Neron. Tyran - Conn Iggulden - ebook

Neron. Tyran ebook

Conn Iggulden

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Rzymem władają tylko tacy, co nie znają litości…

W dniu zaślubin Klaudiusza z Agrypiną młody pretor leży na łożu śmierci we własnym domu. Jeszcze poprzedniego dnia był zaręczony z Oktawią, córką cesarza... Agrypina bezwzględnie poszerza krąg swoich wpływów. Namawia Klaudiusza, by przysposobił i mianował swoim następcą jej trzynastoletniego syna, zwanego teraz Neronem. Niedojrzały jeszcze chłopiec rywalizuje z Brytanikiem, naturalnym następcą tronu. Zdobywa wiedzę z pomocą Seneki i uczy się walczyć. Uczy się kochać. I co z tego, że matka chce, by poślubił Oktawię, jego przyrodnią siostrę? Rzym bywał już świadkiem podobnych skandali. A jednak ci, których nie dosięgły macki Agrypiny, i rodziny jej ofiar mają dobrą pamięć i ostre noże. Rzym zawsze był niebezpieczny. Neron z czasem się przekona, że tu można dojść do celu tylko po trupach. Choćby nawet cesarzy.

Fantastyczne dzieło – klasa sama w sobie. - „Daily Mirror”

Opowieść spod pióra mistrza. - „Daily Express”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 476

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy

TEGO AUTORA POLE­CAMY RÓW­NIEŻ:

TRY­LO­GIĘ „NERON”

NERON

TYRAN

INFERNO(W PRZY­GO­TO­WA­NIU)

SERIĘ „ATEŃ­CZYK”

BRAMY ATEN

PRO­TEK­TOR

SERIĘ „ZŁOTY WIEK”

LEW

IMPE­RIUM

Dedykacja

Dla detek­tywa kon­sta­bla Alana Braya

PROLOG

Dzwony dud­niły w całym Rzy­mie. Tysiące dzwo­nów, w które bito raz za razem. We wszyst­kich świą­ty­niach ako­lici potrzą­sali ręcz­nymi dzwon­kami albo stu­kali prę­tami w cza­sze z brązu. Ten huk niczym burzowe gromy zda­wał się spły­wać z nieba na sie­dem wzgórz, na któ­rych pobu­do­wane było mia­sto, i prze­ta­czał się dalej, poza jego oka­załe mury. Połą­czone brzmie­nie, swo­iście ryt­miczne, a przy tym nie­me­lo­dyjne, wdzie­rało się we wszyst­kie ulice i odbi­jało echem we wnę­trzach sank­tu­ariów i pod skle­pie­niami.

Robot­nicy prze­stali się uwi­jać przy pracy, zasłu­chani z nie­mym podzi­wem w dźwięki, które w takiej masie sły­szeli pierw­szy raz i nie­wy­klu­czone, że ostatni. Ich życie toczyło się od zawsze swoim torem, prze­peł­nione nadzie­jami i tra­ge­diami, w wiecz­nym wirze pracy i walki o utrzy­ma­nie rodziny. Wszystko to zostało prze­rwane, lecz tylko na ten jeden pora­nek. Bo wła­śnie tego dnia, nim słońce się­gnie zenitu, cesarz miał się oże­nić. Miał nało­żyć złoty pier­ścień na palec kobiety, którą wielu znało z imie­nia. Agry­pina. Córka w swoim cza­sie uwiel­bia­nego dowódcy Ger­ma­nika. Sio­stra Kali­guli, który budził prze­raź­liwy strach. Kobieta, która w pro­stej linii wywo­dziła się od cesa­rza Augu­sta.

Agry­pina ukoń­czyła już trzy­dzie­ści lat i miała wła­snego syna, a zatem cesarz Klau­diusz nie zna­lazł sobie nie­śmia­łej dzie­wicy, która osło­dzi­łaby mu pode­szły wiek. Powia­dano, że sio­dła i ręka­wice robią się wygod­niej­sze od zuży­cia. Że ogień nie musi buzo­wać, by ogrzać łoże, i że są tacy, któ­rzy nawet nie wie­dzą, iż potrze­bują towa­rzy­stwa kobiety. No chyba że ona takiego w tym sta­now­czo utwier­dzi.

Na szczy­cie Celiusa pre­tor Juniusz Syla­nus patrzył zdu­miony na pre­torianów, któ­rzy wdarli się do jego domu. Było za późno, by się zasta­na­wiać, jak mógł się przy­go­to­wać na takie zagro­że­nie. Przy­tasz­czyli żela­zny taran, by roz­bić drzwi, które jesz­cze poprzed­niego dnia spra­wiały wra­że­nie zgrab­nych i solid­nych. Roz­trza­skali je dwoma moc­nymi ude­rze­niami, dziw­nie koja­rzą­cymi się z biciem w dzwony. Także jego służba nie była gotowa na zbrojny atak, zwłasz­cza w ciem­no­ściach. Słońce jesz­cze się nie poka­zało, a tu ci żoł­nie­rze hała­śli­wie pano­szyli się w jego domu, prze­trzą­sa­jąc wszyst­kie pokoje, aż wresz­cie doszli do jego łoża.

W bla­dym świe­tle jutrzenki Juniusz ukrył trwogę naj­le­piej, jak potra­fił. Miał dwa­dzie­ścia lat i w ręku trzy­mał gla­dius, pochwy­cony w ostat­niej chwili. Dom był duży, sta­no­wił sym­bol bogac­twa rodu Syla­nów. Udało mu się nacią­gnąć togę i wzuć san­dały, ale włosy ster­czały mu we wszyst­kie strony, gdy tak stał naprze­ciwko nich.

Zamru­gał na widok uni­for­mów, roz­po­zna­jąc ludzi odpo­wie­dzial­nych za bez­pie­czeń­stwo cesa­rza i jego rodziny. Pre­to­ria­nie zlek­ce­wa­żyli go i roze­szli się po wnę­trzu, spraw­dza­jąc drzwi i okna, by się upew­nić, że Juniusz rze­czy­wi­ście jest sam.

Intruzi wyraź­nie się nie przej­mo­wali poje­dyn­czym mie­czem, nie­sta­no­wią­cym dla nich zagro­że­nia. Juniusz prze­ra­ził się, że zaraz zemdleje, bo serce łomo­tało mu nie­mi­ło­sier­nie. A jed­nak w jego wnę­trzu roz­wi­nął się też robak nadziei, nie­malże zada­jąc ból. Patrzył na cesar­skich żoł­nie­rzy, ludzi zna­ją­cych dys­cy­plinę i porzą­dek. Juniusz Syla­nus był sena­to­rem i jed­nym z osiem­na­stu pre­to­rów w całym impe­rium, urzęd­ni­kiem jurys­dyk­cyj­nym. Jego ofi­cjalny tytuł był drugi pod wzglę­dem rangi, zaraz po kon­su­lach – nie licząc cesa­rza Klau­diu­sza, który stał ponad wszyst­kimi.

Młody pre­tor poczuł nagle, że wygląda głu­pio z tym małym mie­czem zaci­śnię­tym w drżą­cej dłoni. Cisnął go na łoże.

– Jestem pre­to­rem, nazy­wam się Juniusz Syla­nus Tor­kwa­tus – powie­dział, sta­ra­jąc się, by jego głos brzmiał spo­koj­nie i wład­czo.

Sły­szał dzwony roz­brzmie­wa­jące na uli­cach, dud­niące w całym mie­ście. Rado­sna atmos­fera kłó­ciła się z kwa­śnym posma­kiem w jego ustach. Oddy­chał powoli, czu­jąc, że sto­jący przed nim ludzie są pewni sie­bie. Jego star­szy brat wie­działby, co robić. Marek był głową rodziny, bo miał żonę i dzieci; już się upodob­nił do ich ojca. Nie­raz chro­nił Juniu­sza przed drę­czy­cie­lami. Gdyby dało się go wezwać zwy­kłą siłą woli, to sta­nąłby wła­śnie w progu.

– Pano­wie, naj­wy­raź­niej zaszła jakaś straszna pomyłka – cią­gnął Juniusz. – Jestem pre­to­rem tego mia­sta, sena­to­rem. Zechciej­cie mi oka­zać roz­kazy na piśmie. Może nie dotarło do was, że to pry­watny dom.

Powie­dział to jak naj­oględ­niej, ale dwóch pre­to­ria­nów obró­ciło się w stronę trze­ciego z nich, jakby chcieli o coś spy­tać. Męż­czy­zna nie nosił żad­nej oznaki rangi, był wśród nich naj­star­szy, na oko pięć­dzie­się­cio­letni, bar­czy­sty i umię­śniony. Ręce miał pokre­ślone bia­łymi bli­znami i Juniusz zauwa­żył, że u lewej dłoni bra­kuje mu dwóch pal­ców. Wie­dział, że legiony są two­rzone wła­śnie z takich jak on. Wyczuł w tym czło­wieku skłon­ność do prze­mocy, doświad­cze­nia wynie­sione z wielu bitew. On sam nie miał niczego, co mógłby tu prze­ciw­sta­wić. Tacy ludzie jak ten przed nim nie ule­gają łatwo sen­ty­men­tom, ale też nie są z kamie­nia. Słu­chają argu­men­tów.

