Nowy początek - Diane Gaston - ebook
Opis

Lady Daphne Faville dokonała wielu niewłaściwych wyborów. Udało jej się jednak uwolnić od przeszłości i rozpocząć nowe życie. Powraca do Anglii po kilku latach spędzonych w klasztorze, ale los nie wita jej życzliwie. W zajeździe, gdzie zatrzymała się na noc, wybucha pożar. Z płomieni ratuje ją nieznajomy, który wskutek obrażeń traci wzrok. Daphne rozpoznaje w nim Hugh Westleigha. Przed laty skrzywdziła jego i kierowana wyrzutami sumienia postanawia się nim zaopiekować…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 244

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Diane Gaston

Nowy początek

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ramsgate, Kent – kwiecień 1821 roku

– Pali się! Niech pani wstaje! – krzyczała pokojówka.

Lady Daphne Faville wyskoczyła z łóżka. Dym drażnił nozdrza i drapał w oczy. Z korytarza gospody dochodziły krzyki, ktoś walił w drzwi pokoju.

– Pali się! Wychodzić! – wołał męski głos.

Daphne panicznie bała się ognia. Wsunęła stopy w pantofle, a jej pokojówka w pośpiechu upychała rzeczy do walizki.

– Zostaw to, Monette. Wychodzimy! – Złapała sakiewkę z pieniędzmi, narzuciła pelerynę i położyła dłoń na klamce, ale dziewczyna zastąpiła wejście.

– Nie bój się, na korytarzu jest bezpiecznie – zapewniła Daphne i otworzyła drzwi.

Myliła się. Korytarz wypełniał dym, języki ognia lizały ściany. Lada chwila ogień mógł zagrodzić im drogę. Daphne stanęły w oczach sceny z innego pożaru. A więc taka śmierć jest mi pisana? Mam zginąć w ogniu? – zadała sobie pytanie, ale zaraz się otrząsnęła.

– Uważaj, żeby nie zajęła ci się spódnica – krzyknęła do Monette i ruszyły na oślep korytarzem.

– Szybciej, Monette.

Daphne przeklinała w duchu chwilę, w której od oberżysty zażądała pokojów najbardziej oddalonych od schodów.

– Ktoś jest w głębi korytarza – usłyszały męski głos.

Z dymu wyłonił się mężczyzna i zmierzał ku nim. Objął je i skierował się ku schodom. Z mijanych pokojów uciekali inni goście, na ogół w nocnej bieliźnie. Na podeście klatki schodowej mężczyzna dał znak Monette, by weszła na schody. Posłuchała i ruszyła w dół, ale Daphne nie potrafiła się na to zdobyć. Szalejący na dole ogień przerażał ją.

– Przeniosę panią – zaoferował nieznajomy i nie czekając na odpowiedź, zniósł ją z trzech zakrętów schodów. Wtuliła twarz w jego pierś, żeby nie widzieć płomieni. Uniosła głowę dopiero wtedy, gdy poczuła powiew chłodnego powietrza. Byli na zewnątrz gospody. Mężczyzna postawił Daphne na ziemi i uściskał ją z radości. Nie zdążyła mu jednak podziękować, bowiem już biegł z powrotem do płonącego budynku.

– Niech pani stąd odejdzie, milady. – Koło Daphne stanął jej lokaj, a następnie poprowadził ją ku grupie ludzi, przerażonych i w niekompletnych ubraniach. – Ja wracam podawać wiadra.

– Dobrze, Carter. Potrzebna jest każda para rąk.

Carter dołączył do łańcucha ludzi podających sobie wiadra z wodą. Inni wyprowadzali konie ze stajni, jeszcze inni wytaczali z wozowni powozy.

Daphne nie odrywała wzroku od drzwi gospody. Miała nadzieję, że ujrzy w nich swojego wybawcę. Nie zdążyła przyjrzeć się nawet jego twarzy, lecz wiedziała, że go pozna. Był wysoki, ciemnowłosy i postawny, miał na sobie czarny żakiet i irchowe spodnie dżentelmena. W końcu ukazał się. Niósł pod pachą dwoje dzieci, a za nim biegła lamentująca ze strachu matka.

Daphne zrobiła krok w jego stronę, przecież do tej pory nie zdążyła mu podziękować, ale gdy do niego podeszła, zawrócił z powrotem do budynku.

– Boże, spraw, żeby wyszedł – szepnęła drżącymi ustami Daphne.

– Lady Faville? – zagadnął ją jakiś starszy dżentelmen.

Daphne nie chciała wdawać się z nikim w żadne rozmowy, interesowało ją tylko, czy w drzwiach gospody ukaże się ponownie jej wybawca.

– Pamięta mnie pani? – nie dawał za wygraną.

– Przepraszam, ale nie…

– Lord Sanvers. Znamy się z Maskarady.

Daphne wolałaby zapomnieć o istnieniu tego miejsca. Był to londyński dom gry, do którego można było przychodzić w maskach, jeśli chciało się zachować anonimowość. Niewiele brakowało, a spaliłaby budynek, w którym się mieścił.

– Dawno tam nie byłam.

Jeśli ją pamiętał z Maskarady, to musiał wiedzieć, jak każdy z ówczesnych bywalców, że przychodziła tam, żeby spotykać pewnego mężczyznę, którego miłości, jak się okazało, nie miała szansy zdobyć.

