(Nie)zdobyta. Tom 2 - Melissa Darwood - ebook
BESTSELLER

(Nie)zdobyta. Tom 2 ebook

Melissa Darwood

4,7

246 osób interesuje się tą książką

Opis

Kontynuacja bestsellerowej górskiej serii pełnej miłości.

 

 „Potrafiłam sobie wyobrazić niemal wszystko – koszmarną pogodę, wędrówkę w śniegu i mrozie, wycieńczenie fizyczne oraz to, że załamię się psychicznie.

Miałam koszmary o sunącej po zboczu lawinie, widziałam siebie odpadającą od ściany, z odmrożonymi palcami i soplami lodu w nosie.

Planowana wspinaczka Jansona na szczyt napełniała mnie niepokojem. Truchlałam na myśl o tym, że góry go zabiją.

Prawda jest jednak taka, że możesz sobie snuć wyobrażenia o najbliższej przyszłości – gdybać, planować, śnić, zakładać hipotetyczne rozwiązania, a twoje cholerne życie i tak ma własne plany względem ciebie…” – Julka.

 

Czy Julce i Jeremiemu uda się pokonać własne ograniczenia i zrealizować wyznaczone cele?

Czy zdołają się oprzeć wzajemnemu przyciąganiu, które może zrujnować ich plany?

 

Zabawne dialogi, rozpalające zmysły sceny, zachwycające plenery górskie…

I emocjonujący finał, którego absolutnie się nie spodziewasz.  

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Melissa Darwood All rights reserved Wszelkie Prawa Zastrzeżone Łódź, 2020
Redakcja: Iga Wiśniewska
Korekta: D. B. Foryś
Skład, łamanie, przygotowanie do druku: Anna Teodorczyk-Twardowska
Konsultacja merytoryczna z zakresu wspinaczki: Jakub Skibski oraz J.M.
Projekt okładki: Melissa Darwood
Zdjęcie autorki: Piechocka Kasia Fotografia
ISBN 978-83-956816-1-5
www.melissadarwood.com
KonwersjaeLitera s.c.

Nie trzeba być geniuszem łamiącym kod Enigmy, żeby zauważyć, że mamy z Jeremim ciche dni. Choć nazwanie ich cichymi to lekkie niedopowiedzenie. Niby się do siebie odzywamy, niby odpowiadamy sobie na pytania, ale tak naprawdę ze sobą nie rozmawiamy. Wymiana zdań między nami jest krótka, rzeczowa i pozbawiona jakichkolwiek emocji. Co nie oznacza, że tych emocji nie ma. Są, czuć je, i to jak! Wiszą w powietrzu, czynią je gęstym, ciężkim, parnym...

Podróż na Jurę była dla mnie drogą przez mękę. Przez napiętą atmosferę nie byłam w stanie swobodnie oddychać. Co jakiś czas zerkałam ukradkiem na siedzącego za kierownicą Jeremiego – jego wyraz twarzy mówił jedno: im mniej będziemy ze sobą rozmawiać, tym lepiej.

Bywały momenty, kiedy dostrzegałam kątem oka, że odrywa wzrok od jezdni i patrzy na mnie, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale po chwili powracał spojrzeniem na drogę.

Podczas podróży czułam tak silny ucisk w żołądku, że już sama nie wiedziałam, czy to z emocji, czy po prostu chciało mi się do kibla (bo załatwianie się w drodze zdecydowanie nie należy do moich ulubionych czynności. Jak nie biegunka, to takie zaparcia, jakbym zżarła płytę pilśniową).

***

Kiedy dojeżdżamy na miejsce, Janson ustala warunki biwakowania z właścicielem terenu, z którym zna się z wcześniejszych wypadów. Następnie zabiera się za rozpakowywanie auta, a ja postanawiam rozprostować nogi, rozejrzeć się po okolicy i przy okazji wyżalić przez telefon przyjaciółce, jaką to jestem tępą dzidą, która przespała się ze swoim jedynym źródłem informacji do książki.

– Co zrobiłaś?! – Jagna omal nie wyskakuje ze słuchawki. – I dopiero teraz mi o tym mówisz? Opowiadaj, jak było? Dobry jest? – Zarzuca mnie pytaniami jak napalona małolata albo niedojrzała trzydziestolatka, która nie uprawiała seksu od wieków.

Jestem oszołomiona i zaskoczona jej spontaniczną reakcją, a to dlatego, że po pierwsze, Jagna już dawno nie jest nastolatką i zdecydowanie nie można jej zarzucić niedojrzałości emocjonalnej, a po drugie, uprawia seks równie często, co robi test ciążowy, czyli codziennie. Wnioskuję więc, że jest po prostu najzwyczajniej w świecie ciekawa – jak to kobieta, której najlepsza przyjaciółka po roku abstynencji bzyknęła się z facetem. A że facet ten przy okazji jest pioruńsko przystojny, tym większą pożywkę ma jej wyobraźnia.

Ruszam ścieżką, byle jak najdalej od łąki, na której Janson rozstawia nasz namiot.

– Było dobrze, naprawdę dobrze... – Przygryzam wargę. We wspomnieniach widzę twarz dochodzącego JJ-a i czuję skurcz między udami. – W zasadzie nigdy wcześniej nie przeżyłam z nikim czegoś podobnego.

– To nie chrzań, że było dobrze, tylko piszcz, skacz i ciesz się, kobieto!

– Nie mam się z czego cieszyć, Jagna.

– Jak to nie? Ten facet jest boski i z tego, co mówisz, wynika, że było wam świetnie w łóżku.

W sumie to nie w łóżku, lecz na zatęchłej kanapie, ale nie ma sensu psuć Jagnie erotycznych wyobrażeń.

– I co z tego, skoro teraz praktycznie ze sobą nie rozmawiamy.

– A po co wam rozmowa? Masz zamiar prowadzić z nim klub dyskusyjny czy odbywać treningi ze wspinaczki? Bo jeśli to drugie, to naprawdę nie trzeba do tego wielu słów, wystarczy jakieś „wspinaj się”, „trzymam linę”... A po ciężkim dniu możecie ograniczyć się do standardowego: „och, tak, głębiej, pieprz mnie!”.

Jeeezu, czy jej już zupełnie odbiło? Słyszałam kiedyś, że podobno ciężarne kobiety mają parcie na seks i wszystko kojarzy im się z kopulacją, ale przecież Jagna nie jest w ciąży... A może jednak jest?

– Czy ty przypadkiem nie zaciążyłaś? Gadasz jak napalona ciężarówka.

W słuchawce rozlega się westchnienie.

