Dom na głowie - Małgorzata Kalicińska - ebook + książka

Dom na głowie ebook

Małgorzata Kalicińska,

4,4

Opis

 

Bo życie nabiera kolorów, kiedy odważysz się na więcej

 

Magda (50+), energiczna singielka, matka dorosłych dzieci, czuje, że wreszcie nadszedł jej czas – chce zaszaleć i wymyślić siebie na nowo. Los ma dla niej zgoła inny plan – na horyzoncie pojawia się prawdziwy dream team: mama, dwie ciotki i wuj. Gang upartych i niezależnych seniorów, którzy choć coraz słabiej radzą sobie z codziennością, nie chcą nawet słyszeć o przeprowadzce do domu opieki.

 

Co robi Magda? Zamiast zostać dochodzącą asystentką i pielęgniarką, stawia wszystko na jedną kartę i wszczyna rewolucję. Postanawia zorganizować wielopokoleniowy dom, w którym rządzić będą życzliwość, bliskość i humor w najlepszym wydaniu. Tylko czy starsze pokolenie da się przekonać do zamieszkania pod jednym dachem? I czy kierowniczka tego zamieszania odnajdzie w nim radość i dobre miejsce także dla siebie?

 

Małgorzata Kalicińska zaprasza do świata, w którym starość to nie koniec, ale nowy, pełen niespodzianek etap podróży!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 505

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (21 ocen)
12
6
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Maserati

Nie oderwiesz się od lektury

Super. Ciepła,z humorem. Polecam.
00
DANUSIA1212

Nie oderwiesz się od lektury

Super polecam wszystkim
00
bgrzeda

Całkiem niezła

Lekka opowieść tak na jeden wieczór
00

Popularność




Co­py­ri­ght © Mał­go­rzata Ka­li­ciń­ska, 2025 Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Po­rad­nia K, 2025
Opieka re­dak­cyjna: MAŁ­GO­RZATA WRÓ­BLEW­SKA
Re­dak­cja: KA­TA­RZYNA SARNA
Ko­rekta: JO­LANTA KU­CHAR­SKA, MAG­DA­LENA JA­KU­SZEW
Pro­jekt okładki: GRZE­GORZ ARA­SZEW­SKI / ga­rasz.pl
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-67784-71-9
Wy­daw­nic­two Po­rad­nia K Sp. z o.o. Pre­zes: Jo­anna Ba­żyń­ska 00-544 War­szawa, ul. Wil­cza 25 lok. 6 e-mail: po­rad­niak@po­rad­niak.pl
Po­znaj na­sze inne książki. Za­pra­szamy do księ­garni:www.po­rad­niak.plfa­ce­book.com/po­rad­niaklin­ke­din.com/com­pany.po­rad­niakin­sta­gram.com/po­rad­nia­_k_wy­daw­nic­twotik­tok.com@po­rad­nia_k
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

„Có­reńko,sta­rość też po mnieodzie­dzi­czysz”

Moja Mama

Reni, Ma­ry­nie i Mać­kowi

JA­RZY­NÓWKA Z PIE­RO­GAMI

Kiedy wy­ło­wi­łam z ta­le­rza ja­rzy­nówki pie­róg z tru­skawką, wie­dzia­łam już, że z Firką jest coś nie tak. Obok sie­działa Re­nia, moja ciotka, sio­stra Firki, czyli mo­jej mamy, i też pa­trzyła na tę dziwną za­war­tość ta­le­rza wiel­kimi oczami. Firka to da­leko idące zdrob­nie­nie od Kwi­ryny. Bab­cia miała fan­ta­zję, na­da­jąc dzie­ciom dziwne imiona. Choć dla niej imię Kwi­ryna nie brzmiało eg­zo­tycz­nie, bo spodo­bały jej się kie­dyś Dziew­częta z No­wo­li­pek, u wszyst­kich in­nych imię mamy po­wo­do­wało chwi­lowy nie­do­słuch.

– Co pro­szę?

– Kwi­ryna – po­wta­rzała cier­pli­wie, a oso­bom bli­skim lub ta­kim, z któ­rymi się chciała bli­żej po­znać, wy­ja­śniała: – Zdrob­niale Firka, tak do mnie mó­wią.