Po pożarze uciekła na kontynent. Schronienie i spokój ducha odnalazła ostatecznie w szwajcarskim opactwie w Fahr. Dopiero tam potrafiła skonfrontować się ze swoimi słabościami. Ale czy się zmieniła na tyle, by być gotowa na takie poświęcenie, na jakie zdobywał się ów śmiałek, który ją uratował?

Minuty przeciągały się w nieskończoność, w końcu jednak znowu wyłonił się z ogarniętego pożarem budynku, prowadząc dwie kolejne osoby. Ogień szalał i ryczał jak dzika bestia. Ze środka wciąż dobiegały krzyki. Czy on kolejny raz zaryzykuje życie?

Zawrócił. Jego sylwetka była widoczna na tle wejścia, kiedy z sufitu runęła płonąca belka. Budynek zatrząsnął się jakby w przedśmiertnych konwulsjach. Z dachu posypała się więźba. Mężczyzna uniósł dłonie do oczu. Daphne oniemiała z przerażenia, widząc, jak pada pod ciężarem wielkiej głowni.

– Nie! – ruszyła ku niemu z krzykiem.

Inni byli szybsi. Kilku mężczyzna wywlekło go za ubranie na środek podwórza. W tym momencie dach budynku zawalił się.

Daphne uklękła koło leżącego, ludzie dogaszali tlące się na nim ubranie.

– Żyje? – zapytała.

Przewrócono go na plecy. Ktoś przyłożył mu palce do szyi, by zbadać puls.

– Żyje. Jak na razie.

– Znam go! – zawyła.

Miał twarz umazaną sadzą, ale poznała go. Nazywał się Hugh Westleigh. Był bratem młodego hrabiego Westleigh. A także bratem kobiety, którą tak bardzo skrzywdziła w Maskaradzie.

Daphne podejrzewała, że nie byłby zachwycony spotkaniem z nią po tym wszystkim, co zrobiła. W tej chwili jednak był nieprzytomny.

– Trzeba zanieść go do lekarza – powiedział ktoś, podniósł Westleigha i zarzucił sobie na plecy.

Lekarz przyjmował w pobliskim sklepie. Daphne również tam poszła.

– Mamy kogoś w ciężkim stanie, panie doktorze – powiedział mężczyzna, który przyniósł Westleigha.

Lekarz nakazał posadzić nieprzytomnego na krześle.

– Czy on przeżyje? – zapytała Daphne.

– Nie wiem, proszę pani – odrzekł lekarz.

– Otrzymał silne uderzenie w głowę. Sama to widziałam.

Lekarz obejrzał głowę Westleigha.

– Rzeczywiście, uderzenie musiało być potężne – przyznał doktor. – Niech się pan obudzi – zawołał do rannego, ale odpowiedzią było tylko jęknięcie. – Wiadomo, kto to jest?

– Nazywa się Westleigh – powiedziała Daphne. – Jest młodszym bratem hrabiego.

– To prawda? – zapytał osiłek, który przyniósł Hugh. – Kto by się spodziewał: paniczyk, a taki bohater.

– Panie Westleigh! – zawołał ponownie lekarz. – Proszę się obudzić!

Ranny znowu jęknął.

– Proszę otworzyć oczy!

– Nie mogę… – Chciał wykonać polecenie, ale skrzywił się z bólu i uniósł dłonie do oczu.

– Niech pan nie dotyka! – Lekarz chwycił dłonie Westleigha.

– Zabandażuję mu oczy. Opatrunek musi pozostać na miejscu przez dwa tygodnie, inaczej grozi mu utrata wzroku – powiedział do Daphne. – Zresztą, możliwe, że i tak jest już za późno. Bardziej martwi mnie jego głowa. Doznał wstrząsu. Wymaga troskliwej opieki.

– Jakiego rodzaju opieki?

– Potrzebuje odpoczynku i spokoju. Żadnych wzruszeń przynajmniej przez tydzień. – Zajrzał Westleighowi do ust i nosa. – Nie ma krwi. To dobry objaw.

– Moja głowa – jęknął Westleigh.

Lekarz pospiesznie dokończył zakładanie opatrunku i skinieniem głowy dał znać, żeby wyszli. Czekał kolejny ranny.

– Muszę się zająć innymi. Proszę dopilnować, by miał stale zabandażowane oczy i spokój. To bardzo ważne! – przypomniał.

Daphne sięgnęła do sakiewki po kilka monet i zostawiła je na stole. Tymczasem mężczyzna, który przyniósł rannego Westleigha, podniósł go z krzesła.

– Idziemy, proszę pana. A pani niech idzie za nami – rzucił do Daphne. Najwidoczniej myślał, że podróżowali razem.

Na dworze już świtało. Czekał na nich lokaj Daphne, Carter. Nieznajomy skorzystał z okazji – pchnął Westleigha lekko w jego ramiona i odszedł bez pożegnania.

– Milady, stangret znalazł stajnię dla koni. Czekają razem z Monette przy naszym powozie niedaleko gospody – wyjaśnił Carter i zaraz spytał: – A co ja mam z nim zrobić?

– Zanieś go do naszego powozu – zadecydowała szybko Daphne. – Potem pomyślimy, komu go przekazać.

