Któż pamięta ludzi z Ziemi Ognistej? - Jean Raspail - ebook

Któż pamięta ludzi z Ziemi Ognistej? ebook

Jean Raspail

0,0

Opis

Dotarli na kraniec świata po wędrówce tak długiej, że nie pozostało po niej nic prócz strzępów snów i lęku. Nazywali siebie po prostu Ludźmi. Przemierzając kontynenty i wieki, cofali się przed innymi ludami, aż znaleźli się tam, gdzie ziemia rozpada się na wyspy, a morze wdziera się w ląd wąskimi kanałami. W tej surowej przestrzeni, pomiędzy lodem, wiatrem i wodą, próbowali żyć poza zasięgiem obcych spojrzeń.

Był to świat rządzony innymi prawami - bez miast, bez trwałych siedzib, bez historii zapisywanej słowami. Czas płynął tu inaczej, a pamięć była krucha i nietrwała jak ogień rozpalany na brzegu. Ludzie ci żyli blisko morza, w nieustannym ruchu, podporządkowani rytmom natury, które dawały życie i odbierały je bez ostrzeżenia.

W opowieść o ich losie wkracza Historia: wielkie wyprawy morskie, mapy rysowane z daleka, obce statki pojawiające się nagle u wybrzeży. Zderzenie tych dwóch porządków - świata, który nie potrzebował nazw, i świata, który chciał wszystko nazwać - staje się osią tej książki. To spotkanie nie przynosi zrozumienia, lecz pogłębia dystans, który od początku istniał między nimi.

Któż pamięta ludzi z ziemi ognistej to książka o znikaniu bez świadków, o przemocy wpisanej w sam akt odkrywania i o pamięci, która nie znajduje dla siebie miejsca w oficjalnych dziejach. Jean Raspail splata elementy mitu i historii, tworząc opowieść surową, przejmującą i pozbawioną złudzeń. To głos oddany tym, którzy znaleźli się na marginesie świata - i pozostali tam na zawsze.

 

Książka ta jest powieścią. Napisałem ją na podstawie świadectw historycznych, osobistych poszukiwań i różnorakich hipotez. Całkowity brak współczesnej wrażliwości ze strony wszystkich, w szczególności Darwina, którzy w przeciągu pięciu wieków mieli okazję zetknąć się z Alakalufami, ich niezdolność do wejścia w skórę kogoś „innego" zaprowadziły mnie właśnie do powieści. Był to jedyny sposób, by sercem i wyobraźnią oddać sprawiedliwość ludowi, którego nikt nigdy nie wysłuchał. (...)

Muszę również podkreślić pewien fakt: w 1951 roku, podczas jednej z podróży do Ziemi Ognistej, przekraczając Cieśninę Magellana, widziałem przez godzinę, poprzez śnieg i wiatr, jedno z ostatnich czółen Alakalufów. Nigdy go nie zapomnę. Jest to zawsze ta sama scena, opisana przez różnych podróżników – Byrona, Bougainville'a, Dumont d'Urville'a, admirała Barthesa i samego José Emperaire'a. Prześladowała mnie, zwłaszcza w Grze w króla i w dwóch innych moich książkach. Wreszcie tym razem wyrzucam ją z siebie, nadając jej – mam nadzieję – prawdziwą wielkość, na miarę wieczności, w której spoczywa obecnie ten lud. Owo spotkanie na skrzyżowaniu czasów stanowi fundament mojej książki: kilka żagwi wewnątrz łodzi, by móc ponownie ożywić ogień, dwie kobiety w łachmanach, jedno smutne dziecko, trzej wioślarze o wejrzeniu z zaświatów... Zmierzenie przepaści, jaka dzieliła mnie od tych nieszczęśliwców, właśnie mnie do nich zbliżyło.

Jean Raspail


Jean Raspail (1925-2020), pisarz i podróżnik. Przez lata Konsul honorowy Królestwa Patagonii, którego historię opisał w powieści Ja, Antoni de Tounens, król Patagonii, za którą otrzymał nagrodę Grand Prix Akademii Francuskiej; Pośród licznych innych nagród jest laureatem Nagrody Chateaubrianda, Jeana Giono, T,S. Eliot Award w Chicago i Literackiej Nagrody Wartburga; z jego dzieł powieściowych i reportaży do najważniejszych należą: proroczy Obóz świętych, Oczy Ireny, Siedmiu jeźdźców, Pierścień Rybaka, Miłosierdzie, Na królewskim szlaku oraz rojalistyczne Sire i Król zza morza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 319

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:

QUI SE SOUVIENT DES HOMMES

Copyright © Éditions Robert Laffont, Paris, 1973, 1993, 2000, 2011 through arrangement with Renata de La Chapelle Agency

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Dębogóra, 2025

Tłumaczenie:

Marek Puszczewicz

Projekt okładki:

Piotr Łysakowski

Redakcja techniczna:

Piotr Białecki

Korekta:

Justyna Jagódka

ISBN 978-83-67316-96-5

Wydawnictwo Dębogóra

ul. Dąbrówki 7

62-006 Dębogóra

e-mail: [email protected]

tel. 509731913

WWW.DEBOGORA.COM

Pamięci José Emperaire’a, etnologa, który wiedział wszystko, co tylko można wiedzieć oAlakalufach, który ich kochał iszanował, izaginął nagle 12 grudnia 1958 roku wjednej zgrot wCieśninie Magellana, gdzie ze szczątków sprzed stu wieków usiłował zrekonstruować historię tego pogardzanego ludu

Pamięci Annette Laming-Emperaire, jego żony, zmarłej w1977 roku, która kontynuowała dzieło swojego męża

J. R.

Słowo wstępne dla Czytelników

Książka ta jestpowieścią.

Napisałem ją na podstawie świadectw historycznych, osobistych poszukiwań iróżnorakich hipotez. Całkowity brak współczesnej wrażliwości ze strony wszystkich, wszczególności Darwina, którzy wprzeciągu pięciu wieków mieli okazję zetknąć się zAlakalufami, ich niezdolność do wejścia wskórę kogoś „innego” zaprowadziły mnie właśnie do powieści. Był to jedyny sposób, by sercem iwyobraźnią oddać sprawiedliwość ludowi, którego nikt nigdy niewysłuchał.

Z wyjątkiem José Emperaire’a. Ten poszukiwacz zMuzeum Człowieka poświęcił Alakalufom swoje życie. Zmarł też równie zapomniany jak ów lud, którego sekret przeniknął. Jego książka wydana przez Gallimarda w1955 roku pod tytułem Nomadowie morza nigdy nie ukazała się ponownie, nawet wwydaniu kieszonkowym. Wydaje mi się, że brak ten jest równie godny ubolewania, jak godny ubolewania byłby brak książek Soustelle’a, Lévi-Straussa czy Alexandry David-Néel.

