Niebo nie przyjmuje pasażerów - Dominika Hajs - ebook
NOWOŚĆ

Niebo nie przyjmuje pasażerów ebook

Dominika Hajs

0,0

46 osób interesuje się tą książką

Opis

Tony ma siedemnaście lat i wydarzenie za sobą, które zmieniło całe jego życie. Rok temu był zwykłym licealistą. Dziś budzi się ze świadomością, że odebrał innemu człowiekowi życie.

W małym miasteczku pamięć o tragedii nie gaśnie. Relacje się rozpadają, rodzina oddala, a każdy krok naprzód kończy się upadkiem. Tony coraz głębiej zamyka się w świecie, w którym rządzi ból.

Jest tylko Charlotte – przyjaciółka, która towarzyszyła mu tamtego dnia i zna całą prawdę. Jedyna, która przy nim została i wspiera na każdym kroku.

Świat wydał już na niego wyrok. Tony musi zdecydować, czy dalej chce być tylko pasażerem we własnym życiu, czy zacznie nim kierować. Tylko czy w ogóle ma jeszcze jakieś szanse na przyszłość? I czy Charlotte faktycznie mu pomaga, a nie ciągnie w dół?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 347

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Cie­bie, bo cho­ciaż już Cię nie wi­dzę, to wiem, że ze mną je­steś.

Mam na­dzie­ję, że Two­ja du­sza o mnie pa­mi­ęta.

I dla Cie­bie, bo wy­ci­ągnęłaś mnie z tej ciem­no­ści.

Je­śli kie­dyś znaj­dziesz się na moim miej­scu, chwy­cę Twą dłoń i przej­dzie­my przez to ra­zem.

Ostrzeżenie

Za­nim po­dej­miesz się lek­tu­ry, mu­sisz zro­zu­mieć kil­ka naj­wa­żniej­szych dla mnie kwe­stii:

Opi­sa­ne wy­da­rze­nia ba­zu­ją na mo­ich

spo­strze­że­niach

oraz

do­świad­cze­niach

. Je­śli szu­kasz de­fi­ni­cji z pod­ręcz­ni­ka Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia dla de­pre­sji, traum ogól­nie, za­bu­rzeń odży­wia­nia i za­bu­rzeń psy­cho­tycz­nych, to tu­taj tego nie znaj­dziesz. Po­ka­zu­ję „praw­dzi­wą twarz” wy­żej wy­mie­nio­nych, wie­dząc, w jaki spo­sób do­tknęły mnie oraz

zna­ne mi oso­by

.

Po­ru­szam wa­żne te­ma­ty, a sam na­strój ksi­ążki jest moc­no me­lan­cho­lij­ny i smut­ny. Mo­żesz się na­tknąć na wąt­ki do­ty­czące sa­mo­bój­stwa.

Ten pro­blem do­ty­ka wszyst­kich – nie tyl­ko oso­by na­sto­let­nie, lecz ta­kże do­ro­słych.

Ta hi­sto­ria po­ru­sza nie tyle wa­żne, co trud­ne kwe­stie. Choć sta­ra­łam się po­ka­zać praw­dę z sza­cun­kiem i em­pa­tią, zda­ję so­bie spra­wę, że nie­któ­re sce­ny/prze­my­śle­nia mo­je­go głów­ne­go bo­ha­te­ra mogą być ci­ężkie dla wra­żli­wych osób. Si­ęgnij po tę po­zy­cję,

tyl­ko

je­śli je­steś pew­ny(-a), że dasz radę. Do ni­cze­go się nie zmu­szaj. Two­je zdro­wie i ży­cie są naj­wa­żniej­sze.

Zde­cy­do­wa­łeś(-aś) się iść da­lej?

Świet­nie!

To te­raz grzecz­nie przy­go­tuj chu­s­tecz­ki. Ja pła­ka­łam pod­czas pi­sa­nia tej hi­sto­rii. My­ślę, że znaj­dą się lu­dzie, któ­rzy ta­kże ją zro­zu­mie­ją.

Ca­ło­do­bo­we te­le­fo­ny za­ufa­nia dla dzie­ci i mło­dzie­ży to: 116 111 (Fun­da­cja Da­je­my Dzie­ciom Siłę) i 800 12 12 12 (Dzie­ci­ęcy Te­le­fon Za­ufa­nia Rzecz­ni­ka Praw Dziec­ka).

Oba są bez­płat­ne i ano­ni­mo­we, a kon­sul­tan­ci udzie­la­ją wspar­cia psy­cho­lo­gicz­ne­go oraz in­for­ma­cji.

Ca­ło­do­bo­we nu­me­ry, pod któ­ry­mi wspar­cie mogą uzy­skać oso­by do­ro­słe to: 116 123 (Ogól­no­pol­ska Po­rad­nia Te­le­fo­nicz­na dla Osób Prze­ży­wa­jących Kry­zys Emo­cjo­nal­ny) oraz 800 70 2222 (Cen­trum Wspar­cia dla Osób Do­ro­słych w Kry­zy­sie Psy­chicz­nym).

Po­łącze­nia są bez­płat­ne!

Za­pra­szam do lek­tu­ry. Prze­żyj­my to ra­zem.

Prolog

Tony

21.03.2022

Świa­tła re­flek­to­rów oświe­tla­ły dro­gę.

Mu­zy­ka gra­ła gło­śno, ru­sza­li­śmy gło­wa­mi w jej rytm. Char­lot­te śpie­wa­ła na miej­scu pa­sa­że­ra, wy­ma­chu­jąc ręka­mi. Ja swo­je trzy­ma­łem moc­no za­ci­śni­ęte na kie­row­ni­cy.

Uwa­żnie słu­cha­łem gło­su przy­ja­ció­łki. Pi­ęk­nie śpie­wa­ła i za ka­żdym ra­zem, kie­dy się nió­sł, nie umia­łem opa­no­wać sze­ro­kie­go uśmie­chu.

They call us bro­ken, but we laugh at that,

We li­ght the fire and we don’t look back,

And we live the best life,

Yeah, we’re al­ri­ght tho­ugh!*

Po tych sło­wach ro­ze­śmia­ła się do­no­śnie. Opa­rła tył gło­wy o za­głó­wek i wes­tchnęła, jed­no­cze­śnie przy­ci­sza­jąc ra­dio.

– Dzi­ęku­ję, Tony. Za­bra­nie mnie na kon­cert było naj­lep­szym pre­zen­tem uro­dzi­no­wym, jaki mo­głeś mi po­da­ro­wać.

Zer­k­nąłem na nią kątem oka. Blond wło­sy po­tar­gał wiatr, ale czar­na ko­kard­ka sku­tecz­nie pod­trzy­my­wa­ła część ko­smy­ków w gó­rze. W tym wy­da­niu wy­gląda­ła cho­ler­nie uro­czo.

Spoj­rza­ła na mnie wy­cze­ku­jąco. Wzru­szy­łem non­sza­lanc­ko ra­mio­na­mi i po­wró­ci­łem wzro­kiem na dro­gę. Wo­kół nas za­czął roz­ta­czać się gęsty las. Mi­nęli­śmy ostat­nią la­tar­nię. Wje­cha­li­śmy w ciem­no­ść.

– Znam cię na wy­lot, Char. Wie­dzia­łem, że za­wsze chcia­łaś usły­szeć tę ka­pe­lę na żywo. – Nie do­da­łem, że moje uszy krwa­wi­ły, bo nie­na­wi­dzi­łem tego ro­dza­ju mu­zy­ki.

Dla niej jed­nak go­dzi­łem się prze­trwać naj­wi­ęk­sze ka­tu­sze.

Za­pa­dła mi­ędzy nami ci­sza. Ni­g­dy nie wy­da­wa­ła się tak ci­ężka, jak tego dnia. Char­lot­te nie ode­zwa­ła się ani sło­wem, ale czu­łem, że bacz­nie mnie ob­ser­wo­wa­ła. Na moje po­licz­ki wstąpił go­rący ru­mie­niec. Nie zdo­ła­łem się po­wstrzy­mać i znów od­wró­ci­łem gło­wę w jej stro­nę.

– Wiesz, ja… – Opu­ści­ła wzrok na swo­je pal­ce. Ner­wo­wo się nimi ba­wi­ła. – My­ślę, że cię ko­cham.

Mi­ęśnie zwiot­cza­ły, prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę. Tyle razy chcia­łem wy­znać przy­ja­ció­łce swo­je uczu­cia, a kie­dy w ko­ńcu mia­łem oka­zję, żeby po­wie­dzieć „Ja cie­bie też”, nie po­tra­fi­łem wy­du­sić z sie­bie żad­ne­go sen­sow­ne­go zda­nia.

– Char… – za­cząłem, ale mi prze­rwa­ła.

– Tony! – wy­krzy­cza­ła prze­ra­żo­na. – Uwa­żaj!

Na­tych­miast prze­nio­słem uwa­gę na uli­cę. Wszyst­ko wy­da­rzy­ło się w ułam­ku se­kun­dy.

W świe­tle re­flek­to­rów po­ja­wi­ła się ko­bie­ta. Do­strze­głem jej wy­stra­szo­ny wy­raz twa­rzy. Wci­snąłem ha­mu­lec, ale auto nie za­trzy­ma­ło się tak szyb­ko, jak bym chciał. Ude­rze­nie szarp­nęło moim cia­łem.

Ostat­nim, co za­pa­mi­ęta­łem, były ja­sne wło­sy, całe we krwi.

I już wie­dzia­łem, że ko­goś za­bi­łem.

Rozdział 1

Tony

21.03.2023

Tego dnia przy­pa­da­ła rocz­ni­ca fe­ral­ne­go wy­pad­ku.

Le­ża­łem w łó­żku i nie chcia­łem otwo­rzyć oczu. Cho­le­ra, na­wet nie pró­bo­wa­łem tego zro­bić. Na siłę za­ci­ska­łem po­wie­ki ze świa­do­mo­ścią, że do­kład­nie trzy­sta sze­śćdzie­si­ąt pięć dni temu ode­bra­łem ży­cie nie­win­nej ko­bie­cie. Mia­ła za­le­d­wie dwa­dzie­ścia pięć lat, a ja uni­ce­stwi­łem jej szan­se na za­ło­że­nie ro­dzi­ny. Na za­zna­nie praw­dzi­wej mi­ło­ści. Na ka­rie­rę. Na sta­ro­ść.

Emi­ly Wat­son.

Po­wta­rza­no mi, że to nie moja wina. We­szła na dro­gę przy­pad­kiem, nie wi­dzia­ła nad­je­żdża­jące­go auta. Wra­ca­ła z im­pre­zy. Nie no­si­ła od­bla­sków. Była pod wpły­wem al­ko­ho­lu.

Żad­ne sło­wa nie zdo­ła­ły jed­nak uci­szyć wy­rzu­tów su­mie­nia, któ­re sta­le mnie za­dręcza­ły.

Praw­da była taka, że my­śla­łem o niej ka­żde­go dnia. O świ­cie, o zmro­ku i po­mi­ędzy tymi dwo­ma po­ra­mi. Ka­żdą se­kun­dę wła­snej eg­zy­sten­cji po­świ­ęca­łem na roz­pa­mi­ęty­wa­nie błędu, ja­kim oka­za­ło się za­bra­nie Char­lot­te na ten cho­ler­ny kon­cert.

Naj­gor­sze, że tam­te­go dnia nie za­bi­łem tyl­ko Emi­ly.

Za­bi­łem ko­goś jesz­cze.

Sie­bie.

Usły­sza­łem sze­lest po­ście­li. Uchy­li­łem jed­no oko za­cie­ka­wio­ny, kto za­kłó­cił ci­szę. Nie pla­no­wa­łem wy­jść z łó­żka ani pó­jść do szko­ły. Ostat­nia kla­sa li­ceum, a ja czu­łem się jak naj­wi­ęk­szy wy­rzu­tek spo­łe­cze­ństwa. Do tej pory wy­ty­ka­li mnie pal­ca­mi, ob­ga­dy­wa­li za ple­ca­mi.

Nie­na­wi­dzi­łem Le­xing­ton High. I ka­żde­go ucznia tego za­sra­ne­go li­ceum.

