Nienasycone spojrzenie. Gabinet zmysłów. Tom 2 - Scarlett Peacock - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Nienasycone spojrzenie. Gabinet zmysłów. Tom 2 ebook i audiobook

Scarlett Peacock

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

221 osób interesuje się tą książką

Opis

Kontynuacja „Uważnego dotyku”. „Nienasycone spojrzenie to II część trylogii Gabinet

zmysłów serii Welcome to Sexas. Niezbędna znajomość I części!

 

Po trzydziestu pięciu latach w życiu Janet pozostało tylko rozczarowanie. Zmierzyła się już ze

wszystkim: finansowym upadkiem, życiem u boku alkoholika i zdradą. Terapia, która miała

zadziałać zbawiennie na jej psychikę, przyniosła odwrotny skutek. Minął żal i gniew, a po

nich zostało jedynie pragnienie. Pragnienie zemsty.

 

Gdy w chwili największego załamania były mąż proponuje kobiecie wsparcie, ta przyjmuje je

bez wahania. Jej decyzja nie ma jednak nic wspólnego z wiarą w odbudowanie małżeństwa.

 

Pieniądze, wzbudzenie zazdrości i odwet za stracony czas. Idealny plan ulega zachwianiu,

gdy Janet trafia na dobrze znane pudełko. Jego zawartość sprawia, że pytania, które zepchnęła

w czeluści umysłu, powracają i domagają się odpowiedzi. Odtąd liczy się tylko jedno –

dotarcie do prawdy. Niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za nią zapłacić, i pożądania, które nie

gaśnie.

 

TREŚĆ +18

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 708

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (8 ocen)
6
1
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

🔥Nie pamiętam, kiedy ostatnio książka tak szybko pochłonęła mnie bez reszty. Wystarczyło kilka rozdziałów, żebym całkowicie zapomniała o wszystkim dookoła i z ogromnym zainteresowaniem śledziła losy bohaterów. „NIENASYCONE SPOJRZENIE” to historia, która dostarcza wielu emocji i sprawia, że naprawdę trudno powiedzieć sobie jeszcze tylko jeden rozdział😉. Polecam❤
51
chwila_z_ksiazka

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna historia, która bawi, uczy i wciąga bez reszty. Niby erotyk, a daje o wiele więcej niż tylko spicy sceny 🔥 Fabuła wciągająca, przez co zapominasz o innych obowiązkach. I bohaterowie, którzy nie dadzą o sobie zapomnieć 😈 A przede wszystkim to nie zapomniana jazda bez trzymanki rollercoasterem emocjonalnym.
20
ignasiaczki

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca, uzależniająca i piekielnie gorąca historia 🔥 To nie jest kolejny płaski erotyk. To historia z duszą i mocnym tłem psychologicznym. Pełna życia i bohaterów, których się kocha od pierwszych stron.
10
Justyna19913010

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna! Kolejny raz autorka udowodniła, że jej książki są wciągające i pełne emocji!
00
Daria_hair

Nie oderwiesz się od lektury

Baaardzo polecam ! Czekam na 3 tom
00



Nienasycone spojrzenie

Nienasycone spojrzenie

Copyright © Scarlett Peacock, 2026

Wydanie I, Warszawa

ISBN: 978-83-68604-75-7

Redakcja: Joanna Karyś

Korekta: Katarzyna Jabłońska

Skład i łamanie: Piotr Mańturzyk, Joanna Karyś

Okładka: Oliwia Binkowska-Durjasz

Wektory: Oliwia Binkowska-Durjasz

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

instagram.com/scarlett_peacock/

tiktok.com/@scarlett.peacock

instagram.com/wydawnictwopostepu/

instagram.com/postepstudio/

instagram.com/glosy_do_reklam/

youtube.com/@WydawnictwoPostepu

Książka dostępna także w wersji audiobooka i papierowej.

Dla wszystkich wojowników. Tych, którzy kochali za mocno i nie tego, kogo trzeba, a jednak nie zeszli z pola bitwy. Kiedy kurz opadnie, a łzy obeschną, w końcu dostrzeżecie kogoś, kto stwierdzi, że Wasze blizny są całkiem sexy.

Pssst…!

Ta trylogia obfituje w sceny seksu, inspiracje, ale też łóżkowe akcesoria czy erotyczne gadżety. Wiem, jak je uwielbiacie, dlatego dziś wchodzę na nowy poziom uważności względem Waszych potrzeb.

Jeśli obserwujecie moje social media, wiecie już, co dokładnie mam na myśli. Wraz z tym rokiem podjęłam nietuzinkową współpracę biznesową, zwłaszcza jak na autora. Jaką?

Powitajcie na pokładzie mojego małego seksualnego statku Dominikę – założycielkę sklepu z gadżetami erotycznymi Mullder.com. Kobietę, która w kwestii seksu ma poglądy zbliżone do mnie (czyli także i do Was!). Sprzedaje testowane przez siebie produkty (nowe, nieużywane!), edukuje w kwestii przyjemności i nagrywa tematyczny podcast Intymne rozmowy.

Na profilu Dominiki znajdziecie mnóstwo przydatnej wiedzy bez lukru. Nie obieca, że podniesiecie libido magiczną tabletką, ale poda realne przykłady, co może pomóc i to w długoletnim związku. Powie, czego używać, jak używać i nie wciśnie Wam bubla.

To dzięki niej podczas przedsprzedaży Nienasyconego spojrzenia znajdowaliście w paczkach próbki lubrykantów, a niekiedy także gadżety (mówiłam, że warto nas obserwować!). Jeśli jednak ominęła Was okazja – nic straconego. Łapcie mały upominek!

Z kodem: scarlett69 macie jednorazową zniżkę 10% na wszystkie nieprzecenione produkty w sklepie Dominiki. Gwóźdź programu? Znajdziecie tam mnóstwo gadżetów uwielbianych przez Janet: zaciski na sutki, wibratory (te w płynie też), zatyczki analne, kajdanki i wiele innych.

Nie ma za co.

Najpierw poznaj Dominikę i zapytaj o radę: mullder_com

Później odwiedź jej sklep: https://mullder.com/

Istotne informacje oraz trigger warning

Niniejsza książka jest drugim tomem cyklu Gabinet Zmysłów serii Welcome to Sexas. Jeśli nie znasz poprzedniej części, nie polecam zagłębiać się w historię od tego miejsca. Stracisz wiele radości z czytania i niekoniecznie odnajdziesz się w warstwie emocjonalnej. Zapraszam zatem do poznania książki Uważny dotyk i dopiero powrotu tutaj.

Do wszystkich tych, którzy nie trafili na ten tytuł z przypadku: cześć! Serdecznie dziękuję, że dalej towarzyszycie mi w tej przygodzie i tak (nie)cierpliwie czekaliście na jej kontynuację.

Podobnie jak w innych częściach serii, tutaj też wprowadziłam standardowe uproszczenia dla Waszej wygody i lepszego przyswojenia treści. Pozostałam przy polskim systemie miar, a wszędzie tam, gdzie zagraniczne niuanse są trudne do wytłumaczenia poprzez wplecenie ich w fabułę, zastosowałam przypisy.

Wiem, że część z Was zdenerwowało zakończenie poprzedniej części. Uznajcie to za przygotowanie do tego, co czeka Was w tej. Byłabym jednak wdzięczna, gdybyście nie rzucali książką o ścianę. Matka natura cierpi już wystarczająco, więc szanujmy to, co nam dała.

Tak już zupełnie poważnie – to nie będzie łatwa historia. Pojawi się tu sporo mroku z gatunku tego najbardziej przerażającego, czyli ludzkiej psychiki. Motywacje bohaterów często są moralnie szare, czyny niekoniecznie dobre czy mądre, a każda postać zmaga się z własnymi demonami, które i Was mogą w jakiś sposób dotknąć: uzależnieniami, przemocą, manipulacją.

Narracja pierwszoosobowa daje autorowi niesłychaną moc – pokazuje Wam taki świat, jaki bohater chce widzieć, niekoniecznie ten prawdziwy. Jeśli więc dostrzegliście w moim debiucie pewne zgrzyty… to bardzo słusznie. W tej części zrozumiecie dlaczego.

Przedstawione wydarzenia nie stanowią pochwały złych wzorców. Mają raczej pchnąć do refleksji na temat granic, ukazać trud konfrontacji z przeszłością i unaocznić mechanizmy związane z… Zresztą po co ja się produkuję? Ci, którzy kojarzą moją twórczość, doskonale znają mój kręgosłup moralny, a pozostali i tak mają moje słowa w głębokim poważaniu.

Spokojnie jednak – jeśli wróciliście tutaj po lekturę pełną ognia i zbliżeń, nie będziecie zawiedzeni. Zapraszam do świata pełnego dobrze znanego humoru, w którym tym razem zagościły kłamstwa, sekrety i stopniowo postępujący obłęd. Tu zwątpicie we wszystko, w co wierzyliście do tej pory. Będzie kontrowersyjnie i mocno. Mocniej niż do tej pory. Ostrzegałam, dobra?

Wejdźcie zatem do pewnego gabinetu… nie, zaraz. Już z niego wyszliśmy, prawda?

Prawda?

No… nie do końca

S.P.

Rozdział I

Krople wody skapywały z jego ciemnych włosów wprost na ramiona, a potem leniwie spływały po wyrzeźbionej klatce piersiowej. W pokoju wciąż panował mrok, nie licząc wąskiego pasma światła przenikającego przez niedomknięte drzwi łazienki. Skąpane w nim ciało lśniło, zwracając moją uwagę mimo ledwie uchylonych powiek.

Zakryłam się szczelniej kołdrą, choć mężczyzna i tak nie mógł widzieć tej reakcji, stojąc tyłem. Obraz porannej rutyny Marka nadawał się na okładkę pornograficznego magazynu dla pań, a tylko głupiec wzgardziłby czymś, za co inni musieliby płacić.

Współlokator przeczesał brodę palcami i krzątał się półnagi po pomieszczeniu. Zapach jego perfum kręcił w nosie. Mark używał zresztą mnóstwa kosmetyków, większości zbędnych. Czemu się jednak dziwić? Gdybym wygrała trzy miliony w kasynie, robiłabym podobnie.

Mężczyzna przeciągnął pasek przez ostatnią szlufkę. Odkąd przestał pić, jego sylwetka zmieniła się diametralnie. Po kruchych włosach, suchej skórze czy przekrwionych oczach zostało ledwie wspomnienie. Wyparło je codzienne katowanie się na siłowni i wciskanie w siebie zatrważającej ilości białka.

Z jednego koszmaru w drugi, przynajmniej w moich oczach. W oczach osoby, dla której jedynym akceptowalnym sportem był seks, ewentualnie masturbacja.

Mark uchodził za najbardziej zadbanego mężczyznę, jakiego znam. Nawet wychodząc do osiedlowego sklepu, układał zarost i zaczesywał włosy. Tylko garderobie nie poświęcał wiele czasu – nie musiał, bo nosił jedynie markowe koszulki i jeansy. Wszystkie czarne. Jego szafa była tak smutna jak on sam, gdy tkwił jeszcze w sidłach nałogu.

Mimo że miał na karku trzydzieści sześć lat, wyglądał lepiej niż za czasów studenckich. Jego ciało przybrało zdrową oliwkową barwę, a jedyne odstępstwo stanowiły ciemne tatuaże na przedramionach.

