Niebo nie przyjmuje pasażerów - Dominika Hajs - ebook
NOWOŚĆ

Niebo nie przyjmuje pasażerów ebook

Dominika Hajs

4,7

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Tony ma siedemnaście lat i wydarzenie za sobą, które zmieniło całe jego życie. Rok temu był zwykłym licealistą. Dziś budzi się ze świadomością, że odebrał innemu człowiekowi życie.

W małym miasteczku pamięć o tragedii nie gaśnie. Relacje się rozpadają, rodzina oddala, a każdy krok naprzód kończy się upadkiem. Tony coraz głębiej zamyka się w świecie, w którym rządzi ból.

Jest tylko Charlotte – przyjaciółka, która towarzyszyła mu tamtego dnia i zna całą prawdę. Jedyna, która przy nim została i wspiera na każdym kroku.

Świat wydał już na niego wyrok. Tony musi zdecydować, czy dalej chce być tylko pasażerem we własnym życiu, czy zacznie nim kierować. Tylko czy w ogóle ma jeszcze jakieś szanse na przyszłość? I czy Charlotte faktycznie mu pomaga, a nie ciągnie w dół?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 347

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (15 ocen)
12
2
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Sleepwaalker

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowne 😍 ile łez wylanych...
20
siyah_kiki

Nie oderwiesz się od lektury

Pani Hajs znów to zrobiła. Ale inaczej. Po prostu... INACZEJ NAS ZŁAMAŁA. czytajcie i płaczcie.
20
Katarzyna_O78

Nie oderwiesz się od lektury

Chyba jeszcze brak mi słów, rewelacyjna książka, chociaż czytana przez łzy. Polecam
20
mikkaa28

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna historia, która złamie ci serce, by na nowo je poskładać 🩷🥹
20
apwysokinska

Nie oderwiesz się od lektury

Porusza. Ale jak porusza! Tak naprawdę to książka dla każdego, bo jest o nas samych. Ale tej historii się nie pochłania – w nią się wpada. Bez reszty, bez tchu i ze łzami. Bo powiedz, drogi czytelniku, czy nigdy niczego nie straciłeś? Miłości? Marzeń? Szansy? Nigdy nie trawił cię żal tak duży, że nie mogłeś oddychać? Uciekałeś? Krzyczałeś? A może… Zniknąłeś? Poznajemy Tony’ego rok po tragedii, która odebrała mu wszystko. W jednej chwili beztroska przyszłość rozpłynęła się w krwi na asfalcie. To nie była jego krew, ale on siedział za kółkiem… Czytelnik razem z Tonym przechodzi przez wszystkie etapy żałoby – za życiem, które odebrał i samym sobą. To książka, której nie da się opowiedzieć, a nawet nie wolno. Ją trzeba zrozumieć. Doświadczyć emocji, którymi autorka nasączyła słowa, akapity, całe rozdziały. Polecam z całego serca. Trzeba po prostu pozwolić sobie na przejście całego procesu straty. Każdej straty, bo żadnej nie można umniejszać. Proces to niezbędny element uzdrowienia –...
10



Dla Cie­bie, bo cho­ciaż już Cię nie wi­dzę, to wiem, że ze mną je­steś.

Mam na­dzie­ję, że Two­ja du­sza o mnie pa­mi­ęta.

I dla Cie­bie, bo wy­ci­ągnęłaś mnie z tej ciem­no­ści.

Je­śli kie­dyś znaj­dziesz się na moim miej­scu, chwy­cę Twą dłoń i przej­dzie­my przez to ra­zem.

Ostrzeżenie

Za­nim po­dej­miesz się lek­tu­ry, mu­sisz zro­zu­mieć kil­ka naj­wa­żniej­szych dla mnie kwe­stii:

Opi­sa­ne wy­da­rze­nia ba­zu­ją na mo­ich

spo­strze­że­niach

oraz

do­świad­cze­niach

. Je­śli szu­kasz de­fi­ni­cji z pod­ręcz­ni­ka Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia dla de­pre­sji, traum ogól­nie, za­bu­rzeń odży­wia­nia i za­bu­rzeń psy­cho­tycz­nych, to tu­taj tego nie znaj­dziesz. Po­ka­zu­ję „praw­dzi­wą twarz” wy­żej wy­mie­nio­nych, wie­dząc, w jaki spo­sób do­tknęły mnie oraz

zna­ne mi oso­by

.

Po­ru­szam wa­żne te­ma­ty, a sam na­strój ksi­ążki jest moc­no me­lan­cho­lij­ny i smut­ny. Mo­żesz się na­tknąć na wąt­ki do­ty­czące sa­mo­bój­stwa.

Ten pro­blem do­ty­ka wszyst­kich – nie tyl­ko oso­by na­sto­let­nie, lecz ta­kże do­ro­słych.

Ta hi­sto­ria po­ru­sza nie tyle wa­żne, co trud­ne kwe­stie. Choć sta­ra­łam się po­ka­zać praw­dę z sza­cun­kiem i em­pa­tią, zda­ję so­bie spra­wę, że nie­któ­re sce­ny/prze­my­śle­nia mo­je­go głów­ne­go bo­ha­te­ra mogą być ci­ężkie dla wra­żli­wych osób. Si­ęgnij po tę po­zy­cję,

tyl­ko

je­śli je­steś pew­ny(-a), że dasz radę. Do ni­cze­go się nie zmu­szaj. Two­je zdro­wie i ży­cie są naj­wa­żniej­sze.

Zde­cy­do­wa­łeś(-aś) się iść da­lej?

Świet­nie!

To te­raz grzecz­nie przy­go­tuj chu­s­tecz­ki. Ja pła­ka­łam pod­czas pi­sa­nia tej hi­sto­rii. My­ślę, że znaj­dą się lu­dzie, któ­rzy ta­kże ją zro­zu­mie­ją.

Ca­ło­do­bo­we te­le­fo­ny za­ufa­nia dla dzie­ci i mło­dzie­ży to: 116 111 (Fun­da­cja Da­je­my Dzie­ciom Siłę) i 800 12 12 12 (Dzie­ci­ęcy Te­le­fon Za­ufa­nia Rzecz­ni­ka Praw Dziec­ka).

Oba są bez­płat­ne i ano­ni­mo­we, a kon­sul­tan­ci udzie­la­ją wspar­cia psy­cho­lo­gicz­ne­go oraz in­for­ma­cji.

Ca­ło­do­bo­we nu­me­ry, pod któ­ry­mi wspar­cie mogą uzy­skać oso­by do­ro­słe to: 116 123 (Ogól­no­pol­ska Po­rad­nia Te­le­fo­nicz­na dla Osób Prze­ży­wa­jących Kry­zys Emo­cjo­nal­ny) oraz 800 70 2222 (Cen­trum Wspar­cia dla Osób Do­ro­słych w Kry­zy­sie Psy­chicz­nym).

Po­łącze­nia są bez­płat­ne!

Za­pra­szam do lek­tu­ry. Prze­żyj­my to ra­zem.

Prolog

Tony

21.03.2022

Świa­tła re­flek­to­rów oświe­tla­ły dro­gę.

Mu­zy­ka gra­ła gło­śno, ru­sza­li­śmy gło­wa­mi w jej rytm. Char­lot­te śpie­wa­ła na miej­scu pa­sa­że­ra, wy­ma­chu­jąc ręka­mi. Ja swo­je trzy­ma­łem moc­no za­ci­śni­ęte na kie­row­ni­cy.

Uwa­żnie słu­cha­łem gło­su przy­ja­ció­łki. Pi­ęk­nie śpie­wa­ła i za ka­żdym ra­zem, kie­dy się nió­sł, nie umia­łem opa­no­wać sze­ro­kie­go uśmie­chu.

They call us bro­ken, but we laugh at that,

We li­ght the fire and we don’t look back,

And we live the best life,

Yeah, we’re al­ri­ght tho­ugh!*

Po tych sło­wach ro­ze­śmia­ła się do­no­śnie. Opa­rła tył gło­wy o za­głó­wek i wes­tchnęła, jed­no­cze­śnie przy­ci­sza­jąc ra­dio.

– Dzi­ęku­ję, Tony. Za­bra­nie mnie na kon­cert było naj­lep­szym pre­zen­tem uro­dzi­no­wym, jaki mo­głeś mi po­da­ro­wać.

Zer­k­nąłem na nią kątem oka. Blond wło­sy po­tar­gał wiatr, ale czar­na ko­kard­ka sku­tecz­nie pod­trzy­my­wa­ła część ko­smy­ków w gó­rze. W tym wy­da­niu wy­gląda­ła cho­ler­nie uro­czo.

Spoj­rza­ła na mnie wy­cze­ku­jąco. Wzru­szy­łem non­sza­lanc­ko ra­mio­na­mi i po­wró­ci­łem wzro­kiem na dro­gę. Wo­kół nas za­czął roz­ta­czać się gęsty las. Mi­nęli­śmy ostat­nią la­tar­nię. Wje­cha­li­śmy w ciem­no­ść.

– Znam cię na wy­lot, Char. Wie­dzia­łem, że za­wsze chcia­łaś usły­szeć tę ka­pe­lę na żywo. – Nie do­da­łem, że moje uszy krwa­wi­ły, bo nie­na­wi­dzi­łem tego ro­dza­ju mu­zy­ki.

Dla niej jed­nak go­dzi­łem się prze­trwać naj­wi­ęk­sze ka­tu­sze.

Za­pa­dła mi­ędzy nami ci­sza. Ni­g­dy nie wy­da­wa­ła się tak ci­ężka, jak tego dnia. Char­lot­te nie ode­zwa­ła się ani sło­wem, ale czu­łem, że bacz­nie mnie ob­ser­wo­wa­ła. Na moje po­licz­ki wstąpił go­rący ru­mie­niec. Nie zdo­ła­łem się po­wstrzy­mać i znów od­wró­ci­łem gło­wę w jej stro­nę.

– Wiesz, ja… – Opu­ści­ła wzrok na swo­je pal­ce. Ner­wo­wo się nimi ba­wi­ła. – My­ślę, że cię ko­cham.

Mi­ęśnie zwiot­cza­ły, prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę. Tyle razy chcia­łem wy­znać przy­ja­ció­łce swo­je uczu­cia, a kie­dy w ko­ńcu mia­łem oka­zję, żeby po­wie­dzieć „Ja cie­bie też”, nie po­tra­fi­łem wy­du­sić z sie­bie żad­ne­go sen­sow­ne­go zda­nia.

– Char… – za­cząłem, ale mi prze­rwa­ła.

– Tony! – wy­krzy­cza­ła prze­ra­żo­na. – Uwa­żaj!

Na­tych­miast prze­nio­słem uwa­gę na uli­cę. Wszyst­ko wy­da­rzy­ło się w ułam­ku se­kun­dy.

W świe­tle re­flek­to­rów po­ja­wi­ła się ko­bie­ta. Do­strze­głem jej wy­stra­szo­ny wy­raz twa­rzy. Wci­snąłem ha­mu­lec, ale auto nie za­trzy­ma­ło się tak szyb­ko, jak bym chciał. Ude­rze­nie szarp­nęło moim cia­łem.

Ostat­nim, co za­pa­mi­ęta­łem, były ja­sne wło­sy, całe we krwi.

I już wie­dzia­łem, że ko­goś za­bi­łem.

Rozdział 1

Tony

21.03.2023

Tego dnia przy­pa­da­ła rocz­ni­ca fe­ral­ne­go wy­pad­ku.

Le­ża­łem w łó­żku i nie chcia­łem otwo­rzyć oczu. Cho­le­ra, na­wet nie pró­bo­wa­łem tego zro­bić. Na siłę za­ci­ska­łem po­wie­ki ze świa­do­mo­ścią, że do­kład­nie trzy­sta sze­śćdzie­si­ąt pięć dni temu ode­bra­łem ży­cie nie­win­nej ko­bie­cie. Mia­ła za­le­d­wie dwa­dzie­ścia pięć lat, a ja uni­ce­stwi­łem jej szan­se na za­ło­że­nie ro­dzi­ny. Na za­zna­nie praw­dzi­wej mi­ło­ści. Na ka­rie­rę. Na sta­ro­ść.

Emi­ly Wat­son.

Po­wta­rza­no mi, że to nie moja wina. We­szła na dro­gę przy­pad­kiem, nie wi­dzia­ła nad­je­żdża­jące­go auta. Wra­ca­ła z im­pre­zy. Nie no­si­ła od­bla­sków. Była pod wpły­wem al­ko­ho­lu.