Char sie­dzia­ła po dru­giej stro­nie łó­żka. Jed­ną ręką pod­pie­ra­ła się o ma­te­rac, a dru­gą po­pra­wia­ła czar­ną ko­kar­dę we wło­sach – jej znak roz­po­znaw­czy. Kre­mo­wy swe­te­rek wy­glądał na nie­świe­ży. Nic dziw­ne­go. Ta data wy­ry­ła się ta­kże w jej pa­mi­ęci.

Tam­te­go dnia wy­zna­ła, że mnie ko­cha. Mia­łem za­miar od­po­wie­dzieć tym sa­mym. Nie zdąży­łem, a po­tem było już za pó­źno. Wy­pa­dek zmie­nił nas obo­je i cho­ciaż przy­ja­źń prze­trwa­ła, za­bra­kło miej­sca na mi­ło­ść. Zo­sta­ła stłu­mio­na gdzieś po­mi­ędzy ża­lem a zgorzk­nie­niem.

Cie­nie pod brązo­wy­mi ocza­mi dziew­czy­ny oraz jej bla­da cera sta­no­wi­ły wy­star­cza­jące po­twier­dze­nie tych dwóch emo­cji.

– Na­wet nie pró­buj mnie na­ma­wiać na opusz­cze­nie po­ko­ju – burk­nąłem, po czym po­now­nie przy­mknąłem po­wie­ki.

Wsłu­chi­wa­łem się w rytm ze­ga­ra wi­szące­go nad drzwia­mi. Był iry­tu­jąco gło­śny. Do­bry, żeby za­głu­szyć nie­chcia­ne my­śli.

– Nie po to przy­szłam. – Miej­sce na dło­ni, w któ­rym na­sze skó­ry wcho­dzi­ły w kon­takt, przy­jem­nie mro­wi­ło. – Sama od­wie­dzi­łam Emi­ly. Ty… nie je­steś jesz­cze go­to­wy.

– Ni­g­dy nie będę na to go­to­wy. – Otwo­rzy­łem oczy tyl­ko po to, żeby zo­ba­czyć za­wód na twa­rzy przy­ja­ció­łki. Wes­tchnąłem ci­ężko. – Prze­pra­szam. Nie po­wi­nie­nem wy­ła­do­wy­wać na to­bie fru­stra­cji.

Uśmiech­nęła się smut­no.

– To nic. Sie­dzi­my w tym ra­zem. Po­mo­gę ci – oznaj­mi­ła spo­koj­nie, nie­zra­żo­na moim wy­bu­chem.

– Jak? – Łzy przy­sło­ni­ły wi­dok. – Mi­nął rok, a ja da­lej nie po­tra­fię o tym roz­ma­wiać. Wspo­mnie­nia mnie do­bi­ja­ją. Nie umiem ru­szyć z miej­sca.

Mu­snęła opusz­ka­mi pal­ców mój po­li­czek. Były zim­ne, ale nie zdzi­wi­ło mnie to. Char­lot­te za­wsze mia­ła ni­ską tem­pe­ra­tu­rę cia­ła, co cza­sem dzia­ła­ło zba­wien­nie.

– Mi­nął do­pie­ro rok, Tony – pod­kre­śli­ła. – Może mi­nąć i dzie­si­ęć lat, ale w ko­ńcu po­czu­jesz się le­piej i zdasz so­bie spra­wę, że to ja…

– Nie. Ni­g­dy bym tego na cie­bie nie zrzu­cił. To ja pro­wa­dzi­łem. Ja za­bi­łem Emi­ly. Nie ty. Ni­g­dy ty.

– W po­rząd­ku. Kie­dyś zro­zu­miesz. – Z ja­kie­goś po­wo­du od­no­si­łem wra­że­nie, że te sło­wa skie­ro­wa­ła bar­dziej do sie­bie niż do mnie. – Więc… chcesz spędzić cały dzień w łó­żku? Nie le­piej sta­wić temu czo­ła?

– Mia­łaś mnie nie na­ma­wiać.

Char unio­sła dło­nie w obron­nym ge­ście.

– Chcia­ła­bym, że­byś żył nor­mal­nie.

Par­sk­nąłem pod no­sem i usia­dłem na ma­te­ra­cu. Na­sze oczy znaj­do­wa­ły się na tej sa­mej wy­so­ko­ści. Boże, tak bar­dzo ją ko­cha­łem. Nie­ste­ty, nic już nie mo­głem z tym zro­bić. Ta szan­sa bez­po­wrot­nie mi­nęła.

– Tak jak ty? – Szept wy­brzmiał mi­ędzy nami zbyt gło­śno. – Po­wi­nie­nem wsta­wać ka­żde­go ran­ka, uśmie­chać się i uda­wać, że nic się nie sta­ło? Bo to wła­śnie ro­bisz. Ucie­kasz od pro­ble­mu. Może nie je­steś win­na temu, że Emi­ly nie żyje, ale by­łaś tam ze mną. Nie ru­sza cię jej śmie­rć?

Kąci­ki jej ust opa­dły.

– Nie masz po­jęcia, co czu­ję – od­pa­rła ostro­żnie. – Mnie ta­kże nie jest ła­two.

Za­pa­dła ci­sza. Za­wi­sły w niej nie­wy­po­wie­dzia­ne sło­wa.

Jak mo­głem choć przez chwi­lę po­my­śleć, że wy­pa­dek nie od­bił się na Char­lot­te? Prze­cież do­sko­na­le wi­dzia­łem to w jej spoj­rze­niu. Ten nie­wy­obra­żal­ny ból, któ­ry dzie­li­li­śmy mi­ędzy sobą. Co­dzien­nie za­pew­nia­ła mnie, że nie tkwi­łem w tym sam. Mimo to ci­ągle by­łem sa­mot­ny. Ani sło­wa przy­ja­ció­łki, ani żad­ne ge­sty nie były w sta­nie spra­wić, że­bym po­czuł się le­piej.

Bar­ki na­gle opa­dły pod ci­ęża­rem winy, jak­by Bóg po­ło­żył na nich dwa wor­ki pe­łne grze­chów i ka­zał się z nimi roz­pra­wić. Zro­bić ra­chu­nek su­mie­nia.

– Je­śli nie chcesz dziś iść do szko­ły, to nie idź. – Ton jej gło­su nie­mal ła­mał mi ser­ce. – Przyj­dę ju­tro, może będziesz w lep­szym na­stro­ju na roz­mo­wę. Ale już naj­wy­ższy czas, żeby zmie­rzyć się z de­mo­na­mi prze­szło­ści.

Mia­ła ra­cję. Ni­g­dy jed­nak nie przy­zna­łbym tego na głos. Po pro­stu za­mknąłem oczy i z po­wro­tem rzu­ci­łem się na łó­żko. By­łem tak zmęczo­ny przez kosz­ma­ry dręczące mnie no­ca­mi, że od­le­cia­łem w ułam­ku se­kun­dy. Nie wie­dzia­łem, kie­dy przy­ja­ció­łka opu­ści­ła mój po­kój.

Kie­dy po­now­nie się obu­dzi­łem, sło­ńce po­wo­li zmie­rza­ło na za­chód, go­to­we do skry­cia się za li­nią ho­ry­zon­tu. Za­zdro­ści­łem mu, że mo­gło cho­ciaż na kil­ka­na­ście go­dzin scho­wać się przed lu­dźmi.

– Tony, skar­bie?! Je­steś w domu?!

Krzyk mat­ki przeda­rł się przez za­mglo­ny umy­sł. Po­brzmie­wa­ła w nim nuta zmar­twie­nia. Od­chrząk­nąłem i le­d­wo zdąży­łem usi­ąść na łó­żku, gdy wpa­ro­wa­ła do mo­je­go azy­lu.

Da­ria Pal­mer na­le­ża­ła do pi­ęk­nych ko­biet. Dłu­gie, czar­ne loki oka­la­ły smu­kłą twarz, a błękit­ne oczy za­wsze wy­da­wa­ły się czuj­ne. Nie­uchron­nie do­bi­ja­ła pi­ęćdzie­si­ąt­ki, ale nada­rem­nie było szu­kać na jej skó­rze oznak sta­rze­nia. Przy­naj­mniej jesz­cze rok temu. Dziś do­strze­ga­łem nie­wiel­kie zmarszcz­ki na jej czo­le i zda­wa­łem so­bie spra­wę, że po­ja­wi­ły się przez stres, któ­ry, przy­spo­rzy­łem swo­im wy­bry­kiem.

Wy­krzy­wi­ła usta w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia. Po­ci­ągnęła no­sem, a na­stęp­nie po­de­szła do okna i lek­ko je uchy­li­ła. Od­wró­ci­ła się w moją stro­nę, skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­si. Ci­ężar cia­ła prze­nio­sła na jed­ną nogę.

– Za­ki­sisz się tu­taj. Wy­sze­dłeś cho­ciaż na mi­nu­tę z po­ko­ju? – za­py­ta­ła z wy­rzu­tem.

Pod­nio­słem z podło­gi wy­mi­ętą, sza­rą blu­zę. No­si­łem ją też wczo­raj, ale nie prze­szka­dza­ło mi to. Nie te­raz. Wsu­nąłem ubra­nie na nagi tors i wsta­łem z łó­żka.

– Daj mi spo­kój.

Zmarsz­czy­ła brwi. Uwa­żnie ska­no­wa­ła roz­bie­ga­nym wzro­kiem moją twarz, aż w ko­ńcu coś jej za­świ­ta­ło. Wy­ra­źnie do­strze­głem mo­ment, w któ­rym zro­zu­mia­ła.

– To dziś… – szep­nęła ze łza­mi w oczach.

W od­po­wie­dzi zdo­ła­łem je­dy­nie kiw­nąć gło­wą. Gar­dło bo­le­śnie za­ci­snęło się pod wpły­wem ci­ężkich emo­cji.

– Za­wie­źć cię na cmen­tarz?

– Nie. Char­lot­te już tam była.

– Tony…

– Prze­stań – prze­rwa­łem jej szorst­ko. – Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

Mama wes­tchnęła ci­ężko.

– A zej­dziesz cho­ciaż na ko­la­cję?

Na myśl o je­dze­niu żo­łądek za­ci­snął się w cia­sny su­peł. Nie było opcji, że­bym coś w sie­bie wci­snął. Ma­rzy­łem tyl­ko o tym, żeby po­now­nie za­snąć.

– Kie­dy oj­ciec wra­ca z de­le­ga­cji? – Spraw­nie zmie­ni­łem te­mat.

Po­sła­ła mi gniew­ne, kar­cące spoj­rze­nie, ale nie po­wró­ci­ła już do kwe­stii po­si­łku. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że się o mnie mar­twi­ła i po­wo­li mia­ła dość mo­jej ma­łej de­pre­sji. Po wy­pad­ku za­mknąłem się w so­bie, od­su­nąłem od wszyst­kich zna­jo­mych. Zo­sta­ła mi tyl­ko Char­lot­te Mar­chland – ró­wie­śnicz­ka, na­sto­lat­ka fran­cu­skie­go po­cho­dze­nia.

I tyl­ko ona trzy­ma­ła mnie przy zdro­wych zmy­słach.

– Ju­tro. Może wy­bie­rze­cie się ra­zem na ryby? – za­gad­nęła ostro­żnie. Nie pa­trzy­ła mi przy tym w oczy. Ru­szy­ła i za­częła zbie­rać z zie­mi brud­ne skar­pet­ki. Spo­dzie­wa­ła się, że od­mó­wię. – Na week­end za­po­wia­da­ją pi­ęk­ną po­go­dę. Może dwa dni na ło­nie na­tu­ry, z dala od mia­sta i Char­lot­te, do­brze ci zro­bią.

Mama nie­gdyś ko­cha­ła moją przy­ja­ció­łkę. Da­łbym so­bie rękę uci­ąć, że pierw­sza do­strze­gła uczu­cie, ja­kim się da­rzy­li­śmy, i z ca­łych sił nam ki­bi­co­wa­ła. Przy­ja­źni­ła się ta­kże z Co­let­te Mar­chland.