Mark zawsze wzbudzał zachwyt kobiet, ale teraz nastąpiło apogeum, którego ewidentnie nie potrafił wykorzystać. Skąd o tym wiem? Nocował mnie na swojej kanapie, to wystarczający dowód. Czas mijał, a my znów utknęliśmy w tym samym miejscu. Prawie.

Nieśmiertelniki na piersi mężczyzny pobrzękiwały przy każdym ruchu, a palce ozdobione sygnetami postukiwały o kuchenny blat. To oznaczało, że czas rozpocząć kolejny żałosny dzień.

Mark przeszedł do lodówki i wyjął karton mleka, który odkręcił zębami. Obrzydliwe, a jednak nie odwróciłam spojrzenia od mięśni poruszających się pod napiętą skórą.

Minął ponad miesiąc, odkąd spędziłam z kimś noc, a ciało tęskniło za rozkoszą. Szybko jednak przestało, bo poranna sielanka kończyła się zwykle w tym momencie.

Teraz wypije prosto z kartonu. Obetrze usta przedramieniem. Potrzęsie opakowaniem. Na dnie zostanie jedynie kilka kropli, a mimo tego Mark nie dopije mleka, tylko schowa je z powrotem. Nie mówiłam? Lata mijają, życie się rozpieprza, ale prawie pusty karton w lodówce stanowi niezmienną stałą.

Mimo tego patrzyłam dalej. Nie widziałam powodu, żeby sobie odmawiać, chociaż… nie, jednak widziałam. Choćby taki, że wzięliśmy z Markiem rozwód.

– Wiesz, że czuję na sobie twoje spojrzenie? – zagaił.

– A wiesz, jak mało mnie to obchodzi? – odparowałam, gdy jego wzrok napotkał mój.

Uśmiechnął się niezrażony i sięgnął po koszulkę zarzuconą na oparcie krzesła. Czarną koszulkę, tak gwoli ścisłości.

– Nie chcesz spać w mojej sypialni? – zapytał.

– Przysięgam, że nawet jeśli myślę o kutasach, to twój nie jest na początku listy.

– Chodziło mi o to, czy nie wolisz zamienić się pokojami.

Mark podczas odwyku zyskał anielską cierpliwość, która mnie z kolei wyprowadzała z równowagi. Mężczyzna chętnie wdający się w bójki, klnący i wybuchający przy każdej okazji, stał się oazą spokoju, a przynajmniej próbował.

Mowa ciała zdradzała, że pod skórą wciąż tlą się pokłady agresji, ale samokontrola byłego męża robiła imponujące wrażenie. Zaciskał pięści, zgrzytał zębami, a na koniec wzdychał tak głośno, żebym na pewno usłyszała. W końcu jednak odzyskiwał spokój.

Zazdrościłam mu.

Ja dostałabym hiperwentylacji, a i tak przed omdleniem wyrzuciłabym z siebie wszystko, co cisnęło się na usta.

– Dlaczego mielibyśmy się zamieniać? – spytałam, bo uważałam to za co najmniej głupie.

– Budzę cię każdego ranka, kiedy wracam do domu. Przecież tego nie znosisz.

– Wystarczyłoby, że kąpałbyś się na siłowni, a nie tutaj. Dlaczego to taki problem?

– Chciałabyś brać prysznic w obecności kilku obcych mężczyzn? – zagadnął, ale na widok mojego uśmiechu szybko się zreflektował: – Nie odpowiadaj. Nie każdy lubi festiwal kiełbasy.

– Przecież ci faceci chowaliby się ze wstydu, gdyby cię zobaczyli.

– Nie jestem tak umięśniony jak większość z nich.

– Może, ale nie mówiłam o mięśniach.

Mark parsknął, a ja wykonałam skrupulatnie poranną gimnastykę, czyli podniosłam się do siadu. Plusem mieszkania z eks było to, że nie musiałam dbać o to, ani jak wyglądam, ani jak szeroko otwieram buzię, gdy ziewam. Po miesiącu mordęgi i ciągłych spięć konwersacje przychodziły nam łatwiej. Mówiliśmy też więcej, niż powinniśmy, zważając na nasz status.

– Czyli nie chcesz się zamieniać? Ta kanapa nie jest wygodna – drążył.

– Mark, żyłam kiedyś w przyczepie. Twoje mieszkanie to dla mnie luksus.

Nie powinnam mówić tego z taką lekkością, bo między nami zapadła niezręczna cisza. Nowy, stały element codzienności. Milion tłamszonych myśli, które powracały raz po raz.

Alkoholizm Marka doprowadził nas na skraj bankructwa. Gdy mąż przetracił oszczędności i zaciągnął na mnie kredyt, jeszcze tego samego dnia wyjechałam z Dallas, nie mając domu ani pieniędzy. W zasadzie niczego.

Latami borykałam się z problemami finansowymi, ale to nie one były najgorsze, choć tak z początku sądziłam. Kiedy te zniknęły, pojawiła się masa innych. Nie z życiem. Ze mną. Dlatego zapisałam się na terapię.

Dzięki niej odzyskałam radość życia. Odzyskałabym, gdyby nie fakt, że mój terapeuta, Will, też mnie wyruchał. Dosłownie i w przenośni. Uprawiałam z nim seks, a później odkryłam, że nie jestem jedyną pacjentką, która to robi. Z całego tego doświadczenia wyciągnęłam tylko jeden wniosek – zapisując się do kliniki, chuja dostałam.

Poświęciłam tej relacji znacznie więcej, niż zamierzałam. Will był w końcu pierwszym mężczyzną, któremu zaufałam po ponad dziesięciu latach. Pierwszym po Marku. Beznadzieję tej historii zwieńczał fakt, że to właśnie były mąż pozwolił mi przejrzeć na oczy, wynajmując prywatnego detektywa i dokumentując dowody zdrady.

Gdy zobaczyłam zdjęcia, na których pacjentka rozebrana do bielizny całuje Willa, wpadłam w rozpacz. Zablokowałam jego numer, przeszłam na pracę zdalną i opuściłam własny dom. Po prostu uciekłam.

Zareagowałam tak impulsywnie tylko dwa razy w życiu. Podczas obu z nich zostawiałam mężczyznę, któremu bez reszty powierzyłam przyszłość. Przyszłość, zaufanie i uczucie tak silne, że odbierało rozum. Powtarzalność tej chwili i towarzyszący jej ładunek emocjonalny nie pozwalały pojąć, czy to tylko sen, czy koszmarna rzeczywistość.

W ciągu kilku dni runęły wszystkie podstawy wypracowane podczas terapii. Ucieczka i brak konfrontacji stały się strategią przetrwania. Nie wiedziałam, jak radzić sobie inaczej. Jedyna osoba, którą mogłabym o to spytać, stanowiła teraz istotę problemu.

Bez Willa… czułam się nieporadna jak nigdy. Miałam do niego przeraźliwy żal. Za to, że nagle przestałam rozumieć, jak działa życie, które z każdym dniem komplikowało się coraz bardziej. Dał mi niespodziewaną siłę tylko po to, by później uczynić mnie kruchą.

– W sypialni miałabyś więcej prywatności. – Głos Marka wyrwał mnie z rozmyślań.

– Ty ją masz, a i tak z nikim nie sypiasz.

Zaśmiał się pod nosem i otworzył drzwi frontowe, udając, że mówi do kogoś w progu:

– Wejdź, Mindy. Poznałaś moją byłą żonę, Janet? Ona lubiła być na górze, ale może ty wolisz inaczej?

Słysząc to, przytknęłam poduszkę do twarzy i liczyłam, że się nią zaduszę.

– Nic z tego. Zemdlejesz i będziesz żyć dalej. Próbowałem. – Mark wzruszył ramionami, a ja nawet nie potrafiłam określić, czy żartuje.

Mimo swobody, którą odczuwaliśmy teraz, wspólne mieszkanie po latach przyszło nam z trudem. Nasze kłótnie zawsze były pełne zajadłości. Nie umieliśmy odpuszczać i oboje obsesyjnie dążyliśmy do wygranej. Obieraliśmy jednak odmienną taktykę i przynajmniej ten aspekt pozostał niezmienny.

Ja wpadałam w szał, a Mark podsycał go milczeniem. Czasem raczył mnie cichym śmiechem, drwiąc z istoty problemu, ale przeważnie ignorował to, co miałam do przekazania. Ostatecznie wychodził, trzaskając drzwiami tak mocno, że na ścianie wykwitała siatka pęknięć.

Teraz byliśmy starsi, rozważniejsi. Choć pojawiło się między nami jeszcze więcej różnic, a kłótnie wybuchały nawet kilka razy dziennie, nie doprowadzaliśmy do ich eskalacji. Ja nie krzyczałam, tylko wyjmowałam walizkę, natomiast Mark znikał z pola widzenia, delikatnie przymykając drzwi na korytarz.

Wracał po obejściu bloku, a potem pomagał mi wypakować rzeczy. Ten, kto zaczął, wyciągał rękę na zgodę, drugą zasuwając zamek błyskawiczny. Z naszych ust nigdy nie padały przeprosiny, ale potakiwaliśmy i przystawaliśmy na rozejm.

Spory nie rozwiązywały dręczących nas kwestii, więc ciągle kłóciliśmy się o to samo. Nawałnica przychodziła niespodziewanie i równie szybko cichła. To było na tyle przyjemne uczucie, że kusiło, by wywołać je jeszcze raz. Z byle powodu.

Niemal codziennie złorzeczyliśmy, że ze sobą nie wytrzymamy. Oboje przekonaliśmy się jednak, że człowiek potrafi znieść więcej, niż przypuszcza. Pewnie dlatego w końcu zaczęło być nam lżej. Nie rozumieliśmy się, a zarazem pojmowaliśmy tak dobrze jak nikt inny.

Dyskusje o problemach z powodzeniem zastępowaliśmy śmiechem. Chyba tylko dzięki niemu wciąż żyliśmy i uznawaliśmy to za spory sukces.

– Skoro o seksie mowa… – napomknął Mark.

Otworzył lodówkę, by dopić resztę mleka. Kiedy zgniótł karton i wyrzucił go do kosza, oczy mało nie wypadły mi z orbit.

– Robi wrażenie? – spytał. – Jeśli do tego opuszczę klapę w kiblu, prześpisz się ze mną?

Próbowałam zachować powagę i zacisnęłam usta, ale jestem pewna, że moja twarz była tak czerwona jak niegdyś jego po pijackim wieczorze.

– Idę szykować się do pracy – zbyłam go. – Ty też mógłbyś się ubrać, a nie paradujesz jak dziwka szukająca zarobku.

Żartowałam, ale wiedziałam, ile oddałby, żeby nasze życie wróciło do stanu, w jakim zostawiliśmy je kiedyś. Jego niedoczekanie. Mieszkałam z Markiem, bo nic nie odciążało portfela tak jak jego wyrzuty sumienia. Minął miesiąc, a ja oszczędziłam już kupę kasy. Dawno nikt mnie tak nie rozpieszczał, więc dlaczego miałabym odmawiać?

W porządku – istniał jeszcze drugi powód. Nikt nie zaszedłby Willowi za skórę bardziej niż mój eks. Zresztą, ci dwaj byli siebie warci. Bez skrupułów tracili mój czas, niszczyli poczucie własnej wartości i karmili złudzeniami. Działali w odmienny sposób, ale poniekąd stanowili lustrzane odbicia. Wierzyli, że jeszcze im wybaczę, zapominając chyba, że mnie można skrzywdzić tylko raz.

