Niedopowiedziane - Jarosław Prusiński - ebook
Opis

Kolejny, doskonały zbiór opowiadań spod ręki Jarosława Prusińskiego. Różnorodne, barwne historie przedstawione w bardzo plastyczny, czasem żartobliwy sposób. Doskonała lektura na kilka popołudniowych posiedzeń przy kawie. Równie smakowita jak kawałek tortu, za to mniej tucząca.

Niektóre opowiadania są mocniejsze niż w poprzednim zbiorze, mniej ocenzurowane, co pozytywnie wpłynęło na siłę przekazu. Można rozpisywać się długo o historiach zawartych w Niedopowiedzianych. Każda jest inna, w inny sposób pobudzająca wyobraźnię i każda znakomicie opisana. Najbardziej wymagający Czytelnik znajdzie tu coś dla siebie. To jest po prostu dobre!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 260

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jarosław Prusiński

NIEDOPOWIEDZIANE

Zbiór opowiadań

Copyright © by Jarosław Prusiński, 2017

Grafika na okładce: pixabay

Projekt okładki: Jarosław Prusiński

Skład: Ilona Dobijańska

Wydawnictwo Internetowe E-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN: 978-83-7859-866-4 

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości 

bez zgody wydawcy zabronione.

Wydanie I, 2017

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Rodzinie i przyjaciołom

Od autora:

Każde z opowiadań tego zbioru jest w jakiś sposób niedokończone, niedopowiedziane. Pozostawiłem Czytelnikom pole do interpretacji, przemyśleń, stworzenia własnej wersji wydarzeń. Nie znajdziecie tu gotowych recept, odpowiedzi, a jedynie pytania rzucone na wiatr. Niektóre z tych opowiadań miały być powieściami i możliwe, że kiedyś nimi będą, ale wówczas otrzymają alternatywne zakończenie, nie takie jak w prezentowanym zbiorze. Inne z kolei są fragmentami powieści już wydanych. Jednak wszystkie opowiadania i fragmenty tego zbioru stanowią odrębną całość. Nie obawiajcie się nagle przerwanej fabuły. Przede wszystkim są tu opowiadania o kobietach rozrzuconych w czasie i przestrzeni. Poznajcie Amazonkę Ksayę, sumeryjską boginię Isztar, kobiety z przeszłości i przyszłości. Każda z nich opowie Wam swoją własną historię.

Książkę czytacie na własne ryzyko. Nie odpowiadam za straty moralne, nie pokrywam kosztów leczenia psychiatrycznego. W zbiorze jest erotyka i jest też przemoc, bo taka jest ludzka natura. Ale nie zgłaszajcie do mnie pretensji. Ja jestem tylko obserwatorem.

ANGELOT

Kroczył w ciemności. Pod jego stopami rozciągała się świetlista, wąska ścieżka pnąca się ostro w górę. Do bramy. Poza nią nie było nic. Pustka, nicość, czerń. Angelot nie czuł trwogi, szedł pewnie, dostojnie, tak jak nakazywała jego pozycja. Nie czuł też zmęczenia, choć powinien czuć. Czułby, gdyby żył. Pamiętał swoją śmierć. Na szczęście strach i niepokój zniknęły. Teraz kroczył świetlistą ścieżką ku niebieskiej bramie. Czuł podekscytowanie i radość.

Za sobą usłyszał kroki. Odwrócił się i zobaczył dziewkę. Ogień spalił jej ubranie i osmalił ciało tak, że wyglądała jak murzynka. Człapała za nim, zwęglony wrak człowieka, pogańska wiedźma. Domyślił się, że to na nią wydał wyrok zanim... Jak ona śmie wspinać się do bram nieba razem z nim? 

‒ Odejdź, dziewko! ‒ krzyknął do niej. ‒ Jeszcze aniołowie pomyślą, że to ja cię tu przywiodłem. Idź sobie!

Ale ona tylko popatrzyła swoim czarnym okiem. Połowę twarzy miała zupełnie spaloną, ział z niej pusty oczodół. Jedynym okiem, które jej zostało wwiercała się w niego jak sęp. Ten wzrok przeszywał go na wylot, jakby nie patrzyła na niego tylko gdzieś dalej, w pustkę. Na to, co było poza nim. A jednak zwolniła kroku. Angelot przyśpieszył. Chciał się znaleźć przed obliczem aniołów jak najszybciej. Nie chciał, żeby podeszła zbyt blisko, jakby mogła go skalać swoją winą, za którą poniosła śmierć na stosie. 

Aniołowie byli wielcy, świetliści. Wzrostem przewyższali człowieka dwukrotnie. Stali przed bramą, lekko poruszając skrzydłami. Mężczyzna i kobieta. Oboje mieli nagie torsy.