Tak więc moja mama za­pro­siła nas na obiad – mnie i swoją sio­strę Re­nię – i po­dała ein­topf, da­nie jed­no­garn­kowe, bo nie lu­biła go­to­wać. To była nie­dbale do­sma­czona zupa ja­rzy­nowa z mro­żonki Hor­teksu, z dru­gim da­niem w środku, bo i Re­nia zna­la­zła w swoim ta­le­rzu dwa pie­rogi z tru­skaw­kami.

– Mamo, co to jest? – spy­ta­łam zdzi­wiona.

Kwi­ryna po­pa­trzyła na nas, po­tem po­grze­bała w swo­jej zu­pie i zna­la­zła na­stępne dwa pie­rogi, też z tru­skaw­kami.

– O... A co to? – po­wie­działa zwy­czaj­nie. – Pew­nie mi się po­my­liło. Nie rób scen.

Z Re­nią spoj­rza­ły­śmy na sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo. Re­nia, Re­nata, jest naj­młod­sza z ro­dzeń­stwa. Obec­nie ma sie­dem­dzie­siąt osiem lat, mama ma osiem­dzie­siąt. Są jesz­cze Ele­onora, osiem­dzie­się­cio­sze­ścio­latka i brat Ma­te­usz, zwany w ro­dzi­nie Mać­kiem, lat osiem­dzie­siąt cztery. Moje naj­bliż­sze stare Grzyby!

Szy­mon, ich naj­star­szy brat, zmarł w idio­tyczny spo­sób dzie­sięć lat temu. Jako cał­kiem do­brze trzy­ma­jący się osiem­dzie­się­cio­la­tek po­biegł za od­jeż­dża­ją­cym au­to­bu­sem, wy­wi­nął orła na lo­dzie i za­koń­czył ży­wot w chwilę po upadku. Zła­ma­nie pod­stawy czaszki. Wu­jenka Ziuta, jego żona, ode­szła rok po nim. Z roz­pa­czy i przy­gnę­bie­nia. Nie mieli wspól­nych dzieci, lecz wuj Szy­mon miał syna z pierw­szego mał­żeń­stwa. Ju­lek zmarł gdzieś w Afryce, pra­cu­jąc jako opie­kun w le­pro­zo­rium. Wię­cej o nim nic nie wiem.

Kie­dyś mu­sia­łam usiąść i się na­bie­dzić zroz­su­pła­niem ro­dzin­nych ko­nek­sji, bo za młodu do wszyst­kich mó­wi­łam per cio­ciu albo wujku, i kom­plet­nie mnie nie in­te­re­so­wało, kto jest kim. Oni mieli ze sobą słaby kon­takt, a co do­piero ja – za­jęta wła­snym ży­ciem. Spo­ty­ka­łam ich spo­ra­dycz­nie i do­piero te­raz od­kry­łam, że cie­ka­wią mnie po­wią­za­nia mię­dzy nimi. A słow­nic­two swego czasu było bo­gate! On­giś każdy w ro­dzi­nie wie­dział, kim jest świe­kra, kim wu­jenka, kim stryj, no ale dzi­siaj nikt so­bie tym głowy nie za­prząta. „Ku­zyn” lub „ku­zynka” za­ła­twiają sprawę, te na­zwy dzia­łają jak wy­trych.