Na pogorzelisku wciąż panowała krzątanina. Dogaszano resztki ognia i wynoszono ocalały dobytek. Kufry Daphne i jej pokojówki zostały na dachu powozu. Spaliły się jedynie te walizki, które wniesiono do pokojów.

Carter i stangret ułożyli Westleigha na siedzeniu w powozie.

– Weźmiemy go ze sobą? – zapytała Monette.

– Nie – odpowiedziała Daphne. – Nie życzyłby sobie tego. Musiał podróżować w jakimś towarzystwie. Dowiemy się z kim. Carter, wypytaj ludzi – poprosiła lokaja. -To Hugh Westleigh.

Westleigh poruszył się niespokojnie i sięgnął do bandaża zasłaniającego oczy.

– Proszę nie dotykać opatrunku, panie Westleigh. – Daphne podłożyła rannemu pod głowę poduszkę i okryła go pledem.

– Pić – jęknął.

– Monette, przynieś piwo i coś pożywnego do jedzenia – nakazała pokojówce, przeklinając się w duchu, że wcześniej o tym nie pomyślała.

Daphne sięgnęła do sakiewki, podała pokojówce i lokajowi kilka monet.

– Kupcie też jakieś jedzenie sobie i nie zapomnijcie o stangrecie.

Monette wróciła po kwadransie z pobliskiej piwiarni z jedzeniem i piciem dla Westleigha i stangreta.

– Mieli wolny pokój, w którym mogłaby się pani przebrać – oznajmiła. – Zamówiłam też posiłek.

Daphne była wdzięczna pokojówce, że o tym pomyślała. Nie uśmiechało się jej jedzenie w powozie na ulicy, gdzie powietrze zatruwał ciężki odór spalenizny.

– Popilnuję tego dżentelmena – zaofiarował się stangret. – I tak muszę zostać przy powozie.

Monette tymczasem zaprowadziła Daphne do piwiarni odległej o dwie przecznice od miejsca postoju powozu.

Lokal był zatłoczony gośćmi spalonego zajazdu, wywodzącymi się z różnych warstw społecznych. Daphne zemdliło od zapachu potu, dymu i piwa. Damy z jej sfery zazwyczaj w takich spelunkach nie bywały. Zakryła dłonią usta, żeby nie zwymiotować. Naraz przypomniała sobie słowa opatki z Fahr: musisz nauczyć się znajdować w sercu współczucie dla wszystkich ludzi, wszyscy bowiem jesteśmy dziećmi Boga.

Kochana opatka, pomyślała. Wielka sympatia, jaką ją obdarzyła już na początku znajomości, była wzruszająca. Oczy Daphne wypełniły się łzami. Śmierć starej zakonnicy była dla niej silnym ciosem boleśniejszym nawet niż odejście matki i męża. Po pogrzebie zakonnicy Daphne opuściła Fahr. Wyjechała, lecz słowa staruszki zachowała w sercu na zawsze. Niekiedy odnosiła wrażenie, że stoi ona obok niej i szepce do ucha swoje nauki.

Spojrzała na stłoczonych w piwiarni ludzi innymi oczami. Zasługiwali na współczucie. Brudni, nieubrani, niektórzy w bandażach, mieli wypisane na twarzach zmęczenie i smutek. Daphne dziękowała losowi, że z nią obszedł się łaskawiej.

W drodze do zarezerwowanego pokoju natknęła się znowu na lorda Sanversa, który zapamiętał ją z Maskarady. Na jej widok wstał od stołu, przy którym siedział sam.

– Łaskawa pani, martwiłem się o panią. – Siwe włosy miał starannie uczesane, ewidentnie zdążył się już przebrać. W porównaniu z innymi w piwiarni wyglądał nienagannie.

– Nic mi nie jest, proszę pana.

– Czy mógłbym pani pomóc? Jestem do dyspozycji.

Oczy Daphne zalśniły, a w jej głowie pojawiła się doskonała myśl: Sanvers mógłby zaopiekować się Westleighem! Czy to nie byłoby najlepsze rozwiązanie dla wszystkich?

Daphne spojrzała na stół, który lord Sanvers zajmował zupełnie sam, podczas gdy wielu innych nie miało nawet krzesła, żeby usiąść. Czy proponowałby jej pomoc, gdyby nie była piękną, majętną wdową po wicehrabim?

– Moi służący zajęli się już wszystkim, ale dziękuję. – Dygnęła i podążyła za Monette.

W pokoju opadła z ulgą na krzesło, ale zaraz nawiedziło ją poczucie winy. W tej zatłoczonej piwiarni miała cały pokój dla siebie. Czy oznacza to, że jest równie samolubna jak lord Sanvers?

Zdjęła nocną bieliznę i włożyła suknię przygotowaną przez Monette i szybko zjadły posiłek. Płacąc karczmarzowi, Daphne zostawiła dodatkowe pieniądze z prośbą, by udostępnił zwalniany pokój i trochę jedzenia najbardziej potrzebującym, lecz nie czekała, żeby się przekonać, czy spełnił jej prośbę.

Przy powozie, oprócz stangreta, zastały również Cartera.

– Rozmawiałem z właścicielem spalonej gospody – powiedział. – Twierdzi, że pan Westleigh podróżował sam. Nie miał nawet osobistego służącego.

– Jak on się ma? – zapytała Daphne stangreta.

