5,99 zł
Nowelka złożona z krótkich opowiadań opublikowana w wydawnictwie podziemnym. Jest lato tuż po wojnie, trwa Olimpiada, w Polsce rozpoczynają się procesy czerwcowe. Dwoje Polaków wyjechało w okolice Drezna na zbieranie czereśni. Zażywają wolności i doświadczają życia odmiennego od PRL-owskich standardów, cały czas muszą się jednak mierzyć z niezwykle napiętymi po wojnie relacjami między narodami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 55
Jan Strękowski
Saga
Nauka jazdy
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 1985, 2021 Jan Strękowski i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788726858341
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Sielanka. Otwarte okno. Ja w nim jak na bocianim gnieździe. W dole zgniła zieleń podwórza, pod ścianą komórki maliny i pokrzywy, wyrośnięte, tykowate. Kasztan na środku rzuca skąpy cień, nie zakrywający mu nawet płowy pnia. Szare ściany budynku, ściany podwórka studni iskrzą szkłem szyb. Obok drzwi do sieni wózek z małą Anne, mała śpi. Jest niedziela. Na sznurku, przywiązanym przez nas do kasztana i jakiegoś gwoździa na naszym kurniku, ręczniki, spodnie, uprane rano w misce, w zimnej wodzie.
Te rzeczy na sznurku spełniają rolę siatki. Mario gra w siatkówkę z Januszem. A podwórko rolę boiska.
Mario w krótkich spodenkach i bluzce kolorowej, bez rękawów. Długie, podrapane i poparzone nogi. Piłka co chwila wpada w pokrzywy, jego śmiech, jakieś fragmenty słów w ich języku, przefruwa to wszystko przede mną, dźwięk jak od uderzenia promieniem słońca w metal, czyste powietrze, kryształowo.
Widzę te skaczące w powietrzu odgłosy. Taka dźwiękowo - wzrokowa fata morgana.
Janusz ciemny, opalony, dużo wyższy od małego. Naprzeciwko. Krzyczy do mnie żeby go zmienić.
Zmęczył go chłopak. Strasznie ruchliwy.
A on niewyspany. I w rękach kubły z czereśniami, a w nogach drabinę czuje.
Krótka przerwa w grze. Zastanawiam się czy warto zmieniać to cudowne miejsce w oknie na górze, pod słońcem na pot, nagle odkryty na czole Janusza.
Oni zatrzymani, z głowami uniesionymi do góry. W dłoniach Mario piłka. Nie mogę się zdecydować.
Wtem piłka wyskakuje w powietrze, sama jakby wyrwała się z rąk chłopca i szybuje do słońca, nie zdążyłem się uchylić.
Plaśnięcie w czoło, okulary odrywają się od głowy i spadają na murawę, jednocześnie z wracającą piłką.
Podbiega do nich Janusz, Mario. Podnoszą, oglądają. - Całe są - mówi Janusz. - Nie wolno tak, mogłeś zbić - karci po polsku Mario, który stoi chwilę, jakby nieruchomo, ale zaraz odwraca się w moim kierunku i woła: - Komm! Janusz!
Schodzę na dół, nakładam okulary. Janusz stoi obok. Przygląda się.
Mario podrzuca piłkę do góry, złośliwie wrzucam mu ją w pokrzywy, nie zauważa chyba tego, że złośliwie. Śmieje się. Całe podwórko zatłoczone od jego biegającej postaci.
Janusz stoi pod kasztanem. Dłonią przesłonił oczy. Gapi się w słońce.
- Wiesz - odzywa się do mnie po polsku. - Oni to mają jednak we krwi. Taki mały niby, wesoły, niewinny. Ale oni to mają we krwi. Zauważyłeś jak on to rzucił? Jakby nie wiedział, że rzuca. I potem śmieje się jakby nigdy nic. Nie pamięta.
- Zwykła zabawa. To przecież dziecko - mówię.
Ale coś mi przeszkadza w swobodnej grze. Normalnie brzmi śmiech chłopca. Czuję w sobie wczorajszy dzień na drzewach.
