Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po rozbiorze Rzeczpospolitej i porażce insurekcji kościuszkowskiej Miłosz i Aleksandra próbują pogodzić się z utratą ojczyzny i starają się ułożyć sobie życie w rodzinnym domu Miłosza, w Kamieńcu. Siostra Aleksandry, Klementyna, usiłuje zaś odzyskać córkę uprowadzoną przez swoją szwagierkę. Gdy jej próby kończą się fiaskiem, zaczyna popadać w obłęd. Tymczasem Konstancja Dunina, chcąc zdobyć przychylność małżonka, oddaje swojego młodszego syna pod opiekę zakonnic w domu podrzutków, dzięki czemu może ponownie zamieszkać z rodziną.
Sytuacja w Europie, wbrew oczekiwaniom jej mieszkańców, nie stabilizuje się, a to za sprawą pojawienia się na politycznej scenie Napoleona Bonapartego. W Miłosza wstępuje nowa nadzieja. Postanawia kolejny raz wyjechać za granicę i tam dołączyć do wojsk dowodzonych przez rzutkiego francuskiego przywódcę. Opuszcza Kamieniec, a siostry Aleksandra i Klementyna mimo sprzeciwu Rastawickiego powracają do majątku Laudańskich i wpadają w poważnie tarapaty.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 292
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wąski strumień światła wdarł się przez przymknięte okiennice do kwatery znajdującej się w jednym z budynków przy Piazza del Campidoglio. To właśnie tutaj stacjonowały wojska francuskie po zdobyciu Rzymu, a wraz z nimi polscy legioniści. Przez wiele miesięcy po podpisaniu traktatu rozbiorowego Rzeczpospolitej rodzimi generałowie walczyli o utworzenie oddziałów w gwardii francuskiej. W końcu dopięli swego i teraz Polacy walczyli ramię w ramię z francuskimi żołnierzami.
Ostatnie lata przed końcem wieku w tej części Europy były wyjątkowo burzliwe. Liczne księstwa nie potrafiły się porozumieć, osobno zaś były na tyle słabe, że ich ziemie stały się łakomym kąskiem zarówno dla Francji czy Hiszpanii, jak i dla Austrii. Co rusz dochodziło do walk, ponieważ rdzenni mieszkańcy zaciekle bronili swoich terenów przed oddaniem ich pod kuratelę obcych państw.
Miłosz Rastawicki przetarł zaspane oczy, przeciągnął się, a potem pomyślał, że o tej porze roku w jego rodzinnym Kamieńcu zapewne już leży śnieg. W Rzymie świeciło słońce i pogoda przypominała raczej wiosnę aniżeli późną jesień. Zastanawiał się, czy Szymon i Bartosz bardzo dokazują podczas zimowych zabaw i czy są już świadomi istnienia pór roku.
Ci dwaj mali chłopcy stali się mu bardzo bliscy, mimo że nie był ich ojcem. Ten prawdziwy, najlepszy przyjaciel Miłosza, niestety już nie żył. Pewnego dnia jednak Rastawicki podjął decyzję o poślubieniu wdowy po Michale Laudańskim i usynowił jego dzieci. Na świecie pojawiła się także Milena, ale starał się nie myśleć o tym, czyją była córką. Nie zdążył nawet powitać jej na świecie, bo musiał się ratować ucieczką z kraju. Mógł mieć jedynie nadzieję, że dziewczynka będzie podobna do swojej matki. Z rzadkich listów Aleksandry, które do niego docierały, wynikało, iż jej córka należy do wyjątkowo urodziwych osesków, ale żona ani słowem nie wspominała, po którym z rodziców odziedziczyła swój wdzięk. Rosyjski generał Piotr Dunin mimo parszywego charakteru należał do przystojnych mężczyzn, ale Rastawicki wolałby, aby jego przybrane dziecko w niczym nie przypominało tego diabła w ludzkiej skórze.
Miał rodzinę, ale sam nie zdążył spłodzić potomka i nie miał pojęcia, czy kiedykolwiek mu się to uda. Przyczyna była prozaiczna – nie był pewny, kiedy powróci do domu albo jego małżonka dołączy do niego na obczyźnie. W Rzymie, podobnie jak w innych miejscach Półwyspu Apenińskiego, było bardzo niespokojnie, ale w tym mieście na dobre zadomowił się jego brat Paweł. Był duchownym, mieszkał w Watykanie i pod jego skrzydłami Aleksandra i dzieci byłyby w miarę bezpieczne, na pewno nie mniej niż w którejkolwiek części dawnej Rzeczpospolitej. Największym obciążeniem dla jego ukochanej było nazwisko, ponieważ Miłosz zyskał przydomek wroga Imperium Rosyjskiego, a to mogło spowodować szykany ze strony zaborcy. Co gorsza, poprzedni mąż Aleksandry, Michał Laudański, także cieszył się złą sławą, bo wraz ze swoimi oddziałami dziesiątkował żołnierzy carycy na Litwie, a nawet powiesił na jednym z wileńskich placów zdrajcę targowickiego Szymona Kossakowskiego.
Kompani Miłosza wiązali wielkie nadzieje z Napoleonem Bonaparte i powstałymi rok wcześniej legionami, ale Rastawicki nie był tak dużym optymistą. Owszem, polscy żołnierze byli chwaleni za swoją odwagę i bitność, ale czy to wystarczy, aby rzutki francuski generał pomógł im odzyskać ojczyznę? Miłosz wcale nie był tego pewny, mimo że wielu Polaków towarzyszyło Napoleonowi w najważniejszej jak dotychczas kampanii, czyli wyprawie do Egiptu. To była misja, która miała przynieść Bonapartemu rozgłos, i potrzebował mieć przy boku najlepszych ludzi, a za takich uważał polskich żołnierzy. Byli oni z Napoleonem zarówno wtedy, gdy wygrywał z mamelukami, jak i wówczas, gdy srogo oberwał od żołnierzy Horatia Nelsona. Jeden z nich, adiutant Bonapartego, Józef Sułkowski, stracił nawet życie na Czarnym Lądzie i nie był wyjątkiem, ponieważ ta wyprawa pochłonęła wiele ofiar.
Podniósł się z łóżka, obmył w misce, a potem założył spodnie od munduru. Zamiast jednak zejść do jadalni i spożyć śniadanie, zasiadł przy biurku, wyciągnął arkusz welinowego papieru i odkręcił kałamarz. Zamierzał napisać list do Aleksandry i poinformować ją, by kierowała korespondencję na adres jego brata w Rzymie, ponieważ nadal nie wiedział, gdzie go rzuci los i jak długo w tym miejscu pozostanie. Był przekonany, że za chwilę otrzymają rozkazy, by się udać do Neapolu i tam stłumić kolejne powstanie, tak jak zrobili to w Rzymie.
Nie zdążył skreślić ani słowa, bo usłyszał pukanie do drzwi i chwilę potem ujrzał Pawła. Wciąż nie mógł przywyknąć do widoku swojego brata w sutannie. Musiał jednak przyznać, że wyglądał bardzo dostojnie i gdyby nie wybrał drogi duchownego, zapewne miałby wśród kobiet szalone powodzenie. Starszy z Rastawickich również był postawnym mężczyzną o zniewalającym uśmiechu, ale w przeciwieństwie do Miłosza jego włosy przypominały kolorem dojrzałe zboże. Duże błękitne oczy potrafiły zmrozić adwersarza lub otulić cierpiących czułym spojrzeniem. Wąskie usta i dość pokaźny nos dodawały Pawłowi męskości, a zamaszyste ruchy upodobniały go raczej do żołnierza aniżeli księdza. Miłosz czasami czuł się niezręcznie w jego towarzystwie, ponieważ Paweł niekiedy przemawiał do niego tonem kaznodziei, rugając za brutalność polskich legionistów.
– Witaj, bracie – przywitał go z uśmiechem, ale gość nie odwzajemnił się tym samym.
– Czy nadal zmieniacie słowa pieśni Wybickiego i śpiewacie zamiast „jak zwyciężać mamy” na „jak rabować mamy”? – zapytał zimno.
– Raczej „za twoim przewodem wszyscy zemrzem głodem”. – Uśmiechnął się kwaśno i dodał: – Spoczniesz czy będziesz mi prawił kazanie na stojąco?
Paweł przysiadł na jednym z krzeseł i westchnął głośno.
– Nie rozumiem, jak możecie dławić włoskie rebelie przy boku Francuzów, jeśli Rzeczpospolitą spotkało takie samo upodlenie ze strony najeźdźców. A właściwie unicestwienie… Teraz wy zamieniliście się w okupantów. Pamiętasz? Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe…
– Przyświeca nam nadrzędny i bardzo ważki cel… – próbował się tłumaczyć Miłosz.
Owszem, bywali brutalni, z pełną determinacją tłumili włoską rebelię, a nawet dopuszczali się grabieży i mordów na ludności cywilnej, ale ich wrogowie wcale nie byli lepsi. Jednego z jego kompanów powiesili nad ogniskiem i całe miasteczko mogło popatrzyć, jak ten zamienia się w pieczyste, cierpiąc przy tym niewymowne męki.
– Głupiś, bracie! Tak jak i twoi dowódcy. Napoleon was wykorzysta, a potem co najwyżej wręczy kilka medali i zapomni o Rzeczpospolitej.
– Lepiej walczyć u boku Bonapartego aniżeli Austriaków. We Francji możemy w zamian czegoś zażądać, w Wiedniu nikt się z nami targować nie będzie – odparł. Mimo że sam miał wątpliwości co do intencji Napoleona, czuł się w obowiązku, by stanąć po stronie generała Dąbrowskiego i polskich legionów.
– Mogliście tłuc Moskali zamiast ludzi, którzy wam nie wyrządzili żadnej krzywdy – burknął Paweł, który chyba bardziej czuł się Rzymianinem, a raczej obywatelem Państwa Kościelnego, aniżeli Polakiem. A może tak bardzo się ciskał, bo polscy żołnierze zmusili papieża do kapitulacji, zdobywając twierdzę San Leo, nazywaną papieską bastylią?
– Tłukliśmy i Moskali, i Prusaków…
– I przegraliście. A teraz cierpią przez was inni.
– Rzymianie nas doceniają. Skończyliśmy z grabieżami i pilnujemy porządku. Każdy z naszych żołnierzy musi się liczyć z konsekwencjami, jeśli dopuści się rozboju albo dokona kradzieży. Pokrywa straty z żołdu. Szanujemy miejsca kultu religijnego, a plutony egzekucyjne wymierzają najpodlejszym rzezimieszkom najsurowszą karę.
– Na Placu Świętego Piotra. – Paweł się przeżegnał. – W świętym miejscu…
– Jesteśmy żołnierzami. – Miłosz usiłował wytłumaczyć bratu oczywiste sprawy.
– A ja jestem kapłanem i nie mogę słuchać o waszym barbarzyństwie.
– Zatem cóż miałbym robić? – zirytował się. – Twoim zdaniem powinienem zostać w Kamieńcu i czekać, aż carska żandarmeria po mnie przyjdzie? A może miałem uciec pod skrzydła Austrii i zostać wcielonym do ich armii? Ta diablica Katarzyna już nie żyje, ale to w niczym nie zmieniło naszej sytuacji.
– Bracie, kiedyś się chełpiłeś, że wasza rewolucja nie pochłonęła tak wielu ofiar jak francuska, bo nie potrafiliście być tacy okrutni jak paryski motłoch. A teraz? Co się z wami stało? Owszem, w Rzymie staracie się zachowywać przyzwoicie, ale docierają do mnie wiadomości z innych miejsc. Tam zaś… Sam wiesz, co robiłeś.
Miłosz głośno westchnął.
– Myślę, że coś w nas pękło. Uznawaliśmy walkę głównie na polu bitwy i nie mordowaliśmy bez wyroku każdego zdrajcy, który wpadł nam w ręce. A później wjechali do Warszawy Suworow z Duninem i urządzili na Pradze rzeź niewiniątek. Niedługo potem rozerwano moją ojczyznę na strzępy. Myślę, że z Polakami można igrać tylko do czasu, potem robimy się groźniejsi niż carscy generałowie… Gdy wrócimy, zaborcy zadrżą, bo przybędziemy silniejsi i okrutniejsi.
– Nie musiałeś wstępować do legionów, trzeba się było zaszyć z rodziną na południu i wieść skromne życie. Majątek po naszym ojcu wystarczyłby na zakup skrawka ziemi za granicą. Mógłbyś uprawiać oliwki albo hodować kozy… Aleksandrze i waszym dzieciom także żyłoby się spokojniej.
Miłosz nie byłby w stanie zliczyć, ile razy słyszał podobne słowa od brata. Sam robił się wściekły na żonę, bo nie wybrała życia na emigracji. Nie zamierzał jednak na nią narzekać.
– Aleksandra nie chciała zostawić siostry. Klementyna bardzo cierpi z powodu utraty dziecka. Poza tym, mój Boże, moja żona jest uparta jak osioł.
– Jeśli przez tyle czasu nie będziecie się widzieli, możesz już niedługo nie mieć żony – odparł Paweł i popatrzył na swojego brata ze współczuciem.
Wiedział doskonale, jak uderzyć, żeby zabolało. Rodzina to był czuły punkt Miłosza. Chciał, aby opuścili Kamieniec razem, ale Aleksandra nie potrafiła zostawić siostry. Ta zaś zamierzała być wszędzie tam, gdzie jej córka, nawet jeśli szanse na jej odzyskanie były nikłe.
– Wiem! – Rastawicki uderzył pięścią w sekretarzyk. – Nie mogłem jednak stawiać sprawy na ostrzu noża. Za bardzo kocham Aleksandrę. Nie wyrażę także zgody, by sama z dziećmi błąkała się po ogarniętej rebelią Europie.
– Zbytnio jej pobłażasz. A kobiety nie lubią miękkich mężczyzn. Powinna docenić, że wziąłeś ją za żonę, choć spłodziła dzieci z innymi, w tym jedno z rosyjskim generałem! Wrogiem ojczyzny i katem Warszawy! – Tym razem Paweł się zdenerwował. – Skąd wiesz, czy znowu do niego nie pójdzie?! Pretekst zawsze się znajdzie!
– Nie mów tak! – syknął Miłosz. – Ona taka nie jest.
– Ależ jest, mój bracie. Najpierw cię zwodziła, a ostatecznie wyszła za twojego przyjaciela, a potem została nałożnicą tego czarta w ludzkiej skórze!
– Nie rozumiesz mnie, bo nie potrafisz pojąć, czym jest miłość do kobiety. Ty masz swojego Boga, który jest idealny, ale ludzie tacy nie są.
– To, że noszę sutannę, nie oznacza, iż jestem nieczuły na pewne sprawy… – Paweł się uspokoił i teraz mówił niemal szeptem.
– Chciałbyś mi o czymś powiedzieć? – zapytał Miłosz, bacznie przyglądając się bratu.
Paweł zrobił się czerwony jak burak.
– Walczę z pokusą, bo wiem, że to dzieło szatana. Mnie obowiązuje celibat, a ją szóste przykazanie – jęknął.
– I ty się ośmielasz prawić mi morały? – Rastawicki zaczął się śmiać.
– Nie jest mi do śmiechu, drogi bracie. Mój spowiednik nakazuje mi biczowanie i leżenie krzyżem, ale to w żaden sposób nie studzi mojego serca.
– Jak się nazywa twoja wybranka? Kim jest? – zaciekawił się Miłosz. – Tylko nie mów, że jesteś jej spowiednikiem.
– Gina Gallerani… Jest żoną medyka i ma czteroletniego synka. Kiedyś ten malec zapadł na jakąś tajemniczą chorobę i nawet ojciec nie był w stanie mu pomóc. Wezwano mnie, bo znałem doktora, i poproszono, bym dokonał ostatniego namaszczenia, ale chłopiec przeżył. Szczęśliwi rodzicie przyszli do mnie, aby podziękować za skuteczną modlitwę, choć swojej zasługi w tym nie widzę. Wtedy po raz pierwszy pożałowałem, że nie mogę mieć żony i takiego urokliwego dzieciaka. A potem się przyjrzałem Ginie… Niepotrzebnie to zrobiłem, bo jedno spojrzenie w oczy pani Gallerani sprawiło, żem zapomniał, kim jestem i jaka jest moja misja na ziemi. – Uśmiechnął się smutno.
– Zostaliście kochankami?
– Nie, choć Bóg mi świadkiem, że byliśmy tego bardzo blisko. Jednak zdołałem uciec z szatańskich szponów i zamiast spędzić noc w łożu kochanki, leżałem na zimnej posadzce, błagając Najwyższego, by ugasił pożar w moim sercu.
– I w lędźwiach – ze śmiechem dodał Rastawicki. – To ludzkie i naturalne. Pewnie dlatego tak wielu duchownych ma nałożnice, a nawet potomstwo. A im wyższą mają w kościele rangę, tym żwawiej sobie poczynają.
– Ty jakoś dajesz radę żyć bez kobiety tak długo – mruknął Paweł.
– Ale gdybym miał czarodziejską różdżkę, od razu bym się przeniósł do Kamieńca i pod pierzynę Aleksandry. I nie odczuwam potrzeby, by się biczować albo chodzić we włosienicy. Zresztą znalazłem inny cel w życiu… Pragnę odzyskać ojczyznę.
– A jednak pełniłeś posługę, podobnie jak ojciec, na dworze sprzedawczyka.
– Stanisław August był słabym władcą, ale robił, co mógł, dla Rzeczpospolitej… Do czasu…
Miłosz machnął ręką, bo choć był bardzo wyrozumiały dla króla i jego poczynań, to podpisania traktatu rozbiorowego darować mu nie mógł. Zwłaszcza że monarcha zrobił to dla własnej wygody i majątku. Nie pożył jednak długo i zmarł z początkiem roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego ósmego. Odszedł z tego świata jako zdrajca, który oddał ojczyznę za dożywotnią rentę i wygodny pałacyk w Petersburgu.
– I naprawdę sądzisz, że ją odzyskasz dzięki Bonapartemu?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Naprawdę nie wiem, ale czyż mamy inne wyjście? Jeśli Napoleon nam nie pomoże, nie zrobi tego ani car, ani żaden król. Dla nich Bonaparte to największy wróg monarchii.
– A jednak nie potrafię się pogodzić, że zachowujecie się jak barbarzyńcy. Rzym to moje miasto i moja mała ojczyzna.
– Jeszcze raz powiadam: skończyliśmy z grabieżami i okrucieństwem… Przynajmniej na razie – odparł.
– Ech, bracie… Z cudzą krwią na rękach nie odzyskasz Rzeczpospolitej.
– Jeśli nie ja, zrobią to moi synowie. Byliśmy potęgą i nie rozumiem, dlaczego nagle przestaliśmy istnieć. Wiem, że to egoizm magnaterii i fałszywe poczucie patriotyzmu niektórych rodów doprowadziły nas do upadku, ale trzeba się w końcu dźwignąć. Nie martw się również moją obecnością w Rzymie. Zapewne wkrótce nakażą moim ludziom udać się do Neapolu. Opuszczę Kapitol i spróbuję przywrócić porządek w innych częściach półwyspu.
– Dobrze, że nie wyjechałeś z Napoleonem do Egiptu. Nie miałbym kogo odwiedzać i z kim się kłócić.
– Kiedy mnie tu nie będzie, zostanie ci Gina. – Miłosz puścił oko do Pawła.
– A niechże mnie piekło pochłonie – westchnął.
Potem pożegnał się z bratem i wyszedł z jego kwatery. Nie chciał napić się z nim wina ani też spożyć śniadania z polskimi legionistami. Miłosz rozumiał Pawła i rozterki, które targały jego duszą. Młodszy z braci Rastawickich nie widział jednak innej drogi do odzyskania ojczyzny aniżeli walka u boku silniejszego państwa. Musieli mieć sprzymierzeńca, a Bonaparte był ich jedyną nadzieją. Mimo niepewności, która towarzyszyła Miłoszowi, uznał, że ani on, ani jego kompani nie mają innego wyjścia, musieli zaufać Napoleonowi.
Matka Miłosza nie znosiła Aleksandry. Nie z uwagi na jej trudny charakter, ponieważ młoda Rastawicka potrafiła być miła i spolegliwa w stosunku do teściowej, ale chodziło o przeszłość wybranki serca jej syna. Podwójna wdowa z przychówkiem to nie była wymarzona partia dla kogoś takiego jak Miłosz. Nie wspominając o licznych skandalach wywołanych przez Aleksandrę, o których wciąż szeptano na salonach. Kobieta nie miała pojęcia, że Milena nie jest córką jej syna. Gdyby poznała prawdę, z pewnością obdarzyłaby ją jeszcze większą niechęcią.
Tego roku śniegi i mrozy zawitały na Podole już z początkiem listopada i spowiły świat białym puchem. Chłopcy byli niezwykle uradowani, mogąc dokazywać w zaspach, ale dla ich matki i babki oznaczało to wychłodzone pokoje i zdrętwiałe z zimna palce.
Aleksandra siedziała w pobliżu pieca i usiłowała rozgrzać dłonie, dotykając nimi ciepłych kafli. Niedawno skończyła pisać list do Miłosza i miała nadzieję, że ten zdoła opuścić Kamieniec, zanim zima zagości tutaj na dobre. Wcześniej pisała do męża na adres w Reggio, w Królestwie Neapolu, teraz do brata Miłosza, do Rzymu Na szczęście jej małżonek nie był tak głupi, by popłynąć z Napoleonem do Egiptu, bo docierały stamtąd niepokojące wieści. Nie zmieniało to faktu, że Bonaparte zyskiwał w Europie coraz większą sławę i nawet jeśli przegrywał niektóre bitwy, parł przed siebie jak taran. Monarchowie go nienawidzili i życzyli mu rychłego upadku, ale wielu Polaków wiązało z tym generałem ogromne nadzieje. Nie wiedziała, skąd się to brało, bo uważała, że nikt obcy nie będzie się wysilał dla rozgrabionego przez zaborców kraju. Poza tym ryciny przedstawiały Napoleona jako człowieczka nikczemnego wzrostu, który swoim wyglądem w niczym nie przypominał skutecznego wojownika.
Pamiętała doskonale noc poprzedzającą wyjazd Miłosza. Wiedziała, że jeśli chce, aby jej mąż przeżył, musi mu pozwolić na opuszczenie domu. Pierwotnie myśleli o przeniesieniu się pod kuratelę Austrii, ale rychło się okazało, że i tam wcielano polskich mężczyzn do wojska.
***
Wtulała się w szerokie ramiona męża i łkała.
– Aleksandro… – powiedział wówczas ciepło. – Przecież nie musimy się rozstawać. Wiem, że na południu Europy jest teraz jak w tyglu, ale na prowincji bylibyście bezpieczni. A nawet w Rzymie, pod skrzydłami mojego brata. Błagam na wszystkie świętości, jedź ze mną.
– Wiesz, że Klementyna nie opuści kraju, dopóki nie odzyska Anastazji.
Odsunął się od niej, a potem usiadł na łóżku i powiedział ostrym tonem:
– Nie ożeniłem się z Klementyną, tylko z tobą! I oboje wiemy, że twoja siostra nigdy nie odbierze Konstancji swojej córki.
– Ona się cieszy, że chociaż może na nią z daleka popatrzyć czy od czasu do czasu się z nią spotkać. Jeśli straci ją z oczu, popadnie w obłęd. Tak jak po śmierci Bogdana. Nie mogę jej zostawić samej. To moja jedyna siostra i kocham ją bardzo.
– Bardziej niż mnie? – zapytał.
– Sam powiedziałeś, że będziesz organizował z generałem Dąbrowskim legiony, więc i tak nie mieszkałbyś z nami – odparła ciepło. Nie chciała poróżnić się z mężem ostatniej nocy.
– Ma tutaj rodziców… – Miłosz był trochę zły na żonę, bo ta przez cały czas niańczyła swoją siostrę, zamiast skupić się na ich rodzinie.
– Dajże spokój, ojciec nie ma w domu nic do powiedzenia, a mojej matki nie interesuje nic poza wydawaniem pieniędzy. Gdybyś z nami zamieszkał i zapomniał o walce, wyjechałabym z tobą, ale w tej sytuacji lepiej będzie, jeśli pozostanę w Kamieńcu.
– Ale miałbym bliżej do was, a tak… Jeśli tylko pojawię się w Kamieńcu kolejny raz, ten obrzydliwy Fiodor z miejsca na mnie doniesie władzom – westchnął.
– Próbowałam namówić Klementynę na wyjazd, ale jest nieprzejednana – odparła, a po chwili jakby się zreflektowała i zapytała: – Dlaczego nie wspominasz o Konstancji? Ona także mogłaby cię zadenuncjować. Zapewne najpierw posłałaby list do męża z pytaniem, czy wyraża na to zgodę, bo przecież ona niczego nie zrobi bez jego aprobaty. – Ostatnie zdanie wypowiedziała z nieskrywaną ironią.
– Przyrzekłem ci w dniu zaręczyn, że nie będę miał przed tobą tajemnic, i dotrzymam słowa. Konstancja nie doniosłaby na mnie, ponieważ to ona nakazała mi wyjechać. Ostrzegła mnie, że Fiodor zamierza donieść Duninowi o mojej obecności w Kamieńcu. Chciał, by generał wysłał po mnie żołnierzy i kazał mnie wtrącić do tiurmy. A potem by mnie powiesił albo zesłał na Syberię. Nie uśmiecha mi się ani jedno, ani drugie. Pewnie Dunin nie przyjechałby tu osobiście, ale wystarczy, że wyda odpowiednie rozkazy i z Kamieńca przybędą po mnie ze dwa oddziały. – Miłosz starał się mówić pewnie, jakby opowiadał o ostatnim polowaniu na jelenie, ale głos mu drżał.
Teraz to ona zerwała się z posłania. Mąż twierdził przez cały czas, że ostrzegł go znajomy i dotyczyło to wszystkich ważnych uczestników niedawnej insurekcji, którzy uniknęli niewoli. A właśnie przed chwilą się dowiedziała, że to ta potworna kobieta próbowała uratować swojego dawnego kochanka. Kiedy się widzieli i czy na pewno tylko raz? A może Konstancja wysłała mu jedynie liścik przez umyślnego? Dziesiątki ponurych myśli przebiegały Aleksandrze przez głowę i zamiast w duchu podziękować rywalce, złorzeczyła jej.
– Chyba bym wolała tego nie wiedzieć – powiedziała zimno.
– Posłuchaj… rozmawiałem z Konstancją dwa razy. Owszem, widywałem ją, tak jak ty czy moja matka, ale nie gawędziliśmy jak para dobrych znajomych. Pierwszy raz poszedłem do niej w trzy tygodnie po naszym przyjeździe, bo chciałem ją przekonać, by oddała Klementynie Anastazję. Oczywiście, odmówiła, ale nie podarowałbym sobie, gdybym nie spróbował. Wciąż była na mnie obrażona, ale nie sądzę, by to z tego powodu posłała mnie do diabła. Ona jest absolutnie zakochana w tej dziewczynce. Grigorij został z ojcem, a z tym najmłodszym jest chyba coś nie tak. Konstancja nie pokazuje się z nim w Kamieńcu, a gdy się spotkaliśmy, nie wspomniała nawet o chłopcu. Ten mały jakby nie istniał… Drugi raz widzieliśmy się, gdy otrzymałem od niej liścik, bym zajechał do niej najszybciej, jak to możliwe. Miałem nadzieję, że zmieniła zdanie i zechce oddać dziewczynkę, ale ona wtedy nakazała mi uciekać. Domyślałem się, że Rosjanie będą nas prześladować za udział w insurekcji, ale sądziłem, iż mamy więcej czasu i nie stanie się to z dnia na dzień. Okazało się jednak, że Dunin się na mnie zawziął i najchętniej widziałby mnie martwego. Ja nienawidzę go równie mocno, nie tylko za tę krwawą jatkę, którą urządzili z Suworowem w Warszawie, ale głównie za to, co zrobił tobie. Nam…
Powinna się wtedy do niego ponownie przytulić albo wykonać jakikolwiek gest, bo wciąż miała poczucie winy, ale tym razem wszystko się w niej gotowało. Była wściekła, bo Miłosz powinien jej powiedzieć o swoich planach, zanim poszedł do Konstancji. Mógł jej wyznać, co chce zrobić, a ona dotrzymałaby tajemnicy i nie robiła przedwcześnie nadziei Klementynie.
– Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz? – zapytała ze złością. – Oczyszczasz sumienie przed wyjazdem?
– Nie wiedziałem, co zrobić. Konstancja jako kobieta jest mi obojętna, ale zdaję sobie sprawę, jak bardzo jesteś o nią zazdrosna. Obawiałem się, że zrobisz mi awanturę.
– Wcale nie jestem zazdrosna – obruszyła się Aleksandra. Oczywiście, że była, chwilami nawet piekielnie, ale nie zamierzała się do tego przyznawać.
– Widziałem, jak na nią patrzysz – prychnął.
– Bo nienawidzę jej za to, co zrobiła mojej siostrze. Ja też nie byłam święta, ale…
– Oj, nie byłaś – przerwał jej. – Ale mogłabyś się przyznać, że za mną szalejesz i wydrapałabyś oczy każdej kobiecie, na którą spojrzę.
– Miłoszu… Jesteś miłością mojego życia. To oczywiste, że straciłam dla ciebie głowę. Boję się, że nie zasługuję na takiego męża i pewnego dnia to zauważysz. Wtedy dotrze do twojego serca, żeś źle wybrał.
– Nie jesteś aniołkiem, Aleksandro, i zraniłaś mnie wiele razy, ale naprawdę uważasz, że zamieniłbym cię na tę diablicę? Piękną i ponętną, ale jakże zepsutą? Ukraść innej kobiecie dziecko to zbrodnia.
– Widocznie, waćpanie, masz pan wypaczony gust i lubujesz się w grzesznicach – zadrwiła.
Odwrócił się w jej stronę, dotknął lewej piersi i szepnął:
– Ale mimo wszystko ty masz dobre serduszko, a ona nie.
Od razu złość jej minęła. Dotyk Miłosza był jak życiodajna woda, która nie tylko gasi pragnienie, ale jest wręcz niezbędna do życia.
– Powiedz, że przetrwamy i pewnego dnia wrócisz do domu – jęknęła.
– Oczywiście, chcę mieć z tobą syna. Swojego. Naszego. Albo córkę. Wszystko jedno, byle dzieciak był tylko nasz – odparł stanowczo.
Jakże uwielbiała, jak do niej mówił w ten sposób. Ona także pragnęła spłodzić z nim potomstwo i po cichu liczyła, że tej ostatniej nocy tak się właśnie stanie. Niestety… nie udało się, a ona mogła się jedynie modlić, by następnym razem, gdy położą się razem do łóżka, nie była zbyt stara na ciążę. Czy, jak to mawiała Matylda, „całkiem zeschnięta”.
***
Z zamyślenia o ostatniej nocy z Miłoszem wyrwało ją skrzypienie drzwi. Ujrzała w nich swoją teściową, która była czymś bardzo poruszona.
– Twoje latorośle są nieznośne… Chłopcy urżnęli pięciu kurom łby. Nową siekierą! To małe szkodniki, a nie dzieci – wyrzuciła z siebie.
– A gdzie była Nawoja? – zapytała poirytowana i wstała z fotela.
– Karmiła Milenę, a Matylda poszła do twojej siostry. Nie wiadomo po co! – syknęła teściowa.
Nie odpowiedziała, bo piastunka mogła ją poprosić o pomoc. Jej również chłopcy nie słuchali, ale miałaby chociaż na nich oko. Odkąd Miłosz wyjechał, miała z bliźniakami istny krzyż pański. Wchodzili bezustannie w szkodę, irytując przy tym wszystkich dookoła, ze starą Rastawicką na czele.
Narzuciła półsalopkę i wyszła przed dom. Pryzmy śniegu upstrzone były licznymi kroplami krwi. Prawdę mówiąc, wyglądało to koszmarnie. Przed obórką ujrzała martwe kury i swoich synów. Siekiera leżała tuż obok.
– Szymonie, Bartoszu, proszę do mnie natychmiast przyjść! – krzyknęła.
Podeszli do niej bez słowa sprzeciwu, a to oznaczało, że doskonale zdawali sobie sprawę, jak karygodny czyn popełnili.
– Tata mówił, że jak się kurze obetnie głowę, to ona dalej będzie biegała. Bez łba. Chcieliśmy zobaczyć… – pierwszy odezwał się Szymon, co wcale nie zdziwiło Aleksandry. Był odważniejszy i bardziej wygadany. Podejrzewała nawet, że to właśnie on wpada na najgłupsze pomysły i nakłania brata do złego.
– Kury są na rosół, a nie po to, byście im łby obcinali! – syknęła. – Przyznaj się, Szymon, czyj to był pomysł.
– Bartosza – odparł nonszalancko.
– Dzisiaj zamierzałam wysłać list do ojca. Zanim to uczynię, dopiszę kilka zdań. Wasz tata się dowie, co zrobiliście – warknęła.
– Nie pisz… Ojciec się rozgniewa.
– A nie martwisz się, że ja się rozgniewam?
– Nie. – Szymon się uśmiechnął, ukazując swoje bezzębne oblicze.
– W takim razie, jeśli tak bardzo lubicie bawić się siekierką, narąbiecie z Bartłomiejem drewna.
– Matylda mówiła, że to za trudne.
– Tak jak urzynanie kurom łbów – prychnęła. – Będziecie to robić do obiadu. Aż wam się odechce takich zabaw.
Wiedziała, że jej synowie są zbyt mali, by rąbać drewno, ale kara im się należała. Starały się z teściową żyć oszczędnie, bo z jej majątku niewiele zostało, a i Rastawickiej się nie przelewało. Poza tym zaborca drenował kieszenie, wymyślając coraz to nowe opłaty. A tymczasem jej synowie dla psoty zabili pięć kur.
Nie czekając na służbę, zebrała martwe ptaki i zaniosła do kuchni. Wyjrzała przez okno i uśmiechnęła się do siebie. Jej synowie mieli nietęgie miny, gdy ujrzeli stos pniaków do porąbania.
– Gdybyś lepiej ich wychowywała, nie musiałabyś ich karać. Nawoi wcale się nie słuchają.
– Staram się, jak mogę, ale brakuje im męskiej ręki – zaczęła się tłumaczyć Aleksandra.
– Gdybyś wyjechała z mężem, ten problem miałabyś rozwiązany. – Teściowa nie dawała za wygraną.
– Na południu Europy ciągle wybuchają rebelie, we Francji Dyrektoriat kiepsko sobie radzi, reszta to nasi wrogowie… – bąknęła. – A Miłosza do wojaczki ciągnie, więc i tak musiałabym sama sobie ze wszystkim radzić. Tutaj chociaż mam siostrę i rodziców.
– I tak wiem, że zostałaś tu tylko z powodu Klementyny. Jakbyś nie była w stanie jej wytłumaczyć, że nigdy dzieciaka nie odzyska. Cała okolica nazywa ją wariatką. Gdybyś wyjechała, niczego by to w jej życiu nie zmieniło. Dalej łaziłaby pod dwór Barszczewskich albo opowiadała po Kamieńcu brednie.
– Proszę tak nie mówić. Gdyby ktoś zabrał mi któreś z moich dzieci, byłabym w równie wielkiej rozpaczy.
– Bo myślisz tylko o sobie. Rodzice, których nie stać na to, by zapewnić dzieciom godne życie, często odsyłają je do zamożnych krewnych. I robią to z miłości. Twoja siostra nigdy nie da Anastazji tego, co może jej zapewnić Konstancja. Słyszałam, że niebawem Duninowa ma wrócić do małżonka, więc tej małej nie zabraknie ptasiego mleka.
Teraz Piotr był podobno dowódcą garnizonu guberni wileńskiej i dysponował ogromną władzą. Majątek także miał pokaźny, więc w słowach teściowej było sporo racji.
– Co tydzień to mówi, bo jej wstyd, że mąż ją odprawił. – Aleksandra machnęła ręką.
– Tym razem jednak zamówiła w Kamieńcu kilka podróżnych kufrów z monogramem. Rzekomo opuszcza to miejsce, gdy tylko stopnieją śniegi.
– Ugrzęźnie w błocie albo małżonek pokaże jej drzwi. – Wydęła usta, bo uważała, że Dunin już dawno zapomniał o połowicy i żył z jakąś elegancką kochanką.
Stara Rastawicka ściszyła głos.
– Ten jej najmłodszy syn podobno ma jakąś skazę. Nikt go nie widział, ale piastunka Konstancji opowiedziała jednej takiej…
– Może mu rogi diabelskie wyrosły. Po tatusiu – syknęła.
– Nie wiem, moja droga, może to plotki, ale kufry są prawdziwe. Piękne, obite dobrze wygarbowaną skórą i ze srebrnymi okuciami. Władkowska mówiła, że kosztowały krocie, ale dzięki temu zamówieniu dadzą radę przetrwać do następnego roku bez zaciągania długów.
Aleksandra się zaniepokoiła. Owszem, Konstancja od trzech lat opowiadała, że przyjechała do Kamieńca tylko na jakiś czas i niebawem wyjedzie, ale wciąż tu mieszkała i jakoś nie było widać, aby szykowała się do podróży. Teraz jednak zamówiła drogie kufry, zatem coś musiało być na rzeczy. Nawet jeśli nie wracała do męża i syna, na pewno wywiezie stąd małą Anastazję. A wtedy Klementynie pęknie serce.
Tuż przed obiadem pojawiła się w domu Matylda i od progu usłyszała od Nawoi, czego dopuścili się Szymon z Bartoszem. W normalnych okolicznościach nawymyślałaby chłopcom, potępiła metody wychowawcze Aleksandry i przeprosiła za zachowanie bliźniaków „wielką damę”, czyli matkę Miłosza. Teraz jednak przyjęła wieści o poczynaniach chłopców z dziwnym spokojem, jakby chodziło o coś zupełnie niewinnego. A może jedynie błądziła myślami gdzie indziej i nie zwróciła uwagi na utyskiwania piastunki?
Po obiedzie przyszła do pokoju Aleksandry i powiedziała ściszonym głosem:
– Panienko, jest awantura.
– Jaka znowuż awantura? Moja mamusia kolejny raz kupiła coś, na co nie było jej stać? – zapytała z kpiną w głosie.
– Nie w tym rzecz. Przecież panienka wie, że szacowna pani Łubieńska ciągnie rubelki od Klementyny, lepiej niż kiedyś chłopcy mleko z cycka… Rzecz w tym, że panienka Klementyna znowuż dzisiaj polazła do Barszczewskich. Poleciałam za nią, bo przecież to nigdy nie wiadomo, co może panienki siostrze do głowy strzelić.
– Zelżyła Konstancję? – prychnęła Aleksandra. – Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz.
– Teraz, dla odmiany, błagała, by Konstancja pozwoliła jej zobaczyć córkę.
– Czasami ta diablica się zgadzała… Co za podły świat! Żeby matka żebrała o możliwość spotkania z własnym dzieckiem… To nieludzkie!
Aleksandra znowu się zdenerwowała. Zanim wyjechał Miłosz, a raczej dopóki nie dowiedziała się o dwóch spotkaniach jej męża z Konstancją, doceniała gest Duninowy, ale potem czuła jedynie czystą nienawiść i podobne odruchy serca w wykonaniu tej kobiety nie robiły już na Aleksandrze wrażenia.
– Teraz także na to pozwoliła, ale jest coś gorszego, panienko… Konstancja Duninowa na wiosnę wyprowadza się z Kamieńca. Podobno na zawsze.
– Boże, zmiłuj się nad biedną Klementynką! – jęknęła Aleksandra.
Teraz już wiedziała, że teściowa miała słuszność i Konstancja zamierza wyjechać. Pal licho, czy do męża, czy do kochanka, ale chodziło o małą Anastazję…
Klementyna bardzo się zmieniła od czasu, gdy powieszono jej męża za zdradę ojczyzny. Kochała tego człowieka w kompletnie absurdalny sposób. Potrafiła wybaczyć mu dosłownie wszystko. Kiedy więc zginął, popadła w apatię i ten rodzaj rozpaczy, który nie pozostawia nadziei na lepsze jutro. Jak gdyby żyła jedynie z poczucia obowiązku wobec córki. Potem przelała całą swoją miłość na dziecko. Dziecko Bogdana. Często powtarzała, że przecież mała Anastazja to część jej ukochanego i powinna się cieszyć, że cokolwiek po nim pozostało.
Jednak nadszedł ten straszny dzień, kiedy siostra Aleksandry straciła także córkę. To ją złamało i od tej pory Klementyny należało pilnować niemal przez cały czas. Zachowywała się jak osoba niespełna rozumu. Jednego dnia wrzeszczała pod oknami Barszczewskich, że Konstancja będzie smażyła się w piekle, następnego płakała i żebrała o wybaczenie, na klęczkach błagając o spotkanie z córką.
Aleksandra nie miała pojęcia, jak obie to znosiły. A służba zawsze coś chlapnęła i plotki rozniosły się po Kamieńcu w tempie błyskawicy. Rychło Klementyna zyskała miano wariatki, której szwagierka odebrała córkę, bo ta nie była w stanie się nią należycie zająć. Krążące z ust do ust wieści doprowadzały ich matkę, Leokadię Łubieńską, do napadów globusa, a teściowa, nie wiadomo dlaczego, kierowała pretensje do Aleksandry.
Niektórzy bronili Konstancji, twierdząc, że kobiecie obłąkanej nie należy powierzać wychowania dziecka i to szlachetne, iż ciotka dziewczynki postanowiła ochronić ją przed szaleństwem matki. Inni szeptali, że taka była wola Bogdana Barszczewskiego, który nigdy nie poważał prawowitej małżonki, a jedynie swoją młodszą siostrę.
Próbowała tłumaczyć Klementynie, że tylko pogarsza swoją sytuację, bo jeśli sprawa trafi w końcu do urzędnika sądowego, Konstancja znajdzie w Kamieńcu wiele osób, którzy potwierdzą, iż matka Anastazji jest osobą niespełna rozumu. Nie wspominając o tym, że będzie to carski urzędnik, a Dunin nie był byle kim i cieszył się względami zarówno carycy Katarzyny, jak i kolejnej administracji carskiej. Aleksandra poprosiła więc Matyldę, by doglądała siostry, mimo że ta wolała zajmować się dziećmi panienki, do których była przywiązana od dnia narodzin. Jedynie do Mileny miała chłodniejszy stosunek z uwagi na jej prawdziwego ojca. Jednak bardzo lubiła berbecie i z rozrzewnieniem wspominała czasy, gdy zajmowała się swoim młodszym rodzeństwem. Kiedyś, dawno temu, przebąkiwała nawet o ślubie z Bartłomiejem, bo pragnęła mieć własne potomstwo, ale nigdy się na to nie zdobyła. Zapewne obawiała się kolejnych pomysłów swojej pani, które mogłyby źle wpłynąć na jej nową rodzinę, a nie chciała niszczyć życia tak poczciwemu człowiekowi jak Bartłomiej.
– Matyldo, dorosłam. Wyjdź za mąż i nie martw się o mnie – mawiała jej chlebodawczyni nawet wówczas, gdy na dzieci było już dla służki za późno.
– Kiedy ja znam panienkę jak zły szeląg. Teraz to panienka zachowuje się jak należy, ale kto wie, co jutro panience do łba strzeli. Może zechce za mężem gdzieś pojechać, a może do Wilna zrobić kolejną awanturę temu niegodziwcowi, Duninowi.
– Jaką awanturę? Nie chcę go na oczy oglądać. Cud boski, że Miłosz zechciał się ze mną ożenić. Do męża także nie pojadę, bo jak miałabym podróżować taki szmat drogi z trójką dzieci, kiedy nawet nie wiem, gdzie go rzucą dowódcy. Błąkałabym się po całym Półwyspie Apenińskim czy miałabym żyć pod czujnym okiem duchownego?
– Do panienki to podobne. Nie chcę wypominać, ale po Paryżu to panienka biegała, aż furczało. A kuratela duchownego bardzo by się takiej grzesznicy jak panienka przydała – odcinała się służąca.
– Dajże spokój, Matyldo – fukała Aleksandra, która nie zamierzała zmieniać miejsca zamieszkania, mimo nienajlepszych stosunków z teściową.
Teraz jednak, gdy służka powiedziała jej o wyjeździe Konstancji i potwierdziła krążące po Kamieńcu plotki, w głowie Aleksandry zaczęły się pojawiać myśli o opuszczeniu tego miejsca. Oczywiście głównie z uwagi na Klementynę i jej córeczkę. Przynajmniej tak twierdziła, bo w duchu nie raz i nie dwa przeklinała swój nowy dom i wymagającą teściową.
– Wiesz coś więcej o wyjeździe Konstancji? – zapytała z kluską w gardle.
– Podobno mąż nie może się doczekać jej powrotu. Tak więc albo uda się do Wilna, albo…
– Albo? – jęknęła Aleksandra.
– Albo do Petersburga. Ten cały Fiodor… Bóg raczy wiedzieć, czy to kochanek tej ladacznicy, czy koniuszy… chełpił się, że niedługo będzie pełnił służbę w Petersburgu. Generała z tego kuternogi nie zrobią, więc będzie się przez resztę życia włóczył za swoim pryncypałem.
– Zatem wywnioskowałaś, że Dunin może wrócić do Petersburga i zabierze ze sobą żonę i Anastazję? No i tego dzieciaka, co go Konstancja ukrywa przed światem…
– Mnie się widzi, że tego małego, bo rzekomo to chłopak, już w Kamieńcu nie ma.
– Co ty opowiadasz, Matyldo? – zdziwiła się Aleksandra.
– Jak ta, za przeproszeniem, rymunda niekiedy wpuszczała Klementynę do domu, to pchałam się razem z nią. Wie panienka, z panienki siostrą to bywa różnie. Obok pokoju małej był drugi pokój dziecięcy.
– Wiem, opowiadałaś mi…
– A teraz pokoju nie ma – odparła Matylda.
– Matyldo, no jak nie ma? Odpadł czy go zamurowali?
– No co też panienka taką głupią ze mnie robi? Pusty był, rozumie teraz panienka? Bez mebli, bez zabawek i bez dzieciaka.
– Może ten mały zmarł? Był na coś chory, dlatego Konstancja trzymała go w domu, a potem odszedł na tamten świat. Sama wiesz, że małe dzieci często kończą życie przedwcześnie. – Aleksandra kolejny raz zaczęła snuć teorie dotyczące najmłodszej pociechy Duninów.
– A mnie się zdaje, że to nie był dzieciak generała, dlatego odprawił i żonkę, i bękarta.
– A czyj?
– Jak czyj? Co to nie słyszałam, że rzekomo Barszczewski i jego siostra dopuszczali się rozpusty? Może się jakie pokraczne z tego grzesznego związku urodziło i dlatego Dunin żonę wygnał.
– Obojętne, jak było, ale teraz dzieciak pewnie nie żyje i zagadka rozwiązana.
– I tak bez pogrzebu? A panienka wie, że ja o wszystkich pogrzebach w okolicy wiem, bo przecież mój kuzyn jest grabarzem.
Aleksandra wzdrygnęła się na samo wspomnienie tego człowieka. Chciał być dla niej miły i pewnego dnia oznajmił, że taki jej grób wykopie, jak nikomu innemu w Kamieńcu. A potem uklepie własnymi rękami. Nie uznała jego słów za zbyt wyszukany komplement. Nie wspominając o tym, że każda szanująca się rodzina szlachecka miała grobowiec i nie musiałby żadnej ziemi uklepywać.
– Może Dunin go zabrał do Wilna, co by jeszcze bardziej ukarać małżonkę, a teraz uznał, że czas pokuty się dla Konstancji skończył? – dywagowała dalej Matylda.
– Czas pokuty? – mruknęła Aleksandra. – Ona powinna przez następne pięćdziesiąt lat w dybach siedzieć. Są siebie warci…
– Tylko co my teraz zrobimy? – zapytała służka głosem przepełnionym rozpaczą.
– Mam przecież majątek pod Wilnem. Pewno podupadły i rozgrabiony nieco przez Jurija, ale miałybyśmy gdzie mieszkać. Zresztą mogę go sprzedać i wtedy mogłabym coś nabyć w samym Wilnie. Co prawda już od prawie roku nie mam wieści od zarządcy, ale gdyby Rosjanie mieli mi skonfiskować folwark, zrobiliby to zaraz po podpisaniu traktatu.
– Wiedziałam, że panienka zacznie coś knuć…
– Boże, jakże ja bym chciała żyć na swoim. Teściowa nie lubi ani mnie, ani moich dzieci. Cały czas czuję na sobie jej wzrok. Jakby śledziła każdy mój ruch. To okropne.
– Znowu panienkę tyłek swędzi i chce się pakować w kłopoty.
– Miłosz mnie zabije, ale… No trudno, może będzie litościwy.
– Panienka wie, co się stanie, jak się ten carski łotr dowie, że panienka mieszka tak blisko od niego.
Aleksandra wzruszyła ramionami.
– Dajże spokój, Matyldo. Dunin ma więcej kochanek niż Bartłomiej włosów na głowie. Już dawno o mnie zapomniał.
– Ale może o dzieciaku wciąż pamięta. A Bartłomiej to przecie prawie całkowicie łysy jest – zdziwiła się Matylda, słysząc niezbyt trafne porównanie.
– Dunin nie wie… Ty też nie… – Aleksandra od razu ściszyła głos.
– Jak nie wiem, jak wiem. I co mnie będzie panienka czarować. Myśli Aleksandra, że nie słyszałam, jak płacze w poduszkę? Jakby to był dzieciak pana Miłosza, to by nie ryczała, tylko się cieszyła, jak przy ciąży z bliźniakami. I jakoś za szybko się Milenka urodziła.
– Zamilknij, Matyldo! – wycedziła. – Dunin nie ma pojęcia o tym, że spłodził ze mną córkę. Poza tym nawet gdyby miał, to wielcy panowie nie traktują swoich bękartów na równi z prawowitymi dziećmi. One dla nich nie istnieją.
– Może panienka ma rację, bo u nas to mnóstwo dzieciaków podobnych do jednego dziedzica biega i każdy wie, że to jego bastardy… A Milena to skóra zdjęta z Dunina. I nawet Konstancja to zauważyła. Dzisiaj mnie wypytywała, kiedy Milena się urodziła, a potem zagadnęła, kiedy dokładnie brała panienka ślub z Rastawickim. Mówiłam panience, że gapiła się na małą w kościele. Tak się wpatrywała, że zapomniała Pater noster. Głupia nie jest, swoje zobaczyła i ot tak nie wypytywała.
– Nie strasz mnie, Matyldo. – Aleksandra była coraz bardziej zdenerwowana.
– Nie straszę, tylko gadam, żeby panienka w Kamieńcu siedziała, jak pan Rastawicki nakazał.
– A Klementyna?
– To też musi panienka omówić z siostrą. Ona tej małej nigdy nie odzyska. Musi się z tym pogodzić. Jeśli nie będzie widywała córki, szybciej o niej zapomni.
– Jakże można zapomnieć o dziecku, które nosiło się we własnym łonie? – westchnęła. – Klementyna zrobiłaby to samo dla mnie. Ja bez swoich dzieci nie umiałabym żyć. Choćbym miała tylko patrzyć na nie… Przynajmniej wiedziałabym, że nic im nie jest i mają się dobrze. Dlatego rozumiem zachowanie mojej siostry.
– A ja nawykłam, że dzieci niekiedy umierają albo jak jest ich za dużo, to trzeba oddać na wychowanie obcym – odparła Matylda. – U nas we wsi…
Aleksandra przerwała służce:
– Ale Anastazja żyje… Została ukradziona swojej matce. Poza tym Klementyna nie jest tak biedna jak my z Miłoszem czy rodzice. Pozostała jej willa w Warszawie i trochę gotowizny po Bogdanie.
– Ta wiedźma nakazuje, by mała mówiła na Klementynę „ciocia”, bo teraz to Konstancja jest jej matką. Zresztą Anastazja niewiele rozumie i zaczyna uciekać przed panienki siostrą, gdy ta próbuje jej tłumaczyć, kim jest. W końcu Konstancja oświadczyła, że jeśli jeszcze raz jej szwagierka zacznie opowiadać dziecku takie bzdury, zabroni jej spotkań.
– Jakże ona może być taka podła? – Aleksandra zacisnęła pięści. – Ma własne dzieci i nie potrafi zrozumieć innej kobiety?
– Panienka jak już coś powie, to nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Konstancja zawsze myślała jedynie o sobie.
– I o Bogdanie… – westchnęła Aleksandra. – Masz jednak rację, trudno się spodziewać po Konstancji czegoś dobrego. Ile krzywd od niej zaznała biedna Klementyna, to jeden Pan Bóg wie. A i mnie nie oszczędzała.
– Panienka, tak po prawdzie, to zasłużyła sobie…
– Niby za co? – zaperzyła się.
– Przecież narzeczonego jej panienka odbiła, żeby potem go porzucić dla pana Michałka. Świeć Panie nad jego duszą… Z jej mężem panienka figlowała, a nawet urodziła mu dzieciaka. No i ojca jej panienka zadźgała. To mało?
– Nie mówimy teraz o mnie, ale o Klementynie – burknęła Aleksandra. Niby zrozumiała swoje grzechy, gdy trafiła do więzienia w Paryżu, ale nadal nie cierpiała, gdy ktoś jej wypominał błędy i podłości, których się dopuściła.
– A ja o panience gadam, więc niech lepiej Aleksandra list dzisiaj napisze i o zgodę pana Miłosza zapyta. Do wiosny jakaś odpowiedź powinna dojść – zaproponowała Matylda.
– A jak zabroni?
– Pewnie, że zabroni, więc niechże się panienka nigdzie nie wybiera, a i siostrę przekona, by niczego nie knuła – odparła zimno Matylda, a potem opuściła jej pokój.
Podeszła do okna i popatrzyła na zasypane śniegiem pola. Gdzieś z oddali ujrzała wydobywający się z komina dym i kilka zabudowań. Zaraz za nimi zaczynało się miasto. Niby znajdowało się blisko, ale nie słychać było gwaru i stukotu dorożek. W porównaniu z Warszawą czy Wilnem była to prowincjonalna dziura, w której niczego nie dało się ukryć. W swoim litewskim dworku cieszyła się z ciszy i spokoju, ale tutaj drażniło ją wszystko. Teściowa, która na jej widok marszczyła nos, jakby czuła jakiś przykry zapach, rodzice wydający bez opamiętania spadek Klementyny, matka wtrącająca się do wszystkiego i wreszcie miejscowe plotkary, zadające jej niestosowne pytania.
Nie czuła się tutaj jak na swoim, bo mieszkała w rodzinnym domu Miłosza, gdy jego w nim nie było. Gdyby nie wyjechał, zapewne nie pozwoliłby swojej matce na ciągłe przytyki kierowane pod adresem żony. Poza tym sama jego obecność sprawiała, że nie przychodziły jej do głowy żadne głupie pomysły. Wystarczyło jednak, że opuścił Kamieniec, a ona od razu zaczęła snuć marzenia o wyjeździe do miejsca, w którym znajdzie się z dala od czujnych oczu teściowej, upiornej matki i okolicznych matron.
Redakcja
Anna Seweryn-Sakiewicz
Korekta
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Joanna Jax, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384301975
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
1.
2.
3.
Strona redakcyjna
Spis treści
