Nasze wczoraj - Anna Szafrańska - ebook

149 osób właśnie czyta

Opis

Daniel nie spodziewał się, że pojawienie się w jego życiu Łucji, zmieni wszystko.
Była dla niego zakazana. Wszyscy to wiedzieli. On, ona i każdy, kto miałby cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie. Jednak jego serce nie chciało słuchać rozumu. Nie chciało słuchać nikogo, nawet jego samego.

Łucja wiedziała, że to był zły pomysł. Uczucie, którym darzyła Daniela, było zakazane. Ale jak można zapomnieć o kimś, kogo się kocha? Jak można przestać myśleć o kimś, kto jest tak blisko i daleko jednocześnie? Był dla niej zakazany. Wszyscy to wiedzieli. Ona, on i każdy, kto miałby cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie. Jednak jej serce nie chciało słuchać rozumu. Nie chciało słuchać nikogo, nawet jej samej.

Stąpają po cienkiej linii. 
To niemożliwe, żeby utrzymali równowagę. 
Ktoś musiał spaść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Anna Szafrańska Wydawnictwo NieZwykłe Oświęcim 2019 Wszelkie Prawa Zastrzeżone All rights reserved
Redakcja: Beata Kostrzewska
Korekta: Anna StrączyńskaMagdalena Zięba-Stępnik
Redakcja techniczna: Mateusz Bartel
Przygotowanie okładki: Paulina Klimek
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-8178-166-4
www.wydawnictwoniezwykle.pl
KonwersjaeLitera s.c.

Dla Agnieszki L.- Ł.

Bo we mnie wierzysz. Trzymasz za rękę i nie pozwalasz upaść.

Zawsze będę Ci wdzięczna.

Na zawsze.

Głaskała wydatny brzuch, starając się tym samym zyskać na czasie. Czuła, jak jej synek wierzga radośnie nóżkami, wspomagając się od czasu do czasu łokciami, co powodowało kłucie w boku. Jednak to nie wzmożona aktywność dziecka była powodem jej płaczu. Jej bólu. Większy czuła w sercu. Jakby kruszyło się na miliardy małych, ostrych odłamków, które rozprysły się po ciele, powodując liczne obrażenia. Nie potrafiła przestać płakać. Wiedziała, że to jedyna słuszna decyzja. Najlepsza z możliwych. Tylko dlaczego rozum nie chciał współpracować z sercem? Dlaczego cały czas myślała o tym jak o największym błędzie?

Wiotka ręka przykryła jej dłoń, unieruchamiając ją na wzgórku brzucha. Na serdecznym palcu połyskiwała złota obrączka. Zagapiła się, widząc jawną różnicę między ich rękami. Jej paznokcie były obgryzione, pozbawione blasku, a skóra szorstka. Dłonie tej drugiej przypominały w dotyku jedwab. Były zadbane, a paznokcie w kształcie migdałów równo przycięte, pomalowane delikatnym różowym lakierem.

Jedynym łączącym elementem były bransoletki. Opleciony wokół nadgarstka zwykły kawałek czerwonego sznurka z odwróconą ósemką pośrodku. Symbol nieskończoności. Taka też miała być przyjaźń. Nieskończona. Wieczna. Obiecały sobie, że już na zawsze będą siostrami, a tymczasem...

Maluch, jakby wyczuwając, że nic mu nie grozi, natychmiast się uspokoił. I to ją niemal dobiło. Zupełnie jakby i on dokonał już wyboru.

– To najlepsze rozwiązanie – usłyszała spokojny, opanowany ton przyjaciółki. – Natalia...

– Wiem. Rozumiem to – warknęła agresywnie, mocno zaciskając powieki. Starała się stłumić nerwy, ale nie potrafiła. – Doskonale to rozumiem.

Dlaczego rozstanie z istotką, której nawet nie widziała na oczy, było dla niej tak trudne? Coś, co na początku było strachem połączonym z nienawiścią do samej siebie, przybrało teraz postać bezwarunkowej miłości? Dlaczego tak się cieszyła, gdy poczuła pierwsze ruchy swojego dziecka? Dlaczego pozwoliła, by podświadomość podsuwała jej wizje dekorowania pokoiku albo tego, jak to będzie, gdy maluch zacznie raczkować czy stawiać pierwsze kroki. Przecież nigdy ich nie ujrzy... Nie powinna...

Odgarnęła ciemną kurtynę włosów za ramię i otarła ostatnie łzawe ścieżki z lodowatego policzka.

Obok siebie wyczuła ruch, a kątem oka dostrzegła, że za przyjaciółką stanął mąż, postawny brunet o stalowoszarych oczach. Pełnym wsparcia gestem położył dłonie na ramionach żony. Na ten widok ciemnowłosa poczuła, jak żółć podchodzi jej do gardła.

Czym prędzej odwróciła wzrok, mocno zaciskając szczęki, żeby nie zwymiotować.

– Zaopiekujemy się nim. Możesz nam wierzyć, że nie stanie mu się krzywda. Zadbamy o niego.

Na jej wargi wkradł się cyniczny uśmiech.

– Wiem.

Oni mieli możliwości, o których Natalia mogła tylko marzyć.

Życie naprawdę było niesprawiedliwe.

Jej życie było do dupy.

Oblizała usta, ciężko wzdychając. Przejechała rozprostowanymi palcami po brzuchu, ale maluch już się nie poruszył.

– Eryk – wyszeptała ledwo słyszalnie.

Przyjaciele zamarli, wstrzymując oddech. Zerknęła na nich, starając się ukryć mieszaninę boleści i nienawiści. Bo nienawidziła się za to, co właśnie miała zrobić.

– Proszę, nazwijcie go Eryk. To moja jedyna prośba.

Spojrzeli na siebie zszokowani. Nie taka była umowa. W ogóle nie mówili o imieniu dziecka, tylko o jego przyszłości, o tym, że się nim zaopiekują i pokochają jak własnego syna. Imię nigdy nie padło... Mąż przyjaciółki zmarszczył brwi i wyraźnie chcąc zaoponować, zaczerpnął powietrza, lecz zaniechał tego natychmiast, gdy jego żona położyła mu dłoń na ręce, lekko ściskając palce.

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się ze łzami w oczach. – Będzie miał na imię Eryk.

Ciemnowłosa przytakiwała bez większego sensu. Odwróciła głowę, zagryzając usta do krwi.