Patrząc z perspektywy czasu, powinnam dostać tytuł mistrza w ignorowaniu znaków ostrzegawczych. Im więcej ich widziałam, tym chętniej szłam w ich kierunku. Zupełnie jak moja matka. Tylko że ja nie zamierzałam więcej cierpieć.

– Jeszcze się nie poddałaś? – spytał Mark z rozbawieniem, omiatając mnie wzrokiem.

Przewróciłam oczami i otworzyłam laptopa na kuchennym stole. Niezależnie od tego, czy pracowałam w biurze, czy z domu, zakładałam koszulę, krótką spódnicę i szpilki. Malowałam się, podkreślałam usta czerwoną szminką, a na koniec upinałam miedziane włosy w kok. Za tym odważnym wizerunkiem kryło się całe moje mizerne życie.

– Czekam na dzień, kiedy dołączysz do spotkania w dresie.

Dzieliłam mieszkanie z milionerem, a mimo tego żyliśmy i pracowaliśmy w spartańskich warunkach. Mark lubił wydawać pieniądze, ale nieruchomości niezbyt go interesowały. Kupił małe, dwupokojowe mieszkanie, które – poza ogromnym telewizorem – przypominało setki innych, przeciętnych lokali. Z tego względu widywaliśmy się niemal cały dzień.

On siedział pod ścianą, przy centrum dowodzenia, i programował własne gry, ja zaś okupowałam kuchenny aneks, planując kampanie reklamowe czy prowadząc negocjacje.

Mark uwielbiał moje zmagania. Dostarczały mu nawet większej rozrywki niż wyścigi Formuły 1. Oglądał mnie, równocześnie rozwiązując jedną z logicznych układanek, które kupował na pęczki. Spędzał tak każdą przerwę w pisaniu kolejnej linijki kodu.

– Traktujesz tych ludzi prawie tak bezlitośnie jak swoją ładowarkę. Co ty z nią zrobiłaś? Obgryzłaś? – dokuczył, gdy zbliżył się do mnie po zakończeniu połączenia. – Dać ci kabel? Trzymam w szufladzie przynajmniej kilka zapasowych.

Ujął w dłoń przewód, którego zewnętrzna warstwa odeszła w zapomnienie, odsłaniając kilka cienkich, kolorowych drucików.

– Po co? Działa – oznajmiłam, po czym zaprezentowałam to, wpinając wtyczkę do gniazdka telefonu. – Nie zastępuje się czegoś dobrego tylko dlatego, że jest nowa opcja. Chociaż… Will też wyznawał tę zasadę. Może wy, mężczyźni, po prostu tak macie.

Mark nie skomentował zaczepki, tylko nastawił ekspres. Chwilę później postawił przy mnie intensywnie czarną kawę. Jego dłoń uścisnęła pieszczotliwie moje ramię.

– Wciąż masz ulubiony kubek? – zagadnął cicho.

– Obojętnie. Kiedy mieszkałam sama, każdy kubek był moim ulubionym.

Będąc z nim, przyłapywałam się na tym, że kapryszę jak nastolatka, którą niegdyś pokochał – dziewczyna jeszcze długo nieświadoma konsekwencji swoich beznadziejnych wyborów.

Mark pozwalał mi wybierać łatwą, niewymagającą ścieżkę, a mnie to odpowiadało. Ten brak starań o lepsze jutro. Energię, którą dzięki temu zaoszczędziłam, przekuwałam w robienie byłemu mężowi na złość. Jego nerwy stanowiły drobną zapłatę za dawne krzywdy. Nie mogłam pohamować uśmiechu, gdy z rozdrażnieniem zbierał moje rozrzucone ubrania i codziennie szorował umywalkę wysmarowaną podkładem. Z makijażem wstrzymywałam się wyłącznie w jego samochodzie. Zważając na to, jaką sportową furą jeździł, nie uszłabym z życiem.

– Pobrudzisz mi siedzenia – narzekał w przeszłości.

Miał w tych zarzutach sporo racji. Wystarczyło spojrzeć na syf w moim własnym aucie. Kiedyś o to nie dbałam, tylko wiecznie powtarzałam Markowi, że przesadza. Do czasu, aż rozlałam błyszczyk na siedzeniu pasażera.

Myślę, że mój były mąż zahamował tak gwałtownie z premedytacją. Nie istniały ku temu inne przesłanki. Tak sądzę, bo nie patrzyłam na drogę, tylko w lusterko. Jezu, jak on się potem wściekał. Nawet zrobienie loda nie załatwiło sprawy, chociaż proponowałam trzy dni z rzędu.

– Powinnaś obciągnąć facetowi, który czyści tapicerkę. Może wtedy zrobiłby to za darmo.

Dni mijały, a Mark podchodził do moich przywar z coraz mniejszą irytacją. Pieczołowicie składał rozrzucone ubrania i zostawiał je na krześle, które dożywotnio spisał na straty. Pogodził się też z brudną umywalką i mył ją zaledwie raz w tygodniu. Przestało go brzydzić nawet wyjmowanie włosów z odpływu.

Każdego wieczora wybierałam je ze szczotki i wrzucałam pod prysznic, by czekały na Marka rankiem, gdy wróci z siłowni. Niezmiennie jednak zgarniał je, a potem spuszczał w kiblu bez zwracania mi uwagi.

Największą batalię każdorazowo toczyliśmy w supermarkecie. Mimo że to Mark płacił za zakupy, rozsierdzało mnie, kiedy bezrefleksyjnie wrzucał do koszyka pierwszy lepszy produkt.

– Czemu nigdy nie patrzysz na promocje? – zapytałam, gdy sięgnął po ser zaraz obok tego z nową ceną.

– Stać mnie, żeby zapłacić więcej.

– Nie o to chodzi. Kończy się termin przydatności. Jeśli nie kupisz, jedzenie wyląduje na śmietniku.

– No i? – odparł obojętnie. – My z głodu nie umrzemy. Zresztą kto zwraca na to uwagę?

– Ludzie bez kasy? Ci, którzy żyją tylko dzięki oszczędzaniu? – odparowałam, a zaraz potem dodałam bardziej sugestywnie: – Żony mężów, którzy zaciągnęli na nie kredyt?

Mark westchnął, lecz tym razem było widać, że się zirytował.

– Janet, o co chodzi? Mam znowu przepraszać? Mogę, ale choćbym zrobił to milion razy, ty i tak wypomnisz, co zrobiłem źle kilkanaście lat temu.

– Nie chcę przeprosin, tylko ser z promocji. Zniżenie się do mojego poziomu to dla ciebie poświęcenie?

Posłałam mu uśmiech i pociągnęłam go za brodę. Za tę świętą brodę, której nikt nie ma prawa dotykać, chyba że chwilę wcześniej obciągnął właścicielowi.

– Musisz wszczynać bezsensowne kłótnie? – Mark odsunął się o krok. – Jesteś moim gościem. Chciałem przygotować kolację, sprawić ci przyjemność. Mogę zrobić to po swojemu?

– Po swojemu, ale z moim serem?

– Dzięki Bogu, że zostałem sam – stwierdził szybciej, niż neurony w jego mózgu zdążyły się zetknąć. – Hej, nie to miałem na myśli.

Po wyrazie moich oczu poznał, że to najgorsza rzecz, jaką mogłam usłyszeć po zdradzie Willa.

Mark chciał odkupić winy, ale nie dałam mu dojść do słowa. Zgarnęłam z półki ten nieszczęsny ser z promocji i odwróciłam się na pięcie.

– Poczekaj, co robisz? – Zatrzymał mnie.

– Idę zrobić własne zakupy, na własną kolację. Zjem sama, żeby nie zaburzać ci cudownego życia w pojedynkę – odparłam z kpiną. – Do zobaczenia w aucie.

Nie odzywaliśmy się ani w drodze do domu, ani podczas przygotowywania posiłku. Już zapomniałam, jak to jest. Z Willem wystarczyła chwila rozmowy, by problem zniknął. Z Markiem nawet drobnostki urastały do rangi tragedii, po której następował jeszcze tydzień żałoby narodowej. Nie znosiłam tego.

Robiliśmy kolację obok siebie, ale w osobnych garnkach – on po prawej stronie płyty indukcyjnej, ja po lewej. Czasem któreś z nas schowało dumę do kieszeni i poprosiło drugą osobę o wyciągnięcie naczyń z pobliskiej szafki albo opłukanie warzyw. Staraliśmy się jednak stronić od tych kilku sekund werbalnej komunikacji.

Staliśmy przy palnikach, za wszelką cenę nie dotykając się ramionami. Ci, którzy sądzą, że ciche dni to męczarnia, powinni spróbować cichych tygodni. My szliśmy na rekord za każdym razem, jakby to było nasze ulubione zajęcie. Wtedy jednak… coś się zmieniło.

– Twoje wygląda zdecydowanie lepiej. – Mężczyzna wskazał na sos, który właśnie wykańczałam.

– Tak? Widzisz, magia produktów z promocji.

Ku mojemu zaskoczeniu, Mark nie uraczył mnie drwiącym śmiechem. Zachowywał się tak swobodnie, jakby temat uległ przedawnieniu. Posłał mi spojrzenie pełne ciepła, a ja uniosłam brew przepełniona podejrzliwością.

W końcu wyjął mi łyżkę spomiędzy palców i ujął moją dłoń. Zamierzałam ją wyszarpnąć, ale gest wydał się nawet… przyjemny. Zdążyłam zapomnieć, że dotyk Marka może kojarzyć się z czymś innym niż z bólem.

– Trudno mi cię zrozumieć – przyznał. – Jesteś bardziej skomplikowana niż większość moich łamigłówek, ale właśnie za to je lubię. Za wysiłek, który trzeba włożyć, żeby im sprostać.

Bardzo zawiłe wyznanie sympatii.

– Dziwne, bo czasem mam wrażenie, że zamieniam się w moją matkę – westchnęłam, nie patrząc na Marka.

– Nie – stwierdził przeciągle. – Ty jesteś tylko trochę stuknięta. Ona jest wariatką.

Od kiedy zmarł mój tata, matka była wzorcowym przykładem, dlaczego niektórzy powinni utracić zdolność reprodukcji. Wyprowadziła się do Maine, zanim osiągnęłam pełnoletność, a sznur facetów, których nieustannie zmieniała, był tak długi, że mogłaby się na nim powiesić. Nawet nie przyjechała na mój ślub.

– Nie powinieneś tak mówić. – Pokręciłam głową, powstrzymując prychnięcie.

– Ty nie powinnaś się śmiać, ale ja ci tego nie wypominam – zauważył. – Przestałaś się gniewać?

Staliśmy w bezruchu, spoglądając sobie w oczy. Chyba oboje wspomnieliśmy, co w takich chwilach działo się między nami dawniej, bo Mark zacieśnił uścisk.

– To zależy – odparłam cicho, mając wrażenie, że stanął czas.

– Od czego?

Nie potrafiliśmy rozwiązywać konfliktów, ale byliśmy ekspertami w zastępowaniu ich seksem na zgodę. Zwykle zarzucaliśmy sobie wiele, więc spędzaliśmy w sypialni mnóstwo czasu. Uwielbialiśmy siadać potem do zimnego posiłku, nie komentując istoty kłótni.