Żad­ne sło­wa nie zdo­ła­ły jed­nak uci­szyć wy­rzu­tów su­mie­nia, któ­re sta­le mnie za­dręcza­ły.

Praw­da była taka, że my­śla­łem o niej ka­żde­go dnia. O świ­cie, o zmro­ku i po­mi­ędzy tymi dwo­ma po­ra­mi. Ka­żdą se­kun­dę wła­snej eg­zy­sten­cji po­świ­ęca­łem na roz­pa­mi­ęty­wa­nie błędu, ja­kim oka­za­ło się za­bra­nie Char­lot­te na ten cho­ler­ny kon­cert.

Naj­gor­sze, że tam­te­go dnia nie za­bi­łem tyl­ko Emi­ly.

Za­bi­łem ko­goś jesz­cze.

Sie­bie.

Usły­sza­łem sze­lest po­ście­li. Uchy­li­łem jed­no oko za­cie­ka­wio­ny, kto za­kłó­cił ci­szę. Nie pla­no­wa­łem wy­jść z łó­żka ani pó­jść do szko­ły. Ostat­nia kla­sa li­ceum, a ja czu­łem się jak naj­wi­ęk­szy wy­rzu­tek spo­łe­cze­ństwa. Do tej pory wy­ty­ka­li mnie pal­ca­mi, ob­ga­dy­wa­li za ple­ca­mi.

Nie­na­wi­dzi­łem Le­xing­ton High. I ka­żde­go ucznia tego za­sra­ne­go li­ceum.

Char sie­dzia­ła po dru­giej stro­nie łó­żka. Jed­ną ręką pod­pie­ra­ła się o ma­te­rac, a dru­gą po­pra­wia­ła czar­ną ko­kar­dę we wło­sach – jej znak roz­po­znaw­czy. Kre­mo­wy swe­te­rek wy­glądał na nie­świe­ży. Nic dziw­ne­go. Ta data wy­ry­ła się ta­kże w jej pa­mi­ęci.

Tam­te­go dnia wy­zna­ła, że mnie ko­cha. Mia­łem za­miar od­po­wie­dzieć tym sa­mym. Nie zdąży­łem, a po­tem było już za pó­źno. Wy­pa­dek zmie­nił nas obo­je i cho­ciaż przy­ja­źń prze­trwa­ła, za­bra­kło miej­sca na mi­ło­ść. Zo­sta­ła stłu­mio­na gdzieś po­mi­ędzy ża­lem a zgorzk­nie­niem.

Cie­nie pod brązo­wy­mi ocza­mi dziew­czy­ny oraz jej bla­da cera sta­no­wi­ły wy­star­cza­jące po­twier­dze­nie tych dwóch emo­cji.

– Na­wet nie pró­buj mnie na­ma­wiać na opusz­cze­nie po­ko­ju – burk­nąłem, po czym po­now­nie przy­mknąłem po­wie­ki.

Wsłu­chi­wa­łem się w rytm ze­ga­ra wi­szące­go nad drzwia­mi. Był iry­tu­jąco gło­śny. Do­bry, żeby za­głu­szyć nie­chcia­ne my­śli.

– Nie po to przy­szłam. – Miej­sce na dło­ni, w któ­rym na­sze skó­ry wcho­dzi­ły w kon­takt, przy­jem­nie mro­wi­ło. – Sama od­wie­dzi­łam Emi­ly. Ty… nie je­steś jesz­cze go­to­wy.

– Ni­g­dy nie będę na to go­to­wy. – Otwo­rzy­łem oczy tyl­ko po to, żeby zo­ba­czyć za­wód na twa­rzy przy­ja­ció­łki. Wes­tchnąłem ci­ężko. – Prze­pra­szam. Nie po­wi­nie­nem wy­ła­do­wy­wać na to­bie fru­stra­cji.

Uśmiech­nęła się smut­no.

– To nic. Sie­dzi­my w tym ra­zem. Po­mo­gę ci – oznaj­mi­ła spo­koj­nie, nie­zra­żo­na moim wy­bu­chem.

– Jak? – Łzy przy­sło­ni­ły wi­dok. – Mi­nął rok, a ja da­lej nie po­tra­fię o tym roz­ma­wiać. Wspo­mnie­nia mnie do­bi­ja­ją. Nie umiem ru­szyć z miej­sca.

Mu­snęła opusz­ka­mi pal­ców mój po­li­czek. Były zim­ne, ale nie zdzi­wi­ło mnie to. Char­lot­te za­wsze mia­ła ni­ską tem­pe­ra­tu­rę cia­ła, co cza­sem dzia­ła­ło zba­wien­nie.

– Mi­nął do­pie­ro rok, Tony – pod­kre­śli­ła. – Może mi­nąć i dzie­si­ęć lat, ale w ko­ńcu po­czu­jesz się le­piej i zdasz so­bie spra­wę, że to ja…

– Nie. Ni­g­dy bym tego na cie­bie nie zrzu­cił. To ja pro­wa­dzi­łem. Ja za­bi­łem Emi­ly. Nie ty. Ni­g­dy ty.

– W po­rząd­ku. Kie­dyś zro­zu­miesz. – Z ja­kie­goś po­wo­du od­no­si­łem wra­że­nie, że te sło­wa skie­ro­wa­ła bar­dziej do sie­bie niż do mnie. – Więc… chcesz spędzić cały dzień w łó­żku? Nie le­piej sta­wić temu czo­ła?

– Mia­łaś mnie nie na­ma­wiać.

Char unio­sła dło­nie w obron­nym ge­ście.

– Chcia­ła­bym, że­byś żył nor­mal­nie.

Par­sk­nąłem pod no­sem i usia­dłem na ma­te­ra­cu. Na­sze oczy znaj­do­wa­ły się na tej sa­mej wy­so­ko­ści. Boże, tak bar­dzo ją ko­cha­łem. Nie­ste­ty, nic już nie mo­głem z tym zro­bić. Ta szan­sa bez­po­wrot­nie mi­nęła.

– Tak jak ty? – Szept wy­brzmiał mi­ędzy nami zbyt gło­śno. – Po­wi­nie­nem wsta­wać ka­żde­go ran­ka, uśmie­chać się i uda­wać, że nic się nie sta­ło? Bo to wła­śnie ro­bisz. Ucie­kasz od pro­ble­mu. Może nie je­steś win­na temu, że Emi­ly nie żyje, ale by­łaś tam ze mną. Nie ru­sza cię jej śmie­rć?

Kąci­ki jej ust opa­dły.

– Nie masz po­jęcia, co czu­ję – od­pa­rła ostro­żnie. – Mnie ta­kże nie jest ła­two.

Za­pa­dła ci­sza. Za­wi­sły w niej nie­wy­po­wie­dzia­ne sło­wa.

Jak mo­głem choć przez chwi­lę po­my­śleć, że wy­pa­dek nie od­bił się na Char­lot­te? Prze­cież do­sko­na­le wi­dzia­łem to w jej spoj­rze­niu. Ten nie­wy­obra­żal­ny ból, któ­ry dzie­li­li­śmy mi­ędzy sobą. Co­dzien­nie za­pew­nia­ła mnie, że nie tkwi­łem w tym sam. Mimo to ci­ągle by­łem sa­mot­ny. Ani sło­wa przy­ja­ció­łki, ani żad­ne ge­sty nie były w sta­nie spra­wić, że­bym po­czuł się le­piej.

Bar­ki na­gle opa­dły pod ci­ęża­rem winy, jak­by Bóg po­ło­żył na nich dwa wor­ki pe­łne grze­chów i ka­zał się z nimi roz­pra­wić. Zro­bić ra­chu­nek su­mie­nia.

– Je­śli nie chcesz dziś iść do szko­ły, to nie idź. – Ton jej gło­su nie­mal ła­mał mi ser­ce. – Przyj­dę ju­tro, może będziesz w lep­szym na­stro­ju na roz­mo­wę. Ale już naj­wy­ższy czas, żeby zmie­rzyć się z de­mo­na­mi prze­szło­ści.

Mia­ła ra­cję. Ni­g­dy jed­nak nie przy­zna­łbym tego na głos. Po pro­stu za­mknąłem oczy i z po­wro­tem rzu­ci­łem się na łó­żko. By­łem tak zmęczo­ny przez kosz­ma­ry dręczące mnie no­ca­mi, że od­le­cia­łem w ułam­ku se­kun­dy. Nie wie­dzia­łem, kie­dy przy­ja­ció­łka opu­ści­ła mój po­kój.

Kie­dy po­now­nie się obu­dzi­łem, sło­ńce po­wo­li zmie­rza­ło na za­chód, go­to­we do skry­cia się za li­nią ho­ry­zon­tu. Za­zdro­ści­łem mu, że mo­gło cho­ciaż na kil­ka­na­ście go­dzin scho­wać się przed lu­dźmi.

– Tony, skar­bie?! Je­steś w domu?!

Krzyk mat­ki przeda­rł się przez za­mglo­ny umy­sł. Po­brzmie­wa­ła w nim nuta zmar­twie­nia. Od­chrząk­nąłem i le­d­wo zdąży­łem usi­ąść na łó­żku, gdy wpa­ro­wa­ła do mo­je­go azy­lu.

Da­ria Pal­mer na­le­ża­ła do pi­ęk­nych ko­biet. Dłu­gie, czar­ne loki oka­la­ły smu­kłą twarz, a błękit­ne oczy za­wsze wy­da­wa­ły się czuj­ne. Nie­uchron­nie do­bi­ja­ła pi­ęćdzie­si­ąt­ki, ale nada­rem­nie było szu­kać na jej skó­rze oznak sta­rze­nia. Przy­naj­mniej jesz­cze rok temu. Dziś do­strze­ga­łem nie­wiel­kie zmarszcz­ki na jej czo­le i zda­wa­łem so­bie spra­wę, że po­ja­wi­ły się przez stres, któ­ry, przy­spo­rzy­łem swo­im wy­bry­kiem.

Wy­krzy­wi­ła usta w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia. Po­ci­ągnęła no­sem, a na­stęp­nie po­de­szła do okna i lek­ko je uchy­li­ła. Od­wró­ci­ła się w moją stro­nę, skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­si. Ci­ężar cia­ła prze­nio­sła na jed­ną nogę.

– Za­ki­sisz się tu­taj. Wy­sze­dłeś cho­ciaż na mi­nu­tę z po­ko­ju? – za­py­ta­ła z wy­rzu­tem.

Pod­nio­słem z podło­gi wy­mi­ętą, sza­rą blu­zę. No­si­łem ją też wczo­raj, ale nie prze­szka­dza­ło mi to. Nie te­raz. Wsu­nąłem ubra­nie na nagi tors i wsta­łem z łó­żka.

– Daj mi spo­kój.

Zmarsz­czy­ła brwi. Uwa­żnie ska­no­wa­ła roz­bie­ga­nym wzro­kiem moją twarz, aż w ko­ńcu coś jej za­świ­ta­ło. Wy­ra­źnie do­strze­głem mo­ment, w któ­rym zro­zu­mia­ła.

– To dziś… – szep­nęła ze łza­mi w oczach.

W od­po­wie­dzi zdo­ła­łem je­dy­nie kiw­nąć gło­wą. Gar­dło bo­le­śnie za­ci­snęło się pod wpły­wem ci­ężkich emo­cji.

– Za­wie­źć cię na cmen­tarz?

– Nie. Char­lot­te już tam była.

– Tony…

– Prze­stań – prze­rwa­łem jej szorst­ko. – Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

Mama wes­tchnęła ci­ężko.

– A zej­dziesz cho­ciaż na ko­la­cję?

Na myśl o je­dze­niu żo­łądek za­ci­snął się w cia­sny su­peł. Nie było opcji, że­bym coś w sie­bie wci­snął. Ma­rzy­łem tyl­ko o tym, żeby po­now­nie za­snąć.

– Kie­dy oj­ciec wra­ca z de­le­ga­cji? – Spraw­nie zmie­ni­łem te­mat.

Po­sła­ła mi gniew­ne, kar­cące spoj­rze­nie, ale nie po­wró­ci­ła już do kwe­stii po­si­łku. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że się o mnie mar­twi­ła i po­wo­li mia­ła dość mo­jej ma­łej de­pre­sji. Po wy­pad­ku za­mknąłem się w so­bie, od­su­nąłem od wszyst­kich zna­jo­mych. Zo­sta­ła mi tyl­ko Char­lot­te Mar­chland – ró­wie­śnicz­ka, na­sto­lat­ka fran­cu­skie­go po­cho­dze­nia.