Nie chciała widzieć ich radości.

Płakała z rozpaczy. Oni ze szczęścia.

Będzie ci z nimi dobrze – pomyślała, obejmując rękami brzuch, a dziecko, jakby w odpowiedzi, ugodziło ją łokciem w miejscu, gdzie zatrzymała się jej dłoń. Uśmiechnęła się smutno. – Nie pocieszaj mnie, Eryku. I wybacz mi. Nigdy cię nie zapomnę. Na zawsze będziesz moim kochanym synkiem. Na zawsze...

Prolog

Pamiętam dzień, w którym moja mama powiedziała, że w jej brzuchu śpi moja przyszła siostrzyczka. Wtedy nie wiedziałem, jak ugryźć to stwierdzenie. Dziecko w brzuchu? Co ona, zjadła to dziecko? Ale jako trzylatek nie miałem większego pojęcia o niczym, co się wokół mnie działo. Ważne, że raz w roku przychodził Mikołaj, że tata co sobotę zabierał mnie na boisko pokopać piłkę, a mama zrobiła na obiad pomidorową. Bez marchewek. Wieczór, kiedy położyła moje ręce na swoim brzuchu, był dziwny. Powiedziała, że niedługo wyjdzie z niego moja młodsza siostrzyczka, a ja będę starszym bratem, który będzie musiał się nią opiekować, bronić jej i dbać, żeby nic złego jej się nie stało.

Wtedy nie wiedziałem, jak bardzo ta wiadomość zmieni moje życie. I jak bardzo je spieprzy...

Powiedziała mi, że mogę jej pomóc wybrać imię dla siostrzyczki. Sama chodziła z nosem w notesie, zapisując zasłyszane imiona albo takie, które znalazła w jakiejś książce. Też chciałem wziąć w tym udział, ale gdy proponowałem jej imiona superbohaterów z kreskówek, tylko się śmiała perliście, mówiąc, że to nie pasuje do dziewczynki. Nie wiedziałem, co znaczy dziewczyńskie imię. W przedszkolu rzadko kiedy zadawałem się z dziewczynami, bo były nieznośne, szczególnie gdy bawiły się w dom i rządziły całą salą. Byłem cholernie zawiedziony, że nie potrafiłem pomóc mamie. Może faktycznie do mojej siostrzyczki nie pasowało imię jakiegoś robota albo gadającego psa. I wtedy przypomniałem sobie o książkach. Naszym cowieczornym rytuałem było czytanie bajek, kiedy leżałem już w łóżku. Jakiś czas temu zaczęliśmy czytać Opowieści z Narnii, a tam jedną z głównych bohaterek była Łucja. Prawdomówna. Dobra. Łaskawa. Odważna. Zawsze radosna. Chciałem, żeby moja siostrzyczka też taka była.

Mama z wrażenia przysiadła na łóżku, nie wchodząc pod kołdrę, co zazwyczaj robiła, tuląc mnie mocno do siebie podczas lektury.

– To bardzo piękne imię – powiedziała zdumiona, a jej wzrok pomknął w stronę okładki. – Królowa Łucja Mężna? – zachichotała pod nosem, a ja jej zawtórowałem.

Nie wiedziałem, czy spodobała jej się moja propozycja, bo otworzyła książkę i zaczęła czytać, odrzucając na bok czerwoną zakładkę.

Niemniej pół roku później na świat przyszła Łucja Słowikowska.

Coś wam powiem. W prawdziwej miłości nie ma nic romantycznego. Ona rani. Ona sprawia ból. Niszczy...

Kochając, wyrzekłem się dawnego siebie. Teraz w niczym nie przypominam tamtego chłopaka z dawnych lat. Nie mam rodziców. Nie mam siostry... Jestem sam. Wszystko przez to, że się zakochałem. W Łucji.

Mojej siostrze.

Mojej wielkiej miłości.

Miłości zakazanej.

Rozdział 1

Baby you’re all that I crave

Tell me how many days do I have to chase you?

Do I have to chase?

Before I taste you

Before I can say

I can escape you

I cannot escape

Baby you’re way too good to be true.

The Vamps & Danny Avila feat. Machine Gun Kelly,Too Good To Be True

Łucja

– Daniel, ani mi się waż iść beze mnie! – zawołałam ostro wkurzona, pospiesznie wrzucając zeszyty i książki do torby.

Robił to specjalnie, byłam tego pewna! Jeszcze niedawno spał do ostatniej chwili, a teraz pierwszy wyrywał do szkoły, nie czekając na mnie.

Odgarnęłam długie blond włosy za ramię i narzuciłam na siebie kurtkę, bo wrześniowy poranek był wyjątkowo chłodny. Zerknęłam na budzik na szafce nocnej, który tkwił w brzuchu tak brzydkiego i szkaradnego kota, że w ostatecznym rozrachunku nie szło go nie pokochać. Był to prezent na moje dziesiąte urodziny od brata, który w ten sposób chciał mi zrekompensować to, że rodzice nie zgadzali się na obecność jakiegokolwiek zwierzaka w naszym domu.

– Wychodzę! – usłyszałam gburowaty, nieco piskliwy głos, gdy próbował przekrzyczeć relaksacyjną muzykę, którą mama puszczała w salonie podczas swoich porannych sesji jogi.

Porwałam z łóżka plecak, zarzucając go na ramię, kiedy zbiegałam ze schodów. Przy drzwiach zmieniłam buty i rzuciłam mamie poranno-pożegnalne „cześć!”. Wybiegłam z domu, w rekordowym czasie pokonując drogę do przystanku autobusowego, który od domu dzieliło kilkanaście metrów. Sapnęłam, tupiąc zawzięcie nogą, nigdzie nie widząc Daniela.

– Masz śniadanie? – dosłyszałam głos zza pleców.

Obróciłam się na pięcie wkurzona, ściągając brwi. Znowu to zrobił.

Daniel stał oparty o przydrożne drzewo, z rękami założonymi na piersi. W ostatnim czasie sporo urósł ku rozpaczy mamy, która nie nadążała z kupowaniem mu nowych ciuchów i butów. Nie mówiąc już o stroju sportowym. Jakby w odpowiedzi na moje myśli Daniel podrzucił torbę treningową na ramieniu, a z bocznej kieszeni wyciągnął plastikowy pojemnik.