Sentyment był równie niepożądany jak to, co mu towarzyszyło. Myśl, że Mark znów budzi mój pociąg seksualny, przepełniała mnie lękiem.

– Zjesz ze mną? – zapytałam, odsuwając się zbyt gwałtownie. – Nie mów, że jesteś zaskoczony. Sądziłeś, że robię taką porcję tylko dla siebie?

– Chętnie, tęskniłem za tym.

– Za moim gotowaniem?

– Też – przyznał, a ja wolałam pozostawić jego słowa bez dogłębnej analizy.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie miała ostatniego słowa. Postawiłam talerz przed Markiem, a potem zastygłam z tarką i serem w dłoniach.

– Czy władca tego domu uniży się dziś i zje z pospólstwem? – Zatrzepotałam rzęsami, uśmiechając się głupkowato.

– Władca tego domu, jeśli gotuje sobie sam, to jest przyzwyczajony do posiłku zbliżonego do paszy dla świń.

– Przez grzeczność nie zaprzeczę.

Zakopaliśmy topór wojenny, a przynajmniej tak twierdził Mark. Dla mnie ta batalia miała trwać jeszcze długo. Taktyka zawiodła dopiero któregoś dnia przy wspólnie oglądanym filmie. Wtedy uświadomiłam sobie, że tak słabego wojownika przeciwnik nie wziąłby nawet za jeńca.

Gdy w fabule pojawił się wątek zdradzonej kobiety, niewiele myśląc, wyłączyłam telewizor. Odruchowo sięgnęłam po pilota, w ostatnim momencie powstrzymując się przed rzuceniem nim o stolik. Odetchnęłam głęboko, stosując często oglądaną technikę, a później opadłam na oparcie i skrzyżowałam dłonie na piersiach.

Zacisnęłam usta, udając, że nie widzę spojrzenia byłego męża. Mark jednak nie pocieszył mnie, tylko włożył pilota z powrotem w moją dłoń.

– Pierdolnij sobie – zachęcił.

– Nic mi nie jest – zapewniłam chłodno.

– I dlatego płaczesz za każdym razem, kiedy znikam w sypialni?

W oczach wezbrały łzy. Nie potrafiłam się odezwać, z całej siły walcząc o zachowanie pozorów. Mark chyba to zrozumiał, bo zaproponował, że zaparzy herbatę. Stanął tyłem, pozwalając mi doprowadzić się do porządku.

Potem zajął wcześniejsze miejsce i włożył mi w dłoń kubek, który pierwszy raz widziałam na oczy. Musiał kupić go niedawno. Czerwony, pozornie elegancki. Gdy jednak obróciłam go, by złapać za ucho, moim oczom ukazał się ogromny napis: „Nie zesraj się”. Na widok tej uszczypliwości moją twarz przyozdobił uśmiech.

– Nie raczyłaś odpowiedzieć, więc sam wybrałem ci ulubiony kubek – oznajmił Mark. – Wysoki i z cienkim brzegiem. Taki, jak lubisz.

Niesamowite, ile błahostek pamiętał z czasów naszego małżeństwa. To, co ja wyrzucałam z głowy, on zdawał się utrwalać, choć kiedyś nie dbał o takie szczegóły. Wyciągał asy z rękawa w najmniej oczekiwanych momentach, gasząc gniew, który przecież chciałam czuć. Kiedy to robił, nie umiałam odeprzeć myśli, gdzie bylibyśmy teraz, gdyby nie rozstanie. Czy wtedy nie doznałabym tylu rozczarowań.

Ciężar codzienności z Markiem był ogromny, a mimo tego czułam się dzięki niej jak kot wciśnięty pod kanapę. Bez przestrzeni i powietrza, ale bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej. Każdego dnia powracaliśmy do ról z przeszłości, jakby odgrywając scenariusz idealnego życia, które kiedyś sobie wymarzyłam, a które już nigdy miało nie nadejść.

– Uważasz, że słusznie postąpiłam? – zagadnęłam cicho. – Wyjeżdżając?

– Inaczej Willy nie dałby ci spokoju.

Zawsze mówił o nim w ten sam lekceważący sposób. Willy. Traktował mojego terapeutę jak głupiutkiego chłopca, któremu nie warto poświęcać uwagi.

– W końcu i tak będę musiała z nim porozmawiać.

– A to cokolwiek zmieni? Co spodziewasz się usłyszeć? Poza kolejnymi kłamstwami.

– Może chociaż tyle, że nie jestem nikim.

– Ktoś, kto pozwolił ci się tak czuć, nie powinien dostawać szansy na wyjaśnienia.

– Mark, skończmy ten temat.

– Mogę załatwić go za ciebie.

Nie, z tym wyzwaniem musiałam zmierzyć się sama. Kiedykolwiek, ale jeszcze nie teraz, choć ta myśl budziła mnie każdego ranka od przeszło miesiąca. Może poza następnym.

Uchyliłam powieki, bo poczułam czyjeś dłonie. Mark otulił mnie szczelniej kołdrą.

– Zaopiekuję się tobą. Tak długo, jak będziesz potrzebować – wyszeptał, przeczuwając, że nie śpię. – Tu jesteś bezpieczna.

Wstałam niedługo potem, a kiedy siadłam do pracy, przywitała mnie karteczka przyklejona do ekranu laptopa. Uniosłam wzrok na Marka. Czekał na reakcję, więc ostentacyjnie podarłam notatkę z zapewnieniem, że jestem fantastyczna.

– Nie potrzebuję współczucia – oznajmiłam opryskliwie.

– Chciałem ci tylko przypomnieć, ile jesteś warta. Ile zawsze byłaś warta.

Niezależnie od tej próby, Will każdego dnia zajmował coraz mniej miejsca w moim sercu, choć myśli o nim ciągle tłukły się z tyłu głowy. Gdzie jest? Co robi? A przede wszystkim: z kim?

Miałam jednak własne problemy, bo Mark przyłapał mnie na codziennych praktykach. Wszedł do łazienki akurat wtedy, kiedy wybierałam włosy ze szczotki. Zastygłam, a były mąż przyglądał mi się z uśmiechem.

– Przeczuwałem, że robisz to specjalnie.

– To czemu nic nie mówiłeś?

– Wiesz, ile zajmuje mi sprzątnięcie tego? Trzy sekundy. A wiesz, ile zajęłaby dyskusja z tobą? Wieki. To nie są problemy, którym warto poświęcać tyle czasu.

– Więc co nazwałbyś teraz prawdziwym problemem? – odparowałam, nie wiedząc jeszcze, jak bardzo pożałuję tych słów.

– Do której wczoraj pracowałaś? – zapytał znienacka.

– Do szesnastej, jak zwykle.

Mark podszedł bliżej i spojrzał na mnie z góry. Skrzyżowałam ramiona, a on nie wyrzekł słowa, tylko odgarnął mi włosy z czoła.

– No co? – rzuciłam zirytowana.

– Problem zaczyna się tam, gdzie pada pierwsze kłamstwo. I ty, jako żona alkoholika, dobrze o tym wiesz – uznał, obserwując, jak nerwowo przełykam ślinę. – Nie pozwolę ci zaprzepaścić terapii. Może i Willy jest beznadziejnym przypadkiem, ale przynajmniej dzięki niemu wiem, co powinno alarmować mnie w twoim zachowaniu.

Mark uścisnął moje ramię i wyszedł z łazienki, a ja stałam osłupiała jeszcze kilka minut, po których ze złością cisnęłam kłąb włosów do umywalki.

Zlecone przez niego śledztwo nie owocowało jedynie zdjęciami podważającymi wierność terapeuty. Dzięki podsłuchowi były mąż poznał wszystkie problemy, o których wspominałam podczas sesji. Uciekanie w pracę. Brak orgazmu. Leczenie złego nastroju alkoholem.

Mimo tego, a może właśnie dlatego, w mieszkaniu Marka czułam się pewnie. Trzymał mnie z dala od rzeczy, w których mogłam przepaść, choć sądziłam, że robi to nieświadomie.

Myślałam, że wraz z Willem zostawiam za sobą bagaż zmartwień, jednak dzień za dniem było coraz trudniej. Wbrew temu, co mówili ludzie, czas nie leczył ran, a ja coraz częściej uciekałam w stare nawyki. Uciekałabym, gdyby nie Mark.

– Jest szesnasta trzydzieści – potrafił ogłosić i zatrzasnąć mi laptopa przed twarzą.

Zwykle w tym momencie toczyliśmy długi pojedynek na spojrzenia. Chciałam urządzić awanturę, a równocześnie nie umiałam sprzeczać się z tym, że Mark postępuje słusznie.

– Cała ta terapia była nic niewarta – rzuciłam ze złością.

– To oczywiste. Specjalista powinien skupiać się na efektach, a nie na sobie – odparł Mark.

Niby tak, a jednak część mnie nadal broniła Willa. Nie wiedziałam tylko która. Pacjentka? Czy raczej kochanka?

– Idziemy na spacer – zarządził współlokator, nie zważając na protesty.

Chodziliśmy więc na te głupie spacery w trzydziestostopniowym upale, które i tak okazały się najlepszym pomysłem ze wszystkich. Najgorszym było granie na konsoli.

– Odpuść, dobra? Wiesz, że pod względem technologii jestem tępa jak kilo gwoździ – mruknęłam, kiedy Mark próbował wcisnąć mi kontroler.

– Raczej tona. – Zaśmiał się i siłą zaciągnął mnie na kanapę. – Dalej, wytłumaczę ci.

Próbował, ale wygrywałam tylko dlatego, że większość czasu ocierał łzy na widok mojej nieudolności. Nie wiem, co widział w tych bijatykach. Miał ich ze cztery, a różniła je jedynie grafika.

– Czemu jesteś tak skupiona, skoro wciskasz losowe przyciski? – rżał nieustannie.

Uwielbiałam, kiedy grę przerywał dzwonek jego telefonu. Nie działo się to często, średnio raz w tygodniu, i choć nie znosiłam osoby po drugiej stronie słuchawki, czułam niewysłowioną wdzięczność, że zwraca mi wolność.

– Mamusia dzwoni? Lepiej odbierz – rzuciłam prowokacyjnie. – Mam wyjść? A nie, czekaj. To mój pokój. Jeśli chcesz, sam wyjdź.

– Nie ma takiej potrzeby.

Kiedyś przepadałam za jego rodzicami. Z wzajemnością. Póki nie wyprowadziłam się od ich syna. Rozwód był moją winą, brak kasy był moją winą, alkoholizm Marka też był moją winą. Wysyłali mi nawet wiadomości z pogróżkami, ale w końcu temat ucichł. Kochana rodzinka, która z oczywistych względów nie miała pojęcia, że znów żyjemy razem.

Pierwsza telefoniczna rozmowa brzmiała dokładnie tak jak setki innych, dawniej. Matka Marka trajkotała, a on szczędził słów jak ja kasy na promocyjnym serze. Dialog składał się w dziewięćdziesięciu procentach z jej uciążliwości i w dziesięciu z jego chęci pozostania na linii.

– Mark, kotku, a może założyłbyś tego, no wiesz, Tindera?

– Beth, daj mu spokój. – Ojciec, po którym syn odziedziczył gadatliwość, wtrącił się do rozmowy, prawdopodobnie niwecząc małżeńską harmonię aż do końca miesiąca.