I tyl­ko ona trzy­ma­ła mnie przy zdro­wych zmy­słach.

– Ju­tro. Może wy­bie­rze­cie się ra­zem na ryby? – za­gad­nęła ostro­żnie. Nie pa­trzy­ła mi przy tym w oczy. Ru­szy­ła i za­częła zbie­rać z zie­mi brud­ne skar­pet­ki. Spo­dzie­wa­ła się, że od­mó­wię. – Na week­end za­po­wia­da­ją pi­ęk­ną po­go­dę. Może dwa dni na ło­nie na­tu­ry, z dala od mia­sta i Char­lot­te, do­brze ci zro­bią.

Mama nie­gdyś ko­cha­ła moją przy­ja­ció­łkę. Da­łbym so­bie rękę uci­ąć, że pierw­sza do­strze­gła uczu­cie, ja­kim się da­rzy­li­śmy, i z ca­łych sił nam ki­bi­co­wa­ła. Przy­ja­źni­ła się ta­kże z Co­let­te Mar­chland.

Wszyst­ko zmie­ni­ło się po tym, jak za­bi­łem Emi­ly. Nie­for­tun­ne wy­da­rze­nia wpły­nęły na obie ro­dzi­ny. Moja mama z ja­kie­goś po­wo­du ob­wi­nia­ła mamę Char. Z ko­lei Co­let­te nie raz jaw­nie po­ka­za­ła Da­rii, jak bar­dzo jej nie­na­wi­dzi. Na po­cząt­ku winę za wy­pa­dek zrzu­ca­ła na mnie. Do­pie­ro po ja­ki­mś cza­sie emo­cje opa­dły i po­now­nie za­częła otwie­rać przede mną drzwi swo­je­go domu.

Gdy jed­nak po­ru­sza­łem te­mat Char­lot­te, mat­ka albo go uci­na­ła, albo po pro­stu szu­ka­ła spo­so­bu, żeby po­gor­szyć moje re­la­cje z dziew­czy­ną. Ow­szem, po­zwa­la­ła jej się ze mną spo­ty­kać, ale od mo­men­tu wy­jścia ze szpi­ta­la, nie za­mie­ni­ła z nią ani sło­wa. Uda­wa­ła, że cór­ka by­łej przy­ja­ció­łki nie ist­nie­je.

– Zo­ba­czy­my – od­po­wie­dzia­łem wy­mi­ja­jąco. Prze­błysk zra­nie­nia w jej źre­ni­cach nie­mal zwa­lił mnie z nóg. Chy­ba zbyt dłu­go ich od sie­bie od­py­cha­łem. Ob­li­za­łem usta i do­da­łem: – Je­śli tata będzie miał czas i ocho­tę, to po­ja­dę. – Wy­po­wie­dze­nie tych słów nie przy­szło mi ła­two. Czu­łem się, jak­bym ro­bił coś wbrew so­bie, że to nie­wła­ści­we, jed­nak wy­raz za­do­wo­le­nia na twa­rzy ro­dzi­ciel­ki roz­wiał wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

Już daw­no nie wi­dzia­łem, żeby uśmie­cha­ła się tak sze­ro­ko i szcze­rze. Za­ci­snęła moc­no pal­ce na brud­nych ubra­niach, któ­re trzy­ma­ła w dło­niach.

– Dzi­ęku­ję, syn­ku.

Ski­nąłem gło­wą, po czym wy­sze­dłem. Nie wy­trzy­ma­łem tego spoj­rze­nia, tym ra­zem pe­łne­go łez szczęścia. Kto by po­my­ślał, że jed­ną zgo­dą na wy­jazd mo­głem tak po­pra­wić jej hu­mor.

Do­ta­rłem na ko­niec ko­ry­ta­rza, gdzie mie­ści­ła się ła­zien­ka. Na­ło­ży­łem pa­stę na szczo­tecz­kę, za­cząłem szo­ro­wać zęby. Po­świ­ęci­łem tej czyn­no­ści zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej cza­su, niż było po­trzeb­ne. Wszyst­ko dla­te­go, że ci­ągle przy­gląda­łem się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze.

Pod ocza­mi wid­nia­ły cie­nie, iden­tycz­ne, ja­kie do­strze­głem dziś rano u Char. Na mo­jej twa­rzy nie po­ka­za­ły się ru­mie­ńce. Skó­ra po­zo­sta­wa­ła bla­da i su­cha. Źre­ni­ce, choć otwar­te na świat, nie re­je­stro­wa­ły ży­cia. By­łem tak bar­dzo przy­gnębio­ny, że na­wet nie­bie­ski ko­lor tęczó­wek wy­da­wał się przy­ga­szo­ny.

Prze­sta­łem po­ru­szać szczo­tecz­ką, do­pie­ro gdy dzi­ąsła za­pie­kły w wy­ra­zie bólu. Wy­płu­ka­łem bu­zię i wró­ci­łem do swo­je­go po­ko­ju. Za­mknąłem okno uchy­lo­ne przez mat­kę pod­czas jej wi­zy­ty. Za­su­nąłem ro­le­ty, bo tego dnia na­wet świa­tło sło­necz­ne mnie dra­żni­ło.

Pod moją nie­obec­no­ść ko­bie­ta po­pra­wi­ła po­ściel, a ta­kże wy­ta­rła ku­rze. W ży­łach za­częła ko­tło­wać się pew­ne­go ro­dza­ju zło­ść na nią. Ro­bi­ła zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej, niż po­win­na. Ko­cha­łem ją, była moją mat­ką, ale nie mu­sia­ła po mnie sprzątać. Do­ro­słem na tyle, by wrzu­cić wła­sne ga­cie do pral­ki. To, że nie mia­łem ocho­ty tego ro­bić, nie wy­ni­ka­ło z le­ni­stwa.

Po pro­stu by­wa­ły dni, gdy bra­ko­wa­ło mi sił na samo wsta­nie z łó­żka. Rocz­ni­ca wy­pad­ku do nich na­le­ża­ła.

Na­ci­snąłem gu­zik star­tu na lap­to­pie. Ekran po­ja­śniał, a ja cze­ka­łem, aż sys­tem się uru­cho­mi. W tym cza­sie roz­gląda­łem się po nie­ska­zi­tel­nie czy­stym biur­ku. Wzrok padł na dwa zdjęcia sto­jące obok sie­bie.

Na jed­nej fo­to­gra­fii po­zo­wał Tho­mas – mój tata – i ja, mały, za­do­wo­lo­ny z ży­cia gno­jek. Na mo­jej twa­rzy wid­niał uśmiech tak sze­ro­ki, że go­łym okiem dało radę po­li­czyć wszyst­kie zęby. Wie­dzia­łem, bo cza­sem to ro­bi­łem. Do pe­łne­go uzębie­nia bra­ko­wa­ło trzech.

Na dru­gim zdjęciu obej­mo­wa­łem Char­lot­te. Pi­ęk­ną, mło­dą dziew­czy­nę. Ra­do­sną, de­li­kat­ną ni­czym płat­ki róż, ca­łko­wi­cie bez­bron­ną. By­łem na tyle sil­ny, by przy­znać, że ją znisz­czy­łem. I na tyle sła­by, by nie móc pu­ścić jej wol­no.

Z ci­ężkim wes­tchnie­niem od­wró­ci­łem się w stro­nę kom­pu­te­ra. Wpi­sa­łem ha­sło, któ­re tak na­praw­dę wy­my­śli­ła przy­ja­ció­łka. Wąt­pi­łem, by ja­ki­kol­wiek ha­ker zdo­łał roz­szy­fro­wać tak dłu­gi ciąg li­ter, cyfr oraz zna­ków spe­cjal­nych.

W wy­szu­ki­war­kę in­ter­ne­to­wą wpi­sa­łem in­te­re­su­jące mnie imię i na­zwi­sko. Gdy­by ktoś za­py­tał, dla­cze­go co mie­si­ąc to ro­bi­łem, za­da­jąc so­bie ból, nie umia­łbym od­po­wie­dzieć.

Pro­fil Emi­ly Wat­son na jed­nym z por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych wy­glądał jak ta­bli­ca pa­mi­ęci o niej. Ro­dzi­na ko­bie­ty co rusz wsta­wia­ła tam zdjęcia czy aneg­dot­ki z jej ży­cia. Czy­ta­łem ka­żdy post. I pła­ka­łem jak dziec­ko. Stra­ci­li ko­goś tak wspa­nia­łe­go. Gdzieś tam żyli lu­dzie, dla któ­rych zma­rła zo­sta­ła je­dy­nie bo­le­snym wspo­mnie­niem. Wszyst­ko prze­ze mnie i chwi­lę nie­uwa­gi.

Ostat­ni wpis na­le­żał do, jak zdąży­łem się przez ten rok zo­rien­to­wać, mat­ki Emi­ly. Prze­je­cha­łem po nim wzro­kiem kil­ka razy, za­nim zro­zu­mia­łem tre­ść.

Dro­ga Emi­ly,

dziś czy­ta­łam Two­ją uko­cha­ną ksi­ążkę. Za­pi­sa­ne w niej sło­wa nie­ustan­nie mi o To­bie przy­po­mi­na­ją. Mija rok, od­kąd nas opu­ści­łaś, a ja da­lej nie po­tra­fię prze­żyć jed­ne­go dnia bez wspo­mi­na­nia Cie­bie.

Tak bar­dzo za Tobą tęsk­nię, có­recz­ko. Ka­żdy dzień bez Cie­bie jest okrop­nym ci­ęża­rem, brak Two­je­go uśmie­chu spra­wia, że po­ran­ki są sza­re i nie wiem, czy moje ży­cie jesz­cze kie­dyś wy­buch­nie fe­erią barw. Mimo wszyst­ko wie­rzę, że spo­tka­my się w nie­bie.

Ko­cham Cię.

Mama

Wy­pu­ści­łem dłu­go wstrzy­my­wa­ne w płu­cach po­wie­trze. Ból w pier­si ni­g­dy nie ma­lał, ale te­raz wzró­sł jesz­cze bar­dziej. Po­zwo­li­łem łzom spły­nąć po po­licz­kach.

Wy­łączy­łem urządze­nie, a w gło­wie wci­ąż roz­brzmie­wa­ły sło­wa Char­lot­te. „Chcia­ła­bym, że­byś żył nor­mal­nie”.

Ja też bym tego chciał, ale jak mia­łem to zro­bić, sko­ro ob­raz prze­ra­żo­nej twa­rzy Emi­ly wy­rył się w mo­jej pa­mi­ęci?

Rozdział 2

Tony

Bu­dze­nie się było ci­ężkie. Ka­żde­go ran­ka.

Czu­łem się tak, jak­bym zo­stał za­mkni­ęty w pętli i co­dzien­nie prze­ży­wał to samo od nowa. To­wa­rzy­szył mi sta­ły ból eg­zy­sten­cji. Pa­trze­nie na wła­sne od­bi­cie w lu­strze mnie do­bi­ja­ło. Sta­łem się wra­kiem czło­wie­ka.

Wzi­ąłem drżący od­dech. Po­now­na kon­fron­ta­cja z ró­wie­śni­ka­mi wy­da­wa­ła się po­nad moje siły. Nie chcia­łem na nich pa­trzeć, słu­chać ko­lej­nych obelg. Na­sto­lat­ko­wie byli bez­li­to­śni, nie zna­li gra­nic.

Ża­den z tych dzie­cia­ków nie ro­zu­miał, że z ko­lej­nym okrop­nym epi­te­tem po­głębiał dziu­rę w ser­cu. Wy­rzu­ty su­mie­nia kie­łko­wa­ły w moim wnętrzu, przy­po­mi­na­ły za­tru­ty bluszcz, któ­ry owi­jał się wo­kół wszyst­kich or­ga­nów w cie­le – z ka­żdym sło­wem za­cie­śniał się na nich co­raz moc­niej. Pły­nęła prze­ze mnie tru­ci­zna de­pre­sji. Echo skru­chy sta­le szep­ta­ło do ucha to jed­no imię i na­zwi­sko.

Emi­ly Wat­son.

Emi­ly Wat­son.

Emi­ly Wat­son.