– Niestety nie, ale zaczęłam stosować terapię hormonalną i nie mogę przestać myśleć o seksie.

No i wszystko jasne.

– To Bernard chyba jest zadowolony.

– Raczej ma mnie już dosyć. Ostatnio zgwałciłam go w naszym gabinecie w klinice na fotelu, kiedy pacjent czekał na wizytę tuż za drzwiami.

Na fotelu dentystycznym? Fuuuj, to największa dewiacja, o jakiej słyszałam. Boże, ta dwójka skutecznie potrafi obrzydzić mi seks.

– Jesteście zboczeni. Oboje. Ale bardziej ty, bo go zgwałciłaś.

– Nie przeczę. – Śmieje się. – Ale do rzeczy. Dużego ma?

– Co?

– No, Iniemamocny, czy ma dużego?

– Jagna!

– Co? To proste pytanie.

Banalnie proste. Krążą różne anegdoty i plotki o rozmiarach penisów. Podobno ciemnoskórzy mają przyrodzenia jak kije baseballowe, do Azjatów zaś bez pęsety nie podchodź. Jeśli to faktycznie prawda, to albo Janson nie jest synem swojego ojca, albo męskie geny odziedziczył po przodkach matki, którzy najwyraźniej byli białymi murzynami z Afryki.

– Dużego. – Na samo wspomnienie tego, jak mnie wypełniał, czuję mrowienie w dole brzucha.

– Wiedziałam! Opowiadaj ze szczegółami, jak było, jaki on był?

Rany, ona naprawdę sfiksowała. Nieraz dzieliłyśmy się intymnymi zwierzeniami i nigdy nie miałam oporów przed opowiadaniem jej o swoich facetach. To było nawet zabawne, kiedy zdawałam jej relację z kolejnego pasjonującego pożycia z moim eks.

W pamięci mimowolnie przywołuję jedną z nocy, gdy wspięłam się na wyżyny poetyckiego kunsztu i leżąc na plecach pod moim byłym, ułożyłam wiersz:

Niech mym ciałem wstrząśnie spazm, niech nadejdzie ten cholerny orgazm.

Niech doprowadzi mnie do wrzenia, mam już dosyć bezczynnego leżenia!!!

Ale orgazm nie nadszedł. Ani wtedy, ani nigdy. Aż nie bzyknęłam się z Jansonem. To było tak intensywne i niesamowite, że gdy tylko sobie o tym przypomnę, dostaję skurczów macicy.

– Miałam zabójczy orgazm, pochwowy, i to przed nim – wyznaję.

– Co? Ale jak?

– Nie mam pojęcia. Ty jesteś ekspertem, mówiłaś, że masz orgazm za każdym razem.

– Ale łechtaczkowy i nigdy przed Bernardem. Trochę się później jeszcze musi natrudzić, biedaczek. Myślałam, że orgazm pochwowy to mit.

– Też tak myślałam.

– O rany... – W jej głosie słyszę podziw, a może nawet lekką zazdrość. – Albo masz świetnie wyćwiczone mięśnie dna miednicy, albo twój Iniemamocny naprawdę zna się na rzeczy.

– Gdybym miała wyćwiczone mięśnie, o których mówisz, to już dawno zaliczyłabym taki orgazm z którymś z byłych.

– No tak... – Wzdycha rozmarzona. – Gdzie zamierzacie dzisiaj nocować? – Zmienia nagle temat.

– Yyy... – Rozglądam się po polanie. – W namiocie, na jakiejś łące przy skałach.

– Duży chociaż ten namiot?

Mrużę oczy, żeby dostrzec, jak Janson w oddali naciąga linkę od żółtego namiotu.

– Niezbyt.

– Jak będzie wam ciasno, możecie spać na jeźdźca. – Chichocze.

Wariatka z tej Jagny.

– Zapomnij. I nie gadajmy już więcej o seksie, okej? To mi wcale nie pomaga w mojej pracy.

– Przesadzasz. Potraktuj to jak życiową przygodę. Jeszcze wspomnisz te chwile z rozrzewnieniem, kiedy twój przyszły mąż będzie budził cię chrapaniem w środku nocy, a twoją największą fantazją podczas współżycia będzie zajście w ciążę.

Ściągam brwi. Wiem, że Jagna i Bernard są ze sobą już długo i niejednokrotnie marudziła, że dostaje białej gorączki, gdy musi sprzątać po nim gniazda z ciuchów spod łóżka i walczyć o pilota do telewizora, bo on chce oglądać mecz, a ona relację z Eurowizji. Ale w jej głosie słyszę teraz coś więcej niż zwykłe niezadowolenie.

– U was wszystko gra? – pytam.

– Różnie bywa. Po prostu małżeństwo rządzi się własnymi prawami. Jesteśmy z Bernardem razem dziesięć lat i uwierz mi, to, czego doświadczasz teraz z Jansonem, to najlepszy okres w twoim seksualnym życiu. Dlatego dobrze ci radzę, wyłącz emocje, odłóż na bok rozsądek, pracuj dzielnie i wytrwale, a przy okazji daj ulżyć macicy. Bzykaj się ze swoim Iniemamocnym, kiedy nadarzy się okazja, ale nie angażuj się emocjonalnie.

– Mam uprawiać seks bez zobowiązań? Z Jansonem? Oszalałaś? Przecież to nie wypali.

– Dlaczego nie?

Przesuwam dłonią po twarzy. Jest mi gorąco i wcale nie z powodu słonecznej pogody. To inny rodzaj gorąca: wewnętrzny, rozpalający każdy fragment ciała od środka, któremu wtóruje uczucie niepewności i podekscytowania.

– Bo to się po prostu nie uda. Nie z nim.

– Dlaczego? Ma żonę?

– Wiesz, że nie.

– Jest impotentem?

– Nie!

– Ma siedemnaście lat i jego matka wydrapie ci oczy, jak się dowie, że uwiodłaś jej nieletniego syna?

– Jagna!!!

– To o co chodzi?

Przygryzam wnętrze policzka.

– Nie mogę z nim tego zrobić. Gdy byliśmy razem, czułam się wyjątkowa. To, jak na mnie patrzył, jak mnie pragnął...

– O fuj, straszne.

– Nie żartuj sobie ze mnie. Ja się boję.

– Czego?

– Że kiedy zacznę uprawiać z nim seks, poczuję do niego coś więcej.

– Tego nie wiesz. Jeśli nie spróbujesz, to się nie przekonasz. Jesteś bystra, zorientujesz się, w którym momencie przestać.

W sumie... Jestem bystra. I na pewno się zorientuję...