– Śpi. Napił się piwa i zasnął.

– Musimy znaleźć kogoś, kto się nim zaopiekuje.

– To niemożliwe. Ramsgate jest pełne rannych i bez dachu nad głową. Trudno tutaj będzie znaleźć dla niego jakiś pokój. Nam zresztą też. Powinniśmy wyjechać jeszcze dzisiaj, milady. Jeśli niebawem wyruszymy, znajdziemy jakieś lokum po drodze, a pojutrze dotarlibyśmy do Faville.

Podróż z Ramsgate do majątku w Vadley koło Basingstoke w normalnych warunkach powinna zająć trzy dni. Mąż pozostawił tam Daphne wiejski dwór, żeby nie musiała przeprowadzać się do wdowiej rezydencji w Faville. Jednak Daphne nie zdążyła zadomowić się w Vadley, mieszkała tam bowiem tylko kilka tygodni po zakończeniu żałoby. Potem wyjechała do Londynu i na kontynent. Dopiero teraz planowała osiąść tam na stałe. Nie była tylko pewna, czy w ten sposób odpokutuje za próżność i bezmyślność, jakie cechowały ją w przeszłości.

– Nie możemy wziąć go ze sobą – oznajmiła. – Zresztą lekarz stwierdził, że podróż byłaby dla niego zbyt wyczerpująca.

– Nie mamy wyboru, milady – powiedział cicho Carter.

– Ruszajmy – wtrącił się stangret. – Może po drodze znajdziemy dla niego odpowiednią opiekę. Tutaj nie ma na to szansy.

– Nie zostawiajmy go – odezwała się proszącym głosem Monette.

Daphne wciąż nie była przekonana o tym, jak powinna postąpić. Czy dlatego, że wiedziała, że Westleigh nie chciałby być doglądany przez kobietę, która wyrządziła tyle zła jego siostrze? A może kierowała się wyłącznie myślą o własnej wygodzie?

– Dobrze – podjęła w końcu decyzję. – Ale pojedźmy w kierunku Londynu, nie do Vadley. Jestem pewna, że jego rodzina jest w mieście. Kiedy znajdziemy miejsce, w którym będziemy mogli go zostawić, powiadomimy ich, żeby po niego przyjechali. A jeśli nie uda nam się zostawić go pod niczyją opieką, zawieziemy go do samego Londynu. Nie nadłożymy więcej niż dwa dni drogi.

Słońce chyliło się ku zachodowi, a w żadnym zajeździe ani w żadnej gospodzie nikt nie chciał podjąć się opieki nad rannym. Co gorsza, stało się jasne, że Westleigh nie wytrzyma kolejnego dnia podróży do Londynu. Droga była wyboista. Powóz trząsł się, Hugh krzyczał z bólu. Gorączka się nasilała.

Dojechali do Thurnfield, małej wioski przy gościńcu do Maidstone. W gospodzie brakowało miejsc, ale oberżysta wiedział o niewielkim domu do wynajęcia w bliskiej okolicy. Daphne dopełniła formalności, ale zanim wyruszyli do wynajętego domu, wzięła na rozmowę Cartera, Monette i stangreta.

– Powiedziałam tutejszym, że nazywam się Asher. Wydaje mi się, że pan Westleigh nie chciałby, żeby opiekowała się nim lady Faville, bowiem jego rodzina ma powód, żeby mnie nienawidzić. Asher to moje nazwisko panieńskie…

Daphne wiedziała, że postępuje niezgodnie z naukami opatki klasztoru w Fahr, tym bardziej że nawet niewinne kłamstwo pociągało za sobą kolejne. Nie miała jednak wyjścia.

– Postarajcie się zapamiętać, że od dzisiaj nazywam się pani Asher, i nie zwracajcie się do mnie „milady”.

Służący pokiwali głowami na znak, że rozumieją polecenie, a Daphne nawiedziły wyrzuty sumienia, że nakłania ich do nieuczciwości.

– Jak sobie pani życzy, milady – powiedział Carter. – To znaczy, proszę pani.

– No to ruszajmy.

Podjechali pod otynkowany na biało domek z dobrze utrzymanym żywopłotem i niewielką stajnią dla koni. Na progu stali gospodyni i dozorca.

– Nazywam się Pitts, a oto moja żona. – Wskazał kobietę stojącą obok. – Do usług szanownej pani.

– Dzień dobry – przywitała się Daphne i przedstawiła swoich służących. – Mamy rannego. Trzeba go jak najszybciej zanieść do sypialni.

– Proszę za mną. – Gospodyni zaprosiła gestem do środka. – Niech pani wybierze pokój dla tego dżentelmena.

Dom był urządzony skromnie, ale w porównaniu z opactwem w Fahr wydał się Daphne wręcz luksusowy. Sprawiał przyjemne wrażenie. Nie miało to jednak znaczenia, bowiem zamierzała zatrzymać się tutaj tylko dwa dni, aż nie przyjedzie ktoś z rodziny Westleighów.

Wybrała dla Hugh najładniejszą sypialnię, narożną, z oknami na dwie strony, pełną światła i świeżego powietrza.

– Czy łóżka są pościelone? – zapytała gospodynię.

– A jakże – odpowiedziała pani Pitts. – Przygotowaliśmy pokoje, gdy tylko dostaliśmy wiadomość, że będziemy mieć gości.