Nie mo­głem jeść, pić, od­dy­chać. Ja­ki­kol­wiek ruch cia­ła spra­wiał mi dys­kom­fort. Ma­rzy­łem je­dy­nie o tym, żeby po­now­nie zna­le­źć się w łó­żku. Oczy­ma wy­obra­źni wi­dzia­łem sie­bie pod ko­łdrą, le­ża­łem z za­ci­śni­ęty­mi po­wie­ka­mi. Mie­rze­nie się z rze­czy­wi­sto­ścią przy­cho­dzi­ło trud­no. Wo­la­łem spać, ucie­kać do kra­iny, gdzie wszyst­ko było inne. Ła­twiej­sze.

Wy­sze­dłem z ła­zien­ki. Do mo­ich uszu do­cie­ra­ły od­gło­sy, któ­re wy­da­wa­ła mama krząta­jąca się po kuch­ni. Do noz­drzy do­ta­rł za­pach śnia­da­nia. Żo­łądek za­ci­snął się bo­le­śnie na myśl, że będę mu­siał przed nią uda­wać. Zje­ść coś. Wo­la­łbym tego unik­nąć. Wie­dzia­łem, że gdy tyl­ko do­trę do szko­ły, za­mknę się w to­a­le­cie i wszyst­ko zwró­cę.

Tak wy­gląda­ła moja co­dzien­no­ść.

Mat­ka może i wie­dzia­ła, że coś we mnie sie­dzi, jed­nak skrzęt­nie uda­wa­ła, że nic się nie dzia­ło. Tak bar­dzo pra­gnęła, że­bym po­zo­stał zwy­kłym na­sto­lat­kiem, że so­bie to po pro­stu wma­wia­ła, a ja nie wy­pro­wa­dza­łem jej z błędu.

W po­ło­wie dro­gi na dół na­rzu­ci­łem na twarz uśmiech. Ćwi­czy­łem go tyle razy, że nie mu­sia­łem spraw­dzać, czy ktoś się na nie­go na­bie­rze. Ota­cza­li mnie kłam­cy. I to nie ja by­łem oszu­ki­wa­ny. Lu­dzie kar­mi­li złu­dze­nia­mi sa­mych sie­bie.

– Zro­bi­łam na­le­śni­ki. Cho­dź, usi­ądź i zjedz. Po­wi­nie­neś mieć dużo siły do na­uki – po­wie­dzia­ła mama śpiew­nym to­nem, gdy tyl­ko mnie do­strze­gła.

Prze­szu­ki­wa­łem w gło­wie wy­mów­ki. Dzie­li­łem je na trzy ka­te­go­rie: te, któ­re nie ro­bi­ły już wra­że­nia na Da­rii; te, któ­rych nie­daw­no uży­łem; te, któ­re mo­gły­by się nadać. De­cy­zję pod­jąłem w za­le­d­wie kil­ka se­kund. Brzuch miał mi po­tem za to po­dzi­ęko­wać, na­wet je­śli te­raz na­ra­ża­łem się na gniew i nie­za­do­wo­le­nie mat­ki.

– Zjem coś w bu­fe­cie szkol­nym. Za pół go­dzi­ny za­czy­nam za­jęcia do­dat­ko­we, nie chcę się spó­źnić. – Ci­ągle utrzy­my­wa­łem ten kre­ty­ński uśmiech.

Za­sty­gła w bez­ru­chu. Spoj­rza­ła na górę je­dze­nia i mo­men­tal­nie zro­bi­ło mi się głu­pio, że wy­rzu­ci to wszyst­ko do ko­sza. Ta­kie mar­no­traw­stwo… Prze­nio­sła wzrok na mnie. W ręce trzy­ma­ła pa­tel­nię, od któ­rej bił swąd spa­le­ni­zny.

Przy­mknąłem na mo­ment po­wie­ki.

– Zjem dwa. Dru­gie tyle we­zmę dla Char­lot­te – wy­mam­ro­ta­łem wbrew so­bie.

Sil­ne uczu­cie szarp­nęło moim żo­łąd­kiem. Źle ro­bi­łem, zmu­sza­jąc się do je­dze­nia. Zdro­wy roz­sądek na­ka­zy­wał po pro­stu wy­jść z domu, ale wi­dok smut­ku w oczach mat­ki nie po­zwa­lał wy­ko­nać żad­ne­go ru­chu.

– Char­lot­te z pew­no­ścią nie zje mo­ich na­le­śni­ków. – Imię przy­ja­ció­łki wy­po­wie­dzia­ła wręcz z po­gar­dą. Po­sta­no­wi­łem to olać. Ostat­nie, cze­go po­trze­bo­wa­łem, to awan­tu­ra z rana o coś tak try­wial­ne­go.

Poza tym wie­dzia­łem, że Char ubó­stwia kuch­nię Da­rii.

Usia­dłem na sto­łku, szyb­ko po­chło­nąłem obie­ca­ną licz­bę plac­ków. Ko­lej­ne dwa spa­ko­wa­łem dla dziew­czy­ny. Wrzu­ci­łem po­jem­nik do prze­pe­łnio­ne­go ple­ca­ka, po czym opu­ści­łem dom bez sło­wa po­że­gna­nia.

Od roku ka­żde­go dnia po­ko­ny­wa­łem dro­gę do szko­ły pie­szo. Po wy­pad­ku już nie wsia­dłem za kie­row­ni­cę. Sama jaz­da jako pa­sa­żer okrop­nie mnie stre­so­wa­ła, zda­rza­ło się, że wspo­mnie­nia ude­rza­ły pod­czas dro­gi. Wy­łącza­łem się wte­dy z ży­cia na dłu­gie mi­nu­ty i roz­pa­mi­ęty­wa­łem coś, na co już nie mia­łem wpły­wu.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach pó­źnej wio­sny. Kwi­tło co­raz wi­ęcej ro­ślin, a kwia­ty bia­łych dmu­chaw­ców la­ta­ły na wie­trze. Sło­ńce otu­la­ło ko­ńczy­ny cie­pły­mi pro­mie­nia­mi.

Od­da­łbym wszyst­ko, żeby móc je tak na­praw­dę po­czuć. Moje cia­ło od roku przy­po­mi­na­ło lo­do­wą twier­dzę – po­tężną, pe­łną prze­żyć, emo­cjo­nal­nie chłod­ną.

Szko­da, że ni­ko­go nie ob­cho­dzi­ło, co czu­łem.

Mury bu­dyn­ku szkol­ne­go wy­ło­ni­ły się spo­mi­ędzy drzew. Za­cząłem scho­dzić z nie­wiel­kiej gór­ki, kie­dy obok prze­je­chał sa­mo­chód z trze­ma fut­bo­li­sta­mi. Mi­nęli mnie, przez co za­kie­łko­wa­ła we mnie na­dzie­ja. Może nie za­uwa­ży­li, że tędy idę? Ta myśl szyb­ko po­ja­wi­ła mi się w gło­wie i rów­nie szyb­ko znik­nęła.

Wje­cha­li na chod­nik i za­trzy­ma­li się w po­przek, za­gra­dza­jąc mi dal­szą dro­gę. Gło­śny bas dud­nił, cały po­jazd wi­bro­wał. Sta­nąłem w miej­scu, cze­ka­łem. Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzia­łem, jak dwa razy wi­ęk­si ode mnie chłop­cy wy­sia­da­ją i za­czy­na­ją się nade mną znęcać.

Nikt nie po­my­ślał, że ja też by­łem ofia­rą tego wy­pad­ku. Ni­g­dy nie udo­wod­nio­no mi winy. To, że sam się nią obar­cza­łem to jed­no. Pro­ble­mem było zro­zu­mie­nie, dla­cze­go po­ło­wa mia­stecz­ka ta­kże to ro­bi­ła.

Nie­gdyś Jake, Ty­ler i Ryan trak­to­wa­li mnie jak po­wie­trze. Te­raz jak wo­rek tre­nin­go­wy. Dręczy­li na ka­żdym kro­ku, jak­by spra­wia­ło im to ra­do­ść. Po­świ­ęca­li temu zde­cy­do­wa­nie zbyt wie­le cza­su. Za­miast sta­rać się o sty­pen­dia spor­to­we na uczel­nie, oni za­da­wa­li cio­sy, gdy już i tak le­ża­łem na zie­mi.

Sku­li­łem się w so­bie. By­łem wy­czer­pa­ny i nie mia­łem siły na kon­fron­ta­cję tego typu. Zdąży­łem jed­nak za­uwa­żyć, że los po­zo­sta­wał obo­jęt­ny na to, cze­go po­trze­bo­wa­łem, a cze­go nie. Uwiel­biał so­bie ze mnie drwić.

Okno od stro­ny kie­row­cy się osu­nęło, Jake wy­chy­lił gło­wę.

– Dzi­wak! – krzyk­nął w moją stro­nę.

Kil­ka osób od­wró­ci­ło się z za­in­te­re­so­wa­niem. Gdy zo­ba­czy­li, że cho­dzi­ło o mnie, ru­szy­li da­lej. Ide­al­ny przy­kład ludz­kiej znie­czu­li­cy.

– Świr! – do­dał Ty­ler z tyl­ne­go sie­dze­nia.

Ryan z ko­lei usia­dł ty­łkiem na opusz­czo­nej szy­bie od stro­ny pa­sa­że­ra i spo­glądał na mnie po­nad da­chem su­per­wy­pa­sio­ne­go auta.

– Ży­cio­wy prze­gryw!

Za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na szel­kach ple­ca­ka. Zni­ży­łbym się do ich po­zio­mu, gdy­bym od­po­wie­dział.

Bez sło­wa pró­bo­wa­łem omi­nąć sa­mo­chód wol­nym skraw­kiem chod­ni­ka. Kie­dy znaj­do­wa­łem się tuż przed ma­ską, auto Jake’a za­war­cza­ło. Prze­stra­szo­ny pod­sko­czy­łem w miej­scu. Pod­je­chał tyl­ko o kil­ka cali, ale to wy­star­czy­ło, żeby moje ser­ce po­now­nie wy­bi­ło szyb­szy rytm. Krew szu­mia­ła w uszach. W ustach mi za­schło.

Znów znaj­do­wa­łem się na tam­tej dro­dze, rok temu. Wi­dzia­łem mo­kry as­falt, ciem­ny las. I wy­krzy­wio­ną w prze­ra­że­niu twarz Emi­ly.

Za­czy­na­ło dziać się do­kład­nie to, co prze­wi­dzia­łem. Śnia­da­nie pod­cho­dzi­ło do gar­dła. Prze­ły­ka­łem śli­nę co­raz szyb­ciej, by jak naj­dłu­żej od­wlec w cza­sie nie­unik­nio­ny mo­ment wy­mio­to­wa­nia. Gdy­bym w tej chwi­li zgi­ął się wpół i zrzy­gał przed trój­ką naj­wi­ęk­szych dręczy­cie­li w na­szym li­ceum, rów­nie do­brze mó­głbym so­bie dziś wie­czo­rem wi­ązać stry­czek we wła­snym po­ko­ju. Już te­raz nie mia­łem ży­cia, ale po czy­mś ta­kim? Okre­śle­nie „wy­rzu­tek spo­łe­cze­ństwa” by­ło­by nie­do­sta­tecz­ne, żeby opi­sać, kim bym się stał.

Ru­szy­łem bie­giem. Im bar­dziej zbli­ża­łem się do drzwi, tym wy­ra­źniej czu­łem, że one od­da­la­ją się ode mnie. Mknąłem tak szyb­ko, aż nie­mal stra­ci­łem dech w pier­siach. Spa­zmy szlo­chu roz­ry­wa­ły klat­kę pier­sio­wą od środ­ka, nie po­tra­fi­łem tego za­trzy­mać.

Pędem prze­mie­rzy­łem ko­ry­tarz wy­pe­łnio­ny ucznia­mi, wpa­dłem do męskiej ubi­ka­cji. Za­mknąłem się w jed­nej z ka­bin. W ostat­nim mo­men­cie upa­dłem, ko­la­na zde­rzy­ły się z twar­dy­mi płyt­ka­mi. Prąd okrop­ne­go bólu roz­sze­dł się po no­gach ku po­ślad­kom. Pła­ka­łem i zwra­ca­łem te cho­ler­ne na­le­śni­ki, któ­re wci­snęła mi mat­ka.