– Mamo, od dawna jestem na każdej aplikacji randkowej. Nie brakuje mi seksu.

– Seksu nie, ale kobiety?

Mark obejrzał z humorem, jak wkładam palce do gardła, udając wymioty.

– No przecież nie chodzę do łóżka z mężczyznami – zażartował, ale odpowiedziała mu grobowa cisza. – Nie potrzebuję kobiety, mamo.

Racja. Mark potrzebował tylko kogoś, kto przemieni jego codzienność w pogorzelisko.

– Tak ci się wydaje, a kto będzie przy tobie na starość?

– Nie wiem. Kot?

– Syneczku, ty masz tyle do zaoferowania. To, że Janet tego nie doceniła, nic nie znaczy. Wiesz, ona by zaraz wróciła, gdyby usłyszała, ile masz pieniędzy. To taki typ kobiety.

Naprawdę usłyszałam ten odrealniony monolog czy tylko mi się przesłyszało?

– Mamo, Janet zostawiła mnie, bo jestem alkoholikiem.

– Każdemu zdarza się za dużo wypić.

Mark nie był zaskoczony, że zamknęłam się w sypialni, by nie słyszeć dalszej rozmowy. Później przyszedł mnie ugłaskać, ale nie potrzebowałam pocieszenia.

Nie umiem określić, co przy okazji następnej rozmowy bawiło mnie bardziej. Jego strach przed odebraniem czy jej oburzenie, kiedy w trakcie włączyłam porno z zawzięcie wzdychającą kobietą. Kilka godzin szukałam odpowiedniego.

– Mark, ile jeszcze będę na ciebie czekać? – krzyknęłam, modulując głos. – Gdzie jest ten wielki kutas, którego mi obiecałeś?

Posłałam mu promienny uśmiech, kołysząc się w rytm jęków. Podejrzewałam, że Mark da mi popalić, ale kiedy przerwał połączenie, gruchnął śmiechem.

– Matka zmawia za mnie różaniec.

– Niech jeszcze weźmie kąpiel w wodzie święconej – poradziłam.

– Przez ciebie muszę jechać do domu i ją ugłaskać.

– Świetnie. Wreszcie weekend dla siebie.

– Wiem, ile to otworzyłoby ci możliwości, dlatego zawiozę cię do Helen.

– Mark, nie jestem gotowa na rozmowę z nią – odparłam natychmiast, bo wizja ujawnienia sekretów, które zataiłam przed przyjaciółką, była druzgocąca.

– Ja też miałem inne plany niż wyjazd. Nie patrz tak. Życie to nie pasmo przyjemności.

– Żeby czasem trafiała się choć jedna – burknęłam.

– Przecież się trafiła. Ty rozwścieczyłaś moją matkę, a ja usłyszałem, że mam wielkiego kutasa. To najlepsze, co nam się przydarzyło, odkąd znów mieszkamy razem.

Tym właśnie mierzyłam szczęście jako trzydziestopięcioletnia rozwiedziona kobieta. Wielkimi kutasami i rozwścieczonymi matkami. Choć te drugie mogłyby nie istnieć, to za pierwszymi zaczynałam tęsknić. Zwłaszcza za jednym z nich. Nie wiedziałam tylko za którym.

Rozdział II

– Denerwujesz się? – spytał Mark, kiedy dojeżdżaliśmy na miejsce.

– Wysyłasz mnie w paszczę lwa, jakiej odpowiedzi oczekujesz? – żachnęłam się, wbijając wzrok w szybę. – Że też Helen mieszka na tym samym osiedlu co Will…

– Daj spokój. Jaka jest szansa, że na siebie wpadniecie?

Z moim szczęściem? Ogromna. Dlatego nie przyjeżdżałam tu od miesiąca. Ograniczyłam kontakt z przyjaciółką do telefonu, utrzymując, że moje życie biegnie niezmienionym rytmem.

Gdybym zostawiła samochód na parkingu między tutejszymi blokami, terapeuta natychmiast by go rozpoznał. Wystarczyło, że wyjrzałby przez okno w kuchni. Tej samej kuchni, w której tańczyłam na blacie, wypiliśmy mnóstwo wina i uprawialiśmy seks przy niezaciągniętych roletach. Wspominając to, z trudem przełknęłam ślinę.

Bałam się rozmowy z Helen. Wiedziałam, że sprawię jej zawód, rozwścieczę ją i zasmucę, a jedyną niepewność stanowiła kolejność tych emocji. Właściwie współczułam, że spośród tylu ludzi na świecie to właśnie ja byłam jej najbliższa. Zwykle złe wybory leżały po mojej stronie.

Zwlekałam za długo, dlatego postanowiłam wysłuchać wyzwisk z pokorą, nie przeciwstawiać się i komentować tylko wtedy, kiedy zostanę o to poproszona. Przyjęłam pasywną postawę, traktując miesiąc obserwacji Marka jak darmowe webinarium.

Mieszkanie Helen i Thoma przywitało mnie wesołym gwarem. Za sprawą dwóch rocznych synów, dla których każdy dzień stanowił przygodę, życie tutaj przebiegało na najwyższym poziomie intensywności. Czasem odnosiło się wrażenie, że chłopcy są w kilku miejscach jednocześnie i to wcale nie dlatego, że wyglądali identycznie.

Zasiedliśmy przy stole, a bliźniaki plątały się pod nogami. Uwielbiały atencję, więc nieustannie zaczepiały któregoś z rodziców. My nie mogliśmy przeprowadzić nawet prostej rozmowy, a one bez ustanku porozumiewały się monosylabami.

– To ich nowe ulubione zajęcie? – zagadnęłam, widząc, jak dzieci zderzają zabawki, niemal doprowadzając do ich rozpadu.

– Prawie. Najlepiej bawią się, celując w nas albo w siebie nawzajem – stwierdził Thom, ze spokojem obserwując, jak Kyle usiłuje wyrwać pukiel kręconych włosów Alexowi.

Ojciec zainterweniował dopiero, gdy między rodzeństwem rozgorzała walka na śmierć i życie. Poniekąd wynikało to z jego flegmatycznej natury, a poniekąd z chęci uświadomienia synom, że w życiu wygrywa najsilniejszy. Iście męskie podejście, kontrastujące z empatią matki.

– Nie wspominając o wkładaniu do buzi wszystkiego, co popadnie. – Helen się skrzywiła.

– To do dzisiaj też moja ulubiona zabawa – przyznałam z humorem.

Rozpoznałam błysk w oczach przyjaciółki. Chciałam uznać go za wesoły, a jednak coś podpowiadało mi, że nie mam racji. Że tym razem nie spyta o gorące szczegóły z mojego życia łóżkowego, by uzupełnić braki we własnym.

– Więc? – podjęła nienaturalnie uprzejmie. – Kiedy przedstawisz nam Willa?

Nie wiedziałam, jak zacząć. Nim jednak podjęłam decyzję, Helen zrobiła to za mnie, a ja zachłysnęłam się powietrzem.

– Chyba masz mi sporo do powiedzenia? – podsunęła z wyraźną pretensją. – Janet, coś ty znowu narobiła?

Ja? O czym ona mówi? I dlaczego poczułam się jak jej trzecie dziecko?

– Doprecyzujesz pytanie?

– Dlaczego to nie od ciebie dowiaduję się, że zmieniłaś adres? Czemu wmawiasz mi, że jesteś szczęśliwa z kimś, kogo nie ma już w twoim życiu? Czy naprawdę to on musiał mi o tym powiedzieć?

– Rozmawiałaś z Willem? – spytałam cicho, wbijając wzrok w blat.

Podejrzewałam, że nie odpuści. Wytypowałam wiele miejsc, gdzie mógłby mnie szukać – w domu, w pracy, u sąsiadów. Nie sądziłam jednak, że zbierze się na odwagę, by wypytywać Helen. Nie po tym, co zrobił. Znali się przecież przelotnie, wymienili raptem pozdrowienie w supermarkecie.

Słysząc o Willu, serce zatrzepotało mi w piersi. Świadomość, że czegokolwiek się o nim dowiem, przepełniała mnie niewytłumaczalną ekscytacją. Nie chciałam tego, a równocześnie na nic nie czekałam bardziej.

– Jak dawno to było? – dopytałam, pojmując, że muszę przerwać przytłaczającą ciszę.

– Z miesiąc temu? – rzuciła Helen, już nawet nie kryjąc złości.

Niemal od początku wiedziała, że ją okłamuję. Ogarnęło mnie koszmarne poczucie winy.

– Dlaczego nie spytałaś? – drążyłam, nie do końca rozumiejąc.

– Liczyłam, że zdobędziesz się na szczerość. Nie muszę dodawać, że się rozczarowałam?

– Czy ty… bierzesz stronę Willa? – spytałam z niedowierzaniem.

– Na razie to jedyna perspektywa, jaką znam. Jakbym miała pierdolo… – odchrząknęła, zerkając na dzieci. – Jakbym miała déjà vu. Zapytał, dokąd wyjechałaś, a ja nie wiedziałam ani co się stało, ani gdzie jesteś.

Dokładnie tak jak z Markiem, dawno temu. Wtedy jednak zostawiłam Helen bez słowa. Pożyczyłam pieniądze, a potem zniknęłam na dziesięć lat. Dopiero to uświadomiło mi, jaki lęk odczuwała przyjaciółka. Sądziła, że każdy dzień może zwiastować katastrofę.

– Tym razem było inaczej, wiesz – kontynuowała. – Will dał mi spokój, bo zorientował się, że o niczym nie mam pojęcia. On przyszedł do mnie, a to ja dociekałam, co jest na rzeczy.

– I jaką otrzymałaś odpowiedź?

– „Janet ci się nie przyznała? W takim razie ja tym bardziej tego nie zrobię” – zacytowała. – Był zaskoczony, że się nie pochwaliłaś, jak on to ujął.

Co proszę? Odwrócił kota ogonem, żeby poróżnić mnie z Helen? Skończony dupek.

– Czym miałam się chwalić? Tym, że to już drugi mężczyzna, który mnie wykorzystał? Że jestem głupia i naiwna? To nie powód do przechwałek.

– Zaraz, o czym ty mówisz? – spytała Helen równie cicho jak ja wcześniej.

Nie miałam najmniejszej chęci, by wracać do korzeni konfliktu z Willem. Uznałam jednak, że przywołanie tych wspomnień po raz ostatni to jedyne słuszne wyjście. Musiałam cofnąć się do licealnych czasów, kiedy dzieliłam życie z Markiem, a on staczał się na dno.

Opowiedziałam o ognisku, podczas którego odjechał beze mnie. O tym, jak dostałam ataku paniki. Uspokoił mnie jakiś chłopak, a potem zaproponował odwiezienie do domu. Nie odmówiłam, bo nie miałam innej opcji, ale Mark i tak nie przyjął tego z aprobatą. Pobił rywala w szkolnej szatni i zakazał mu dalszego kontaktu ze mną. Więcej się nie widzieliśmy.

Mimo to często myślałam o nieznajomym, zwłaszcza gdy moje małżeństwo przypominało koszmar. Fantazjowałam o życiu, które mogłabym z nim mieć, a on robił dokładnie to samo, choć nasze ścieżki się rozeszły.

Aż pewnego dnia zostałam jego pacjentką. On mnie rozpoznał, ja go nie. Zmienił się, ale cechy, które reprezentował dawniej, urzekły mnie z tą samą siłą. I, choć nie powinnam, pozwoliłam mu przeistoczyć marzenia w rzeczywistość.