Wszyst­ko zmie­ni­ło się po tym, jak za­bi­łem Emi­ly. Nie­for­tun­ne wy­da­rze­nia wpły­nęły na obie ro­dzi­ny. Moja mama z ja­kie­goś po­wo­du ob­wi­nia­ła mamę Char. Z ko­lei Co­let­te nie raz jaw­nie po­ka­za­ła Da­rii, jak bar­dzo jej nie­na­wi­dzi. Na po­cząt­ku winę za wy­pa­dek zrzu­ca­ła na mnie. Do­pie­ro po ja­ki­mś cza­sie emo­cje opa­dły i po­now­nie za­częła otwie­rać przede mną drzwi swo­je­go domu.

Gdy jed­nak po­ru­sza­łem te­mat Char­lot­te, mat­ka albo go uci­na­ła, albo po pro­stu szu­ka­ła spo­so­bu, żeby po­gor­szyć moje re­la­cje z dziew­czy­ną. Ow­szem, po­zwa­la­ła jej się ze mną spo­ty­kać, ale od mo­men­tu wy­jścia ze szpi­ta­la, nie za­mie­ni­ła z nią ani sło­wa. Uda­wa­ła, że cór­ka by­łej przy­ja­ció­łki nie ist­nie­je.

– Zo­ba­czy­my – od­po­wie­dzia­łem wy­mi­ja­jąco. Prze­błysk zra­nie­nia w jej źre­ni­cach nie­mal zwa­lił mnie z nóg. Chy­ba zbyt dłu­go ich od sie­bie od­py­cha­łem. Ob­li­za­łem usta i do­da­łem: – Je­śli tata będzie miał czas i ocho­tę, to po­ja­dę. – Wy­po­wie­dze­nie tych słów nie przy­szło mi ła­two. Czu­łem się, jak­bym ro­bił coś wbrew so­bie, że to nie­wła­ści­we, jed­nak wy­raz za­do­wo­le­nia na twa­rzy ro­dzi­ciel­ki roz­wiał wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

Już daw­no nie wi­dzia­łem, żeby uśmie­cha­ła się tak sze­ro­ko i szcze­rze. Za­ci­snęła moc­no pal­ce na brud­nych ubra­niach, któ­re trzy­ma­ła w dło­niach.

– Dzi­ęku­ję, syn­ku.

Ski­nąłem gło­wą, po czym wy­sze­dłem. Nie wy­trzy­ma­łem tego spoj­rze­nia, tym ra­zem pe­łne­go łez szczęścia. Kto by po­my­ślał, że jed­ną zgo­dą na wy­jazd mo­głem tak po­pra­wić jej hu­mor.

Do­ta­rłem na ko­niec ko­ry­ta­rza, gdzie mie­ści­ła się ła­zien­ka. Na­ło­ży­łem pa­stę na szczo­tecz­kę, za­cząłem szo­ro­wać zęby. Po­świ­ęci­łem tej czyn­no­ści zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej cza­su, niż było po­trzeb­ne. Wszyst­ko dla­te­go, że ci­ągle przy­gląda­łem się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze.

Pod ocza­mi wid­nia­ły cie­nie, iden­tycz­ne, ja­kie do­strze­głem dziś rano u Char. Na mo­jej twa­rzy nie po­ka­za­ły się ru­mie­ńce. Skó­ra po­zo­sta­wa­ła bla­da i su­cha. Źre­ni­ce, choć otwar­te na świat, nie re­je­stro­wa­ły ży­cia. By­łem tak bar­dzo przy­gnębio­ny, że na­wet nie­bie­ski ko­lor tęczó­wek wy­da­wał się przy­ga­szo­ny.

Prze­sta­łem po­ru­szać szczo­tecz­ką, do­pie­ro gdy dzi­ąsła za­pie­kły w wy­ra­zie bólu. Wy­płu­ka­łem bu­zię i wró­ci­łem do swo­je­go po­ko­ju. Za­mknąłem okno uchy­lo­ne przez mat­kę pod­czas jej wi­zy­ty. Za­su­nąłem ro­le­ty, bo tego dnia na­wet świa­tło sło­necz­ne mnie dra­żni­ło.

Pod moją nie­obec­no­ść ko­bie­ta po­pra­wi­ła po­ściel, a ta­kże wy­ta­rła ku­rze. W ży­łach za­częła ko­tło­wać się pew­ne­go ro­dza­ju zło­ść na nią. Ro­bi­ła zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej, niż po­win­na. Ko­cha­łem ją, była moją mat­ką, ale nie mu­sia­ła po mnie sprzątać. Do­ro­słem na tyle, by wrzu­cić wła­sne ga­cie do pral­ki. To, że nie mia­łem ocho­ty tego ro­bić, nie wy­ni­ka­ło z le­ni­stwa.

Po pro­stu by­wa­ły dni, gdy bra­ko­wa­ło mi sił na samo wsta­nie z łó­żka. Rocz­ni­ca wy­pad­ku do nich na­le­ża­ła.

Na­ci­snąłem gu­zik star­tu na lap­to­pie. Ekran po­ja­śniał, a ja cze­ka­łem, aż sys­tem się uru­cho­mi. W tym cza­sie roz­gląda­łem się po nie­ska­zi­tel­nie czy­stym biur­ku. Wzrok padł na dwa zdjęcia sto­jące obok sie­bie.

Na jed­nej fo­to­gra­fii po­zo­wał Tho­mas – mój tata – i ja, mały, za­do­wo­lo­ny z ży­cia gno­jek. Na mo­jej twa­rzy wid­niał uśmiech tak sze­ro­ki, że go­łym okiem dało radę po­li­czyć wszyst­kie zęby. Wie­dzia­łem, bo cza­sem to ro­bi­łem. Do pe­łne­go uzębie­nia bra­ko­wa­ło trzech.

Na dru­gim zdjęciu obej­mo­wa­łem Char­lot­te. Pi­ęk­ną, mło­dą dziew­czy­nę. Ra­do­sną, de­li­kat­ną ni­czym płat­ki róż, ca­łko­wi­cie bez­bron­ną. By­łem na tyle sil­ny, by przy­znać, że ją znisz­czy­łem. I na tyle sła­by, by nie móc pu­ścić jej wol­no.

Z ci­ężkim wes­tchnie­niem od­wró­ci­łem się w stro­nę kom­pu­te­ra. Wpi­sa­łem ha­sło, któ­re tak na­praw­dę wy­my­śli­ła przy­ja­ció­łka. Wąt­pi­łem, by ja­ki­kol­wiek ha­ker zdo­łał roz­szy­fro­wać tak dłu­gi ciąg li­ter, cyfr oraz zna­ków spe­cjal­nych.

W wy­szu­ki­war­kę in­ter­ne­to­wą wpi­sa­łem in­te­re­su­jące mnie imię i na­zwi­sko. Gdy­by ktoś za­py­tał, dla­cze­go co mie­si­ąc to ro­bi­łem, za­da­jąc so­bie ból, nie umia­łbym od­po­wie­dzieć.

Pro­fil Emi­ly Wat­son na jed­nym z por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych wy­glądał jak ta­bli­ca pa­mi­ęci o niej. Ro­dzi­na ko­bie­ty co rusz wsta­wia­ła tam zdjęcia czy aneg­dot­ki z jej ży­cia. Czy­ta­łem ka­żdy post. I pła­ka­łem jak dziec­ko. Stra­ci­li ko­goś tak wspa­nia­łe­go. Gdzieś tam żyli lu­dzie, dla któ­rych zma­rła zo­sta­ła je­dy­nie bo­le­snym wspo­mnie­niem. Wszyst­ko prze­ze mnie i chwi­lę nie­uwa­gi.

Ostat­ni wpis na­le­żał do, jak zdąży­łem się przez ten rok zo­rien­to­wać, mat­ki Emi­ly. Prze­je­cha­łem po nim wzro­kiem kil­ka razy, za­nim zro­zu­mia­łem tre­ść.

Dro­ga Emi­ly,

dziś czy­ta­łam Two­ją uko­cha­ną ksi­ążkę. Za­pi­sa­ne w niej sło­wa nie­ustan­nie mi o To­bie przy­po­mi­na­ją. Mija rok, od­kąd nas opu­ści­łaś, a ja da­lej nie po­tra­fię prze­żyć jed­ne­go dnia bez wspo­mi­na­nia Cie­bie.

Tak bar­dzo za Tobą tęsk­nię, có­recz­ko. Ka­żdy dzień bez Cie­bie jest okrop­nym ci­ęża­rem, brak Two­je­go uśmie­chu spra­wia, że po­ran­ki są sza­re i nie wiem, czy moje ży­cie jesz­cze kie­dyś wy­buch­nie fe­erią barw. Mimo wszyst­ko wie­rzę, że spo­tka­my się w nie­bie.

Ko­cham Cię.

Mama

Wy­pu­ści­łem dłu­go wstrzy­my­wa­ne w płu­cach po­wie­trze. Ból w pier­si ni­g­dy nie ma­lał, ale te­raz wzró­sł jesz­cze bar­dziej. Po­zwo­li­łem łzom spły­nąć po po­licz­kach.

Wy­łączy­łem urządze­nie, a w gło­wie wci­ąż roz­brzmie­wa­ły sło­wa Char­lot­te. „Chcia­ła­bym, że­byś żył nor­mal­nie”.

Ja też bym tego chciał, ale jak mia­łem to zro­bić, sko­ro ob­raz prze­ra­żo­nej twa­rzy Emi­ly wy­rył się w mo­jej pa­mi­ęci?

Rozdział 2

Tony

Bu­dze­nie się było ci­ężkie. Ka­żde­go ran­ka.

Czu­łem się tak, jak­bym zo­stał za­mkni­ęty w pętli i co­dzien­nie prze­ży­wał to samo od nowa. To­wa­rzy­szył mi sta­ły ból eg­zy­sten­cji. Pa­trze­nie na wła­sne od­bi­cie w lu­strze mnie do­bi­ja­ło. Sta­łem się wra­kiem czło­wie­ka.

Wzi­ąłem drżący od­dech. Po­now­na kon­fron­ta­cja z ró­wie­śni­ka­mi wy­da­wa­ła się po­nad moje siły. Nie chcia­łem na nich pa­trzeć, słu­chać ko­lej­nych obelg. Na­sto­lat­ko­wie byli bez­li­to­śni, nie zna­li gra­nic.

Ża­den z tych dzie­cia­ków nie ro­zu­miał, że z ko­lej­nym okrop­nym epi­te­tem po­głębiał dziu­rę w ser­cu. Wy­rzu­ty su­mie­nia kie­łko­wa­ły w moim wnętrzu, przy­po­mi­na­ły za­tru­ty bluszcz, któ­ry owi­jał się wo­kół wszyst­kich or­ga­nów w cie­le – z ka­żdym sło­wem za­cie­śniał się na nich co­raz moc­niej. Pły­nęła prze­ze mnie tru­ci­zna de­pre­sji. Echo skru­chy sta­le szep­ta­ło do ucha to jed­no imię i na­zwi­sko.

Emi­ly Wat­son.

Emi­ly Wat­son.

Emi­ly Wat­son.

Nie mo­głem jeść, pić, od­dy­chać. Ja­ki­kol­wiek ruch cia­ła spra­wiał mi dys­kom­fort. Ma­rzy­łem je­dy­nie o tym, żeby po­now­nie zna­le­źć się w łó­żku. Oczy­ma wy­obra­źni wi­dzia­łem sie­bie pod ko­łdrą, le­ża­łem z za­ci­śni­ęty­mi po­wie­ka­mi. Mie­rze­nie się z rze­czy­wi­sto­ścią przy­cho­dzi­ło trud­no. Wo­la­łem spać, ucie­kać do kra­iny, gdzie wszyst­ko było inne. Ła­twiej­sze.

Wy­sze­dłem z ła­zien­ki. Do mo­ich uszu do­cie­ra­ły od­gło­sy, któ­re wy­da­wa­ła mama krząta­jąca się po kuch­ni. Do noz­drzy do­ta­rł za­pach śnia­da­nia. Żo­łądek za­ci­snął się bo­le­śnie na myśl, że będę mu­siał przed nią uda­wać. Zje­ść coś. Wo­la­łbym tego unik­nąć. Wie­dzia­łem, że gdy tyl­ko do­trę do szko­ły, za­mknę się w to­a­le­cie i wszyst­ko zwró­cę.