Muszę również podkreślić pewien fakt: w1951 roku, podczas jednej zpodróży do Ziemi Ognistej, przekraczając Cieśninę Magellana, widziałem przez godzinę, poprzez śnieg iwiatr, jedno zostatnich czółen Alakalufów. Nigdy go nie zapomnę. Jest to zawsze ta sama scena, opisana przez różnych podróżników – Byrona, Bougainville’a, Dumont d’Urville’a, admirała Barthesa isamego José Emperaire’a. Prześladowała mnie, zwłaszcza wGrze wkróla1iw dwóch innych moich książkach. Wreszcie tym razem wyrzucam ją zsiebie, nadając jej – mam nadzieję – prawdziwą wielkość, na miarę wieczności, wktórej spoczywa obecnie ten lud. Owo spotkanie na skrzyżowaniu czasów stanowi fundament mojej książki: kilka żagwi wewnątrz łodzi, by móc ponownie ożywić ogień, dwie kobiety włachmanach, jedno smutne dziecko, trzej wioślarze owejrzeniu zzaświatów… Zmierzenie przepaści, jaka dzieliła mnie od tych nieszczęśliwców, właśnie mnie do nichzbliżyło.

Na przestrzeni swojej długiej historii Alakalufowie nosili różne imiona, lecz nikt przed José Em­peraire’em nie wiedział, jak określali siebie samych: Kaweskarowie – „Ludzie”. Posądzono ich, że nie mają prawdziwej mowy iporozumiewają się jedynie onomatopejami. Wrzeczywistości posiadali bardzo bogaty język, wktórym – co było tragiczne – brakowało jedynie słów wyrażających szczęście ipiękno. Żeby nie znużyć Czytelnika, niezwykle oszczędnie odwoływałem się do ich słownictwa, zebranego przez José Emperaire’a. Żaden słowniczek nie jest potrzebny. Wtych rzadkich słowach, które od nich zapożyczyłem, chciałem znaleźć jedynie muzykę duszy, dziś definitywniezagubioną.

Tym zmoich katolickich Czytelników, którzy mogliby być zaszokowani rozdziałem poświęconym misji salezjańskiej na Wyspie Dawsona, powiem – bolesne to iprawdziwe – że miało tam miejsce całkowite rozejście się Alakalufów: zcywilizacją oraz zobjawieniem płynącym zEwangelii. Misja katolicka na Wyspie Dawsona pozostanie jedną zprzyczyn determinujących zniknięcie Alakalufów. Nie wierzyli oni wboga dobrego imiłosiernego, aon kazał im za to zapłacić. Ponieważ jest mi ciężko się ztym pogodzić, wymyśliłem inne rozwiązanie: Bóg jest faktycznie jedną zpostaci tejpowieści.

J. R.

1 Zob. J. Raspail, Gra wkróla, tłum. B. Biały, Dębogóra2023.

I. Człowiek iczółno

Bóg, który widzi wyspę zwysokości niebios, wie, że chwila nadchodzi. Jego wzrok przeszywa chmury, czarne iwściekłe obłoki pędzone przez sztormowy wiatr, nieprzeniknione płachty śniegu igradu, spowijające ten zakątek ziemi. Jest godzina trzecia po południu. Małe czółno prześlizguje się ztrudem wgłębi długiego kanału opionowych, lodowych ścianach. Włodzi samotny mężczyzna, prawie nagi, ztwarzą ociekającą potem iwodą, skurczony na ławeczce, zwiosłami wdłoniach. Na dziesiątki mil wokoło nie ma żywegoducha.

Od garstki wieków zaledwie wyspa nazywa się Santa Inés. Pokryta jest lodowcami, które łamią się iwpadają do morza zhałasem jakby zwiastującym koniec świata. Gąbczaste masy bronią dostępu do wyspy. Jej kontury są niewyraźne. Pokryta jest kanałami wkręcającymi się pomiędzy góry jak macki ośmiornicy. Jej lasy to świat pełen wody, gdzie wielkie, gnijące buki tworzą monstrualną pianę obarwie śmierci. Bóg to wie: na tej wyspie nic nie dzieje się wedle praw życia, lecz wszystko wedle praw śmierci. Mężczyzna włodzi wie to również. Wjęzyku jego ludu od tysięcy lat wyspa nosi inne imię, prawdziwe. To Katwel – „Zabójczyni”. Obcy nie zapuszczają się tutaj. Cóż mogliby tam znaleźć owi chciwcy? Ostatnie wieloryby odpływają na pełne morze, anawet wielkie, futrzaste psy morskie omijają Katwel najeżoną skałami, które wkanałach są śmiertelnymi pułapkami. Nikt więcej nie ujrzał statków białych ludzi, którzy tutaj zaginęli. Katwel nie oddaje rozbitków ipowoli trawi ich trupy. Jedynie od czasu do czasu znajdowali na niej schronienie inni ludzie iinne łodzie, ukrywający się przed obcymi, którzy sprowadzalinieszczęście.

Byli to Kaweskarowie: „Ludzie”.

Przed czasami obcych, którzy nazwali ich Alakalufami lub nawet Peszerejami, oni sami nie mieli dla siebie innej nazwy. Przez tysiąclecia samotnie żyli na łonie owego wodnego labiryntu, nie domyślając się obecności sobie podobnych istot poza wyspami imnożącymi się wnieskończoność kanałami. Na wschodzie, zachodzie ipołudniu trzy rozwścieczone oceany. Ponad ich głowami zawsze czarne, nisko zawieszone niebo isieć okrutnych wiatrów. Nie mieli innej świadomości świata. Stały ląd, poza zasięgiem procy strzeżony przez złe duchy, nie był im przychylny. Góry przerażały. Jedynie woda była ich żywiołem. Przechodzili zwyspy na wyspę, zplaży na plażę, ograniczając się niemal znabożeństwem do wąskiego paska wybrzeża, kiedy ich stopy dotykały ziemi. Czółno, by się przemieszczać, żagwie, by chronić ogień, focze skóry, by wznieść szałas – to byłowszystko.

Wielkie łodzie unosiły dziesięć osób: całą rodzinę ikilkoro samotnych dla uzupełnienia tej liczby. Ojciec był wodzem, aponad nim nie było już innego wodza. Nie tworzyli narodu. Nie stanowili nawet ludu. Zaledwie klany, to znaczy sumę rąk niezbędnych do sterowania łodzią. Ile czółen było niegdyś? Któż to wie… Może setka. Opływając jakąś wyspę, czasami się spotykali. Porozumiewali się sygnałami dymnymi. Wniektórych lepiej osłoniętych kanałach służących jako miejsca spotkań bądź przy okazji wielorybich festynów, kiedy jedno ztych monstrów padło, spotykało się kilkanaście łodzi. Na dzień lub na miesiąc samotność zostawała przerwana. Każdy, patrząc na innych, tych zsąsiednich łodzi, czuł się wreszcie mniej samotny iwszyscy mówili językiem Ludzi. Wymieniano nowiny, kompletowano załogi wrytmie śmierci inarodzin. Mężczyźni wybierali kobiety, po czym się rozjeżdżano. Spuszczano czółna na wodę iflotylla pierzchała. Takie było przeznaczenie. Należało bez przerwy poruszać się, przemieszczać, opuszczać najbardziej gościnne miejsca, bo Ayayemaczuwał.

Duch zła: Ayayema. Bóstwo złośliwe ipotężne. Uparty prześladowca. Ten, który od czasów pierwszego człowieka ścigał Kaweskarów swym przekleństwem, ażaden inny, dobroczynny duch nie objawił się na łonie bezkresnej nocy, by otoczyć swym ochronnym płaszczem egzystencję tych nieszczęśników. Wpamięci Ludzi nigdy nie było miejsca na wspomnienie dobrego boga. Najmniejszego ducha dobroczynnego czy choćby współczującego. Żadnej nadziei wzaświatach. Żadnej miłosiernej ręki błogosławiącej poprzez chmury. Bóg tak chciał, lecz Kaweskarowie otym nie wiedzą. Nie znają swej misji na tej ziemi. Zagubieni, opuszczeni, skazani na tułaczkę po najbardziej opustoszałych zakątkach, całkowicie niezmienni przez tysiąclecia od czasów paleolitu, pozostawieni ustóp iluzorycznej drabiny, gdzie wszystkie ludy wspięły się na różne poziomy, są jednak ludem wybranym. Bóg nigdy nie wybrał sobieinnego.