Czuję narastające podekscytowanie. Moje serce zaczyna bić szybciej.

Boże, chyba oszalałam, że w ogóle rozważam taką możliwość.

Nie. To idiotyzm. Jeszcze nie zdurniałam do reszty, żeby pakować się w coś takiego.

– Nie ma mowy. Poza tym Jeremi jasno dał mi do zrozumienia, że seks między nami był pomyłką.

– To nie znaczy, że mu się nie podobało. Pogadaj z nim. Jak dorosły z dorosłym. Jeśli wyczujesz, że nadal ma na ciebie ochotę, ale zwyczajnie nie chce się angażować, to zasugeruj mu seks bez zobowiązań. Proste.

Oszalała.

– W życiu tego nie zrobię – prycham. – Nie jestem aż tak zdesperowana.

– Tu nie chodzi o desperację, tylko o zaspokojenie potrzeb seksualnych i zadbanie o stan narządów płciowych. Ktoś powinien się wreszcie zająć twoją skorodowaną pochwą, a Iniemamocny doskonale się do tego nadaje.

– Moja pochwa wcale nie jest skorodowana!

– Jest, i potrzebuje gruntownej oraz częstej konserwacji. Prześpij się z tematem, a później z Jansonem. Potraktuj to doświadczenie jako dobrą zabawę, źródło przyjemnych wspomnień. Jesteś w kwiecie wieku, nie masz zobowiązań, męża, dzieci, więc korzystaj z życia, skoro nadarza się ku temu okazja. Zapytaj Jansona wprost, czy pójdzie na taki układ. Faceci to nieskomplikowane stworzenia i uwielbiają seks. Jestem pewna, że ci nie odmówi.

– O nie. Nie jestem jakąś ryczącą trzydziestką z nadpobudliwością macicy, żeby żebrać o seks.

– Racja. Jesteś trzydziestką, która może uprawiać seks, z kim chce i kiedy chce. Ważne, żebyś zachowała przy tym zdrowy rozsądek.

– No właśnie, mam zdrowy rozsądek, dlatego sorry, Jagna, ale nie skorzystam z twoich seksualnych porad. Nie zamierzam wikłać się w jakiś niezdrowy układ z Jansonem. Potrafię panować nad swoimi popędami. Przygotuję się jak najlepiej do wyprawy, dojdę do tej pieprzonej bazy i napiszę bestseller. Bez emocjonalnej destabilizacji, bez zbędnych komplikacji i bez angażowania się w jakiekolwiek sprawy damsko-męskie.

– No tak... Widzę, że wiesz, czego chcesz. – Jagna nieco spuszcza z tonu. – Zrobisz, jak uważasz. Ale przemyśl sobie na spokojnie to, co powiedziałam. To taka moja przyjacielska rada.

Działka, na której rozstawiliśmy namiot (to znaczy Jeremi rozstawił, gdy ja rozmawiałam z Jagną), należy do mieszkańca pobliskiej wsi. JJ poznał go na samym początku swojej przygody ze wspinaczką, kiedy to biwakował na dziko. Naraził się tym samym właścicielowi, a sprawa omal nie trafiła na policję. Dwie flaszki załatwiły jednak sprawę.

Od tamtego czasu Janson zawsze pyta właściciela o zgodę. Mają niepisaną umowę, że w zamian za pobyt mężczyźnie przysługuje litr wódeczki, a na koniec pobytu plac ma być wysprzątany.

Jeszcze nawet nie zdążyłam się przyzwyczaić do myśli, że przez kolejne dni będę mieszkać w namiocie o powierzchni niecałych czterech metrów kwadratowych, a Janson już ciągnie mnie na pobliskie skałki.

Biwakujemy dwieście metrów od Cyrku i nie mam tu na myśli areny z klaunami, tylko skały, które składają się z Pustej Turni, Ganka Ewy i Skrajnego Filaru. Nie wiem, kto nadał im takie nazwy, ale zdecydowanie nie był trzeźwy, kiedy je wymyślał.

Osobiście nie mam żadnych skojarzeń, gdy patrzę na piętrzące się głazy. Dla mnie to po prostu wapienne kolosy. No może z wyjątkiem Grzyba, który faktycznie wygląda jak przerośnięty prawdziwek z okolic czarnobylskiej Zony.

W przewodniku wspinaczkowym po Jurze, który za radą Jansona studiowałam po drodze w samochodzie, pisano, że skały będące obiektem naszej dzisiejszej wspinaczki osiągają w niektórych miejscach dwadzieścia pięć metrów wysokości. W sumie znajduje się na nich aż czterdzieści dróg wspinaczkowych o różnych stopniach trudności.

Większość z nich posiada już asekurację opierającą się na ringach (tak – tych samych, z których oblałam pierwszy test Jansona), więc raczej nie będę miała większego problemu ze wspinaczką. Przecież w ostatnich dniach na ściance na hali świetnie dawałam sobie radę.

Kiedy jednak zbliżamy się do wielkiej jak tytanozaur skały, oblewa mnie zimny pot. Tak, to zdecydowanie spora skała. A to jest bez wątpienia odpowiednie miejsce na taką skałę. Tylko nie jestem pewna, czy jest ono również odpowiednie dla mnie.

Podchodzimy bliżej. Na miejscu znajduje się kilkanaście osób. Nie spodziewałam się aż tylu ludzi. Witają się z nami, mówiąc nam „cześć”.

– Znasz ich? – pytam Jansona.

– Nie.

– To dlaczego mówią ci „cześć”?

– Taki zwyczaj.

Dostrzegam jakąś parę z dwojgiem dzieci w wieku szkolnym. Dzieciaki siedzą na karimatach na trawie, grają na telefonach, a rodzice szykują się do wspinaczki.

Kilka metrów od nas dziewczyna w moim wieku w towarzystwie owczarka niemieckiego rozkłada na dużym głazie kanapki oraz termos, podczas gdy jej partner zdejmuje buty wspinaczkowe i zakłada klapki.

Nieco dalej dwóch mężczyzn tłumaczy młodziutkiej dziewczynie, jaką drogą powinna się wspiąć na samą górę. Widzę w jej oczach podekscytowanie, które miesza się z dozą niepewności.

Tuż obok zauważam jeszcze dwie kobiety, na oko w moim wieku. Jedna z nich asekuruje, a druga wspina się po skale.

Przesuwam wzrokiem po kamiennym olbrzymie i coś mi tu nie pasuje. A gdzie, do cholery, są stopnie i chwyty? Nie jestem głupia, wiem przecież, że na skale nie znajdę takich udogodnień jak na hali, ale, do jasnej anielki, ściana, przed którą stoimy, jest płaska jak mój biust w szkole podstawowej.

Wodzę wzrokiem po hipotetycznej drodze wspinaczki. W dół i w górę. Z prawej do lewej. Staram się dojrzeć jakąś wypustkę w skale, cokolwiek, co mogłabym potraktować jako chwyt lub stopień. A tu dupa.

Robi mi się gorąco.

Cholera, czarno to widzę, a tak naprawdę w ogóle nie widzę siebie wspinającej się po tej skale.

Muszę mieć bardzo nieciekawą minę, bo Janson, który od naszej wspólnej nocy nie odezwał się do mnie ani jednym zdaniem wielokrotnie złożonym, wyciąga z plecaka przewodnik wspinaczkowy, podaje mi go i mówi:

– Topo[1], strona trzydziesta siódma.

I tyle. A ja już się łudziłam, że zaszczyci mnie czymś więcej niż równoważnikiem zdania. Czy on ma jakąś awersję do czasowników?!

Biorę książkę, wertuję ją w poszukiwaniu podanej strony i napotykam na zdjęcie skały, przed którą stoimy. Widnieje na niej kilkanaście różnokolorowych linii, a każda z nich oznaczona jest numerem. Pod spodem znajduje się tabelka z cyframi rzymskimi. Podejrzewam, że to skale trudności, które widziałam już wcześniej na ściance sportowej, ale wolę dopytać, żeby nie wyjść na przygłupa.

– Te cyfry to skale trudności drogi wspinaczkowej? – odzywam się i wreszcie słyszę od Jansona porządnie sklecone zdania.

– Tak. W Polsce stosuje się tak zwaną skalę tatrzańską. Od jednego do sześciu. W latach siedemdziesiątych powstała skala Kurtyki, wyceniająca drogi sportowe na skałkach. Do szóstki pokrywa się ona ze skalą tatrzańską. Powyżej szóstki stawia się już cyfrę arabską: im wyższa cyfra, tym trudniejsza droga. Obecnie w Polsce najtrudniejszą drogę oznaczono jako VI.8.

– Jak należy interpretować poszczególne cyfry? – Pokazuję palcem na tabelkę, w której widnieją rzymskie I, II, III, IV, V i VI.

– Podręczniki podają, że jedynka to droga nieco trudna, używasz przede wszystkim rąk, żeby utrzymać równowagę, czyli kiedy wędrujesz po górach po stosunkowo stromym zboczu. Dwójka jest dość trudna, bez użycia obu rąk praktycznie się nie obędzie. Trzeba się przytrzymywać podczas wędrówki, żeby nie spaść. Trójka oznacza drogę trudną i w zasadzie od niej rozpoczyna się już wspinaczka. Czwórka jest bardzo trudna, ale do pokonania przez adepta wspinaczki. Piątka to droga nadzwyczajnie trudna, a szóstka skrajnie trudna. Z tym że to jest teoria, w praktyce każdy musi dostosować skalę do siebie, do swoich umiejętności i wytrzymałości. Dla mnie trudna wspinaczka rozpoczyna się od szóstki. Jedynka, dwójka i trójka to w zasadzie tylko trekking. Ale ktoś mniej doświadczony będzie miał inne zdanie na ten temat.

Zerkam na ścianę, ponownie na zdjęcie, i już łapię, że podręcznik podpowiada, jaką drogę wspinaczki najlepiej obrać w odniesieniu do swoich umiejętności.

– Czyli ja zaczynam od trójki – domyślam się, bo to najmniejsza cyfra, która widnieje na topo.

– Zaczniesz od piątki. – Jeremi rzuca plecak na trawę i zabiera się do rozpakowywania szpeju.

– Co? – Zerkam zdezorientowana na zdjęcie w przewodniku, po czym przenoszę wzrok na skałę i z trudem przełykam ślinę. Czy on chce, żebym się tutaj zabiła? – Ale sam mówiłeś, że według podręczników wspinaczka zaczyna się od trójki.

– Zaczynałaś na dykcie. Wkładaj dupowsporek[2], buty, kapelusz[3], i nie cuduj.

– Nie cuduj?! Przecież ta ściana nie ma chwytów ani stopni.

– Masz tu klam[4] po łokcie.

– Co mam?

Janson wywraca oczami.

– Czytałaś, czym jest formacja skalna, czy tylko oglądałaś obrazki?

Jezu, jaki on się zrobił drażliwy.

– Oczywiście, że czytałam. To wypukłe i wklęsłe formy terenu zbudowane ze skały.

– Więc? – Patrzy na mnie znacząco.

– Co „więc”? Mam ci wszystkie wymienić? Grzbiet, grań, filar, klif, żleb, komin, rysa...

– Nie o to mi chodzi.

– To o co? – Czuję, że zaczynam się wkurzać.

– Jakie tu widzisz formy skalne? – Wskazuje na jedną z dróg.

Patrzę na skałę i głupieję. O co mu, do cholery, chodzi?

– Kurde, to jest ściana, a nie masyw górski. Nie ma tu żadnych cholernych formacji skalnych.

– Dlatego, że patrzysz na nią jak turystka, a nie jak wspinacz.

– A jak mam patrzeć? To przecież wielka skała, do tego łysa jak kolano.

– Julka, spójrz. – Pokazuje w przewodniku drogę, którą mi wyznaczył. – Tu przez spory odcinek będziesz miała rysę, tutaj półkę, kawałek dalej zacięcie, po nim od razu rynnę... – Wodzi palcem po zdjęciu, tłumacząc poszczególne kroki. – Każde z nich możesz wykorzystać jako chwyt i stopień.

Wpatruję się w przewodnik, po czym przenoszę wzrok na ścianę. Stoję, patrzę i nie widzę tego w jasnych barwach. To znaczy, widzę miejsca, o których mówi Janson, ale jestem przekonana, że nie będę potrafiła ich wykorzystać w roli chwytów i stopni.

– Nie dam rady. Nie mam pojęcia, jak to zrobić.

Jeremi wzdycha i bez słowa wyjmuje sprzęt z plecaka. Wkłada buty do wspinaczki, uprząż, dopina ekspresy, woreczek z magnezją, wiąże linę i podchodzi do ściany.

– Patrz i zapamiętuj każdy ruch. – Naciera dłonie białym proszkiem, po czym zaczyna się wspinać.

Zaraz, zaraz. Czy on zamierza wejść na tę ścianę bez kasku i asekuracji? Zwariował!