– Trzymasz moje śniadanie między swoimi spoconymi skarpetkami? – Skrzywiłam się z odrazą.

Uniósł wysoko czarną brew, tak że niemal zniknęła pod czupryną ciemnych włosów. Jego zielone, kocie oczy błysnęły psotnie.

– Spoko. Jak dla mnie możesz dzisiaj nie jeść. Więcej dla mnie. – Wzruszył ramionami, otwierając pojemnik z moim śniadaniem.

Szybko skoczyłam, wyszarpując mu je z ręki. Wiedziałam, że chłopcy w okresie dojrzewania szybciej rosną, więcej jedzą i przeżywają coś zwanego mutacją, ale Daniel burzył wszelkie możliwe statystyki. Rósł w oczach, a jedzenia pochłaniał tyle, że praktycznie na każdej przerwie w szkole widziałam go z kanapką.

– No i tak powinnaś zrobić od razu – parsknął, zapinając torbę.

Odgarnął przydługą grzywkę, która opadała na jego zbyt prosty nos.

– Mam być ci wdzięczna? Przez ciebie moje jedzenie zostało skażone! – fuknęłam, wciskając pojemnik do torby, nie zauważając, że Daniel podszedł bliżej. Dopiero gdy zaczął czochrać mi włosy, odskoczyłam od niego jak oparzona, zawodząc niczym upiór.

– Nadal myślę za ciebie, Łuska – zarechotał, starając się, by jego głos zabrzmiał nisko.

– Spadaj, piszczałko. – Wytknęłam mu język.

Daniel spochmurniał. Nie lubił, gdy nabijałam się z jego świdrującego głosu. I wiedziałam, jak to się zaraz skończy. Ruszył w moim kierunku, mrużąc groźnie oczy.

– Daniel, nie... Sorry, poważnie! – Wyciągnęłam przed siebie ręce, pochylając się i przyjmując w ten sposób pozycję obronną.

Ale nic to nie dało. Daniel był zwinny jak wąż. Przez cholerne treningi piłkarskie, gdzie grał jako napastnik, nie było możliwości, żebym mu się wywinęła. Zmylił mnie, odbijając w prawo, a wtedy ja się odwróciłam, zupełnie się przy tym odsłaniając. Korzystając z okazji, wystrzelił w lewo, łapiąc mnie pod kolana i jednym płynnym ruchem zarzucając sobie na ramię.

Piszczałam, waląc go po plecach, ale równie dobrze mogłam uderzać w drzewo, o które wcześniej się opierał. Na nic grożenie, że powiem mamie albo że następnym razem nie upiekę dla niego jabłecznika, kiedy będzie mnie o niego błagał. Wierzgnęłam mocno, wyswobadzając jedną z nóg, którą w coś kopnęłam. Dopiero zduszony jęk sprawił, że wciągnęłam ze zgrozą powietrze. Daniel ostrożnie pochylił się, pozwalając, bym ześlizgnęła się po jego barku. Trzymając się za prawe kolano, mocno zacisnął szczękę.

– Ja... przepraszam! Nie chciałam, naprawdę...

Uniósł jedną rękę, drugą wciąż rozmasowując obolałe miejsce.

– Spoko – przerwał, zaciskając zęby, by zamaskować grymas bólu. – Moja wina.

Zaproponowałam, że wezmę jego torbę treningową, a nawet plecak, jednak on tylko na mnie spojrzał i z krzywym uśmiechem pokręcił głową. Może wyglądałam niepozornie, ale naprawdę byłam silna. Przykucnęłam przy nim, przygryzając wargi.

– Bardzo boli?

Rzucił mi szybkie spojrzenie. Cień bólu przeciął jego twarz, gdy mocniej zacisnął szczęki, a jego policzki pokrył szkarłat.

– Wytrzymam.

– To może nie idź dzisiaj na trening? – podsunęłam, jakby ten genialny pomysł miał wymazać moje winy. – Jeśli bardzo cię boli...

– Mówiłem, że dam radę – warknął nagle. Widząc, jak się nerwowo wzdrygam, rzucił mi speszony półuśmiech. – Dzięki, ale nie martw się, Łuska. Jest dobrze.

Przytaknęłam smutno, nie zawracając sobie głowy tym, że przezwał mnie najmniej lubianą ksywką, którą gnębił mnie od początku podstawówki.

Treningi Daniela były wyjątkowo intensywne, a i tak brał na siebie więcej, niż powinien. Na przykład codziennie rano przed szkołą biegał pół godziny, wieczorem godzinę, a trzy razy w tygodniu chodził na siłownię z kolegami z drużyny. Ledwo rozpoczął się rok szkolny, a już w planach mieli mecz w następny weekend. Jeśli z mojej winy będzie miał opuchnięte kolano...

Nerwowym gestem oblizałam usta. Już chciałam coś powiedzieć, ale poczułam mocne szturchnięcie w plecy, od którego runęłam do przodu. Gdyby nie szybka reakcja Daniela, pewnie ległabym jak długa w błocie. Silne ramiona zacisnęły się wokół mnie, a twarzą uderzyłam w jego klatkę piersiową. Rozmasowując nos, poczułam bijącą od Daniela woń perfum, antyperspirantu oraz ciepło. Czyżby przesadził z podnoszeniem mnie? Jego serce biło tak nierówno... Chciałam mu podziękować, ale w tej samej chwili odciągnął mnie od siebie na długość ramienia. Zmieszany podrapał się po szyi.

– Jak zwykle grzeszysz delikatnością, Pola – rzucił zgryźliwie do mojej przyjaciółki.

Stojąca za mną Pola wyszczerzyła się, mrugając intensywnie. Coś jej wpadło do oka czy jak?

– Więc dobrze, że stałeś obok, prawda? – zachichotała, wychylając się do przodu.

Daniel przytaknął z lekko zakłopotanym uśmiechem i, poklepując mnie po ramieniu, odszedł na drugi koniec przystanku. W tę stronę już biegli Horacy i Olaf, kumple z jego drużyny, którzy mieszkali w tej samej okolicy co my. Przywitali się, głośno przybijając sobie piątki, a do mnie pomachali, szczerząc się głupkowato.

Wywróciłam oczami, odwracając się do Poli, która oblizywała usta, odgarniając krótko obcięte włosy. Maślany wzrok utkwiła w plecach Daniela, a z jej gardła wydobył się przeciągły skowyt.