I Bóg, który patrzy na ostatniego Kaweskara walczącego wostatniej łodzi zżywiołem, by dostać się na małą, kamienistą plażę, gdzie spędzi noc, wybrał mu już miejsce, pierwsze, wtej krainie, co zowie sięrajem.

Pierwsze miejsce. Przed wszystkimi. Przed tysiącami tysięcy ludów na ziemi. Czas wkrótce siędopełni…

Łódź tej wielkości io tym ciężarze mogłoby wyrwać ze szponów wiatru williwa, który nadciąga isyczy wściekle, wirując jak szalony pomiędzy ścianami kanału, czterech wioślarzy zczterema wiosłami. Mieliby ręce zakrwawione, piersi zdławione przyspieszonymi haustami lodowatego powietrza, lecz przynajmniej metr po metrze zbliżałaby się zbawienna plaża. Było ich czterech, było ich ośmiu, nie takdawno…

Poprzez śnieg imżawkę człowiek włodzi obserwuje brzeg. Ocenia odległość, która go od niego oddziela, ismagany gradem iwichrem zbiera swe ostatnie siły. Gra na razie jest wyrównana, dopóki nie wtrąci się Ayayema. Wtej gmatwaninie martwych roślin broniącej dostępu do wyspy nie znajdzie innego przystępnego brzegu prócz tego, który dostrzegł wmroku pomiędzy dwoma skalistymi przylądkami otoczonymi pianą: to jedyny uśmiech Santa Inés. Ostatnia szansa, jaką daje Katwel… Jeśli nie dotrze do tej plaży, człowiek będzie stracony. Gdy porwie go williwa irzuci pod prąd, zostanie pociągnięty wnoc, wstronę Furii Zachodnich, które są morderczymi skałami, tkwiącymi jak noże przed bramami Oceanu Południowego, gdzie także czyhaAyayema.

Człowiek wiosłuje zapamiętale. Było ich czterech, było ich ośmiu… Stworzył ztego pieśń nadającą rytm uderzeniom wioseł opowierzchnię wody. Wgłębi łodzi leżą wrzędzie pozostałe, niepotrzebne wiosła. Mężczyzna jestsam.

Dziesięć lat temu opuścił go Taw. Był to jego ojciec, muskularny starzec, który nie ustępował nigdy przed żadnym williwa. Taw również nigdy nie żebrał, płacił towarami za to, co otrzymywał zwielkich statków, które pływały jeszcze nieco bardziej na północ, uujścia kanału Barbara, przechodząc przez wielką cieśninę. Taw, Lafko ikilku innych wjednej łodzi uciekli zPuerto Edén, jednostki wojskowej nad Kanałem Messiera, gdzie ostatni bracia zich rasy umierali od chorób iz przygnębienia, pokryci wrzodami, plujący krwią, ze szklistym spojrzeniem. Taw zmarł na stojąco podczas nawałnicy, wydawszy głośny okrzyk. Jego ciało straciło równowagę, runęło za burtę iporwał je Ayayema. Wówczas Lafko objął dowództwo nad łodzią. Lafko to imię samotnego człowieka. Lafk bądź Lafko znaczy „dzień” wjęzyku Kaweskarów. Ayayema nie cierpi dnia. Jego wspólniczką jest noc. Lafko to dobre imię przeciwko Ayayemie. Ojciec Tawa nazywał się Lafko, aprzedtem – ojciec jego ojca. Awcześniej – Lafko tego już nie wie. Powiedziano mu po prostu, że tak było zawsze. Pierwszy zKaweskarów, który wyruszył wdrogę oświcie tysiące lat temu, uciekając przed Ayayemą, również nazywał się Lafko, ajego pierworodny – Taw.

Yerfa była jego matką. Przeżyła wiele zim. Jej czarne włosy poszarzały, znacząc ją piętnem śmierci. Lecz ona nie umierała. Pomarszczonymi rękami osparaliżowanych palcach pchała wiosła jak mężczyzna. Aż do ostatniego dnia swego życia nurkowała pomiędzy skałami, by zbierać szponiastymi dłońmi kiście małży cholgas. Te, które wyciągała, zawsze były większe ismaczniejsze od innych, gdyż schodziła na dwadzieścia stóp pod powierzchnię wody iobywała się bez oddychania dłużej niż pozostałe kobiety złodzi. Pewnego dnia nie wypłynęła. Ayayema czekał na nią wgłębinie. Odłożono jej wiosło, które już nie było potrzebne. Spalono jej focze okrycie. Stało się to osiem lat temu. Lecz ona błąka się ciągle gdzieś wsnach.

Gdyż sny Lafka są zaludnione. Wnocy, kiedy Wauda go nawiedza, budzą go własne jęki. Wauda łowiła źle, była wątła, często ją bił, ale dała mu dwoje dzieci. Jej twarz oregularnych rysach miała łagodność księżyca. Nie mógł usnąć, jeśli nie położył dłoni na jej brzuchu. Pewnego poranka, na zakręcie kanału na południe od wyspy Clarence, którą Kaweskarowie nazywają Wyspą Cierpień, czółno Lafka ścigały trzy duże łodzie loberos2prowadzone przez brodatych mężczyzn, którzy krzyczeli, że potrzebują kobiety. Kanał rozbrzmiewał ich okrutnymi wrzaskami iregularnym warkotem silników, które powracały echem odbitym od skał. Przez lornetkę, czarną igroźną jak lufa strzelby, jeden znich nie spuszczał wzroku złodzi iWauda okryła piersi połą swej narzutki. Później mężczyzna powiedział: „Kupuję tę kobietę” iWauda ukryła się na przodzie łodzi jak umierający ptak. Yannoek iKyewa oraz dwaj synowie Lafka, niemający jeszcze dziesięciu lat, ze wszystkich sił naparli na wiosła. Pościg był krótki. Brodaczom wystarczyło się nachylić, by porwać jak tobołek wyrywającą się Waudę. Jej okrycie się rozdarło. Porwali ją nagą ipchnęli wgłąb swojej łodzi. Do czółna rzucili papierosy, puszkę herbaty, butelkę, drugą puszkę zardzewiałych gwoździ – cena kobiety alakalufskiej na łodzi loberos. Było to pięć lat temu. Wauda nigdy nie powróciła. Wsnach Lafka ma ona usta pomalowane na czerwono, atwarz pokrytą białym pyłem. Jej ciało wydziela odór śmierci będący zapachem białych ludzi. Lafko nie chce znaleźć jej tam, dokąd uniósł ją Ayayema, ale sen powraca każdejnocy.