Tak wy­gląda­ła moja co­dzien­no­ść.

Mat­ka może i wie­dzia­ła, że coś we mnie sie­dzi, jed­nak skrzęt­nie uda­wa­ła, że nic się nie dzia­ło. Tak bar­dzo pra­gnęła, że­bym po­zo­stał zwy­kłym na­sto­lat­kiem, że so­bie to po pro­stu wma­wia­ła, a ja nie wy­pro­wa­dza­łem jej z błędu.

W po­ło­wie dro­gi na dół na­rzu­ci­łem na twarz uśmiech. Ćwi­czy­łem go tyle razy, że nie mu­sia­łem spraw­dzać, czy ktoś się na nie­go na­bie­rze. Ota­cza­li mnie kłam­cy. I to nie ja by­łem oszu­ki­wa­ny. Lu­dzie kar­mi­li złu­dze­nia­mi sa­mych sie­bie.

– Zro­bi­łam na­le­śni­ki. Cho­dź, usi­ądź i zjedz. Po­wi­nie­neś mieć dużo siły do na­uki – po­wie­dzia­ła mama śpiew­nym to­nem, gdy tyl­ko mnie do­strze­gła.

Prze­szu­ki­wa­łem w gło­wie wy­mów­ki. Dzie­li­łem je na trzy ka­te­go­rie: te, któ­re nie ro­bi­ły już wra­że­nia na Da­rii; te, któ­rych nie­daw­no uży­łem; te, któ­re mo­gły­by się nadać. De­cy­zję pod­jąłem w za­le­d­wie kil­ka se­kund. Brzuch miał mi po­tem za to po­dzi­ęko­wać, na­wet je­śli te­raz na­ra­ża­łem się na gniew i nie­za­do­wo­le­nie mat­ki.

– Zjem coś w bu­fe­cie szkol­nym. Za pół go­dzi­ny za­czy­nam za­jęcia do­dat­ko­we, nie chcę się spó­źnić. – Ci­ągle utrzy­my­wa­łem ten kre­ty­ński uśmiech.

Za­sty­gła w bez­ru­chu. Spoj­rza­ła na górę je­dze­nia i mo­men­tal­nie zro­bi­ło mi się głu­pio, że wy­rzu­ci to wszyst­ko do ko­sza. Ta­kie mar­no­traw­stwo… Prze­nio­sła wzrok na mnie. W ręce trzy­ma­ła pa­tel­nię, od któ­rej bił swąd spa­le­ni­zny.

Przy­mknąłem na mo­ment po­wie­ki.

– Zjem dwa. Dru­gie tyle we­zmę dla Char­lot­te – wy­mam­ro­ta­łem wbrew so­bie.

Sil­ne uczu­cie szarp­nęło moim żo­łąd­kiem. Źle ro­bi­łem, zmu­sza­jąc się do je­dze­nia. Zdro­wy roz­sądek na­ka­zy­wał po pro­stu wy­jść z domu, ale wi­dok smut­ku w oczach mat­ki nie po­zwa­lał wy­ko­nać żad­ne­go ru­chu.

– Char­lot­te z pew­no­ścią nie zje mo­ich na­le­śni­ków. – Imię przy­ja­ció­łki wy­po­wie­dzia­ła wręcz z po­gar­dą. Po­sta­no­wi­łem to olać. Ostat­nie, cze­go po­trze­bo­wa­łem, to awan­tu­ra z rana o coś tak try­wial­ne­go.

Poza tym wie­dzia­łem, że Char ubó­stwia kuch­nię Da­rii.

Usia­dłem na sto­łku, szyb­ko po­chło­nąłem obie­ca­ną licz­bę plac­ków. Ko­lej­ne dwa spa­ko­wa­łem dla dziew­czy­ny. Wrzu­ci­łem po­jem­nik do prze­pe­łnio­ne­go ple­ca­ka, po czym opu­ści­łem dom bez sło­wa po­że­gna­nia.

Od roku ka­żde­go dnia po­ko­ny­wa­łem dro­gę do szko­ły pie­szo. Po wy­pad­ku już nie wsia­dłem za kie­row­ni­cę. Sama jaz­da jako pa­sa­żer okrop­nie mnie stre­so­wa­ła, zda­rza­ło się, że wspo­mnie­nia ude­rza­ły pod­czas dro­gi. Wy­łącza­łem się wte­dy z ży­cia na dłu­gie mi­nu­ty i roz­pa­mi­ęty­wa­łem coś, na co już nie mia­łem wpły­wu.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach pó­źnej wio­sny. Kwi­tło co­raz wi­ęcej ro­ślin, a kwia­ty bia­łych dmu­chaw­ców la­ta­ły na wie­trze. Sło­ńce otu­la­ło ko­ńczy­ny cie­pły­mi pro­mie­nia­mi.

Od­da­łbym wszyst­ko, żeby móc je tak na­praw­dę po­czuć. Moje cia­ło od roku przy­po­mi­na­ło lo­do­wą twier­dzę – po­tężną, pe­łną prze­żyć, emo­cjo­nal­nie chłod­ną.

Szko­da, że ni­ko­go nie ob­cho­dzi­ło, co czu­łem.

Mury bu­dyn­ku szkol­ne­go wy­ło­ni­ły się spo­mi­ędzy drzew. Za­cząłem scho­dzić z nie­wiel­kiej gór­ki, kie­dy obok prze­je­chał sa­mo­chód z trze­ma fut­bo­li­sta­mi. Mi­nęli mnie, przez co za­kie­łko­wa­ła we mnie na­dzie­ja. Może nie za­uwa­ży­li, że tędy idę? Ta myśl szyb­ko po­ja­wi­ła mi się w gło­wie i rów­nie szyb­ko znik­nęła.

Wje­cha­li na chod­nik i za­trzy­ma­li się w po­przek, za­gra­dza­jąc mi dal­szą dro­gę. Gło­śny bas dud­nił, cały po­jazd wi­bro­wał. Sta­nąłem w miej­scu, cze­ka­łem. Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzia­łem, jak dwa razy wi­ęk­si ode mnie chłop­cy wy­sia­da­ją i za­czy­na­ją się nade mną znęcać.

Nikt nie po­my­ślał, że ja też by­łem ofia­rą tego wy­pad­ku. Ni­g­dy nie udo­wod­nio­no mi winy. To, że sam się nią obar­cza­łem to jed­no. Pro­ble­mem było zro­zu­mie­nie, dla­cze­go po­ło­wa mia­stecz­ka ta­kże to ro­bi­ła.

Nie­gdyś Jake, Ty­ler i Ryan trak­to­wa­li mnie jak po­wie­trze. Te­raz jak wo­rek tre­nin­go­wy. Dręczy­li na ka­żdym kro­ku, jak­by spra­wia­ło im to ra­do­ść. Po­świ­ęca­li temu zde­cy­do­wa­nie zbyt wie­le cza­su. Za­miast sta­rać się o sty­pen­dia spor­to­we na uczel­nie, oni za­da­wa­li cio­sy, gdy już i tak le­ża­łem na zie­mi.

Sku­li­łem się w so­bie. By­łem wy­czer­pa­ny i nie mia­łem siły na kon­fron­ta­cję tego typu. Zdąży­łem jed­nak za­uwa­żyć, że los po­zo­sta­wał obo­jęt­ny na to, cze­go po­trze­bo­wa­łem, a cze­go nie. Uwiel­biał so­bie ze mnie drwić.

Okno od stro­ny kie­row­cy się osu­nęło, Jake wy­chy­lił gło­wę.

– Dzi­wak! – krzyk­nął w moją stro­nę.

Kil­ka osób od­wró­ci­ło się z za­in­te­re­so­wa­niem. Gdy zo­ba­czy­li, że cho­dzi­ło o mnie, ru­szy­li da­lej. Ide­al­ny przy­kład ludz­kiej znie­czu­li­cy.

– Świr! – do­dał Ty­ler z tyl­ne­go sie­dze­nia.

Ryan z ko­lei usia­dł ty­łkiem na opusz­czo­nej szy­bie od stro­ny pa­sa­że­ra i spo­glądał na mnie po­nad da­chem su­per­wy­pa­sio­ne­go auta.

– Ży­cio­wy prze­gryw!

Za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na szel­kach ple­ca­ka. Zni­ży­łbym się do ich po­zio­mu, gdy­bym od­po­wie­dział.

Bez sło­wa pró­bo­wa­łem omi­nąć sa­mo­chód wol­nym skraw­kiem chod­ni­ka. Kie­dy znaj­do­wa­łem się tuż przed ma­ską, auto Jake’a za­war­cza­ło. Prze­stra­szo­ny pod­sko­czy­łem w miej­scu. Pod­je­chał tyl­ko o kil­ka cali, ale to wy­star­czy­ło, żeby moje ser­ce po­now­nie wy­bi­ło szyb­szy rytm. Krew szu­mia­ła w uszach. W ustach mi za­schło.

Znów znaj­do­wa­łem się na tam­tej dro­dze, rok temu. Wi­dzia­łem mo­kry as­falt, ciem­ny las. I wy­krzy­wio­ną w prze­ra­że­niu twarz Emi­ly.

Za­czy­na­ło dziać się do­kład­nie to, co prze­wi­dzia­łem. Śnia­da­nie pod­cho­dzi­ło do gar­dła. Prze­ły­ka­łem śli­nę co­raz szyb­ciej, by jak naj­dłu­żej od­wlec w cza­sie nie­unik­nio­ny mo­ment wy­mio­to­wa­nia. Gdy­bym w tej chwi­li zgi­ął się wpół i zrzy­gał przed trój­ką naj­wi­ęk­szych dręczy­cie­li w na­szym li­ceum, rów­nie do­brze mó­głbym so­bie dziś wie­czo­rem wi­ązać stry­czek we wła­snym po­ko­ju. Już te­raz nie mia­łem ży­cia, ale po czy­mś ta­kim? Okre­śle­nie „wy­rzu­tek spo­łe­cze­ństwa” by­ło­by nie­do­sta­tecz­ne, żeby opi­sać, kim bym się stał.

Ru­szy­łem bie­giem. Im bar­dziej zbli­ża­łem się do drzwi, tym wy­ra­źniej czu­łem, że one od­da­la­ją się ode mnie. Mknąłem tak szyb­ko, aż nie­mal stra­ci­łem dech w pier­siach. Spa­zmy szlo­chu roz­ry­wa­ły klat­kę pier­sio­wą od środ­ka, nie po­tra­fi­łem tego za­trzy­mać.

Pędem prze­mie­rzy­łem ko­ry­tarz wy­pe­łnio­ny ucznia­mi, wpa­dłem do męskiej ubi­ka­cji. Za­mknąłem się w jed­nej z ka­bin. W ostat­nim mo­men­cie upa­dłem, ko­la­na zde­rzy­ły się z twar­dy­mi płyt­ka­mi. Prąd okrop­ne­go bólu roz­sze­dł się po no­gach ku po­ślad­kom. Pła­ka­łem i zwra­ca­łem te cho­ler­ne na­le­śni­ki, któ­re wci­snęła mi mat­ka.

Mó­wi­łem, że nie chcę ich jeść! Dla­cze­go nikt mnie nie słu­cha? Dla­cze­go nikt nie do­strze­ga mo­ich pro­ble­mów? Co jest ze mną nie tak? Wiem, że zro­bi­łem coś okrop­ne­go, ale nie chcę, żeby przy­po­mi­na­no mi o tym na ka­żdym kro­ku!

Tyl­ko że już ni­g­dy nie mia­łem być nor­mal­ny. Coś we mnie zo­sta­ło na za­wsze spa­czo­ne, a wspo­mnie­nia wy­pad­ku ni­g­dy nie opu­ści­ły­by gło­wy.

Wy­mio­ty tar­ga­ły moim cia­łem. Roz­bo­lał mnie brzuch. Kie­dy sko­ńczy­łem, opu­ści­łem de­skę klo­ze­to­wą, przy­tu­li­łem do niej po­li­czek. Chłod­ny przed­miot przy­no­sił uko­je­nie roz­grza­nej skó­rze. Kro­ple potu zro­si­ły czo­ło. Ogar­nęło mnie tak duże wy­cie­ńcze­nie, że le­d­wie uda­ło mi się si­ęgnąć do spłucz­ki.