Tak zrobiłaby każda dobra gospodyni, pomyślała Daphne. Pamiętała jednak, że nawet służący lubią być chwaleni.

– To ładnie z pani strony. – Uśmiechnęła się do kobiety. – Przynieście tutaj pana Westleigha – zwróciła się do dozorcy i Cartera, którzy wnieśli na górę jego kufer.

– Zechce pani obejrzeć resztę domu? – zapytała gospodyni.

– Później. Najpierw ranny.

– W takim razie dopilnuję przygotowania posiłku.

Gospodyni się oddaliła. Wkrótce Westleigh leżał już w łóżku.

– Gdzie jestem? – zaniepokoił się. – Dokąd mnie przywieźliście?

Daphne dotknęła jego ręki.

– Jest pan w domu przy gościńcu do Maidstone – powiedziała kojącym głosem.

– Ale ja nie jechałem do Maidstone, lecz do Londynu – próbował się podnieść.

Położyła mu dłoń na ramieniu.

– Jest pan zbyt słaby, by jechać do Londynu. – Tłumaczyła mu to za każdym razem, kiedy budził się w powozie i pytał, dokąd jest wieziony. – Odniósł pan poważne obrażenia podczas pożaru. Musi pan odpocząć i nabrać sił. Będziemy się panem opiekować do czasu, aż poczuje się pan lepiej. Wtedy pojedzie pan do Londynu.

Uspokoił się.

– Niech pani wyjdzie, mil… pani Asher. Ja rozbiorę pana Westleigha – wtrącił się Carter.

– A pan niech idzie po wodę, mydło i ręczniki – powiedziała Daphne do dozorcy. – Carter umyje rannego. Na pewno lepiej się poczuje czysty i przebrany w świeżą bieliznę. Proszę tylko ostrożnie z myciem twarzy.

– Woda, mydło i ręczniki są w pokoju. – Dozorca wskazał komodę, na której stały dzban z wodą i miska.

– Dam sobie radę, proszę pani – zapewnił Carter. – Może nas pani zostawić.

Daphne zdjęła dłoń z ramienia Westleigha, lecz on chwycił ją, nie pozwalając jej odejść.

– Niech mnie pani nie zostawia samego – jęknął.

Zrobiło się jej przykro. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć; pogłaskała go więc tylko po wystających spod bandaża włosach.

ROZDZIAŁ DRUGI

Uciekał. Smok gonił go, zionąc ogniem. Majaczące przed oczami Hugh wyjście oddalało się, chociaż wyciągał z całych sił nogi. Naraz płomienie otoczyły go, a smok wybuchnął śmiechem, przypominającym ryk…

Nagle obudził się i usiadł. Otaczała go ciemność. Uniósł dłonie do oczu.

– Nic nie widzę! Dlaczego nic nie widzę?

Pomacał palcami bandaż i wtedy sobie przypomniał. Pożar mu się nie przyśnił. Zdarzył się na jawie. Ale czy ogień wypalił mi oczy? Czy będę niewidomy? – zadawał sobie pytania, czując narastające przerażenie.

– Zdejmijcie te bandaże! – krzyknął i chwycił dłonią kawałek materiału.

Zaraz usłyszał szelest sukni i wyczuł delikatny aromat róż. Chłodne dłonie spoczęły na jego dłoniach.

– Jest pan ranny – zabrzmiał kobiecy głos. – Bandaż musi pozostać na miejscu.

– Kim pani jest? – przełknął z wysiłkiem. Miał poparzone gardło.

– Jestem… pani Asher. Wyniósł mnie pan z pożaru…

Pamiętał, że niósł kobietę w dół płonącymi schodami.

– Gdzie jestem? – wychrypiał.

– Jest pan u mnie. W Thurnfield.

Znał tę nazwę. Przejeżdżał przez tę wioskę wielokrotnie w drodze do Londynu.

– Nie może pan podróżować, więc zatrzymaliśmy pana tutaj – ciągnęła.

Nie zrozumiał.

– Byłem w Ramsgate. Jeśli nie mogę podróżować, to jak znalazłem się w Thurnfield?

– Nie mogliśmy znaleźć żadnego lokum w Ramsgate. Takiego, w którym ktoś mógłby się panem zająć.

Zastanawiał się, kim jest ta kobieta. Chciał ją zobaczyć, spojrzeć jej w oczy. Dowiedzieć się, skąd bierze się ten ton niepewności w jej głosie.

– Powiedziała pani „my”.

– Moja pokojówka, lokaj i ja.

A zatem musi być zamożna, pomyślał.

– Pokojówka, lokaj i kto jeszcze?

– Gospodyni i jej mąż. Nikt więcej.

Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ukrywa coś jeszcze.

– Gdzie jest pan Asher?

– Jestem wdową – odpowiedziała miękko i to wzbudziło w nim gwałtowne emocje.

Przypomniał sobie, że kobieta, którą wyniósł z pożaru, była lekka niczym piórko. Z ufnością wtulała głowę w jego pierś, bojąc się ognia. Ponownie przeklął bandaże zakrywające mu oczy.

– Nazywam się Westleigh. – Wyciągnął dłoń, która na moment zawisła w próżni, ale ona zaraz ją ujęła. Miała delikatne, wypielęgnowane ręce kobiety z wyższych sfer.