Yannoek był równie słaby jak Wauda, jego siostra. Lecz serce miał harde iduszę nieulękłą. Wburzowe dni stawał włodzi, by swym wątłym szkieletem mocniej napierać na długie wiosło. Wraz ze swym psem łowił wydry morskie, które zabijał jednym ciosem kija, nigdy żadnej nie chybiwszy. Znał stare pieśni – tę oszczurze, tę opająku, ofoce ryczącej na skałach io Palpalu, papudze. Później pewnego dnia poddał się. Nagle przestał śpiewać. Żywe igorące spojrzenie przygasło iKyewa, która była jego żoną, nie słyszała już od niego ani słowa. Lafko doprowadził czółno aż do osłoniętej plaży na Wyspach Karola wCieśninie Magellana, wpołowie drogi pomiędzy dwoma oceanami. Wyspy te Chilijczycy nazywają Carrera, aKaweskarowie Tchas – „Wymiana”, gdyż tu mieszają się wody obu potężnych mórz. Tam przeczekali dwa miesiące. Kiedy przybył szary okręt pod chilijską banderą, zepchnęli łódź na wodę iruszyli za nim. Litościwy okręt zastopował. Marynarze wbiałych beretach rozwinęli sznurową drabinkę. Zmostka spłynął przyjazny głos: „Powiedzcie, czego wam trzeba, aspróbujemy wam todać”.

– Puerto Edén? – krzyknąłLafko.

– Właśnie tam płyniemy – odrzekł mężczyzna wczapce zezłoceniami.

Głos oficera nie oznajmiał tego wesoło. WPuerto Edén wymierały resztki klanów alakalufskich. Nie umierali zgłodu. Rząd chilijski, choć nieudolnie, czuwał nad nimi. Jeden po drugim, pośród długiej nocy własnych wspomnień, gaśli zrozpaczy. Zmarłych nikt nie zastępował. Nie rodziły się im już dzieci; wiedzieli, że są skazani, imieli świadomość, iż wświecie żywych zabrakło już dla nich miejsca. Ponownie połączyć się ztymi umierającymi znaczyło przestaćwalczyć.

– Ilu tym razem? – zapytał smutnieoficer.

– Troje – odparł marynarz, utrzymując równowagę na sznurowejdrabince.

Pomagał Yannoekowi przekroczyć płynną granicę oddzielającą czółno od pierwszego szczebla drabiny. Kyewa również przeskoczyła. Przyciskała do siebie ciche niemowlę uczepione jej wątłejpiersi.

Wiatr, który przedtem złagodniał, zerwał się, przynosząc wporywach ciężki, lodowaty deszcz. Lafko spojrzał na swych dwóch synów, Tawa iTonka. Rzekł im: „Ruszajcie”. Taw odparł: „Nie”. Tonko wstał inie odwracając się, schwycił dłoń, którą wyciągał ku niemu marynarz, by przejść ponad stuwiekową przepaścią. Wdeszczu zacierającym kontury łódź się oddaliła, astatek ruszył powoli wswoją drogę. Skostniały, przemoczony aż do suchej nitki, zasmucony oficer długo kontemplował szare morze, gdzie ostatnie czółno wędrownych Alakalufów dobrowolnie umykało wstronę początkuczasu.

Było ich czterech, było ich ośmiu… Pozostało zaledwie dwóch. Działo się to roktemu.

O Tonku, swoim zapomnianym synu, Lafko nie śnił. Ani oYannoeku, ani oKyewie. Taw również nie śnił itak upłynęło sześć miesięcy. Rozmawiając mało, nie uśmiechając się, błądzili od plaży do plaży wkanałach Cockburn iMelville oraz wdługim kanale Barbara, gdzie rodzą się williwa. Powrócił dzień bez końca, apóźniej znowu długa noc. Od czasu do czasu Taw pytał, czy zobaczą jeszcze wielką cieśninę. Być może żałował szarego statku, lecz Lafko wskazywał na południe iwłaśnie wkierunku południowym prześlizgiwali się pomiędzy setkami wysp, aż do chwili gdy ściana fal wielkiego, lodowatego oceanu zmusi ich do zawrócenia zdrogi. Odnajdywali swoje stare obozowiska, popioły wygasłych palenisk, szkielety swoich szałasów zcanelo3, na które wystarczało naciągnąć focze skóry, by powstało tchelo; puste muszle cholgas, które kiedyś zjedli. Chodzili po własnych śladach, jak duchy. Ludzie odwiedzający te miejsca przed nimi nie dawali im żadnej nadziei, nie przekazywali żadnej nowiny, nie pozostawiali żadnego znaku życia, gdyż byli to po prostu onisami.

Pewnego dnia, kierując się silnym zapachem, odkryli zdechłego młodego wieloryba wyrzuconego na brzeg. Rozpalili ogień, usmażyli olbrzymie płaty tłuszczu iczerwonego mięsa oczarnych refleksach. Zich ust spływało sadło, rozlewając się po nagich ciałach. Żołądki pęczniały, abrzuchy wydawały potężne burczenia. Niegdyś dziesięć albo dwadzieścia łodzi pospieszyłoby na wezwanie dymu izapachu. Śpiewano by iucztowano. Poćwiartowano by zwierzę iułożono włodziach krwawiące kawały rozkładającego się mięsa. Wyrzucony zmorza wieloryb zapewniał klanom alakalufskim pół roku życia. Taw iLafko, najedzeni, patrzą na siebie ponuro. Jak tu zjeść tę górę mięsa, kiedy Kaweskarowie dają się policzyć na dwóch palcach jednej ręki? Dla kogo zakopać wpiasku ten cenny zapas? Zasnęli ciężkim snem ikoszmary powróciły. Rankiem rozmawiali. Lafko widział Yannoeka błądzącego wokolicy tchelo isłyszał Kyewę wołającą go rwącym się głosem, podczas gdy niemowlę krzyczało. Taw widział swojego brata rozniecającego węgle wpalenisku. Sny Alakalufów nie kłamią. Tonko, Yannoek, Kyewa idziecko byli już martwi. Ajeśli nie martwi, to na pewno skazani. Dzień, miesiąc czy rok ani trochę nie zmieniały przeznaczenia. Ayayema napiętnował ich. Wjęzyku Kaweskarów, nawet jeśli jeszcze żyli, byli jużmartwi.

Spuścili łódź na wodę, lecz sny ruszyły za nimi wpogoń, każdej nocy jeszcze bardziej wyraziste. Była Wauda, była Yerfa ze szponiastymi dłońmi ibył stary Taw, ciągle wydający ten głośny okrzyk, który odebrał mu życie, były dziesiątki innych twarzy, których Lafko nigdy nie znał, aktóre Ayayema ściągał znajodleglejszych czasów, by rzucić je do szturmu na tchelo, prosto wsny Tawa iLafka; byli wszyscy wodzowie wielkich łodzi, Tchakwal, Tsefayok, Tereskat, Yuras, Kyewatsaloes iTsakwal, Petayem iKanstay, cała generacja Kaweskarów, orszaki kobiet idzieci, których krzyki ijęki budziły Tawa iLafka przed świtem, kiedy wiatr ideszcz podrywały focze skóry szałasu izionęły na uśpionych lodowatym oddechem Ayayemy. Podrywali się, nadstawiali ucha, wymieniali przerażone spojrzenia. Te noce wypełnione fantomami czyniły ich nad ranem jeszcze bardziejsamotnymi.