‒ Mogłaby się czymś okryć ‒ powiedział Angelot pod adresem anielicy na poły przyjacielsko, na poły protekcjonalnie. Nie patrzył na nią. Patrzył na jasnowłosego mężczyznę-anioła, jej towarzysza. ‒ Oczywiście nic nie powiem Świętemu Piotrowi, ale te nagie piersi... Inni mogą być mniej wyrozumiali.

Zaśmiał się nerwowo, nie wiedząc czy nie przesadził. Najpierw trzeba by się rozeznać w zwyczajach Raju. Może tutaj to normalne? Aniołowie się nie poruszyli ani nie odezwali. Jakby go nie było.

‒ Mogę wejść?

Znowu milczenie. Coraz wyraźniej słyszał za plecami bose stopy wiedźmy. Zbliżała się. Anielica uśmiechnęła się radośnie do dziewczyny ponad jego głową. Uklękła przed nią, gdy tylko tamta podeszła do bramy. Wilgotną ścierką zmyła z niej ciemny osad. Jej skóra znowu była zdrowa, różowa, dziewczęca. Odrosły jej włosy, spalony policzek znowu był cały, ponownie miała dwoje oczu. Anioł-kobieta klęczała przy niej i cały czas się uśmiechała. Wiedźma też się uśmiechnęła.

‒ Wejdź ‒ powiedziała anielica, gdy włożyła suknię na nagie ciało dziewczyny. ‒ Czekają na ciebie.

Czarownica zniknęła za bramą, a Angelot zatrząsł się z wściekłości.

‒ Wpuściliście ją, a mnie każecie czekać?! Nie wiecie, kim jestem!

‒ Ależ wiemy, Angelocie ‒ powiedziała kobieta-anioł. W jej oczach nie było już radości. ‒ To ty nie wiesz, kim jesteś.

A potem Anioły weszły do środka i zamknęły bramę. Biskup został sam na ścieżce prowadzącej donikąd. Stał przez chwilę, myśląc, że to żart. Potem kolejną i kolejną, i jeszcze jedną chwilę. Brama nadal była zamknięta. Odwrócił się więc i poszedł ścieżką w dół. Muszą być inne ścieżki i inne bramy. Już on powie kilka słów na temat tych aniołów Świętemu Piotrowi, gdy tylko przed nim stanie. Oj, powie! Będą mieli się z pyszna. Szedł żwawym krokiem przez pustkę, aż w końcu jego stopy stuknęły o bruk. Jakaś ulica. Wreszcie normalna ulica, zamiast wąskiej ścieżki zrobionej ze światła. Tupnął nogą kilka razy, żeby się upewnić. Tak, to była brukowana ulica. Rozejrzał się wokoło. Wszystko spowijała gęsta mgła i ciemność. Przed sobą ujrzał światełko. Zbliżało się. Usłyszał kroki, a chwilę później zobaczył postać. Siwy, brodaty starzec ubrany w szarą, długą szatę przystanął. Trzymał w rękach laskę wzrostu człowieka zwieńczoną małą lampką. Angelot padł na kolana.

‒ Czy to ty, Święty Piotrze? ‒ wykrzyknął z nadzieją, składając ręce.

‒ Nie mam na imię Piotr ‒ odpowiedział starzec. ‒ Zwą mnie Latarnikiem.

Biskup wstał z kolan lekko zawiedziony i zawstydzony. Krytycznie ocenił dziurawą, brudną i zniszczoną szatę przybysza. Jak mógł się tak pomylić? Włóczęgę wziąć za Świętego Piotra. Szukał w głowie słów, które pozwoliłyby wymazać tę chwilę słabości, gdy padł na kolana przed włóczęgą, jednocześnie nie obrażając go za bardzo. Starzec go uprzedził.

‒ Chodź ze mną, Angelocie ‒ powiedział i ruszył wzdłuż kamiennej ulicy, stukając drewniakami.