Wra­ca­jąc do wuja Szy­mona: kiedy by­ły­śmy w Płocku na jego po­grze­bie, moja mama, gdy już ode­szły­śmy od grobu, wes­tchnęła dość gło­śno: „Piękna śmierć!”, po czym za­cią­gnęła się pa­pie­ro­sem. „Chyba zwa­rio­wa­łaś”, fuk­nęła Re­nia, a Ele­onora nic nie po­wie­działa, bo za­wsze była wy­nio­sła i ma­ło­mówna, nadto miesz­kała w Kra­ko­wie i spie­szyła się do sa­mo­chodu, aby wró­cić do sie­bie jesz­cze za dnia. Kom­plet­nie od­sta­wała od ro­dziny, jako że miała męża o kró­lew­skim na­zwi­sku, ro­do­wo­dzie i ma­nie­rach, w związku z czym uwie­rzyła, że ów splen­dor spły­nął na nią wraz z przy­sięgą mał­żeń­ską, a po­tem... Po­tem było jej tro­chę głu­pio, bo wuj Roch, jej mąż, iry­tu­jący ary­sto­krata, zmarł z pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia lat temu zu­peł­nie try­wial­nie, na za­wał. Zo­sta­wił cio­cię do­brze za­bez­pie­czoną fi­nan­sowo, w pięk­nym miesz­ka­niu przy ulicy ja­kie­goś świę­tego, zdaje się To­ma­sza. Wcze­śniej nas nie za­pra­szali. Ta­jem­nicą po­li­szy­nela było, że wuj Roch zmarł u pew­nej pani w nie­dwu­znacz­nej sy­tu­acji, a że do­prawdy trudno było to ja­koś wy­ja­śnić, cio­cia ni­czym dys­tyn­go­wana dama uci­nała te­mat, kiedy sio­stry przy­pad­kowo się gdzieś spo­tkały – na ko­lej­nym we­selu lub po­grze­bie – i za­da­wały jej nie­zbyt wy­godne py­ta­nia. I ja to ro­zu­miem – niby taki ary­sto­krata i książę, a zmarł na ło­nie ho­żej freli ze Ślą­ska, pro­wa­dzą­cej ga­bi­net ko­sme­tyczny w No­wej Hu­cie.

Prawda, że nie ma się czym chwa­lić?

Cio­cia Nora, gdyż tak się zwra­ca­łam do Ele­onory, była mi pra­wie obca, z sio­strami nie utrzy­my­wała wła­ści­wie żad­nych kon­tak­tów, bo uwa­żała obie za skoń­czone idiotki. Re­nię – po­nie­waż ta za­miast stu­dio­wać, sza­lała za młodu i szla­jała się po stu­denc­kich klu­bach, a moją matkę – bo wy­szła za mąż za mo­jego bied­nego ojca, na­uczy­ciela ma­te­ma­tyki.

Z sied­miorga te­raz zo­stało ich czworo. Naj­star­szy, Ka­zik, zmarł w nie­mow­lęc­twie, po­noć na gruź­licę. Była jesz­cze uro­dzona po Ka­ziku Marta, która zmarła tuż po przyj­ściu na świat, bo bab­cia ciążę prze­no­siła. Do­piero resz­cie się udało.

W prze­ci­wień­stwie do babci – o wiele mó­wią­cym na­zwi­sku Wie­lo­pol­ska – moja mama i ciotka Re­nia, a także cio­cia Nora i wuj Ma­te­usz spra­wili so­bie każde po jed­nym dziecku, i spo­kój.

Mam tylko dwoje ro­dzeń­stwa cio­teczno-wu­jecz­nego, bo syn cioci Nory zmarł w dzie­ciń­stwie, więc jakby go nie było. Za brata cio­tecz­nego mam syna Reni – Miśka, młod­szego ode mnie o do­brych kilka lat, któ­rego za­wsze uwa­ża­łam za smar­ka­cza. Jest jesz­cze sio­stra cio­teczna Anka, córka Ma­te­usza – za­bawna, pulchna, ruda, w moim wieku ko­bieta, która od lat mieszka na Sy­cy­lii i jest, jak mi się wy­daje, nieco eks­cen­tryczna, ale to może po pro­stu dla­tego, że żyje zu­peł­nie ina­czej, niż są­dzi­łam.

My­ślę, że je­ste­śmy bar­dzo przy­wią­zani do pew­nych sche­ma­tów: dziecko robi ma­turę, po­tem idzie na stu­dia, co łą­czy się z wy­pro­wadzką do aka­de­mika albo cze­goś wy­na­ję­tego, czę­sto z psiap­siółą lub na­rze­czo­nym, po ja­kimś cza­sie od­bywa się huczne przy­ję­cie z po­wodu obro­nio­nej ma­gi­sterki, da­lej ślub, dziecko, praca – i koło się za­myka. Anka i jej ży­ciowe wy­bory od­bie­gają od nudy mo­jego i sta­ty­stycz­nie pra­wi­dło­wego ży­cia. O niej jesz­cze bę­dzie. O Miśku też. I w ogóle o tej mo­jej ro­dzi­nie, i o pew­nym po­my­śle...