– Will chodził do klasy z Thomem i Markiem. Znalazłam szkolny album ze zdjęciami, więc zmusiłam go do szczerości.

Mąż Helen, który do tej pory był jakby nieobecny, zmarszczył brwi.

– Will? Ten Will? – spytał, a ja nie rozumiałam, co miał na myśli. – Pokaż mi jego zdjęcie.

On przeglądał mój telefon, a przyjaciółka trzęsła się z emocji. Zadawała te same pytania, które ja miałam w głowie, gdy odkryłam prawdę. Jakim cudem nie rozpoznałam Willa? Po co to przede mną ukrywał? I, najważniejsze, dlaczego został moim terapeutą?

– Wiedziałybyście o tym znacznie szybciej – podsumował Thom, a na jego twarz wstąpił zagadkowy uśmiech. – Wystarczyło, żebyście choć raz mi go pokazały, a nie szeptały o Willu po kątach. Jasne, bardzo się zmienił, ale od razu go rozpoznałem. Przecież on był legendą!

– Legendą? – powtórzyłam. – Jaką znowu legendą?

– Wiesz, jak zaczęliśmy nazywać go z chłopakami po pierwszej grze na boisku, gdy wziął prysznic i wyszedł z szatni?

– No jak?

– Will Pyton.

Thom zaśmiał się głupkowato, a ja skryłam twarz w dłoniach.

– Will co? – spytała Helen, naraz dostając białej gorączki. – Czy ty mówisz o jego kutasie?! Nie wierzę. Facet wykorzystał terapię, żeby dobrać się Janet do majtek, a ciebie wzięło na żarty? Może my też powinniśmy się rozstać?

Zrobiło mi się jeszcze gorzej. Boże, a jeśli ona miała rację? W końcu Will znalazł sposób na każdą z nas. Na każdą pacjentkę. Ze mną poszło mu chyba wyjątkowo łatwo.

– Dziewczyny, czy wy aby nie przesadzacie? – Thom nie przestawał się uśmiechać. – Spierniczył sprawę, w porządku. Nic dziwnego, że trudno mu było wyznać prawdę. Sam nie wiem, co bym zrobił na jego miejscu.

Thom rzadko uznawał istnienie problemów. Ignorował większość z nich, a one po jakimś czasie rozwiązywały się samoistnie. Zakładał, że wystarczy poczekać. Nie wybuchał gniewem, nie przeżywał przesadnie tego, co inni uznaliby za tragedię. Zupełne przeciwieństwo Helen.

Zwykle właśnie za to kochała go najmocniej, ale nie w tym momencie. Przestali się sprzeczać dopiero, gdy usłyszeli płacz któregoś z dzieci.

Helen zeszła ze stołka. Mąż próbował pogłaskać ją po ramieniu, ale mu nie pozwoliła. Podeszła do Alexa i objęła go ramionami, jakby stanowił bufor przed wszelkim złem. Wróciła do nas i posadziła dziecko na kolanach.

– Thom… – Wreszcie doszłam do głosu, choć z krtani wydostał się tylko szept. – Ja też nie wiem, co zrobiłbyś na miejscu Willa. Wiem tylko, że ty nie zdradziłbyś Helen.

Jego uśmiech zrzedł. Małżeństwo wymieniło spojrzenia.

– Nie mów, że Mark miał rację. Z tym detektywem – powiedziała przyjaciółka, ale moje milczenie było nazbyt wymowne. – Przecież ja ci pomagałam bronić Willa!

Jej oczy zaszły łzami. Uznała pewnie, że to poniekąd jej wina. Widok tego, jak boli ją moja krzywda, był przytłaczający. Głównie dlatego, że za chwilę miałam dołożyć Helen zmartwień.

– Janet, ja… tak mi przykro. Nie wiem, co powiedzieć. To koszmarne i…

– Ułatwię ci zadanie. – Zaśmiałam się gorzko, marząc tylko o tym, by sięgnąć po wino i pić tak długo, aż wymażę z pamięci wyraz jej zbolałej twarzy. – Już postanowiłam, jak sobie z tym poradzę. Dokładnie tak, jak Will poradził sobie ze mną.

– Chyba nie odnowiłaś kontaktu z Markiem? – Głos Helen, która traktowała mojego byłego męża jak wroga pierwszej kategorii, przybrał agresywną nutę.

– Właściwie to z nim mieszkam.

Przyjaciółka złapała się za głowę i zagryzła wargę, hamując potok bluzgów. Wiedziałam, że za moment wybuchnie, bo zaczęła ewakuować wszystkich, których chciała ocalić przed eksplozją. Wszystkich oprócz mnie.

Wzięła Alexa na ręce, uśmiechając się nienaturalnie szeroko. Mimika twarzy wciąż zwyciężała u bliźniaków z sensem wypowiadanych słów, więc dziecko rozpromieniało. Wiele bym dała, żeby widzieć świat jego oczami.

– Thom, będziesz tak miły i zajmiesz się chłopakami w sypialni? Dziękuję. – Nie czekała na odpowiedź, tylko zwróciła się do dzieci głosem pełnym wesołości: – Spędzicie chwilę z tatusiem, bo mamusia będzie teraz bardzo, ale to bardzo głośno krzyczeć i mówić brzydkie słowa. Super, prawda? Tak, super.

Mąż nie protestował, najwyraźniej uznając, że tylko w ten sposób ocali małżeństwo. Wstał od stołu i na odchodnym poklepał mnie po ramieniu. Pewnie czuł ulgę, że Helen przekierowała gniew na kogoś innego.

Pokój opustoszał, a ona siadła naprzeciw mnie, cały czas się uśmiechając. Minutę, dwie. Cisza zabijała jak stopniowo uwalniana trutka. Wreszcie przyjaciółka wzięła głęboki oddech. Detonacja nastąpi za trzy, dwa…

– Czy ciebie już całkiem pojebało?! – wrzasnęła, kładąc dłonie na stole.

– Helen, domyślam się, co…

– Nie wiem, obciągałaś Willowi i ten jego wielki kutas zrobił ci trepanację czaszki? Coś tu jeszcze w ogóle zostało? – Postukała się w czoło. – Czy teraz myślisz już tylko pizdą?

Nigdy nie odezwała się do mnie w podobny sposób. Zasadność jej niemiłosiernie długiej tyrady zasługiwała na oklaski, ale za bardzo bałam się, że stracę ręce.

– Co i komu chcesz udowodnić? Willowi, że potrafisz być taka jak on? Gratulacje. Może od razu wyślij mu nagranie, jak ssiesz Markowi pałę? No właśnie, a co z nim? Odnowicie przysięgę małżeńską? To nie jest pierdolony feniks! Chcesz próbować? Droga wolna, tylko zaklep temu jełopowi miejsce na odwyku. Tak profilaktycznie.

– Nie zamierzam zbliżać się do Marka – oznajmiłam, a ona posłała mi tak piorunujące spojrzenie, że zrozumiałam, jak żałośnie brzmię w jej uszach. – Uznałam po prostu, że należy mi się chwila luksusu. Skoro oferuje pieniądze, to czemu mam z nich nie korzystać?

– A kim ty jesteś, żeby płacił ci za towarzystwo? Dziwką?

– Mark nie płaci mi za to, że u niego mieszkam. Nie tak wprost – dodałam, wzniecając ogień w oczach przyjaciółki. – Poza tym pomógł mi stanąć na nogi po tym, co zrobił Will.

– Stanąć na nogi? Raczej ci je uciął. Janet, on wykorzystuje twoją chwilę słabości, żeby cię odzyskać. Naprawdę tego nie dostrzegasz?

– Skąd możesz to wiedzieć? Nie widziałaś go od lat.

– Czemu go bronisz?! Od niego zaczęło się całe to świństwo, a ty i tak wybrałaś jego ponad mnie. To do niego przyszłaś po pomoc. Jemu wyznałaś prawdę. Czym on sobie na to zasłużył, do cholery?! Przy Willu miałaś chociaż skrupuły. A z Markiem? Wraca wszystko, co ci kiedyś zaszkodziło.

– Masz rację. Zadzwonię do Willa i mu wybaczę. Niech dalej rucha na boku, a ja po prostu przymknę oko.

– Jaka ty jesteś czasem głupia, Janet! – Helen nie wytrzymała i uderzyła dłońmi w blat. – Zupełnie jak twoja matka.

Mark twierdził inaczej.

– Bzykałaś się z nim? – wypaliła bez ogródek.

– Nie. To mają być tylko pozory. Kilka powodów, dla których Will wyjdzie z siebie.

– Po co się ograniczać? Zasponsoruję wam hotel, co ty na to? Prześpij się z oboma albo, najlepiej, pokochaj ich równocześnie. Zrobiłaś to raz, zrobisz i kolejny – oznajmiła, a potem spytała wręcz rozpaczliwie: – Nie widzisz, jaką robisz sobie krzywdę?

– Nie sobie. Im. Ja nie mam już nic do stracenia.

– Słyszysz, co ty w ogóle…?

Urwała, bo rozbrzmiał sygnał mojego telefonu. Nie wiem, jak długo trwała nasza kłótnia, ale Mark zdążył odbębnić wizytę u rodziców.

– Jeszcze nie skończyłyśmy. Janet, jeśli teraz wyjdziesz, nie licz, że wesprę cię, kiedy coś pójdzie nie tak. Nie mam zamiaru powtarzać setki razy tego samego i czekać, aż łaskawie posłuchasz.

– Cóż… najwyraźniej twoje zdanie jest warte tyle samo, ile każda moja miłość – uznałam, wstając od stołu. – Pożegnaj ode mnie Thoma.

Słyszałam, jak Helen płacze, gdy kierowałam się na korytarz. Zawsze była emocjonalna, ale tym razem jej postawa zakrawała na koszmar, w którym nie sposób wytrwać.

Kiedy wsiadłam do samochodu Marka, wyczułam, że wizyta u rodziców nie poszła najlepiej. Zapomniał o przywitaniu, a noga na gazie była jeszcze cięższa niż zwykle. Otrząsnął się dopiero, gdy dostrzegł, że drży mi szczęka.

– Jak było? – zapytał bezbarwnym tonem.

– Źle. A u ciebie?

– Szkoda gadać.

Skinęliśmy głowami i zakończyliśmy rozmowę. Tak mi się wydawało. Kilka minut później kciuk Marka przemknął po moim policzku, zdejmując z niego łzę. Kiedyś udałby, że jej nie widzi. Dziś wyraźnie dawał mi przestrzeń do zwierzeń.

– O co poszło?

– O mieszkanie z tobą. O Willa. O wszystko – załkałam, bo jego czułość pozbawiła mnie zachowawczości. – Nigdy się tak nie pokłóciłyśmy.

– Pewnie była w szoku. W końcu wiele się u ciebie zmieniło. Daj jej czas. Dojdziecie do porozumienia.

– A jeśli nie? Nawet nie spytałam, co u niej.

– Janet, w życiu istnieje tylko kilka stałych. Śmierć, podatki, twoja przyjaźń z Helen i spierdolenie moich rodziców.

– Co tym razem zrobili? – zagaiłam nieco bardziej rozpogodzona.

– Marudzili jak zwykle. Z wiekiem tylko im się pogarsza.