Wszyscy go tu znali? W końcu nic w tym dziwnego, przecież nie był byle kim. Biskup poszedł za nim. Szli długo, przedzierając się przez mgłę i ciemność. Nie widział już Latarnika, a jedynie nikłe światełko jego latarni. Szedł za nim coraz bardziej poirytowany i znużony. Szli godzinami, całymi monotonnymi godzinami odmierzanymi stukotem drewniaków. Ten dźwięk brzmiał dziwnie, jakby poza stukotem nie było nic. Tylko czarna pustka i mgła. W końcu coś się zmieniło. Zauważył, że dotarli do miasta. Uliczne kamienie były bardziej wyrobione, wytarte wieloma stopami, wygładzone przez wieki. Po bokach dostrzegał majaczące w ciemnościach kształty budynków, gdzieniegdzie paliły się oliwne latarnie. I było tam coś jeszcze, czego biskup nie widział, ale czuł. Wpatrzone w siebie oczy, dziesiątki par oczu. Starzec nie zwolnił, jego latarnia kołysała się w tym samym tempie co wcześniej. Angelot postanowił zawrócić. Ten włóczęga wyprowadził go już zbyt daleko od ścieżki do Raju. Pora była zawracać. Może tym razem aniołowie mu otworzą? To był z pewnością tylko żart, próba niezłomności jego charakteru. A przecież on był niezłomny jak skała, uparty jak stado osłów. Wszystko poświęcił dla wiary. Zwłaszcza takie „wszystko”, które należało do innych. Sam niczego sobie nie odmawiał, ale przecież brał tylko to, co Bóg mu podarował. Należała mu się nagroda za wierną służbę Kościołowi. 

Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w przeciwną stronę. W stronę niebieskiej bramy, tam skąd przybył. Próbował się modlić, ale nie wiedzieć czemu przyczepił się do niego niewłaściwy cytat z Pisma. Ten o bogaczu i wielbłądzie. Nie umiał skupić się na niczym innym. W końcu zirytowały go własne myśli. Co go obchodzi jakiś wielbłąd? Nawet nie widział takiej bestii na oczy. A przecież dobry był, usłużny. Czasem nawet dał kilka miedziaków biedocie. Nie za dużo, bo z pewnością gamonie zaraz by wszystko przepili, ale jednak dawał. Usiłował przypomnieć sobie, kiedy ostatnio to zrobił. Latem jakoś. A może jednak zimą? Pot wystąpił mu na czoło. Chyba jednak nie dał. Chciał dać, ale pomyślał, że pospólstwo i tak zmarnuje pieniądze w szynku, więc nie dał. Po co miał dawać? Jakoś się wytłumaczy przed Świętym Piotrem. Dobre chęci też się przecież liczą!

Nie zdołał zrobić nawet stu kroków, gdy się przed nim pojawili. Bezzębne, zakapturzone kreatury. Przykulone, jakby przestraszone, ale jednak agresywne. Z każdą chwilą nabierali pewności siebie. Zdawało się, że wyrastali spod ziemi. Tam, gdzie stało dwóch zrobiło się czterech, a gdzie było czterech – ośmiu. Wyłaniali się ze wszystkich stron. Ludzkie ochłapy o okrutnych twarzach. Biskup uczynił znak krzyża, ale tamci nie zareagowali. Krąg napastników powoli zaczął się wokół niego zaciskać.

‒ Trzymaj się mnie ‒ powiedział Latarnik.

Angelot odetchnął z ulgą na widok swojego przewodnika.

‒ Co to za kreatury? ‒ wysapał, gdy odeszli na tyle daleko, że tamci nie mogli go usłyszeć.

‒ Ludzie, co do których decyzja nie została jeszcze podjęta.

‒ A ja? Gdzie mnie prowadzisz, starcze?

‒ Wobec ciebie decyzja została podjęta.

Dalej szli bez słowa. W końcu Latarnik zatrzymał się przed ciężkimi drewnianymi drzwiami.

‒ To twoja brama, Angelocie.

Biskup otworzył drzwi i zajrzał. Za nimi była ciemność. Zrobił ostrożny krok do przodu, potem drugi. Zauważył przed sobą szparę. Przebijało przez nią jaskrawe światło. Podszedł bliżej i włożył w nią głowę...

‒ Jest już główka ‒ powiedziała położna. ‒ Jeszcze trochę. Zaraz będzie po wszystkim.

Oślepiło go światło. Potem uderzono go w pupę. Chciał coś krzyczeć, ale z jego ust wydobył się tylko płacz. Zapomniał jak się mówi, a po chwili zapomniał też inne rzeczy. Zapomniał wszystko.

GLOBALNET

Wślizgnęła się cichaczem do sali wykładowej i z ulgą rozprostowała nogi na fotelu. Przejechała dobre dziesięć mil na rowerze i bolała ją cipka. Uśmiechnęła się na myśl o tym, jak skomentowałaby taką wypowiedź jej matka. Byłaby święcie oburzona. Monika nie lubiła tych wszystkich zmyłkowych określeń, których się zwykle używa. Na przykład pupa. Jednak nie pupa ją bolała tylko cipka i nie widziała powodu, dla którego miałaby tak nie powiedzieć. Ani takiego, dla którego miałaby się wstydzić swojego ciała. Ma cipkę, która w dodatku niektórym się podoba. Przypomniała sobie Paula, który był nią wręcz zachwycony. Do czasu, gdy zaczął się zachwycać cipką należącą do kogoś innego. Wsunęła dłoń do leginsów i delikatnie pomasowała bolące miejsce. Zauważyła na sobie wzrok jakiejś pierwszoroczniaczki. Mała blondyneczka uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo. Co ona sobie pomyślała?