– Wiem, kim pan jest – powiedziała już pewniejszym głosem. – Dowiedzieliśmy się w gospodzie, że nazywa się pan Hugh Westleigh. Mamy pana kufer. Był w wozowni razem z naszymi, więc ocalał.

Czy dowiedziała się również, że jest bratem hrabiego i dlatego go tu przywiozła? Gdyby tylko mógł spojrzeć jej w oczy, poznałby prawdę. Docisnął dłonie do oczu i poczuł ból.

Delikatna, chłodna ręka odciągnęła jego palce od twarzy tak jak wcześniej.

– Niech pan nie dotyka bandaży. Lekarz kazał poczekać dwa tygodnie. Tyle czasu trzeba, by się wygoiły.

– Więc się wygoją? Czy będę ślepy?

– Lekarz zaznaczył jedynie, że oczy muszą pozostać zabandażowane. Nie potrafił powiedzieć, co stanie się później – dodała.

– Niewielka pociecha – odparł i zaśmiał się z goryczą.

– Powtarzam tylko jego słowa – odrzekła miękko.

Zreflektował się. Nie powinien okazywać zniecierpliwienia kobiecie, która mu pomaga i z własnej woli opiekuje się nim. Zwrócił pulsującą bólem głowę w jej stronę.

– Przepraszam. Zazwyczaj nie użalam się nad sobą.

– Naturalnie. – Przybrała ton podobny do tego, jakim kiedyś zwracała się do niego guwernantka. – Chce się panu pić?

Pokiwał głową. Był bardzo spragniony. Usłyszał znowu szelest spódnic i odgłos przelewania płynu. Chwyciła jego dłoń i włożyła mu pomiędzy palce szklankę. Upił łyk. Była to woda aromatyzowana miętą. Dlaczego wykazywała tyle dbałości o obcego?

– Jeszcze trochę. – Opróżnił szklankę duszkiem i wystawił ją przed siebie. Odebrała ją, napełniła ponownie i znowu umieściła mu w dłoni.

– Czuję się upokorzony swoją bezradnością – wyznał po chwili wahania.

– Naturalnie, to krępujące – kolejny raz przemówiła głosem guwernantki. – Ale niech pan się tym nie martwi i odpoczywa. Nie tylko poparzył pan oczy, ale także otrzymał potężne uderzenie w głowę. Według lekarza potrzebuje pan spokoju, żeby odzyskać siły.

Opadł ciężko na poduszki.

– Zje pan śniadanie? – zapytała. – Czy może woli pan najpierw trochę się zdrzemnąć?

Na wzmiankę o jedzeniu poczuł głód.

– Zjadłbym śniadanie, jeśli pani taka miła.

– Zatem niebawem wrócę. – Znowu zaszeleściła spódnicami i wyszła.

Ogarnęły go chłód i niepewność. Będąc dzieckiem, nigdy nie bał się ciemności. Właściwie nigdy niczego się nie bał, ale na określenie tego, co przeżywał teraz, przychodziło mu na myśl tylko jedno słowo – przerażający koszmar.

Ostrożnie dotknął bandaża, który owijał grubą warstwą całą głowę, i spróbował otworzyć powieki. Poczuł silny ból.

Czy jego przeznaczeniem jest ślepota i uzależnienie od innych? Nie bał się ciemności, ale uzależnienie przerażało go.

Przesunął dłońmi wzdłuż ramion, nóg i tułowia. Zmieniono mu koszulę i spodnie. Ubranie, które miał na sobie, pachniało świeżością. Ktoś musiał go umyć i przebrać. Czyżby tajemnicza panna Asher?

Skupił myśli. Pamiętał, że wyprowadził z płonącej gospody wiele osób. Pamiętał, płomienie wspinające się po ścianach, ból poparzenia, kiedy przedzierał się przez kolejne pomieszczenia, i huk walącego się stropu. Później ktoś zaniósł go do powozu, ale te wspomnienia nie układały się w żadną spójną całość.

Pulsujący ból rozsadzał czaszkę. Hugh ścisnął skronie, a potem wyprostował ramiona i nogi. Wyglądało na to, że nie doznał żadnych innych obrażeń, nie licząc drobnych poparzeń, których ból był jak najbardziej do zniesienia.

Ostrożnie opuścił stopy na podłogę i wstał. Wykonał kilka kroków w pobliżu łóżka, zanim zdecydował się od niego oddalić. Nie wiedział, co napotka na swej drodze. Wyciągnął przed siebie ramiona. Czy tak będzie się poruszał, jeśli oślepnie? – zadał sobie w duchu pytanie. Czy już zawsze będzie czuł przed sobą tę pustkę i będzie się bał kolejnego kroku?

Usłyszał, jak otwierają się drzwi.

– Panie Westleigh! – poznał głos pani Asher. – Nie wolno panu wstawać!

Usłyszał chrobotanie naczyń, a kiedy podeszła bliżej, poczuł znajomy już zapach róż. Chwyciła go pod ramię.

– Zaprowadzę pana do łóżka.

– Nie jestem inwalidą! – Gwałtownie wyrwał ramię.

– Nie, ale musi pan odpoczywać, żeby nim nie być w przyszłości.

To brzmiało rozsądnie, ale nie chciał się podporządkować.