Mó­wi­łem, że nie chcę ich jeść! Dla­cze­go nikt mnie nie słu­cha? Dla­cze­go nikt nie do­strze­ga mo­ich pro­ble­mów? Co jest ze mną nie tak? Wiem, że zro­bi­łem coś okrop­ne­go, ale nie chcę, żeby przy­po­mi­na­no mi o tym na ka­żdym kro­ku!

Tyl­ko że już ni­g­dy nie mia­łem być nor­mal­ny. Coś we mnie zo­sta­ło na za­wsze spa­czo­ne, a wspo­mnie­nia wy­pad­ku ni­g­dy nie opu­ści­ły­by gło­wy.

Wy­mio­ty tar­ga­ły moim cia­łem. Roz­bo­lał mnie brzuch. Kie­dy sko­ńczy­łem, opu­ści­łem de­skę klo­ze­to­wą, przy­tu­li­łem do niej po­li­czek. Chłod­ny przed­miot przy­no­sił uko­je­nie roz­grza­nej skó­rze. Kro­ple potu zro­si­ły czo­ło. Ogar­nęło mnie tak duże wy­cie­ńcze­nie, że le­d­wie uda­ło mi się si­ęgnąć do spłucz­ki.

Chcia­łem tyl­ko za­dzwo­nić do mamy i po­wie­dzieć, że się roz­cho­ro­wa­łem, wró­cić do domu. Przy­po­mnia­łem so­bie jed­nak, że tam nie będzie le­piej.

Pra­gnąłem za­snąć i już się nie obu­dzić. Przy ży­ciu trzy­ma­ła mnie tyl­ko jed­na oso­ba.

Char­lot­te.

Gdy za­dzwo­nił dzwo­nek na pierw­szą lek­cję, po­cze­ka­łem, aż opu­sto­sze­ją ko­ry­ta­rze i to­a­le­ty. Do­pie­ro wte­dy wsta­łem na chwiej­ne nogi. Pod­sze­dłem do umy­wal­ki. Wy­jąłem z ple­ca­ka płyn do płu­ka­nia jamy ust­nej o ostrym, mi­ęto­wym za­pa­chu. No­si­łem go od mo­men­tu, w któ­rym zwy­mio­to­wa­łem w szko­le po raz pierw­szy, a po­tem cały dzień wy­śmie­wa­no się z mo­je­go nie­świe­że­go od­de­chu.

Ob­my­łem twarz zim­ną wodą. Przez ko­lej­ne czter­dzie­ści mi­nut do­pro­wa­dza­łem się do po­rząd­ku, pró­bo­wa­łem ze­brać roz­sy­pa­ną psy­chi­kę w ca­ło­ść. Przy­po­mi­na­ła pęk­ni­ętą, ce­ra­micz­ną wazę. Niby się uda­ło, ale pa­jęczyn­ki były moc­no wi­docz­ne. Wszyst­ko nie­mal ru­nęło, kie­dy zda­łem so­bie spra­wę, że za żo­łąd­ko­we sen­sa­cje za­pła­ci­łem nie­obec­no­ścią na pierw­szej lek­cji.

O tym, to już na pew­no mat­ka się do­wie.

Ze­bra­łem w so­bie ostat­ki sił, żeby nie omi­nąć na­stęp­nych. Sta­ra­łem się trzy­mać na ubo­czu, nie wcho­dzić ni­ko­mu w dro­gę – sia­da­łem w kącie sali, trzy­ma­łem gło­wę ni­sko spusz­czo­ną. Nie od­zy­wa­łem się bez po­wo­du, je­dy­nie grzecz­nie od­po­wia­da­łem na py­ta­nia na­uczy­cie­li. Z sali wy­cho­dzi­łem ostat­ni, byle tyl­ko nikt nie zwró­cił na mnie uwa­gi. Je­dy­nym mi­nu­sem było to, że nie mia­łem dziś za­jęć z Char­lot­te.

Okrop­nie za nią tęsk­ni­łem. To je­dy­na osto­ja w moim ży­ciu, da­wa­ła sta­bi­li­za­cję i spo­kój. Przy niej nor­mal­nie od­dy­cha­łem, uśmie­cha­łem się bez wy­rzu­tów su­mie­nia. Po wy­pad­ku ra­zem prze­cho­dzi­li­śmy okres do­łka psy­chicz­ne­go. By­łem pod wra­że­niem jej siły. Zno­si­ła wszyst­ko le­piej ode mnie.

Dla­te­go tak bar­dzo ucie­szy­łem się, gdy doj­rza­łem ją na sto­łów­ce w cza­sie prze­rwy na lunch. Zaj­mo­wa­ła nasz ulu­bio­ny sto­lik. Przed nią le­ża­ła opró­żnio­na do po­ło­wy taca. Do­brze, że z na­szej dwój­ki cho­ciaż ona nor­mal­nie ja­da­ła.

Za­jąłem miej­sce obok.

– Cze­ść.

– Jak się czu­jesz, Tony? – za­py­ta­ła bez ogró­dek. Wy­ci­ągnęła dłoń w moją stro­nę. Chłod­ny­mi opusz­ka­mi mu­snęła czo­ło. – Je­steś roz­pa­lo­ny i masz okrop­ne si­ńce pod ocza­mi. – Zmarsz­czy­ła brwi w wy­ra­zie kon­ster­na­cji. – Znów nie mo­głeś spać?

Po­pa­trzy­łem na kar­to­nik z so­kiem ja­błko­wym z do­cze­pio­ną u boku nie­wiel­ką słom­ką. To je­dy­na rzecz, któ­rą wzi­ąłem z bu­fe­tu. Na wi­dok obia­du ser­wo­wa­ne­go przez szkol­ną kuch­nię, nie­mal po­now­nie za­cząłem wy­mio­to­wać.

– Mat­ka wci­snęła we mnie śnia­da­nie. – Prze­nio­słem su­ge­styw­ne spoj­rze­nie na przy­ja­ció­łkę.

Za­bra­ła rękę, jej wzrok wy­ra­żał wspó­łczu­cie i zro­zu­mie­nie, któ­re­go w ostat­nich mie­si­ącach do­sta­wa­łem od lu­dzi tak nie­wie­le. Wła­śnie dla­te­go uwa­ża­łem Char­lot­te za swo­ją ży­cio­wą ko­twi­cę. Po­ka­zy­wa­ła mi, że nie wszy­scy są tacy źli. Ko­cha­łem ją za do­bre ser­ce i ła­god­ny cha­rak­ter.

– Po­wi­nie­neś iść do le­ka­rza – skar­ci­ła mnie ci­cho. – To może być ob­jaw ja­kie­goś po­wa­żne­go za­bu­rze­nia.

Za­bra­łem się za otwie­ra­nie socz­ku.

– Po­ra­dzę so­bie z tym. Naj­wa­żniej­sze, że ty nie masz ta­kich pro­ble­mów.

Po­pa­trzy­ła na mnie py­ta­jąco. Kiw­nąłem bro­dą w stro­nę nie­do­ko­ńczo­ne­go je­dze­nia na bla­cie.

– Masz ape­tyt. Szko­da, że nie za­cze­ka­łaś na mnie, da­łbym ci na­le­śni­ki od mo­jej mamy. Przy­si­ęgam, że zwy­mio­to­wa­łem nie dla­te­go, że były nie­do­bre.

– No wła­śnie. Wy­mio­tu­jesz wszyst­kim. Ten sok za­pew­ne też wy­lądu­je w to­a­le­cie. – Na twa­rzy Char po­ja­wił się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. – Ro­bisz so­bie krzyw­dę. To ja­kaś for­ma kary?

Po­ci­ągnąłem na­pój przez słom­kę. Pa­trzy­łem twar­do przed sie­bie. Nie po­tra­fi­łem spoj­rzeć dziew­czy­nie w oczy, kie­dy ru­ga­ła mnie za coś, co ro­bi­łem so­bie spe­cjal­nie.

Oczy­wi­ście, że moje pro­ble­my ze zwra­ca­niem je­dze­nia za­częły się od wy­mu­sza­nia na so­bie wy­mio­tów. Nie mo­głem spoj­rzeć w lu­stro z my­ślą, że sie­dzia­łem w domu z ro­dzi­ną i spędza­łem z nimi swo­bod­nie czas, pod­czas gdy Emi­ly już ni­g­dy nie do­sta­nie ta­kiej szan­sy. Czu­łem się jak ostat­nia szu­mo­wi­na ko­rzy­sta­jąca z dóbr ży­cia.

Uwa­ża­łem, że to wła­śnie ja po­wi­nie­nem był zgi­nąć w tym wy­pad­ku.

– Chcesz te na­le­śni­ki czy nie? – wy­bur­cza­łem zły za to, że znów tak ła­two mnie roz­pra­co­wa­ła. To nie tak, że świa­do­mie uni­ka­łem przy­ja­ció­łki, ale mo­ra­li­za­tor­skie prze­mo­wy tu­taj nie przy­no­si­ły skut­ków.

Nie mo­żna po­móc czło­wie­ko­wi, któ­ry tej po­mo­cy nie chce.

Zma­to­wio­ne przez zmar­twie­nie oczy Char­lot­te wwier­ca­ły się we mnie na­tar­czy­wie.

– Z chęcią bym je zja­dła, ale wolę pa­trzeć, jak ty to ro­bisz i ich nie zwra­casz – od­po­wie­dzia­ła szep­tem, na­sze twa­rze znaj­do­wa­ły się na­praw­dę bli­sko sie­bie. W sto­łów­ce pe­łnej spo­co­nych dzie­cia­ków spe­cy­ficz­na woń jej per­fum ca­łko­wi­cie się roz­my­ła. Nie do­cie­ra­ła do mnie, co z ko­lei wy­wo­ła­ło roz­cza­ro­wa­nie.

Roz­chy­li­łem usta, by od­po­wie­dzieć, jed­nak nic nie zdąży­ło się z nich wy­do­stać. Moje wło­sy sta­ły się mo­kre, a se­kun­dy pó­źniej po twa­rzy spły­nęła lo­do­wa­ta ciecz. Słod­ka­wy za­pach ude­rzył w noz­drza. Ob­li­za­łem usta. Na języ­ku roz­lał się po­smak coli.

Kost­ki lodu spa­dły z czub­ka mo­jej gło­wy i wy­lądo­wa­ły pod ko­szul­ką. Przy­mknąłem na se­kun­dę po­wie­ki, a gdy już ze­bra­łem się w so­bie, by po­now­nie je uchy­lić, mój wzrok tra­fił z po­wro­tem na przy­ja­ció­łkę.

Za­ci­ska­ła pal­ce na kra­wędzi sto­łu, oczy trzy­ma­ła moc­no za­mkni­ęte, jak­by nie mo­gła znie­ść wi­do­ku ko­goś, kto mnie po­ni­żał. Nie wi­ni­łem jej za to. Co mia­ła­by zdzia­łać w ob­li­czu trzech wy­ro­śni­ętych spor­tow­ców? Wo­la­łem nie my­śleć, co by się wy­da­rzy­ło, gdy­by po­sta­no­wi­ła sta­nąć w mo­jej obro­nie. Za­pew­ne tra­fi­ła­by na ich ce­low­nik, czym wy­rządzi­ła­by so­bie krzyw­dę.

Char­lot­te Mar­chland po­zo­sta­wa­ła nie­wi­docz­na dla dręczy­cie­li z Le­xing­ton. Wszyst­ko dla­te­go, że tam­te­go fe­ral­ne­go dnia to nie ona sie­dzia­ła za kie­row­ni­cą.

Ryan się na­chy­lił. Jego usta zna­la­zły się na wy­so­ko­ści mo­je­go ucha.

– Mor­der­ca – wy­szep­tał złow­ro­gim to­nem.

Chwi­lę pó­źniej Ty­ler ryk­nął na całe gar­dło:

– Szaj­bus!

Go­rący ma­ka­ron spa­ghet­ti wy­lądo­wał na mo­ich spodniach wraz z so­sem po­mi­do­ro­wym. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­łem, że to tłu­ste gów­no na­fa­sze­ro­wa­ne do gra­nic mo­żli­wo­ści che­mi­ka­lia­mi się nie spie­rze.

Kil­ka osób po­kro­ju fut­bo­li­stów par­sk­nęło gło­śnym śmie­chem. Wi­ęk­szo­ść uczniów pa­trzy­ła w na­szą stro­nę z obo­jęt­ny­mi mi­na­mi. Już przy­wy­kli.

Gnębi­cie­le ode­szli, dum­ni ze swo­je­go za­cho­wa­nia. Ja z ko­lei prze­ta­rłem twarz dło­ńmi. Po­czu­łem wszech­ogar­nia­jący wstyd. Prak­tycz­nie mnie na­pa­sto­wa­no na oczach dziew­czy­ny, któ­rą ko­cha­łem, i na­wet nie po­tra­fi­łem obro­nić sa­me­go sie­bie. Jak mia­łbym kie­dy­kol­wiek za­pew­nić jej bez­pie­cze­ństwo? Prze­sta­łem się dzi­wić, że już mnie nie chcia­ła. Oka­za­łem się ofer­mą. Ofia­rą losu. Sła­be­uszem.

Char­lot­te już sta­ła obok sto­li­ka. Tak za­afe­ro­wa­łem się wła­sny­mi my­śla­mi, że nie usły­sza­łem, kie­dy wsta­ła z miej­sca.

– Cho­dźmy, Tony. Od­pro­wa­dzę cię do domu. – Brzmia­ła, jak­by zła­ma­no jej ser­ce.

Mo­men­tal­nie za­chcia­ło mi się pła­kać. Przez mój krwio­bieg prze­la­ła się mie­sza­ni­na smut­ku, żalu, za­wo­du, nie­chęci i zło­ści. Pra­gnąłem wy­krzy­czeć ca­łe­mu świa­tu, że go nie­na­wi­dzę. Pa­ła­łem nie­chęcią do ka­żdej jed­nost­ki za­miesz­ku­jącej kulę ziem­ską. Jesz­cze dwa lata temu nie po­my­śla­łbym, że to lu­dzie oka­żą się naj­wi­ęk­szy­mi po­two­ra­mi w moim ży­ciu, że to ich będę bał się naj­bar­dziej.

Bez sło­wa pod­nio­słem ple­cak z podło­gi i za­rzu­ci­łem go na ra­mię. Ru­szy­łem za Char do wy­jścia. Od­by­łem ko­lej­ny marsz wsty­du przed całą szko­łą i ko­lej­ny raz nie ze­bra­łem w so­bie tyle od­wa­gi, żeby prze­jść go z unie­sio­ną gło­wą. Pa­trzy­łem na czub­ki wła­snych bu­tów. Uni­ka­łem wzro­ku in­nych uczniów. Sze­dłem za przy­ja­ció­łką jak na ści­ęcie.

By­łem ni­kim.

Rozdział 3

Tony

Dro­ga do domu ni­g­dy nie spra­wia­ła wra­że­nia tak dłu­giej i ci­ężkiej.

Uli­ce wy­da­wa­ły się nie­mal opu­sto­sza­łe – do­ro­śli byli w pra­cy, dzie­ci w szko­łach. Mimo to na­tknęli­śmy się na kil­ka zna­jo­mych twa­rzy, głów­nie star­szych osób, któ­re rzu­ca­ły w moją stro­nę lek­ko współ­czu­jące spoj­rze­nia. Ci­ężko się nie do­my­ślić, co mo­gło mi się przy­tra­fić.

Le­xing­ton na­le­ża­ło do ma­łych mia­ste­czek. Wie­ści roz­cho­dzi­ły się bły­ska­wicz­nie, a jed­na plot­ka go­ni­ła na­stęp­ną. Moja mama do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że w szko­le do­świad­cza­łem prze­mo­cy. Nie była jed­nak w sta­nie ni­cze­go zmie­nić. Ro­dzi­ce Jake’a, Ry­ana i Ty­le­ra zaj­mo­wa­li wpły­wo­we sta­no­wi­ska. Żad­ne pi­sma kie­ro­wa­ne do ad­mi­ni­stra­cji wy­ższe­go szcze­bla nie przy­no­si­ły skut­ku – na­wet nie do­cie­ra­ły na miej­sce. W ko­ńcu na­pi­ęcie tak bar­dzo ją wy­nisz­cza­ło, że po­pro­si­łem, by dała so­bie spo­kój. Cho­ciaż „po­pro­si­łem” to ogrom­ne nie­do­po­wie­dze­nie.

Ja ją bła­ga­łem.

Bła­ga­łem wła­sną mat­kę, żeby prze­sta­ła o mnie wal­czyć.

A ona, choć kur­czo­wo trzy­ma­ła się na­dziei, że uda się jej coś wskó­rać w tej spra­wie, spe­łni­ła moją pro­śbę. Od­pu­ści­ła pod wa­run­kiem, że ni­g­dy się nie pod­dam. Spędzi­li­śmy mnó­stwo cza­su na roz­mo­wach o tym, w jaki spo­sób po­wi­nie­nem so­bie ra­dzić.

Nie mia­łem ser­ca jej po­wie­dzieć, że wca­le nie by­łem taki twar­dy, jak obie­ca­łem; że ka­żde­go dnia utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu o mier­no­ści wła­sne­go ży­cia.

– Ni­ko­go nie ma w domu – oznaj­mi­łem przy­ja­ció­łce, któ­ra cały czas do­trzy­my­wa­ła mi to­wa­rzy­stwa. – Mat­ka jak zwy­kle do pi­ątej w pra­cy. Oj­ciec wró­ci do­pie­ro wie­czo­rem, bo rano za­bie­ra mnie na ryby.

Char­lot­te ze zdzi­wie­niem za­re­ago­wa­ła na wie­ść o mo­jej wy­pra­wie z tatą. Na­sze re­la­cje ni­g­dy nie na­le­ża­ły do naj­lep­szych, jak to często bywa na li­nii syn–oj­ciec. Tym bar­dziej że Tho­mas Pal­mer to praw­dzi­wy mężczy­zna z krwi i ko­ści. Wy­spor­to­wa­ny, za­dba­ny, umi­ęśnio­ny. Po­tra­fił na­pra­wić wszyst­ko w na­szym domu, praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że sam sta­wiał fun­da­men­ty tego bu­dyn­ku.

Otwo­rzy­łem drzwi. Prze­pu­ści­łem dziew­czy­nę, po czym je za nami za­mknąłem. Zrzu­ci­łem ple­cak z ra­mion, spa­dł z gło­śnym ło­sko­tem na pa­ne­le. Nie tru­dzi­łem się prze­no­sze­niem go do swo­je­go po­ko­ju. Je­dze­nie, któ­rym ob­rzu­cił mnie je­den z fut­bo­li­stów, po­pla­mi­ło ma­te­riał. Wie­dzia­łem, że na­le­ża­ło wsa­dzić ple­cak do pra­nia, ale nie po­tra­fi­łem od­na­le­źć w so­bie chęci, by to zro­bić.

Wes­tchnąłem z ulgą, kie­dy zna­jo­ma prze­strzeń otu­li­ła mnie bez­pie­cze­ństwem.

Przy­ja­ció­łka sta­nęła na środ­ku sa­lo­nu. Od­wró­ci­ła się w moją stro­nę, ob­rzu­ci­ła brud­ne ubra­nie in­ten­syw­nym spoj­rze­niem. Wy­gląda­ła na smut­ną, win­ną. Pe­łne, bla­de usta wy­krzy­wi­ła w nie­szczęśli­wym gry­ma­sie. Gdy pa­trzy­łem na nią dłu­żej, od­no­si­łem wra­że­nie, że cier­pia­ła nie­mal fi­zycz­nie. Za­wsze dzie­li­ła ze mną emo­cje, jak na brat­nią du­szę przy­sta­ło.

Kie­dyś spo­gląda­łem w przy­szło­ść i wi­dzia­łem tam Char. Była już do­ro­sła, blond wło­sy zde­cy­do­wa­nie uro­sły. Jako ko­bie­ta oka­zy­wa­ła się ma­je­sta­tycz­nym wy­two­rem mo­jej wy­obra­źni. To wła­śnie w tych ma­rze­niach bie­ga­ła boso z na­szy­mi dzie­ćmi po mi­ęk­kiej zie­lo­nej tra­wie, tuż obok na­sze­go domu. Poły ja­snej su­kien­ki po­wie­wa­ły na wie­trze. W po­wie­trzu nió­sł się dzie­ci­ęcy śmiech.

Tym­cza­sem nie sądzi­łem, że­bym miał ja­kąkol­wiek przy­szło­ść. Bez Char­lot­te wszyst­ko wy­da­wa­ło się sza­re i po­nu­re, bez wy­ra­zu. By­łem tro­chę ża­ło­sny przez to, że uza­le­żni­łem swo­je ży­cie od jed­nej oso­by. I – co naj­gor­sze – ta oso­ba mnie nie chcia­ła.

– Nie patrz tak, pro­szę.

Brązo­we oczy wbi­ły się pro­sto w moją twarz. Tak pu­ste, jak­by coś w jej wnętrzu uma­rło.

– Jak? – za­py­ta­ła. Zro­bi­ła krok do przo­du, zmniej­sza­jąc dy­stans mi­ędzy nami. Przez moje cia­ło prze­sze­dł dreszcz. Za­trzy­ma­ła się, gdy dzie­li­ło nas kil­ka cali. – Jak na cie­bie pa­trzę, Tony? – Jej ton prze­sze­dł w szept. – Ze zmar­twie­niem? Obo­jęt­nie? Zim­no? Pu­sto? Z wy­ra­źnym zde­gu­sto­wa­niem?

Prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę. Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć. Zresz­tą, nie mu­sia­łem. Do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że od­po­wie­dź by­ła­by twier­dząca. Sta­ła tam, tuż obok mnie. Wi­dzia­ła, że nie ro­bi­łem nic, by się bro­nić. Kim więc mo­głem być w jej oczach, je­śli nie nie­udacz­ni­kiem?

– To strach – od­po­wie­dzia­ła sama so­bie. – Pa­trzę na cie­bie ze stra­chem, bo nie je­stem pew­na, ile dasz radę jesz­cze udźwi­gnąć. Ka­żde­go dnia do­strze­gam ko­lej­ne pęk­ni­ęcia w two­jej du­szy. Wiem, że chcesz się pod­dać, ale coś cię po­wstrzy­mu­je. Tkwisz w wiecz­nym za­wie­sze­niu.

Mia­ła tak wie­le ra­cji, a ja na­wet nie umia­łem przy­znać tego na głos.

– Tony? – Chłod­ny­mi opusz­ka­mi prze­ta­rła skó­rę na mo­jej twa­rzy. Le­d­wie wy­czu­wa­łem do­tyk przy­ja­ció­łki i, co gor­sza, nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, że pła­ka­łem. – Dla­cze­go ka­za­łeś swo­jej ma­mie się wy­co­fać?

– Jak wal­czyć, gdy po­ra­żka jest nie­unik­nio­na? – za­py­ta­łem ci­cho.

Przy­mknęła na mo­ment po­wie­ki, po czym opu­ści­ła ra­mię w zre­zy­gno­wa­niu.

– Po­ra­żka też jest zwy­ci­ęstwem. Mo­żesz upa­ść tyl­ko wte­dy, gdy coś ro­bisz. Je­śli sto­isz w miej­scu, nie wy­ko­nu­jesz kro­ku, wte­dy prze­gry­wasz. – Spoj­rza­ła na mnie z bó­lem, choć za­pad­ni­ęte, zmęczo­ne ży­ciem po­licz­ki de­li­kat­nie się unio­sły, gdy wy­gi­ęła usta w sub­tel­nym uśmie­chu. – Da­ria jest two­ją mat­ką. Gdy­byś tyl­ko ją po­pro­sił…

– I co mia­ła­by zro­bić? Wal­czyć ze szko­łą, któ­rej dy­rek­to­rem jest wu­jek Ry­ana? A może na­ska­rżyć bur­mi­strzo­wi, któ­ry jest oj­cem chrzest­nym Jake’a? Nie wspo­mi­nam o tym, że mat­ka Ty­le­ra jest cho­ler­ną rad­ną tego mia­sta! – Unio­słem głos nie­mal do krzy­ku. To nie wy­nik na­ra­sta­jącej fru­stra­cji, a smut­ku.

– Mo­gła­by zgło­sić to do me­diów, na­gło­śnić całą spra­wę. Po­ka­zać jak or­ga­ny Le­xing­ton igno­ru­ją pro­ble­my z gnębie­niem w szko­le – od­pa­rła ła­god­nie.

Cha­otycz­nie ota­rłem za­łza­wio­ne oczy.

– Nie, Char. Moja ro­dzi­na by­ła­by na ce­low­ni­ku. Ni­g­dy w ży­ciu nie po­zwo­li­łbym, żeby spo­tkał ich taki los. Albo wszy­scy by nam wspó­łczu­li, cze­go wiesz, że bym nie znió­sł, albo wszy­scy by się od nas od­wró­ci­li, co by­ło­by jesz­cze gor­sze. Z tej sy­tu­acji nie ma do­bre­go wy­jścia. Mu­szę… Mu­szę… Mu­szę… – Za­dła­wi­łem się wła­sną roz­pa­czą. Upa­dłem na po­si­nia­czo­ne ko­la­na, ból był sil­niej­szy, ale to wła­śnie on spro­wa­dził oprzy­tom­nie­nie. Przy­tknąłem dłoń do gar­dła i za­cząłem je roz­ma­so­wy­wać. Mi­nęła dłu­ższa chwi­la, za­nim po­now­nie się ode­zwa­łem: – Mu­szę to po pro­stu prze­cze­kać. Sko­ńczyć li­ceum.

Uło­ży­ła dło­nie na swo­ich udach, na­chy­li­ła się ku mnie.

– A po­tem co? – za­py­ta­ła już ostrzej. – Co da­lej, Tony?

– A po­tem spró­bu­ję żyć.

Char­lot­te wy­pro­sto­wa­ła ple­cy.

– Więc już wy­bra­łeś – stwier­dzi­ła z za­do­wo­le­niem. Wy­ci­ągnęła rękę, jak­by chcia­ła po­móc mi wstać.

Nie zła­pa­łem jej. Po­pa­trzy­łem na nią, by po chwi­li sa­mo­dziel­nie się pod­nie­ść. Skwi­to­wa­ła to krót­kim ski­nie­niem gło­wy wy­ra­ża­jącym nic in­ne­go jak po­dziw.

– Czy kie­dy­kol­wiek mia­łem wy­bór? Ni­g­dy nie po­sta­wię ni­cze­go po­nad cie­bie. Na­wet upra­gnio­nej śmier­ci, bo ży­cia z tobą pra­gnę bar­dziej.

To mo­ment, w któ­rym po­win­na była wpa­ść w moje ra­mio­na i wy­znać mi mi­ło­ść, tak samo jak ro­bi­łem to ja. Wie­lo­krot­nie. Pro­blem po­le­gał na tym, że Char już nas skre­śli­ła, przy­naj­mniej pod względem ro­man­tycz­nym. Obo­je ży­li­śmy we wła­snych ma­łych pie­kłach. Przez wy­da­rze­nia z prze­szło­ści nie po­tra­fi­ła już na mnie spoj­rzeć tak, jak kie­dyś: roz­iskrzo­na, we­so­ła, z tym swo­im szel­mow­skim uśmie­chem.

Nie wie­dzia­łem, dla­cze­go wci­ąż przy mnie tkwi­ła – czy to przez sen­ty­ment, czy ze względu na wspól­nie spędzo­ne dzie­ci­ństwo albo przy­ja­źń, któ­ra trwa­ła do dziś. Podświa­do­mie zna­łem od­po­wie­dź, ale nie chcia­łem jej do sie­bie do­pu­ścić.

Bo uświa­do­mie­nie so­bie, że Char­lot­te Mar­chland już mnie nie po­trze­bo­wa­ła w swo­im ży­ciu, mo­gło­by oka­zać się za­bój­cze.

– Nie po­wi­nie­neś ro­bić ze mnie pod­sta­wy do wła­snych wy­bo­rów. – Po­kręci­ła gło­wą. – W moim ży­ciu nie ma już dla cie­bie miej­sca, Tony. Tak samo, jak ja nie na­le­żę już do two­je­go. – Po­pa­trzy­ła na mnie spod rzęs. – Idź wzi­ąć prysz­nic.

– Po­cze­kasz? Może zjesz ko­la­cję z mo­imi ro­dzi­ca­mi i ze mną? Daw­no nie roz­ma­wia­łaś z Da­rią… – po­wie­dzia­łem z na­dzie­ją w gło­sie, że zdo­łam ją prze­ko­nać do tego po­my­słu.

– Bar­dzo bym chcia­ła, ale mu­szę już iść. Mam jesz­cze coś do zro­bie­nia.

No tak, już zbyt wie­le ostrzy wbi­ła w moje ser­ce tego dnia.

– Zo­ba­czy­my się, jak wró­cę z wy­jaz­du?

– Chcia­ła­bym.

Jesz­cze na dłu­go po roz­sta­niu z Char­lot­te nie po­tra­fi­łem do­jść do sie­bie.

Z ja­kie­goś nie­zna­ne­go po­wo­du nie przyj­mo­wa­łem do wia­do­mo­ści fak­tu, że nie sta­nie się dla mnie już ni­kim wi­ęcej, niż przy­ja­ció­łką. Tak na­praw­dę po­wi­nie­nem przy­go­to­wać się na jej ode­jście. W głębi du­szy zda­wa­łem so­bie spra­wę, że to się sta­nie. Nie utrzy­ma­łbym tej dziew­czy­ny przy so­bie na za­wsze, nie­wa­żne, jak bar­dzo bym pra­gnął, żeby było ina­czej.

Po­wrót ojca do domu oka­zał się gwo­ździem do trum­ny. Ko­la­cja mi­nęła w ci­szy, przy­naj­mniej w wi­ęk­szo­ści. Kie­dy wspo­mnia­łem o ko­lej­nych pro­ble­mach w szko­le, Tho­mas Pal­mer na­pu­szył się ni­czym paw. Stchó­rzy­łem i nie po­wie­dzia­łem mat­ce, że nie da­wa­łem już rady. Z ka­żdym dniem to wszyst­ko co­raz bar­dziej ci­ąży­ło mi psy­chicz­nie. Los co­dzien­nie do­kła­dał ce­gie­łkę cze­goś, z czym so­bie nie ra­dzi­łem.

A kie­dy bąk­nąłem coś o Char?

Wte­dy roz­po­czął się ist­ny ar­ma­ge­don ze stro­ny Da­rii.

Wpa­dłem w taki szok, że prze­sta­łem zwra­cać uwa­gę na to, co wy­krzy­ki­wa­ła moja mat­ka. Po pro­stu wsta­łem od sto­łu i ru­szy­łem do wła­sne­go po­ko­ju. Za­mknąłem się w nim. Z dołu do­cho­dził spo­koj­ny głos Tho­ma­sa, któ­ry pró­bo­wał uspo­ko­ić żonę.

Na­gle wy­jazd na ryby z oj­cem prze­stał wy­da­wać się ta­kim do­brym po­my­słem. Nie mia­łem po­jęcia, o czym z nim roz­ma­wiać. Cza­sa­mi ła­pa­łem się na my­śle­niu o tym, że stał się dla mnie nie­mal ob­cym czło­wie­kiem – w domu wi­ęcej go nie było, niż był, nie dzie­li­li­śmy za­in­te­re­so­wań, ostat­nio spędza­li­śmy ra­zem czas bar­dzo daw­no temu. Le­d­wie uda­ło mi się wy­grze­bać ten dzień ze wspo­mnień.

Zda­łem so­bie spra­wę, że tam­te lata były wspa­nia­łe. Pe­łne bez­tro­ski i pew­no­ści, że świat to pi­ęk­ne miej­sce. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łem, że śmie­rć to zgni­li­zna, któ­ra po­tra­fi ska­zić umy­sł i ser­ce; że su­mie­nie to nie za­wsze anio­łek, a często wręcz pod­stęp­ny dia­be­łek, któ­ry szep­cze do ucha za­tru­te sło­wa, przez któ­re ma­rzy­łem o ode­bra­niu so­bie ży­cia.

Prze­le­ża­łem w łó­żku całą noc z ręko­ma za­ło­żo­ny­mi pod gło­wą. Wpa­try­wa­łem się tępo w su­fit, jak­bym miał tam zna­le­źć od­po­wie­dzi na dręczące mnie py­ta­nia.

Dla­cze­go mu­szę to wszyst­ko zno­sić?

Dla­cze­go uda­ję, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, sko­ro czu­ję się bez­na­dziej­nie?

Czy na­praw­dę mam na kogo li­czyć, czy je­stem w tym wszyst­kim sam?

Cze­mu tak kur­czo­wo trzy­mam się Char­lot­te? Może to czas, żeby po­zwo­lić jej ode­jść?

Jak dłu­go będę w sta­nie jesz­cze to wszyst­ko wy­trzy­my­wać?

Od­po­wie­dź nie po­ja­wi­ła się ma­gicz­nie na bia­łym skle­pie­niu, wy­ja­śnie­nie na­gle mnie nie olśni­ło. Ist­nia­ły tyl­ko ci­sza, pust­ka i nie­ustępli­wy chłód.

Kie­dy na li­nii ho­ry­zon­tu po­ja­wi­ło się de­li­kat­ne świa­tło sło­ńca, usły­sza­łem kro­ki. Na­dzie­ja, jaką ze sobą nió­sł nowy po­ra­nek, szyb­ko wy­pa­ro­wa­ła. Marsz ojca przy­wo­dził na myśl za­po­wie­dź woj­ny. Ko­lej­nej, któ­rą mu­sia­łem sto­czyć tego dnia.

Za­nim zdążył za­pu­kać w drzwi, usia­dłem na łó­żku. Wy­ci­ągnąłem spod nie­go tor­bę pod­ró­żną, przy­po­mnia­łem so­bie o ple­ca­ku zo­sta­wio­nym na ko­ry­ta­rzu. Ob­sta­wia­łem, że mat­ka wszyst­kie­go się do­my­śli­ła i sama za­jęła jego wy­pra­niem.

Ci­chy dźwi­ęk zde­rze­nia pi­ęści z drew­nem roz­sze­dł się po po­miesz­cze­niu.

– Pro­szę! – za­wo­ła­łem, ze­rwaw­szy się na rów­ne nogi.

Tata wpa­ro­wał do środ­ka. Ro­zej­rzał się nie­pew­nie po czy­stym wnętrzu. W jego źre­ni­cach bły­snęła iskier­ka za­sko­cze­nia. Pew­nie nie spo­dzie­wał się uj­rzeć ta­kie­go po­rząd­ku w po­ko­ju na­sto­lat­ka. Nie mia­łem za­mia­ru wspo­mi­nać, że to za­słu­ga jego żony, sko­ro ona sama tego nie zro­bi­ła.

– Wy­je­żdża­my za czter­dzie­ści mi­nut. Za dwa­dzie­ścia zej­dź na śnia­da­nie – oznaj­mił to­nem nie­zno­szącym sprze­ci­wu.

Kiw­nąłem gło­wą na znak, że przy­jąłem in­for­ma­cję do wia­do­mo­ści. Oj­ciec za­trzy­mał wzrok dłu­żej na mo­jej twa­rzy. To­czy­li­śmy nie­mą wal­kę, tyle że w jego oczach nie do­strze­głem nie­za­do­wo­le­nia, zło­ści czy za­wo­du. Pa­trzył na mnie w taki spo­sób, jak­by coś stra­cił.

A po­tem tak po pro­stu wy­sze­dł, bez sło­wa.

W ci­ągu dwu­dzie­stu mi­nut zdąży­łem spa­ko­wać do tor­by kurt­kę wia­trów­kę, parę ka­lo­szy, któ­re tkwi­ły za­ko­pa­ne głębo­ko w sza­fie, czap­kę i ciu­chy na prze­bra­nie. Przed ze­jściem do kuch­ni wstąpi­łem do to­a­le­ty, skąd za­bra­łem śro­dek prze­ciw owa­dom. Ka­żdą czyn­no­ść wy­ko­ny­wa­łem jed­nak z oci­ąga­niem, zmu­sza­jąc ko­ńczy­ny do wy­ko­ny­wa­nia ru­chów.

Kie­dy do­ta­rłem na dół, tata już jadł. Z ro­snącą gulą w gar­dle po­sta­no­wi­łem skosz­to­wać śnia­da­nia. Za­cząłem za­sta­na­wiać się, gdzie je zwró­cę. Do za­trzy­ma­nia je­dze­nia w żo­łąd­ku nie prze­ko­nał mnie na­wet fakt, że na­praw­dę do­brze sma­ko­wa­ło.