– Ten twój brat to niezłe ciacho! – pisnęła, uwieszając się na moim ramieniu.

Znudzona westchnęłam głęboko. Tak, mój brat był przystojny, a nawet seksowny, jeśli wierzyć słowom moich koleżanek i innych dziewczyn ze szkoły. Pola nie była wyjątkiem. I ją Daniel oczarował, chociaż nie musiał wkładać w to wiele wysiłku. Widocznie ignorowanie piszczących dziewczyn sprawiało, że te nakręcały się jeszcze bardziej. Nic z tego nie rozumiałam. Może dlatego, że miałam dopiero trzynaście lat i sprawy damsko-męskie były dla mnie nieznaną galaktyką. Moje koleżanki już dawno miały swoje sympatie, zakochiwały się i odkochiwały, a nawet zdążyły już mieć pierwszych chłopaków. A ja? Wielu chłopców nie chciało mieć na pieńku z Danielem, więc po prostu mnie ignorowali. Ostatecznie po wymianie z którymś zaledwie kilku zdań niepostrzeżenie podkradał się Daniel, który mrużąc oczy w ten swój groźny sposób, sprawiał, że wszyscy zainteresowani koledzy uciekali, gdzie pieprz rośnie. Więc tak, nie mam zielonego pojęcia, jak to jest w kimś się zakochać i poczuć motylki w brzuchu. Zostały mi tylko nauka i malarstwo. I chyba z tego cieszyli się tylko rodzice.

Pola trąciła mnie łokciem, kiedy na przystanek podjechał autobus. Wspięłyśmy się po wąskich schodkach i odbiłyśmy kartę miejską, po czym zajęłyśmy nasze stałe miejsce na przodzie autobusu. Daniel z resztą chłopaków usiedli na samym końcu, gdzie wszyscy mogli się pomieścić razem ze swoimi ogromnymi torbami treningowymi.

– Przez wakacje znalazł sobie dziewczynę? – spytała rzeczowo Pola.

– Nie, no coś ty. Dla niego liczy się tylko piłka. I jedzenie. Dużo jedzenia.

– Lubi jeść? To może oddam mu swoje śniadanie? – zaproponowała niezdrowo podniecona, okręcając się, by zerknąć w stronę chłopców. – Myślisz, że wtedy ze mną pogada?

Skonsternowana rzuciłam Poli powątpiewające spojrzenie. Właśnie poważnie zastanawiałam się nad tym, co ta dziewczyna miała w głowie. Dobra, wiedziałam, że od pewnego czasu Daniel był głównym tematem naszych rozmów, ale tego było zdecydowanie za wiele. Jej fascynacja przerosła moje oczekiwania.

– Pola, co ty odwalasz?

– No co? – Wzruszyła ramionami, poprawiając się na siedzeniu. – Podoba mi się. I chciałabym, żeby w końcu przestał widzieć we mnie dzieciaka, a ujrzał młodą, pełną życia kobietę.

– Jak dla mnie to jeszcze jesteśmy dzieciakami – zauważyłam trzeźwo, odpinając plecak, by wyciągnąć z niego podręcznik do biologii. – Pola, masz trzynaście lat i nawet stanika nie nosisz! A z tego, co wiem, Daniel jest w wieku, w którym dla chłopaków liczą się tylko piersi.

Chyba moje słowa przywołały ją do porządku. I w sumie mnie też. Obie spojrzałyśmy po sobie. No tak, jeszcze nie za bardzo miałyśmy czym się popisać. Byłyśmy chyba ostatnimi dziewczynami w klasie, które na razie nie mogły pochwalić się żadnym zarysem biustu. Ku radości mojego taty, dla którego byłam małą córeczką. Wedle niego nigdy nie powinnam stać się kobietą. Z kolei ja marzyłam o jakimkolwiek rozmiarze. Wzięłabym nawet miseczkę B, bylebym mogła nosić stanik inny od sportowego.

Pokręciłam głową, żeby odegnać głupie myśli, i otworzyłam podręcznik od biologii, bo miałyśmy zapowiedzianą kartkówkę.

– Chyba masz rację. – Pola stęknęła ciężko, wykrzywiając twarz w grymasie. – Ale on jest taaaki seksowny.

– Jestem jego siostrą. Wierz mi, siostry nie rozumieją takich rzeczy. – Machnęłam ręką, podstawiając jej książkę pod nos. – Uczyłaś się? Dzisiaj mamy...

– Po co ja w ogóle z tobą gadam! – fuknęła zła, odpychając od siebie podręcznik.

Zła Pola to zgryźliwa Pola. Opadła niżej na siedzeniu i, splatając ręce na ramionach, naburmuszyła się, wydymając usta jak małe dziecko. To tyle, jeśli chodzi o naszą rodzącą się kobiecość.

Objęłam ją ramieniem, całując szybko w policzek, przez co skrzywiła się jeszcze bardziej.

– Bo jestem twoją BFF – zaintonowałam śpiewnym głosem, szczerząc się bezczelnie.

Rzuciła mi przeciągłe spojrzenie i niepocieszona pokiwała głową.

– Racja. Jesteśmy best friends forever – dodała markotnym tonem i uśmiechnęła się jakby od niechcenia. – To co z tą biolą?

Daniel

Z końca autobusu miałem idealny widok na moją siostrę i jej przyjaciółkę. Ich dziecinne przekomarzania wkurzyły Polę, która się obraziła, osuwając zaraz na siedzenie. I jak zwykle to Łucja musiała załagodzić sytuację, przymilając się do niej. Teraz obie pochylały się nad podręcznikiem, a moja siostra tłumaczyła swojej przyjaciółce jakieś zagadnienie.

Nie żebym był ślepy. Wiedziałem, że podobam się Poli i kilkunastu innym dziewczynom ze szkoły, ale nic sobie z tego nie robiłem. I nie rozumiałem dlaczego. Moi kumple już dawno przestali być prawiczkami, ci ostatni w ubiegłe wakacje. Zostałem tylko ja. Niespecjalnie interesowały mnie dziewczyny i nawet byłem bliski założenia, że jestem gejem, ale to nie było to. Nie żebym to sprawdzał. Po prostu nic nie czułem, patrząc na chłopaków z drużyny ani gadając z koleżankami z klasy. Parę razy na szkolnych dyskotekach udało mi się porozmawiać z którąś sam na sam i pocałowaliśmy się na próbę, jednak nic nie poczułem. Może nie powinno się czuć niczego specjalnego? Ponoć uderzenia gorąca, jakieś dreszcze i inne mniej lub bardziej fizyczne aspekty były wskazane. Może to ze mną było coś nie tak?