‒ Pierwsze połączenia do sieci były dość ryzykowne, a nawet bolesne ‒ mówił profesor. ‒ Delikwenta wprowadzało się w stan letargu serią zastrzyków, a połączenie realizowano za pomocą zwykłych kabli wtykanych w pień mózgu. Wielu ludzi straciło życie lub doznało nieodwracanych zmian w korze mózgowej. Nie mówiąc o słabej kontroli systemu nerwowego, co prowadziło do niekontrolowanych ruchów ciała w czasie pobytu w sieci. Niejeden zdemolował sobie dom albo nabił porządnego guza. A jednak pragnienie życia w świecie wirtualnym było silniejsze niż zdrowy rozsądek. Dopiero po kolejnych stu latach wymyślono całkowicie nieinwazyjne łącza. Ktoś powie, co to było? Może pan w czerwonej koszulce?

‒ Neurotatuaż.

‒ No, prawie ‒ odchrząknął profesor. ‒ To trochę później. Pierwsze były naklejki na przedramię, które potrafiły zarówno wprowadzić człowieka w stan letargu, jak też łączyć się z systemem nerwowym, dostarczając bodźców sieciowych.

‒ Wybrałabyś się ze mną na kawę po zajęciach? ‒ usłyszała szept przy uchu.

Blondynka przysiadła się do Moniki cała czerwona na twarzy, jakby zawstydzona swoją propozycją.

‒ Nie.

‒ Świat wirtualny jest o wiele atrakcyjniejszy od fizycznego, bo nie ma tam chorób, bólu ani śmierci ‒ ciągnął wykładowca. ‒ Nie trzeba pracować, nie ma żadnych ograniczeń fizycznych powodowanych na przykład starością. Można zaspokajać wszelkie swoje zachcianki bez żadnych konsekwencji. Niestety szybko pojawił się problem, co zrobić z fizycznymi ciałami. We wszystkich większych miastach postawiono Inkubatory, gdzie ludzi na stałe mieszkających w sieci żywiono kroplówkami i utrzymywano przy życiu. To znaczy ich ciała. Jednak to rozwiązanie również nie było doskonałe. Ciała się starzały i umierały, w dodatku za pobyt w Inkubatorze trzeba było słono płacić...

‒ Jeśli dobrze zrozumiałam twoją sugestię ‒ Monika szepnęła blondynce prosto do ucha, gdy ta zamierzała wrócić na swoje miejsce ‒ to możesz przyjść do mnie wieczorem na drinka. Tylko nie obiecuj sobie zbyt wiele. Wolę facetów, co nie znaczy, że nie mogę mieć przyjaciółki.

Dziewczyna skinęła głową lekko zaskoczona.

‒ O ile dobrze rozumiesz, co mam na myśli, mówiąc „przyjaciółka”.

‒ Nie jestem pewna, co chcesz powiedzieć ‒ blondynka uciekała od niej wzrokiem.

‒ Dobrze wiesz. Mieszkam w becie, pokój dwadzieścia trzy.

‒ Panie tam z końca chyba nie są zainteresowane wykładem ‒ profesor spojrzał na nie z wyrzutem. ‒ To może porozmawiacie sobie na zewnątrz?

Stała z szeroko rozstawionymi nogami ubrana jedynie w męską koszulę sięgającą jej do połowy ud.

‒ Na kolana.

‒ No, co ty! ‒ blondynka jak zwykle spłonęła rumieńcem.

‒ Obie wiemy, po co przyszłaś ‒ powiedziała Monika, podciągając koszulę. ‒ Szkoda tracić czas na jałowe pogawędki. Lepiej wykorzystaj język do czegoś innego. Tylko zrób to porządnie.

Dziewczyna zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Była wyraźnie oburzona. Chciała coś powiedzieć, ale Monika ją ubiegła.

‒ Żartowałam ‒ opuściła koszulę i zaśmiała się sztucznie. – Myślałam, że lubisz takie klimaty.

‒ Ładne majtki – skomentowała blondynka z równie wymuszonym uśmiechem – Nie dziwię się, że chciałaś mi je pokazać.

Usiadły na kanapie, obie sztywne i zakłopotane. Gospodyni zaproponowała kawę, a potem zaczęły rozmawiać o wykładach i wspólnych znajomych. Rozmowa się wyraźnie nie kleiła. Obie nie mogły zapomnieć o początku spotkania i każda z nich zbyt usilnie starała się udawać, że tego nie było, że te słowa nie padły.