– Jeśli ty tu dowo­dzisz, to jak się nazy­wasz? – jesz­cze raz spró­bo­wał Juniusz. – Kto dał wam roz­kaz wła­ma­nia się do mojego domu?

Trzę­sły mu się ręce. Zaci­snął je za ple­cami. Potrze­bo­wał czasu, aby uspo­koić serce, które łomo­tało mu pod żebrami i przy­pra­wiało o mdło­ści.

– Cen­tu­rion Sek­stus Bur­rus, pre­to­rze – odparł męż­czy­zna. Włosy miał posi­wiałe i przy­strzy­żone krótko przy czaszce, przez co koja­rzyły się z zaję­czą sier­ścią. Z kolei oczy, któ­rymi spo­glą­dał w oczy Juniu­sza, były tak czarne, że tęczówki wyda­wały się zespo­lone ze źre­ni­cami i z tego powodu jego spoj­rze­nie budziło nie­po­kój.

Bur­rus skrzy­wił się, jakby nagle zjadł coś nie­smacz­nego. Juniusz nie miał nawet połowy tylu lat co on i z wiel­kim tru­dem sta­rał się roz­szy­fro­wać wyraz jego twa­rzy. Wła­ści­wie to cen­tu­rion spra­wiał wra­że­nie skrę­po­wa­nego, ale Juniusz nie potra­fił odgad­nąć, z jakiej przy­czyny. Ode­zwał się znowu, mocno się jąka­jąc.

– B-będziesz musiał opi­sać… wytłu­ma­czyć się z tego nie­zwy­czaj­nego dzia­ła­nia przed pre­fek­tem Rufriu­szem, cen­tu­rio­nie. Rozu­miesz? Twój dowódca przy­jaźni się z rodem Syla­nów. I jest też pre­to­rem. – Juniusz z led­wo­ścią trzy­mał nerwy na wodzy pod wpły­wem oso­bli­wej obo­jęt­no­ści na twa­rzach intru­zów. – Rozu­miesz czy nie? Naj­wy­raź­niej zaszła jakaś pomyłka. Jestem pre­to­rem i sena­to­rem. Wywo­dzę się z rodu Syla­nów. Jeśli chcesz zacho­wasz rangę, jeśli chcesz ura­to­wać grzbiet przed chło­stą, to zabierz tych ludzi i opuść mój dom.

– Oba­wiam się, że nie zaszła tu żadna pomyłka, pre­to­rze – odparł spo­koj­nie cen­tu­rion.

Bur­rus odwró­cił na chwilę wzrok, prze­jeż­dża­jąc dło­nią po krót­kiej szczeci. W zatło­czo­nej prze­strzeni roz­le­gło się szu­ra­nie. Juniusz zauwa­żył, że czuje kwa­śną woń potu, ale nie umiałby orzec, czy to od niego, czy od któ­re­goś z tam­tych.

– Nie rozu­miem. To nie pomyłka?

Zauwa­żył, że mimo woli pod­niósł mu się głos, więc zaci­snął usta. Zer­k­nął na miecz leżący na łóżku. Był tam, kusił. A groźba prze­mocy wciąż wisiała w powie­trzu. Czuł ją od tych ludzi, widział ją w ich spoj­rze­niach. Wie­dział, że nie wywal­czy sobie drogi ucieczki, bo mogą natych­miast się na niego rzu­cić. Tylko naj­lepsi są przyj­mo­wani do ich sze­re­gów, przy­po­mniał sobie, sta­ra­jąc się wypchnąć strach z umy­słu. Żoł­nie­rze z dwu­dzie­stu ośmiu legio­nów prze­pro­wa­dzali spraw­dziany, kiedy potrze­bo­wali rekru­tów i wybie­rali elitę do służby trak­to­wa­nej jak świę­tość. Oczy­wi­ście peł­nili także czynną służbę w Rzy­mie, pil­nu­jąc razem z innymi legio­nami, by obca armia nie pode­szła za bli­sko.

– Oba­wiam się… moje roz­kazy są jasne, pre­to­rze – odparł Bur­rus. – Zosta­łeś oskar­żony o kazi­rodz­two. Ja już…

Nie skoń­czył zda­nia, bo sto­jący przed nim mło­dzie­niec zaśmiał się.

– Kazi­rodz­two? Moja matka nie żyje, cen­tu­rio­nie! A może ktoś uznał, że ska­la­łem jej pro­chy?

Pre­to­ria­nin mówił dalej bez­na­mięt­nie:

– Przed­mio­tem oskar­że­nia jest twoja sio­stra, pre­to­rze. Roz­ma­wia­łem z nią i z jej mężem. Potwier­dził, co mi powie­dziano.

Pre­to­ria­nin był wyraź­nie zaże­no­wany i Juniusz nagle wszystko zro­zu­miał. Ten czło­wiek kła­mał i wie­dział, że kła­mie. Miał dość honoru, by brzy­dzić się tym, co robi. Być może w tym wła­śnie był jakiś punkt zacze­pie­nia, coś, czym dałoby się go odwieść od wyko­na­nia roz­kazu.

– Doma­gam się wysłu­cha­nia, pod­czas któ­rego mógł­bym oba­lić te fał­szywe oskar­że­nia – powie­dział Juniusz. – Moja sio­stra jest prawą i sza­no­waną kobietą. Za to jej mąż… tak, już rozu­miem. Za tym wszyst­kim kryje się pod­łość. Jestem tego pewien. Mąż sio­stry to słaby czło­wiek. Cóż, mogę zwo­łać sąd, korzy­sta­jąc ze swej wła­dzy pre­tora. Sio­stra zosta­nie wezwana jako świa­dek i prawda wyj­dzie na jaw. Możesz mi wie­rzyć.

– Twoja sio­stra jest wła­śnie wywo­żona na wygna­nie, pre­to­rze – odparł Bur­rus. – Przy­kro mi, ale to… Zro­zum: tu nie ma ratunku, żad­nej drogi wyj­ścia. Moje roz­kazy wyszły z cesar­skiej sie­dziby. Mamy dopro­wa­dzić do spo­koj­nego zakoń­cze­nia sprawy, bez jej prze­cią­ga­nia. Nie będzie pro­cesu, nie będzie publicz­nych oskar­żeń. Jesteś mło­dym czło­wie­kiem, pre­to­rze, jesz­cze bez­dziet­nym. Twoi bra­cia poniosą dalej wasze nazwi­sko rodowe.

Juniusz znowu dostrzegł zakło­po­ta­nie na twa­rzy cen­tu­riona.

– Suge­ruję, byś ode­brał sobie życie z god­no­ścią, pre­to­rze. W prze­ciw­nym razie może to się oka­zać… trudne, krwawe, nie dał­byś wiary, jak straszne. Takie mam roz­kazy. Uwierz mi, sam wybrał­bym spo­kojną drogę, gdyby mi dawano spo­sob­ność. Nie pra­gnę zaka­to­wać cię na śmierć, panie. Jesteś młody… i cie­szysz się zdro­wiem. Nie potrwa to długo. Zważ moje słowa. Jaką­kol­wiek drogę wybie­rzesz, nie wyj­dziesz z tego pokoju.

Młod­szy syn z rodu Syla­nów wytrzesz­czył oczy ze zdu­mie­nia. Ten czło­wiek obwiesz­czał jego śmierć. Otwo­rzył usta i zaraz je zamknął.

– Ni­gdy nie popeł­ni­łem aktu kazi­rodz­twa z moją sio­strą… – zapro­te­sto­wał sła­bym gło­sem.

– Samo oskar­że­nie wystar­czy – odrzekł Bur­rus. – Powiedz mi teraz, czy jeśli uży­czę ci swo­jego noża, pre­to­rze, uczy­nisz z nim coś głu­piego? Nie chcę, by któ­ryś z moich ludzi doznał jakichś obra­żeń. Sprawa jest nie­smaczna, a oni robią tylko, co do nich należy.

– Uży­czysz mi…? Spo­dzie­wasz się, że pode­rżnę sobie gar­dło? Że potul­nie ule­gnę, bo wła­ma­łeś się do mojego domu, wywa­ży­łeś drzwi i tego zażą­da­łeś?

– Mów ciszej – mruk­nął cen­tu­rion.

Znie­nacka ruszył z miej­sca i sta­nął bar­dzo bli­sko sena­tora. Juniusz nie mógł zro­bić ani kroku w tył, bo drogę zagra­dzało mu łoże.

– To honor, pre­to­rze, wyni­ka­jący z two­jej rangi i… tak, należy ci się, bo wywo­dzisz się z wpły­wo­wej i majęt­nej rodziny. Jeśli pode­tniesz sobie nad­garstki albo gar­dło, jeśli zro­bisz to wła­sno­ręcz­nie, twoja sio­stra będzie żyła na wygna­niu w spo­koju i na tym wszystko się zakoń­czy. A twoja rodzina dowie się, że ode­bra­łeś sobie życie ze wstydu. Rozu­miesz? Takie są roz­kazy z cesar­skiego domu. Nie wymi­gasz się, nie zosta­niesz uła­ska­wiony. Ja też nie będę tra­cił poranka na dys­ku­sje z tobą. Mogę wło­żyć ostry nóż w twoją dłoń. Na tyle zasłu­gu­jesz z racji rangi.