Chcia­łem tyl­ko za­dzwo­nić do mamy i po­wie­dzieć, że się roz­cho­ro­wa­łem, wró­cić do domu. Przy­po­mnia­łem so­bie jed­nak, że tam nie będzie le­piej.

Pra­gnąłem za­snąć i już się nie obu­dzić. Przy ży­ciu trzy­ma­ła mnie tyl­ko jed­na oso­ba.

Char­lot­te.

Gdy za­dzwo­nił dzwo­nek na pierw­szą lek­cję, po­cze­ka­łem, aż opu­sto­sze­ją ko­ry­ta­rze i to­a­le­ty. Do­pie­ro wte­dy wsta­łem na chwiej­ne nogi. Pod­sze­dłem do umy­wal­ki. Wy­jąłem z ple­ca­ka płyn do płu­ka­nia jamy ust­nej o ostrym, mi­ęto­wym za­pa­chu. No­si­łem go od mo­men­tu, w któ­rym zwy­mio­to­wa­łem w szko­le po raz pierw­szy, a po­tem cały dzień wy­śmie­wa­no się z mo­je­go nie­świe­że­go od­de­chu.

Ob­my­łem twarz zim­ną wodą. Przez ko­lej­ne czter­dzie­ści mi­nut do­pro­wa­dza­łem się do po­rząd­ku, pró­bo­wa­łem ze­brać roz­sy­pa­ną psy­chi­kę w ca­ło­ść. Przy­po­mi­na­ła pęk­ni­ętą, ce­ra­micz­ną wazę. Niby się uda­ło, ale pa­jęczyn­ki były moc­no wi­docz­ne. Wszyst­ko nie­mal ru­nęło, kie­dy zda­łem so­bie spra­wę, że za żo­łąd­ko­we sen­sa­cje za­pła­ci­łem nie­obec­no­ścią na pierw­szej lek­cji.

O tym, to już na pew­no mat­ka się do­wie.

Ze­bra­łem w so­bie ostat­ki sił, żeby nie omi­nąć na­stęp­nych. Sta­ra­łem się trzy­mać na ubo­czu, nie wcho­dzić ni­ko­mu w dro­gę – sia­da­łem w kącie sali, trzy­ma­łem gło­wę ni­sko spusz­czo­ną. Nie od­zy­wa­łem się bez po­wo­du, je­dy­nie grzecz­nie od­po­wia­da­łem na py­ta­nia na­uczy­cie­li. Z sali wy­cho­dzi­łem ostat­ni, byle tyl­ko nikt nie zwró­cił na mnie uwa­gi. Je­dy­nym mi­nu­sem było to, że nie mia­łem dziś za­jęć z Char­lot­te.

Okrop­nie za nią tęsk­ni­łem. To je­dy­na osto­ja w moim ży­ciu, da­wa­ła sta­bi­li­za­cję i spo­kój. Przy niej nor­mal­nie od­dy­cha­łem, uśmie­cha­łem się bez wy­rzu­tów su­mie­nia. Po wy­pad­ku ra­zem prze­cho­dzi­li­śmy okres do­łka psy­chicz­ne­go. By­łem pod wra­że­niem jej siły. Zno­si­ła wszyst­ko le­piej ode mnie.

Dla­te­go tak bar­dzo ucie­szy­łem się, gdy doj­rza­łem ją na sto­łów­ce w cza­sie prze­rwy na lunch. Zaj­mo­wa­ła nasz ulu­bio­ny sto­lik. Przed nią le­ża­ła opró­żnio­na do po­ło­wy taca. Do­brze, że z na­szej dwój­ki cho­ciaż ona nor­mal­nie ja­da­ła.

Za­jąłem miej­sce obok.

– Cze­ść.

– Jak się czu­jesz, Tony? – za­py­ta­ła bez ogró­dek. Wy­ci­ągnęła dłoń w moją stro­nę. Chłod­ny­mi opusz­ka­mi mu­snęła czo­ło. – Je­steś roz­pa­lo­ny i masz okrop­ne si­ńce pod ocza­mi. – Zmarsz­czy­ła brwi w wy­ra­zie kon­ster­na­cji. – Znów nie mo­głeś spać?

Po­pa­trzy­łem na kar­to­nik z so­kiem ja­błko­wym z do­cze­pio­ną u boku nie­wiel­ką słom­ką. To je­dy­na rzecz, któ­rą wzi­ąłem z bu­fe­tu. Na wi­dok obia­du ser­wo­wa­ne­go przez szkol­ną kuch­nię, nie­mal po­now­nie za­cząłem wy­mio­to­wać.

– Mat­ka wci­snęła we mnie śnia­da­nie. – Prze­nio­słem su­ge­styw­ne spoj­rze­nie na przy­ja­ció­łkę.

Za­bra­ła rękę, jej wzrok wy­ra­żał wspó­łczu­cie i zro­zu­mie­nie, któ­re­go w ostat­nich mie­si­ącach do­sta­wa­łem od lu­dzi tak nie­wie­le. Wła­śnie dla­te­go uwa­ża­łem Char­lot­te za swo­ją ży­cio­wą ko­twi­cę. Po­ka­zy­wa­ła mi, że nie wszy­scy są tacy źli. Ko­cha­łem ją za do­bre ser­ce i ła­god­ny cha­rak­ter.

– Po­wi­nie­neś iść do le­ka­rza – skar­ci­ła mnie ci­cho. – To może być ob­jaw ja­kie­goś po­wa­żne­go za­bu­rze­nia.

Za­bra­łem się za otwie­ra­nie socz­ku.

– Po­ra­dzę so­bie z tym. Naj­wa­żniej­sze, że ty nie masz ta­kich pro­ble­mów.

Po­pa­trzy­ła na mnie py­ta­jąco. Kiw­nąłem bro­dą w stro­nę nie­do­ko­ńczo­ne­go je­dze­nia na bla­cie.

– Masz ape­tyt. Szko­da, że nie za­cze­ka­łaś na mnie, da­łbym ci na­le­śni­ki od mo­jej mamy. Przy­si­ęgam, że zwy­mio­to­wa­łem nie dla­te­go, że były nie­do­bre.

– No wła­śnie. Wy­mio­tu­jesz wszyst­kim. Ten sok za­pew­ne też wy­lądu­je w to­a­le­cie. – Na twa­rzy Char po­ja­wił się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. – Ro­bisz so­bie krzyw­dę. To ja­kaś for­ma kary?

Po­ci­ągnąłem na­pój przez słom­kę. Pa­trzy­łem twar­do przed sie­bie. Nie po­tra­fi­łem spoj­rzeć dziew­czy­nie w oczy, kie­dy ru­ga­ła mnie za coś, co ro­bi­łem so­bie spe­cjal­nie.

Oczy­wi­ście, że moje pro­ble­my ze zwra­ca­niem je­dze­nia za­częły się od wy­mu­sza­nia na so­bie wy­mio­tów. Nie mo­głem spoj­rzeć w lu­stro z my­ślą, że sie­dzia­łem w domu z ro­dzi­ną i spędza­łem z nimi swo­bod­nie czas, pod­czas gdy Emi­ly już ni­g­dy nie do­sta­nie ta­kiej szan­sy. Czu­łem się jak ostat­nia szu­mo­wi­na ko­rzy­sta­jąca z dóbr ży­cia.

Uwa­ża­łem, że to wła­śnie ja po­wi­nie­nem był zgi­nąć w tym wy­pad­ku.

– Chcesz te na­le­śni­ki czy nie? – wy­bur­cza­łem zły za to, że znów tak ła­two mnie roz­pra­co­wa­ła. To nie tak, że świa­do­mie uni­ka­łem przy­ja­ció­łki, ale mo­ra­li­za­tor­skie prze­mo­wy tu­taj nie przy­no­si­ły skut­ków.

Nie mo­żna po­móc czło­wie­ko­wi, któ­ry tej po­mo­cy nie chce.

Zma­to­wio­ne przez zmar­twie­nie oczy Char­lot­te wwier­ca­ły się we mnie na­tar­czy­wie.

– Z chęcią bym je zja­dła, ale wolę pa­trzeć, jak ty to ro­bisz i ich nie zwra­casz – od­po­wie­dzia­ła szep­tem, na­sze twa­rze znaj­do­wa­ły się na­praw­dę bli­sko sie­bie. W sto­łów­ce pe­łnej spo­co­nych dzie­cia­ków spe­cy­ficz­na woń jej per­fum ca­łko­wi­cie się roz­my­ła. Nie do­cie­ra­ła do mnie, co z ko­lei wy­wo­ła­ło roz­cza­ro­wa­nie.

Roz­chy­li­łem usta, by od­po­wie­dzieć, jed­nak nic nie zdąży­ło się z nich wy­do­stać. Moje wło­sy sta­ły się mo­kre, a se­kun­dy pó­źniej po twa­rzy spły­nęła lo­do­wa­ta ciecz. Słod­ka­wy za­pach ude­rzył w noz­drza. Ob­li­za­łem usta. Na języ­ku roz­lał się po­smak coli.

Kost­ki lodu spa­dły z czub­ka mo­jej gło­wy i wy­lądo­wa­ły pod ko­szul­ką. Przy­mknąłem na se­kun­dę po­wie­ki, a gdy już ze­bra­łem się w so­bie, by po­now­nie je uchy­lić, mój wzrok tra­fił z po­wro­tem na przy­ja­ció­łkę.

Za­ci­ska­ła pal­ce na kra­wędzi sto­łu, oczy trzy­ma­ła moc­no za­mkni­ęte, jak­by nie mo­gła znie­ść wi­do­ku ko­goś, kto mnie po­ni­żał. Nie wi­ni­łem jej za to. Co mia­ła­by zdzia­łać w ob­li­czu trzech wy­ro­śni­ętych spor­tow­ców? Wo­la­łem nie my­śleć, co by się wy­da­rzy­ło, gdy­by po­sta­no­wi­ła sta­nąć w mo­jej obro­nie. Za­pew­ne tra­fi­ła­by na ich ce­low­nik, czym wy­rządzi­ła­by so­bie krzyw­dę.

Char­lot­te Mar­chland po­zo­sta­wa­ła nie­wi­docz­na dla dręczy­cie­li z Le­xing­ton. Wszyst­ko dla­te­go, że tam­te­go fe­ral­ne­go dnia to nie ona sie­dzia­ła za kie­row­ni­cą.

Ryan się na­chy­lił. Jego usta zna­la­zły się na wy­so­ko­ści mo­je­go ucha.

– Mor­der­ca – wy­szep­tał złow­ro­gim to­nem.

Chwi­lę pó­źniej Ty­ler ryk­nął na całe gar­dło:

– Szaj­bus!

Go­rący ma­ka­ron spa­ghet­ti wy­lądo­wał na mo­ich spodniach wraz z so­sem po­mi­do­ro­wym. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­łem, że to tłu­ste gów­no na­fa­sze­ro­wa­ne do gra­nic mo­żli­wo­ści che­mi­ka­lia­mi się nie spie­rze.

Kil­ka osób po­kro­ju fut­bo­li­stów par­sk­nęło gło­śnym śmie­chem. Wi­ęk­szo­ść uczniów pa­trzy­ła w na­szą stro­nę z obo­jęt­ny­mi mi­na­mi. Już przy­wy­kli.

Gnębi­cie­le ode­szli, dum­ni ze swo­je­go za­cho­wa­nia. Ja z ko­lei prze­ta­rłem twarz dło­ńmi. Po­czu­łem wszech­ogar­nia­jący wstyd. Prak­tycz­nie mnie na­pa­sto­wa­no na oczach dziew­czy­ny, któ­rą ko­cha­łem, i na­wet nie po­tra­fi­łem obro­nić sa­me­go sie­bie. Jak mia­łbym kie­dy­kol­wiek za­pew­nić jej bez­pie­cze­ństwo? Prze­sta­łem się dzi­wić, że już mnie nie chcia­ła. Oka­za­łem się ofer­mą. Ofia­rą losu. Sła­be­uszem.