‒ Lubisz seks? – spytała w pewnej chwili pierwszoroczniaczka, intensywnie patrząc w okno, jakby te słowa jej się wymknęły, wybrzmiewając wbrew jej woli. Sprawiała wrażenie, jakby chciała je cofnąć.

‒ A kto nie lubi?

‒ Ja nie lubię. To znaczy… nigdy tego nie robiłam z kobietą. Z facetami też właściwie nie.

‒ To skąd wiesz, że nie lubisz?

‒ Nie wiem. Możliwe, że… To znaczy… może mogłabym kiedyś spróbować z kobietą, ale musiałabym ją kochać. Nie lubię seksu bez uczuć.

‒ Zawsze są jakieś uczucia – Monika mówiła z nieumiejętnie skrywaną pogardą. Ta dziewuszka to kolejna, cholerna cnotka, jakich wiele już poznała. Kochać. Co za absurd! – Na przykład namiętność. To całkiem przyzwoite uczucie.

Monika myślała o tym, żeby włożyć jej palce w usta, które tamta posłusznie zaczęłaby ssać. A potem zdarłaby z niej tę białą bluzeczkę pensjonarki.

‒ Muszę już iść ‒ powiedziała blondynka, wstając.

Monika odprowadziła ją do drzwi. Z ulgą przekręciła klucz w zamku, gdy nowa znajoma wreszcie wyszła wśród nerwowych uśmieszków. Zabrała ze stolika jedną z filiżanek i poszła do drugiego pokoju. Wytarła wacikiem jej brzeg, a następnie starannie naniosła zawartość próbnika na szklaną płytkę. Włączyła skaner. Sekwencja DNA gładko popłynęła do serwera. Roześmiała się w głos, gdy na ekranie pokazał się napis: „Transfer complited. 100% matches”. Zapisała plik pod nazwą „suka36” i wyłączyła urządzenie.

Ina obudziła się w klatce. Było jej zimno. Rozejrzała się dookoła. Była w ciemnej piwnicy oświetlanej jedynie małą, zakurzoną żarówką dyndającą na kablu. Kamienne ściany, betonowa podłoga. Do ścian przytwierdzono stalowe kółka. Poza jej klatką w pomieszczeniu był jeszcze duży drewniany stół. Leżało na nim kilkanaście przedmiotów. Narzędzia tortur.

Drzwi zaskrzypiały metalicznie i wysoka długowłosa brunetka, w akompaniamencie stukotu butów na wysokim obcasie, weszła do środka. 

‒ Zeskanowałaś mnie! ‒ Ina wszystko zrozumiała, gdy tylko spojrzała w jej śmiejące się oczy. ‒ To niezgodne z prawem! Żądam...

Monika podeszła jeszcze bliżej i uderzyła. Jej pięść przeleciała pomiędzy prętami klatki i grzmotnęła Inę prosto w usta. Poczuła słodki, lepki smak własnej krwi. Twarz brunetki wciąż była pogodna, jakby tego uderzenia wcale nie było. Zrozumienie rozlało się po ciele Iny i zmieniło w bolesny skurcz żołądka.

‒ Rozbieraj się!

‒ Nie, proszę ‒ wyszeptała suchymi ustami. ‒ Nie...

Monika zawołała swoich niewolników. Po woskowych twarzach bez wyrazu od razu można było poznać, że to booty. Mężczyźni wyciągnęli ją z klatki, zdarli z niej ubranie, związali z tyłu ręce i zacisnęli pętlę na szyi. Koniec sznura przyczepili do jednego z metalowych kółek przytwierdzonych do ściany. Nie mogła się wyprostować ani uklęknąć. Dokładnie dobrana długość sznura powodowała, że Ina mogła jedynie stać pochylona z wypiętą pupą. Gdy booty skończyły swoją pracę, Monika podeszła do dziewczyny od tyłu i wbiła w nią dwa palce.

‒ Posłuchaj, suko ‒ odezwała się, nie przestając boleśnie poruszać palcami. ‒ Nazywasz się Suka36. Jesteś moją własnością. Będę cię katować do momentu aż zrozumiesz, że jedyne czego pragniesz, to spełniać moje polecenia. Mogę cię zabić, jeśli będziesz mało pojętna, a potem cię ożywię. Zwykle zabijam swoje suki, co najmniej raz. Wtedy są posłuszniejsze.

‒ Dlaczego? ‒ Ina była bliska krzyku, ale jej głos zabrzmiał nienaturalnie cicho. ‒ Dlaczego mi to robisz?

‒ Bo lubię! ‒ Brunetka zaśmiała się pogardliwie.