Jego dłoń uścisnęła moją. Gest, który doskonale znałam. Mark nie powstrzymał odruchu, za późno się na tym przyłapując. Mimo tego posłał mi uśmiech, kiedy nie napotkał protestu.

On prowadził, a ja zatonęłam w ponurych myślach. Nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego odepchnęłam Helen po tym wszystkim, co dla mnie zrobiła. Po co zataiłam prawdę. Gdybym jednak przyznała jej rację, oznaczałoby to, że ja popełniłam błąd, a takiej opcji nie mogłam do siebie dopuścić. Nie w układzie, w jakim się znalazłam. Nie po krokach, które podjęłam.

Zmartwiłam się tak bardzo, że nawet nie spostrzegłam, kiedy zboczyliśmy z trasy.

– Dokąd jedziemy? Oddalamy się od mieszkania.

– I co będziemy w nim robić? Zważając na nasz nastrój, wieczór należałby do tych podłych.

– Więc… co innego proponujesz?

– Pojedziemy się zabawić. – Mark puścił mi oczko. – Nie zapytasz o nic więcej? Kiedyś wierciłabyś dziurę w brzuchu, aż zdradzę choćby szczegół.

– Wtedy jeszcze uważałam życie za rozrywkę. Teraz wolę nie psuć niespodzianek, bo i tak niewiele z nich pozytywnie mnie zaskakuje. – Wzruszyłam ramionami.

– Nie mów takich rzeczy, kiedy jesteś ze mną. – Uśmiechnął się subtelnie. – Nie mów ich, bo wtedy mam ochotę udowodnić, jak bardzo się mylisz.

– Powodzenia – rzuciłam obojętnie.

Jechaliśmy w kierunku Fort Worth w akompaniamencie ciszy. Dziwne, bo Mark zawsze włączał muzykę. Zdecydowanie za głośno, ze zbyt mocnym basem i tekstem, od którego więdły uszy.

Spalałam się ze wstydu za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy przez miasto. Niemal wszyscy przechodnie obracali głowy i choć Mark był przekonany, że patrzyli z zazdrością na jego auto, ja jestem przekonana, że zastanawiali się, jaki debil siedzi w środku.

Dłoń byłego męża nieustannie poruszała się na kierownicy. Palce muskały skórę subtelnie, jakby pieściły kobiece ciało. Skojarzenie tak niepoprawne, że wywołało rumieniec.

Najseksowniejsze było jednak parkowanie. Albo zawracanie. Jakikolwiek manewr, przy którym Mark obracał kierownicę wyłącznie wewnętrzną częścią dłoni z pewnością, od jakiej miękły nogi.

– Wciąż to lubisz? – zagadnął, jakby był królem komunikacji międzyludzkiej.

– Co takiego?

– Ten widok dłoni na kierownicy?

Przez głos Marka przebiło się rozbawienie. Zdałam sobie sprawę, że gapiłam się na jego ręce bez przerwy i teraz moja twarz była jeszcze czerwieńsza niż przed chwilą.

Upokorzenie nie trwało jednak długo, bo dotarliśmy na ogromną, wydzieloną przestrzeń dla samochodów. Mimo że nigdy nie byłam akurat w tym miejscu, na widok ekranu pod gołym niebem zabłysły mi oczy.

Po bokach placu widniały stoiska z przekąskami. Nie wydaliśmy na nie ani centa, choć Mark zapierał się, że jedzenie w aucie to nie problem, a ja udawałam, że nie jestem głodna.

Nastawiliśmy radio na odpowiednią częstotliwość, by oddać się lichej komedii. Kiedyś bardzo często braliśmy udział w takich seansach i liczyliśmy na słaby film. W końcu im nudniej na zewnątrz, tym lepsza zabawa w środku.

– Ostatni raz byłam na takiej randce właśnie z tobą – przyznałam, zdając sobie sprawę, ile minęło lat.

– Zabawne. Ja też nie miałem nastroju, żeby wracać.

Wspomnienia były zresztą o niebo lepsze niż widok tych wszystkich par rytmicznie podrygujących wokół. Mogliśmy obejrzeć film w domu, pomyślałam zdegustowana.

– Denerwuje mnie, że wszystko rusza się bardziej niż postacie na ekranie – stwierdził Mark, a ja wybuchłam śmiechem.

– Rozumiesz, jak starzy jesteśmy, przyjeżdżając tu dla filmu? – spytałam ze śmiechem.

– To też mi się nie podoba – mruknął, kiwając głową w określonym kierunku. – Spójrz. Zaraz się pożrą. W trzy sekundy wylizał jej połowę twarzy.

– To jeszcze nic. Ci po lewej jadą na ręcznym.

Wskazałam dziewczynę, której ramię poruszało się energicznie zdecydowanie za blisko kierowcy. Zazdrościłam jej. Tej energii, młodzieńczego powabu. Chwil, gdy byłam nią.

– Jezu. – Mark skrzywił się, ale zawtórował cichym śmiechem. – Myślisz, że na nas też tak kiedyś patrzyli? Powinniśmy wypłacić tym ludziom odszkodowanie.

– Pewnie jak widzieli nasz samochód, to zastanawiali się, czy przyjechali na porno, czy jednak w końcu puszczą film, za który zapłacili.

Swobodna atmosfera minęła mniej więcej w połowie ekranizacji, po której pojęłam, że plan Marka wybiega daleko poza miłe spędzenie wieczoru. Zwykle spinał się tak bardzo, tylko kiedy zamierzał poruszyć istotny temat.

To byłoby nawet zabawne, gdyby nie fakt, że problem dotyczył mnie. Domyśliłam się, bo siedzieliśmy w roju samochodów, skąd nie miałam ucieczki, a mężczyzna nieustannie wodził palcem po przycisku blokady drzwi. Czasem zachowywał się zupełnie jak Will. Wraz z tą myślą przełknęłam gorycz w gardle.

Czym zamierzał mnie uraczyć? Prośbą, bym opuściła jego mieszkanie? Pytaniem, czy mam ochotę na seks? A może wyzna, że zamordował mojego terapeutę, jego ciało leży w bagażniku i potrzeba pomocy, by je ukryć? W tym nawet chętnie wzięłabym udział.

– Kiedy miałaś ostatni orgazm? – wypalił.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, chichocząc histerycznie.

– Powinnam powiedzieć, że z tobą, czy jednak mogę być szczera? – odparowałam.

– Wolałbym usłyszeć prawdę.

– A, w takim razie nie powinno cię to obchodzić.

Widziałam jednak, że to nie koniec. Że Mark zbiera się do kolejnego pytania, dlatego przewróciłam oczami i czekałam, nie ułatwiając mu zadania.

– Chodzi o to, że w nocy często słyszę twój wibrator, ale nie ciebie.

– A chuje w ogłoszeniu pisali, że ultracichy – bąknęłam pod nosem.

Kąciki ust Marka zadrżały w uśmiechu.

– Ściana między salonem a sypialnią jest kartonowa, to dlatego.

– Wiem. Wyobraź sobie, że akustyka po drugiej stronie działa tak samo. – Spojrzałam na niego wymownie.

– Czyli ten problem też wrócił?

– Nie dociera do ciebie, że nie będę o tym rozmawiać?! – warknęłam. – Zaraz… to dlatego chciałeś zamienić się pokojami?

– Śpisz w salonie. Może stresuje cię, że wyjdę do łazienki albo…

– Nie o to chodzi – przerwałam mu, krzyżując ręce na piersiach.

Westchnęłam, pojmując, że Mark nie potrafi, ale na swój nieudolny sposób usiłuje pomóc.

– Janet, cokolwiek cię blokuje… powinnaś o tym mówić. Duszenie tego…

– Ile jeszcze razy i ilu osobom muszę opowiedzieć, jak beznadziejne jest moje życie, zanim cokolwiek zacznie się w nim zmieniać? – rzuciłam wściekle.

– Samo się nie zmieni. Ty musisz to zrobić. Skoro nie wiesz jak, rozmowa może pomóc. Ja zwlekałem i zobacz, co nam po tym zostało – stwierdził Mark gorzko, sprawiając, że wbiłam wzrok w kolana. – Przepraszam, to nienajlepsza refleksja w siódmą rocznicę.

Naraz poczułam się zmęczona ogromem kłamstw. Ciągłym pozowaniem na kogoś, kim nie jestem. Ogarnęła mnie przemożna potrzeba, by się od tego uwolnić. Uświadomić Markowi, czemu z nim mieszkam, i że moje dotychczasowe problemy to nic w porównaniu z resztą, której nie dostrzega.

– Posłuchaj, muszę ci coś… – urwałam, bo dopiero w tej chwili pojęłam sens jego słów. – Zaraz, masz dziś rocznicę trzeźwości? Gratulacje.

Potaknął, długo nie podejmując konwersacji. Wyglądał na niepewnego. Oblicze, które rzadko miałam okazję obserwować.

– Niedługo chciałbym iść na spotkanie. Opowiedzieć o swoich początkach. Takie świadectwo dodaje ludziom otuchy. Niespecjalnie to lubię, więc pomyślałem… pójdziesz ze mną?

– Na spotkanie AA? – zapytałam zdumiona.

– Masz rację, to głupie – zreflektował się natychmiast. – Niektórzy kojarzyliby cię z opowieści. Czułabyś się skrępowana. Sądziłem po prostu, że zwierzenia przyjdą ci łatwiej, jeśli zobaczysz, że inni też mają z nimi problem. Uznałem, że to uczciwa propozycja.

– Uczciwa?

– Wysłuchałem bez twojej zgody wszystkiego, co wyznałaś w gabinecie. Jeśli ty zostałabyś świadkiem mojej spowiedzi, może wreszcie odnaleźlibyśmy porozumienie.

– Ja… sama nie wiem.

Nigdy nie pytałam, jak wyglądała jego walka o trzeźwość. Mark rzucał czasem półsłówka o pobytach w szpitalu czy na odwykach, ale nie słuchałam. Miałam dość własnego cierpienia związanego z tamtymi dniami.

Nie uznawałam jego perspektywy, ale może… takie wyjście ze strefy komfortu by mi się przydało? Jeśli podołałabym temu spotkaniu, to dialog z Willem byłby o niebo łatwiejszy.

– Rozumiem. Nie chciałem naciskać. Pójdę sam – zapewnił Mark.

– Nie… w porządku. Potrzebuję chwili, żeby to przemyśleć.

– Jasne, oczywiście.

Wydawał się wdzięczny. Pewnie myślał, że choć raz porozmawialiśmy o problematycznej kwestii i śmiertelnie się na siebie nie obraziliśmy. Na pewno o tym myślał, bo nabrał pewności, że może spróbować ponownie.

– Często go wspominasz? No wiesz, Willy’ego, a nie to, co ci zrobił.

– Nie wiem. Chyba tak. Tęsknię za ekscytacją, którą czułam przez ostatnie miesiące – przyznałam niewzruszona. – Dlaczego… tak patrzysz?

– Wpadłem na pomysł, co zrobimy, gdy skończy się film. Nie będziesz żałować.

Mark uśmiechnął się w sposób, który tak kiedyś lubiłam. Uśmiech zwiastujący kłopoty. Rozsądek podpowiadał, że powinnam odmówić, ale nie zrobiłam tego, podobnie jak były mąż nie cofnął dłoni, w której zamknął moją.