Pewnej nocy Taw, syn Lafka, ukazał mu się we śnie. Wówczas Lafko zrozumiał, że spośród dwóch ostatnich Kaweskarów to właśnie młodego chłopca Ayayema porwie jako pierwszego. Ayayema chciał znim skończyć, zabijając resztki tego, co pozostało znadziei wiążącej się zowym ostatnim młodym życiem. Dziecko po przebudzeniu miało woskową cerę. Było podobne do starca. Lafko schwycił jego dłoń, akiedy ją puścił, ręka opadła bezwładnie. Pierś wznosiła się słabo, oczy odmykały się jeszcze wblasku świtu oświetlającego wnętrze szałasu, lecz Taw był jużmartwy.

Zebrawszy swoje wspomnienia iwspomnienia wspomnień, Lafko przywdział żałobę. Jeden po drugim przypomniał sobie rytuały przejścia od życia do śmierci. Wyciął trzy drewniane paliki. Zmałej sakiewki zfoczego pęcherza, zawierającej święte skarby wędrowca, wyciągnął kulkę czerwonej ziemi zmieszanej ztłuszczem. Pomalował na czerwono paliki, które wetknął wziemię nad głową umierającego, nadając im kształt piramidy, izwiązał je linką od harpuna. Następnie przemierzył plażę wposzukiwaniu czaszki albatrosa. Przymocował ją do szczytu szałasu od wewnątrz iwbił trzonkami wziemię dwie siekiery wprzeciwległych wejściach, skierowując je ostrzami do wnętrza. Wreszcie rozpalił ogień wśrodku tchelo wprzekonaniu, że Ayayema, przestraszony tymi wszystkimi środkami obrony, przynajmniej dopóty, dopóki będzie trwał dzień, pozostawi umierającego wspokoju. Usiadł na piętach irozpocząłczuwanie.

Od czasu do czasu Taw jęczał. Pot płynął po jego twarzy iprzyklejał do czoła szare warstwy popiołu opadającego zpaleniska. Przerażony Lafko przyglądał mu się, lecz nie wykonał najdrobniejszego gestu wkierunku swego syna. Nie próbował mu ulżyć, ścierając chociażby popiół zjego czoła. Taw był już martwy. Nie potrzebował niczyjej pomocy. Jego rola pośród żywych była jużzakończona.

Czuwanie trwało dwa dni. Lafko nie pił ani nie jadł. Przez długą noc podsycał ogień. Ayayema lęka się światła. Dawniej we wszystkich szałasach tak samo czuwali inni Kaweskarowie. Dymy ulatujące ztchelos, pełne czerwonego żaru, tworzyły ekran ochronny pośród skał, błękitnych lodowców iposkręcanych drzew, azielonkawe morze smagane wiatrem wblasku księżyca, pomiędzy dwiema czarnymi chmurami zwiastującymi grad, nabierało przerażającego wyglądu. Tej nocy wznosił się jeden, jedyny dym. Wychyliwszy się zbalkonu obłoków, Bóg patrzył na niego zuśmiechem.

Taw stał się trupem na trzy godziny przed kolejną nocą. Niegdyś stare kobiety zbierały się, by odśpiewać pochwałę zmarłego. Któż miał to zrobić? Cóż powiedzieć? Co tu było jeszcze do dodania? Kaweskarowie są już tylko ciszą. Na drugim końcu plaży Lafko wzniósł szkielet małego szałasu. Przeniósł tam pomalowane paliki, wysuszoną ptasią głowę, białe szmatki, harpuny iwiosło Tawa. Wziął na ręce ciało, które nie ważyło zbyt wiele. Zgiął kolana iramiona izłożył pośrodku pogrzebowego szałasu jak nowo narodzone dziecko. Tuż przy nim rozpalił niewielki ogień iprzygotował muszelki. Pokrył szkielet foczymi skórami. Później należało działać szybko, gdyż Taw nie był już Tawem, lecz rzeczą należącą do Ayayemy. Zebrał kamienie. Rzucił je na szałas, mówiąc: „Teraz zostaw mnie wspokoju!”. Rytualne zdanie brzmiało: „Zostaw nas wspokoju”, lecz Lafko przemawiał tylko wswoim imieniu. Inne głosy już dawno zamilkły. Spalił odzienie Tawa oraz przesiąkniętą chorobą foczą skórę, która wydzielała czarny dym, po czym, korzystając zodpływu, zepchnął łódź na wodę iuciekł najszybciej, jak tylkopotrafił.

Nie powróci na tę plażę. Jest zamknięta dla wszelkich obozowisk. Duch zmarłego będzie się tam zawsze błąkał. Kiedyś wiedziały to psy Alakalufów. Każde czółno posiadało psa, który wył, gdy zbliżano się do zakazanego brzegu. Nawet jeśli szałas pogrzebowy został już rozrzucony przez wiatr, aciało dawno pochłonięte przez gęstą próchnicę zalegającą brzeg, psy wyły. Wówczas Ludzie szukali gdzie indziej bardziej gościnnego portu iw przerażeniu napierali na wiosła. Kana Kyeratlalat! Przeklęte! Przeklęte na zawsze to miejsce… Były setki takich miejsc, które od stuleci przekazywała sobie pamięć Alakalufów. Lecz ich świat był rozległy, od Kanału Messiera aż do Ziemi Ognistej liczył mnóstwo niezbadanych wysp icieśnin, był do tego stopnia pustynny, że każdy zKaweskarów, odkąd istnieje ten lud, mógł tam umrzeć tysiąc razy, wtysiącu różnych miejsc, nie przeszkadzając żyjącym, by na tym olbrzymim cmentarzu każdego wieczora mogli znaleźć jeszcze wolne miejsce do snu. Przerażony Lafko wiosłował. To zakazane miejsce było ostatnim. Dotyczyło już tylko jego samego. Działo się to miesiąctemu.

Lafko mógł wybrać: wyruszyć wgórę kanału Barbara iu jego ujścia do wielkiej cieśniny ponownie czekać na szary okręt, by oddać się wręce białych ludzi, lub śmiało zagłębić się wniegościnne ilodowate mgły wyspy Santa Inés. Wybrał Katwel. Nie zawahał się. Początkowo wspomagał go wiatr. „Było ich czterech, było ich ośmiu…” Wiosłuje wrytmie swojej piosenki. Kiedy znajduje miejsce, które mu się podoba, zatrzymuje się na kilka dni, bardzo zdziwiony, że Ayayema już go stąd nie wygania, nie ściga wsnach.

Lafko już nie śni. Spędza spokojne noce. Nie obawia się już wiatru ideszczu, które sprawiają, że drży szkielet tchelo. Cholgas pojawiają się wobfitości, atakże dziesięć innych odmian małży, które piecze ipołyka jeszcze gorące, zdźwięcznym mlaśnięciem języka. Upolował harpunem fokę śpiącą na plaży. Każdego wieczora kładzie się nażarty isny nigdy nie powracają. Widział nawet, jak trzykrotnie wciągu dnia zaświeciło słońce, co jest rzeczą całkowicie nie do pomyślenia otej porze roku. Szczęście jest słowem niewystępującym wjęzyku Alakalufów, nie ma również żadnego wyrazu podobnego. Jest się głodnym lub najedzonym, chorym lub zdrowym, przemarzniętym lub rozgrzanym, można się przytulić do siebie wszałasie, pod foczymi skórami, iz tego zwierzęcego ciepła ciał rodzi się coś wrodzaju ukojenia duszy, które dzieli się zinnymi, nie wyrażając go wżaden sposób. Lecz szczęście? Czasami można się zaśmiać, zaśpiewać, ale ponieważ nigdy nie trwa to długo, apotem trzeba słono zapłacić, Alakalufowie nie ujęli tego żadnym słowem. Wzamian mają ich sto, by wyrazić lęk. Lęk przed głodem, nocą, burzą, chorobą, williwa, huraganem, śmiercią iżyciem, samotnością oraz przed świadomością, że są tak nieliczni iże zroku na rok ich liczba ciągle maleje… To dlatego Lafko pozostaje milczący wobec ogarniającego go spokoju ducha, uczucia będącego czymś zupełnie nowym. Nocą bada gwiazdy. Śledzi bieg księżyca. Wjakiż sposób mógłby zrozumieć, że znalazłszy się ukresu tysiącleci, wkracza wdziedzinę pokojuBożego?