‒ Nie tylko. Z pewnością sprzedajesz niewolnice z prawdziwym DNA. Słyszałam, że nieźle się na tym zarabia. Jest wielu chętnych na uległą kobietę. Booty wyglądają jak manekiny, nie są podniecające. O to chodzi, prawda? Ja mam pieniądze. Zapłacę ci, żebyś oddała mnie tej drugiej JA. Żebyś oddała mnie Inie z drugiego świata.

Chciała powiedzieć: „realnego świata”, ale te słowa nie przeszły jej przez gardło. 

‒ Ty nie masz nic. Ona może ma pieniądze, ale ich nie wyda na ciebie. Prędzej poleci na policję z donosem. Ty nie masz nic... poza tym.

Brunetka gwałtownie wyjęła z niej palce i trzasnęła ją otwartą dłonią w tyłek z całej siły. Ina poczuła jak piekący ból rozlewa się po jej ciele.

‒ To jest twój jedyny kapitał i możliwe, że cię sprzedam, tak jak poprzednie suki ‒ nachyliła się i szepnęła jej prosto w ucho. ‒ Ale najpierw czeka cię wiele długich, upokarzających i bolesnych chwil sam na sam ze mną i z tymi wszystkimi zabawkami, które leżą na stole.

Ina zaczęła płakać.

Ina zaczęła się śmiać, stojąc przed salą wykładową. Ten rudy chłopak, jak zwykle, opowiadał świetne kawały. Naprawdę świetne!

JAROWIT

Mały Jarowit był dumny, choć ramię strasznie go szczypało. Krzątająca się przy chacie matka już go dostrzegła i wpatrywała się w niego swoimi niebieskimi oczami. Jego mama była najpiękniejszą i najmądrzejszą mamą na świecie.

‒ Jaruś! ‒ zawołała. ‒ Co ci się stało, dziecko?

Najwyraźniej zauważyła skaleczenie i plamy krwi na białej koszuli.

‒ Jestem ranny ‒ powiedział. ‒ Pewnie zostanie blizna.

Sławka uklękła przy nim i przyjrzała się podłużnej rysie na jego ramieniu.

‒ Na szczęście to płytkie skaleczenie.

‒ Nie będzie blizny? ‒ w głosie Jarowita młodszego słychać było rozpacz.

‒ Chciałeś mieć blizny, tak jak tata? ‒ domyśliła się matka.

Jarowit się rozpłakał.

‒ Nie płacz, synku ‒ Dobrusia ponownie przyjrzała się małej czerwonej kresce na jego rączce. ‒ Może jednak będzie z tego całkiem spora blizna. 

‒ Głupek! ‒ rzuciła jego siostra, gdy pojawiła się obok nich razem z Łatką.

Jarowit spojrzał na nią wyniośle, wydymając wargi. Co ona tam wie? To w końcu tylko durna baba. Takie nie są w stanie zrozumieć męskich problemów, tych wszystkich ran i w ogóle.

‒ Przestań! ‒ fuknął na Łatkę, która zaczęła zlizywać mu łzy z policzków swoim szorstkim językiem.

‒ Chodź do chaty, ty mój wojowniku ‒ uśmiechnęła się matka. ‒ Przemyję ci tę twoją ranę.

‒ Będę miał bliznę! ‒ krzyknął do siostry triumfalnie i pokazał jej język.

Matka przypomniała sobie starszego Jarowita, gdy wrócił po bitwie z Germanami i uśmiech zgasł na jej ustach. Przez rany na bokach widać było żebra, a noga zaczynała już gnić. Chyba tylko bogowie i jej upór uchroniły go od śmierci lub kalectwa. Ledwie się wylizał. Wypłakała wtedy wiadro łez. Na szczęście jej męża niełatwo zabić. Rany się na nim goją jak na psie.

‒ Część, piękna! ‒ Jarowit starszy pojawił się nagle za jej plecami i złapał ją wpół zanim zdążyła wejść do chaty w ślad za dziećmi. Uniósł ją nad ziemię i całował w kark.

‒ Przestań! ‒ fuknęła na niego, jak jej syn na waderę chwilę wcześniej, chociaż oczy jej się śmiały. ‒ Co ludzie powiedzą?

‒ A niech gadają co chcą!

‒ Jaruś! ‒ jęknęła. ‒ Uspokój się wreszcie! Sąsiad patrzy...

‒ Kocham swoją piękną żonę! ‒ krzyknął do Uniegosta, ciągle nie wypuszczając jej z objęć.

‒ Nie dziwię się! ‒ odkrzyknął sąsiad i pomachał obojgu.

Krew Amazonek odezwała się w niej w końcu i zadziwiająco zwinnie wyrwała się z objęć męża. Pocałowała go z uśmiechem, patrząc na jego zdziwioną minę i znikła w drzwiach chaty. Miał zamiar ruszyć za nią, ale wtedy zobaczył Krzesimira zmierzającego w kierunku ich domu. Wyraz twarzy sąsiada go zmroził.