Tyle ty­tu­łem wpro­wa­dze­nia, bo od­bie­głam od tru­skaw­ko­wych pie­ro­gów w ja­rzy­nówce.

– Firka, co to jest?! – Tym ra­zem zdzi­wiła się ciotka Re­nia i, jak to ona, ro­ze­śmiała się gło­śno, rzu­ca­jąc niby na we­soło: – Ty masz fik­sum-dyr­dum!

Mama na­dęła się i cał­kiem po­waż­nie oznaj­miła:

– Nic się nie stało. Pie­rogi miały być z mię­sem. Po­my­li­łam się, a ty mu­sisz od razu... Nie jedz, skoro ci nie pa­suje.

Nie by­ły­śmy spe­cjal­nie głodne, więc pie­rogi wy­lą­do­wały w ko­szu. Wod­ni­stą zupę do­pchnę­ły­śmy chle­bem z ma­słem. Po tym wy­ra­fi­no­wa­nym obie­dzie mama po­sta­wiła na stole ciastka ma­ślane ze sklepu i her­batę.

One obie, niby sio­stry, a tak różne od sie­bie, od­zna­czały się wspólną, dla mnie nie­zbyt wy­tłu­ma­czalną, mi­ło­ścią do her­baty. Piły ją co chwila, kie­dyś za­zwy­czaj w szklan­kach. Te­raz Re­nia uży­wała kubka, mama też miała swój, ale la­tami w szaf­kach brzę­czały szklanki – i to w ru­skich ko­szycz­kach. Mama do­stała kie­dyś od ra­dziec­kich to­wa­rzy­szy ta­kie rzeź­bione z mo­sią­dzu, z drew­nianą rączką. I sa­mo­war elek­tryczny, ale ten wy­wieźli z oj­cem na działkę. Tam chyba do­ko­nał ży­wota albo ktoś go ukradł, gdy tuż przed li­kwi­da­cją dzia­łek ja­cyś chętni i sprytni (może miej­scowa mło­dzież?) opędz­lo­wali im całą al­tankę, za­bie­ra­jąc sa­mo­war ra­zem z le­żanką i pięk­nym por­ce­la­no­wym noc­ni­kiem w sło­necz­niki, w któ­rym mama ro­biła wio­sną roz­sadę po­mi­do­rów.

Za te szklanki Re­nia mamę wy­śmie­wała, do­gry­za­jąc jej, że pije „po ru­sku”, ale sama miała w domu szklanki w ce­pe­liow­skich ocie­pla­czach. Mama na to od­po­wia­dała, że Re­nia się cze­pia, bo to po pro­stu wy­goda i her­bata mniej sty­gnie. Taki miały re­fren, po­wta­rzany dość czę­sto. Tak czy siak, upa­jały się tymi her­ba­tami, nie wie­dząc na­wet, jak do­brze to robi ich or­ga­ni­zmom, bo się na­wad­niały i czę­sto siu­siały, za co nerki były im wdzięczne. U Reni esen­cja za­wsze była w sta­ro­mod­nym im­bryczku, za­pa­rzana co rano, z mie­szanki her­bat ulung i as­sam, a moja mama z le­ni­stwa piła skar­pe­ciankę, czyli tę w sa­szet­kach, naj­tań­szą. Wszyst­kim nam wma­wiała, że „to świetna her­bata, tylko trzeba po­cze­kać, aż na­cią­gnie”.

Po tej nie­szczę­snej ja­rzy­nówce mama była mil­cząca i ob­ra­żona na Re­nię. To ob­ra­ża­nie się trwało całe ich ży­cie, obie ką­sały się, wy­zło­śli­wiały i wza­jem­nie so­bie do­ku­czały, a na­bz­dy­czały się na ja­kieś pół go­dziny do go­dziny. Gdy w po­bliżu był wuj Ma­te­usz, po­tra­fił je po­go­dzić szyb­ciej. No, ale te­raz go nie było. Mama mil­czała, Re­nia ga­piła się przez okno, a ja się za­sta­na­wia­łam, czy kie­dyś bę­dzie mię­dzy nimi nor­mal­nie. Za to wy­star­czyło, że mamę za­bo­lał pa­lec czy wy­sko­czył jej pryszcz, Re­nia go­towa była po­ru­szyć niebo i zie­mię, a nade wszystko na­tych­miast ser­wo­wała jej leki z wła­snej ap­teczki. No i oczy­wi­ście alar­mo­wała mnie, mó­wiąc: „Zda­niem two­jej mamy to jest pryszcz, ale to może być rak!”.