Char­lot­te już sta­ła obok sto­li­ka. Tak za­afe­ro­wa­łem się wła­sny­mi my­śla­mi, że nie usły­sza­łem, kie­dy wsta­ła z miej­sca.

– Cho­dźmy, Tony. Od­pro­wa­dzę cię do domu. – Brzmia­ła, jak­by zła­ma­no jej ser­ce.

Mo­men­tal­nie za­chcia­ło mi się pła­kać. Przez mój krwio­bieg prze­la­ła się mie­sza­ni­na smut­ku, żalu, za­wo­du, nie­chęci i zło­ści. Pra­gnąłem wy­krzy­czeć ca­łe­mu świa­tu, że go nie­na­wi­dzę. Pa­ła­łem nie­chęcią do ka­żdej jed­nost­ki za­miesz­ku­jącej kulę ziem­ską. Jesz­cze dwa lata temu nie po­my­śla­łbym, że to lu­dzie oka­żą się naj­wi­ęk­szy­mi po­two­ra­mi w moim ży­ciu, że to ich będę bał się naj­bar­dziej.

Bez sło­wa pod­nio­słem ple­cak z podło­gi i za­rzu­ci­łem go na ra­mię. Ru­szy­łem za Char do wy­jścia. Od­by­łem ko­lej­ny marsz wsty­du przed całą szko­łą i ko­lej­ny raz nie ze­bra­łem w so­bie tyle od­wa­gi, żeby prze­jść go z unie­sio­ną gło­wą. Pa­trzy­łem na czub­ki wła­snych bu­tów. Uni­ka­łem wzro­ku in­nych uczniów. Sze­dłem za przy­ja­ció­łką jak na ści­ęcie.

By­łem ni­kim.

Rozdział 3

Tony

Dro­ga do domu ni­g­dy nie spra­wia­ła wra­że­nia tak dłu­giej i ci­ężkiej.

Uli­ce wy­da­wa­ły się nie­mal opu­sto­sza­łe – do­ro­śli byli w pra­cy, dzie­ci w szko­łach. Mimo to na­tknęli­śmy się na kil­ka zna­jo­mych twa­rzy, głów­nie star­szych osób, któ­re rzu­ca­ły w moją stro­nę lek­ko współ­czu­jące spoj­rze­nia. Ci­ężko się nie do­my­ślić, co mo­gło mi się przy­tra­fić.

Le­xing­ton na­le­ża­ło do ma­łych mia­ste­czek. Wie­ści roz­cho­dzi­ły się bły­ska­wicz­nie, a jed­na plot­ka go­ni­ła na­stęp­ną. Moja mama do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że w szko­le do­świad­cza­łem prze­mo­cy. Nie była jed­nak w sta­nie ni­cze­go zmie­nić. Ro­dzi­ce Jake’a, Ry­ana i Ty­le­ra zaj­mo­wa­li wpły­wo­we sta­no­wi­ska. Żad­ne pi­sma kie­ro­wa­ne do ad­mi­ni­stra­cji wy­ższe­go szcze­bla nie przy­no­si­ły skut­ku – na­wet nie do­cie­ra­ły na miej­sce. W ko­ńcu na­pi­ęcie tak bar­dzo ją wy­nisz­cza­ło, że po­pro­si­łem, by dała so­bie spo­kój. Cho­ciaż „po­pro­si­łem” to ogrom­ne nie­do­po­wie­dze­nie.

Ja ją bła­ga­łem.

Bła­ga­łem wła­sną mat­kę, żeby prze­sta­ła o mnie wal­czyć.

A ona, choć kur­czo­wo trzy­ma­ła się na­dziei, że uda się jej coś wskó­rać w tej spra­wie, spe­łni­ła moją pro­śbę. Od­pu­ści­ła pod wa­run­kiem, że ni­g­dy się nie pod­dam. Spędzi­li­śmy mnó­stwo cza­su na roz­mo­wach o tym, w jaki spo­sób po­wi­nie­nem so­bie ra­dzić.

Nie mia­łem ser­ca jej po­wie­dzieć, że wca­le nie by­łem taki twar­dy, jak obie­ca­łem; że ka­żde­go dnia utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu o mier­no­ści wła­sne­go ży­cia.

– Ni­ko­go nie ma w domu – oznaj­mi­łem przy­ja­ció­łce, któ­ra cały czas do­trzy­my­wa­ła mi to­wa­rzy­stwa. – Mat­ka jak zwy­kle do pi­ątej w pra­cy. Oj­ciec wró­ci do­pie­ro wie­czo­rem, bo rano za­bie­ra mnie na ryby.

Char­lot­te ze zdzi­wie­niem za­re­ago­wa­ła na wie­ść o mo­jej wy­pra­wie z tatą. Na­sze re­la­cje ni­g­dy nie na­le­ża­ły do naj­lep­szych, jak to często bywa na li­nii syn–oj­ciec. Tym bar­dziej że Tho­mas Pal­mer to praw­dzi­wy mężczy­zna z krwi i ko­ści. Wy­spor­to­wa­ny, za­dba­ny, umi­ęśnio­ny. Po­tra­fił na­pra­wić wszyst­ko w na­szym domu, praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że sam sta­wiał fun­da­men­ty tego bu­dyn­ku.

Otwo­rzy­łem drzwi. Prze­pu­ści­łem dziew­czy­nę, po czym je za nami za­mknąłem. Zrzu­ci­łem ple­cak z ra­mion, spa­dł z gło­śnym ło­sko­tem na pa­ne­le. Nie tru­dzi­łem się prze­no­sze­niem go do swo­je­go po­ko­ju. Je­dze­nie, któ­rym ob­rzu­cił mnie je­den z fut­bo­li­stów, po­pla­mi­ło ma­te­riał. Wie­dzia­łem, że na­le­ża­ło wsa­dzić ple­cak do pra­nia, ale nie po­tra­fi­łem od­na­le­źć w so­bie chęci, by to zro­bić.

Wes­tchnąłem z ulgą, kie­dy zna­jo­ma prze­strzeń otu­li­ła mnie bez­pie­cze­ństwem.

Przy­ja­ció­łka sta­nęła na środ­ku sa­lo­nu. Od­wró­ci­ła się w moją stro­nę, ob­rzu­ci­ła brud­ne ubra­nie in­ten­syw­nym spoj­rze­niem. Wy­gląda­ła na smut­ną, win­ną. Pe­łne, bla­de usta wy­krzy­wi­ła w nie­szczęśli­wym gry­ma­sie. Gdy pa­trzy­łem na nią dłu­żej, od­no­si­łem wra­że­nie, że cier­pia­ła nie­mal fi­zycz­nie. Za­wsze dzie­li­ła ze mną emo­cje, jak na brat­nią du­szę przy­sta­ło.

Kie­dyś spo­gląda­łem w przy­szło­ść i wi­dzia­łem tam Char. Była już do­ro­sła, blond wło­sy zde­cy­do­wa­nie uro­sły. Jako ko­bie­ta oka­zy­wa­ła się ma­je­sta­tycz­nym wy­two­rem mo­jej wy­obra­źni. To wła­śnie w tych ma­rze­niach bie­ga­ła boso z na­szy­mi dzie­ćmi po mi­ęk­kiej zie­lo­nej tra­wie, tuż obok na­sze­go domu. Poły ja­snej su­kien­ki po­wie­wa­ły na wie­trze. W po­wie­trzu nió­sł się dzie­ci­ęcy śmiech.

Tym­cza­sem nie sądzi­łem, że­bym miał ja­kąkol­wiek przy­szło­ść. Bez Char­lot­te wszyst­ko wy­da­wa­ło się sza­re i po­nu­re, bez wy­ra­zu. By­łem tro­chę ża­ło­sny przez to, że uza­le­żni­łem swo­je ży­cie od jed­nej oso­by. I – co naj­gor­sze – ta oso­ba mnie nie chcia­ła.

– Nie patrz tak, pro­szę.

Brązo­we oczy wbi­ły się pro­sto w moją twarz. Tak pu­ste, jak­by coś w jej wnętrzu uma­rło.

– Jak? – za­py­ta­ła. Zro­bi­ła krok do przo­du, zmniej­sza­jąc dy­stans mi­ędzy nami. Przez moje cia­ło prze­sze­dł dreszcz. Za­trzy­ma­ła się, gdy dzie­li­ło nas kil­ka cali. – Jak na cie­bie pa­trzę, Tony? – Jej ton prze­sze­dł w szept. – Ze zmar­twie­niem? Obo­jęt­nie? Zim­no? Pu­sto? Z wy­ra­źnym zde­gu­sto­wa­niem?

Prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę. Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć. Zresz­tą, nie mu­sia­łem. Do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że od­po­wie­dź by­ła­by twier­dząca. Sta­ła tam, tuż obok mnie. Wi­dzia­ła, że nie ro­bi­łem nic, by się bro­nić. Kim więc mo­głem być w jej oczach, je­śli nie nie­udacz­ni­kiem?

– To strach – od­po­wie­dzia­ła sama so­bie. – Pa­trzę na cie­bie ze stra­chem, bo nie je­stem pew­na, ile dasz radę jesz­cze udźwi­gnąć. Ka­żde­go dnia do­strze­gam ko­lej­ne pęk­ni­ęcia w two­jej du­szy. Wiem, że chcesz się pod­dać, ale coś cię po­wstrzy­mu­je. Tkwisz w wiecz­nym za­wie­sze­niu.

Mia­ła tak wie­le ra­cji, a ja na­wet nie umia­łem przy­znać tego na głos.

– Tony? – Chłod­ny­mi opusz­ka­mi prze­ta­rła skó­rę na mo­jej twa­rzy. Le­d­wie wy­czu­wa­łem do­tyk przy­ja­ció­łki i, co gor­sza, nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, że pła­ka­łem. – Dla­cze­go ka­za­łeś swo­jej ma­mie się wy­co­fać?

– Jak wal­czyć, gdy po­ra­żka jest nie­unik­nio­na? – za­py­ta­łem ci­cho.

Przy­mknęła na mo­ment po­wie­ki, po czym opu­ści­ła ra­mię w zre­zy­gno­wa­niu.

– Po­ra­żka też jest zwy­ci­ęstwem. Mo­żesz upa­ść tyl­ko wte­dy, gdy coś ro­bisz. Je­śli sto­isz w miej­scu, nie wy­ko­nu­jesz kro­ku, wte­dy prze­gry­wasz. – Spoj­rza­ła na mnie z bó­lem, choć za­pad­ni­ęte, zmęczo­ne ży­ciem po­licz­ki de­li­kat­nie się unio­sły, gdy wy­gi­ęła usta w sub­tel­nym uśmie­chu. – Da­ria jest two­ją mat­ką. Gdy­byś tyl­ko ją po­pro­sił…

– I co mia­ła­by zro­bić? Wal­czyć ze szko­łą, któ­rej dy­rek­to­rem jest wu­jek Ry­ana? A może na­ska­rżyć bur­mi­strzo­wi, któ­ry jest oj­cem chrzest­nym Jake’a? Nie wspo­mi­nam o tym, że mat­ka Ty­le­ra jest cho­ler­ną rad­ną tego mia­sta! – Unio­słem głos nie­mal do krzy­ku. To nie wy­nik na­ra­sta­jącej fru­stra­cji, a smut­ku.

– Mo­gła­by zgło­sić to do me­diów, na­gło­śnić całą spra­wę. Po­ka­zać jak or­ga­ny Le­xing­ton igno­ru­ją pro­ble­my z gnębie­niem w szko­le – od­pa­rła ła­god­nie.

Cha­otycz­nie ota­rłem za­łza­wio­ne oczy.

– Nie, Char. Moja ro­dzi­na by­ła­by na ce­low­ni­ku. Ni­g­dy w ży­ciu nie po­zwo­li­łbym, żeby spo­tkał ich taki los. Albo wszy­scy by nam wspó­łczu­li, cze­go wiesz, że bym nie znió­sł, albo wszy­scy by się od nas od­wró­ci­li, co by­ło­by jesz­cze gor­sze. Z tej sy­tu­acji nie ma do­bre­go wy­jścia. Mu­szę… Mu­szę… Mu­szę… – Za­dła­wi­łem się wła­sną roz­pa­czą. Upa­dłem na po­si­nia­czo­ne ko­la­na, ból był sil­niej­szy, ale to wła­śnie on spro­wa­dził oprzy­tom­nie­nie. Przy­tknąłem dłoń do gar­dła i za­cząłem je roz­ma­so­wy­wać. Mi­nęła dłu­ższa chwi­la, za­nim po­now­nie się ode­zwa­łem: – Mu­szę to po pro­stu prze­cze­kać. Sko­ńczyć li­ceum.

Uło­ży­ła dło­nie na swo­ich udach, na­chy­li­ła się ku mnie.

– A po­tem co? – za­py­ta­ła już ostrzej. – Co da­lej, Tony?

– A po­tem spró­bu­ję żyć.

Char­lot­te wy­pro­sto­wa­ła ple­cy.

– Więc już wy­bra­łeś – stwier­dzi­ła z za­do­wo­le­niem. Wy­ci­ągnęła rękę, jak­by chcia­ła po­móc mi wstać.

Nie zła­pa­łem jej. Po­pa­trzy­łem na nią, by po chwi­li sa­mo­dziel­nie się pod­nie­ść. Skwi­to­wa­ła to krót­kim ski­nie­niem gło­wy wy­ra­ża­jącym nic in­ne­go jak po­dziw.

– Czy kie­dy­kol­wiek mia­łem wy­bór? Ni­g­dy nie po­sta­wię ni­cze­go po­nad cie­bie. Na­wet upra­gnio­nej śmier­ci, bo ży­cia z tobą pra­gnę bar­dziej.

To mo­ment, w któ­rym po­win­na była wpa­ść w moje ra­mio­na i wy­znać mi mi­ło­ść, tak samo jak ro­bi­łem to ja. Wie­lo­krot­nie. Pro­blem po­le­gał na tym, że Char już nas skre­śli­ła, przy­naj­mniej pod względem ro­man­tycz­nym. Obo­je ży­li­śmy we wła­snych ma­łych pie­kłach. Przez wy­da­rze­nia z prze­szło­ści nie po­tra­fi­ła już na mnie spoj­rzeć tak, jak kie­dyś: roz­iskrzo­na, we­so­ła, z tym swo­im szel­mow­skim uśmie­chem.

Nie wie­dzia­łem, dla­cze­go wci­ąż przy mnie tkwi­ła – czy to przez sen­ty­ment, czy ze względu na wspól­nie spędzo­ne dzie­ci­ństwo albo przy­ja­źń, któ­ra trwa­ła do dziś. Podświa­do­mie zna­łem od­po­wie­dź, ale nie chcia­łem jej do sie­bie do­pu­ścić.

Bo uświa­do­mie­nie so­bie, że Char­lot­te Mar­chland już mnie nie po­trze­bo­wa­ła w swo­im ży­ciu, mo­gło­by oka­zać się za­bój­cze.

– Nie po­wi­nie­neś ro­bić ze mnie pod­sta­wy do wła­snych wy­bo­rów. – Po­kręci­ła gło­wą. – W moim ży­ciu nie ma już dla cie­bie miej­sca, Tony. Tak samo, jak ja nie na­le­żę już do two­je­go. – Po­pa­trzy­ła na mnie spod rzęs. – Idź wzi­ąć prysz­nic.

– Po­cze­kasz? Może zjesz ko­la­cję z mo­imi ro­dzi­ca­mi i ze mną? Daw­no nie roz­ma­wia­łaś z Da­rią… – po­wie­dzia­łem z na­dzie­ją w gło­sie, że zdo­łam ją prze­ko­nać do tego po­my­słu.

– Bar­dzo bym chcia­ła, ale mu­szę już iść. Mam jesz­cze coś do zro­bie­nia.

No tak, już zbyt wie­le ostrzy wbi­ła w moje ser­ce tego dnia.

– Zo­ba­czy­my się, jak wró­cę z wy­jaz­du?

– Chcia­ła­bym.

Jesz­cze na dłu­go po roz­sta­niu z Char­lot­te nie po­tra­fi­łem do­jść do sie­bie.

Z ja­kie­goś nie­zna­ne­go po­wo­du nie przyj­mo­wa­łem do wia­do­mo­ści fak­tu, że nie sta­nie się dla mnie już ni­kim wi­ęcej, niż przy­ja­ció­łką. Tak na­praw­dę po­wi­nie­nem przy­go­to­wać się na jej ode­jście. W głębi du­szy zda­wa­łem so­bie spra­wę, że to się sta­nie. Nie utrzy­ma­łbym tej dziew­czy­ny przy so­bie na za­wsze, nie­wa­żne, jak bar­dzo bym pra­gnął, żeby było ina­czej.

Po­wrót ojca do domu oka­zał się gwo­ździem do trum­ny. Ko­la­cja mi­nęła w ci­szy, przy­naj­mniej w wi­ęk­szo­ści. Kie­dy wspo­mnia­łem o ko­lej­nych pro­ble­mach w szko­le, Tho­mas Pal­mer na­pu­szył się ni­czym paw. Stchó­rzy­łem i nie po­wie­dzia­łem mat­ce, że nie da­wa­łem już rady. Z ka­żdym dniem to wszyst­ko co­raz bar­dziej ci­ąży­ło mi psy­chicz­nie. Los co­dzien­nie do­kła­dał ce­gie­łkę cze­goś, z czym so­bie nie ra­dzi­łem.

A kie­dy bąk­nąłem coś o Char?

Wte­dy roz­po­czął się ist­ny ar­ma­ge­don ze stro­ny Da­rii.

Wpa­dłem w taki szok, że prze­sta­łem zwra­cać uwa­gę na to, co wy­krzy­ki­wa­ła moja mat­ka. Po pro­stu wsta­łem od sto­łu i ru­szy­łem do wła­sne­go po­ko­ju. Za­mknąłem się w nim. Z dołu do­cho­dził spo­koj­ny głos Tho­ma­sa, któ­ry pró­bo­wał uspo­ko­ić żonę.

Na­gle wy­jazd na ryby z oj­cem prze­stał wy­da­wać się ta­kim do­brym po­my­słem. Nie mia­łem po­jęcia, o czym z nim roz­ma­wiać. Cza­sa­mi ła­pa­łem się na my­śle­niu o tym, że stał się dla mnie nie­mal ob­cym czło­wie­kiem – w domu wi­ęcej go nie było, niż był, nie dzie­li­li­śmy za­in­te­re­so­wań, ostat­nio spędza­li­śmy ra­zem czas bar­dzo daw­no temu. Le­d­wie uda­ło mi się wy­grze­bać ten dzień ze wspo­mnień.

Zda­łem so­bie spra­wę, że tam­te lata były wspa­nia­łe. Pe­łne bez­tro­ski i pew­no­ści, że świat to pi­ęk­ne miej­sce. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łem, że śmie­rć to zgni­li­zna, któ­ra po­tra­fi ska­zić umy­sł i ser­ce; że su­mie­nie to nie za­wsze anio­łek, a często wręcz pod­stęp­ny dia­be­łek, któ­ry szep­cze do ucha za­tru­te sło­wa, przez któ­re ma­rzy­łem o ode­bra­niu so­bie ży­cia.

Prze­le­ża­łem w łó­żku całą noc z ręko­ma za­ło­żo­ny­mi pod gło­wą. Wpa­try­wa­łem się tępo w su­fit, jak­bym miał tam zna­le­źć od­po­wie­dzi na dręczące mnie py­ta­nia.

Dla­cze­go mu­szę to wszyst­ko zno­sić?

Dla­cze­go uda­ję, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, sko­ro czu­ję się bez­na­dziej­nie?

Czy na­praw­dę mam na kogo li­czyć, czy je­stem w tym wszyst­kim sam?

Cze­mu tak kur­czo­wo trzy­mam się Char­lot­te? Może to czas, żeby po­zwo­lić jej ode­jść?

Jak dłu­go będę w sta­nie jesz­cze to wszyst­ko wy­trzy­my­wać?

Od­po­wie­dź nie po­ja­wi­ła się ma­gicz­nie na bia­łym skle­pie­niu, wy­ja­śnie­nie na­gle mnie nie olśni­ło. Ist­nia­ły tyl­ko ci­sza, pust­ka i nie­ustępli­wy chłód.

Kie­dy na li­nii ho­ry­zon­tu po­ja­wi­ło się de­li­kat­ne świa­tło sło­ńca, usły­sza­łem kro­ki. Na­dzie­ja, jaką ze sobą nió­sł nowy po­ra­nek, szyb­ko wy­pa­ro­wa­ła. Marsz ojca przy­wo­dził na myśl za­po­wie­dź woj­ny. Ko­lej­nej, któ­rą mu­sia­łem sto­czyć tego dnia.

Za­nim zdążył za­pu­kać w drzwi, usia­dłem na łó­żku. Wy­ci­ągnąłem spod nie­go tor­bę pod­ró­żną, przy­po­mnia­łem so­bie o ple­ca­ku zo­sta­wio­nym na ko­ry­ta­rzu. Ob­sta­wia­łem, że mat­ka wszyst­kie­go się do­my­śli­ła i sama za­jęła jego wy­pra­niem.

Ci­chy dźwi­ęk zde­rze­nia pi­ęści z drew­nem roz­sze­dł się po po­miesz­cze­niu.

– Pro­szę! – za­wo­ła­łem, ze­rwaw­szy się na rów­ne nogi.

Tata wpa­ro­wał do środ­ka. Ro­zej­rzał się nie­pew­nie po czy­stym wnętrzu. W jego źre­ni­cach bły­snęła iskier­ka za­sko­cze­nia. Pew­nie nie spo­dzie­wał się uj­rzeć ta­kie­go po­rząd­ku w po­ko­ju na­sto­lat­ka. Nie mia­łem za­mia­ru wspo­mi­nać, że to za­słu­ga jego żony, sko­ro ona sama tego nie zro­bi­ła.

– Wy­je­żdża­my za czter­dzie­ści mi­nut. Za dwa­dzie­ścia zej­dź na śnia­da­nie – oznaj­mił to­nem nie­zno­szącym sprze­ci­wu.

Kiw­nąłem gło­wą na znak, że przy­jąłem in­for­ma­cję do wia­do­mo­ści. Oj­ciec za­trzy­mał wzrok dłu­żej na mo­jej twa­rzy. To­czy­li­śmy nie­mą wal­kę, tyle że w jego oczach nie do­strze­głem nie­za­do­wo­le­nia, zło­ści czy za­wo­du. Pa­trzył na mnie w taki spo­sób, jak­by coś stra­cił.

A po­tem tak po pro­stu wy­sze­dł, bez sło­wa.

W ci­ągu dwu­dzie­stu mi­nut zdąży­łem spa­ko­wać do tor­by kurt­kę wia­trów­kę, parę ka­lo­szy, któ­re tkwi­ły za­ko­pa­ne głębo­ko w sza­fie, czap­kę i ciu­chy na prze­bra­nie. Przed ze­jściem do kuch­ni wstąpi­łem do to­a­le­ty, skąd za­bra­łem śro­dek prze­ciw owa­dom. Ka­żdą czyn­no­ść wy­ko­ny­wa­łem jed­nak z oci­ąga­niem, zmu­sza­jąc ko­ńczy­ny do wy­ko­ny­wa­nia ru­chów.

Kie­dy do­ta­rłem na dół, tata już jadł. Z ro­snącą gulą w gar­dle po­sta­no­wi­łem skosz­to­wać śnia­da­nia. Za­cząłem za­sta­na­wiać się, gdzie je zwró­cę. Do za­trzy­ma­nia je­dze­nia w żo­łąd­ku nie prze­ko­nał mnie na­wet fakt, że na­praw­dę do­brze sma­ko­wa­ło.

Tho­mas Pal­mer ucho­dził w ro­dzi­nie za wy­śmie­ni­te­go ku­cha­rza. Jako dziec­ko pra­gnąłem, żeby to on przy­go­to­wy­wał ka­żdy mój po­si­łek. Jesz­cze wte­dy mógł to ro­bić, sko­ro pra­co­wał w Le­xing­ton. Kil­ka lat pó­źniej pod­jął się za­trud­nie­nia, któ­re po­le­ga­ło głów­nie na wy­jaz­dach. W ten oto spo­sób prze­stał być wa­żną częścią mo­je­go ży­cia.