Gdy wyjechaliśmy na główną drogę, panował już mrok. Mark w końcu odgadł, że jestem głodna, więc wstąpiliśmy do baru szybkiej obsługi, a potem jeździliśmy bez celu po okolicy.

Kiedyś upływały nam tak wszystkie weekendy – na randkach, imprezach i za kółkiem, a widoki przemijały szybko jak godziny rozmów czy macania.

Nigdzie nie bzykaliśmy się równie często jak w samochodzie. Na przednich siedzeniach, na tylnych… Robiliśmy praktycznie wszystko; od palcówki na poboczu, przez loda w trakcie jazdy, aż po seks na parkingu. Brudna tapicerka? Wtedy przestawała mieć znaczenie.

Nie wiem, czy Mark myślał o tym samym, ale jego dłoń powędrowała na moje kolano. Zamiast ją strzepnąć, wstrzymałam powietrze. Serce przyspieszyło. Seksualny detoks dawał mi się we znaki bardziej, niż bym sobie tego życzyła, siedząc w aucie z byłym mężem.

Przymknęłam powieki, gdy jego palce musnęły wąski skrawek nagiej skóry. Nie chciałam, żeby to robił, a równocześnie nie poprosiłam, by przestał. Od jednej małej pieszczoty nikt jeszcze nie zginął. Jeśli poczuję dyskomfort, po prostu go zatrzymam. To nic trudnego.

Opuszki przemknęły po wnętrzu mojego uda. Tylko raz, na ułamek sekundy. Umysł usilnie ignorował impuls wysłany przez ciało, a jednak rozpoznałam towarzyszące mu podniecenie. Najpierw je, a później lęk. Emocje przeplatały się w sinusoidalnych kształtach.

Przez moment znów byłam nastolatką, którą Mark woził ze sobą, nim jeszcze poszliśmy do łóżka. Zafascynowana mężczyzną obok i zestresowana tym, że nie mam pojęcia, co z nim robić. Tą samą dziewczyną, która całą drogę snuła podejrzenia, jak duży może być jego penis i czy polubi, jak wezmę go do ust.

Palce sunęły wyżej, a ja nie mogłam odeprzeć myśli, do czego ta zuchwałość prowadziłaby kilkanaście lat temu. Dłoń Marka odgarnęła rąbek cienkiej sukienki. Odsłoniła fragment ciała, który tak lubił oglądać, a mimo tego uparcie wbijał wzrok w jezdnię.

Nie rozumiałam, czemu to robi. Nie powinien mnie dotykać, podobnie jak ja nie powinnam czerpać przyjemności z tego magnetyzmu, o którego istnieniu zdążyłam już zapomnieć.

Panuję nad tym. Przerobiłam temat na terapii. Tylko chwilę. Więcej do tego nie dopuszczę.

Mark ścisnął moje udo. Dłoń była tak duża, że niemal czułam jego palce przez majtki. Znany i rozkoszny dotyk nieprzystający do alkoholika, którego zostawiłam. Czując go dawniej, nawet bym się nie zastanawiała. Po prostu zapytałabym Marka, czy ma ochotę to zrobić. Tutaj, teraz.

– Możesz zabrać dłoń? – poprosiłam wreszcie.

– Chyba nie. Robiłem prawko lata temu, ale wtedy uczyli, że trzeba trzymać na kierownicy przynajmniej jedną – błaznował.

Wyczuwając, że to ostatnia chwila intymności, wsunął palce pod gumkę majtek opinającą moje biodra. Bez namysłu chwyciłam jego dłoń i położyłam ją z powrotem na kierownicy.

– Mnie uczyli, że lepiej mieć dwie – pouczyłam, licząc, że Mark nie dostrzegł, jak szybko oddycham.

Nim obciągnęłam sukienkę, spojrzenie byłego męża zwróciło się w moim kierunku. Nie w kierunku twarzy, tylko odsłoniętego pośladka. Mimo że oglądał go setki razy, ja zdążyłam się zawstydzić, a jemu stanął. Chyba też nie patrzyłam tam, gdzie powinnam.

– Nosisz zajebiście seksowną bieliznę – przyznał na domiar złego.

– Nawet jej nie zobaczyłeś – odpowiedziałam, szeroko otwierając oczy.

– Nie, ale widzę, co wisi na suszarce, kiedy robisz pranie. To wystarczy.

W tej chwili różniło nas tylko jedno. On lubił oglądać moje wilgotne majtki, a ja musiałam nosić je do końca wieczora, uznając to za miłą ochłodę w duszny wrześniowy wieczór.

– Długo jeszcze będziemy tak jeździć? – zagadnęłam, ziewając.

Nie wiedziałam, na co czekamy, ale wybiła pierwsza trzydzieści i mój starzejący się zegar biologiczny nakazywał odpoczynek.

– Godzinę, może dwie. Prześpij się, jeśli masz ochotę.

Nie czekał na odpowiedź, tylko wrzucił moje nogi na swoje uda bez przerywania jazdy.

Wtuliłam policzek w oparcie, spoglądając na jego sylwetkę oświetlaną przez przydrożne latarnie. Chyba nigdzie nie wydawał się tak odprężony jak za kierownicą, gładząc moje łydki. Zupełnie jakby czas stanął. Jakby te lata rozłąki nie istniały.

Bywały chwile, że naprawdę lubiłam Marka. Może nawet lubiłam go za bardzo, zważając na to, co wytknęła mi Helen. Smak tych chwil był słodki, choć zawsze przerywany goryczą lat między młodzieńczą miłością a tym, co mieliśmy teraz.

– Janet, obudź się – szepnął Mark.

Nie wiem, kiedy przymknęłam powieki, ale był moją pierwszą i ostatnią myślą między jawą a snem. Dopiero po chwili pojęłam, gdzie naprawdę jesteśmy.

Przeciągnęłam się ledwie przytomna i usiadłam prosto, dostrzegając, że wjeżdżamy na opustoszały parking centrum handlowego w Dallas. Zrozumiałam, co mnie czeka, ale zaspany umysł wypierał tę ewentualność. Chyba z biegiem czasu nas dwoje inaczej pojmowało ekscytację.

– Bądź tak miła i ustaw minutnik – poprosił Mark.

– Na ile? – spytałam, przecierając oczy i sięgając po telefon.

– Powiedzmy… pięć minut. Tylko głośno, bo jeśli nie usłyszymy, możemy nie zdążyć.

– Zdążyć…. na co?

– Raczej przed kim. Lepiej, żeby nas tu nie było, kiedy przyjadą gliny.

Nim zaprotestowałam, wcisnął gaz, a mnie wbiło w siedzenie. Wnętrze wypełnił ryk silnika, potem mój krzyk i na koniec pisk, po którym skryłam twarz w dłoniach. Niepotrzebnie, bo to tylko pogłębiło uczucie bezwładności, gdy samochód zaczął sunąć po asfalcie jak po lodowisku.

Charakterystyczne kliknięcie. Tyłem pojazdu zarzuciło. Zastrzyk adrenaliny. Do nosa wdarł się zapach palonej gumy, a przez rozszerzone palce dostrzegłam dym.

Zataczaliśmy kręgi jak kula w dłoniach miotacza. Jeden za drugim, niemal idealnie równe, jakby ze środkiem placu łączyła nas niewidzialna lina. Myślałam, że zwymiotuję.

– Już się obudziłaś? – zagadnął Mark, kiedy na moment zatrzymał wóz.

Spoglądał z uśmiechem, jak kładę dygocące dłonie na kolanach. Organy wypchnięte siłą odśrodkową wracały na miejsce, a mięśnie bolały z wysiłku, tak bardzo spinałam się przez te… czterdzieści sekund? Boże, przecież one mijały jak wieczność.

Gardło wyschło na wiór, ale w końcu przełknęłam ślinę i opanowałam drżenie głosu.

– Zabiję cię, kiedy wrócimy do domu.

– Czyli zostało mi jakieś pół godziny życia? Muszę je dobrze wykorzystać. – Zaśmiał się, traktując groźbę jak wyzwanie. – Przecież kiedyś to uwielbiałaś!

Rzeczywiście. Czerpałam mnóstwo radości z tego poczucia lekkości i głupiej, nielegalnej zabawy. Rzadko jeździliśmy na tory wyścigowe, bo szkoda nam było kasy, a poza tym najbardziej pociągał nas element ryzyka.

Nie bez powodu Will uznał, że to jeden z moich głównych fetyszy. Po każdej takiej nocy miałam ochotę rżnąć się z Markiem do rana. Jakbym w ten sposób dziękowała, że zdążył odjechać przed kłopotami i przy okazji nie zatrzymał auta na latarni.

– Ale czad! – wymsknęło mi się między pierwszą a drugą minutą ku uciesze Marka. – Dalej umiesz kręcić ósemki?

– Przypomnę sobie – obiecał, od razu robiąc to, o co poprosiłam.

Coś z tamtej nierozważnej dziewczyny musiało we mnie zostać, bo teraz też nieustannie się śmiałam. Szybko jednak przestałam, bo przy kolejnym obrocie zobaczyłam w bocznym lusterku charakterystyczny niebieski błysk.

– Mark! Mark, stop, policja! – zawołałam spanikowana.

– Zerkniesz na czas?

– Trzydzieści siedem sekund.

– To się panowie pospieszyli – stwierdził nieporuszony, jakby takie spotkania przerabiał niejeden raz.

– Ja pieprzę, co robimy? Nigdy wcześniej nas nie złapali! – zarzuciłam, kiedy Mark zatrzymał auto.

– Spokojnie, zajmę się tym.

Chciałam wypomnieć, że zwykle po usłyszeniu tych słów ratowanie sytuacji spadało na mnie, ale nie miałam czasu.

– Plan jest taki: ty obciągasz, ja ogłuszam – zaproponował Mark.

Z radiowozu wysiadł podstarzały, okrągły funkcjonariusz. Zażartowałabym, że jego naczelną funkcją było jedzenie pączków, ale spasowałam. Całe szczęście, bo gdy się zbliżył, natychmiast odwróciłam głowę i liczyłam, że mnie nie rozpozna.

– Jakiś problem, panie władzo? – zagadnął mój były mąż.

– Dokumenty i dmuchamy. Ostatnie, czego potrzebuję, to gadaniny jakiegoś kretyna o trzeciej nad ranem.

Nic się nie zmienił, właśnie tak go zapamiętałam. Sympatia wręcz wyzierała z każdego otworu jego ciała. Może poza tyłkiem, w którym nerwowo ściskał kij.

Gdy zobaczyłam alkomat, zdjął mnie stres. Przykra pamiątka po czasach, kiedy Mark krył się z piciem, jak tylko mógł. Nie wiem, ile razy prowadził pod wpływem, ale pewnie mnóstwo.

Na aparacie rozbłysła zielona dioda, a brwi policjanta powędrowały ku górze.

– Nie to obstawiałem.

– Wie pan, głupio zrobiłem, ale dziewczyna miała zły dzień i chciałem poprawić jej humor.

Mark chwycił mnie za dłoń, a ja uśmiechnęłam się czarująco. Tym razem brwi policjanta pochyliły się w stronę nosa.

– Masz jakąś znajomą twarz – zauważył, patrząc na mnie. Cholera.

– Dziwne, nie mieszkam w Dallas.

Oficer wzruszył ramionami i odpuścił temat.

– No nic. Oby dziewczyna miała prawo jazdy, bo swojego długo nie zobaczysz. Do tego mandat…