I oto nagle zmienia się pogoda, ale nie dobry humor Lafka. Czas jednak jest straszny, prawdziwy wybuch wrogości odokuczliwości tak zaciekłej, że Lafko nie przypomina sobie, by kiedykolwiek doznał podobnej. Najpierw śnieg, następnie śnieżne krupy, będące drobnym gradem, kłującym jak miliardy igieł, wreszcie dzień inoc deszcz, lodowaty, ciężki, niekończący się. Prawdziwy potop. Wzgórza na wybrzeżu iwyspy zaczęły tonąć wotchłani szarugi zamazującej kontury. Lasy lśnią od wody, kaskady spływają zchmur, lodowce, które wynurzają się zmgły, wyglądają, jakby były zawieszone wniebie. Kanały omiatają białe wiry, które stając dęba, odrywają się bez przerwy od powierzchni wody. Można by rzec: czynne gejzery. Wszystkiemu towarzyszy zgiełk, jakby to był koniec świata. Wiatry wpadają zimpetem do kanałów, pędzą sobie na spotkanie ijęczą jak pękające piszczałki organów. Fale uderzają oskały iziemia drży pod ciosami. Od strony lasu dochodzą tysiące detonacji. To odłamują się wielkie konary ipadają potężne drzewa. Lecz najbardziej wstrząsający jest odgłos, który Kaweskarowie nazywają głosem Ayayemy – odległy, jakby zza grobu, pomruk rozwścieczonego oceanu, który swymi ogromnymi falami dewastuje stawiające mu czoło wybrzeże. Lafko nie obawia się już tego głosu. Uśmiechasię.

Los jego jest jednak niepewny. Życie zagrożone. Plaża, na której rozłożył swe obozowisko, zniknęła pod wznoszącą się falą popychaną przez nawałnicę. Nieprzenikniony las nie daje żadnego schronienia. Lafko zwinął focze skóry ztchelo, wyjął kilka węgli zpaleniska, po czym wdrapał się do łodzi, która kręci się jak oszalały pies, mocno stukając oskały. Odpycha się wiosłem. Porwany przez prąd, nie może kierować swoim czółnem. Wielokrotnie zdaje sobie sprawę, że jego łódź nie rozbija się ogłazy tkwiące tuż pod powierzchnią wody, lecz omija je dzięki nieprzewidzianym zmianom wiatru. Stwierdza zosłupieniem, że williwa uratowały go. Ten niedający sobą kierować wyścig trwa około godziny. Zaraz zapadnie noc. Lafko się nie boi. Ajednak cały kanał Barbara pomiędzy wyspami Santa Inés iClarence, pomiędzy Zabójczynią aWyspą Cierpień jest jedną, monstrualną kipielą, poprzecinaną grzebieniami piany. Przykucnąwszy wgłębi łodzi, wybiera wodę za pomocą muszli cholga, cały czas obserwując wybrzeże. Wie, że jego przeznaczenie wymyka się ze szponów Ayayemy, iczeka, by dało muznak.

A oto iznak: wąski kanał. Coś jakby pęknięcie wwyspie Santa Inés otwiera się pomiędzy dwiema skałami. Tam czeka zbawienie. Mocno porusza wiosłami. Ciągnąc za ich długie końce, omało nie wyrywając sobie ramion, rozpoczyna swą ostatnią walkę. By mu było wygodniej, zdjął odzienie zfoki. Jest nagi. Wiatr chłoszcze jego twarz, lecz on ma oczy szeroko otwarte. Zkanału wyrywa się silny prąd, który przy wietrze uderzającym oburtę Lafko pokonuje metr po metrze. Śpiewa: „Było ich czterech, było ich ośmiu…”. Jest sam, lecz silny za ośmiu. Nagle wiatr słabnie. Lafko czuje jego obecność wysoko ponad głową, gdzie przymyka jakby pokrywką pionowe ściany kanału, dokąd udało mu się wreszcie przedostać. Pozostaje jedynie prąd, zktórym walczy bez paniki, bez lęku, nie tracąc rytmu. Boli go całe ciało. Muskuły rwą boleśnie. Krew płynie zdłoni. Cierpi, lecz uśmiecha się. Wnieznanym kanale właśnie ukazał się zakręt, za którym – dobrze ukryta, chroniona przez dwa skaliste wierzchołki – rozpościera się mała, piaszczysta ikamienista plaża, obmywana przez wodę gładką ispokojną jak toń jeziora. Jest to jedyny dostępnybrzeg.

Lafko wślizguje się tam ozmierzchu. Przód jego czółna nieruchomieje łagodnie na piasku. Natychmiast odnalazł źródło imartwe drzewa, które dostarczą drewna na opał, kiście małży iślimaków widoczne wprzezroczystej wodzie, kilka nor, kępy dzikiego selera, anawet grzyby. Słyszy już tylko szum deszczu. Inne odgłosy burzy dochodzą do niego jedynie przytłumionymi dźwiękami. Żadnego śladu ogniska ani stert pustych muszli, które świadczyłyby obytnościczłowieka.

Na samym skraju lasu, wterenie jeszcze płaskim, znalazł canelos, zktórych wycina dwadzieścia prostych gałęzi, żeby znich zrobić szkielet tchelo. Wybrał solidne. Wie, że już nigdy więcej nie wzniesie innego szałasu. Mocnymi węzłami łączy focze skóry. Nie rozwiąże ichwięcej.

Następnie rozpala wielki ogień wśrodku szałasu iw cieple płomieni suszy jedną po drugiej liściaste gałęzie, odcięte od nadbrzeżnych buków, które będą stanowiły posłanie. Składa tam wszystko, co posiada: kilka wydrzych skór, wielki złamany nóż, kilka skrzydeł mewy, kawałek świecy, żelazną siekierę, zestaw zardzewiałych gwoździ, pełny asortyment harpunów zkości, mocny kij, sieć zpasków foczej skóry, muszle cholga zaostrzone jak noże, kupkę szmat, puste puszki po konserwach, mały kłębek żelaznego drutu, to wszystko, ijeszcze resztki mięsa psa morskiego, zktórych zdrapuje zgniliznę inadziawszy na patyk, zbliża do ognia, gdyż jestgłodny.

Zanim ułoży się do snu, przytwierdza nad głową do szkieletu szałasu sakiewkę zfoczego pęcherza zawierającą święty skarb. Tak jak to czynił każdego wieczora, sprawdza, czy nic nie brakuje: ziemia biała iziemia czerwona, opaska na czoło zptasiej skóry, jeszcze pokrytej białym puchem, naszyjnik zopalizujących muszli, szpic włóczni wycięty zkamienia, pochodzący zczasów, gdy Kaweskarowie polowali pieszo na wielkich równinach, daleko na północy, tam gdzie nie istnieją wieloryby, których kości można byobrabiać.

