. Ja go już nie chcę. Oni obiecali. Zrobiłam, czego żądali, a teraz jestem tak zmęczona…

Setka innych kobiet wysunęła się z tłumu, unosząc w wyciągniętych rękach swoje dzieci. W większości śliczne dzieci, wykarmione kosztem ciał swych matek: bladych, wycieńczonych, jakby pępowina nie została jeszcze odcięta. Za pierwszym rzędem napierały setki innych matek, trzymając przed sobą lub popychając setki innych dzieci, kandydatów do adopcji – do raju. Obwieszczenie władz belgijskich żadną miarą nie zniechęciło przybywających, przeciwnie, zwielokrotniło ich szeregi. Człowiek wyzuty ze wszystkiego jest nieufny wobec wszelkiej pewności: doświadczenie go nauczyło, że jest z niej na zawsze wyłączony. Gdy szansa niknie, wyłania się mit i wzbiera nadzieja – właśnie wtedy, gdy znika pewność. Mieli więc nadzieję, tysiące nieszczęsnych, stłoczonych przed kratą bramy konsulatu miało taką samą nadzieję, jak chytry sprzedawca owoców rozłożonych na straganie: na wierzchu układa najpiękniejsze, najbardziej świeże i dorodne; pod spodem, jeszcze widoczne – te drugiego sortu, prezentujące się jako tako, jeśli nie przyglądać się zbyt uważnie; a pod tą cienką warstwą, na spodzie – owoce nadgniłe, pogniecione, poobijane, zepsute od środka albo nadjedzone z zewnątrz przez robactwo.

W ostatnim szeregu tłumu ożywiły się te, co trzymały nie nadające się do sprzedaży potworki. Zawodziły głośniej niż inne, bo ich nadzieja nie miała granic. Przepędzane dzień po dniu były pewne, że raj tak dobrze chroniony jest wart oblegania i szturmowania choćby to miało trwać całe życie. Wtedy, gdy krata była jeszcze otwarta, udawało się czasem, bardzo rzadko, ale jednak przepchnąć takiego potworka. Postęp, krok ku zbawieniu, nawet jeśli ten sikh tarasował strzelbą drzwi do gabinetu konsula. A gdy się udało, to ożywiało nadzieję, rozbudzało marzenia, w których tryskające miodem i mlekiem fontanny spływały ku rybnym rzekom, opływającym żyzne pola, porośnięte samorodnymi uprawami aż po horyzont, gdzie baraszkowały te szczęśliwe potworki. Mity swą popularność zawdzięczają prostym ludziom. Wysłuchiwano natchnionych gaduł, dawano im wiarę, a potem już każdy wyrabiał sobie własne, szalone wyobrażenie Zachodu. W naznaczonej głodem Kalkucie „każdy” oznacza: mnóstwo. Może to jest jakieś wyjaśnienie?

W ostatnim rzędzie tego tłumu, za ostatnimi kobietami, jakiś wysoki mężczyzna, półnagi parias, potrząsał czymś ponad głową, jak sztandarem. Z zawodu zwijacz krowiego łajna, ugniatacz zwierzęcych ekskrementów, formierz brykietów z gnoju, koprofag w chwilach głodu, trzymał w cuchnących dłoniach coś, co ledwo przypominało żywą istotę: zamiast nóg dwa kikuty, wielki, zdeformowany tułów i głowa bez szyi jak dodatkowy, trzeci kikut, zakończony łysą czaszką, przewierconą dwoma otworami oczu i jednym otworem bezzębnych ust. Oczy tej istoty żyły i spoglądały prosto przed siebie, wysoko ponad tłumem; bez żadnej reakcji, gdyż było w nich życie, ale nie było żadnego ruchu, prócz tego ruchu w górę i w dół, który nadawał im parias, potrząsając swym potworkowatym dzieckiem. To właśnie spojrzenie, tych oczu bez powiek, przykuło wzrok konsula, zahipnotyzowanego okropnością tego widoku, gdy podszedł do kraty, żeby oszacować liczebność tłumu i ocenić sytuację. Nie spojrzał już na tłum, lecz zamknął oczy i zaczął krzyczeć:

– Nie ma ryżu! Nie ma wiz! Niczego nie ma! Idźcie sobie stąd, wszyscy!