– To jakieś sza­leń­stwo – odrzekł led­wie sły­szal­nie Juniusz. – To oskar­że­nie jest… kłam­stwem. – Skrzy­wił się nagle. – I zbyt poważ­nym, by to była pomyłka skryby. Z cesar­skiego domu? Jestem zarę­czony z jedyną córką cesa­rza! Pobie­rzemy się za parę lat, kiedy Okta­wia osią­gnie wła­ściwy wiek! To ja jestem z cesar­skiego domu, albo w każ­dym razie będę! Na bogów, czło­wieku! Może jed­nak się zatrzy­masz i zasta­no­wisz przez chwilę? A jeśli przy­by­wasz do nie­wła­ści­wej rodziny, jeśli podano ci nie to nazwi­sko…

Zawie­sił głos, bo Bur­rus wycią­gnął z pochwy zło­wiesz­czo wyglą­da­jący szty­let, sze­roki u pod­stawy. Było to ostrze legio­ni­sty, któ­rym można zarówno ściąć młodą sosenkę, jak i pode­rżnąć gar­dło. Zalśniło w świe­tle świtu i Juniusz uchy­lił się odru­chowo. Cały zesztyw­niał, bo nagle wszystko zro­zu­miał.

– O to cho­dzi, nie­praw­daż? Te zarę­czyny. Na Marsa, tak jest! Ta prze­klęta kobieta stoi za tym wszyst­kim. Ta, która zaplą­tała cesa­rza w swoje spód­nice, która wycho­dzi dzi­siaj za niego za mąż. Źró­dło tego prze­klę­tego łomotu dzwo­nów! – To ostat­nie wykrzy­czał, dopro­wa­dzony do pasji mono­ton­nym dud­nie­niem, które cały czas się potę­go­wało, odkąd prze­mocą wyrwano go ze snu.

Juniusz powoli usiadł na łożu. Bur­rus wycią­gnął ostrze w jego stronę.

– Przy­kro mi, pre­to­rze, szcze­rze mówię – powie­dział.

Rze­czy­wi­ście spra­wiał wra­że­nie, jakby mu było przy­kro, ale był nie­ustę­pliwy, nie zamie­rzał odstę­po­wać od swego zada­nia. Juniusz po raz pierw­szy zro­zu­miał, naprawdę zro­zu­miał. Że nie będzie wyba­wie­nia w ostat­niej minu­cie. Jego brat usły­szy o wszyst­kim dopiero po jego śmierci i też nic nie zrobi, bo wszak stała za tym żona cesa­rza. Cesarz Klau­diusz żenił się tego ranka i jego narze­czona ska­zała Juniu­sza na śmierć, jakby to miał być jej ślubny poda­ru­nek.

– Daj mi tro­chę czasu, dobrze? – popro­sił Juniusz. – Chcę napi­sać listy do rodziny. Jeśli się zgo­dzisz, wezmę potem nóż od cie­bie i pode­tnę sobie żyły.

– Muszę wra­cać na Pala­tyn, pre­to­rze – odparł Bur­rus.

Zer­k­nął na mały sto­lik, na któ­rym leżały przy­bory do napi­sa­nia listu. Wosk do pie­czę­to­wa­nia i per­ga­min, a do tego blo­czek ciem­nego atra­mentu i dzba­nek z wodą z Tybru. W noc­nej lampce oliw­nej wciąż jesz­cze tlił się maleńki pło­myk. Usta pre­to­ria­nina wykrzy­wiły się, kiedy to prze­my­śli­wał.

– Pro­szę – bła­gał go Juniusz łamią­cym się gło­sem. Przy­jął do wia­do­mo­ści, że nie uda mu się uciec, ale jesz­cze nie do końca do niego dotarło, co to wszystko tak naprawdę ozna­cza. W jego oczach, gdy spoj­rzał na cen­tu­riona, był strach.

– Niech będzie – mruk­nął cen­tu­rion.

Kiedy wyda­wano mu ten roz­kaz, uznał, że to zwy­czajny obo­wią­zek w ramach służby. Młody pre­tor otrzyma szansę ode­bra­nia sobie życia wła­sno­ręcz­nie, zamiast spro­wa­dzać hańbę na swoją rodzinę. Bur­rus potrzą­snął głową, gdy Juniusz pochy­lił się nad biur­kiem. Mło­dzie­niec splu­nął wprost na blo­czek atra­mentu i jął drą­żyć w nim skro­ba­kiem, aż w końcu uzy­skał odro­binę mazi, którą mógł wyko­rzy­stać do pisa­nia.

Cen­tu­rion już nie wie­rzył w oskar­że­nia, ale to niczego nie zmie­niało. Zło­żył przy­sięgę, że będzie chro­nił rodzinę cesar­ską i wyko­ny­wał jej roz­kazy. Agry­pina oczy­wi­ście nie była tak do końca człon­kiem rodziny, w każ­dym razie dopóki Klau­diusz jesz­cze nie uczy­nił jej swoją żoną. Ta róż­nica liczyła się w takim samym stop­niu jak to, czy młody pre­tor jest winny czy nie. Bur­rus nie miał poję­cia, czy Agry­pina fawo­ry­zuje kogoś innego na sta­no­wi­sku pre­tora, czy raczej ma innego pre­ten­denta do ręki córki cesa­rza. Nie był też już taki pewien, czy będzie patrzyła przy­chyl­nie na jego szansę awansu, jak obie­cała. Bur­rus na swój spo­sób wie­dział, że jego życie jest rów­nie kru­che jak życie tego mło­dego czło­wieka, który pisał teraz stronę za stroną, mie­sza­jąc łzy z atra­men­tem. Agry­pina rozu­miała, na czym polega wła­dza – ta spra­wo­wana real­nie i ta ukryta w obiet­ni­cach. Skoro potra­fiła znisz­czyć pre­tora z pomocą odpo­wied­nio dobra­nych słów i kilku twar­dych ludzi, to życie Sek­stusa Bur­rusa także nie mogło mieć dla niej więk­szej war­to­ści.

Po dłu­gim cza­sie cen­tu­rion poło­żył dłoń na ramie­niu mło­dzieńca.

– Dokończ ten list, dobrze, synu? Wydaje mi się, że już jest dosta­tecz­nie długi.

Przy­glą­dał się, jak Juniusz dodaje ozdobny zakrę­tas do pod­pisu i składa arkusz per­ga­minu. Zro­biw­szy to, mło­dzie­niec z wyraźną wprawą otwo­rzył lampkę, wydłu­żył knot i prze­je­chał kostką wosku po pło­mie­niu. Wosk przy­ło­żony do per­ga­minu utwo­rzył owalną plamę z czer­wieni i sadzy, niczym zakrwa­wiona moneta. Zanim zdą­żył stward­nieć, pre­tor odci­snął w nim swój pier­ścień.

– Daj teraz nóż – zażą­dał.

Cen­tu­rion ski­nął głową i podał mu broń ręko­je­ścią naprzód. Pozo­stali patrzyli na to, gotowi natych­miast przy­stą­pić do dzia­ła­nia. Bo widzieli ostrze w ręku mło­dzieńca, ale być może też czuli już śmierć cza­jącą się w tym wnę­trzu. Jeden z nich obli­zał wargi w ocze­ki­wa­niu. Wszystko to było lep­sze niż nudne obo­wiązki w kosza­rach albo odga­nia­nie motło­chu od cesar­skiego powozu. Tym­cza­sem huk dzwo­nów osią­gnął apo­geum, roz­le­wa­jąc się po całym mie­ście.

Bur­rus stał nie­ru­chomo jak kamień, gdy młody czło­wiek wstał od sto­lika z nożem w ręku.

– Nawet nie pró­buj – mruk­nął cen­tu­rion.

Juniusz ski­nął głową, a potem znie­nacka ruszył z miej­sca, z nie­zwy­kłą szyb­ko­ścią, do jakiej dopro­wa­dziła go despe­ra­cja. Bur­rus pró­bo­wał zro­bić unik, ale zastygł w miej­scu, bo poczuł kra­wędź ostrza przy­ci­śniętą do gar­dła. Mło­dzie­niec wyko­nał ruch jak jado­wity wąż, a tak po praw­dzie to Bur­rus nie widział bitwy od lat. Czuł, że zalewa go gorąco od rumień­ców, które mu wypeł­zły na twarz. Nim zdą­żył wydo­być głos, Juniusz odjął nóż i uniósł go, wyraź­nie się pod­da­jąc.

– Chcia­łem tylko, żebyś wie­dział – powie­dział, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Mogłem cię zabrać z sobą.

Bur­rus zamru­gał, wię­znąc w rosną­cym gnie­wie, dla któ­rego nie znaj­do­wał ujścia. Bez­sen­sowna demon­stra­cja nie­doj­rza­ło­ści. Dotknął szyi i zoba­czył na pal­cach plamkę krwi. Sam naostrzył ten nóż. Na bogów, poko­chał tego mło­dego pre­tora w jego chwili sza­leń­stwa.