Moją uwagę przykuł wybuch Poli, która śmiejąc się perliście, w jednej chwili skupiła na sobie uwagę całego autobusu. Zerknąłem szybko na Łucję starającą się schować za kurtyną długich, prostych blond włosów. Na jej policzkach zauważyłem delikatny rumieniec, a końcówka ołówka zniknęła pomiędzy jej czerwonymi nieumalowanymi wargami...

I wtedy to poczułem. Dreszcz przeciął mój kręgosłup i jednocześnie zrobiło mi się cholernie gorąco. Dlaczego? Ściągnąłem z siebie kurtkę. Może za ciepło się ubrałem? Kurtka i bluza pod koniec września nie były przesadą. Olaf nawet miał czapkę i szalik, a przecież nie było aż tak zimno.

– Wracając do tematu... – ciągnął Horacy, rozwalając się na dwóch siedzeniach pod oknem. – Jak tam ma się nasza Lucy?

Zmroziłem go nienawistnym wzrokiem. Mogłem niemal poczuć, jak moje siekacze wysuwają się groźnie zza warg. Nie lubiłem, jak moi kumple poruszali temat siostry. Automatycznie włączał mi się tryb wściekłego psa, który pogryzłby każdego, kto tylko rzuci w jej kierunku chociażby spojrzenie.

– A co ma z nią być? – warknąłem nieprzyjaźnie.

Horacy wywalił oczy na wierzch, podciągając się na siedzeniu.

– To ty nic nie wiesz?

Teraz to ja zdębiałem. Obróciłem się w poszukiwaniu pomocy do Olafa, ale ten patrzył na mnie szczerze rozbawiony.

– Stary, on serio nic nie wie!

– Ranking, koleś, ranking gorących pierwszoklasistek! – zarechotał Horacy, przybijając sobie z Olafem piątki nad moją głową.

– O czym wy pieprzycie?

Horacy najwyraźniej nie posiadał instynktu samozachowawczego, bo ciągnął temat z błyszczącymi z podniecenia oczami. Widocznie tocząca się z mojego pyska piana nie była wyraźnym znakiem, że ma zamknąć jadaczkę.

– Nie no, na jakiej planecie ty żyjesz? Proteinowe batoniki zatkały ci dopływ tlenu do mózgu czy jak?

– Dobra, więc sprawa wygląda tak... – Olaf przejął pałeczkę. Znał mnie na wylot, więc starał się uważniej dobierać słowa. – Po weekendowym sparingu, na którym była prawie cała szkoła, ktoś wymyślił, żeby zrobić ranking najseksowniejszych pierwszoklasistek.

Wydawało mi się, że kierowca autobusu podkręcił temperaturę do maksimum.

– Że co? – rzuciłem wściekle.

– No i twoja siostrzyczka znalazła się w czołówce – dodał markotnie Olaf, krzywiąc się, gdy zauważył mój wkurw.

Tylko Horacy wzruszył ramionami, poprawiając plecak na ramieniu.

– W sumie mnie to nie dziwi. Robi się z niej ślicznotka.

– Pojebało was.

Zerwałem się z siedzenia, przeciskając do wyjścia. Miałem gdzieś moich kumpli, szczególnie Horacego, który albo lubił mnie wkurzać, albo był na tyle głupi, żeby zaczynać przy mnie temat dotyczący fizycznych walorów mojej siostry.

– Czekaj!

Nie czekałem. Prosto z przystanku ruszyłem przed siebie, nawet się nie oglądając na chłopaków, ale nie byłem doszczętnie głuchy. Słyszałem ich rozmowę, którą prowadzili, idąc kilka metrów za mną.

– Cholera, obraził się. Masz syndrom starszego brata czy o co chodzi?! – wykrzyknął w moją stronę Horacy, jednak tego typu zaczepki spływały po mnie jak woda po kaczce.

– Ona ma dopiero trzynaście lat! – warknąłem, odwracając głowę. – To jeszcze dzieciak!

– Taaa, ale sam przyznasz, że robi się z niej niezła sztuka. Pamiętasz, jak w wakacje nocowałem u was po obozie treningowym? Cholera, wygląda zajebiście gorąco w tej swojej słodkiej piżamce! Szorty i koszulka...

Chwilę później przyciskałem gnoja do pobliskiego drzewa. I dobrze, że rosło za jego plecami, bo inaczej zbierałby resztki swojego pustego łba z mokrej kostki brukowej. Furia w kolorze krwistej czerwieni zalała mi oczy. Nie widziałem nic i nie czułem, jak Olaf próbował odciągnąć mnie od przygłupa, którym był ten debil Horacy. Liczyło się tylko to, że podniosłem kolesia za szmaty, a ten zaczął się krztusić, ostro wystraszony. Zacisnąłem szczęki, poddając się szarpiącemu mnie za ramię Olafowi. Puściłem Horacego, który wypieprzył się na tyłek, z trudem łapiąc powietrze. Stałem nad nim z zaciśniętymi pięściami, zastanawiając się, czy to wystarczyło, czy może powinienem mu pomóc zrozumieć zdanie „temat mojej siostry to temat zamknięty” za pomocą pięści.

– Ej, Daniel! Wyluzuj!

Olaf chwycił mnie za łokieć, jakby domyślił się, co planowałem właśnie zrobić. W tym czasie Horacy dźwignął się na nogi, spluwając na bruk. Zacisnąłem palce tak mocno, że czułem, jak paznokciami przebijałem skórę.

– Co ci odjebało?!

– Zamknij, kurwa, mordę – syknąłem, dźgając go groźnie palcem.

– Przecież nie na poważnie! Opanuj się – warknął Horacy, popychając mnie do tyłu.

Prawie się zatoczyłem, jednak nie oddałem mu. Tym razem. Widziałem, jak go przestraszyłem i wkurzyłem tym, że niemal skopałem mu dupę przed szkołą. Nie obchodziło mnie, co inni sobie pomyślą. Byliśmy naładowanymi testosteronem i hormonami nastolatkami i tylko to nas tłumaczyło. Poza tym jako trzecioklasiści mieliśmy pewną pozycję w szkole, więc nie było mowy, żeby któryś z uczniów poleciał po nauczyciela.