Gdy wycofywał się do konsulatu, ugodził go w czoło kamień i pojawiła się strużka krwi. Oczy potworkowatego dziecka się ożywiły, a ruchem kadłubkowatego tułowia na swój sposób podziękował ojcu. Był to jedyny akt wrogości. Ale strażnik mleka i miodu, kuśtykając do budynku konsulatu i przyciskając dłoń do skroni, wydał się nagle tłumowi słabym obrońcą świętych bram Zachodu. Jeśli się poczeka, czyż osłabiony nie wypuści kluczy z rąk? Może to jest jakieś wyjaśnienie?

Sikh wycelował strzelbę w tłum. Sam gest wystarczył: wszyscy przysiedli na piętach. Spokojny odpływ morza zapowiada następnego dnia wysoką falę.

VI

– Litość! – powiedział Konsul – Żałosna, obrzydliwa litość! Mówicie: miłosierdzie, solidarność, powszechne współczucie, ale kiedy tak na was patrzę, dostrzegam u każdego z was tylko pogardę dla samych siebie i dla tego wszystkiego, co reprezentujecie. A więc co to właściwie znaczy i dokąd to nas prowadzi? Trzeba być szaleńcem albo zrozpaczonym, trzeba być wykolejeńcem, żeby godzić się, jak wy się godzicie, na cały łańcuch konsekwencji tej waszej usłużnej litości!

W swoim biurze konsul z zabandażowanym czołem stawiał czoło dziesięciu postaciom siedzącym sztywno na drewnianych krzesłach niczym figury apostołów z kościelnych frontonów. Te siedzące sztywno figury miały pewne cechy wspólne: białą skórę, wychudzone oblicza i prostotę stroju (szorty lub płócienne spodnie, koszulki w kolorze khaki, sandały), a zwłaszcza niepokojącą głębię spojrzenia, znamionującą proroków, jasnowidzów, dobroczyńców, fanatyków, męczenników, nawiedzonych zbrodniarzy, dziwaków czy po prostu tych wszystkich, którzy cierpią na rozdwojenie jaźni, bo źle się czują we własnej skórze. Był między nimi biskup, ale ktoś, kto go nie znał, nie odróżniłby go od lekarza z misji czy laickiego idealisty, którzy byli tam również. Trudno było także rozpoznać wśród nich ateistycznego filozofa i niegdysiejszego pisarza katolickiego, renegata nawróconego teraz na buddyzm, dwóch liderów tej niewielkiej grupki. Wszyscy milczeli.

– Posunęliście się za daleko – mówił dalej konsul – i zrobiliście to świadomie, bo głęboko się zastanawiacie nad tym, co robicie. Czy wiecie, ile dzieci posłaliście już do Belgii? Nie mówię o całej Europie, w której co światlejsze kraje zamknęły granice wcześniej od nas. Czterdzieści tysięcy przez pięć lat! Liczyliście na wrażliwość, którą wyłudziliście od porządnych ludzi w naszym kraju, wmawiając im jakieś winy, wzbudzając u nich wyrzuty sumienia, aby nagiąć ich chrześcijańskie miłosierdzie do waszych dziwacznych zachcianek i wpędzając naszą dobrze prosperującą klasę średnią w poniżające kompleksy. Czterdzieści tysięcy! Francuscy Kanadyjczycy nie byli liczniejsi w połowie osiemnastego wieku. Stworzyliście w samym sercu naszego świata problem rasowy, który go zniszczy i taki jest wasz cel. Żaden z was nie ma poczucia dumy ze swej białej skóry i jej znaczenia.