Lafko nie znał tamtych czasów. Taw, jego ojciec, również ich nie znał. Ani Lafko, ojciec jego ojca. Ani żaden zAlakalufów, tak daleko, jak pamięć sięga. Pewnego wieczora, tuż przed śmiercią, po tym, gdy we śnie odwiedził go Ayayema, stary Taw otworzył worek iwyciągnął zniego kamienny przedmiot, wcałości mieszczący mu się wdłoni. Palcem pokazał Lafkowi wyryte wnim linie, tworzące coś wrodzaju rysunku. Była tam kropka, później długa kreska, skąd oddzielały się dwa razy po dwie linie ujej podstawy iuszczytu.

– Głowa – powiedział stary Taw. – Tułów. Nogi. Ręce. To Lafko. Powiedział mi mój ojciec, jego ojciec iwszyscy inni przed nim: Kiedy umrę, nie niszcz tego kamienia. Zachowaj go dla swojego syna. Kiedyś nas chronił. Gdy go dotkniesz, abędzie ciepły, to dobrze dla ciebie. Ayayema się wycofa. Dla mnie zawsze był zimny, dla mojego ojca również idla wszystkich innych. Może ty będziesz miał więcejszczęścia…

Ponad głową człowieczka są także wyryte cztery kropki wkształcie rombu, októrym wpamięci Tawa nie zachowało się żadne wspomnienie. Lafko ujął kamień wdłoń. Jego synowie nie żyją. Jest sam. Lecz wyrysowany człowieczek jest tak ciepły, jak żywaistota.

Lafko zakończył swoją podróż. Zapadanoc.

W języku Białych ten zaczynający się zimowy miesiąc nosi inną nazwę: sierpień. Rok: jeden zostatnich wtym wieku, wktórym tyle milionów ludzi znajbardziej rozwiniętych cywilizacji wzajemnie sięwymordowało.

Oto mija ponad pięć tysięcy lat od chwili, gdy wzakątkach tego zagubionego świata Lafko rozpalił pierwszy ogień iwzniósł pierwszy szałas, oraz jeszcze dziesięć tysięcy lat od momentu, gdy Lafko wyruszył wdrogę zprzeciwległych zakątków, gdzie lśni Gwiazda Polarna, wucieczce przed tymi, którzynadchodzili…

2 Łowcy fok pochodzący zwyspy Chiloé [przyp. aut.].

3 Drzewo liściaste zZiemi Ognistej otwardym drewnie [przyp. aut.].

II. Mrok dziejów

Lafko narodził się wraz zdniem, otysiące lat wstecz od swejpamięci.

Kiedy czerwony dysk słońca pojawił się nad horyzontem wielkiej równiny, dając śniegowi blask, jego matka sama odcięła pępowinę izakopała ją daleko od szałasu. Następnie powróciła, nabrała wody wusta, poruszała nią wjamie ustnej, żeby ją dobrze ogrzać, iskropiła noworodka. Czynność powtórzyła wielokrotnie, po czym sama się obmyła, polewając sobie uda iłono. Wówczas wszedł ojciecLafka.

Jest małym mężczyzną okrótkich nogach idługich, muskularnych ramionach. Ma długie, czarne ipotargane włosy. Jego skóra jest ciemna, żółtobrunatna. Oczy pod cofniętym czołem są brązowe, szczelina pomiędzy powiekami skośna. Wargi wydatne iwywinięte pod krótkim ipłaskim nosem wykrzywiają się wsmutnym grymasie, który unieruchamia rysy twarzy ijest świadectwem jego losu. Syn będzie do niego podobny. Dziecko żyje. Dziecko krzyczy. Aya­yema oszczędził je. Mały mężczyzna idzie odkopać pępowinę, splata ją na kształt pierścienia izawiesza na własnej szyi. Dopóki dziecko nie nauczy się chodzić ibędzie tą nieszczęsną izagrożoną drobiną, dopóty jego ojciec zatrzyma pierścień na własnym ciele, by oszukać Ayayemę iodwrócić jego gniew od tego nowego życia. Jest to akt wielkiej odwagi, lecz od zarania dziejów każdy Kaweskar godokonywał.

Lafko nie nazywa się jeszcze Lafko. Nagi, przyczepiony do gołego ciała matki pod grubym futrem okrycia, nie nosi jeszcze imienia. Nie jest nawet kaweskarem, człowiekiem. Jeśli umrze, tak jak tyle innych noworodków, Ayayema zostanie okradziony, jego szpony porwą wnoc jedynie jakiś zamazany ślad, który nie pozostawi po sobie ani wspomnień, aniżalu.

Nieco później, wszałasach, wielu Kaweskarów miało sny. Krew płynęła. Ludzie padali. Powracający złowów na jelenia myśliwi oznajmiają, że widzieli liczne ślady stóp na śniegu, ana skraju lasu dziesiątki wielkich, spiczastych tchelos, zwieńczonych czaszkami bizonów. Liczbę ich podają wielokrotnie, otwierając obie dłonie ipowiadając: Akwal, mnóstwo. Słyszeli chrapliwe głosy mówiące jakimś nieznanym językiem. Przechodząc przez dolinę wpowrotnej drodze, trafili na obcych, noszących na głowach jelenie rogi, groźnie uzbrojonych, słuchających wodza olbrzyma, który wymachiwał potężną dzidą, przyozdobioną czarnymi czuprynami, jeszcze ociekającymi krwią. Zrozumieli, dlaczego pięciu spośród nich nie dotarło wczoraj do obozowiska. Pobiegli, żeby zaalarmować pozostałych: Pektcheve!Obcy! Owi obcy nie są tymi samymi, przed którymi musieli już kiedyś uciekać wiele księżyców temu. Tamci również mieli brunatną skórę, klany zachowują nadal wspomnienie onich. Ci zaś wydają się jeszcze liczniejsi, azwłaszcza bardziej wrodzy. Mają okrutne oczy. Zabijają.

W każdym tchelo ojciec mówi: Arka!Wstawać! Wdrogę!

Skóry zszałasów zostają szybko zwinięte, węgle zogniska rozłożone do worków noszonych na szyi. Najsilniejsi spośród nich niosą na ramionach, niczym krwawe okrycia, połcie świeżego mięsa, wktórych przebili otwory, by przełożyć przez nie głowy izachować wten sposób wolne ręce. Arka!Wdrogę! Są mniej obciążeni niż obcy. Mają jedynie futra, które chronią przed chłodem ich nagie ciała, izapasy mięsa pozwalające na utrzymanie się przy życiu bez polowania niedłużej niż dziesięć wschodów słońca. Ich broń wyciosana zkamienia jest lekka iśmieszna wobec ciężkich siekier zgładzonego krzemienia tych, którzy nadchodzą. Lecz Kaweskarowie maszerują szybciej ijuż wnocy są poza zasięgiem tamtych. Tak oto podążają, ciągle wucieczce, śpieszą na swych krótkich nogach, przemierzając wielką równinę zbiegiem rzek ipoprzez doliny wkierunku słońca, kiedy jest ono wnajwyższym punkcie nieba: Oykyemma, słońce wgórze, południe. Południe jest wolne od innych ludzi, podczas gdy poza nimi słychać groźny odgłos kroków nieznanych ludów, które Ayayema popycha do przodu. Nigdy żaden znich nie przesyła Kaweskarom znakupokoju.