Odwróciłem się od kumpli, pochylając się, żeby podnieść z ziemi plecak i torbę treningową, zanim całkowicie nasiąkną wodą.

– Nieważne – rzuciłem twardo. – Mówicie o mojej siostrze.

– Dobra, przegięliśmy, rozumiemy – przytaknął Olaf, starając się załagodzić sytuację. – Uspokój się.

Zerknąłem na mojego kumpla, którego znałem od dzieciaka. Byliśmy ze sobą od przedszkola aż do teraz. W każdej klasie dzieliliśmy ławkę, ale nasza przyjaźń znaczyła coś więcej. Był dla mnie jak brat i wiedział, jak drażliwy temat stanowiło dla mnie mówienie o Łucji w ten sposób. Cholera, to nie on powinien teraz przepraszać.

Chyba zauważył, że gryzło mnie sumienie, a krew znowu zaczęła dopływać do mojego mózgu, bo uśmiechnął się krzywo, poprawiając na nosie okulary.

Pochyliłem głowę, a przydługa grzywka opadła mi na oczy.

– Sorry. Nie wiem, co mi odwaliło – wymamrotałem przytłumionym głosem.

Nie miałem zamiaru przepraszać Horacego. Jemu po prostu się należało. Musiał wiedzieć na przyszłość, że Łucja to świętość. Jest nietykalna, a każdemu, kto myśli inaczej, trzeba po prostu obić mordę, żeby dogłębnie zrozumiał temat. Było mi po prostu głupio, że to Olaf musiał mnie przywołać do porządku. Jak starszy brat.

Horacy przywlekł swoje dupsko i nic nie mogłem poradzić na to, że zmierzyłem gnoja spojrzeniem.

– Spoko, rozumiemy – powiedział Olaf, trącając mnie łokciem w żebra. – Ale na przyszłość opanuj się. Chyba że zamierzasz osobiście wyperswadować oddanie głosu na Łucję każdemu gościowi z naszej szkoły.

Czułem, jak moje usta automatycznie wyginają się w ironicznym uśmiechu.

– A to by było trudne – skomentował Horacy, znowu mi się narażając.

Przekrzywiłem głowę, mrożąc go spojrzeniem.

– Ale nie niemożliwe.

Widziałem, jak przestraszony przełknął ślinę i pośpiesznie odwrócił wzrok. Olaf znowu popisał się swoim szóstym zmysłem, zapobiegawczo stając między nami, jakby chciał rozdzielić dwa wściekłe psy, zanim te skoczą sobie do gardeł.

– Dobra, nie gadajmy już o tym.

Podrzuciłem plecak na ramieniu i ruszyłem w stronę szkoły. Olaf został z Horacym, próbując mnie odrobinę wybielić.

– Może nie mam młodszej siostry, ale wierz mi, nie każdy starszy brat tak się nakręca.

– Musisz się do tego przyzwyczaić, Horacy. Już w podstawówce miał na jej punkcie totalnego kręćka.

– No nie wiem, stary. Jak tak dalej pójdzie, to Łucja skończy jako żelazna dziewica.

I już wiedziałem, że na dzisiejszym treningu będę ćwiczyć w parze z Horacym.

Przeoram nim całe boisko.

Rozdział 2

You can say I’m wrong

You can turn your back against me

But I am here to stay.

Skylar Grey, Everything I Need

Łucja

Usiadłam w ławce na środku sali, wyciągając z torby książkę, zeszyt i piórnik. Zamierzałam jeszcze trochę się pouczyć przed kartkówką. Dobrze, że nasza profesorka od biologii była na tyle normalną nauczycielką, że pozwalała nam przed zajęciami powtórzyć materiał w sali, a nie na podłodze pod klasą na zatłoczonym korytarzu. Otworzyłam książkę i właśnie zamierzałam raz jeszcze przeczytać rozdział, kiedy krzesło przede mną z impetem uderzyło o moją ławkę.

– Słyszałaś? – pisnęła podniecona Pola, ciskając plecak pod nogi.

Nawet na nią nie spojrzałam. Pewnie podjarała się jakąś nową ploteczką, która zainteresuje mnie tyle, co obiadowe menu z zeszłego tygodnia na stołówce.

– Co miałam słyszeć? – mruknęłam, zakładając za ucho ołówek.

– Podobno przed chwilą Daniel bił się z Horacym!

I ta informacja wybitnie mnie zainteresowała. Podniosłam głowę znad podręcznika. Oczy Poli zrobiły się wyłupiaste, tak intensywnie się we mnie wpatrywała.

– Co? – sapnęłam, po czym pokręciłam powątpiewająco głową. – Coś ci się musiało pomylić.

– Nic jej się nie pomyliło – usłyszałam głos Martyny, która usiadła w ławce obok i spokojnie wyciągała swoje rzeczy. – Sama widziałam, jak twój brat trzyma Horacego za szmaty.

Swoboda, z jaką to mówiła, była dziwnie alarmująca.

– Łucja! – Pola odwróciła się do mnie, gdy zerwałam się z miejsca. – Zaraz zacznie się biola!

– Zaraz wrócę!

Puściłam się pędem przez korytarz, przepychając się przez tłum uczniów, którzy markotnie, niemal w letargu, wlekli się na swoje zajęcia. Odtworzyłam w pamięci plan lekcji Daniela i zbiegłam klatką schodową na pierwsze piętro, gdzie miał mieć angielski. Byłam niespokojna. To nie pierwszy raz, kiedy mój brat się z kimś kłócił. Nigdy się nie bił, jednak parę razy widziałam go w akcji. Kiedy ktoś zalazł mu za skórę, Daniel popychał go albo podnosił za ubranie i zawsze zarzekał się, że to ostatni raz, bo brzydzi się przemocą i nie zamierza z nikim bić się na poważnie. A niby co to miało być? Dla mnie coś takiego balansowało na granicy przemocy, a chyba niepotrzebne były mu problemy w trzeciej klasie gimnazjum. Poza tym semestr dopiero się rozpoczął, a przynajmniej raz w tygodniu dochodzą mnie słuchy, że znowu się z kimś posprzeczał. A co, jeśli tym razem doszło do rękoczynów i kogoś pobił?

Zauważyłam klasę Daniela pod salą, ale jego samego nie było w pobliżu. Za to dostrzegłam opierającego się o ścianę jego najlepszego przyjaciela.