– Przyniosła pani śniadanie?

– Tak. Wszystko jest na tacy, ale zje pan dopiero w łóżku.

– Czy w tym pokoju nie ma jakiegoś stołu z krzesłami?

– Jest.

– Więc usiądę przy stole i zjem jak człowiek.

– Dobrze… – Westchnęła. – Proszę się nie ruszać. – Usłyszał, jak przesuwa meble. – Teraz niech mi pan da rękę. – Posadziła go na krześle, postawiła przed nim tacę z jedzeniem i wsunęła łyżkę w dłoń.

– Owsianka i herbata.

Poczuł dojmujący głód.

– Pani Asher? – Odwrócił głowę w stronę, z której się jej spodziewał.

– Słucham. – Wyczuł zniecierpliwienie w jej głosie.

– Przepraszam. Wiem, że znowu nie zachowałem się, jak należy. Powinienem okazać pani wdzięczność.

– Już dobrze, panie Westleigh – odpowiedziała łagodniejszym tonem. – Niech pan je. Musi pan się wzmocnić.

– Wiem. Jestem bardzo głodny. – Spróbował trafić łyżką do miseczki, ale mu się nie udało. – Cholera!

Bez słowa naprowadziła jego dłoń. Nabrał trochę owsianki na łyżkę, ale nie trafił nią do ust i umazał je owsianką. Otarła mu ubrudzone usta serwetką. – Pomogę panu – powiedziała i naprowadziła jego dłoń.

Owsianka smakowała mu jak nigdy wcześniej. Poczuł napad wilczego głodu, ale nie mógł zaakceptować, że musi być karmiony jak dziecko.

– Dam sobie radę. – Postanowił zapomnieć o etykiecie. Jedną ręką uniósł miseczkę ku twarzy, drugą nagarniał owsiankę łyżką bezpośrednio do ust. Kiedy opróżnił miseczkę, odstawił ją na stół i wymacał filiżankę z herbatą. Była gorąca.

– Jaką pije pan herbatę? – zapytała, nie czekając, aż sam spróbuje.

– Z mlekiem i odrobiną cukru.

Usłyszał, jak miesza łyżeczką w filiżance, a w następnej chwili, ledwie odgłos mieszania ucichł, naprowadziła jego dłoń ku filiżance. Uchwycił ją obiema dłońmi i ostrożnie zbliżył do ust. Powąchał, rozkoszując się jej aromatem, po czym zaczął pić drobnymi łyczkami, żeby nie uronić ani kropli.

– Dziękuję, pani Asher. Jest pani dla mnie bardzo dobra – powiedział, kiedy zaspokoił pragnienie.

– Powinien pan teraz odpocząć – odparła. – Lekarz mówił…

– Nie będę się sprzeciwiał… Spróbuję samodzielnie trafić do łóżka. – Wstał i powoli, po omacku trafił na posłanie, świadomy, że cały czas jest obserwowany.

– Czy mam napisać do pańskiej rodziny i poinformować ją, gdzie pan jest i co się panu przydarzyło? – zapytała.

Poinformować rodzinę? Tylko nie to! Po tej podróży zamierzał zrzucić jarzmo odpowiedzialności za los rodziny. Był na każde jej skinienie, od kiedy opuścił służbę w armii.

– Niech pani tego nie robi. Nie mogą o niczym wiedzieć – odrzekł podniesionym głosem.

Nic nie odpowiedziała. Zdał sobie sprawę, jak to zabrzmiało.

– Przepraszam – odezwał się po chwili łagodniejszym tonem. – W mojej rodzinie nikt się nie nadaje do pielęgnowania chorych. – Nie wiedzieli o jego powrocie, nie będą się więc o niego martwili. Nie napisał do nich, kiedy opuszczał Brukselę. Nie chciał, żeby wymyślili mu jakieś nowe zadanie. – Bardzo proszę, by znalazła pani jakieś inne rozwiązanie. Wiem, że jestem dla pani ciężarem, ale mogę zapłacić za opiekę. Nie chcę wracać do rodziny.

– Dobrze. Nie napiszę więc. – Usłyszał, że ustawia na tacy puste naczynia. – Teraz proszę odpocząć. Ktoś zajrzy do pana później. I jeszcze jedno…

– Słucham. – Spodziewał się reprymendy.

– Nie jest pan ciężarem.

Drzwi zamknęły się za nią. Znowu został sam, w ciemnościach. Obecność pani Asher dodawała mu pewności. Bez niej miał wrażenie, że unosi się w pustce. Zaczął nasłuchiwać. Za oknem śpiewał ptak, gdzieś w oddali szczekał pies. Znieruchomiał. Miał nadzieję, że ona wróci, ale jej kroki za drzwiami stawały się coraz bardziej przytłumione, aż ucichły zupełnie.

Wciąż bolała go głowa, gardło i oczy. Nie chciał jednak zasnąć, więc zaczął sobie przypominać wydarzenia z owej fatalnej nocy w gospodzie.

Szedł na górę do wynajętego pokoju, gdy rozległy się krzyki ostrzegające o pożarze. Zaczął dobijać się do drzwi na pierwszym piętrze i wzywać ludzi do opuszczenia pokojów. Pożar rozprzestrzeniał się bardzo szybko, z każdą minutą zadanie stawało się niebezpieczniejsze, ale nie dbał o to. Myślał tylko tym, aby ratować ludzi. W takich chwilach nigdy nie brakowało mu odwagi. Zawsze postępował słusznie. Bez względu na ryzyko.