A jednak nie są oni bojaźliwi. Wprzeszłości często wydawali bitwy. Wieczorami wtchelos opowiadają otym najstarsi, którzy wiedzą to od najstarszych, aci zkolei od jeszcze starszych odsiebie.

Kiedy długie lata wytchnienia przywróciły im siły, zawsze stawiali czoło, jeśli pojawiali się obcy. Zawsze zaczynało się to wten sam sposób. Wiatr wiejący im wplecy zpółnocy, którą opuścili wiele, wiele księżyców temu, przynosił mocne zapachy, ito nie bizonów, nie jeleni ani potężnych słoni owielkich kłach, lecz gryzącego tłuszczu ipotu zmieszanych zodorem obcych oraz noszonych przez nich zwierzęcych skór. Niebo pokrywało się ptakami wydającymi przeszywające krzyki. Ziemia drżała od galopu uchodzących bizonów. Był to koniec wytchnienia. Wkażdym szałasie młodzi łowcy zbroili się, malowali ciała na czerwono, wkolorze wojny, wkolorze zniewagi, po czym szli się ukryć, by zaskoczyć nadchodzących. Złapawszy jednego, miażdżyli mu głowę iwyłupiali oczy, by nie widzieć więcej tego wyniosłego spojrzenia, pełnego okrucieństwa ipogardy, które choć martwe, nadal ich przerażało. Zabijali ich dziesięciu lub dwa razy po dziesięciu, po czym cała równina pokrywała się wojownikami wydającymi przeraźliwe okrzyki. Ztych nierównych walk powracało niewielu młodych Kaweskarów. Trzeba było uciekać, znowu uciekać. Tych, którzy się ociągali, wycinano wpień, palono ich tchelos, kobietom rozpruwano brzuchy, dzieci ćwiartowano żywcem, aich członki rozrzucano na cztery strony świata, by wten sposób pokazać, że nie będą tolerować na tym terenie innych ludzi poza nimi samymi. Dążenie Ayayemy, by zabić jakąkolwiek nadzieję… Nocą Kaweskarowie liczyli. Połowa znich była martwa: Akwal, mnóstwo… Dwa razy palce dwóch rąk wystarczały, by zliczyć tchelos, gdzie zgromadzili się ci, coprzeżyli.

Starcy wtym momencie opowiadania milkną. Głos kobiet wznosi się ponad tchelos poprzez dym ogniska iblask płomieni oświetlających zdesperowane twarze. Głosy jęczą. Powolne imodulowane słowa wyrywają się zgardeł jak okrzyki iwyrażają lęk przed życiem. Jest to wielki śpiew żalu, ten sam, jaki kapitan hiszpański Juan Ladrillero tysiące lat później po raz pierwszy usłyszy na brzegu wyspy Madre de Dios, uzachodniego ujścia Cieśniny Magellana. Miało to miejsce po krótkiej, nierównej walce, która zostawiła trzech zabitych wszeregach dzikusów… Alakalufowie mają nazwę dla tej pieśni: Akwal aswal Yerfalay, pieśń świata. Mnóstwo słońc imnóstwo księżyców, wszystko to, na co padł ich blask – wymieszane: przeszłość, teraźniejszość iprzyszłość. Słońce iksiężyc – tak nazywają świat, gdzie przędzie się nić ich tragicznegolosu…

Idą.

Idą iuciekają, nic bowiem nie zatrzymuje obcych, co nadchodzą ze zgiełkiem, iw pościgu za Kaweskarami następują po sobie jak fale oceanu. Gdyby nawet mogli zwyciężyć choć jedną znich, to następna by ich zmiażdżyła, wyprzedzając inne fale, aż do tej najodleglejszej, potężnej ipozbawionej oblicza, która – jak to niejasno odgadują zoka Ayayemy – leży upodstaw tychmigracji.

Nie są jeszcze tego świadomi, lecz tak wędrują od setek lat. Są pianą na czubku nawałnicy, która zerwała się dawno temu wAzji, rzucając na niezaludnioną Amerykę, tam gdzie oba kontynenty się łączą, falę plemion, októrych mają zaledwie mgliste przeczucie. Czasem wędrówka zatrzymuje się na pięć czy dziesięć pokoleń. Lecz kiedy znowu pojawia się obcy, jego zapach, jego siła, jego wyższość, jego okrucieństwo, jego pogarda wobec tego małego ludu, zrozpaczonego, zacofanego, słabego ibrzydkiego, wówczas ponownie wyruszają wdrogę na południe, aich pamięć wyrusza wnią również, mówiąc im głosem starców, że ta ucieczka nie skończy się nigdy, aż do śmierci ostatniego znich. Arka! Wstawać! Wdrogę!

Lafko idzie za swoim ojcem. Jest bardzo dumny. Na jego szyi kołysze się mały woreczek zawierający kilka węgli zogniska. Ma teraz trzy lata. Pałką, odpowiednią do wzrostu, zabił już pierwszą wydrę i, jeszcze drgającą, sam obdarł ze skóry. Lahaltel, wydra, będzie jego zwierzęciem totemem. Później głowa rodziny, jego klan itchelo będą nosili tę nazwę, ale na razie dla wszystkich jest on Lafkiem. Jego ojciec, pamiętając, że chłopiec narodził się wraz zdniem, który wjęzyku Ludzi nosi nazwę lafk, dał mu imię Lafko – „Ten-którego-przyniósł-dzień”. To dobre wejście wżycie, gdyż wraz ze wstającym dniem Aya­yema umyka irozluźnia wreszcie swój uścisk. Dzieci urodzone wbezksiężycową noc, podczas najgłębszych mroków, pośród oddechu złych duchów, nie przeżywają. Nie powinny żyć, bo przyniosłoby to nieszczęście dla całego szczepu. Jeśli się upierają, oświcie zostają uduszone inatychmiast pakuje się bagaże. Jest to cena, którą trzeba zapłacić, by podtrzymać ten wątły ognik, który nazywa sięnadzieją.

Najsilniejsze klany maszerują na przedzie, bo są szybsze od pozostałych. Między nimi szczep ojca Lafka. Idą wciszy, bez rozmów, nie potrącając kamieni wpotokach, nie łamiąc gałązki wściółce leśnej. Jeśli ptaki przed nimi nagle zrywają się do lotu irozpraszają po niebie, zawodząc lękliwie, wówczas pochylają karki, gdyż może to zdradzić ich obecność. Nigdy nie zawracają zdrogi, nawet po to, by podać pomocną dłoń innemu szczepowi wtarapatach, ito dopóty, dopóki nie będą pewni, że umknęli obcym na długo. Wieczorem, rozbiwszy obóz, liczą. Niektórzy już nie dołączą, nie będzie więcej onich żadnych wieści, przepadną całe klany. To również cena, którą trzebazapłacić.

Są wątli izmęczeni, bo rzadko zatrzymują się, by coś upolować, asą to jedynie małe zwierzęta, których kości starannie zakopują, podobnie postępując ze śladami ognia. Przekraczali góry, przemierzali puszcze, przewędrowali zbiegiem wiele zamarzniętych rzek, przeszli przez niekończące się równiny. Wielu zmarło, inni się narodzili, asłońce dawało coraz więcejciepła.