– Olaf!

Chłopak podniósł głowę znad książki, rozglądając się ze zmarszczonymi brwiami. Kiedy podeszłam do niego, zamknął podręcznik, uśmiechając się krzywo. Chyba wiedział, po co przyszłam. Słowo daję, znał mnie na wylot, niemal tak dobrze jak Daniel.

– Wiesz może, gdzie jest Daniel? – spytałam, wlepiając w niego oczy.

– Poszedł do kibla. Już wiesz?

– No chyba raczej. Co mu tym razem odbiło?

Wzruszył ramionami, pochylając się, żeby chwycić torbę, do której wcisnął podręcznik.

– To normalne wśród chłopaków. To taki nasz sposób argumentacji.

– Bijatykę nazywasz sposobem argumentacji?

– Ej, nikt nikogo nie obił...

– Martyna was widziała.

Olaf popatrzył na mnie z przekąsem i jednym ruchem poprawił okulary, kręcąc głową i starając się nie roześmiać.

– A Martyna słynie z tego, że mówi to, co widzi? Przecież ona ogarnia szkolną gazetkę i zawsze podkręca fakty. Ile razy tak było?

Cóż, punkt dla niego. Martyna uwielbiała przeinaczać fakty na swoją korzyść, by stały się bardziej dramatyczne niż były w rzeczywistości.

– No... w sumie... – przyznałam cicho, w zamyśleniu przygryzając usta. Zerknęłam na Olafa już nieco mniej wkurzona. – Więc nic się nie stało?

– Nic groźnego. Okej, ściął się z Horacym, ale nikt nikomu nie obił mordy, jeśli ci o to chodzi.

Przytaknęłam, przyjmując takie wyjaśnienie. Odrobinę mnie to uspokoiło. Ale tylko odrobinę. Jakby nie patrzeć, Daniel znowu się z kimś posprzeczał. Rozumiałam, chłopcy i ich hormony, jednak tego było stanowczo za dużo.

Stłumiony dźwięk dzwonka rozniósł się echem po korytarzu, niemal natychmiast powodując zbiorowy jęk u większości uczniów.

– Dobra. Dzięki! – Rzuciłam mu uśmiech, przeciskając się z powrotem przez korytarz. – To... ja wracam na lekcję.

– Jasne. Narka!

Pomachałam Olafowi, który już został zagadany przez koleżankę z klasy. Wróciłam na swoje zajęcia, w ostatniej chwili wpadając do sali. Zarumieniona usiadłam za Polą, która wwiercała we mnie niebieskie oczy, jednak ja pokręciłam głową. Wśród szumu urywanych rozmów wyciągnęłam kartkę i czekałam, aż nauczycielka zacznie dyktować pytania. Bawiłam się długopisem, obracając go w palcach i gapiąc się tępo w blat biurka. Zamierzałam poważnie porozmawiać z bratem. Może i byłam od niego młodsza, ale nigdy nie traktował mnie jak gówniary i zawsze znalazł chwilę, żeby mnie wysłuchać. A ja po prostu się o niego martwiłam.

Zimny dreszcz przeszył mnie na wskroś, powodując, że objęłam się ramionami.

Zawsze uważałam Daniela za rozważnego, opiekuńczego starszego brata, ale... od pewnego czasu go nie poznawałam. Od pewnego czasu mnie... przerażał.

Daniel

Wpadłem do sali przy akompaniamencie zbiorowego chichotu. Nasz nauczyciel, Wacław Teodorczyk, tylko sapnął i wskazał moje miejsce, a sam podszedł do biurka i odznaczył w dzienniku spóźnienie. Było już pięć minut po dzwonku i jak nic będę musiał tłumaczyć się rodzicom ze spóźnienia na pierwszą lekcję. Miałem iść szybko do kibla, ale kiedy z niego wyszedłem, dopadła mnie pewna drugoklasistka, która już od zeszłego roku uganiała się za mną. Nic dziwnego, że gdy tym razem wyrwałem się bez obstawy do łazienki, zaatakowała, ćwierkając o tym, jak jestem dobry na swojej „jak-jej-tam” pozycji i że reszta drużyny może pomarzyć o mojej popularności, a zdolnościami to niedługo przewyższę samego Lewandowskiego. Poważnie, miałem jej dość i jeśli potrafiłem ostro przemówić facetom do rozumu, to z dziewczynami tak nie umiałem. Zawsze uważałem je za delikatne i traktowałem z szacunkiem, zapominając o tym, jakie potrafią być cwane i zaborcze.

Czym prędzej usiadłem w ławce dzielonej z Olafem. Powyciągałem wszystkie potrzebne rzeczy, w tym pracę domową, którą nasz nauczyciel miał zwyczaj zbierać na koniec zajęć, dzięki czemu mieliśmy z Olafem czas, żeby prześledzić nasze wypociny i poprawić ewentualne błędy.

I gdy tylko belfer odwrócił się do tablicy, by zapisać temat zajęć, ja zaryłem nosem o ławkę. Dało się słyszeć zdławione parsknięcie kumpli siedzących za nami.

Zacisnąłem usta, bo nie wiedziałem, za co się chwycić najpierw: za pulsujący nos czy za tył głowy, w którą uderzył mnie Olaf.

– Za co to? – syknąłem do niego.

– Za to, że musiałem kryć ci dupę – dopowiedział półszeptem.

Z jego wnikliwego spojrzenia domyśliłem się, że nie chodziło o Wacka.

Westchnąłem głośno z formującym się „fuck” na ustach. Cholera jasna. Byłem przekonany, że nikt nie dowie się o mojej przepychance z Horacym, a na pewno nie Łucja. Jeśli chodziło o moją siostrę, ostatnie, czego bym się po niej spodziewał, to to, że poleci ze skargą do rodziców. Nie ona. Łucja nie była typem donosicielki, nawet jeśli groziła, że wszystko wypapla mamie. Zawsze mnie chroniła i prędzej sama zmyłaby mi głowę, niż miałbym przez jej długi język mieć nieprzyjemności ze strony rodziców czy nauczycieli. Coś mi mówiło, że czekał mnie ciężki wieczór.

– Dowiedziała się?

– A co myślałeś, wszczynając burdę przed szkołą? – zironizował Olaf, udając, że pochyla się nad zeszytem, w skupieniu przepisując temat zajęć.