Nic nie powie­dział, tylko ski­nął głową, zga­dza­jąc się z uwagą mło­dzieńca. Prze­wi­dy­wał, że pozo­stali będą z niego drwili pod­czas drogi powrot­nej do koszar. Pięć­dzie­się­cio­la­tek, który nie potrafi dorów­nać szyb­ko­ścią dwu­dzie­sto­lat­kowi! Na pewno to zauwa­żyli. Zachmu­rzył się. Będzie musiał któ­re­muś przy­ło­żyć. Spo­strzegł, że wymie­niają ner­wowe spoj­rze­nia na widok wście­kło­ści malu­ją­cej się na jego twa­rzy, i poki­wał głową sam do sie­bie, sapiąc jak stary byk. I dobrze. Niech te ścierwa boją się jego gniewu.

– Ja…

Poha­mo­wał się. Oczy mło­dzieńca zogrom­niały ze stra­chu i gniewu. Bur­rus nie mógł już powie­dzieć nic, co by jakoś zła­go­dziło tę chwilę.

– Nie mamy już czasu, chłop­cze.

Juniusz przy­ło­żył szty­let do swego lewego nad­garstka i prze­je­chał po nim z ogromną siłą. Nacię­cie było głę­bo­kie i krew try­snęła natych­miast. Wydał stłu­miony okrzyk, gdy usi­ło­wał prze­ło­żyć nóż, aby naciąć nad­gar­stek pra­wej dłoni. Lewa dłoń zawi­sła bez­wład­nie, przez co nóż wymknął mu się z uści­sku. Zato­czył się, padł na łoże i wtedy Bur­rus wyjął nóż z jego ręki. Cen­tu­rion przy­glą­dał się, jak oczy mło­dzieńca ciem­nieją. Pre­tor widział, że coś nad­cho­dzi, ale usi­ło­wał na to nie patrzeć.

Bur­rus zaklął, bo zoba­czył, że to trwa za długo. Zdrowy męż­czy­zna potra­fił przy­lgnąć do świata i uczy­nić umie­ra­nie czymś wyjąt­kowo trud­nym. Nie mógł na to pozwo­lić, dla­tego sam pod­ciął mu drugi nad­gar­stek. Czer­wień wykwi­tła na pościeli niczym wzory w splo­cie tka­niny. Pre­tor osu­nął się na bok, a jego oddech spo­wal­niał, aż wresz­cie ustał.

Bur­rus odcze­kał jesz­cze chwilę.

– Doko­nało się – powie­dział, spo­chmur­niały z gniewu.

Spo­dzie­wał się, że jego ludzie będą z niego kpili, ale zauwa­żyli, że toczy gniew­nym spoj­rze­niem, i nabrali wody w usta. Przy­glą­dali się w mil­cze­niu, jak pali list nad pło­mie­niem lampy. W końcu cała trójka opu­ściła domo­stwo pre­tora, przy wtó­rze wciąż dud­nią­cych dzwo­nów.

Kiedy masze­ro­wali z powro­tem w stronę Pala­tynu, Bur­rus ciężko sta­wiał stopy, jakby chciał roz­cho­dzić nowe san­dały. Wie­dział, że jego pod­ko­mendni popa­trują na sie­bie ner­wowo, ale nic go to nie obcho­dziło. Dano mu roz­kazy i wypeł­nił je co do joty. Bywało, że jakiś sena­tor upra­wiał jakieś obrzy­dliwe per­wer­sje, prze­spał się z nie­wła­ściwą żoną albo po pro­stu roz­gnie­wał nie tego, kogo trzeba. Bur­rus wie­dział, że w takich sytu­acjach nie było publicz­nych pro­ce­sów, że nie for­mu­ło­wano żad­nych oskar­żeń, a jed­nak całe mia­sto w końcu się dowia­dy­wało. I wtedy takim ludziom pod­su­wano nóż albo nie­kiedy tru­ci­znę – kazano im wybie­rać samo­bój­stwo zamiast życia w nie­sła­wie. Wie­dział, że w Rzy­mie tak to już jest! I aż do tego ranka dopa­try­wał się w tym sensu. Nie­które sprawy nale­żało roz­wią­zy­wać po cichu, aby rzym­scy oby­wa­tele nie poznali ponu­rych szcze­gó­łów. Ponadto dawało się tego typu roz­wią­za­nia uza­sad­nić god­no­ścią cesa­rza albo senatu. To nie były kwe­stie do roz­pa­trze­nia na grun­cie prawa, tylko doma­ga­jące się rady­kal­nej spra­wie­dli­wo­ści.

Wciąż pamię­tał sena­tora, który pomor­do­wał swo­ich nie­wol­ni­ków, ponoć dla roz­rywki. Kiedy znacz­nie młod­szy Bur­rus sta­nął na jego progu, sta­rzec zbesz­tał go, twier­dząc, że z ludźmi, któ­rych jest wła­ści­cie­lem, ma prawo robić, co mu się żyw­nie podoba. Bur­rus zapamię­tał, że sena­tor nie zechciał pod­ciąć sobie nad­garst­ków. Śmierć nade­szła jed­nak prędko, gdy po pro­stu udu­sił zwy­rod­nialca. Cen­tu­rion nie miał wtedy żad­nych pro­ble­mów ze spa­niem, wręcz uznał, że coś zro­zu­miał i nabył doświad­cze­nia życio­wego. Być pre­to­ria­ni­nem nie ogra­ni­czało się do masze­ro­wa­nia w para­dach i nosze­nia heł­mów z pió­rami. Ozna­czało także nie­przy­jemną pracę w imie­niu impe­rium.

Zaci­snął szczęki. Gdyby wtedy wie­dział, że prze­żyje kolejne ćwierć wieku bez awansu, że jego kariera zatrzyma się i upodobni do wysty­głych popio­łów, to pew­nie tego dnia uda­wałby cho­rego. Rok w rok przy­glą­dał się znacz­nie mar­niej­szym ludziom, któ­rzy zdo­by­wali coraz to wyż­sze rangi, a taki Rufriusz to nawet został pre­fek­tem jego uko­cha­nego legionu. Wszystko dla­tego, że to wła­śnie dło­nie Bur­rusa chwy­ciły kark owego sena­tora.

Sta­rał się być dobrym czło­wie­kiem, ale ta nie­spra­wie­dli­wość zże­rała go od środka. Wyko­nał roz­kazy i uwol­nił sta­rego kun­dla od cier­pie­nia. Był kie­dyś taki czas, kiedy został uznany za wscho­dzącą gwiazdę, za cen­tu­riona o bystrym umy­śle i intu­icji. Za wzór do naśla­do­wa­nia. Wszystko to znik­nęło jak poranny szron, aż w końcu odszu­kała go ta kobieta.

Zadarł głowę i omiótł spoj­rze­niem Pala­tyn. Była tam teraz, w świą­tyni Junony, brała ślub z gar­ba­tym mężem, cesa­rzem K-K-Klau­diu­szem. Bur­rus wie­dział, że Per­so­wie i Żydzi opo­wia­dają o jakichś anio­łach. Miał wra­że­nie, że ona wła­śnie jest takim anio­łem, gdy pode­szła do niego i chwilę szła u jego boku. Dawała mu szansę na oczysz­cze­nie imie­nia, obie­cy­wała przy­chyl­ność cesa­rzo­wej. To było coś, o czym marzył przez lata, kiedy przy­glą­dał się pre­fek­towi Rufriu­szowi, który puszył się i tak utył, że nie mie­ścił się w uni­for­mie. Oczysz­cze­nie imie­nia. Jesz­cze jedna szansa.

Zamru­gał, bo zapie­kły go oczy. Za każ­dym razem, kiedy je przy­my­kał, widział głupi pokaz bra­wury mło­dzieńca, który posta­no­wił przy­ci­snąć nóż do jego gar­dła, aby choć na chwilę zacho­wać god­ność. Czyn był tak bez­sen­sowny, że aż Bur­rus miał ochotę objąć tego bie­daka. Led­wie pamię­tał czasy, gdy był tak młody! I wcale to nie wyglą­dało na oczysz­cze­nie imie­nia, że pozo­sta­wił za sobą Juniu­sza Sylana z pode­rżnię­tymi żyłami.

CZĘŚĆ I

AD 50

1

Agry­pina stała tuż za ramie­niem pogrą­żo­nego w lek­tu­rze męża. Wie­działa, że Klau­diusz potrafi pochła­niać zapi­ski i histo­rię bar­dzo szybko, wodząc wzro­kiem w dół kolumny śla­dem swego palca i prze­wi­ja­jąc zwój do następ­nej. Mógł być uwa­żany za głupca, kiedy się jąkał i szu­kał słów, ale wcale głup­cem nie był. A kiedy sie­dział nie­ru­chomo, naprawdę wyglą­dał jak cesarz, kiedy jed­nak się ruszał, to jego kuś­ty­ka­nie i czła­pa­nie spra­wiały, że się krzy­wiła, zwłasz­cza że kiwał przy tym tą wielką głową. Mówiła mu, że waga jego myśli go obciąża, wygi­na­jąc jego ciało w pałąk i wywo­łu­jąc ból ple­ców. Prawda była jed­nak mniej skom­pli­ko­wana. Klau­diusz uro­dził się w nie­wła­ściwy spo­sób, gdyż na świat wywle­kła go jakaś galij­ska aku­szerka z lasu, a nie rzym­ska matrona. Jego ciało zostało pod­czas tego pro­cesu na zawsze wykrzy­wione.