– Nie mu­sisz się zmu­szać. – Zna­cząco spoj­rzał na moje pal­ce. Do tej pory nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, jak moc­no za­ci­ska­łem je na wi­del­cu.

Prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę, ra­zem z reszt­ka­mi tego jed­ne­go kęsa omle­ta.

– Nie wiem, o czym mó­wisz – od­po­wie­dzia­łem z uda­wa­ną obo­jęt­no­ścią. Tak na­praw­dę z ner­wów aż skręca­ły mi się kisz­ki.

Odło­żył sztu­ćce na ta­lerz. Si­ęgnął do po­jem­ni­ka z chu­s­tecz­ka­mi, sta­no­wi­ło ono je­dy­ną fi­zycz­ną ba­rie­rę mi­ędzy nami. Wy­jął je­den li­stek i wy­ta­rł nim usta. Gło­śno od­chrząk­nął, po czym ze­brał się na od­wa­gę i po­wie­dział:

– Mo­że­my nie być już bli­sko, ale ja na­dal je­stem two­im ro­dzi­cem. Wy­star­czy mi jed­no zer­k­ni­ęcie w two­ją stro­nę, by wie­dzieć, że się z czy­mś zma­gasz. – Rzu­cił zu­ży­tą ser­wet­kę na ta­lerz. Wstał od sto­łu, pod­no­sząc brud­ne na­czy­nie i do­dał: – Przy nas nie mu­sisz ni­cze­go uda­wać. Pa­mi­ętaj o tym, synu.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Przez mo­ment po­czu­łem się, jak­bym go od­zy­skał. Cho­ciaż trwa­ło to rap­tem uła­mek se­kun­dy, wy­star­czy­ło, by na­pe­łnić moje ser­ce nową daw­ką na­dziei – w ostat­nim cza­sie tak bar­dzo po­trzeb­nej mi do ży­cia.

Przy­go­to­wał dwa ter­mo­sy z cie­płą her­ba­tą, spa­ko­wał je do osob­nej tor­by ra­zem z za­pa­sa­mi je­dze­nia. Co­kol­wiek przy­go­to­wał, na pew­no ci­ężko będzie mi to prze­łk­nąć, ale… Zła­pa­łem się na my­śli, że może mó­głbym spró­bo­wać.

Ten je­den raz.

Dro­ga nad rze­kę za­jęła nam tro­chę cza­su. Oj­ciec nie lu­bił ło­wić w oko­li­cach Le­xing­ton, wo­lał od­je­żdżać ka­wa­łek da­lej, gdzie pa­no­wał wi­ęk­szy spo­kój. Ci­szę prze­ry­wa­ło je­dy­nie ra­dio, co chy­ba nie prze­szka­dza­ło żad­ne­mu z nas.

Otwo­rzy­łem okno, wy­chy­li­łem twarz ku sło­ńcu. Pierw­szy raz od daw­na po­zwo­li­łem pro­mie­niom na­praw­dę otu­lić mnie swo­im cie­płem. Wy­da­wa­ły się ta­kie zna­jo­me. Wcze­śniej też je czu­łem, ale nie mia­łem śmia­ło­ści ich chło­nąć.

Trzy go­dzi­ny pó­źniej roz­sta­wi­li­śmy na­miot, roz­ło­ży­li­śmy śpi­wo­ry, a po­tem tata usta­wił węd­ki. Przy­go­to­wa­łem dwa le­ża­ki, po czym sta­nąłem obok nich i za­ci­ągnąłem się świe­żym po­wie­trzem. Py­łki ro­ślin dra­żni­ły moje noz­drza. Nie­opo­dal znaj­do­wa­ła się dzi­ka łąka, na któ­rej do­strze­głem ko­lo­ro­we kwia­ty. Po­tra­fi­łem je roz­ró­żnić tyl­ko dzi­ęki ma­mie. Wie­dzia­łem, że maki i go­rycz­ki sta­no­wią ide­al­ny po­karm dla psz­czół, z ko­lei tro­je­ść dla gąsie­nic mo­ty­li.

– Wiesz, kie­dy by­łem w li­ceum, mie­li­śmy tam kil­ku gów­nia­rzy. Sądzi­li, że da­dzą radę wszyst­ki­mi rządzić – za­czął oj­ciec, czym zwró­cił na sie­bie moją uwa­gę. Jed­no­cze­śnie re­gu­lo­wał ży­łkę na węd­ce, spraw­dzał jej na­pi­ęcie. – Na po­cząt­ku do mnie nie pod­cho­dzi­li, ale kie­dy zma­rła two­ja bab­cia, zna­la­złem się w na­praw­dę mrocz­nym miej­scu w ży­ciu. Za­mknąłem się w so­bie, od­da­li­łem od przy­ja­ciół. Wy­bra­łem sa­mot­no­ść.

Zmarsz­czy­łem brwi skon­ster­no­wa­ny nad­mier­ną wy­lew­no­ścią ojca. Nie pa­mi­ęta­łem, żeby kie­dy­kol­wiek o czy­mś ta­kim wspo­mi­nał.

– Do cze­go dążysz? – Nie uda­ło mi się ukryć cie­ka­wo­ści w to­nie gło­su.

On po­sta­no­wił jed­nak drążyć te­mat, uda­jąc, że nie sły­szał mo­je­go py­ta­nia.

– Kie­dy już zo­sta­łem ca­łkiem sam, po­de­szli do mnie pierw­szy raz. Tro­chę mnie po­sztur­cha­li, w ten spo­sób się za­częło. Z ka­żdym ty­go­dniem szło to w co­raz gor­szą stro­nę. Wy­zwi­ska, ob­le­wa­nie na­po­ja­mi, głu­pie żar­ty. Któ­re­goś razu zna­la­złem w swo­jej szkol­nej szaf­ce zde­chłą żabę – prych­nął z za­że­no­wa­niem.

– Da­lej nie ro­zu­miem, o co ci cho­dzi.

– A ja da­lej nie po­tra­fię zro­zu­mieć, dla­cze­go po­pro­si­łeś mat­kę, by od­pu­ści­ła te­mat. – Spoj­rzał na mnie gniew­nie. – Ja w tam­tym mo­men­cie bła­ga­łem, żeby ktoś mi po­mó­gł. Wiem, że mie­rzysz się z czy­mś dla nas nie­wy­obra­żal­nym, ale przez coś ta­kie­go… To nas boli, synu. Myśl, że mo­że­my cię stra­cić. Mat­ka co noc pła­cze w po­dusz­kę, bo nie wie, co ro­bić. Nie chcesz jeść, prak­tycz­nie nie wsta­jesz z łó­żka, od­rzu­casz wszel­ką po­moc, nie masz przy­ja­ciół…

– Mam Char­lot­te – prze­rwa­łem mu twar­do.

Uśmiech­nął się w smut­no.

– Tak, masz Char­lot­te – od­pa­rł ci­cho. – Jed­nak po­wi­nie­neś so­bie za­dać py­ta­nie: czy Char­lot­te by chcia­ła, że­byś ją miał?

Po­pra­wi­łem się na le­ża­ku. Coś za­częło uwie­rać mnie w że­bra. Wie­dzia­łem, że to nic fi­zycz­ne­go, na­ma­cal­ne­go. To ból wy­wo­ła­ny sło­wa­mi ojca. Wy­cho­dzi­ło na to, że on rów­nież wi­dział, jak moje re­la­cje z przy­ja­ció­łką upa­da­ły ka­żde­go dnia co­raz bar­dziej.

I nie po­tra­fię tego po­wstrzy­mać.

Wi­dząc moją zdez­o­rien­to­wa­ną minę, do­dał:

– Słu­chaj, chcę ci tyl­ko po­wie­dzieć, że nie po­wi­nie­neś się wsty­dzić. By­łem na two­im miej­scu, Tony. Prze­ży­łem, bo pro­si­łem o po­moc. I nie czu­ję z tego po­wo­du wsty­du. – Prze­stał ba­wić się węd­ką. Za­rzu­cił ją, usta­wił, a na­stęp­nie pod­sze­dł bli­żej. Uło­żył dłoń na moim ra­mie­niu i lek­ko je ści­snął. – Mężczy­zna to nie mu­sku­ły, bli­zny na rękach od ci­ężkiej pra­cy i wiel­kie ego. Mężczy­zna to czło­wiek z emo­cja­mi, ta­ki­mi sa­my­mi, jak ka­żdy inny. Masz pra­wo czuć się go­rzej, mieć chwi­le zwąt­pie­nia, pła­kać. Jed­nak ni­g­dy, Tony, prze­nig­dy nie masz pra­wa się pod­dać. Ro­zu­miesz?

Po­czu­łem, że w oczach zbie­ra­ją się łzy. Pierw­szy raz od roku nie mu­sia­łem się kryć z wła­sny­mi uczu­cia­mi. Za­la­ła mnie fala ulgi, ale ta­kże żalu do sa­me­go sie­bie. Tyle cza­su to wszyst­ko tłam­si­łem w środ­ku, że na­wet nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, jak bar­dzo po­trze­bo­wa­łem ta­kie­go wspar­cia. Za­po­mnia­łem, że si­ęga­nie po nie, nie było ozna­ką mo­jej sła­bo­ści.

Tata ota­rł sło­ne kro­ple z mo­jej twa­rzy, a na­stęp­nie ob­jął mnie z taką siłą, jak­by żył w stra­chu, że mo­głem się roz­pa­ść na drob­ne ka­wa­łki i znik­nąć na za­wsze.

– Ko­cham cię, synu. Je­stem przy to­bie, ale przede wszyst­kim je­stem cho­ler­nie dum­ny, że ży­jesz.

Te sło­wa spra­wi­ły, że pękłem. Gło­śno za­szlo­cha­łem, a ten szloch za­mie­nił się w ogrom­ny płacz, od któ­re­go trzęsło się całe cia­ło. Za­wo­dzi­łem w nie­bo. Oj­ciec pod­trzy­my­wał mnie, że­bym nie upa­dł.

– Po­móż mi, tato – po­pro­si­łem mi­ędzy na­pa­da­mi pła­czu. – Po­móż mi to wszyst­ko sko­ńczyć.

– Po­mo­gę ci prze­żyć – obie­cał z mocą w gło­sie.

Po tym jed­nym in­cy­den­cie, na nowo się na nie­go otwo­rzy­łem. Sie­dzie­li­śmy i go­dzi­na­mi roz­ma­wia­li­śmy o wszyst­kim, co mnie męczy­ło. Wy­ja­śni­łem mu, dla­cze­go bła­ga­łem mamę o za­ko­ńcze­nie prób uzy­ska­nia spra­wie­dli­wo­ści dla mnie i in­nych gnębio­nych uczniów. Nie chcia­łem, żeby moja ro­dzi­na mia­ła przez to wi­ęk­sze pro­ble­my i była na języ­kach ca­łe­go Le­xing­ton oraz oko­licz­nych mia­ste­czek.

Ni­g­dy w ży­ciu nie wi­dzia­łem ojca tak wście­kłe­go. Po­wie­dział tyl­ko, że prze­sze­dłby dla mnie boso przez pie­kło, po czym ka­zał po­ło­żyć się w na­mio­cie. Za­ko­pa­ny w śpi­wór, wy­jąłem te­le­fon. Od­blo­ko­wa­łem ekran, wsze­dłem w kon­tak­ty. Zna­la­złem imię Char­lot­te z czar­nym ser­dusz­kiem. Otwo­rzy­łem kon­wer­sa­cję i wy­sła­łem jed­ną, krót­ką wia­do­mo­ść.

Ja: Tęsk­nię za tobą.

Nie do­sta­łem od­po­wie­dzi.

Przypisy

* Tekst pio­sen­ki wy­my­ślo­ny przez au­tor­kę.

Co­py­ri­ght © for the text by Do­mi­ni­ka Hajs

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja:

Ewa Wo­źniak

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Alek­san­dra Ku­czy­ńska

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-26-3