Chłopiec ma na imię Mario. Zwykły przypadek i w innej sytuacji po prostu nie zwróciłbym na to uwagi. Ale ja kiedyś czytałem opowiadanie Tomasza Manna „Mario i czarodziej”. I właśnie teraz przypominam je sobie, dokładnie, całe.
Nie mówię o tym Januszowi, ale po paru minutach podskakiwania z piłką - rezygnuję. Ich bin müde - tłumaczę Mario, który nie może pogodzić się z utratą partnera i zawiedziony próbuje prosić mnie, a potem Janusza, by z nim jeszcze zagrać.
Szkoda mi go. Na tym podwórku tylko my grywamy z nim w piłkę. Oprócz jego siostry w wózku, którą Mario musi się zajmować, nie ma tu innych dzieci. Każde dziecko ma własne podwórko, na którym się bawi.
Uśmiecham się. - Zagram jeszcze z tobą. Ale pięć minut! - zastrzegam.
Mario podrzuca piłkę do góry... W drzwiach budynku pojawia się jego matka. - Mario! - woła. - Chodź na obiad!
- Nnieee! - marudzi Mario, ale zostawia posłusznie piłkę i wchodzi za nią do domu.
Mario grywa z nami codziennie w nogę. Strzela jak opętany, gdzie popadnie. Wali po ścianach, po oknach. Trafia w wózek Anne. Wózek się przewraca. Anne beczy, wymachuje rączkami, nóżkami. Z okna wychyla się Wielka Matka, mała, przygarbiona, stara. Mario próbuje coś nieśmiało tłumaczyć, ustawia wózek, poprawia sukienkę małej. Wielka Matka śledzi jego poczynania z uwagą i po chwili, widocznie usatysfakcjonowana, znika w pokoju. Mam jednak wrażenie, jakby dalej obserwowała, śledziła z ukrycia wszystkie nasze ruchy. Wielka Matka, tak ją nazwaliśmy z Januszem, to babka Mario. Wszystko widzi, do wszystkiego wtrąca swoje trzy grosze. Już parę razy słyszeliśmy jej kłótnie z matką Mario, raz z sąsiadką. Dotychczas nie mieliśmy z nią do czynienia.
Dziwiliśmy się, nie wiedząc czemu przypisać jej rezerwę w stosunku do nas. Wydawać by się mogło, że się nas boi. W jej zachowaniu wobec nas czuło się dystans, a nawet, choć wydaje się to nieprawdopodobne, szacunek.
Jedno jest pewne, to z naszego powodu zamykała wieczorem wejście do głównego budynku na trzy spusty, często blokując nam wyjście z kibelka. Na szczęście w ścianie przybytku było niewielkie okienko, które z łatwością dawało się otwierać z obydwu stron. Wychodziliśmy więc przez okno, wchodziliśmy przez okno. Drzwi kibelka z serduszkiem, tak jak u nas kiedyś na wsi. Wypolerowana deska. Oprócz papieru toaletowego, pocięta gazeta - chyba specjalnie do czytania. I ona, za ścianą jak Gerwazy /czy Protazy, bo nie pamiętałem wtedy dokładnie kto/ z pękiem kluczy.
Któregoś dnia: Mario, słońce, piłka. To wszystko co zawsze. Mario pyta jakiej jesteśmy narodowości?
Ach! Więc nie wiedzą?
- A ty jak sądzisz?
Janusz stoi obok, trąca mnie znacząco łokciem, ale nic nie mówi.
Mały naprzeciwko, podrapane kolana, zamyślona twarz.
- Babka mówi, że wy jesteście Francuzi...
- Acha ! - przelatuje mi przez głowę, szybko - nic więcej. Tylko jeszcze sylwetka jędzy babki /Wielkiej Matki/. My rzeczywiście, czarni, spaleni możemy uchodzić za Francuzów.
- My jesteśmy... - tłumaczę, ale uprzedza mnie Janusz. Śmieje się. I śmiejąc się:
- Wir sind Polen! Chachacha!
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