– Jesz­cze czy­tasz? – zagad­nęła go Agry­pina.

Jej nowy mąż nie był też pro­stacz­kiem, choć Kali­gula tak wła­śnie go trak­to­wał. Jej brat uczy­nił z Klau­diu­sza nadwor­nego bła­zna, upo­ka­rza­jąc go przed sena­to­rami i nie­wol­ni­kami. A Klau­diusz przyj­mo­wał każdy cios i żart bez urazy – to wła­śnie utrzy­my­wało go przy życiu na dwo­rze Kali­guli, pod­czas gdy inni marli jak muchy. Całą jej rodzinę wytrze­bił los i ludzie spra­wu­jący wła­dzę; ginęli jeden po dru­gim, aż wresz­cie oca­lała tylko ona, Agry­pina, piękna jak letni dzień. I na dokładkę została cesa­rzową Rzymu.

– P-pra­wie s-skoń­czy­łem – odparł Klau­diusz.

Odpo­wie­działa ski­nie­niem głowy, zacho­wu­jąc ide­al­nie gładką twarz. Wcze­śniej przy­jęła zało­że­nie, że po kilku mie­sią­cach mał­żeń­stwa przy­zwy­czai się do tego duka­nia. Rze­czy­wi­stość była inna, podobna do skrzy­pie­nia bramy pod­czas wichury. Strasz­nie ją to iry­to­wało i musiała się wewnętrz­nie zma­gać, żeby mu nie prze­ry­wać, żeby go nie poga­niać, by skoń­czył wresz­cie zda­nie. Kiedy zawo­dziła ją cier­pli­wość, wtedy jej ule­gał, sta­wał się ucie­le­śnie­niem czło­wieka potul­nego. A jed­nak wie­działa, jak bar­dzo doku­czają mu stare rany, że wciąż prze­peł­nia go tru­jąca gorycz. Ale z kolei Klau­diusz był bar­dziej zło­żo­nym czło­wie­kiem niż jej poprzedni mężo­wie. Spra­wo­wał wła­dzę abso­lutną, lecz bywały takie momenty, kiedy potra­fiła nało­żyć mu na szyję swój powróz i pro­wa­dzić go, łagod­nego jak baranka. Łączyli się w tańcu albo wda­wali w spory. Gdy chciała posta­wić na swoim, prze­ka­ba­cała go urodą i piesz­czo­tami, bo reago­wał na jej dłoń niczym źre­bak na pierw­szą uzdę, patrząc jej w oczy z takim ocza­ro­wa­niem, że aż miała ochotę zoba­czyć to swoje odbi­cie, zoba­czyć to, co tylko on widział. Gła­skała go po gło­wie, kiedy był zmę­czony, ofia­ro­wu­jąc mu coś wię­cej niż tylko cie­pło swo­ich dłoni. A on z kolei pra­gnął ją zado­wo­lić i dla­tego dawał jej wszystko, czego chciała, na przy­kład przy­spo­sa­bia­jąc jej syna. W zamian roz­ma­wiała z nim, wytrzy­mu­jąc jego jąkac­two, tak długo aż w końcu miała ochotę wrzesz­czeć, i poma­gała zapro­wa­dzać porzą­dek w pla­nach i pomy­słach.

Moi poprzedni mężo­wie nie byli roz­mowni, wspo­mi­nała cierpko. A ponadto Klau­diusz na pewno nie będzie sta­wał do wyści­gów rydwa­nów ani nie popro­wa­dzi legionu do bitwy. Był za to dosta­tecz­nie silny tam, gdzie to miało zna­cze­nie. On…

– Jesteś p-pewna z t-tym imie­niem? – zapy­tał nagle, pod­no­sząc wzrok i patrząc na nią. – Kiedy przy­łożę moją p-pie­częć, to już nie będzie odwrotu. Fakt przy­spo­so­bie­nia z-zosta­nie wpi­sany d-do… – Mimo wiel­kiego wysiłku nie był w sta­nie dokoń­czyć zda­nia, aż wresz­cie nie­malże wypluł słowo „reje­strów”.

Agry­pina nachy­liła się ku niemu, pozwa­la­jąc mu roz­ko­szo­wać się wonią, którą wokół sie­bie roz­ta­czała. Męż­czyźni zawsze wie­dzieli, że dopiero co prze­szła przez jakieś wnę­trze. Ole­jek przy­wie­ziony dla niej z samego serca Egiptu był tym samym, któ­rym Kle­opa­tra per­fu­mo­wała szyję i uda. Jedna bute­leczka była warta wię­cej niż jej waga w zło­cie, ale Agry­pina wprost uwiel­biała tę piż­mową, zmy­słową woń, tak dzia­ła­jącą na Klau­diu­sza. Który prze­cież był nie tylko rzym­skim cesa­rzem, ale także egip­skim fara­onem.

Kiedy się pochy­liła nad jego ramie­niem, wie­działa, że on zerka na jej wdzięcz­nie skle­piony kark, że zagląda za stolę, chcąc zoba­czyć piersi. Miała już dobre trzy­dzie­ści lat, wciąż jed­nak sły­nęła z urody, za to Klau­diusz koń­czył w tym roku sześć­dzie­siąt lat. Wdy­chał jej zapach, a ona z nie­winną miną czy­tała doku­ment i kiwała głową, uda­jąc, że nie zauważa jego aten­cji.

– Jest, jak zasu­ge­ro­wa­łeś, Klau­diu­szu. „Neron”… po moim bra­cie. Potem „Klau­diusz”, żeby uho­no­ro­wać cie­bie, i dopiero dalej imiona z mojej rodziny. Czyli „Cezar” ozna­cza­jący ród, „August” rodzinę i „Ger­ma­nik” po moim ojcu. Neron Klau­diusz Cezar August Ger­ma­nik. Dobre imiona, bo łączą stare z nowym.

– Mam t-tylko nadzieję, że on sobie na te imiona z-zasłuży… – wyją­kał Klau­diusz.

Gdyby powie­dział to szybko, zabrzmia­łoby jak żart, ale wypowie­dział to z ogrom­nym wysił­kiem i Agry­pina zmu­siła się do uśmie­chu. Jej syn jedy­nak przy­cią­gał kło­poty, wywo­łu­jąc chaos wszę­dzie tam, gdzie się poja­wił. Wie­działa lepiej od cesa­rza, jaka długa droga jesz­cze ich czeka. Jed­nakże zauwa­żyła, że Klau­diusz nie pod­pi­sał się na doku­men­cie. Był wykształ­co­nym czło­wie­kiem, nie potrze­bo­wał sygnetu z pie­czę­cią. A jed­nak nie wpi­sał swego imie­nia na tej bia­łej kar­cie, dla­tego jej syn nie nale­żał jesz­cze do rodziny cesar­skiej, ani też nie był przez nią chro­niony.

Świad­kami adop­cji jej syna Lucju­sza Ahe­no­barba do rodziny cesar­skiej było dwóch sena­to­rów. Agry­pina czuła ich zmie­sza­nie, kiedy uklę­kła u boku męża i unio­sła ku niemu oczy, oparł­szy rękę i pod­bró­dek na jego obna­żo­nym udzie. Nie zwra­cała uwagi na obec­ność pozo­sta­łych, sku­pia­jąc się wyłącz­nie na mężu, jakby w tej kom­na­cie byli tylko oni dwoje. Klau­diusz wycią­gnął rękę i pogła­dził ją po wło­sach.

– On przy­nie­sie zaszczyt Rzy­mowi, a także tobie, mój mężu – zapew­niła cichym gło­sem.

A mimo to nie pod­pi­sał! Chciał ją zmu­sić, by od nowa się­gała po te wszyst­kie argu­menty, które przy­wo­łała po zarę­czy­nach i pod­czas pierw­szych mie­sięcy mał­żeń­stwa? Pra­co­wała nad Klau­diu­szem jak rzeź­biarz, w łożu i poza nim, jako żona, jako matka, zawsze wtedy, gdy cze­goś od niej potrze­bo­wał. Od dawna czuła, że dzięki jej zabie­gom on mięk­nie niczym świeca pozo­sta­wiona na słońcu… a jed­nak wciąż znaj­do­wał jakiś powód do zwłoki. Zasta­na­wiała się cza­sami, czy Klau­diusz przy­pad­kiem nie czer­pie roz­rywki z tego, że ona też cze­goś od niego potrze­buje i że zrobi abso­lut­nie wszystko, byle posta­wić na swoim. Może to mu wręcz spra­wiało jakąś przy­jem­ność. Może tak rekom­pen­so­wała sobie to, że koń­czyła za niego zda­nia albo że musiał pła­cić rachunki za ogromną willę, którą budo­wała dla sie­bie na wybrzeżu. Mia­łaby miesz­kać w sza­ła­sie?