Wstąpił do armii i wyruszył na wojnę, bo Anglia tego potrzebowała. Co prawda, lubił wojenne przygody, czasem nawet szukał ryzyka i popisywał się odwagą. W czasie pokoju armia przestała go interesować. Sprzedał patent oficerski i zamierzał podróżować w poszukiwaniu przygód i niezależności.

Niestety, kryzys rodzinny zatrzymał go na miejscu w Londynie. Najpierw ojciec doprowadził rodzinę niemal na skraj ubóstwa, kiedy roztrwonił fortunę rodzinną na hazard, a potem usiłował oszukać człowieka, który przyszedł im z pomocą, swojego nieślubnego syna, Johna Rhysdale’a. Hugh, jego brat Ned i Rhysdale zmusili ojca do wyjazdu do Brukseli i przekazania wszelkich pełnomocnictw do zarządzania majątkiem rodzinnym Nedowi. Zadaniem Hugh było pilnowanie, by ojciec dotrzymywał warunków umowy, co oznaczało powtarzające się wyjazdy na kontynent. Ta podróż była ostatnia. Hugh został wezwany do Belgii, ponieważ ojciec zmarł po nocy spędzonej na pijaństwie i rozpuście.

Hugh nie opłakiwał ojca, wręcz poczuł się wolny. Los jednak nie pozwolił mu cieszyć się dopiero co odzyskaną swobodą. Tym razem nie miały ograniczać go obowiązki wobec rodziny ani wojna. Groziła mu ślepota.

Z pokoju Westleigha Daphne poszła do ogrodu poszukać ukojenia nerwów pośród klombów z czerwonymi tulipanami i żółtymi narcyzami. Miała powód do zdenerwowania. Liczyła na to, że przekaże opiekę nad Westleighem jego rodzinie, tymczasem on nie chciał nawet jej zawiadamiać.

Planowała, że zostawi im list z wyjaśnieniami i wyjedzie tuż przed przyjazdem kogoś bliskiego Hugh. Wiedziała, że Westleighowie nie byliby zadowoleni, że członkiem ich rodziny zaopiekowała się znienawidzona lady Faville. Hugh też zapewne nie potrafiłby się z tym pogodzić. Jej sumienie obciążała bowiem próba odebrania świeżo poślubionego męża jego siostrze, Phillipie.

Kiedy Xavier oparł się jej urokowi, urażona, cisnęła lampą naftową o ścianę w Maskaradzie. Lampa roztrzaskała się, tak jak jej złudzenia, zapaliła się zasłona w oknie, a od niej zajęła się spódnica Daphne…

Daphne przyłożyła dłonie do rozpalonych policzków. Jak mogła zrobić coś takiego! Wciąż czuła wstyd na myśl o tym, jak postąpiła. Hugh Westleigh niewątpliwie nią pogardza; zachowała się wyjątkowo tchórzliwie. Uciekła po tym, jak Phillipa uratowała ją, zrywając z niej palącą się spódnicę. Zresztą, nadal zachowuje się tchórzliwie. Powinna przyznać się, kim jest. Już na samym początku…

„Rób to, co nakazuje ci sumienie, moje dziecko. Nigdy nie zbłądzisz, jeśli będziesz słuchała głosu sumienia”.

Ale co robić, jeśli sumienie nie podsuwa jednoznacznych rozwiązań? Czy lepiej powiedzieć prawdę, czy ukrywać ją, by nie narażać się na jego niechęć?

Daphne chodziła tam i z powrotem. Za dwa tygodnie bandaż zostanie zdjęty i Hugh, jeśli oczy się zagoją, wyruszy w swoją drogę. Z całego serca błagała Boga, by go uchronił przed kalectwem. Miała nadzieję też, że zostanie wybaczone jej to małe kłamstwo, którego dopuściła się w dobrej wierze.

Naraz spostrzegła dwie dziewczyny idące w stronę domostwa. Nie miały więcej niż piętnaście lat.

– Przepraszamy, czy to pani jest panią Asher?

– Tak, to ja – odpowiedziała Daphne.

– Szukamy pracy – oznajmiła jedna z dziewcząt. – Powiedziano nam, że pani może potrzebować pomocy…

– Możemy robić wszystko, co potrzeba – zapewniła druga. – Jesteśmy bardzo silne.

Były nadzwyczaj skromnie ubrane, właściwie nędznie. Daphne zastanawiała się, czy potrzebuje służących, skoro nie zostanie tu dłużej niż dwa tygodnie.

– Bardzo nam zależy, pani Asher. Udowodnimy, że potrafimy pracować. Przekona się pani.

Daphne miała dość pieniędzy, by im płacić, a opatka pochwaliłaby ją za dobry uczynek.

– Dobrze, moje dziewczęta. Chodźcie za mną. Jeśli pani Pitts się zgodzi, możecie przystąpić do pracy jeszcze dzisiaj.

Tytuł oryginału: A Lady of Notoriety

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2014

Redaktor serii: Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne: Dominik Osuch

Korekta:Lilianna Mieszczańska

© 2014 by Diane Perkins

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1988-4

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.