Tho­mas Pal­mer ucho­dził w ro­dzi­nie za wy­śmie­ni­te­go ku­cha­rza. Jako dziec­ko pra­gnąłem, żeby to on przy­go­to­wy­wał ka­żdy mój po­si­łek. Jesz­cze wte­dy mógł to ro­bić, sko­ro pra­co­wał w Le­xing­ton. Kil­ka lat pó­źniej pod­jął się za­trud­nie­nia, któ­re po­le­ga­ło głów­nie na wy­jaz­dach. W ten oto spo­sób prze­stał być wa­żną częścią mo­je­go ży­cia.

– Nie mu­sisz się zmu­szać. – Zna­cząco spoj­rzał na moje pal­ce. Do tej pory nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, jak moc­no za­ci­ska­łem je na wi­del­cu.

Prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę, ra­zem z reszt­ka­mi tego jed­ne­go kęsa omle­ta.

– Nie wiem, o czym mó­wisz – od­po­wie­dzia­łem z uda­wa­ną obo­jęt­no­ścią. Tak na­praw­dę z ner­wów aż skręca­ły mi się kisz­ki.

Odło­żył sztu­ćce na ta­lerz. Si­ęgnął do po­jem­ni­ka z chu­s­tecz­ka­mi, sta­no­wi­ło ono je­dy­ną fi­zycz­ną ba­rie­rę mi­ędzy nami. Wy­jął je­den li­stek i wy­ta­rł nim usta. Gło­śno od­chrząk­nął, po czym ze­brał się na od­wa­gę i po­wie­dział:

– Mo­że­my nie być już bli­sko, ale ja na­dal je­stem two­im ro­dzi­cem. Wy­star­czy mi jed­no zer­k­ni­ęcie w two­ją stro­nę, by wie­dzieć, że się z czy­mś zma­gasz. – Rzu­cił zu­ży­tą ser­wet­kę na ta­lerz. Wstał od sto­łu, pod­no­sząc brud­ne na­czy­nie i do­dał: – Przy nas nie mu­sisz ni­cze­go uda­wać. Pa­mi­ętaj o tym, synu.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Przez mo­ment po­czu­łem się, jak­bym go od­zy­skał. Cho­ciaż trwa­ło to rap­tem uła­mek se­kun­dy, wy­star­czy­ło, by na­pe­łnić moje ser­ce nową daw­ką na­dziei – w ostat­nim cza­sie tak bar­dzo po­trzeb­nej mi do ży­cia.

Przy­go­to­wał dwa ter­mo­sy z cie­płą her­ba­tą, spa­ko­wał je do osob­nej tor­by ra­zem z za­pa­sa­mi je­dze­nia. Co­kol­wiek przy­go­to­wał, na pew­no ci­ężko będzie mi to prze­łk­nąć, ale… Zła­pa­łem się na my­śli, że może mó­głbym spró­bo­wać.

Ten je­den raz.

Dro­ga nad rze­kę za­jęła nam tro­chę cza­su. Oj­ciec nie lu­bił ło­wić w oko­li­cach Le­xing­ton, wo­lał od­je­żdżać ka­wa­łek da­lej, gdzie pa­no­wał wi­ęk­szy spo­kój. Ci­szę prze­ry­wa­ło je­dy­nie ra­dio, co chy­ba nie prze­szka­dza­ło żad­ne­mu z nas.

Otwo­rzy­łem okno, wy­chy­li­łem twarz ku sło­ńcu. Pierw­szy raz od daw­na po­zwo­li­łem pro­mie­niom na­praw­dę otu­lić mnie swo­im cie­płem. Wy­da­wa­ły się ta­kie zna­jo­me. Wcze­śniej też je czu­łem, ale nie mia­łem śmia­ło­ści ich chło­nąć.

Trzy go­dzi­ny pó­źniej roz­sta­wi­li­śmy na­miot, roz­ło­ży­li­śmy śpi­wo­ry, a po­tem tata usta­wił węd­ki. Przy­go­to­wa­łem dwa le­ża­ki, po czym sta­nąłem obok nich i za­ci­ągnąłem się świe­żym po­wie­trzem. Py­łki ro­ślin dra­żni­ły moje noz­drza. Nie­opo­dal znaj­do­wa­ła się dzi­ka łąka, na któ­rej do­strze­głem ko­lo­ro­we kwia­ty. Po­tra­fi­łem je roz­ró­żnić tyl­ko dzi­ęki ma­mie. Wie­dzia­łem, że maki i go­rycz­ki sta­no­wią ide­al­ny po­karm dla psz­czół, z ko­lei tro­je­ść dla gąsie­nic mo­ty­li.

– Wiesz, kie­dy by­łem w li­ceum, mie­li­śmy tam kil­ku gów­nia­rzy. Sądzi­li, że da­dzą radę wszyst­ki­mi rządzić – za­czął oj­ciec, czym zwró­cił na sie­bie moją uwa­gę. Jed­no­cze­śnie re­gu­lo­wał ży­łkę na węd­ce, spraw­dzał jej na­pi­ęcie. – Na po­cząt­ku do mnie nie pod­cho­dzi­li, ale kie­dy zma­rła two­ja bab­cia, zna­la­złem się w na­praw­dę mrocz­nym miej­scu w ży­ciu. Za­mknąłem się w so­bie, od­da­li­łem od przy­ja­ciół. Wy­bra­łem sa­mot­no­ść.

Zmarsz­czy­łem brwi skon­ster­no­wa­ny nad­mier­ną wy­lew­no­ścią ojca. Nie pa­mi­ęta­łem, żeby kie­dy­kol­wiek o czy­mś ta­kim wspo­mi­nał.

– Do cze­go dążysz? – Nie uda­ło mi się ukryć cie­ka­wo­ści w to­nie gło­su.

On po­sta­no­wił jed­nak drążyć te­mat, uda­jąc, że nie sły­szał mo­je­go py­ta­nia.

– Kie­dy już zo­sta­łem ca­łkiem sam, po­de­szli do mnie pierw­szy raz. Tro­chę mnie po­sztur­cha­li, w ten spo­sób się za­częło. Z ka­żdym ty­go­dniem szło to w co­raz gor­szą stro­nę. Wy­zwi­ska, ob­le­wa­nie na­po­ja­mi, głu­pie żar­ty. Któ­re­goś razu zna­la­złem w swo­jej szkol­nej szaf­ce zde­chłą żabę – prych­nął z za­że­no­wa­niem.

– Da­lej nie ro­zu­miem, o co ci cho­dzi.

– A ja da­lej nie po­tra­fię zro­zu­mieć, dla­cze­go po­pro­si­łeś mat­kę, by od­pu­ści­ła te­mat. – Spoj­rzał na mnie gniew­nie. – Ja w tam­tym mo­men­cie bła­ga­łem, żeby ktoś mi po­mó­gł. Wiem, że mie­rzysz się z czy­mś dla nas nie­wy­obra­żal­nym, ale przez coś ta­kie­go… To nas boli, synu. Myśl, że mo­że­my cię stra­cić. Mat­ka co noc pła­cze w po­dusz­kę, bo nie wie, co ro­bić. Nie chcesz jeść, prak­tycz­nie nie wsta­jesz z łó­żka, od­rzu­casz wszel­ką po­moc, nie masz przy­ja­ciół…

– Mam Char­lot­te – prze­rwa­łem mu twar­do.

Uśmiech­nął się w smut­no.

– Tak, masz Char­lot­te – od­pa­rł ci­cho. – Jed­nak po­wi­nie­neś so­bie za­dać py­ta­nie: czy Char­lot­te by chcia­ła, że­byś ją miał?

Po­pra­wi­łem się na le­ża­ku. Coś za­częło uwie­rać mnie w że­bra. Wie­dzia­łem, że to nic fi­zycz­ne­go, na­ma­cal­ne­go. To ból wy­wo­ła­ny sło­wa­mi ojca. Wy­cho­dzi­ło na to, że on rów­nież wi­dział, jak moje re­la­cje z przy­ja­ció­łką upa­da­ły ka­żde­go dnia co­raz bar­dziej.

I nie po­tra­fię tego po­wstrzy­mać.

Wi­dząc moją zdez­o­rien­to­wa­ną minę, do­dał:

– Słu­chaj, chcę ci tyl­ko po­wie­dzieć, że nie po­wi­nie­neś się wsty­dzić. By­łem na two­im miej­scu, Tony. Prze­ży­łem, bo pro­si­łem o po­moc. I nie czu­ję z tego po­wo­du wsty­du. – Prze­stał ba­wić się węd­ką. Za­rzu­cił ją, usta­wił, a na­stęp­nie pod­sze­dł bli­żej. Uło­żył dłoń na moim ra­mie­niu i lek­ko je ści­snął. – Mężczy­zna to nie mu­sku­ły, bli­zny na rękach od ci­ężkiej pra­cy i wiel­kie ego. Mężczy­zna to czło­wiek z emo­cja­mi, ta­ki­mi sa­my­mi, jak ka­żdy inny. Masz pra­wo czuć się go­rzej, mieć chwi­le zwąt­pie­nia, pła­kać. Jed­nak ni­g­dy, Tony, prze­nig­dy nie masz pra­wa się pod­dać. Ro­zu­miesz?

Po­czu­łem, że w oczach zbie­ra­ją się łzy. Pierw­szy raz od roku nie mu­sia­łem się kryć z wła­sny­mi uczu­cia­mi. Za­la­ła mnie fala ulgi, ale ta­kże żalu do sa­me­go sie­bie. Tyle cza­su to wszyst­ko tłam­si­łem w środ­ku, że na­wet nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, jak bar­dzo po­trze­bo­wa­łem ta­kie­go wspar­cia. Za­po­mnia­łem, że si­ęga­nie po nie, nie było ozna­ką mo­jej sła­bo­ści.

Tata ota­rł sło­ne kro­ple z mo­jej twa­rzy, a na­stęp­nie ob­jął mnie z taką siłą, jak­by żył w stra­chu, że mo­głem się roz­pa­ść na drob­ne ka­wa­łki i znik­nąć na za­wsze.

– Ko­cham cię, synu. Je­stem przy to­bie, ale przede wszyst­kim je­stem cho­ler­nie dum­ny, że ży­jesz.

Te sło­wa spra­wi­ły, że pękłem. Gło­śno za­szlo­cha­łem, a ten szloch za­mie­nił się w ogrom­ny płacz, od któ­re­go trzęsło się całe cia­ło. Za­wo­dzi­łem w nie­bo. Oj­ciec pod­trzy­my­wał mnie, że­bym nie upa­dł.

– Po­móż mi, tato – po­pro­si­łem mi­ędzy na­pa­da­mi pła­czu. – Po­móż mi to wszyst­ko sko­ńczyć.

– Po­mo­gę ci prze­żyć – obie­cał z mocą w gło­sie.

Po tym jed­nym in­cy­den­cie, na nowo się na nie­go otwo­rzy­łem. Sie­dzie­li­śmy i go­dzi­na­mi roz­ma­wia­li­śmy o wszyst­kim, co mnie męczy­ło. Wy­ja­śni­łem mu, dla­cze­go bła­ga­łem mamę o za­ko­ńcze­nie prób uzy­ska­nia spra­wie­dli­wo­ści dla mnie i in­nych gnębio­nych uczniów. Nie chcia­łem, żeby moja ro­dzi­na mia­ła przez to wi­ęk­sze pro­ble­my i była na języ­kach ca­łe­go Le­xing­ton oraz oko­licz­nych mia­ste­czek.

Ni­g­dy w ży­ciu nie wi­dzia­łem ojca tak wście­kłe­go. Po­wie­dział tyl­ko, że prze­sze­dłby dla mnie boso przez pie­kło, po czym ka­zał po­ło­żyć się w na­mio­cie. Za­ko­pa­ny w śpi­wór, wy­jąłem te­le­fon. Od­blo­ko­wa­łem ekran, wsze­dłem w kon­tak­ty. Zna­la­złem imię Char­lot­te z czar­nym ser­dusz­kiem. Otwo­rzy­łem kon­wer­sa­cję i wy­sła­łem jed­ną, krót­ką wia­do­mo­ść.

Ja: Tęsk­nię za tobą.

Nie do­sta­łem od­po­wie­dzi.

Przypisy

* Tekst pio­sen­ki wy­my­ślo­ny przez au­tor­kę.

Co­py­ri­ght © for the text by Do­mi­ni­ka Hajs

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja:

Ewa Wo­źniak

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Alek­san­dra Ku­czy­ńska

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-26-3