Prze­krzy­wiła lekko głowę. Dotknęła wło­sami jego uda, wie­dząc dosko­nale, jak zare­aguje na to jego wyobraź­nia. Ni­gdy nie eks­cy­to­wała się miło­ścią, a w każ­dym razie nie tak jak męż­czyźni. Może za wcze­śnie wyszła za mąż albo jej pierw­szy mąż trak­to­wał ją zbyt bru­tal­nie – nie wie­działa. Bywało, że spra­wiały jej przy­jem­ność pro­ste fizyczne zma­ga­nia, jakby przy­mu­szała jakie­goś konia do galopu, spo­cona i czer­wona pod sam koniec. To, czego życzył sobie Klau­diusz, wyma­gało zale­d­wie odro­biny pracy, a ona w zamian dosta­wała po pro­stu wszystko. Dla­tego wytrzy­my­wała jego sapa­nie, to że koły­sał się tam i z powro­tem, aż w końcu miała ochotę go zepchnąć z sie­bie, strą­cić jak jakie­goś robaka.

Wpiła palce w jego udo. Dziw­nie było poczuć, że on ma tam jakieś mię­śnie. Bo prze­cież nie dorów­ny­wał posturą ani jej pierw­szemu, ani dru­giemu mężowi. Tamci od dziecka jeź­dzili konno i masze­ro­wali, dzięki czemu mieli silne i umię­śnione nogi. Klau­diusz był chud­szy, ale co z tego? Czuła, że jej dotyk go pod­nieca, i zauwa­żyła głę­boki rumie­niec wypeł­za­jący mu na kark. Cesarz wyko­nał pół­ob­rót, jakby zamie­rzał ode­słać sena­to­rów. A jed­nak nie pod­pi­sał! To kry­zys, dotarło do niej. Wstała i ująw­szy go za rękę, popro­wa­dziła ją po raz kolejny w stronę per­ga­minu.

– Dopil­nuję, by przy­niósł ci zaszczyt – zapew­niła.

Klau­diusz ski­nął głową, a jego roz­go­rącz­ko­wane spoj­rze­nie dowo­dziło, że w gło­wie ma natłok myśli. Naba­zgrał swoje imię i tytuł z zawi­ja­sem; przy­glą­dał się, jak sena­to­ro­wie kolejno pod­cho­dzą, by dodać swoje pod­pisy, i posy­pują pia­skiem atra­ment, aby nie prze­siąkł przez per­ga­min.

– Jestem wam o-obo­wią­zany, sena­to­ro­wie – powie­dział Klau­diusz, po czym odpra­wił ich wszyst­kich, nie odry­wa­jąc wzroku od oczu żony.

Agry­pina znowu się umo­ściła na posadzce, upo­dab­nia­jąc na chwilę do kwiatu, gdy jej szaty unio­sły się dookoła niej. Sena­to­ro­wie pośpiesz­nie wycho­dzili z sali, a ona widziała, że jej mąż jest roz­na­mięt­niony. Czuła ulgę, zado­wo­le­nie i zara­zem wyczer­pa­nie pod wpły­wem wygra­nej bitwy. Nad­szedł czas, by znów poga­lo­po­wać po tej łące. Zaczęła zsu­wać szatę, obna­ża­jąc ramiona, gdy tym­cza­sem Klau­diusz przy­glą­dał jej się chci­wie. Spoj­rzała na niego, naga i bez­bronna, a on wtedy wstał od biurka.

– Dzię­kuję ci, Klau­diu­szu – powie­działa.

Lucjusz szedł obok dwóch przy­ja­ciół, klnąc szpet­nie i wście­kle kle­piąc się po ciele. Został uką­szony w kil­ku­na­stu miej­scach i cały zwi­jał się z bólu. Nie­na­wi­dził os! Te stwory nie są takie durne jak żuki czy mrówki. Nie, są pod­stępne i zło­śliwe, wyro­iły się przed nim, gdy zgar­niał ich gniazdo w kawał szmatki. Obej­rzaw­szy się, zoba­czył, że kilka tych wście­kłych drani wciąż ich goni. Latały tak prędko! A ich gniazdo w kącie sta­rej szopy było dziw­nie białe i jakby papie­rowe, dla­tego myślał, że jest opusz­czone, ale kiedy dźgnął je kijem, ze środka wylała się wielka chmara, wyraź­nie chcąc ata­ko­wać. Z całego serca ich nie­na­wi­dził. Nawet nie dawały miodu ani w ogóle niczego. Jego nauczy­ciel mówił, że zja­dają mrówki, co na jakiś czas go zain­te­re­so­wało. Zasta­na­wiał się, czy nie zbu­do­wać minia­tu­ro­wej areny, z szyb­kami z prze­zro­czy­stego szkła, na któ­rej osy i mrówki mogłyby wal­czyć i w ten spo­sób dostar­czać roz­rywki jego przy­ja­cio­łom.

Szedł drogą zyg­za­kami, mocno się krzy­wiąc. Pre­cep­tor praw­do­po­dob­nie znaj­do­wał się już w małej izbie lek­cyj­nej, nie wąt­pił w to. Magi­ster Anik­tet był zawsze przy­go­to­wany i robił wykłady mło­dym uczniom o tym, że grzecz­ność naka­zuje przy­by­wać z wyprze­dze­niem. Ileż ten czło­wiek potra­fił gadać! Na bogów, mógł zmar­no­wać godzinę na dowolny temat. Swego czasu Lucjusz myślał, że to jego jedyna sła­bość, że wystar­czy, jak któ­ryś z chło­pa­ków zada wła­ściwe pyta­nie, to cała lek­cja prze­pad­nie, bo Anik­tet będzie udzie­lał odpo­wie­dzi, a oni trzej z wytrzesz­czo­nymi oczami będą uda­wali, że są zafa­scy­no­wani. Rzecz jasna w końcu zna­lazł jesz­cze jedną sła­bość. Dla­tego wła­śnie opła­cało się pozo­sta­wać czuj­nym, obser­wo­wać ota­cza­jący świat, czego nikt inny nie robił.

Obej­rzał się w stronę Otona, który trzy­mał drugi koniec skrę­co­nego gał­ganka. On też miał twarz spuch­niętą i pokrytą wiel­kimi różo­wo­żół­tymi pla­mami. Jego usta wyglą­dały jak nary­so­wane przez dziecko, z jedną wargą obrzmiałą do gra­nic absurdu. Lucjusz par­sk­nął śmie­chem na ten widok, ale Oton tylko prze­wró­cił oczami. Wszy­scy ucier­pieli. Wycho­dzi na to, że osy to wojow­ni­cze stwo­rze­nia, bar­dziej agre­sywne, niż to sobie wyobra­żali. Nikt nie mógł uciec przed ich gnie­wem, nawet naj­młod­szy z nich, Sere­nus, który pozo­stał na cza­tach przy drzwiach i w nagrodę za ofiar­ność został użą­dlony w powiekę. Czła­pał teraz za Lucju­szem i Oto­nem, wciąż się mocno krzy­wiąc.

Cesar­skie ogrody na Pala­ty­nie upra­wiała spora rze­sza nie­wol­ni­ków, zbyt wielu, by dało się zapa­mię­tać ich imiona, ale Lucjusz i jego kole­dzy stale się tam krę­cili, toteż znali kilku ogrod­ni­ków z widze­nia. I wie­dzieli, że gniazdo os w tej maleń­kiej szo­pie na dale­kim skraju ogrodu, dosko­nale przy­strzy­żo­nego i obsa­dzo­nego, jest czymś nie­ocze­ki­wa­nym. Dla­tego wła­śnie Lucjusz przy­stą­pił do dzia­ła­nia tego dnia – gniazdo mogło zostać zna­le­zione i usu­nięte w dowol­nej chwili. Po raz kolejny podra­pał się po ręce pokry­tej bąblami. Impro­wi­zo­wa­nie z kawał­kiem mate­riału słono ich kosz­to­wało, ale na­dal mogli się spo­dzie­wać, że było warto.

Ścieżka bie­gnąca przed nimi koń­czyła się przy raba­cie z zio­łami, jak przy­stało na ogród kuchni cesar­skiej. W powie­trzu uno­siła się inten­sywna woń liści lau­ro­wych, czosnku, cebuli i roz­ma­rynu, gdy szli ostroż­nie, uwa­ża­jąc, by ich brze­mię nie dotknęło gołej skóry któ­re­goś z nich. Lucjusz przy­glą­dał się zawi­niątku z fascy­na­cją. Dostrzegł maleń­kie kolce prze­bi­ja­jące się przez tka­ninę, bo te pod­stępne małe bestie pró­bo­wały żądlić wszystko, co się do nich przy­ci­snęło. Nie­malże podzi­wiał bez­myślną siłę ich wście­kło­ści.

Za pasem wypie­lę­gno­wa­nego traw­nika znaj­do­wała się salka szkolna. Lucjusz wie­dział, że rok wcze­śniej to pomiesz­cze­nie słu­żyło za maga­zyn. Wciąż czuło się w tym wnę­trzu zapach zżę­tej trawy i potu. Jego matka kazała tu wnieść drew­niane ławki, stół lśniący od oleju lnia­nego, tabliczki oraz kredę, któ­rych jej syn mógł potrze­bo­wać do nauki greki i łaciny. Spo­chmur­niał pod wpły­wem tej myśli, wyobra­ża­jąc sobie Anik­teta cho­dzą­cego tam i z powro­tem po salce i cmo­ka­ją­cego z nie­za­do­wo­le­niem. Ten czło­wiek miał małe stopy i stale dzi­wacz­nie podry­gi­wał, jak nauczy­ciel tańca albo jakiś śpie­wa­jący ptak. Już byli spóź­nieni. Nawet gdyby weszli w tym momen­cie, to i tak kazałby im zgiąć się wpół, po czym wychło­stałby ich giętką trzcinką, którą zawsze nosił przy sobie. Lucjusz raz ją ukradł i prze­ła­mał na pół, ale następ­nego dnia nauczy­ciel przy­niósł iden­tyczną trzcinkę i zbił go bez­li­to­śnie. Ten marudny czło­wie­czek zasłu­gi­wał na wszystko, co go miało spo­tkać.