‒ Sławomira zniknęła – wysapał Krzesimir, gdy wreszcie dotarł do celu. – Porwali Niunię!

***

Erdegard szedł po zabłoconych uliczkach Pułtuska, starając się szczelnie owinąć płaszczem dla ochrony przed zacinającym deszczem. Z oddali dochodził jakiś dźwięk: dzwonienie metalu o metal, pewnie z otwartych drzwi kuźni. Szczekały psy, słyszał kołowroty pobliskiej studni i czyjeś pomstowanie. A wszystkie te dźwięki przykrywał poszum deszczu. I chlupanie błota pod nogami. Przybył do tego zapomnianego przez Boga miejsca jako poseł Cesarstwa Rzymskiego. Jego zadaniem była próba podburzenia starosty pułtuskiego przeciwko księciu Ostrogniewowi i przeciągnięcia go na stronę Cesarstwa. Rozmowy szły opornie. Starosta był co prawda żądny władzy, ale zbyt bał się księcia, żeby wystąpić przeciwko niemu. Wszystko wskazywało na to, że misja zakończy się kompletnym fiaskiem, jednak poseł niezbyt się tym przejmował. Erdegard miał też i inne zadanie… 

Nienawidził tej ziemi. Tylko błoto, bagna i wiatr. Nic dziwnego, że ci poganie mają kilku bogów odpowiedzianych wyłącznie za wiatr: Strzyboga, Pogwizda i Pośwista. Zastanawiał się właśnie, czy mają też boga odpowiedzialnego za deszcz, gdy z czymś się zderzył. Niewysoka, zakapturzona postać przytrzymała go za połę płaszcza.

‒ Już są.

Głos tej kreatury ledwie przebijał się przez szum deszczu, jakby sam dźwięk w nim tonął. Erdegard przystanął.

‒ Ile złapali?

‒ Dużo, bardzo dużo. Tyle, co palców u dwóch rąk.

Germański wojownik uśmiechnął się szeroko. W końcu. Jego ludzie siedzieli w lesie już od tygodnia, podczas gdy łowcy zza Buga kręcili się po okolicy, szukając celu. A więc w końcu się udało! Pojmano dziesięć słowiańskich kobiet, które zostaną podarowane kalifowi. Wtedy on dotrzyma obietnicy i przyłączy się do wojny. Wojny, która niedługo zostanie rozniecona, żeby ostatecznie pochłonąć Lechię.

‒ Pośpieszcie się, panie – wymamrotała zakapturzona postać. – Kmiecie będą ich szukać. Wieści niedługo dotrą i tutaj, a wtedy starosta wyśle tropicieli. A oni są stąd, znają te lasy.

‒ Mam dobrego przewodnika, dam sobie radę.

‒ Może i tak, ale pośpiesz się, panie.

Erdegard się zirytował. Jak ktoś taki jak ten tutaj śmie pouczać kogoś takiego jak on. Spróbował go odepchnąć, żeby ruszyć dalej, ale przybysz okazał się zadziwiająco krzepki, jakby był wrośnięty w ziemię. Spojrzał bezczelnie spod kaptura, wyciągając otwartą dłoń w jednoznacznym geście. Wojownik odliczył kilka monet i z obrzydzeniem wręczył je mężczyźnie. Tamten kiwnął głową i szybko się oddalił, jakby rozpływając w deszczu.

***

Sławomira drżała z zimna przywiązana do drzewa wraz z innymi kobietami. Ciągle padało. Wtedy, gdy je porwali i gdy płynęli łodziami w dół rzeki. Padało też, gdy porywacze zostawili łodzie i przedzierali się przez puszczę ze swoją zdobyczą. Kobiety pokrwawiły sobie twarze gałązkami. Ręce miały związane z tyłu, więc nie mogły się przed nimi osłaniać. Niektóre płakały, inne złorzeczyły, a ci ludzie i tak mieli to gdzieś. Śmiali się tylko. Czasem podchodzili, żeby je obmacać, całować swoimi śmierdzącymi pyskami, wkładać języki w ich usta. Robili to zarówno słowiańscy wojownicy jak i Rzymianie, chociaż ich wódz nie patrzył na to przychylnie.

‒ Weźmiem jedną, hospodyn – prosił Bondar, gdy jego ludzie, w akompaniamencie przekleństw, próbowali rozpalić ognisko przed wieczornym odpoczynkiem. – Chłopy już dawno w piczce nie umoczyli. Nerwowe są, zapanować nad nimi trudno.

‒ Po to jesteś ich przywódcą, żeby nad nimi panować – warknął Erdegard.

‒ Twoi Germańce też w potrzebie. Nie tolko moi ludzie tego chcą.

‒ Gówno mnie obchodzi czego chcą! Zmarnują dziewczynę i tyle. A ja kalifowi dziewice chcę przywieźć, nie ladacznice. Pociupciacie sobie w domu, z żonami.

‒ Jak wrócim. 

‒ Jak wrócicie – zgodził się.

‒ A jak nie wrócim?

‒ To nie pociupciacie.

Bondar sięgnął za pasek, do toporka. Dowódca położył dłoń na rękojeści miecza. Stali naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. W końcu najemnik skapitulował i wzruszył ramionami.

‒ Wrócim do tej rozmowy, hospodyn – jego głos zabrzmiał jak pogróżka. – Bystriej niż ty dumajesz.

Bondar kopnął jednego ze swoich bojarów, pozostałych zrugał, że nie potrafią rozpalić ogniska i ruszył w kierunku branek. Na celownik wziął Niunię. Podszedł do niej z szerokim uśmiechem. Uśmiechał się, ale jego oczy pozostały zimne jak dwa kawałki lodu. Splunął w dłonie, potarł je o siebie, a potem złapał ją za włosy. Czuła mdły zapach jego śliny, gdy drugą dłonią wodził po jej twarzy. Grubymi palcami rozchylił usta dziewczyny i dokładnie obejrzał jej białe zęby.

‒ Budiesz ty moja, suka – warknął. – Już ja ciebie dam coś w te usteczka, krasawica. Uwidzisz ty…

‒ Bondar!

Najemnik puścił dziewczynę i niechętnie spojrzał na Erdegarda.

‒ Zajmij się czymś pożytecznym.

‒ Pticzki swoje doglądam.

‒ Ognia doglądaj, bo ogrzać się trzeba na postoju – rzucił ostro Germanin. – Inaczej w nocy zmarzniemy na kość.

Za plecami posła pojawiła się wiedźma, którą Żmudzini ze sobą przywiedli. Traktowali ją jak wyrocznię. Wierzyli, że kobieta potrafi nawiązać kontakt z leśnymi duchami, zatrzeć ślady na ścieżkach, żeby pościg ich nie znalazł, a nawet rzucić klątwę na wrogów. Ona dawała im przewagę, której potrzebowali, w którą wierzyli Słowianie. 

‒ Daj im jedną piczkę, panie – odezwała się starucha. – Niech sobie ulżą. Spokojniejsze będą.

Dobrze mówiła po lechicku. Nie kaleczyła języka jak najemnicy ze Żmudzi. Musiała pochodzić z tych stron.

‒ Niech sobie ulżą ręką – powiedział, nawet na nią nie patrząc. Sam fakt, że rozmawiał z pogańską wiedźmą był wystarczającą ujmą na honorze. Nie zamierzał dodatkowo zaszczycać jej swoją uwagą. – A ty zajmij się swoimi gusłami, dostojników nie pouczaj.

Deszcz ustał późnym wieczorem. Odziani w skóry wojownicy parowali tak intensywnie, jakby ich kto gotował w garnku. Wiedźma mamrotała coś, klęcząc przy ogniu, kiwała się, podrzucała patyki, a potem przyglądała się jaką figurę utworzyły na mokrej ziemi. W końcu pokręciła głową i szepnęła coś do ucha Bondarowi. Ten zerwał się na równe nogi i rozejrzał dookoła. Wyglądał na przestraszonego. 

‒ Połóż się spać, człowieku – Erdegard odezwał się, nie odchylając nawet sukmany, którą był przykryty. – O świtaniu ruszamy dalej.

Żmudzin przyklęknął przy cesarskim wysłanniku, wciąż rozglądając się niespokojnie.

‒ Wiedźma mówi, że ktoś za nami idzie.

‒ Toż mi nowina! Wiadomo, że kmiecie ruszyli w pościg. Jednak małe są szansę, żeby nas dopadli. Mamy sporą przewagę, za trzy staje będziemy już u źródeł Dniestru. Tam na nas czekają ludzie kalifa i szybkie łodzie. Nic nam nie będzie, o ile utrzymamy tempo marszu.

‒ Ty nic nie rozumiesz, hospodyn. Ten, który za nami idzie to nie człowiek. On z bogów pochodzi, nie z ludzi. Prowadzi go sześć wilków i one już chwyciły trop, już idą naszym śladem. Nie uciekniem, hospodyn. Jeśli ona się nie myli…

‒ Zwykłe bajania staruchy. Za trzy staje będziemy u celu. I tam twoja rola się skończy, wrócisz do domu.

‒ Jeśli ona się nie myli, to nie wrócim, hospodyn.