Sie­dzia­ły­śmy w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu na Żo­li­bo­rzu, w któ­rym miesz­kała sa­mot­nie moja mama, owdo­wiała już ja­kiś czas temu, a kon­kret­nie przed pię­cioma laty. Tata na eme­ry­tu­rze bar­dzo szybko zde­men­ciał i zmarł. Tak po pro­stu.

Czy bar­dzo to prze­ży­łam? O dziwo, nie. Był świet­nym oj­cem, ale de­men­cja i sta­rość ode­brały mi go wcze­śniej niż śmierć. Wła­ści­wie wraz z jego odej­ściem po­czu­łam ulgę. Mama chyba też. Ostatni rok, gdy jej nie po­zna­wał, był kosz­ma­rem.

Miesz­ka­nie na Kra­jew­skiego, przy Cy­ta­deli, jest stare i nie­piękne. Z przy­działu woj­sko­wego, bo mama pra­co­wała w woj­sko­wo­ści. Po­tem rów­nież oj­ciec wy­kła­dał na Woj­sko­wej Aka­de­mii Tech­nicz­nej. Te­raz przy­jeż­dżam do mamy, kiedy mnie po­trze­buje. Od dawna mam swoje ży­cie i choć się tu wy­cho­wa­łam, to tak na­prawdę nie lu­bię tego miesz­ka­nia. Wo­la­łam wcze­śniej­sze, jesz­cze sprzed prze­pro­wadzki, gdy miesz­ka­li­śmy w sta­rej willi na El­ster­skiej, w wy­naj­mo­wa­nym lo­kalu. Mia­łam tam ko­le­gów i ko­le­żanki, prze­pro­wadzka wy­rwała mnie stam­tąd i już nic nie było ta­kie miłe i roz­po­znane, a i no­wych zna­jo­mych na Kra­jew­skiego nie zna­la­złam.

Re­nia przy­je­chała na obiad z Mu­ra­nowa, gdzie mieszka przy An­dersa, w rów­nie spo­rym miesz­ka­niu, na czwar­tym pię­trze, też sama, bo owdo­wiała, jak i moja mama, lata temu. Zna­czy, naj­pierw się roz­wie­dli, ona i wuj Alek, zwany Ali­kiem, a po­tem on po kilku la­tach szczę­śli­wego po­ży­cia z o po­łowę od sie­bie młod­szą Tulą zmarł na­gle w jej domu.

Za jego ży­cia Re­nia długo nie chciała mu dać roz­wodu. Jak mó­wiła nam bez zbęd­nego cer­to­le­nia: „Nie, bo nie”, czyli ze zło­śli­wo­ści, bo nie ko­chała już męża, ale bar­dzo nie lu­biła być sama. Po­tulny Alik był za­wsze koło niej i do tego przy­wy­kła. Tula po­ka­zała Ali­kowi mi­łość i czu­łość w ca­łym tych słów zna­cze­niu. Z nią był na­prawdę szczę­śliwy.

Wresz­cie Re­nia rzu­ciła mę­żowi roz­wód jak ochłap, ale po­tem nie mó­wiła o so­bie jako o roz­wódce, wła­ści­wie też nie za­ak­cep­to­wała ożenku Alika, jed­nak od chwili jego śmierci twier­dziła, że jest... wdową. Wy­da­wało jej się, że to do­daje do­sto­jeń­stwa, bo do­stojna bar­dzo chciała być, ale jej się to ni­gdy nie uda­wało.

Star­sze ro­dzeń­stwo trak­to­wało ją z po­bła­ża­niem, na­wet kiedy się ze­sta­rzała. „Re­niuśka, dziecko, daj spo­kój”, ma­wiali i opę­dzali się od niej jak od roz­bry­ka­nej czte­ro­latki.

Po śmierci taty mamą za­in­te­re­so­wał się jego ser­deczny przy­ja­ciel Lu­tek. Pa­mię­tam go jako sta­łego go­ścia u nas, gra­ją­cego z oj­cem w sza­chy i ca­łu­ją­cego mamę w dło­nie za „pyszne ka­na­peczki”, które ro­bi­ły­śmy we dwie w kuchni z bułki pa­ry­skiej, mar­ga­ryny Maja, żół­tego sera tyl­życ­kiego i z pla­strem po­mi­dora la­tem, a zimą z pla­strem ki­szo­nego ogórka. Uwiel­białby je, na­wet gdyby były z pia­chem i li­ściem chrzanu. Lu­tek był sta­rym ka­wa­le­rem miesz­ka­ją­cym całe ży­cie z ma­mu­sią, miał wielką ły­sinę i ohydną za­cze­skę. Był in­te­li­gentny, więc się zo­rien­to­wał, że z uwie­dze­nia mamy nic nie bę­dzie. Mama nie grała w sza­chy i prze­stała ro­bić owe ka­napki, więc Lu­tek prze­stał nas na­cho­dzić. A kiedy pod­czas po­grzebu ich wspól­nej ko­le­żanki mama dała mu zde­cy­do­wa­nego ko­sza, wy­co­fał się cał­kiem.

W tym cza­sie wpa­dał już do mamy wy­soki i chudy pro­fe­sor che­mii z Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Nie wiem, skąd go mama wy­trza­snęła, ale by­wał, by­wał, cho­lewki sma­lił, chyba się na­wet ma­mie po­do­bał, ale wziął i zmarł. Nie wiem na co, ale wy­ko­nał to zej­ście w po­ciągu, na­gle. Był tro­chę jak wy­chu­dzony, pod­nisz­czony pa­jac – ma­rio­netka, taka na sznur­kach. Miał śmieszne krę­cone włosy. Si­wiał.

Może i byli jesz­cze ja­cyś sta­ra­jący się, ale mama mi ni­gdy nic o tym nie mó­wiła, a ja już się wy­pro­wa­dzi­łam i nasz kon­takt się ogra­ni­czył do rzad­kich nie­dziel­nych obia­dów i świąt, choć i te wkrótce za­czę­łam spę­dzać z ko­le­gami i ko­le­żan­kami na nar­tach. Na Wiel­ka­noc przy­cho­dzi­łam, bo od­wie­dzali ją też Re­nia z Miś­kiem i było ja­koś... nor­mal­nie. Nie­śmier­telny fa­sze­ro­wany kur­czak w so­sie wła­snym, ziem­niaki i ogó­rek kon­ser­wowy – oto wy­kwintne da­nie z kuchni mamy. Re­nia przy­no­siła kupne ciastka i za­pra­szała do sie­bie w lany po­nie­dzia­łek na ro­ladki ze schabu ze śliwką i bocz­kiem w środku, rów­nie nie­śmier­telne da­nie jak ów ku­rak mamy we­dług prze­pisu wy­czy­ta­nego kie­dyś w „Przy­ja­ciółce”. Po­nie­waż za pierw­szym ra­zem wszystko się udało, ciotka do dziś robi te same ro­ladki. Wy­su­bli­mo­wa­nym de­se­rem w wy­ko­na­niu mo­jej mamy by­wał bu­dyń z dże­mem ma­li­no­wym. W pu­char­kach wyj­mo­wa­nych na tę oka­zję z wy­so­kiej szafki ku­chen­nej, do któ­rej wra­cały po zmy­wa­niu i miały spo­kój do na­stęp­nych świąt.

Ja i mama nie mia­ły­śmy zwy­czaju zwie­rzać się so­bie.

Wy­rzu­cała mi:

– Naj­wię­cej się o to­bie do­wia­duję, gdy jest Reńka i ty się jej opo­wia­dasz! Jej, a nie mnie!

– Bo ona mnie pyta! In­te­re­suje się!

– Ale ja je­stem dys­kretna i nie chcę oraz nie umiem wy­py­ty­wać! Po­win­naś sama...

Sama z sie­bie mam w kuchni albo przy de­se­rze opo­wia­dać ma­mie, jak było roz­ryw­kowo w Białce na nar­tach?! Jak się chcie­li­śmy upić w ostatki, ale się nie dało, bo po­bli­ska knajpa z pysz­nym żar­ciem na­le­żała do bap­tystki i ani kro­pli al­ko­holu tam nie było? Albo o tym, w ja­kich trud­nych wa­run­kach spę­dzi­łam wy­jazd wa­ka­cyjny pod na­mio­tem, gdy nam, to jest mnie i mo­jemu ów­cze­snemu chło­pa­kowi, do­ko­op­to­wano ko­le­żankę, bo jej się po­darł na­miot? I z seksu nici... Czy o tym, jak by­łam na sza­lo­nej pry­watce w Świ­drze, w uro­czym sta­rym świ­der­ma­je­rze, gdzie nieco ulu­lana ca­ło­wa­łam się z na­rze­czoną ko­legi i już kom­bi­no­wa­ły­śmy, jak tu się urwać na pię­terko? Na­rze­czony w porę wpa­ro­wał do po­koju z tań­cami i nasz po­ca­łu­nek, je­den z naj­faj­niej­szych w moim ży­ciu, prze­rwał krót­kim: „Upi­łaś się, Aśka. Idziemy!”. Mia­łam o tym wszyst­kim mó­wić ma­mie?!

Ciotka była bar­dziej otwarta na­wet na ta­kie hi­sto­rie. W przy­pły­wie szcze­ro­ści na­wet o piesz­czo­tach z Aśką jej opo­wie­dzia­łam, spo­dzie­wa­jąc się żach­nię­cia, ale Re­nia tylko się ro­ze­śmiała. „Też mia­łam taką przy­godę z ko­le­żanką w aka­de­miku. Kie­dyś ci opo­wiem!”, sko­men­to­wała, ale póź­niej in­da­go­wana wy­ma­wiała się nie­pa­mię­cią.

Chyba za­wio­dłam mamę tym, że nie je­stem chłop­cem. Mó­wiła o tym kie­dyś, sie­dząc w po­koju z Re­nią. Tamta ją zbesz­tała, a ja pod­słu­chi­wa­łam ich roz­mowę ze swo­jego dzie­cię­cego po­koju, a po­tem pła­ka­łam. Mia­łam czter­na­ście lat. Opo­wie­dzia­łam o tym ta­cie, a on mi wy­ja­śnił, że się prze­sły­sza­łam i że on mnie ko­cha jak nie wiem co, i gdy­bym na­wet była małpą z Ma­da­ga­skaru, to też by mnie ko­chał. To wy­zna­nie wy­wo­łało u mnie śmiech nie do opa­no­wa­nia, więc w de­pre­sję ani kom­pleksy nie wpa­dłam. Ale ni­gdy mię­dzy nami, mną i mamą, nie było szcze­gól­nej więzi.

Z tatą też nie roz­ma­wia­łam za czę­sto. Był wiecz­nie za­pra­co­wany, stale na wy­kła­dach i ze­bra­niach, a jak nie grał z Lut­kiem w sza­chy, to oglą­dał z mamą te­le­wi­zję, a mi­łość oj­cow­ską za­ła­twiał stówką wci­skaną mi do rąk („Kup so­bie, co tam po­trze­bu­jesz, có­ruś, szminkę czy co”) i rzad­kimi spa­ce­rami do parku koło Cy­ta­deli, pod­czas któ­rych roz­ma­wia­li­śmy ka­pi­tal­nie. Tylko rzadko! Ku­po­wa­łam so­bie modne buty, szminkę, to­rebkę... Pa­mię­tam, jak Lu­tek go spy­tał, co stu­diuję, a on na­wet nie po­tra­fił po­wie­dzieć. Za to wie­dział, że uwiel­bia­łam jazdę na łyż­wach, bo był kilka razy ze mną na Tor­wa­rze, gdy cho­dzi­łam do szkółki łyż­wiar­skiej. Szybko za­koń­czy­łam tę za­bawę, gdyż po­zna­łam ko­lej­nego cud chło­paka i wo­la­łam z nim ła­zić po dusz­nych ka­wiar­niach.

Mię­dzy oj­cem a mamą nie wi­dzia­łam czu­ło­ści. No tak, ca­ło­wał ją w rękę, cza­sem obej­mo­wał w trak­cie skła­da­nia ży­czeń, a mama wtedy sztyw­niała. W su­mie to cie­kawe, ja­kie było ich ży­cie sek­su­alne. Bo chyba nie­zbyt bujne.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki