36 osób interesuje się tą książką

Opis

Wszystko się tu pomieszało i bardziej przypomina majaczenie chorego, pijacki sen niż pamięć. Ale jest pamięcią, jest przeszłością, jest tu i teraz. Jak gdyby patrzeć jednocześnie przez okulary do bliży i do dali. Śmierć i dzieciństwo idą ramię w ramię.

Zgarbiony Bułat Okudżawa z marną rosyjską gitarą, siekierkowski Izajasz, pisarz w drodze, Grażyna, której ciała nie starcza do tego, by ją nazywać Grażyną, pijany listonosz, kulawy Bartek, kot i dziadek, pan Gerber, który uczy historii i robi zdjęcia nagim kobietom, Daniił Charms, który umarł z głodu, Buła, który się powiesił, samotny stary mężczyzna bez oszczędności. Wszyscy wirują w zawrotnym danse macabre – tańcu śmierci, który jest korowodem życia. Na Grochowie, w Brnie, na Saskiej Kępie, w galicyjskim miasteczku, „w którym języki były dłuższe od ulic, a szepty głośniejsze niż bicie dzwonów w kościele”, w Pińsku, w Kijowie, w Europie środkowo-wschodniej.

A czas się sfilcował i już niczego nie da się uporządkować. Po co to zresztą porządkować?

„Och, gdybyśmy wszyscy umieli nie zostawać w bocznych, zapomnianych alejkach opowieści. Jakże byłoby wygodnie żyć tylko tu i teraz. Nie stać bezradnie na marginesie czyjejś albo własnej historii, bezradnie próbując się wydostać z godziny dawnego rozstania, z dnia okropnego błędu.”

„Skończyłem czytać i przypomniało mi się, co jakiś czytelnik napisał do pana Hrabala: „Nie mam już spokoju, wciąż mnie męczy i prześladuje niewymowne piękno, subtelność, dowcip, ból, mądrość, o Boże, niech to diabli”. Przepisałbym te słowa i wysłał do pana Sołtysa, bo w jego długich zdaniach są ludzie i rzeczy, i miasto, i książki, i Charms, i wszystko inne, o Boże, do diabła.” Marcin Wicha

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 179

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Paweł Sołtys

Nieradość

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Paweł Sołtys, 2019

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-927-0

Monice

Raz

Co ty wiesz o tym? Co ty o tym wiesz? No co? Otóż nie możesz wiedzieć nic. To nawet mnie się wymyka, a ty, choćbyś otworzył oczy od grzywki do ust, nie zobaczysz nic prócz cienia, tego cienia, co jest królikiem, ale tworzą go przecież dłonie. O to, to, dłonie, dłonie mi wychudły, nie wiedziałem, że mają taką możliwość. Widziałem znikające brzuchy, biusty, nawet łydki i policzki, ale dłonie? Ta minimapka Polski z wskaźnikami palców, ani pulchna, ani zbyt mięsista wcześniej przecież. A teraz zestarzała, skóra naklecona jak na jakichś drutach.

Albo żołądek – napięty, bolesny i mały. Przestający działać. Moja córka dostała kiedyś w prezencie Świętego Mikołaja śpiewającego świąteczny przebój Shakin’ Stevensa, a potem baterie zaczęły się kończyć i głos temu Shakin’ Mikołajowi wiądł, i śpiewał Mikołaj coraz wolniej i niżej, jakby go zatrudniono u Lyncha, a jeszcze później zamarł i tylko stał na brodato-biało-czerwono przy złotym mikrofonie i w plastykowych oczach miał cały smutek Belgii, tfu, Chin, Chin oczywiście. Więc ten mój żołądek jest właśnie zatrudniony u Lyncha, zostało mu baterii na dwa obroty wykoślawionej piosenki. Albo serce w galopadach, jakby ktoś znowu dosypał mi amfetaminy do coli. A to już dwadzieścia pięć lat minęło od tego śmiesznego żartu, od tamtej młodzieńczej paniki i potem nocy na zjeździe, w trakcie której napisałem poemat, ale go zgubiłem, tak jak pewnie twoją uwagę akapit temu. Cały się czuję akapit temu. Inkaskie imię – Akapit Temu, wnuk Tupaca Amaru, już wszystko w rękach tych diabłów ocipiałych od żądzy złota i kobiet, już wszystkie twierdze obrócone wniwecz, wszystkie tajemnice splugawione, ale jeszcze Akapit Temu obmyśla w jakiejś jaskini plan powstania, rysuje na zwilgotniałych ścianach przebieg bitwy, której nigdy nie odbędzie. Wzruszający, patetyczny i żałosny, jak tylu innych przed nim i po nim. Dzieńdoberek, oto ja piszący do ciebie.

Nie mam pretensji, próbuję ci tylko wykazać, wyślinić ze zbyt suchych ust słowa żużlowate: nic więcej dla ciebie nie mam prócz tych gierek tutaj. A przecież przysięgałem i przysięgali mi inni (och, kłamcy!), przysięgały mi książki, że będzie przekazywalne wszystko aż do końca, podajnik słów i skup u ciebie w oczach, w mózgu, w świadomości. A tu pstryk, zamknięte i pukaj, frajerze, do skutku. Gdzie indziej trzeba szukać melin z frazą, tu już pusto, interes kaput, w Berdyczowie ni jednego, który by znał Torę.

Czerwiec

1

Tak jak oni stali, to dziś już nikt nie umie stać. Ricky Nelson może umiał, ale też nie tak, Cybulski stał, jakby ich podpatrywał, ale to samo – nie wszystko spamiętał. Albo inaczej – spamiętał, ale to odgrywał, małpował, a przez to nie całkiem mu wychodziło. Bracia Krzemyki stali w pięćdziesiątym szóstym pod ścianą sklepu uspołecznionego w Niedynku jak greccy bogowie po dwóch małych lufach nektaru bez zakąski. Bez popitki, pod wiatr olimpijski. Stali jak mistrzowie świata, mocno i delikatnie zarazem, palili, czerwcowe słońce piekło i nie mogłem się na nich napatrzeć z tych moich stu czterdziestu centymetrów, z tych dwunastu lat, co je dopiero skończyłem. A przecież starszy z Krzemyków miał już prawie sześćdziesiątkę, a Roman – młodszy – też pewnie pod pięćdziesiąt. Żadni tam chłopaczkowie.

– A wy, Krzemyki, co tak stoicie w czwartek w południe pod sklepem? Nie ma dla was roboty?

Starszy, czyli Andrzej, mrużył oczy, jakby dopiero zauważał pytającego, i zachrypniętym głosem odpowiadał:

– My, panie pułkowniku, stoimy w czwartek w południe pod sklepem, bo nam tu dobrze.

Zawsze zwracali się do sierżanta Antolowskiego jakimiś kosmicznymi szarżami. Jakby to oni decydowali, kto ma jaki stopień. Dziś myślę, że to dlatego, że wszystkich mieli najwyżej za starszych szeregowych. Antolowski oczywiście się zapieniał:

– W socjalistycznym kraju, który wam tyle daje, w którym jest tyle możliwości, wy musicie od rana stać naprani pod sklepem, zamiast pracować?! – I zaraz do Romana, już spokojniej, bo upał, bo ci dwaj stoją, jak chciałby raz w życiu stanąć John Wayne, gdyby miał tam, na prerii, jakiś porządny gees. – Nie ma już fabryki pana Wolanga, żeby bezrobotni wystawali w rynku. Teraz to i wasza fabryka, wspólna, na stróża chociaż byście poszli, ja załatwię przecież. Albo na stację, tam zawsze brakuje ludzi, albo, ja wiem, do ośrodka zdrowia nawet. A wy tu zgorszenie wśród małoletnich siejecie jak bikiniarze jacyś.

– O, to teraz jest i moja fabryka? – interesował się Andrzej. – Tak jak kiedyś była pana Wolanga?

– No inaczej, ale wasza przecie.

– To jak moja, to ja jak pan Wolang w swojej fabryce nie robię. Piję szampana, żrę kawior z masełkiem i czekam na panienki.

– Jaki kawior, Krzemyk? Jakie panienki? Gdzie? Tu, pod sklepem?!

– A tu, już je szofer wiezie.

– Człowieku, przecież ty za socjalizm przy sanacji w więzieniu siedziałeś. Co się z tobą porobiło?

– Ja, towarzyszu komandorze, za socjalizm siedziałem przy cesarzu, przy Mościckim i przy socjalizmie za socjalizm też siedziałem. Bo się okazało – nie za ten socjalizm siedziałem wcześniej, socjalizmy nam się z towarzyszami z UB pomieszały, i nie w tej partyzantce byłem, taki figiel. A skoro ja tak siedziałem i siedziałem, to teraz sobie postoję. Wie pan, panie feldfeblu, więzienie demoralizuje.

– Za feldfebla to zaraz pałą dostaniesz, kurwa mać! Ja też w lesie byłem!

– Prawda, przepraszam. To bierz pan na te dechy, towarzyszu majorze, albo daj ćwiartkę dopić w słońcu.

– A chuj z wami! – mamrotał nieprzepisowo Antolowski i szedł na komisariat opieprzyć kogoś niższego rangą, bo to był porządny chłop, tylko też miał zwierzchników i złe języki wokół.

2

Ach, jakże umiał stać przy szynkwasie Roman Krzemyk. Chyba tylko jego brat umiał stanąć podobnie. Tak, żeby ostatnie promienie czerwcowego słońca lizały mu wciąż bujną czarną czuprynę. A było tylko kilkanaście tych centymetrów, gdzie przez okno, prześlizgując się między brudnymi firankami, słońce wąską strużką mogło wylądować. I on wyczuwał to miejsce od razu, nie szukał go, nie wiercił się jak inni, po prostu tam stawał, lewy łokieć opierał o wytarty dopiero co przez mamę blat, między palcami lewej dłoni trzymał giewonta i pozwalał, by to światło, ta cienka rzeczka rozpraszała dym tuż przed jego grzywką, jak rozpraszała ranne mgły na polach pod dawnym lasem pana ordynata. A prawą ręką gładził wierzch radia Pionier U, sam cały leciutko przechylony w prawo, oparty na prawej nodze jak na niewzruszonych zasadach moralnych, a potem ta ręka powoli, powiedziałbyś – kot łapą, zjeżdżała na bakelitowe pokrętła. I brał je jedno po drugim między kciuk a palec wskazujący, ale nie przekręcał, tylko się przymierzał, czekał. I odrobinę odciążał tę prawą moralną nogę. A oba pokrętła były jakby naprężone, jakby też czekały, ciemniejsze niż brązowa obudowa radia, brązowa jak opalona nad rzeką Niedynką skóra. I w odpowiednim momencie młodszy Krzemyk lewe pokrętło przekręcał w lewo, i wchodząc w słowo ściszonemu nagle lektorowi, patrząc mojej mamie w oczy, mówił aktorskim głosem:

– …tro pochmurno z większymi samotnościami.

A moja mama czerwieniła się pod wykrochmalonym czepkiem, który wyglądał trochę jak korona, tak że wszyscy mówili do niej „królowo”, czerwieniła się, patrząc na palce Romana, które już powoli odkręcały pokrętło w prawo, a potem patrzyła na mnie siedzącego przy stoliku i czystą ścierką waliła tego dziwacznego mężczyznę po łapach, aż dym z giewonta się rozwiewał, słońce zachodziło za kościelną górę, a ja znowu pochylałem się nad matematyką. A lektor, jak gdyby nic nie zauważył, kończył miarowo:

– …na Bugu we Włodawie przybyło jeden.

A potem śpiewało Mazowsze i pan Romek gwizdał cichutko, wtórując tym dziewczynom z Mazowsza, i odwracał się popatrzeć na zadymioną salę.

Mama zabierała mnie do pracy, bo inaczej nijak nie mogła przypilnować moich lekcji, a tak przynajmniej udawałem, że coś robię. Restauracja nazywała się Ratuszowa i po wojnie, po uspołecznieniu zamykano ją o dwudziestej pierwszej. Wtedy mama brała mnie za rękę i razem szliśmy do domu, mówiąc wcześniej do widzenia kierownikowi, który miał na nazwisko Hultaj, ale jeszcze przed wojną zmienił sobie na Hultajski, a i tak wszyscy pijacy mu to przekręcali, choć raczej nie w oczy, bo nie było innych restauracji w naszym miasteczku, a piwo do sklepu przychodziło od święta.

Teraz została jeszcze godzina, zegar na ścianie, codziennie starannie nakręcany przez Hultaja, pokazywał swoimi cesarsko-królewskimi wskazówkami za pięć ósma.

– Podejdźże, Krzemyk, do nas! Napijże się z nami, a nie królowej głowę piękną zawracasz! – odezwał się basem Buła.

Dobre miał nazwisko, bo wielki był i gruby, włosy miał napomadowane na ślisko i zawsze chodził pod krawatem, jak jakiś urzędnik, a nie rzeźnik. Nawet u siebie w sklepie pod brudnym fartuchem nosił ten krawat i starą, ale porządną marynarkę.

– Za marna dla ciebie nasza kompania, co? Z bandytami wolałbyś posiedzieć jak u Montelupich? – Tu towarzystwo zarżało.

Zawsze siedzieli z nim po pracy robotnicy z fabryki i zawsze rżeli jak konie, gdy żartował, bo miał gest, pieniądze i pięści jak kilogramowe bochny chleba. A młodszy Krzemyk już przeniósł ciężar ciała na drugą, tę mniej porządną nogę, już stanął krzepko jak do rąbania drewna i podszedł do nich z kuflem piwa w dłoni. Zaraz mu ktoś podstawił krzesło i Krzemyk usiadł obok Buły. Buła chciał się z nim kuflem swoim trącić, ale trafił w próżnię, aż mu chrząstnęło w mięsistym barku, a piana z piwa przeleciała przez salę jak śnieg w zadymce, bo Krzemyk akurat się nachylił i mruknął coś do małego Bartka, który już zdrowo napity śpiewał sobie półgłosem. I dopiero po chwili młodszy Krzemyk odwrócił się do eleganckiego Buły i szeptem, ale takim szeptem, jak z radia właśnie, że wszyscy w Ratuszowej go słyszeli, niby do ucha (a to ucho było wielkie i czerwone jak świńskie) powiedział:

– Zalim ja jest stróżem brata mego?

– Co?!

– Zalim ja jest stróżem brata mego, Buła? Gdzie twój konkurent od jatek, co? Gdzie jego żona i dzieci? Ile ich miał? Bo to biegało takie rozbrykane, czwórkę? Tylko najstarsza już taka rozbrykana nie była, nie, Buła? Piękna panna wyrosła. Zalim ja jest stróżem brata mego? Powtórz, Antoś, powtórz, chodzisz przecież do kościoła na górkę.

– Zamknij mordę, Krzemyk! Co żeś się nagle taki proboszcz zrobił, czerwońcu ty? Wyście z bratem i ojcem Pana Boga obrażali jeszcze przy Austriakach! Nic ci do mnie! I gówno wiesz, boś wtedy w lesie siedział, jak się okazało, z bandytami. Więc mi tu Pismem Świętym nie gaworz, bo zdaje się, do mamra wrócić możesz szybko. Tobie przecież czapę pisali, tylko w tym burdelu ktoś papiery pomylił.

– Co ty wiesz, Buła, co ty możesz wiedzieć? – Łagodnie jak głuptakowi odpowiadał Krzemyk i tylko oczy miał zimne jak jakieś lochy. – Ty nie wiesz nawet, że w lesie i ptaki, i zwierz wieści niosą. I dlatego ja z tobą nie piję. I z wami też nie. – Odwrócił się do pozostałych mężczyzn. – Bo ja wszystko wiem, ja wszystko dobrze wiem. I tylko z małym Bartkiem mogę się napić, bo on jedyny się okazał człowiekiem wśród was, gównojadów!

Hałas się zrobił, zerwali się nagle wszyscy i krzesła się poprzewracały na drewnianą, zamiecioną przez mamę podłogę. Tylko mały Bartek siedział z szeroko otwartymi oczami i bełkotał:

– Dajta szpokój, nie czeba, nie czeba przecie.

– Zamknij się! – huknął Buła, ale młodszy Krzemyk już trzymał rękę w wewnętrznej kieszeni naddartej marynarki i wszyscy na tę rękę pod materiałem patrzyli. Jakby tam biło ogromne krowie serce.

– Siadać! – warknął Roman i powoli usiedli.

A on stał jeszcze chwilę. Stał jak Gregory Peck, tylko łaty miał na łokciach marynarki, a potem cofając się, tyłem podszedł do drzwi. Przez łzy strachu widziałem, przez szparę między zasłonami w oknie widziałem, w świetle rynkowej latarni widziałem, jak w końcu wyciągnął tę rękę z kieszeni marynarki i w palcach trzymał niemiecką benzynową zapalniczkę. Drugą ręką sięgnął do kieszeni spodni po papierosy i zapalił, a płomień drżał, jakby wiało. A przecież powietrze było nieruchome, na burzę. Stał chwilę i palił, ale już nie jak Gregory Peck, tylko jak stary, zmęczony dziad, i zrozumiałem, że nie zawsze warto zaglądać za kurtynę, choćby była brudną zasłoną w oknie restauracji Ratuszowa. I połykałem łzy, żeby nie narobić kleksów w zadaniu w zeszycie, aż Hultajski, który, okazało się, stał w drzwiach zaplecza, krzyknął:

– No, do domów, towarzysze! Zamykamy już. Niech was dzieciaki zobaczą raz na tydzień!

3

Pan Ryś wyglądał jak samobieżny pączek. Wydawało się, że wystarczy nacisnąć jego czerwony, lukrowany kremem Nivea policzek, a z nosa i ust popłynie różana konfitura. Gdy się przechadzał po rynku, ogromny brzuch kołysał go trochę na boki jak zabawkę. Teraz siedział na ławce przed kamieniczką przy ulicy Szewskiej i chyba rozmyślał, kraciastą chustką co chwilę ocierając pot z łysej głowy i grubej szyi, jakby to rozmyślanie go tak męczyło, ale to pewnie piątkowy upał dawał mu się we znaki. Gdy się waży sto kilo, to trudniej się znosi czerwcowy skwar. Siedział w samym podkoszulku i spodniach, nogę miał założoną na nogę i wielki brzuch opięty białym materiałem wyglądał jak balon z wodą na tej nodze oparty.

– Dzień dobry, panie Marianie – przywitałem się grzecznie.

Zawsze go tak pozdrawiałem, bo droga ze szkoły wypadała mi koło jego ławki, a on zdawał się tam siedzieć na wiecznej warcie. Siedział tam codziennie oprócz niedziel, kiedy to elegancko ubrany szedł do kościoła, a później pospacerować po rynku od cukierni do restauracji.

– Dzień dobry, Janku! A nie widziałeś gdzieś mojego Bartka?

– Nie widziałem, panie Marianie, ale idę potem do mamy, do Ratuszowej, to go pewnie spotkam.

– No tak, no tak – odpowiedział pan Ryś i znowu zapatrzył się w niebo, jakby tam było coś chmurami napisane, i wyraźnie się martwił.

I nic mi tym razem nie dał, a zwykle miał dla mnie cukierka albo gruszkę, albo małego pączka w papierowej zatłuszczonej torebce. Bo kochał słodycze, ale serce miał jeszcze lepsze niż te słodkości. Martwił się pewnie o małego Bartka, swojego wychowanka, który od pewnego czasu jakby coraz mniej był jego, a coraz bardziej kolegów z fabryki i piwa z restauracji. A przecież wszyscy w miasteczku wiedzieli, że mu życie uratował pan Ryś i nazwisko dał, i kochał go jak syna. Bo się mały Bartek urodził u pijaczki Hanuszkowej w trzydziestym pierwszym, z nieznanego ojca, i zaraz zaczął chorować, i słabo rósł, a Hanuszkowa handlowała bimbrem i przyjmowała mężczyzn byle jakich, aż jej się od tego tuż przed wojną zmarło, i małego Bartka mieli oddać do przytułku, ale przyszedł pan Ryś, ledwo się przecisnął przez drzwi koślawe do drewnianego domku Hanuszkowej, i powiedział: „Ja go wezmę. Pieniądze mam, mieszkanie mam, utrzymam go”. I utrzymywał, choć ten Bartek słabo rósł i się mówiło, że to od picia Hanuszkowej w ciąży, i miał jechać do sanatorium, ale zaraz przyszła wojna i Niemcy, i się do sanatoriów dzieci nie wysyłało. Przeżył jednak Bartek i jakoś po koślawemu wyrósł, i nawet siedem klas skończył, choć mu to dziewięć lat zajęło. I poszedł do fabryki, jak większość w miasteczku, przyuczyli go do roboty, nawet krzyczeli na niego rzadko, choć marnie mu szło, ale go przez szacunek dla pana Rysia trzymali, i żył sobie jakoś mały Bartek na tym świecie, wśród większych od niego kobiet i większych mężczyzn, a mnie dwunastoletniego przewyższał może o grzywkę.

Spotkałem go za rogiem, obok restauracji, w małej uliczce Piekarskiej. Chwiał się już i płakał chyba. Otarł twarz rękawem i spojrzał na mnie jakby zawstydzony.

– Czo się gapisz, falfoczlu?!

– Nie gapię się, twój tata się martwi, gdzie jesteś.

– To nie jeszt mój tata! I niech się martwi, mnie za jedno!

Wszedłem do Ratuszowej, dałem całusa mamie i zaraz usiadłem w swoim kąciku nad zeszytami. Ludzi było sporo, choć to nie sobota, ale upał zawsze sprowadza na piwo, nawet sierżant Antolowski pił swoje przy stoliku obok z kierownikiem Hultajskim.

– …i straszą tego Bułę, ten się nie skarży, ale ludzie widzą i gadają. Ja wiem, że to kreatura, ale mnie tu we wojnę nie było, sprawy też żadnej nikt nie wniósł, no tylko zaraz nieszczęście jakieś gotowe… A ja mam nieszczęściom za-po-bie-gać! Po co oni tu w ogóle wrócili? Inni jadą na Ziemie Odzyskane albo gdzieś w Bieszczady, a ci? Nic nie robią, nie wiadomo, za co piją, i „sprawy będą załatwiać”. Od „załatwiania spraw” to tu jestem ja i sekretarz powiatowy, no, dyrektor fabryki może!

I zupełnie niesłużbowo popatrzył Antolowski na Romana i Andrzeja, którzy stali przy barze i pili wódkę pod piwo, śmiali się do siebie i wyglądali, jakby wyskoczyli z westernu tylko na chwilę, na pół litra i trzy kufle. Na Romana patrzyła też moja mama, a ja myślałem sobie w tajemnicy, w tajemnicy trochę nawet przed sobą, jakby kto inny myślał: czy tak patrzyła na mojego tatę? Czy on też wyglądał tak pięknie, zanim umarł? To było w czterdziestym szóstym i w ogóle go nie pamiętałem, tyle co na zdjęciach, które mama trzymała w specjalnym klaserze, jakby to były znaczki albo kartki pocztowe, jakby gdzieś je można było wysłać, do nieba może, i czekać zwrotnego listu. Raz podsłuchałem, jak mówiła sąsiadce: „On już w tym lesie, po postrzale taki zmarnowany był, ale przychodził tu do mnie, przychodził, chociaż wiedział, że na śmierć może idzie. Jak myśmy tego dzieciaka zmajstrowali, to cud boski, on słaby taki, no ale kochaliśmy się przecież…”. I jakoś zmajstrowali, i nawet kłopoty z tego były, bo jak to – męża nie ma, zaginął, a dziecko jest, no a po wojnie zamiast wydobrzeć, to tata umarł i nie wiem, jak na niego patrzyła mama, ale jak patrzyła na Romana, nalewając piwo, ścierając stoliki, śmiejąc się do gości albo łajając ich – tego nie zapomnę.

– Matko Boskaaaa! – Bułowa wpadła na salę, jakby ktoś ją wystrzelił, cała w smarkach, we łzach, jak godzinę wcześniej mały Bartek. Zawsze elegancka, a teraz rozmazana, tusz jej spływał z oczu ze łzami. – Matko Boskaaaa, powiesił się! – I rzuciła się na Krzemyków z pazurami. – Przez was się powiesił, przez was, skurwysyny, mordercy!

Antolowski złapał czapkę, a zaraz też wpół chwycił Bułową i świszcząc, zapytał:

– Kto się powiesił? Buła?!

– Albo oni go powiesili, skurwysyny! Wróciłam z targu, a on, a on, on… – Tu sflaczała nagle, jakby jej powietrza zabrakło, żeby skończyć.

– A dzieci gdzie? – zapytała moja mama, ale nikt już jej nie słuchał.

Zrobił się tłum i gwałt, i zamęt, i wszyscy polecieli za Antolowskim na Bednarską, tylko Bułowa została w ramionach mojej mamy. I chyba tylko ja widziałem kątem oka, że gdy wszyscy biegli przez rynek, to Krzemyki powoli szli w stronę swojego domu przy fabryce i w zachodzącym słońcu wyglądali, jakby ktoś wyświetlał o nich film na niedynkowym rynku. I pewnie mi się zdawało, że szedł za nimi pijany mały Bartek, jak zawsze trochę koślawo, tak, że gdyby wyrysować jego ślady kredą na bruku, toby zostały zygzaki, plątanina bez ładu i składu.

4

No i tak to było z tym Bartkiem, że nigdy nie wiedziałeś, co się stanie, jakby to, że z tylu różnych żyć był sklecony, wyłaziło z niego nagle na wierzch – różne Bartki z małego Bartka wystawiały głowę i choć zawsze śmiesznie gadały, choć zawsze chodziły niczym źle podkute konie, to raz były takie, a raz inne. Bywał Bartek jak spod ręki pana Rysia, dobry, z oczami lekko przestraszonymi, ale miłymi, z okruchami chleba na dłoni dla gołębi i wróbli na rynku, i bywał Bartek podpity, z Ratuszowej, wykrzykujący przekleństwa koślawe, a przez to może i obrzydliwsze, choć głosikiem piskliwym, pożyczonym raczej od wróbli niż gołębi, Bartek tłukący kuflem o blat stolika i rżący z grubych żartów kolegów, aż mu się trzęsły chude ramiona, a jedno ramię miał wyżej niż drugie i gdyby nie głowa pijana z czupryną czarnych włosów, to można by zjechać z tego jednego ramienia na drugie na maleńkich sankach, bo jeszcze mu się łupież od śmiechu z włosów sypał. No ale była szyja z głową po drodze i w głowie, nad cienkim nosem, oczy. Teraz już nie przestraszone, tylko jakby ktoś je naostrzył osełką do oczu, by bali się inni, by bali się chociaż tego, bo przecież nie jego ciała, wykrzywionego jak wieża w Pizie, którą nam pokazywała na lekcji pani Więckowska, chłopięcego ciała, które już-już miało stać się męskie, ale nagle zrezygnowało, zatrzymało się w pół drogi i zostało takie – na śmiech ludzki, strach na wróble, gdyby wróble były jeszcze mniejsze i nie tak cwane jak te nasze w Niedynku. I był w nim jeszcze trzeci Bartek, najtajniejszy, najsłabszy może, trzeba było długo patrzeć i wiedzieć, kiedy podejść bliżej, wtedy czasem można go było zobaczyć.

Tydzień niemal przed tym strasznym piątkiem była niedziela, ale też upalna, bo cały ten czerwiec był napuchnięty od słońca i ludzkiego potu, jakby tylko czekał, aż ktoś go przekłuje. No i przekłuł, ale najpierw leżeliśmy nad rzeką, z rękami pod głową, w samych majtkach i zadowoleniu: ja, Włodek i Grześ Antolowski – syn sierżanta. A dalej, już na trawie, siedział mały Bartek i palił sporty, popluwając drobinkami tytoniu. My dopiero co wyszliśmy z wody. Kto nie leżał nad niewielką rzeką w wielki upał, mokry jeszcze, i nie czuł, jak do pleców, nóg i pośladków przywiera złoty rzeczny piasek, a krople na brzuchu, piersiach i łydkach łaskocząc, topnieją od słońca, kto nie czuł, jak każdy, najmniejszy nawet podmuszek wiatru zdaje się maźnięciem nadchodzących jesieni i zim, jak mięśnie zmęczone pływaniem, nurkowaniem, podtapianiem i śmiechem powoli się uspokajają i na powrót układają na kościach i ścięgnach, ten nie może chyba powiedzieć, że był szczęśliwy. I wtedy Bartek zaczął nucić, trochę bez słów, a trochę w jakimś języku, ale tak nieprzypominającym niczego, że nie można było nawet poznać, czy koślawi głoski jak zwykle. Śpiewał albo nucił, w każdym razie cicho, niewiele głośniej, niż szumiała mała w końcu Niedynka. Włodek uderzył mnie kolanem w piszczel, odwróciłem głowę w jego stronę, a on puścił do mnie oko, co miało znaczyć: ten to daje, ten to wariat jednak jest, mały Bartek. Ale jakoś nie chciało mi się śmiać i Włodek też przekręcił w końcu głowę tak, że mógłby liczyć chmury, ale może trzy były tylko na błękitnym niebie. Melodia wiła się jak ta nasza rzeczka, trochę ją Bartek gubił, jakby znikała mu z oczu, ale potem znowu śpiewał pewniej, chyba te fragmenty, które lepiej pamiętał. Nie wiem, czy słyszałem coś takiego kiedykolwiek wcześniej. W tamtych latach śpiewało się jeszcze często, różne rzeczy, głupie i mądre piosenki, ludowe, pobożne, nawet ruskie, słuchało się Mirskiej z radia, śpiewało w kościele, ale to było niepodobne do niczego, co znaliśmy. Tęskne, ale rytmiczne, jakby ktoś, kogo nie widzieliśmy, wybijał Bartkowi rytm i te słowa do tego, niezrozumiałe. Kto by pomyślał, że niedorobek (tak za nim wołały dzieciaki) potrafi tak śpiewać, wysokim, jakby trochę dziewczęcym głosem, lekko przeciągając nuty, tak że drżały na końcu, ale za jedną zaraz szła następna – miękka, wyłowiona z niespiesznego nurtu rzeki. I patrząc zmrużonymi oczami w niebo, poczułem nagle, że to pasterska melodia, że przegania trzy powolne, rozleniwione chmury na czerwcowym niebie. A gdy zamknąłem oczy, to pod powiekami, na czarnym tle te chmury stały się różowe, a potem tło zrobiło się różowe, a chmury czarne i zaokrągliły się w ciemne oczy mamy, a potem zaczęły maleć i malały, aż prawie znikły, jak ludzie, gdy odchodzą gdzieś daleko, czarne punkciki, i to byli mój tata z mamą, tylko już tacy maleńcy. Szli przez wnętrze moich powiek prowadzeni tą melodią, uwiedzeni nią jak w bajce. I nie było już widać, czy trzymają się za ręce, ale mi się zdawało, że tak. Bartek przestał śpiewać. Otworzyłem oczy. Załzawione. Od zaciskania i słońca.

– Ty, co to była za melodia? – zapytał Grześ.

– Nie wiesz? Żydowska! – ze śmiechem odpowiedział Włodek. – Moja mama mówi, że się mały Bartek z Żydami chował, bo go matka pijaczka do domu nie wpuszczała!

Podniosłem się, bo myślałem, że trzeba ich będzie rozdzielać, ale mały Bartek chyba nawet nie usłyszał. Patrzył na rzekę, jakby płynął po niej amerykański parowiec albo biały żaglowiec z czterdziestoma armatami na burcie, jakby nie była tylko płytką rzeką obok małego miasteczka. I to był ten trzeci.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43 / 1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9 / 14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I