Któ­re­goś dnia Lucjusz przy­pad­kiem spo­strzegł, że Anik­tet został użą­dlony przez osę, gdy za pomocą zwoju per­ga­minu pró­bo­wał ją wygnać za drzwi. I po chwili na oczach Lucju­sza i Otona cały zalał się potem. Dłoń mu nie­sa­mo­wi­cie napu­chła, palce przy­po­mi­nały wręcz doj­rzałe figi. Nic wtedy nie powie­dzieli, ale naro­dził się pomysł. Skoro tak zare­ago­wał na jedno użą­dle­nie, to w takim razie co się sta­nie, jeśli znajdą całe gniazdo i wrzucą je do izby lek­cyj­nej? Lucjusz podźwi­gnął wyżej skrę­ca­jące się brze­mię, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha, prze­peł­niony nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niem.

– Gotowi? – spy­tał cicho.

Poki­wali gło­wami. Oton był rok star­szy i nosił już togę viri­lis przy­słu­gu­jącą doro­słym męż­czy­znom. Twier­dził, że obma­cy­wał miej­scową dziew­czynę, czym zain­try­go­wał pozo­sta­łych dwóch, jakby w życiu o czymś takim nie sły­szeli. Któ­re­goś razu usie­dli razem na pniu zwa­lo­nego drzewa i Oton poka­zał Lucju­szowi, że ma wsu­nąć rękę pod suk­nię dziew­czyny i pogła­dzić ją po poślad­kach. Dziew­czyna z początku myślała, że to ręka Otona, dopóki Lucjusz nie ujął dłońmi jej głowy, aby ją poca­ło­wać. Wyni­kły z tego wrza­ski i bie­ga­nina, ale wciąż pamię­tał deli­kat­ność jej skóry i uczu­cia, jakie w nim to doty­ka­nie wzbu­dziło.

W nor­malny dzień, gdy nie było przy nich żad­nych kobiet, które tak odcią­gały uwagę, to Lucjusz sta­no­wił źró­dło zabaw i pomy­słów. Odcięty od moż­li­wo­ści wyka­zy­wa­nia się swymi doro­słymi doświad­cze­niami Oton bez słowa sprze­ciwu, wręcz z zado­wo­le­niem pozwa­lał, by Lucjusz wiódł prym. A że był naj­ro­ślej­szy z nich trzech, potra­fił wygrać bójkę z chłop­cami z mia­sta, gdy przy­cho­dziło co do czego. Było lato i żyło się cudow­nie.

Lucjusz uśmie­chał się od ucha do ucha, kiedy odwi­jali roz­huś­tane gniazdo. Osy już się wście­kały, co było widać po falo­wa­niu fałd tka­niny. Pod­niósł wzrok. Otwarte okno znaj­do­wało się w spo­rej odle­gło­ści od ziemi. Cała ope­ra­cja na pewno uda się dosko­nale.

– Jeśli coś nie wyj­dzie, to wiej­cie – syk­nął Lucjusz. Sam nie da rady sta­wić czoła kolej­nym wście­kłym osom, tak więc nie­za­leż­nie od tego, jak to się wszystko poto­czy, zamie­rzał pognać w stronę wzgórz.

Nagle zastygł w miej­scu. Jego plan, a on omal go nie zepsuł!

– Sere­nus, klin! Masz go jesz­cze?

Przy­ja­ciel pod­niósł klin w górę. Lucjusz zacze­kał, aż zro­zu­mie, że znaj­duje się nie w tym miej­scu co trzeba. Sere­nus zaklął i uciekł, zni­ka­jąc za budyn­kiem.

– Poli­czę do… trzy­dzie­stu – powie­dział Lucjusz. – Tyle wystar­czy.

Oton przy­tak­nął z ponurą satys­fak­cją. Kilka os już się wyrwało na wol­ność i peł­zły teraz po tka­ni­nie w stronę ich dłoni. Oton obser­wo­wał jedną, która docie­rała do jego kciuka, dono­śnie fur­ko­cząc skrzy­dłami, jakby chciała je roz­pro­sto­wać po okre­sie nie­woli. Gniazdo było wciąż scho­wane, ale gdy roz­su­płali tka­ninę… Nagle Lucjusz zasko­wy­tał, bo jedna z os go zaata­ko­wała.

– Wystar­czy – wark­nął. – Gotowi? Raz, dwa, trzy!

Z wiel­kim wysił­kiem cisnęli gniazdo luźno owi­nięte mate­ria­łem do wnę­trza salki. Wpa­dło przez okno do środka i gło­śno wylą­do­wało na posadzce. W tym momen­cie bzy­cze­nie znacz­nie się spo­tę­go­wało, po czym roz­legł się głos nauczy­ciela, naj­pierw pyta­jący, a zaraz potem gniewny i prze­ra­żony.

Lucjusz uśmiech­nął się sze­roko do przy­ja­ciela, nagle zapo­mi­na­jąc o bólu od użą­dleń.

– Zaraz się prze­kona, co też wle­ciało przez okno – mruk­nął. – Zoba­czy te osy i przy­po­mni mu się tamta ostat­nia. Zacznie ucie­kać…

Usły­szeli ryt­miczne łomo­ta­nie i zare­cho­tali. Wystar­czył jeden mały drew­niany klin i drzwi zostały zablo­ko­wane. Sere­nus kop­nął w nie od zewnątrz, powo­du­jąc, że uwię­zły w miej­scu. Nauczy­ciel wrza­snął ze stra­chu, ata­ku­jąc drewno, ale nie miał już jak uciec. Lucjusz zasta­na­wiał się, czy przyj­dzie mu do głowy rzu­cić się przez okno, ale prze­cież gniazdo wle­ciało tam­tędy wła­śnie. Osy bez wąt­pie­nia zagro­dzą mu drogę.

Kilka gniew­nie brzę­czą­cych owa­dów wyle­ciało przez okno na zewnątrz i Lucjusz z Oto­nem odda­lili się stam­tąd. Spo­tkali się z Sere­nu­sem przy wej­ściu do salki i jeden dru­giego wal­nął pię­ścią w ramię, na powi­ta­nie i wychwa­la­jąc się wza­jem. Za pierw­szym razem jedna osa dała im trzy dni wol­no­ści. Kiedy scho­dzili ze wzgó­rza, żeby buszo­wać po tar­go­wi­skach, uznali, że całe gniazdo z pew­no­ścią da im tydzień albo i dwa wol­nego, a może nawet jesz­cze wię­cej, jeśli Anik­tet się wresz­cie podda i wyprawi do swego domu.

Lucjusz chra­pał smacz­nie, kiedy drzwi do jego sypialni otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Wró­cił do sie­bie późną porą, a potem jesz­cze Oton przed­sta­wił mu dwie ze swo­ich ulu­bio­nych dziew­cząt. Wyda­wały się zain­te­re­so­wane zwa­li­stym mło­dzia­nem, który dopiero koń­czył trzy­na­ście lat i jesz­cze rósł, ale na policz­kach miał już cień zaro­stu. Chło­pięcą tunikę na męską togę miał zamie­nić dopiero za rok. Zain­te­re­so­wał się jedną z tych mło­dych kobiet, za sprawą jej opa­lo­nych nóg, oczu zręcz­nie obry­so­wa­nych koh­lem i tajem­ni­czą umie­jęt­no­ścią przy­ku­wa­nia jego wzroku. Laita. Zasnął z jej imie­niem na ustach i to wła­śnie ona prze­wi­jała się przez jego sny, roz­sy­pu­jąc się na kawałki niczym prze­wró­cony gli­niany dzban, kiedy czy­jaś silna ręka schwy­ciła go za stopę i wywle­kła z łoża.

Miał na sobie lnianą prze­pa­skę bio­drową i tunikę bez ręka­wów – noce bywały chłodne, bo sto kom­nat na Pala­ty­nie potra­fiło wysy­sać cie­pło z powie­trza. Poczuł, że coś go wle­cze, więc pochwy­cił koce i zwlókł je za sobą, dla­tego osta­tecz­nie zwa­lił się na posadzkę jak wielki, nic nie­ro­zu­mie­jący tobół. Przez chwilę leżał w tym koko­nie, po czym nagle się pode­rwał, ciężko dysząc i gotów się bić.