Zanim mam szansę zareagować, Janson wykorzystuje rysę w skale, by w dwóch ruchach dojść do pierwszego ringu. Umieszcza w nim ekspres, wybiera linę i wpina ją z palca w karabinek.

– Kiedy będziesz się wpinać, dajesz mi znać, mówiąc „wpinka”, jasne? – poleca.

– Tak.

– Linę prowadź zawsze z boku.

– A co, jeśli lina znajdzie się pod moją nogą? – Śledzę każdy jego ruch.

– Podczas odpadnięcia polecisz głową w dół i uderzysz plecami o ścianę.

Miękną mi kolana.

Lot do góry nogami, walnięcie plecami o skałę – bezdech, ból, paraliż...

Mam już mokre dłonie, a jeszcze nawet nie zaczęłam wspinaczki. Boję się jak cholera. Staram się jednak skoncentrować na każdym ruchu Jeremiego, na każdym chwycie, stopniu, na każdym napotkanym ringu i wpięciu. Wiem, że jeśli zapamiętam jak najwięcej, to łatwiej pokonam drogę na górę.

Zauważam, że rysa się kończy i zastanawiam się, jak Jeremi poradzi sobie teraz ze wspinaniem. Nie dostrzegam żadnego chwytu ani stopnia. Ale on, jakby znał tę ścianę na pamięć, chwyta wymytą dziurę, potem kolejną, zapiera się nogami na wytartych, ledwo widocznych z dołu wybrzuszeniach, i wpina kolejny ekspres, a w niego linę.

– Jeśli nie będziesz pewna chwytu, mówisz „uważaj”.

– A to nie będziesz uważał cały czas?

– Będę, chodzi o wzmożoną ostrożność.

Jeremi zanurza dłoń w magnezji, po czym robi dynamiczny przechwyt, zawisa na jednej dłoni i łapie za kolejny chwyt.

Słyszę czyjeś westchnienie.

Odrywam wzrok od skały i widzę, że zgromadzeni ludzie obserwują Jansona. Na twarzy młodej dziewczyny dostrzegam podziw, w oczach towarzyszącego jej mężczyzny nutę zazdrości. Jedna z kobiet stoi pod ścianą kilka metrów dalej z rękoma założonymi na piersi i patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby się zastanawiała, co taki doświadczony wspinacz jak JJ robi z takim kursantem jak ja.

– Rozumiesz? – dobiega do mnie głos Jeremiego. Przenoszę na niego wzrok. Cholera, przegapiłam jakieś półtora metra wspinaczki.

– Jak się tam znalazłeś?

– Miałaś patrzeć.

– Patrzyłam...

– Jasne. – Wpina się do kolejnego ringu. – Powtórzę sekwencję ruchów, a ty się skup.

– Dobrze. Przepraszam. – Koncentruję na nim całą swoją uwagę.

Jeremi schodzi nieco w dół i wraca do poprzednich chwytów.

– Prawa ręka na małym chwycie, lewa na krawędzi. Prawa stopa na wgłębieniu i przenosisz prawą rękę na kolejny chwyt. – Wykonuje sprawnie wszystko, o czym mówi. – Lewa stopa idzie na mały stopień, później musisz złapać kciukiem lewej dłoni za wypustkę. To najtrudniejszy moment.

Stoję jak słup soli, wpatrując się w najbardziej newralgiczny punkt drogi. To będzie diabelnie trudne.

I jest.

Dwie i pół godziny później, kiedy po morderczym wysiłku i piętnastu odpadnięciach od ściany udaje mi się dotrzeć do najtrudniejszego momentu, przed którym uprzedzał mnie JJ, znowu odpadam.

Kuźwa jego mać! Dzisiaj w nocy tu wrócę i wysadzę w powietrze tę pieprzoną skałę.

***

Marzę o kąpieli w wannie pełnej gorącej wody, o kalorycznym, smakowitym posiłku i wylegiwaniu się w wygodnym łóżku na miękkiej pościeli. Tymczasem muszę się zadowolić chusteczkami nawilżającymi, twardą ziemią, karimatą oraz szeleszczącym śpiworem. I wcale nie dlatego, że jesteśmy w odległych partiach gór, do których nie dociera cywilizacja. Nie. Kilometr od naszego „obozu” znajdują się restauracje z pysznym jedzeniem oraz kwatery z ciepłą wodą i wygodnym wyrem. Ale Janson sobie ubzdurał, że taki biwak to doskonała forma przygotowania, że przyda mi się przedsmak tego, co czeka nas podczas wyprawy, czyli brud, głód i niewygoda.

– O fuj. Co to za psie gówno? – Wypluwam coś, co zdaniem Jansona nazywa się obiadem.

– Zupa w proszku.

– Niemożliwe. Na studiach jadałam zupki chińskie i były całkiem znośne, a to coś... – Patrzę z powątpiewaniem na zawartość menażki, w której pływają kluski w żółtawej cieczy. – To smakuje jak pomyje.

– Interesujące porównanie. – Bierze łyżkę zupy ze swojej menażki.

Ble.

– Jak ty to w ogóle możesz jeść? Przecież to śmierdzi, smakuje obrzydliwie, jest mdłe...

– Ale nie ma wzmacniaczy smaku i konserwantów. To wysokiej jakości liofilizat[5], który będziemy jadać dosyć często podczas wyprawy w Karakorum. Lepiej przywyknij.

– Nie możemy zabrać ze sobą czegoś lepszego? Mogę zawekować zupy w słoiku.

– Nie. To jest lekkie i bezpieczne w transporcie, szybkie w przygotowaniu, zachowuje niemal całkowicie barwę, smak i aromat potrawy, z której powstało, ale przede wszystkim zawiera witaminy i wszystkie składniki odżywcze, jakich będziemy potrzebować.

– Smak i aromat? – Czy on jest poważny? Jak dotąd nasze kulinarne gusta się pokrywały, nie rozumiem więc, skąd ta nagła odmiana. Jak to w ogóle możliwe, że Janson jest w stanie włożyć coś takiego do ust? – Co to właściwie za zupa?

– Cebulowa.

Momentalnie treść żołądka podchodzi mi do gardła. Odstawiam menażkę, zrywam się na równe nogi i uciekam jak najdalej od tego smrodu.

Kuźwa, oczywiście, że to cebulowa. Jak mogłam nie poczuć?

Z trudem powstrzymuję odruch wymiotny. Czuję niesmak w ustach, cała się pocę. Spokojnie, przecież praktycznie nic nie zjadłam. Nic mi nie będzie.

– Julka, co ci jest? – Podchodzi do mnie JJ.

– Nie toleruję cebuli. – Gdy tylko wymawiam słowo na literę C, z mojego gardła wydobywa się głębokie, dudniące beknięcie.

Janson otwiera szeroko oczy. Boże, niech on sobie stąd idzie. Zaraz zapadnę się pod ziemię ze wstydu.

– Masz nietolerancję cebuli? – Patrzy na mnie zdziwiony.

– Nie wymawiaj tego słowa... – Zakrywam usta dłonią, bo znowu wydobywa się z nich beknięcie prosto z trzewi.

Przymykam powieki, zaczynam dygotać. Za moment się porzygam.

 – Spokojnie, wzięłaś tylko łyżkę. Zaraz ci przejdzie. Usiądź.

Siadam na ziemi, zakrywam twarz dłońmi. Żołądek fika koziołka. Kolejny odruch wymiotny.

Niech to już minie, proszę...

– Skoczę po wodę. Potrzebujesz czegoś ze swojej magicznej apteczki?

– Rennie.

– Okej. Zaraz wracam.

Musiał naprawdę szybko biec, bo zjawia się z powrotem w mgnieniu oka.

Upijam łyk wody z metalowego kubka, biorę Rennie, rozgryzam... Jest mi już nieco lepiej, ale nadal mam niesmak w ustach. Zażywam kolejną pastylkę, ciumkam...

Koszmarny posmak zastępuje smak mięty. Będę żyć.

– Dzięki. – Oddycham lżej, jest mi lepiej.

– Masz jeszcze na coś nietolerancję albo jakąś alergię? To dosyć istotne, biorąc pod uwagę naszą wyprawę. – Siada obok mnie.

– Nie, chyba nie... – Przełykam ślinę. – Po prostu mam okropne wspomnienia z dzieciństwa związane z C. Strułam się syropem i stąd ta nietolerancja.

– C?

– Samo wymówienie tego słowa na głos wywołuje u mnie odruch wymiotny.

– Aż tak? – Jeremi przeczesuje dłonią włosy. Wygląda na zdezorientowanego. – Cholera, naprawdę jesteś wrażliwa.

– A ty tak nie masz? Nie robi ci się niedobrze na myśl o czymś, co ci kiedyś zaszkodziło?

– Na kacu mam wstręt do wódki i samego siebie... – Zawiesza głos.

Nasze spojrzenia się spotykają. To chyba miał być żart, ale nie wyszedł, bo oboje doskonale wiemy, jak zakończył się jego ostatni wyskok alkoholowy. Pytanie tylko, czy czuł wówczas do siebie wstręt.

– Czyli żadne żarcie z C podczas wyprawy nie wchodzi w grę? – wraca do tematu.

– Wszystko z C odpada – potwierdzam. – Mam nadzieję, że masz w zanadrzu jeszcze inne proszkowane potrawy.

– Oprócz zupy C jest makaron w sosie łososiowym z ziołami. Planowałem też zabrać dziczyznę z pieczarkami i makaronem, ale tam w składzie jest C. Możemy to danie zastąpić wegetariańskim risotto sojowym z bukietem warzyw.

– Bardzo zabawne.

– To nie był żart.

Patrzę na niego zaskoczona.

– Chcesz powiedzieć, że produkują takie wykwintne dania w proszku?

– Żywność liofilizowana przeżywa teraz prawdziwy renesans dzięki wyprawom outdoorowym. Producenci dążą do tego, żeby jedzenie było smaczne, lekkie, zdrowe, a co najważniejsze odżywcze. Wyprawa wysokogórska to skrajnie wytrzymałościowy wysiłek i znaczne przyśpieszenie metabolizmu. Na wysokości powyżej czterech tysięcy metrów przemiana materii jest szybsza nawet o dwadzieścia procent. Dlatego posiłki powinny być bogate w węglowodany, tłuszcze, białko i witaminy. Całodniowy trekking w górach to nawet sześć tysięcy spalonych kalorii.

O rany. Toż to dieta cud!

– I co będziemy jeszcze jeść? – pytam zaintrygowana.

– Szturm żarcie.

– To znaczy?

– Dopalacze w postaci batonów energetycznych i inne dobre rzeczy.

– Na przykład?

– Na śniadanie owsianka, musli z orzechami i mlekiem kokosowym w proszku, można dorzucić też czekoladę albo miód. Na kolację jajecznica z jajek w proszku albo kuskus z serem i granulatem sojowym, płatki gryczane, pesto... – wymienia, a mój żołądek burczy z głodu.

– Masz coś z tych rzeczy ze sobą?

– Mam. Na jutro zaplanowałem ryż instant z warzywami, salami i oliwą, a na deser masło orzechowe.

Chyba świecą mi się oczy, bo kąciki jego ust lekko się unoszą.

– Ech, Julka... – Wstaje i podaje mi rękę.

– No co? – Przyjmuję jego dłoń. – Od razu trzeba mi było zaserwować takie menu. Z przyjemnością odstąpię ci swoją zupę C w zamian za ryż.

***

Po obiedzie idziemy na spacer. Janson chce mi pokazać okoliczne skały, na które będziemy się wspinać podczas naszego pobytu. Po dzisiejszym treningu mam obolałe całe ręce i nadwyrężone dłonie (o zdartym naskórku na opuszkach nie wspomnę). Ale chyba złapałam bakcyla, bo nie mam już ochoty wysadzić w powietrze skały, która tak bardzo skopała mi dzisiaj dupsko. Co nie oznacza, że już się na nią nie złoszczę. Wręcz nie mogę się doczekać, kiedy jutro znowu się z nią zobaczę. Pokonam ździrę, niech sobie nie myśli, że może ze mną pogrywać.

W drodze powrotnej spotykamy naszego gospodarza, który proponuje nam skorzystanie z prysznica w wynajmowanej turystom przybudówce i zakup wędlin z jego skromnej wędzarni. Planuję odwiedzić go późnym wieczorem z ręcznikiem i kosmetyczką, ale Janson od razu studzi mój zapał.

– Na razie będziesz się myć w misce w namiocie – mówi, kiedy wracamy ze spaceru.

– Co? – Nie wierzę własnym uszom. – Dlaczego nie mogę skorzystać z łazienki, skoro jest taka możliwość...?

– Podczas wyprawy nie będziesz miała dostępu do bieżącej wody. Na zewnątrz będzie siarczysty mróz, wiatr, śnieg. Musisz się nauczyć dbać o higienę w ekstremalnych warunkach. Ten nasz letni biwak na łączce to kpina w porównaniu z tym, co cię czeka w Karakorum.

– To jak niby będę się tam myć?

– Nie będziesz.

– W ogóle?

– Jeśli chcesz, możesz grzać wodę przez kilka godzin, rozebrać się do naga w namiocie i wylać na siebie zawartość garnka. Kiedy tylko gorąca woda spłynie po twoim ciele na karimatę, na której będziesz stała, zdąży już ostygnąć i zamienić się w cienką warstwę lodu. Istnieje więc spora szansa, że zamarzną ci stopy albo zaczniesz się ślizgać jak na lodowisku.

– Boże... Toż to średniowiecze.

– Julka, co ja ci będę mówił. Tam jest kurewsko zimno. Kiedy zajdzie konieczność, korzysta się z miski i kubka do podmywania. Wtedy najlepiej myć się szybko i partiami. Używa się też chusteczek nawilżających, które i tak zamarzają, a z opakowania robi się cegła. W sumie człowiek myje się raz na dwa, trzy tygodnie, czasem rzadziej. Ogólnie wspinacze podczas wyprawy nie pachną różami, zwłaszcza po zejściu na niziny, gdzie jest cieplej.

Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami. Cholera, nie zastanawiałam się nad tym, jak może wyglądać higiena podczas wyprawy na ośmiotysięcznik, i to zimą. Co innego, kiedy idziesz sobie w niskie góry latem: wskoczysz do strumyczka, jeziorka, wykąpiesz się elegancko, włosy wyschną ci na słońcu. Na trzydziestostopniowym mrozie nie ma już tak dobrze.

Jezu... Czyli co? Nie będę się kąpać przez dwa miesiące?! A jeśli będę miała okres? A przecież na pewno będę go miała! Niby mogłabym pobrać jakieś hormony, żeby uniknąć cioty, ale ostatnio, kiedy łykałam tabletki antykoncepcyjne, utyłam jak świnia i miałam takie zaburzenia nastroju, że tego typu rozwiązanie stanowczo odpada. Wolę krwawić przez trzy dni, niż być opuchniętą świruską przez bity miesiąc.

***

Jest już ciemno i robi się chłodno, więc postanawiamy pójść spać. Jeremi zapowiedział pobudkę na szóstą rano. Fatalnie, ale nic się nie odzywam. Wiem, że pobyt w górach równa się porannemu wstawaniu.

Obserwuję JJ-a, jak gasi ognisko, myje zęby, następnie zdejmuje koszulkę, buty, ściąga spodnie, skarpetki i rzuca je na tył namiotu.

Po moim ciele przepływa fala gorąca. Czy on naprawdę musi paradować z gołą klatą?

– Co robisz? – Odwracam wzrok od jego bokserek, bo ostatnie, czego mi trzeba przed snem, to pobudzenie.

– Kładę się spać.

– W tym?

Janson przesuwa po sobie wzrokiem.

– Coś nie tak?

– Jest zimno, a ty jesteś prawie nagi.

– Zimno... – Kręci głową. – Rozumiem, że ty zamierzasz spać w tym czymś? – Ogarnia spojrzeniem moją bluzę, spodnie z polaru i grube skarpety.

– Nie chcę zmarznąć.

Wywraca oczami.

– Zimą w bazie zamarza wódka w butelce. Jestem ciekaw, co wtedy na siebie założysz, skoro w tak ciepłą noc chcesz spać w polarze.

– Nie lubię zimna.

– To zacznij lubić.

– Przeziębię się.

– Nasze śpiwory mają tysiąc trzysta gramów puchu, dają komfort termiczny do minus trzydziestu stopni. Jeśli nie chcesz się dzisiaj spocić jak mysz, to radzę ci się rozebrać – mówi, a następnie wchodzi do środka, zanurza się w śpiworze i kładzie na wznak. – Zgaś lampkę na noc, bo zlecą się robale – dodaje i zamyka powieki.

Nie ma bata, żebym zgasiła lampkę na noc. Nie chcę leżeć w namiocie w szczerym polu po ciemku. A co, jeśli nagle usłyszę coś na zewnątrz? Albo będę musiała iść za potrzebą?

Wchodzę do namiotu i kładę się do śpiwora w ubraniu, bo nie ma mowy, żebym spała w czymś cieńszym niż dres. W nocy ma być dwanaście stopni. Dam sobie uciąć palec, że będzie ciągnęło od ziemi, nawet jeśli zdaniem Jansona mamy jakieś superaśne śpiwory i karimaty.

Zapinam się po samą brodę i wkładam dłonie między uda. O tak, cieplutko, przyjemnie. Leżę dobre dziesięć minut, a może i dłużej, wpatruję się w żółty sufit namiotu i nasłuchuję odgłosów nocy. Jest tak cicho, że słyszę tylko dźwięk ćmy obijającej się o klosz diody zawieszonej u samej góry. Kurde, w ogóle nie chce mi się spać, a przecież jestem zmęczona.

Oddech Jeremiego staje się coraz głębszy, jednostajny. Śpi jak zabity. Przenoszę na niego wzrok i uzmysławiam sobie, że po raz pierwszy widzę go śpiącego. Czarne pasma włosów rozświetla blask lampki. Usta ma zamknięte, profil ostry, męski, ale jednocześnie spokojny, wyciszony.

Kurde, jaki on ładny.

Śledzę spojrzeniem jego nagie, umięśnione ramiona spoczywające na śpiworze. Atletyczna pierś unosi się i opada spokojne pod wpływem powolnych oddechów.

Kurczaki, i po co ja się na niego gapię?! Pielęgnuję w sobie masochistyczno-seksualne zapędy?

Zamierzam odwrócić wzrok, naprawdę się staram, ale patrzenie na niego jest tak przyjemne, że nie chcę. Napawam się bezkarnie jego widokiem. Sycę nim oczy, wsłuchuję się w jego miarowy oddech, po prostu obserwuję go, jak śpi. To chyba nie grzech, prawda?

Przypominam sobie dzisiejszy dzień, to, jak asekurował mnie na skale, kiedy nie byłam w stanie wpiąć się w pierwszy ring i spadałam prosto w jego ramiona. Czułam wtedy na sobie jego silne dłonie, jego zapach, jego oddech.

Nie mam pojęcia, co zrobić z faktem, że JJ tak bardzo na mnie działa. Naprawdę staram się kontrolować swoje ciało, ale ono mnie nie słucha.

Jestem sfrustrowana, zupełnie nad sobą nie panuję i boję się, że w pewnym momencie posunę się za daleko i zapragnę znowu z nim być. Będę chciała, żeby mnie całował, pieścił, był ze mną, we mnie, tak jak tamtej nocy w chacie. Namiętnie, bez opamiętania, do utraty tchu...

Powracają do mnie wspomnienia, a wraz z nimi pojawia się fala podniecenia. Jego usta na moich ustach, jego palce w moim wilgotnym wnętrzu... Zaciskam uda, prąd przepływa przez podbrzusze aż do stóp. Wsuwam powoli dłoń pod bieliznę, robię to po cichu, bezszelestnie. Oddech mi przyśpiesza, kiedy palce odnajdują łechtaczkę, próbują okiełznać tęsknotę za męskim dotykiem, uśmierzyć pragnienie.

Przymykam powieki. Wyobraźnia szaleje – Jeremi przyciska mnie do ściany, unosi, a kiedy oplatam go nogami, odchyla majtki i wbija się we mnie jednym pchnięciem. Ostro, do końca. Czuję na sobie jego oddech, oddaję mu całą siebie, a on porusza się rytmicznie, coraz szybciej, coraz mocniej...

Przebiega przeze mnie dreszcz rozkoszy, po nim kolejny i następny. Jest tak intensywny, że nie potrafię go kontrolować. Całe ciało się napina – powieki, mięśnie... Rwąca fala ekstazy przepływa od głowy po kark, piersi, uda, stopy.

O tak, tak... Tak!

Jakiś odgłos wyrywa mnie z orgazmu. Serce wali mi ogłuszająco, jestem cała spocona.

Kuźwa, faktycznie ciepły ten śpiwór.

Wysuwam z siebie palce, które toną w wilgoci sączącej się z nabrzmiałej kobiecości, i powracam do tego, co tu i teraz. Ciało się rozluźnia, spowija mnie obezwładniający błogostan. Przenoszę rozanielony wzrok na głównego sprawcę mojej fantazji seksualnej oraz zniewalającego orgazmu i... zastygam.

Janson leży na boku, twarzą do mnie, patrząc mi prosto w oczy.

Dlaczego on leży na boku? Przecież spał na wznak. I dlaczego przygląda mi się tak, jakbym...

I nagle to do mnie dociera. Ten odgłos – to był mój krzyk. Krzyknęłam, kiedy dochodziłam.

O w dupę!

Momentalnie zaczynam płonąć ze wstydu. Muszę zachować spokój, udawać, że nic się nie stało, wymyślić coś, i to szybko! Myśl, do cholery, Julka. Myśl!

– Miałam zły sen. Obudziłam cię?

Janson nie spuszcza ze mnie przenikliwego spojrzenia.

– Obudziłaś – odpowiada, a ja zapadam się w odmęty zażenowania. Czuję, jak palą mnie policzki. Na pewno na twarzy jestem czerwona jak burak. Jest mi cholernie gorąco, jestem cała mokra i do tego zachciało mi się siku.

– Przepraszam, to był jakiś chory koszmar. – Silę się na dramaturgię, ale po jego minie wnioskuję, że za grosz mi nie wierzy. Jezu, nie zniosę tego spojrzenia. – Muszę wyjść się załatwić. – Albo najlepiej się zabić: czmychnąć stąd jak najszybciej, wdrapać się na pieprzoną skałę i skoczyć z niej na główkę.

Odpinam niezdarnie śpiwór lewą ręką, bo obawiam się, że ubrudzę materiał tą, którą jawnie zgrzeszyłam. Wstaję do półskłonu... i wtedy Jeremi unosi się na łokciu, łapie mnie za prawą rękę i przykłada moje wciąż wilgotne palce do swoich ust.

Wstrzymuję oddech. Wpatruję się w jego dłoń z grafitowymi rzemieniami na nadgarstku, a on przesuwa moje palce wyżej, pod rozszerzone nozdrza, i przymyka powieki, jakby upajał się moim zapachem. To mnie zawstydza, ale też podnieca. Znowu robię się wilgotna, a przecież dopiero co doszłam.

Nie wiem, jak długo to trwa, ale gdy otwiera oczy, dostrzegam, że w czarnych źrenicach tli się żar. Jego klatka piersiowa unosi się i opada szybciej, niż powinna, a ja mam już pewność, że wie, co robiłam trzy minuty temu. I to tymi cholernymi palcami, których zapach może świadczyć tylko o jednym.

Jego jabłko Adama porusza się, kiedy przełyka ślinę. Milczy, wpatruje się w moją twarz. W namiocie jest tak cicho, że słychać tylko ogłupiałą ćmę przy żarówce. Napięcie jest nie do zniesienia. Powietrze aż skrzy. Jestem niemal pewna, że JJ zaraz przyciągnie mnie do siebie i pocałuje. Dostrzegam płomień w jego oczach, widzę w nich dokładnie to samo pragnienie, jak wtedy w chacie, gdy przywarł do moich ust. Przygryzam dolną wargę. Zastanawiam się, czy myśli o tym samym co ja. Czy chce tego samego...

Lecz nagle on ściąga brwi, kręci głową i puszcza moją dłoń.

– Wyłącz lampkę, jak wrócisz – mówi matowym głosem i odwraca się na drugi bok, tyłem do mojego posłania.

Stoję jak wmurowana.

– Jasne. – Odpowiedź z trudem przechodzi mi przez gardło.

Nogi mam jak z waty. Nie mogę uwierzyć w to, co się wydarzyło. Nie dopuszczam do siebie myśli, że zostałam nakryta podczas masturbacji. Jak mogłam być taka głupia i robić to tuż przy nim? Ale przecież, do jasnej cholery, spał jak zaklęty w kamień! Spał, do momentu, aż nie wydarłam się jak napalona kocica. Do diabła! Co mnie opętało? Co więcej, jak poradzę sobie następnym razem, kiedy najdzie mnie ochota, żeby sobie ulżyć? Nie dosyć, że powinnam unikać kontaktu fizycznego z Jeremim, to jeszcze nie będę nawet mogła rozładować seksualnego napięcia jak cywilizowany człowiek.

Do dupy. Po prostu do dupy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Topo – mapa wyznaczająca drogę wspinaczki na skale. Wszystkie przypisy pochodzą od autorki.
[2] Żargon. Dupowsporek – dolna uprząż wspinaczkowa.
[3] Żargon. Kapelusz – kask, konieczny przy wspinaczce w plenerze. Chroni głowę przed urazem.
[4] Żargon. Klama – duży i wygodny chwyt.
[5] Liofilizat – żywność liofilizowana, czyli suszona po zamrożeniu z zastosowaniem obniżonego ciśnienia. Po zalaniu gorącą wodą nadaje się do spożycia jako pełnowartościowy posiłek.
.