Migiem poszedłem w jego ślady, bo u Wacka karą za przyłapanie na gadaniu był referat na czterdzieści tysięcy znaków. Odchyliłem minimalnie głowę w stronę kumpla, jeszcze bardziej zniżając głos.

– Była zła?

Boleśnie powoli odwrócił głowę w moją stronę, a jego wysoko uniesione brwi mówiły, jak bardzo dobiłem go moim głupim pytaniem.

– I ty serio tym się teraz przejmujesz – wysyczał, minimalnym ruchem głowy wskazując na Wacka, który czytał jakiś tekst ze swojego podręcznika. Wzruszyłem ramionami, na co sapnął, pokonany. Oparł głowę na lewej ręce, udając, że zawzięcie sporządza notatki. – Była, delikatnie mówiąc, zaniepokojona. Chyba martwi się o ciebie.

Rzuciłem długopisem, który spadł z ławki i potoczył się po podłodze dwa rzędy dalej. Zośka, koleżanka z klasy, jedna z nielicznych, która nie zawracała sobie głowy moim urokiem osobistym, schyliła się, żeby go podnieść i odrzuciła mi, pokazując przy tym język. Odpowiedziałem jej, udając, że kłaniam się w pas, na co wywróciła oczami. Lubiłem Zośkę. Była normalna, nie to, co reszta dziewczyn w klasie, które gdy tylko się odezwałem, zaczynały wzdychać, wachlując swoimi przesadnie wytuszowanymi rzęsami. Nawet moja znienawidzona mutacja im nie przeszkadzała.

Nauczyciel przerwał czytanie, zwracając uwagę na zamieszanie, za które przeprosiłem, pokazując długopis, jakby to on był wszystkiemu winien. Wacek, sapiąc niczym lokomotywa, wrócił do czytania. Coś mi mówiło, że jeśli jeszcze raz odważę się przerwać zajęcia, wylecę z klasy.

Olaf kopnął mnie pod stołem.

– Daniel, mówię poważnie – wycedził przez zęby. – Nie możesz atakować każdego, kto głośno powie, że z Łucji jest seksowna laska. I właśnie o tym mówię. – Zmrużył oczy w odpowiedzi na moje wściekłe spojrzenie.

– Co ja zrobię, że ten temat mnie wkurza?

– Zapanuj nad tym. Jeśli nie dla mojego świętego spokoju, to dla Łucji, która przez ciebie osiwieje jeszcze przed dwudziestką.

Łucja

Jawnie unikałam Daniela. Odwracałam wzrok, kiedy szedł korytarzem, a gdy chciał do mnie zagadać, przyspieszałam, głośniej rozmawiając z Polą, która zupełnie nie wiedziała, o co chodzi. Widziałam, jak był zły z tego powodu, ale nie potrafiłam zapanować nad gniewem. Byłam na niego wściekła jak nigdy wcześniej. Przesadził i musiał to odczuć. I nie musiałam wiedzieć, o co poszło. Domyśliłam się.

Daniel od zawsze cierpiał na syndrom starszego brata. Opiekował się mną, zajmował, gdy rodzice byli w pracy, odrabiał ze mną lekcje. Był moim najlepszym przyjacielem i powiernikiem. Ale wiedziałam też, że to ja byłam przyczyną jego bójek. Daniel miał coś takiego, jakiś pstryczek, który przełączał się wtedy, gdy ktoś mnie obraził albo skomplementował w niezbyt pochlebny sposób. Wtedy wpadał w szał. Już w podstawówce skutecznie odstraszał każdego chłopaka, który chciał ze mną zatańczyć na szkolnej dyskotece, a na bal na koniec szkoły poszłam z Polą, podczas gdy pozostałe dziewczyny z klasy dobierały się w pary z naszymi kolegami. Cudownie było siedzieć i siorbać soczek podczas wolnych tańców.

Więc tak, wiedziałam, czym kierował się Daniel. Nie musiałam pytać „dlaczego” ani słuchać jego zapewnień, że to już ostatni raz albo że po prostu kolesiowi się należało. Czy on nie rozumiał, że nie chciałam, żeby mnie bronił takimi metodami? Wiedziałam, że mnie kocha, że dba o moje bezpieczeństwo, bo nie raz w przeszłości starsi chłopcy robili sobie ze mnie popychadło, a większość nauczycieli tłumaczyła to jako końskie zaloty. Tylko Daniel mi wtedy pomógł. Tylko on stawał w mojej obronie i wtedy wszyscy się go słuchali. Ale teraz, gdy oboje trafiliśmy do gimnazjum, a Daniel za kilka miesięcy miał przystąpić do egzaminów kończących szkołę, czy to było takie ważne? Przecież nie mógł zawalić swojej oceny z zachowania przeze mnie. A treningi? Gdyby coś mu się stało podczas którejś z bijatyk, nie mógłby brać udziału w meczach. On naprawdę nie rozumiał, że się o niego martwiłam. Czy chłopcy w okresie dorastania są aż tak skrajnie głupi?

Wróciłam do domu, podczas gdy Daniel miał trening do wieczora. Normalnie wpadałam do niego na chwilę przed swoim kółkiem plastycznym, zanim udał się z kumplami z drużyny na halę sportową, ale nie tym razem. Tego dnia moje kółko zostało odwołane, bo nasza nauczycielka zachorowała, a ja nie musiałam się uczyć ani odrabiać lekcji, więc mama zarządziła jesienne sprzątanie ogrodu, co mnie wybitnie uszczęśliwiło. Krzywiąc się, poczłapałam do pokoju, żeby przebrać się w jakieś stare ciuchy, których nie było mi szkoda zniszczyć podczas prac w ogrodzie. Zanim ściągnęłam dżinsy, wyciągnęłam z kieszeni telefon i położyłam go na łóżku. Wtedy też zauważyłam, że mam nieodebrane połączenie i esemesa. Od Daniela. Wywróciłam oczami, przysiadając półnaga na materacu. Wiadomość zawierała jedno słowo.

Przepraszam.

Postanowiłam być konsekwentna w swoim postanowieniu i nie odpisałam. Zamiast tego odłożyłam telefon i ubrana w przetarte dżinsy, które zrobiły się za małe i sięgały kostek, oraz starą szarą bluzę Daniela, powlekłam się do ogrodu, gdzie mama już zaczęła przycinać krzewy.