Pre­to­ria­nin Bur­rus popa­trzył z zain­te­re­so­wa­niem na szty­let w ręku chłopca. Mały musiał się­gnąć po niego, kiedy go wywle­kał z łóżka. Bur­rus zauwa­żył też, że syn Agry­piny nosi na nad­garstku bran­so­letę ze złota i pole­ro­wa­nej żywicy, z wężową skórą poły­sku­jącą pod powierzch­nią. Mówiono, że ten wąż ura­to­wał Lucju­szowi życie wiele lat wcze­śniej, kiedy skry­to­bójcy przy­byli do jego domu pod mia­stem. Być może dla­tego wła­śnie sypia ze szty­letem pod ręką, pomy­ślał Bur­rus.

– Odłóż ten nóż, synu. Twoja matka cię wzywa.

– I co z tego? Nie jesteś prze­cież pre­fek­tem pre­to­ria­nów, prawda?

Cen­tu­rion zbył to mil­cze­niem, ale Lucjusz wie­dział, że zdo­był nad nim prze­wagę.

– Nie jesteś i nie będziesz, dopóki Rufriusz nie uda się na eme­ry­turę. A może nawet i nie wtedy. Nie możesz tak tu wcho­dzić, kiedy śpię! Wynoś się.

Wyma­chu­jąc rękami, chło­piec pró­bo­wał go wygnać z kom­naty, co pew­nie podzia­ła­łoby na młod­szego brata albo nie­wol­nika. Bur­ru­sowi przy­po­mniała się bra­wura mło­dego pre­tora. Nie było to miłe wspo­mnie­nie i zare­ago­wał bar­dziej surowo niż zazwy­czaj, bo trzep­nął Lucju­sza po ręce, wytrą­ca­jąc mu nóż z gar­ści. Ostrze prze­le­ciało śli­zgiem po płyt­kach posadzki, a chło­piec zro­bił taką minę, jakby zamie­rzał się na niego rzu­cić.

– Cesarz jesz­cze się nie udał na spo­czy­nek – wark­nął Bur­rus. – To zna­czy twój ojciec, bo teraz już nim jest. Twoja matka przy­słała mnie, żebym przy­pro­wa­dził cię przed jego obli­cze, a ja jestem pre­to­ria­ni­nem i przy­się­ga­łem, że będę wypeł­niał roz­kazy człon­ków rodziny cesar­skiej. I będę to robić, choć­bym musiał prze­wie­sić sobie cie­bie przez ramię i zanieść jak owcę.

– Czego chcą? – zapy­tał Lucjusz.

Bur­rus zauwa­żył, że chło­piec tłumi złość, mru­żąc oczy. Nie były to złe reak­cje na to, że został obu­dzony. Naj­pierw nóż, potem opa­no­wa­nie, jak u doro­słego. Nie tego Bur­rus się spo­dzie­wał po synu Agry­piny. Uniósł brwi ze zdu­mie­niem.

– Chodź ze mną, to się dowiesz. Włóż san­dały. I ta tunika jest prze­po­cona, na twoim miej­scu też bym ją zmie­nił.

Lucjusz zbył te rady mach­nię­ciem ręki, po czym prze­cze­sał pal­cami gęste czarne włosy. Jest dobrze zbu­do­wany, pomy­ślał Bur­rus, umię­śniony i opa­lony, przez co wygląda jak wyrzeź­biony z oliw­ko­wego drewna. Nogi też miał musku­larne, co zapewne odzie­dzi­czył po bio­lo­gicz­nym ojcu. W innym życiu byłby z niego nie­zły żoł­nierz.

Bur­rus prze­rwał te oglę­dziny. Matka chłopca w życiu nie pozwo­li­łaby mu masze­ro­wać z legio­nem, ani też zostać woź­nicą rydwa­nów jak jego ojciec. Prze­wi­działa dla niego inną drogę. Piękne kobiety już taki mają przy­wi­lej, że robią, co im się podoba.

Zauwa­żył, że syn Agry­piny popa­truje na jego oka­le­czoną dłoń. Bur­rus uniósł ją, żeby chło­piec mógł się dobrze przyj­rzeć. Od lat ją ukry­wał przed wścib­skim wzro­kiem, trzy­ma­jąc za ple­cami w publicz­nych miej­scach, ale ostat­nio prze­stał.

Przy lewej dłoni bra­ko­wało mu dwóch pal­ców, małego i ser­decz­nego, bo zostały ucięte, co zresztą nie było wcale rzad­kim obra­że­niem w przy­padku legio­ni­sty. Bur­rus nawet niczego nie poczuł, kiedy go zra­niono, gdy wal­czył w Bry­ta­nii za cesa­rza. Był zado­wo­lony, że nie stra­cił całej ręki, bo legio­nowi medycy zbyt pochop­nie odrą­by­wali całe koń­czyny, sta­ra­jąc się w ten spo­sób uła­twić sobie pracę. Jego pre­to­riań­ski lekarz był Gre­kiem i za to Bur­rus dzię­ko­wał bogom. Ten czło­wiek doglą­dał go przez trzy tygo­dnie, sto­su­jąc okłady z chleba, pod­grza­nego wina i octu, codzien­nie wyci­ska­jąc ropę, dopóki nie poja­wiła się krew.

Bur­rus obró­cił swój szpon w jedną i drugą stronę. Został mu jesz­cze kciuk i tylko to się liczyło. Dzięki kciu­kowi mógł pod­nieść dzban albo uchwy­cić pas przy tar­czy. Mógł iść na eme­ry­turę i odejść z legionu, ale upar­cie peł­nił służbę, bo po pro­stu taki już był.

– Napa­trzy­łeś się do syta?

Chło­piec ski­nął głową, ale jakoś nie potra­fił ode­rwać wzroku.

– Bolało? – spy­tał.

Bur­rus par­sk­nął.

– Ależ skąd. No chodź już. Twoja matka czeka.

Cen­tu­rion z zado­wo­le­niem zauwa­żył, że chło­piec nie pro­te­stuje, tylko zrów­nuje z nim krok i tak oto ramię w ramię prze­mie­rzali razem kory­ta­rze zespołu pała­co­wego. Pre­to­ria­nin wymu­sił szyb­kie tempo, ale Lucjusz dorów­ny­wał mu bez zadyszki, idąc posu­wi­stymi kro­kami, jakby niczym się teraz nie przej­mo­wał. Jeśli udaje, to cał­kiem udat­nie, stwier­dził Bur­rus.

Sypial­nia chłopca znaj­do­wała się daleko od oso­bi­stych kom­nat cesa­rza. Wpraw­dzie na zewnątrz było jesz­cze ciemno, a jed­nak Bur­rus czuł coraz sil­niej­sze napię­cie w brzu­chu, w miarę jak byli coraz bli­żej. Na tych kory­ta­rzach pło­nęły niskie lampy na zdob­nych postu­men­tach z brązu i pole­ro­wa­nego drewna, zale­wa­jąc posadzki i ściany zło­tym świa­tłem. Na każ­dym rogu i przy wszyst­kich drzwiach stali pre­to­ria­nie salu­tu­jący na ich widok. Bur­rus przyj­mo­wał gesty i odpo­wia­dał na nie, mru­cząc tu i ówdzie słowa pochwał. Czuł, że chło­pak mu się przy­gląda.

– Znasz ich wszyst­kich? – spy­tał Lucjusz.

– Znam – odparł Bur­rus. – Jestem cen­tu­rio­nem od prze­szło dwu­dzie­stu lat. Dosta­tecz­nie długo, by nauczyć się na pamięć paru nazwisk.

– Ostatni pre­fekt pre­to­ria­nów ode­brał sobie życie – zauwa­żył Lucjusz. – A także poprzedni. Myślisz, że pre­fekt Rufriusz zrobi to samo?

Bur­rus dotarł do kory­ta­rza wio­dą­cego do pry­wat­nych kom­nat cesa­rza. Zaci­snął szczęki.

– Jestem pewien, że Rufriusz odej­dzie ze służby pełen pogody ducha i będzie doglą­dać swo­ich wino­ro­śli – mruk­nął. – Albo może umrze ze sta­ro­ści

Lucjusz uśmiech­nął się sze­roko.

– A wtedy ty sta­niesz na czele pre­to­ria­nów? – zapy­tał nie­win­nym tonem.

– Nie mam takich ambi­cji – odrzekł Bur­rus.

– Ale jeśli cesarz cię wybie­rze… – nasta­wał Lucjusz.

– Nie uchylę się, jeśli bogo­wie i cesarz mnie wybiorą. Ale poza tym to już niczego wię­cej nie pra­gnę.

– W takim razie to może ty odbie­rzesz sobie życie – stwier­dził Lucjusz.

– Nie­wy­klu­czone. Albo zro­bię wyją­tek od reguły, żeby tylko ci dopiec, gów­nia­rzu.

Lucjusz nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, choć otwo­rzył usta ze zdu­mie­niem. Kiedy pode­szli do drzwi, straż­nicy po obu stro­nach nagle sta­nęli na bacz­ność, alar­mu­jąc tych, któ­rzy znaj­do­wali się w kom­na­tach. Nie­wol­nicy otwo­rzyli skrzy­dła i Bur­rus razem z chłop­cem weszli do środka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Tyrant

Copy­ri­ght © 2025 by Conn Iggul­den

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Mał­go­rzata Chwa­łek

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki: Ewa Skrzy­piec

Foto­gra­fia na okładce: Carlo Bollo/ Alamy Ima­ges/BE&W

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Tyran, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-629-4

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer