Nasze złamane serca - Lexi Ryan - ebook + książka

Nasze złamane serca ebook

Lexi Ryan

0,0
52,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Księżniczce Jasalyn pozostało jedenaście dni życia.

Jasalyn mierzy się z konsekwencjami śmiertelnego paktu. Jej życie i przyszłość dworu przepadną w dniu jej urodzin, jeśli nie powstrzyma złowrogiego króla fae, Mordeusa. Musi stawić czoła swoim największym lękom i odnaleźć go, zanim skończy się czas. A Kendrick, mimo wszystkiego, co zaszło między nim a Jas, nie zamierza pozwolić, by stanęła do tej walki samotnie.

Felicity zniknęła bez śladu.

Felicity rozpłynęła się w powietrzu z lochów króla Mishy, a jej przyjaciele bezskutecznie jej szukają. Jednak nawet jeśli ją odnajdą, Felicity nigdy nie zdoła uciec przed tragicznym proroctwem wyroczni dotyczącym jej i jej rodziny. W tej samotnej walce z przeznaczeniem Misha jest ostatnią osobą, którą może poprosić, by stanęła u jej boku – i pierwszą, której tak naprawdę potrzebuje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 549

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Between These Broken Hearts

Copyright © 2025 by Lexi Ryan

Published by arrangement with HarperCollins Publishers

All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Copyright © for the Polish translation by Agata Cieślak, 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Dymkowska

Redakcja: Agnieszka Zygmunt-Bisek

Korekta: Robert Narloch, Beata Buko

Projekt oryginalnej okładki: Chris Kwon

Ilustracja na okładce: © 2025 by Charlie Bowater

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-58-1

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

ROZDZIAŁ PIERWSZY

JASALYN

W tym ciele nie budzę w nich lęku. Nie są pewni, czy należy okazywać mi posłuszeństwo. Zastanawiają się dwa razy. Więc daję im nauczkę. Pokazuję, co grozi niezdecydowanym. Choć sam jeszcze nie władam ogniem, puszczam z dymem ich pola i chałupy. Obracam je w zgliszcza, a mój gniew maluje horyzont odcieniami czerwieni i oranżu.

Dziewczyna nie daje mi przystępu do swojej mocy. Nawet teraz, gdy ledwo żyje. Ale niech tylko nadejdzie właściwy czas, a zawładnę jej mocą. Tak jak przewidzieli widzący. Myślą, że mogą mnie ograbić z mojego przeznaczenia. Że zdołają trzymać mnie z dala od należnego mi życia, należnego mi dworu, należnego mi tronu.

Odzyskam wszystko, co mi odebrano, albo spalę to do gołej ziemi.

— Księżniczko… Śliczna księżniczko… Obudź się, głuptasie!

Słowa dobiegają z daleka. Są jak wołanie z innego świata. Jak wołanie z brzegu, gdy ja jestem pod wodą.

Sen trzyma mnie w mocnym uścisku. Słabość owija się wokół moich kości, przenika do mięśni, obezwładnia tak, że uniesienie powiek jest wyzwaniem ponad siły.

Pierścień. Wiem, że to ten magiczny pierścień, jakby przyspawany do mojego palca, sprawia, że nie mogę się ruszyć. Pcha mnie ku śmierci, coraz bliżej i bliżej. Chwieję się na krawędzi, wpatrzona w otchłań. Niech ten wszechogarniający ból wreszcie się skończy.

— No już, dość tego leżenia. — Ktoś przystawia mi do ust kubek. Chłodny fajans wciska mi się między wargi, a po chwili czuję na języku ciepły, gęsty, słodki płyn.

Z trudem unoszę powieki i widzę nachyloną nade mną fae z kubkiem czegoś parującego w dłoni.

— Muszę się dostać do Twierdzy Feegusa — mówię, bardziej do siebie niż do niej. Nie wolno mi o tym zapominać. Mordeusz posługuje się mną… by mordować, by wrócić do żywych… Nie przyłożę ręki do jego zmartwychwstania. Kendrick uważa, że w twierdzy znajduje się Miecz Ognia. Można nim otworzyć portal do dowolnego miejsca i zabić absolutnie każdego. Muszę znaleźć ten miecz i raz na zawsze zgładzić Mordeusza. Nie cofnę raz popełnionych błędów, ale mogę posłać Mordeusza na tamten świat.

Rozglądam się po pokoju. Nie jest tu aż tak ciemno, żebym nie widziała siedzącej przy mnie niskiej, korpulentnej kobiety, ale nie zmienia to faktu, że pokój jest mroczny. Gdyby magia pierścienia nie pozbawiła mnie sił, nie zostałabym tu.

Usiłuję przypomnieć sobie, jak się tu znalazłam. Pamiętam jak przez mgłę, że byłam z Kendrickiem i jego przyjaciółmi w Ironmoore, osadzie zamieszkałej przez Elorczyków, i że wioskę zaatakowała wiwerna. Tamtej nocy przyśnił mi się potworny koszmar… Że Kendrick nie był tym, za kogo się podawał, i że działał w zmowie z Mordeuszem.

Później dowiedziałam się, że tortury, którym poddawano mnie w lochach Mordeusza, były w istocie rytuałami magii krwi, dzięki której, jak również dzięki pierścieniowi, Mordeusz do pewnego stopnia może mną sterować. Zmusił mnie do niewyobrażalnych okrucieństw. Pierścień daje mi moc śmiercionośnych pocałunków i, nie powiem, czasem mordowałam z własnej woli. Choćby popleczników Mordeusza, którzy kiedyś mnie torturowali. Pragnęłam ich śmierci.

Nie miałam pojęcia, że za każdym razem, gdy kogoś zabijałam, stopniowo pomagałam Mordeuszowi powstawać z martwych.

Kobieta pstryka mi palcami przed twarzą.

— Wystarczy tego dobrego. Nie możesz tyle spać.

— Kim jesteś? — chrypię, odwykła od używania głosu. — Gdzie ja jestem?

Kobieta znowu pstryka palcami, budząc do życia płomień w kaganku przy moim łóżku.

— Wstajemy, wstajemy — komenderuje i ściąga ze mnie stertę koców. Ma rzadkie siwe włosy spięte na czubku głowy w kok i bladożółtą cerę. Daje mi prztyczka w ramię.

— Auć! — Pocieram bolące miejsce, ale muszę przyznać, że trochę oprzytomniałam. Czy to jej dom?

Gdy zrozumiałam, że moje senne koszmary w rzeczywistości były autentycznymi wspomnieniami Mordeusza, uciekłam od Kendricka. Wdrapałam się na chłopski wóz i dopiero kawał drogi za Ironmoore przypomniałam sobie o goblinowej bransoletce. Od razu poprosiłam Gommida, żeby zabrał mnie gdzieś, gdzie będę mogła się przespać. Gdzieś, gdzie będę bezpieczna. Czemu sprowadził mnie akurat tutaj?

— Wstawaj.

Jestem zbyt skołowana na zgadywanki i zbyt zmęczona, żeby zaprotestować, więc siadam na łóżku i spuszczam nogi.

Zdaje się, że Gommid wytykał mi głupotę i ostrzegał mnie przed pierścieniem. Ostatnie, co pamiętam, to że machnęłam ręką na jego zrzędzenie i wgramoliłam się do miękkiego łóżka. Do tego miękkiego łóżka? Niewykluczone, ale byłam tak słaba, tak źle się czułam, że nie zastanawiałam się, gdzie jestem.

Jak długo spałam? Czuję się lepiej, niż gdy wezwałam Gommida, ale nogi wciąż mam jak z waty. Może po prostu muszę coś zjeść. Od wieków nic nie jadłam.

Musisz odnaleźć Miecz Ognia. Odszukać Mordeusza i naprawić to, co zepsułaś.

Kawa. Jedzenie. Zaraz poczuję się lepiej, muszę tylko coś zjeść i wypić. A wtedy ruszę na poszukiwanie Twierdzy Feegusa i odnajdę miecz, przed którym, jeśli wierzyć legendzie, nikt nie zdoła się obronić.

Jedzenie. Miecz. Mordeusz.

Wciąż mam pierścień. Dam sobie radę. Zaglądam starszej elfce w oczy i odzywam się słodkim głosem Czarownej Damy:

— Nie chcę sprawiać kłopotu, ale czy byłaby szansa na kolację?

Kobieta, jakby głucha na moją prośbę, wciska mi do zmarzniętych rąk kubek z parującym płynem.

— Szybko. Napij się jeszcze.

Przykładam kubek do ust, spragniona kolejnych łyków tej słodkiej mikstury.

— Dziękuję — odpowiadam i upijam. Jestem już na tyle przytomna, że rozpoznaję smaki tańczące mi na języku. Gorąca czekolada z nutą cynamonu i goździków.

Napój z każdym łykiem koi mój niespokojny żołądek.

Kobieta przygląda mi się badawczo.

— Wnoszę, że dobrze spałaś.

— Yyy… — dukam, kiwając głową. Kim ona jest? Nazwała mnie księżniczką. Skąd wie, kim jestem? — Tak, dziękuję. Czy mogłabym prosić o coś do jedzenia?

Bujając się na piętach, kobieta mierzy mnie spojrzeniem spod zmarszczonych brwi.

— Na razie to ci musi wystarczyć. Za wcześnie na jedzenie.

Z niepokojem zerkam na pierścień. Gdy mam go na palcu, wszyscy robią to, co im każę. Jak dotąd tylko Abriella i Kendrick byli odporni na jego magię. Teraz doszła ta fae.

— Odmawiasz mi jedzenia? Choć jestem głodna?

Kobieta bierze się pod boki.

— Ciesz się, że pozwoliłam ci zostać w moim domu, niewdzięczne dziewuszysko.

W jej domu. Czy Gommid ją zna? Czy wiedział, że to jej dom??

— Przepraszam. Myślałam, że…

— Tak, wiem. Myślałaś, że powinnam kłaniać ci się w pas tylko dlatego, że nosisz ten durny pierścień.

Odruchowo sprawdzam, czy mam w głowie mentalne osłony, wznoszenia których nauczył mnie Misha. Ale to przecież bez znaczenia. Skoro mam pierścień, nie powinnam potrzebować żadnych osłon.

— Może nie zauważyłaś, ale gobliny są niewrażliwe na ten konkretny czar. — Kobieta wyciąga do mnie rękę i dodaje: — Fherna. Miło cię poznać.

Wytrzeszczając oczy, podaję jej dłoń. A więc to goblinka. No jasne! Powinnam się była zorientować.

— Nigdy wcześniej nie spotkałam goblinki.

— Mało prawdopodobne. Po prostu nie zwróciłaś uwagi. Gobliny płci męskiej rzucają się w oczy, jako że zajmują się dotrzymywaniem towarzystwa różnym niewdzięcznym istotom, ale to nie znaczy, że nie ma wśród nas kobiet. Czyżby mama nie zrobiła ci pogadanki o pszczółkach i ptaszkach? Nie mówiła ci, skąd się biorą dzieci?

Przygryzam dolną wargę, tłumiąc chichot… i uświadamiam sobie, że mam siłę i ochotę się śmiać. Obezwładniająca słabość, o którą przyprawia mnie pierścień, gdy noszę go za dnia, gdzieś się ulotniła.

— To ta mikstura — wyjaśnia Fherna. — Tłumi działanie magii.

Przerażona odstawiam kubek.

— Ja potrzebuję tej magii… Muszę…

— Nie bądź głupia — burczy goblinka i podsuwa mi kubek. — Napój nie pozbawia cię mocy, a jedynie sprawia, że magia nie wysysa z ciebie życia.

Zaglądam do kubka, potem przenoszę spojrzenie na goblinkę. Nic o niej nie wiem i nie jestem pewna, czy mogę jej zaufać, ale zdążyłam już i wyspać się w jej łóżku, i napić przyniesionej przez nią mikstury. Równie dobrze mogę jej wysłuchać.

— Wyjaśnisz mi to?

— Magia to życie, moje dziecko. A życie to magia. Tak potężny pierścień mógł powstać wyłącznie dlatego, że dla jego zdobycia poświęciłaś swoje życie. Ale każda magia przyjmuje cechy swojego twórcy. Magia tego pierścienia jest nienasycona. Bierze coraz więcej i więcej. Będzie czerpać z ciebie energię, aż wyssie cię do cna.

Kręcę głową.

— Mam czas do osiemnastych urodzin. Jeszcze nie…

— Źle mnie zrozumiałaś — oponuje goblinka. — Pierścień cię nie zabije. Jego twórca zadbał o to, by do tego nie doszło. Ale chce cię utrzymywać na granicy życia i śmierci do czasu, aż wypełnią się warunki umowy.

Odstawiam kubek na szafkę nocną. Muszę zebrać myśli, co na szczęście nie jest już takie trudne. Nie wiem, co zawierała mikstura goblinki, ale po raz pierwszy, odkąd opuściłam Kendricka i jego kompanię, jestem w stanie myśleć trzeźwo.

— Czemu mi pomagasz?

Twarz Fherny przybiera ponury wyraz.

— Bo jeśli tego nie zrobię, wszystko się zmieni — odpowiada, po czym ruchem głowy wskazuje na kubek. — Jeśli naprawdę zależy ci na zabiciu Mordeusza, to lepiej wypij do dna.

— Skąd wiesz? — pytam wstrząśnięta. Teraz rozumiem, dlaczego Kendrick nie chciał korzystać z pomocy goblinów. Powtarzał, że za dużo wiedzą. Okazuje się, że miał rację.

Fherna mruży oczy.

— Rozumiem, że jako dziecko raczej nie stykałaś się z goblinami, ale przebywasz w tym świecie już cztery lata. Jak to możliwe, że tak mało wiesz o istotach, które żyją wokół ciebie?

Wiem, że gobliny cały czas zbierają informacje. Wiem, że są depozytariuszami historii tego świata.

— W takim razie powiedz… Czy znajdę to, czego szukam? To, co jest mi potrzebne, by zgładzić Mordeusza… Znajdę to w twierdzy?

Goblinka parska śmiechem.

— Nasza wiedza opiera się na faktach. Na znajomości historii. Nie jesteśmy jasnowidzami.

— Dopiero co powiedziałaś, że jeśli mi nie pomożesz, zajdą jakieś wielkie zmiany.

— To nie była przepowiednia, tylko logiczny wniosek.

Co za brednie. Czemu gobliny zawsze mówią od rzeczy? Biorę jeszcze jeden łyk czekolady i inaczej formułuję pytanie.

— Czy Miecz Ognia jest w Twierdzy Feegusa?

— Kiedyś był, jeśli wierzyć plotkom. Podobno Mordeusz użył potężnej magii, by nikt poza nim nie miał do niego dostępu.

— I tym mieczem mogę zgładzić Morduesza?

— Zadajesz dużo pytań jak na kogoś, kto nie daje niczego w zamian.

Podnoszę ręce w obronnym geście.

— Czego chcesz? Moich włosów? Obciętych paznokci?

Fherna marszczy zadarty nos.

— Nie przyjmuję zapłaty w podobnych śmieciach.

— Czego w takim razie chcesz?

— Żebyś się ocknęła — warczy. — Żebyś ruszyła do walki.

— To właśnie chcę zrobić. Dopiero się dowiedziałam, że Mordeusz wykorzystuje mnie, by powstać z martwych. Chciałam tu tylko odpocząć, zanim ruszę odebrać mu miecz. — Zakładam ręce na piersi. — Jeśli chcesz, żebym walczyła, powiedz mi, co mam robić. Upewnij mnie, że mam szanse.

Goblinka zaciska usta.

— Elorski Miecz Ognia zniszczy dowolną rzecz lub istotę pod warunkiem, że osoba, która go dzierży, zostanie uznana za godną posługiwania się nim.

— Uznana przez kogo?

— Jak to przez kogo? Przez miecz.

— Więc jeśli miecz uzna mnie za godną, zabierze mnie do Mordeusza i pozwoli mi go zabić?

— Jeśli uzna cię za godną, zabierze cię, gdzie będziesz chciała,i pozwoli ci zabić, kogo będziesz chciała — odpowiada, kręcąc głową. — Ale zadajesz niewłaściwe pytania.

Nie mam czasu na słowne potyczki. Goblinka nic nie rozumie. Zmuszam się, by odstawić kubek. Napój jest przepyszny, ale mam na głowie ważniejsze sprawy niż delektowanie się gorącą czekoladą. Zdecydowanym ruchem podnoszę się z łóżka.

— Czas na mnie.

— Nie ma za co — prycha goblinka.

Przejeżdżam dłonią po twarzy i kręcę głową.

— Wybacz. Dziękuję za gościnę.

— A za miksturę?

Kiwam głową i przywołuję na twarz uśmiech. Spałam w jej domu, nie spytawszy o pozwolenie. Powinnam przynajmniej okazać trochę wdzięczności.

— Dziękuję za gorącą czekoladę. Była pyszna.

Goblinka wywraca oczami.

— Pyszna? Tylko tyle? — Widząc, że nie rozumiem, wzdycha ciężko i dodaje: — Nie zauważyłaś, że nagle możesz stać pewnie na nogach, choć dopiero co nie miałaś siły otworzyć oczu?

Zerkam na kubek, po czym przenoszę spojrzenie na ciemne okno.

— Czyli to napój? Myślałam, że może noc przywróciła mi siły.

Kobieta przekrzywia głowę.

— Zdaje się, że wciąż nie rozumiesz, jak podstępna jest magia pierścienia. Przespałaś wiele dni i nocy. Byłaś zbyt słaba, by rozeznać się w czasie.

Szarpię za pierścień, choć to daremne. Nie da się go zdjąć. Miałam nadzieję, że wraz z nadejściem nocy jego działanie zelżeje, ale w tej sytuacji…

— Masz tego więcej? Na wypadek gdyby dziś mi się nie udało?

— Niestety nie mam zapasów na podorędziu.

— A przepis? Wiesz, gdzie dostanę składniki?

— Nie potrzeba przepisu. Ja dałam tylko trochę czekolady i przypraw, żeby przyjemniej ci się piło — odpowiada, wzruszając ramionami. — Wszystko, czego potrzebujesz, znajdziesz w lesie. O ile nie jesteś zbytnio wydelikacona.

— W jakim sensie „wydelikacona”?

Goblinka wyraźnie się ożywia. Uśmiecha się szeroko, odsłaniając zęby usmarowane czekoladą.

— Musisz wypuścić krew z bijącego serduszka niewinnej magicznej istoty.

Żółć podchodzi mi do gardła, ale tym razem to nie pierścień przyprawia mnie o mdłości. Zerkam na resztki mikstury na dnie kubka.

— Krew? Dałaś mi do picia krew i nic mi nie powiedziałaś?

Jeszcze przed chwilą miałam ochotę wylizać kubek do czysta. Teraz muszę się powstrzymywać, by nie zwymiotować wszystkiego na podłogę.

— Czujesz się lepiej, czyż nie?

— No… — Zamykam oczy i miarowym oddechem staram się uspokoić żołądek. — Nie miałam pojęcia, że piję krew.

— Przecież jesz mięso. Co za różnica?

— Taka, że krew jest obrzydliwa.

— Nie zauważyłam, żebyś wcześniej brzydziła się krwią — fuka goblinka. — Mniejsza o to. We właściwym czasie zrobisz, co będzie konieczne.

— Myślałam, że nie jesteś jasnowidzką.

— Bo nie jestem. Jestem optymistką.

Spuściwszy głowę, biorę głęboki oddech. Fherna ma rację. Jestem gotowa na wszystko, nawet na rzeczy gorsze niż picie krwi, byleby Mordeusz nie wykorzystał mnie do zniszczenia dworu mojej siostry.

— Jaką magiczną istotę masz na myśli?

Uśmiech goblinki robi się niemal wilczy.

— Czy nazwa „wolpertinger” coś ci mówi? — Fherna wykonuje ruch dłonią i w powietrzu pojawia się obrazek, a na nim stworzenie podobne trochę do dużego królika. Ma miękkie futro i klapnięte uszy, ale z łebka wyrastają mu miniaturowe jelenie różki, a zza przednich łap — skrzydła cienkie jak pajęczyna.

Kręcę głową.

— To przecież bezbronne zwierzątko. — Na myśl o tym, że mam wysysać krew z jego serca, przechodzi mnie dreszcz obrzydzenia. — Chyba nie dam rady.

— Zabiłaś dziesiątki popleczników Mordeusza dla samej przyjemności płynącej z zemsty.

— To nie były niewinne istoty — odpowiadam, odruchowo prostując plecy.

— Znalazłaś usprawiedliwienie dla tamtych morderstw, więc teraz też coś wymyślisz. O ile masz ochotę jeszcze trochę pożyć. Pamiętaj, że tu nie chodzi o samą krew, ale o życie. Musisz nabrać tyle krwi, żeby serce ofiary przestało bić. A żeby efekt utrzymał się dłuższy czas, powinnaś ją wypić, dopóki będzie świeża. Magia jest tym słabsza, im dłużej jest oddzielona od swojego źródła.

Wbijam wzrok w pierścień i przypominam sobie, co powiedziała Skylar, zanim opuściłam Ironmoore… Że jeśli wszystko zawiedzie, mogę obciąć sobie palec. Wówczas znowu byłabym wolna i nie musiałabym się martwić, że nic nie robię, tylko śpię i śpię.

Cóż znaczy brak jednego palca wobec faktu, że jestem śmiertelnie przerażona, a moje dni są policzone?

Tyle że pierścień wciąż jest mi potrzebny. Potrzebuję jego magii, żeby dostać się do Twierdzy Feegusa i zdobyć miecz. Mordeusz na pewno nie pozostawił tak potężnej broni bez ochrony, a przecież nie wedrę się do środka i nie zacznę się bić z jego obstawą. Muszę pozostać Czarowną Damą, a w tym celu muszę mieć na palcu tę przeklętą błyskotkę.

To się nazywa ironia losu. Żeby dostać pierścień, poświęciłam wszystko: nie tylko najcenniejszą magiczną księgę mojej siostry, ale też własne życie po osiemnastych urodzinach. Teraz z jego pomocą mam odnaleźć miecz, który przeniesie mnie do Mordeusza i zabije go raz na zawsze, choć jednocześnie ten sam pierścień pozbawia mnie sił na cokolwiek oprócz jedzenia i snu.

Dziś w nocy dopnę swego. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, odnajdę Miecz Ognia i zanim wzejdzie słońce, rozprawię się z Mordeuszem. Dopiero potem zastanowię się, co dalej.

Teraz muszę się skupić na czekającym mnie zadaniu. Oddałam wszystko w zamian za zemstę i nie wolno mi zaprzątać sobie głowy sprawami, które można odłożyć na później.

— Powiedz… — odzywam się w końcu. — Daleko stąd do Twierdzy Feegusa?

— Wciąż zadajesz niewłaściwe pytania.

— Proszę…

Goblinka ruchem głowy wskazuje kierunek.

— Księżyc cię poprowadzi. Pójdziesz lasem, aż za jezioro. Na pewno trafisz.

— Dziękuję — szepczę.

Fherna kiwa mi głową na pożegnanie i odwraca się, by wyjść z pokoju.

Patrzę na swoje ubranie i nagle widzę, że spodnie i wysokie buty, które miałam na sobie, gdy uciekałam od Kendricka i jego kompanii, są pokryte popiołem, jak po przeprawie przez płonący las.

— Jak długo spałam? — wołam za wychodzącą goblinką.

Kobieta ogląda się przez ramię i unosi cienką siwą brew.

— Ponad osiem miesięcy.

Mam ochotę krzyczeć, że to niemożliwe.

— To znaczy, że do moich urodzin zostało…

— Jedenaście dni.

ROZDZIAŁ DRUGI

FELICITY

— NIE POWINNAŚ BYĆ W ŁÓŻKU?

Te słowa, rzucone znienacka, przywołują mnie do rzeczywistości i zakotwiczają z powrotem w ciele, jakbym właśnie wróciła z długiej podróży na skrzydłach wyobraźni. Odwracam się i widzę mojego brata. Stoi w pałacowym ogrodzie rozświetlonym blaskiem księżyca i uśmiecha się zawadiacko. Jego bladoniebieskie oczy i jaśniutkie włosy są takie jak moje, ale w przeciwieństwie do mnie Konner przez większość czasu ma zacięty wyraz twarzy, jak na wojownika przystało. Ale nie tym razem. Dzisiejszego wieczoru się uśmiecha, a na ten widok robi mi się ciepło na sercu.

— Wróciłeś! — wołam, zeskakując z kamiennego gzymsu i biegnę do niego.

Konner przyciąga mnie do siebie i ściska z całych sił.

— Nie było mnie raptem dwa tygodnie. Mówiłem, że niedługo wrócę.

Odsuwam się, marszcząc brwi. Oczywiście ma rację. Wrócił stosunkowo szybko, ale w głębi duszy czuję się, jakbym przez całe życie miała w piersi ziejącą wyrwę po bracie bliźniaku. Jednak szybko odpędzam tę myśl i ściskam jego dłonie.

— Dobrze, że jesteś. Bez ciebie nie mogłam sobie znaleźć miejsca.

Konner z ironicznym uśmiechem ujmuje mnie pod brodę.

— No coś ty? Z tego, co pamiętam, to na pożegnanie kazałaś mi się palnąć w ten głupi łeb i wziąć się do roboty, zanim stracę okazję na poślubienie najsłodszej dziewczyny w całej Elorze.

— No cóż, powiedziałam tak, bo cię kocham i wielbię.

— Ta, jasne.

Pokazuje głową w kierunku pałacu i ruszamy do wejścia. Idąc ścieżką u boku brata, nareszcie czuję, że jestem na swoim miejscu.

Gwiazdy świecą dziś tak jasno, jakby chmury za dnia zasnuwające niebo pouciekały na widok wschodzącego księżyca.

— Powiesz mi, czemu szwendasz się nocą po ogrodzie?

— Miałam zły sen — mówię. — Chciałam przewietrzyć głowę, zanim spróbuję zasnąć.

Brat obrzuca mnie zatroskanym spojrzeniem.

— Chcesz o tym pogadać?

Przygryzam dolną wargę. Nie chcę do tego wracać. Nie chcę myśleć o samotności i rozpaczy, które nawiedzają mnie we śnie, ale to przecież Konner. Jemu mogę powiedzieć wszystko i zwykle czuję się po tym lepiej.

— Mam taki powracający sen…

Konner odczekuje chwilę.

— Mów dalej — mówi, unosząc brew.

Krzywię się. Nie wiem, jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmieć i nie poczuć się jak ostatnia ofiara.

— Śni mi się, że jestem zupełnie sama na świecie.

— Felicity… — mruczy Konner. — Wiesz, że nie jesteś sama.

Kręcę głową.

— Może to dlatego, że ty wyjechałeś, a Aster od dawna nas nie odwiedza. Sama nie wiem. Ale te sny są przeraźliwie realistyczne. Mieszkam w Faerie. Żyję w ukryciu i cały czas przed czymś uciekam. Nie mam rodziny ani przyjaciół i nawet nie mogę przybrać mojej prawdziwej postaci, bo to zbyt niebezpieczne. — Zerkam, aby sprawdzić czy patrzy ma mnie jak na wariatkę, ale on tylko kiwa głową, wpatrzony w gwiazdy, u których sama szukałam dziś ukojenia.

— To ma sens.

Czuję silny ucisk w piersi. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo potrzebowałam, żeby potraktował poważnie moje głupie sny.

— Tak uważasz?

— Jasne. Najważniejszą rzeczą, ważniejszą nawet niż Elora, niż dom, jest dla ciebie rodzina. We wszystkim, co robisz, kierujesz się miłością… nieważne, czy przygotowujesz się do przystąpienia do Siódemki, czy dajesz rady przyjaciołom. Najgorsze, co może cię spotkać, to rozłąka z bliskimi — mówi i urywa, wędrując spojrzeniem po mojej twarzy. Jego oczy, tak podobne do moich, patrzą na mnie z czułością. — Po co w ogóle miałabyś się starać, gdybyś nie miała rodziny?

Niewidzialna pięść zaciśnięta wokół mojego serca rozluźnia uchwyt.

— Po tych snach czuję się zupełnie bezbronna. Bezbronna i przerażona, że to wszystko naprawdę mogłoby mi się przytrafić. — Przełykam ślinę. — Są bardzo realistyczne. Jak myślisz, dlaczego je mam?

— Może czujesz się bezradna w obliczu nieznanych wrogów, którzy od dawna próbują przeniknąć do naszego pałacu. — Jego usta wykrzywiają się w wymuszonym uśmiechu, ale w oczach dostrzegam współczucie. — A może po prostu dotarło do ciebie, że masz najlepszego brata bliźniaka we wszechświecie.

Parskam śmiechem i trącam go w ramię wierzchem dłoni.

— Tak. Na pewno o to chodzi.

Konner przekrzywia głowę.

— Nie wiem, czy to cię pocieszy, ale naprawdę mi przykro, że masz koszmary. Gdyby to ode mnie zależało, świat byłby wolny od wszelkiej maści szemranych typów, a my nigdy nie musielibyśmy opuszczać pałacu.

— Nie pojmuję, czemu nas tak nienawidzą. — Macham ręką w kierunku pałacu. — To wszystko przecież dla dobra tego świata. Dla ochrony słabszych od nas. Czemu komuś to przeszkadza?

Mój brat znowu podnosi wzrok na gwiazdy. I wzdycha.

— Czasem myślę, że robimy ci krzywdę, trzymając cię tutaj. Tak skutecznie chronimy cię przed złem tego świata, że jesteś go zupełnie nieświadoma.

— Nie jestem aż taka naiwna.

Konner kręci głową.

— Nie. Jesteś pełna wiary i nadziei. Czyli tego, czego Elora potrzebuje najbardziej. — Daje mi prztyczka w nos, po czym bierze mnie pod ramię. — Nie zmieniaj się, siostrzyczko. Spróbuj zmienić ten świat.

Wiedzie mnie przez ciężkie drzwi dla służby i dalej, cichymi o tej porze korytarzami. Ściany wokół nas zdobią podświetlone kinkietami obrazy najwybitniejszych elorskich malarzy.

Konner zatrzymuje się pod drzwiami do mojej komnaty.

— A gdybym ci powiedział, że zanim opuściłem Faerie, ktoś przekazał mi prezent dla ciebie?

Serce mi podskakuje.

— A przekazał?

Brat wyciąga z kieszeni seledynową aksamitną sakiewkę i wręcza mi ją.

Poluzowuję troczki, wysypuję zawartość na dłoń i… zapiera mi dech. Mam przed sobą najpiękniejszą parę kolczyków, jakie w życiu widziałam. Krwistoczerwone rubiny owinięte złotymi pnączami, z listeczkami z maciupkich szmaragdów.

— Dlaczego, na bogów, przysłał mi tak cudowny podarunek?

— Niech zgadnę… chciał dać dowód swoich uczuć? Nie żeby musiał o nich przypominać.

Jeszcze raz przyglądam się kolczykom.

— Przysłał mi jakąś wiadomość?

— Wiadomość? — Konner kręci głową, a ja czuję bolesny ucisk w żołądku.

Nie powinnam oczekiwać zbyt wiele. Mój adorator jest bardzo zajęty, nawet nie potrafię sobie wyobrazić ogromu jego obowiązków. Powinnam przyjąć prezent i się cieszyć.

Usta Konnera drgają w półuśmiechu, gdy wskazuje głową na drzwi za moimi plecami.

— Jestem pewien, że cokolwiek ma ci do powiedzenia, najchętniej powie ci to osobiście. — Zanim pojmę, co ma na myśli, bierze mnie za ramiona, obraca i popycha w kierunku sypialni. Drzwi zamykają się za mną z cichutkim stuknięciem.

Zaraz po drugiej stronie czeka na mnie Misha, obezwładniająco przystojny król Dzikich Fae. Palcem przy ustach nakazuje mi, bym była cicho, ale ja i tak prawie piszczę na jego widok.

Studiuje mnie wzrokiem, a po jego twarzy rozlewa się uśmiech od ucha do ucha.

— Felicity… — Moje imię brzmi w jego ustach jak wydech. Jak radość z odkrycia. Westchnienie ulgi. Jego ciemne, falujące włosy są w nieładzie, jakby czekając na mnie, nerwowo je przeczesywał. W okresie naszej rozłąki musiał spędzać dużo czasu na słońcu, bo jego złocista skóra jest ciemniejsza, niż gdy widziałam go ostatnim razem, ale jego rdzawe oczy, te kochane rdzawe oczy, nie zmieniły się nic a nic.

— Tęskniłam za tobą — szepczę, a ból ściskający mi pierś powoli ustępuje.

Mój ukochany zerka na drzwi, a po chwili już trzyma mnie w ramionach, obraca plecami do ściany i przykłada potężną dłoń do mojego policzka.

— Ja za tobą bardziej.

Przesuwam zębami po dolnej wardze.

— Nie musiałeś tego robić. Nie potrzebuję prezentów.

Jego stwardniałe od miecza palce łaskoczą mi dłoń, gdy podnosi jeden kolczyk i przykłada mi go do ucha.

— No to mamy kłopot, bo chcę cię obsypywać podarunkami — mówi, zakładając mi kolczyk, po czym sięga po drugi. Delikatny dotyk jego opuszek na płatku mojego ucha przyprawia mnie o dreszcz. — Miałaś okazję przemyśleć to, o czym rozmawialiśmy?

Na wspomnienie naszej ostatniej rozmowy mój żołądek furkocze.

— Myślałam, że to wino fae uderzyło nam do głowy. Nie chcę, żebyś pod wpływem nacisków ze strony mojego brata…

— Zakochałem się w tobie, Felicity — mówi, przykładając mi palec do ust. — Zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia.

Policzki stają mi w płomieniach i spuszczam wzrok.

— Nie rozumiem dlaczego.

— Bo jesteś piękna. I dobra. Lojalna. Przerastasz moje najśmielsze wyobrażenia o idealnej partnerce i jestem gotów zrobić wszystko, czego zażąda twoja matka, bylebyś została moją żoną. Ale tylko jeśli ty też tego chcesz.

Pochyla głowę i ostrożnie całuje mnie w usta. Jego wargi są tak miękkie, a ich dotyk tak delikatny… Wyginam plecy i staję na placach, rozchylając usta. Chcę więcej. Nasz wspólny czas składa się z takich właśnie ukradkowych chwil i przelotnych pocałunków. Nigdy nie dane nam było pobyć dłużej sam na sam.

Felicity, musisz się obudzić.

Na te słowa odsuwam się i rozglądam wokół.

— Coś mówiłeś?

Misha unosi brew.

— Kiedy cię całowałem? — pyta rozbawiony.

— Mówiłeś do mnie telepatycznie?

Chyba znowu słyszę swoje imię, ale tym razem jak bardzo odległe echo. Bardziej jak wspomnienie niż rzeczywisty dźwięk.

Misha przekrzywia głowę.

— Dobrze się czujesz?

Wytężam słuch, ale nic nie słyszę. Nie czuję niczego oprócz obecności Mishy. Kręcę głową.

— Nic mi nie jest. To chyba zmęczenie.

— Źle sypiasz — stwierdza Misha. — Nadal śnią ci się koszmary.

Zbywam tę uwagę wzruszeniem ramion.

— Może zostaniesz? Pokojówki dbają, żeby komnata gościnna zawsze była gotowa. Oczywiście wolałabym, żebyś spał u mnie, ale matka nigdy by się nie zgodziła

Misha ciężko przełyka ślinę, do jego spojrzenia zakrada się smutek.

— W Faerie dużo się ostatnio dzieje, mój dwór jest w niebezpieczeństwie. Zbyt wiele czasu spędzam poza nim, a to osłabia magię tronu.

Coś gniecie mnie w klatce piersiowej, coś twardego i zbitego.

— To zrozumiałe, że musisz wracać. Chętnie cię kiedyś odwiedzę.

Misha powoli kręci głową.

— Na razie to zbyt niebezpieczne. Nie chcę cię narażać.

— Nic mi nie będzie.

Misha robi krok do tyłu.

— Felicity…

Widzę po jego oczach, że nie zmieni zdania i serce mi pęka.

— Nie jestem wydelikaconą panienką wymagającą ochrony. Kocham cię i nie chcę cię stracić.

— W takim razie czekaj na mnie — mówi spokojnie, choć proszę go o coś, o co nie mam prawa prosić. Od początku zdawałam sobie sprawę, kim jest. Wiedziałam to, jeszcze zanim zaczęły krążyć plotki o możliwym zamachu stanu. Wiedziałam, jakie ciążą na nim obowiązki i jakie ma priorytety.

— Wrogowie, którzy chcą ukraść ci tron, korzystając z jego słabości… będą rozpuszczać kłamstwa po całym królestwie i zrobią wszystko, żeby odsunąć cię od władzy. Zło ma przewagę nad dobrem, bo nie ograniczają go zasady moralne. Dla nas istnieją nieprzekraczalne granice. Tamci nie mają najmniejszych skrupułów.

— Nie mają też tego — mówi, gładząc mnie kciukiem po policzku. — Nigdy nie doświadczą takiej miłości i nie będą mieli takiej motywacji do walki jak ja.

Gdy się nachyla, by mnie pocałować, po policzkach lecą mi gorące łzy. Po raz pierwszy jego pocałunek to coś więcej niż muśnięcie wargami. Misha przekrzywia głowę, rozchyla usta i przyciąga mnie do siebie. Pocałunek jest głęboki, przepełniony całą tą miłością i obietnicą, o jakich marzyłam. Pocałunek mówiący: „Wrócę po ciebie” i: „Ta miłość pozwoli mi zwyciężyć”. Znak oddania i wierności.

Pozwalam, żeby wziął mnie w ramiona, i staram się wygonić z głowy złe myśli, ale kiedy później kładę się do łóżka, znowu czuję się dziwnie. Słyszę głos i mam wrażenie, jakby ktoś potrząsał mną za ramiona. Felicity, musisz się obudzić.

Ze snu wyrywa mnie wycie syreny alarmowej. Prostuję się gwałtownie.

Syrena.

Powietrze ucieka mi z płuc.

Są tu. Wdarli się na teren pałacu.

Zanim zdążę postawić stopy na ziemi, drzwi otwierają się z impetem i podbiega do mnie pokojówka.

— Milady, musimy cię przenieść w bezpieczniejsze miejsce.

Wkładam kapcie i sięgam po szlafrok.

— Gdzie Konner?

Dziewczyna zerka przez ramię w kierunku otwartych drzwi, ale zaraz przenosi spojrzenie z powrotem na mnie.

— Nie ma czasu do stracenia. Nie wiemy, gdzie są intruzi ani kogo szukają.

Ciskam szlafrok na łóżko i zrzucam kapcie.

— Co robisz, milady? Musimy uciekać.

— Muszę się ubrać i odnaleźć matkę. Napastnicy przyszli po Siódemkę i jeśli nas znajdą, nie dożyjemy świtu — oznajmiam, starając się brzmieć jak ktoś zdecydowany i przyzwyczajony do wydawania poleceń, ale przy ostatnich słowach głos mi drży. Oczy mnie pieką. Jeśli będę się mazgaić, nie przeżyję starcia z moimi największymi wrogami. A ja chcę jeszcze pożyć. Muszę chronić najbliższe mi osoby. Matkę. Siódemkę. A razem z nimi — cały nasz świat.

— Proszę, milady… — woła za mną pokojówka. — Muszę cię zaprowadzić w bezpieczne miejsce. Twojej matki strzegą nasi najlepsi wartownicy.

Gwałtownie kręcę głową.

— To muszę być ja. Tylko ja zdołam ją ochronić. Wyrocznia wskazała mnie. — To było wiele lat temu. Miałam niespełna dziesięć lat i śniłam koszmary o mężczyźnie, który miał się zamachnąć na życie mojej matki. Wyrocznia pokazała mi, jak go zabijam.

Pojęcia nie mam, skąd wiem, że dziś jest ten dzień, i skąd moja pewność, że mężczyzna uczestniczy w dzisiejszym ataku na pałac, ale zamiast kwestionować moje przeczucia, zmieniam koszulę nocną na świeżą bluzkę.

Po chwili mam też na sobie skórzany strój do szermierki i już sięgam po wysokie buty, gdy mój wzrok pada na pokojówkę. Ta wykręca sobie dłonie, a dolna warga drży jej, jakby dziewczyna miała się zaraz rozpłakać

— Proszę… — szepcze.

— Zejdź do piwnicy i schowaj się na tyłach zbrojowni. To najbezpieczniejsze miejsce w pałacu.

Dziewczyna zerka na drzwi. Widać, że chciałaby uciec, ale kręci głową.

— Bez ciebie nie pójdę, milady.

— Teraz ja tu dowodzę — oświadczam i tym razem udaje mi się nadać głosowi stanowczy, autorytatywny tom. — I rozkazuję ci, żebyś poszła się ukryć.

— Nie mogę. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby coś się milady stało. Twoja pani matka nigdy by mi nie wybaczyła.

— A ja nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby mojej matce coś się stało — ripostuję, patrząc jej w oczy. Dziewczyna musi zrozumieć.

— Jeśli coś ci się stanie, milady…

Nie mam czasu dłużej jej przekonywać. Macham tylko ręką i magicznie zmuszam ją do wyjścia. Jej ciało na moment wiotczeje, po czym dziewczyna odmaszerowuje, z luźno zwieszonymi rękami. W tej chwili pewnie mnie nienawidzi, ale z czasem mi podziękuje.

Ale tylko pod warunkiem, że nie dam się zabić.

Wciągam buty i szybko je sznuruję. Następnie otwieram szufladę szafki nocnej i sięgam po mój specjalny nóż.

Nabieram powietrza i puszczam się biegiem. W całym zamku słychać krzyki. Wszyscy uciekają lub pomagają innym w ucieczce. Nie zważając na panujące wokół pandemonium, biegnę do sali audiencyjnej, gdzie, jak wiem, zastanę członków Siódemki strzegących podestu, z którego możemy się bezpiecznie komunikować z ludem Elory.

Przedzieram się przez kolejne sale, wymijając mieszkańców pałacu biegnących w przeciwnym kierunku — w stronę schronienia. Dopiero gdy skręcam w korytarz prowadzący do prywatnej części pałacu, robi się luźniej i mogę przyspieszyć. Czyli gnać, ile sił w nogach.

Musisz się obudzić.

Na dźwięk głosu staję jak wryta.

Nie mogę ci pomóc, dopóki się nie obudzisz.

Obracam się w poszukiwaniu źródła głosu, ale nikogo nie widzę. Jestem tu sama.

Przez głowę przelatują mi obrazy… jakbym była w dwóch miejscach jednocześnie. Widzę niebieskookiego chłopca, który wspina się za mną po drzewie, podczas gdy ja śmieję się zachwycona. Widzę roześmianą twarz mojej matki i złocące się pola uprawne za oknem.

Nie. To nie jest moja matka. Nie znam tej kobiety o brązowych włosach i zielonych oczach. A jednak na jej widok czuję niewytłumaczalną tęsknotę. I nieuzasadniony strach.

Wbijam paznokcie we wnętrza dłoni, mając nadzieję, że ukłucie mnie otrzeźwi. To iluzje. Nie pozwól, żeby ich zwodnicza magia odwiodła cię od twojej misji.

Wyczuwam obecność matki, jeszcze zanim ją zobaczę.

— Felicity! — krzyczy.

W tej samej chwili jakiś mężczyzna rzuca się w jej kierunku. Atakuję. Siekam go nożem w sposób doskonale mi znany, bo po wielokroć ćwiczony na treningach, ale jednocześnie zupełnie nowy, bo pierwszy raz mam okazję poczuć, jak mój nóż zatapia się w cudzym ciele.

— Felicity — jęczy mężczyzna, po czym pada u moich stóp.

Na widok jego niebieskich oczu odbiera mi mowę. Hale.

Skąd znam jego imię? Dlaczego chcę błagać bogów, żeby to mnie zabrali, a jego oszczędzili?

Twój brat cię potrzebuje.

Obracam się w poszukiwaniu źródła głosu.

Konner wbiega do komnaty i zagarnia mnie w objęcia.

A ja sztywnieję. Nagle nie pamiętam, co pokazała mi wyrocznia i dlaczego znalazłam się w tej komnacie. Nie pamiętam, dlaczego zabiłam mężczyznę, który leży teraz na ziemi.

Zbudź. Się.

Coś jest nie tak. Wszystko jest nie tak. Nie powinno mnie tu być.

I tak samo jak jestem pewna swojego imienia, tak nie mam wątpliwości, że choć chłopak, który przyciska mnie teraz do piersi, jest moim biologicznym bratem, to nie jest tym, z którym się wychowywałam. I że uciekałam przed nim całe dotychczasowe życie.

ROZDZIAŁ TRZECI

JASALYN

DOPÓKI JESTEM W TWIERDZY FEEGUSA, żadne uspokajające słowa, żadne techniki oddechowe ani żaden pierścień nie sprawią, że wnętrzności przestaną mi się skręcać ze strachu. Przebywam tu od kilku godzin i jestem równie przerażona jak wtedy, gdy po rozstaniu z goblinką dotarłam do bramy frontowej i uśmiechem Czarownej Damy olśniłam stojących na warcie strażników.

W środku nie trafiłam na żadne ślady okrucieństw, jakich dopuszczano się w tych murach. Gdzieś w trzewiach zamku, pod tymi krętymi korytarzami, pod salami narad i skromnymi kwaterami żołnierzy, znajduje się loch, w którym przetrzymywał mnie Mordeusz. Loch, w którym spędziłam najstraszniejsze tygodnie mojego życia.

Pierścień sprawił, że wartownicy widzieli we mnie wyłącznie Czarowną Damę. Nie zdawali sobie sprawy, że w środku cała dygoczę. Choć udany początek dodał mi otuchy, bo przecież dostałam się do środka i mogłam nieniepokojona przetrząsać pomieszczenie za pomieszczeniem, chwilowa pewność siebie zdążyła się ulotnić. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jestem obserwowana.

Znowu oglądam się przez ramię, ale nie dostrzegam nikogo podejrzanego. Zerkam w stronę okien na końcu kamiennego korytarza, żeby sprawdzić, ile czasu zostało do wschodu słońca. Księżyc wciąż jest wysoko, ale choćbym przez całą noc przemierzała twierdzę w poszukiwaniu miecza, nie zdołam zajrzeć do każdego pomieszczenia. Same tylko ciągnące się w nieskończoność klatki schodowe z krętymi stopniami to aż nadto, nie mówiąc już o podziemnych kondygnacjach, do których do tej pory nie odważyłam się zapuścić.

Przespałaś osiem miesięcy. Nie możesz dopuścić, żeby strach cię teraz spowalniał.

Korytarzem idzie jakaś kobieta. Zmierza w moim kierunku, pogwizdując. Ma na sobie przewiązany w pasie szlafrok, przez ramię przerzuciła ręcznik. Może właśnie wraca spod prysznica.

— Przepraszam! — wołam, podbiegając do niej. Kobieta przystaje i uśmiecha się do mnie serdecznie. — Szukam Miecza Ognia.

Mityczny Miecz Ognia jest potężnym magicznym artefaktem. Temu, kto go dzierży, pozwala się przenieść w dowolne miejsce i zabić dowolną osobę, choćby nie wiem jak silną i nieśmiertelną. Kendrick liczył, że znajdziemy go właśnie w Twierdzy Feegusa. Zależało mu na mieczu, bo chciał, żebym zabiła nim Eritha — niegodziwego przywódcę Siódemki z Elory i ciemiężyciela Elorczyków. Mnie zależy na nim dlatego, że chcę znaleźć i zgładzić Mordeusza.

— Jesteś taka dobra — mówi, podchodząc bliżej, jak przyciągana magnesem. — Z radością ci pomogę. Proś, o co chcesz.

Staram się zachować cierpliwość. Cieszę się, że pod wpływem magii pierścienia każdy chce mi nieba przychylić, ale mam serdecznie dość tego ciągłego przymilania się.

— Powiedz mi, gdzie znajdę Miecz Ognia.

Dziewczyna kręci głową.

— Nie wiem, co to takiego, ale pomogę ci szukać.

Zirytowana, mam ochotę westchnąć, ale się powstrzymuję. Żaden z moich dotychczasowych rozmówców nie wiedział nic o mieczu. To w sumie zrozumiałe, że Mordeusz nie wyjawił wszystkim stacjonującym tu żołnierzom, jakiego skarbu strzegą, ale ktoś musi być poinformowany.

Próbuję z innej strony.

— Gdzie Mordeusz przechowuje swoje najbardziej drogocenne skarby?

— Jest bardzo mądry, choć zapewne nie może się równać z tobą. Najwartościowsze przedmioty rozlokował w różnych miejscach na dworze, a niektóre trzyma w pałacu w Elorze.

— A czy tutaj zostawił coś szczególnie wartościowego?

— Nie wiem — odpowiada dziewczyna, marszcząc brwi i kręcąc głową. — Przykro mi. Pomóc ci szukać?

— A wiesz, kto może wiedzieć?

— Komendantka Rieckus, zna wszystkie tajemnice twierdzy.

— Gdzie ją znajdę?

— Ma gabinet na jednej z podziemnych kondygnacji, za lochami, skąd może kontrolować więźniów. Ale uważaj, potrafi być okrutna. Nie chcę, żeby coś ci się stało.

Lochy. Choć trwoga ściska mi gardło, obdarzam dziewczynę uśmiechem.

— Obiecuję, że nic mi nie będzie. Teraz wracaj do łóżka i odpocznij.

— Oczywiście. Skoro tego sobie życzysz — odpowiada, skwapliwie kiwając głową.

Dałabym wszystko, żeby uniknąć schodzenia do lochów, a jednocześnie kusi mnie, żeby tam zajrzeć. Może miecza wcale tu nie ma, jednak nie chcę opuszczać twierdzy, nie upewniwszy się. W najgorszym razie komendantka powinna mi podpowiedzieć, gdzie warto szukać.

Za plecami słyszę świst klingi wysuwanej z pochwy.

Wyciągam mój puginał i natychmiast się odwracam. Staję twarzą w twarz z mężczyzną, który wytrzeszcza na mnie oczy.

— Pani, pomyślałem, że mogę ci dać mój miecz.

Serce mi łomocze. Jesteś Czarowną Damą. Dopóki nosisz pierścień, nikt nie podniesie na ciebie ręki. Oddychaj.

— Nie jest zrobiony z ognia, ale należał do mojego dziadka i przez lata dobrze mi służył.

Kręcę głową i odwracam się w kierunku schodów prowadzących do piwnicy, którymi miałam nadzieję nie schodzić.

— Zatrzymaj go. To nie tego miecza szukam.

Mogłabym stąd wyjść i wrócić później. Mogłabym odszukać Kendricka i pozostałych. Wtedy nie musiałabym samotnie konfrontować się z tym miejscem.

Ale nie mogę wyrzucić z głowy tamtego snu. Nie snu — wspomnienia Mordeusza o tym, jak zawarł układ z Kendrickiem. Kendrick miał dopilnować, żebym ze sobą nie skończyła, gdy będę gnić w więziennej celi, i osiągnął swój cel. Ponieważ wiedział, że boję się fae, udawał człowieka. A gdy spotkaliśmy się po latach, nie przestawał udawać. Okłamywał mnie.

Nie mogę mu ufać. Nie wiem, czy nadal nie działa w zmowie z Mordeuszem. Wiem za to, że mnie oszukiwał. Kłamał, że chce mi pomóc w ucieczce z lochu. Kłamał, że jest człowiekiem. Więcej mu nie zaufam. Sama odnajdę Miecz Ognia.

Powtarzam sobie w myślach, że strażnicy trzymający wartę wzdłuż więziennych korytarzy nie stanowią zagrożenia. Zobaczą we mnie Czarowną Damę i zrobią, o co poproszę.

Schodzę o stopień niżej, potem o jeszcze kolejny. Magia pierścienia powinna znieczulić mi serce i uciszyć strach. Ale lęk i odrętwienie doskwierały mi, jeszcze zanim uciekłam od Kendricka, a ten strach ryczy we mnie tak, że nie da się go całkowicie zagłuszyć.

Ale warto zacisnąć zęby. Jeśli w tych mrocznych piwnicach odnajdę miecz, to zapomnę o grozie dławiącej mi teraz serce.

Z każdym krokiem w dół czuję się coraz mniej jak Czarowna Dama z soplem lodu zamiast serca, a coraz bardziej jak czternastoletnia dziewczynka złamana przez Mordeusza. Oglądam się przez ramię — najpierw raz, potem drugi… Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ktoś podąża moim śladem. Ale schodzę dalej, bo czas goni. Zostało mi jedenaście dni.

Odkąd opuściłam dom goblinki, starałam się o tym nie myśleć. Za jedenaście dni będzie po mnie. Za jedenaście dni stracę wszystko.

Chcę uciec jak najdalej od tego miejsca i związanych z nim wspomnień o bólu i trwodze, ale nie mam czasu do stracenia i nie pozwolę, żeby Mordeusz wygrał.

Minęło osiem miesięcy. Skąd wiesz, że on wciąż jest w pałacu w Elorze? Że nie użyje cię znowu, żeby urosnąć w siłę? Że za chwilę nie stracisz przytomności?

Odpycham te myśli i staję na najniższym stopniu, drżącą ręką sięgając do klamki.

Wiem, co czeka na mnie po drugiej stronie. Ból i groza, mrok i rozpacz.

— Jasalyn, stój!

Obracam się i widzę, że na schodach materializuje się Kendrick.

— Śledzisz mnie?

Zza drzwi dobiega dziwne, monotonne buczenie. Czyżby jęki osadzonych? Jakieś wibracje?

— Chciałem mieć pewność, że nic ci nie grozi — mówi, schodząc o kolejny stopień. — Nie idź tam. Tu nie jesteś bezpieczna.

Chyba zwariował, skoro myśli, że po tych wszystkich kłamstwach jeszcze mu uwierzę. Co on tu w ogóle robi, jeśli nie działa w zmowie z Mordeuszem?

— Od jak dawna tu jesteś? Trzymasz z nimi?

Kendrick głośno przełyka ślinę.

— Spodziewałem się, że możesz się tu zjawić, więc umieściłem w twierdzy magiczne alarmy. Nie chciałem ci się pokazywać, bo zaraz byś uciekła, a ja zapomniałbym, że cię widziałem. Ale nie mogłem cię zostawić. — Czujnie zerka przez ramię, jakby wypatrywał kłopotów. — Bałem się, że coś ci się stanie, jeśli nikt nie będzie nad tobą czuwał.

— Czuwał? Mam uwierzyć, że naprawdę ci na mnie zależy? Po tym wszystkim, co zrobiłeś?

— Powiedz mi, co się stało. Wytłumacz mi, dlaczego od nas uciekłaś.

Zaciskam usta. Wolę z nim nie dyskutować. Boję się, że tylko by mnie omamił. Że strach i samotność zawiodłyby mnie w jego ramiona.

Gdy znajdę się za drzwiami, magia pierścienia sprawi, że Kendrick zapomni, że mnie widział.

Sięgam do klamki, szykując się na straszliwe dźwięki i fetor, które pamiętam z lochów, ale gdy zwalniam zasuwkę i otwieram drzwi, słyszę tylko jeszcze głośniejsze buczenie.

Zanim mój wzrok przyzwyczai się do ciemności, widzę, jak w moim kierunku pędzą jarzące się czerwonym światłem kreseczki.

To nie buczenie. To wściekłe, jednostajne powarkiwanie.

Kendrick rzuca mnie na ścianę klatki schodowej, a sam wyskakuje do przodu.

Z dłoni wypryskuje mu struga światła i tworzy wokół nas pulsujący krąg.

Rozpędzone bestie zamierają. Teraz widzę, że to potężne, rozjuszone psiska o ciemnej sierści i wielkich kłach.

Po chwili ponawiają atak. Tym razem Kendrick kieruje magię bezpośrednio na mnie, a ja nawet się nie uchylam. Jeszcze zanim to poczuję, wiem, że ratuje mi życie.

Wokół mnie wyrasta przezroczysta tarcza, przez którą widzę zakrwawioną paszczę bestii próbującej dosięgnąć mojej twarzy.

Kendrick wyciąga miecz, chlaszcze bestię po szyi, a następnej wsadza klingę prosto w oko. Kolejne brytany nie ustają w ataku, kłapią zębiskami tuż przed jego twarzą i próbują dosięgnąć go pazurami.

Pierwsza widzę, co się święci. Kendrick rozpruwa jeszcze jednego brytana, gdy ostatnia bestia atakuje go od tyłu. Z puginałem w ręku rzucam mu się na pomoc, ale jestem uwięziona za magiczną osłoną i mogę tylko bezczynnie patrzeć, jak bestia wielkimi ostrymi pazurzyskami rozchlastuje Kendrickowi szyję, po czym zatapia kły w jego boku.

Zwielokrotniony echem krzyk chłopaka rozdziera mi serce na pół. Z bezsilności biję pięściami w niewidzialną tarczę, a Kendrick zatapia sztylet w gardle ostatniej toczącej pianę bestii. Stworzenie z przeszywającym wyciem zwala się na posadzkę, Kendrick zaś opada na czworaka.

Przez chwilę dyszy, z trudem łapiąc oddech, a gdy ostatecznie zwala się na podłogę, znika otaczająca mnie tarcza.

Przypadam do niego. Krew sika mu z ran na kamienną posadzkę, mieszając się z krwią psów. W migotliwym świetle lamp widzę, że jego skóra przybiera trupioblady odcień.

Kendrick chwyta mnie za rękę, ale uścisk ma słaby.

— Jasalyn… — jęczy. Jego zamknięte powieki drżą.

Wszystko we mnie krzyczy, że powinnam go ratować, ale czy mogę mu ufać?

Próbuje mnie objąć, ale ruch sprawia, że natychmiast zwija się z bólu.

— Przepraszam. Przepraszam, że nie zdołałem obronić cię przed Mordeuszem. Przepraszam, że nie…

— Nie. — Kręcę głową, jakbym mogła czystym uporem utrzymać go przy życiu. — To nie pora na pożegnania.

— Czemu mnie zostawiłaś? — Pytanie jest tak ciche, słowa tak niewyraźne, że łzy cisną mi się do oczu.

— Jesteś fae — szepczę, ogarnięta poczuciem bezradności. — Twoje ciało powinno się samo uzdrowić…

Urywam kawałek podszewki kurtki i przyciskam mu do boku, tam gdzie rany są najgłębsze.

— Jad bargesta… Utrudnia gojenie.

— Wyjdziesz z tego. Zabiorę cię do pałacu. — Zrywam nitkę goblinowej bransoletki i głośno przełykam ślinę, powstrzymując kolejną falę łez. — Uzdrowiciele mojej siostry zdołają…

Kendrick nieznacznie uchyla powieki i z wysiłkiem kręci głową. Serce mi pęka, bo rozumiem, co chce mi powiedzieć.

Mój goblin nie przybędzie. Rany Kendricka są zbyt poważne. Za bardzo krwawią. A gobliny nie mogą pomagać konającym.

Oczy znowu mu się zamykają.

— Nie odchodź — proszę błagalnym tonem. — Kendricku, otwórz oczy. Nie odchodź.

Ale jego powieki pozostają zamknięte. Jego oddech jest płytki. Zbyt płytki.

— Ratunku! — krzyczę, spoglądając w górę klatki schodowej! — Potrzebuję pomocy! Szybko!

Wokół nas walają się zakrwawione zwłoki brytanów trzymanych w tej piwnicy. Brytanów, które gdyby nie Kendrick, rozerwałyby mnie na strzępy. Co on tu robił? Naprawdę przyszedł mnie szukać czy współpracuje z załogą twierdzy? Czy pomaga Mordeuszowi?

Biorę głęboki wdech i tym razem wrzeszczę najgłośniej, jak potrafię:

— Pomocy! Szybko!

Czuję, jak krew Kendricka przecieka mi przez palce, a jego oddech spowalnia.

I gdy już myślę, że będę musiała go zostawić, żeby poszukać pomocy, na schodach rozlega się odgłos kroków.

— Pani? — Z góry zerka na mnie jakiś mężczyzny i robi wielkie oczy na widok krwawego pobojowiska. — Jesteś ranna? Pozwól, pomogę ci.

— Mój przyjaciel jest ranny — mówię, upewniwszy się, że uwaga mężczyzny jest skierowana na mnie i że widzi we mnie Czarowną Damę. — Potrzebuję uzdrowiciela. Migiem.

Strażnik mechanicznie kiwa głową i rusza na górę, a ja przypominam sobie o pierścieniu. Pod wpływem jego magii mężczyzna pospieszył spełnić moją prośbę, ale ta sama magia sprawi, że zapomni o mnie, gdy tylko zniknę mu z oczu. O mnie i o tym, że miał sprowadzić uzdrowiciela.

— Zaczekaj! — Serce wali mi jak opętane, a szum w uszach utrudnia myślenie. Tyle tu krwi… — Proszę, nie zostawiaj mnie. Ja…

— Oczywiście, pani. — Mężczyzna zawraca i rzuca mi przeciągłe, tęskne spojrzenie. — Zostanę, jak długo będziesz chciała.

Mogłabym go poprosić, żeby uciskał ranę, a sama iść po pomoc, ale skąd mam wiedzieć, czy gdy zniknę mu z oczu, nadal będzie doglądać Kendricka? Podejrzewam, że raczej go zostawi. Albo gorzej — uzna go za intruza i zabije.

Jesteś intruzem, Kendricku? Czy może trzymasz sztamę z poplecznikami Mordeusza?

Odpędzam te pytania. Teraz nie mogę nad nimi dywagować.

— Chcę, żebyś zawołał o pomoc — zwracam się do strażnika gapiącego się na mnie cielęcym spojrzeniem. — Krzycz tak, żeby ktoś cię usłyszał i sprowadził uzdrowiciela.

Jeśli to on poprosi po pomoc, jego towarzysze nie zapomną, co mają zrobić.

— Nie wiem, czy ktoś mnie stąd usłyszy. Chyba muszę wejść na górę…

— Nie. — Z drżeniem łapię oddech. Serce podchodzi mi do gardła. Spokojnie. Tylko spokojnie. — Możesz wejść trochę wyżej, ale tylko tyle, żeby cały czas mnie widzieć.

— Naprawdę się boisz — mruczy.

— Pilnie potrzebuję uzdrowiciela. Proszę, sprowadź kogoś, ale nie znikaj mi z oczu.

ROZDZIAŁ CZWARTY

JASALYN

Będzie żył. Wyjdzie z tego.

Drżącymi rękami, powoli, ale starannie, zszywam Kendrickowi ranę na boku, jednym okiem śledząc igłę, a drugim obserwując, jak jego klatka piersiowa miarowo unosi się i opada.

Uzdrowicielka z Twierdzy Feegusa dziwiła się, że wzywa się ją nie do lochów, tylko do rzadko uczęszczanego zakątka podziemi, gdzie trzymane są mordercze brytany. Najważniejsze, że w końcu się zjawiła, bo jeszcze trochę, a byłoby za późno.

Podobnie jak inni, z radością spełniła moją prośbę i podała Kendrickowi antidotum na jad bargesta oraz eliksir leczniczy. Gdy chłopak zaczął swobodniej oddychać, a jego twarz odzyskała kolor, znowu zerwałam nitkę z goblinowej bransoletki. Tym razem Gommid przybył na miejsce, chętnie przyjął pukiel włosów strażnika i przeniósł nas do infirmerii w Ironmoore.

Pierwotnie chciałam zabrać Kendricka do Pałacu Północy, ale uznałam, że to zbyt niebezpieczne — i dla niego, i dla mnie, i dla mojej siostry.

Pomyślałam, że jeśli sprowadzę go tutaj, do Ironmoore, to przynajmniej będzie wśród swoich, a ja zostawię go w dobrych rękach. Jednak widząc nieprzytomne spojrzenie wioskowej uzdrowicielki, zrozumiałam, że muszę zostać. Przestraszyłam się, że gdy tylko zniknę, kobieta zapomni, o co ją prosiłam, i nie będzie należycie doglądała rannego.

Rozkazałam wystawić wartę pod drzwiami i zabroniłam wpuszczania kogokolwiek. Gdy uzdrowicielka oczyściła rany i ulżyła Kendrickowi w bólu, odesłałam ją i wzięłam się za żmudne zakładanie szwów. Spędziłam w życiu tysiące godzin z igłą w ręku, zszywając najróżniejsze tkaniny, ale nic nie mogło mnie przygotować na szycie rozległych ran. Na pracę z poszarpaną, zakrwawioną tkanką. Na to uczucie, gdy igła raz po raz wkłuwa się w ciało.

— Jas?

Wzdrygam się i na chwilę zamieram z igłą w ręku. Kendrick walczy z sennością, za wszelką cenę próbując skupić na mnie wzrok swoich lodowatoniebieskich oczu.

— Ciii… — szepczę. — Wszystko dobrze. Leż spokojnie.

— Nie jesteś prawdziwa. Wszędzie cię szukamy i nie możemy znaleźć. — Oczy mu się zamykają. Lecznicza mikstura powoli z powrotem wciąga go w sen. — Masz pojęcie, ile poświęciłem, żeby cię znaleźć?

Serce ściska mi się boleśnie. Zdradziłeś mnie.

Ale jednocześnie był przy mnie, gdy go potrzebowałam. Ryzykował życiem, by mnie uratować. A teraz ja dokładam starań, żeby przetrwał tę noc, choć nie mam pojęcia, czy mając okazję, nie wydałby mnie Mordeuszowi.

Odkładam igłę z nitką i staram się uspokoić drżenie rąk.

— Nie wiem, gdzie ona jest. — Szept Kendricka jest tak cichy, że nie jestem pewna, czy dobrze słyszę. Chłopak stara się nie zasnąć, ale senność zdaje się brać górę. — Pomóż mi ją znaleźć. Pomóż mi ją uratować. Muszę ją znaleźć, zanim Mordeusz odzyska tron i stracimy ją na zawsze.

Jego słowa są jak nóż wwiercający mi się w pierś. Nie mieści mi się w głowie, że może je wypowiadać mężczyzna, który mnie okłamywał. Nie wolno mi zapominać, że był w zmowie z Mordeuszem. Ani wyrzucić z pamięci wspomnienia Mordeusza o tym, jak zawarł pakt z Shae’em.

We właściwym czasie przyprowadzimy ją do ciebie.

Dzisiejszej nocy wielokrotnie wspominałam kłamstwa Kendricka i obietnicę, jaką jego druh Shae złożył Mordeuszowi… Przypominałam sobie, dlaczego trzy lata temu Kendrick trafił do celi naprzeciwko mojej i kim tak naprawdę jest.

Nie chce mi się wierzyć, że wciąż pracuje dla Mordeusza i że maczał palce w układzie między nim a Shae’em. Gdyby jego kłamstwa nie wyszły na jaw, nawet nie przyszłoby mi to do głowy. Ale teraz sama nie wiem, co myśleć.

Kendrick nagle otwiera oczy, wydaje stłumiony krzyk i gwałtownie podciąga się na leżance.

— Jas… To naprawdę ty?

Kładę mu rękę na piersi, nakazując gestem, żeby się położył, zanim jego tylko częściowo zszyta rana na nowo się otworzy.

— Nie ruszaj się.

Kendrick wraca do wcześniejszej pozycji, ale obserwuje mnie spod drżących powiek. Odwracam się w stronę blatu i odmierzam jeszcze jeden kieliszek mikstury przeciwbólowej. Uzdrowicielka powiedziała, że aby wydobrzeć, Kendrick potrzebuje snu. Ja też potrzebuję jego snu, żeby poukładać sobie wszystko w głowie.

— Wypij to — mówię, unosząc mu głowę i przystawiając kieliszek do ust.

Robi, co mu każę i po chwili jego ciało wiotczeje.

— Tęsknię za tobą — mruczy. — Nie znałem tego uczucia. Nie spodziewałem się, że bogowie ześlą mi kogoś takiego jak ty. Ani że okażą się tak okrutni, by mi cię odebrać.

Oczy pieką mnie od łez. Też za nim tęsknię, ale jakie to ma znaczenie, skoro nie mogę mu zaufać? Nie spuszczam wzroku z jego twarzy, czekając, aż na dobre zapadnie w sen. Dopiero wtedy uspokajam oddech i wracam do przerwanej pracy.