Na własne ryzyko. Ukryte asymetrie w codziennym życiu /OP. MKK/ - Nassim Nicholas Taleb - ebook

Na własne ryzyko. Ukryte asymetrie w codziennym życiu /OP. MKK/ ebook

Nassim Nicholas Taleb

3,8

Opis

Intrygująca książka jednego z najbardziej znanych ekonomistów na świecie, która podważa nasze przekonania na temat ryzyka i korzyści, polityki i religii, finansów i osobistej odpowiedzialności

W swojej najbardziej jak dotąd prowokacyjnej książce jeden z czołowych myślicieli naszych czasów definiuje na nowo, co to znaczy zrozumieć świat, odnieść sukces w zawodzie, współtworzyć rzetelne i sprawiedliwe społeczeństwo, umieć wykrywać nonsensy i wpływać na innych. Powołując się na przykłady od Hammurabiego do Seneki, od giganta Anteusza po Donalda Trumpa, Nassim Nicholas Taleb pokazuje, jak gotowość do zaakceptowania ryzyka własnego stanowi niezbędny atrybut bohaterów, świętych i ludzi odnoszących sukcesy we wszystkich dziedzinach życia. Autor, w sposób jak zawsze jednocześnie przystępny i obrazoburczy, rzuca wyzwanie wielowiekowym przekonaniom na temat cnót tych, którzy stoją na czele wojskowych interwencji, dokonują inwestycji finansowych oraz promują religijne wyznania.

„Głos najbardziej proroczy ze wszystkich. . . Taleb jest prawdziwie wybitnym filozofem. . . kimś, kto jest w stanie zmienić nasz sposób postrzegania struktury świata - dzięki sile, oryginalności i prawdziwości swoich idei".

John Gray, GQ

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 359

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (13 ocen)
3
5
4
1
0

Popularność




Nassim Nicholas Taleb Na własne ryzyko. Ukryte asymetrie w codziennym życiu Tytuł oryginału Skin in the Game: Hidden Asymmetries in Daily Life ISBN Copyright © 2018 by Nassim Nicholas TalebAll rights reserved Copyright © 2019, 2020 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Zofia Domańska Konsultacja naukowa prof. dr hab. Maciej Krzak, Uczelnia Łazarskiego Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Projekt graficzny okładki Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dwóm odważnym mężom:

Ronowi Paulowi,

Rzymianinowi pośród Greków;

Ralphowi Naderowi,

grecko-fenickiemu świętemu

KSIĘGA 1 – WSTĘP

Książka ta, choć samodzielna, stanowi kontynuację serii ­Incerto będącą połączeniem: a) dyskusji praktycznych, b) przypowieści filozoficznych, c) naukowych i analitycznych komentarzy na temat losowości i tego, jak żyć, jeść, spać, dyskutować, spierać się, nawiązywać przyjaźnie, pracować, bawić się i podejmować decyzje w stanach niepewności. Choć tekst ten jest dostępny dla szerokiego grona czytelników, nie dajcie się zwieść: Incerto to esej, a nie popularyzacja prac przygotowanych gdzie indziej w nudnej formie (pomijając kwestię bycia — z technicznego punktu widzenia — kompanem Incerto).

Na własne ryzyko to cztery tematy w jednym: a) kwestia niepewności i rzetelności wiedzy (zarówno praktycznej, jak i naukowej, przy założeniu, że istnieje tu różnica), lub mówiąc w mniej uprzejmych słowach wykrywanie kitu, b) symetria w działaniach ludzi, a mianowicie w uczciwości, sprawiedliwości, odpowiedzialności i wzajemności, c) wymiana informacji w transakcjach, d) racjonalność w złożonych systemach i w rzeczywistym świecie. To, że tych czterech kwestii nie da się rozdzielić, jest oczywiste, gdy ryzykujemy w tej grze własną skórę1.

I nie chodzi tylko o to, że akceptowanie osobistej odpowiedzialności jest niezbędnym elementem uczciwości, efektywności handlowej i zarządzania ryzykiem: ryzykowanie własnej skóry jest niezbędne do rozumienia świata.

Po pierwsze, bzdurą i mydleniem oczu jest twierdzenie, że teoria i praktyka to dwie różne sprawy, podobnie zresztą jak rozróżnianie między taką sobie i prawdziwą wiedzą fachową, a także środowiskiem akademickim (w złym sensie tego słowa) i rzeczywistym światem. Jak powiedział Yogi Berra2, „dla środowiska akademickiego nie ma różnicy między środowiskiem akademickim a światem rzeczywistym; w prawdziwym świecie taka różnica istnieje”.

Po drugie, chodzi o zakłócenia symetrii i wzajemności w życiu: jeśli czerpiesz korzyści, musisz także ponieść pewne ryzyko, nie zaś pozwalać, aby to inni płacili za twoje błędy. Jeśli obarczasz ryzykiem innych, a oni poniosą szkodę, musisz za to zapłacić. Podobnie jak powinieneś traktować innych w sposób, w jaki chciałbyś być traktowany, chciałbyś dzielić się odpowiedzialnością za wydarzenia w sposób sprawiedliwy i równy.

Jeśli wypowiadasz opinię, w wyniku której ktoś podejmuje działanie, jesteś moralnie zobligowany do poniesienia stosownych konsekwencji. A gdy formułujesz prognozy ekonomiczne:

Nie mów, co „myślisz”, po prostu powiedz, co masz we własnym portfelu.

Po trzecie, książka ta zajmuje się tym, ile informacji należy praktycznie przekazać innym, co sprzedawca używanych samochodów powinien — lub nie powinien — opowiedzieć o pojeździe, na który właśnie zamierzasz przeznaczyć znaczną część swoich oszczędności.

Po czwarte, chodzi w niej o racjonalność i próbę czasu. Racjonalność w realnym świecie nie dotyczy tego, co ma sens dla twojego dziennikarza z „The New Yorkera”lub jakiegoś psychologa posługującego się naiwnymi modelami optymalizacyjnymi — to coś znacznie głębszego i statystycznego, związanego z twoim własnym przetrwaniem.

I nie pomyl pojęcia „ryzyko własne”, zdefiniowanego i stosowanego w tej książce, z problemem wyłącznie motywacyjnym, jedynie w kontekście udziału w zyskach (jak się to powszechnie rozumie w finansach). Nie. Bardziej chodzi o symetrię, o partycypowanie w szkodach, uiszczenie grzywny, jeśli coś pójdzie nie tak. Ta sama idea łączy ze sobą takie pojęcia, jak bonusy, kupowanie używanych samochodów, etyka, ekonomiczna teoria kontraktu, uczenie się (rzeczywiste życie kontra akademia), imperatyw Kanta, władza samorządowa, wiedza o ryzyku, kontakt intelektualistów z rzeczywistością, rozliczanie biurokratów, probabilistyczna sprawiedliwość społeczna, teoria opcji, prawe postępowanie, naciągacze, teologia… I tu się na razie zatrzymam.

MNIEJ OCZYWISTE ASPEKTY NARAŻANIA WŁASNEJ SKÓRY

Bardziej poprawny (choć bardziej niezręczny) tytuł książki brzmiałby: „Mniej oczywiste aspekty narażania własnej skóry: ukryte asymetrie i ich konsekwencje”. Bo po prostu nie lubię czytać książek, które informują mnie o tym, co oczywiste. Lubię być zaskakiwany. Zatem stosując wzajemność w stylu „na własne ryzyko”, nie zabiorę czytelnika w nudną, przewidywalną podróż w rodzaju wykładu uniwersyteckiego, ale raczej porwę na przygodę, jaką sam chciałbym przeżyć.

W związku z tym książka jest zorganizowana w następujący sposób. Wystarczy mniej więcej sześćdziesiąt stron, aby czytelnik przyswoił sobie znaczenie, częstotliwość występowania i wszechobecność osobistego ryzyka (w sensie symetrii) w większości jego aspektów. Ale nigdy nie drąży nazbyt szczegółowo, dlaczego coś ważnego jest ważne: łatwo zdeprecjonować jakąś zasadę, bez końca ją uzasadniając.

Podróż nienudna oznacza skupienie się na kroku drugim: zaskakujących implikacjach — tych ukrytych asymetriach, które przychodzą do głowy nie tak od razu — oraz mniej oczywistych konsekwencjach, z czego niektóre są dość niewygodne, za to większość okazuje się niespodziewanie pomocna. Zrozumienie działania zasady osobistej odpowiedzialności pozwala zrozumieć poważne łamigłówki leżące u podstaw tej delikatnej materii, jaką jest matryca rzeczywistości.

Na przykład:

Jak to się dzieje, że maksymalnie nietolerancyjne mniejszości prowadzą świat i narzucają nam swój styl? W jaki sposób uniwersalizm niszczy właśnie tych ludzi, którym miał pomagać? Jak to jest, że mamy dzisiaj więcej niewolników niż w czasach Imperium Rzymskiego? Dlaczego chirurdzy nie mieliby wyglądać jak chirurdzy? Dlaczego chrześcijańska teologia kładła taki nacisk na ludzką naturę Jezusa Chrystusa, która z konieczności jest odmienna od natury boskiej? Dlaczego historycy mieszają nam w głowach, mówiąc uczenie o wojnie, a nie o pokoju? Jak to się dzieje, że tanie wysyłanie sygnałów (bez podejmowania ryzyka) nie skutkuje w środowisku ekonomicznym ani religijnym? Jak to jest, że osoby z oczywistymi wadami charakteru wydają się bardziej realnymi kandydatami na eksponowanych polityków niż biurokraci o nieskazitelnych rodowodach? Dlaczego czcimy Hannibala? Jak to możliwe, że firmy bankrutują, gdy tylko ich menedżerowie zainteresują się robieniem czegoś dobrego? Dlaczego pogaństwo jest bardziej symetryczne w przekroju populacji? Jak należy prowadzić sprawy zagraniczne? Dlaczego nigdy nie powinniście dawać pieniędzy na organizacje charytatywne, chyba że działają one zgodnie z modelem biznesowym (mówiąc współczesnym żargonem — uberyzują się)? Dlaczego geny i języki rozprzestrzeniają się w różny sposób? Dlaczego liczy się skala społeczności (społeczność wędkarzy zmienia się ze współpracującej w wojującą, gdy tylko będzie o jednego za dużo na pomoście, czyli liczba zaangażowanych osób zwiększy się o ułamek)? Dlaczego ekonomia behawioralna nie ma nic wspólnego z badaniem zachowania jednostek, a rynki mają niewiele wspólnego z uprzedzeniami ich uczestników? Dlaczego racjonalność równa się tylko i wyłącznie przetrwaniu? Jaka jest podstawowa logika obarczania się ryzykiem?

Jednak autorowi, w przypadku partycypacji w ryzyku, chodzi głównie o sprawiedliwość, honor i poświęcenie, rzeczy, które dla człowieka mają wymiar egzystencjalny.

Osobista odpowiedzialność, stosowana jako zasada, redukuje skutki następujących niezgodności, które narastały wraz z rozwojem cywilizacji: między działaniem a pustą gadaniną (ang. tawk), konsekwencją a intencją, praktyką a teorią, honorem a reputacją, fachową wiedzą a szarlatanerią, konkretem a abstrakcją, tym, co etyczne, a tym, co zgodne z porządkiem prawnym, rzeczami autentycznymi a podrobionymi, handlarzem a biurokratą, przedsiębiorcą a dyrektorem generalnym korporacji, siłą a pokazówką, miłością a szukaniem żyły złota, Coventry a Brukselą, stanami Omaha a Waszyngtonem, ludźmi na ulicy a ekonomistami, autorami a redaktorami, pracą naukową a akademią, demokracją a sprawowaniem władzy, nauką a scjentyzmem, polityką a politykami, miłością a pieniądzem, duchem a literą, Katonem Starszym a Barackiem Obamą, jakością a reklamą, zaangażowaniem a sygnalizowaniem, oraz — co najważniejsze — między tym, co zbiorowe, a tym, co indywidualne.

Najpierw połączmy kilka kropek między pozycjami na powyższej liście za pomocą dwóch ujęć, aby sprawdzić, jak idea przekracza granice kategorii.

PROLOG, CZĘŚĆ 1 – Anteusz pokonany

Nigdy nie uciekaj od mamusi – Wciąż znajduję wojowników – Bob Rubin i jego fach – Systemy takie jak wypadki samochodowe

Anteusz był gigantem, a raczej półgigantem, w prostej linii synem Matki Ziemi, Gai, i Posejdona, boga morza. Miał dziwne zajęcie: zmuszał napotkanych u siebie, w (greckiej) Libii, wędrowców do walki; rzucał ofiarę na ziemię i miażdżył ją. To makabryczne hobby było najwyraźniej przejawem synowskiego oddania — celem Anteusza było zbudowanie świątyni Posejdonowi, swojemu ojcu, z czaszek ofiar jako budulca.

Anteusz miał być niepokonany, ale był pewien szkopuł. Czerpał on swoją siłę z kontaktu z Matką Ziemią. Fizycznie od niej oddzielony tracił całą moc. Herkules, w ramach projektu dwunastu prac (w jednej z wersji opowieści), miał za zadanie pokonać Anteusza. Udało mu się poderwać go z ziemi i zabić — zgniótł Anteusza, gdy jego stopy nie dotykały już matki.

Z tej pierwszej historii zapamiętajmy, że, podobnie jak w przypadku Anteusza, nie można oddzielić wiedzy od kontaktu z ziemią. W rzeczy samej niczego nie należy odrywać od kontaktu z realnym podłożem. Kontakt zaś ze światem rzeczywistym odbywa się poprzez ponoszenie osobistej odpowiedzialności, czyli kontakt z realnym światem i płacenie ceny w postaci konsekwencji, dobrych lub złych. Zadrapania i siniaki są naszymi drogowskazami w procesie zdobywania wiedzy i dokonywania odkryć — jest to rodzaj mechanizmu organicznej sygnalizacji, to, co Grecy nazwali pathemata mathemata („nauka poprzez cierpienie”, coś, co aż za dobrze znają matki małych dzieci). Pokazałem w Antykruchości, że większość rzeczy, które naszym zdaniem zostały „wynalezione” przez uniwersytety, tak naprawdę zostały odkryte w czasie majsterkowania, i dopiero później były legitymizowane przez pewien rodzaj formalizacji. Wiedza, którą otrzymujemy, majsterkując, stosując metodę prób i błędów, uwzględniając czynnik doświadczenia i czasu, innymi słowy, poprzez kontakt z ziemią, znacznie góruje nad wiedzą pozyskaną dzięki rozumowaniu. I jest to coś, co instytucje zajęte obsługą samych siebie skrzętnie przed nami ukrywają.

Zastosujmy to teraz do czegoś, co nietrafnie nazwano „tworzenie polityki”.

LIBIA PO ANTEUSZU

Ujęcie drugie. Gdy piszę niniejsze słowa, czyli kilka tysięcy lat później, w Libii, domniemanej ojczyźnie Anteusza, funkcjonują rynki niewolników będące rezultatem nieudanej próby czegoś, co określa się jako „obalenie reżimu” w celu „usunięcia dyktatora”. W 2017 roku działają tam na parkingach improwizowane rynki niewolników, gdzie pojmanych subsaharyjskich mieszkańców Afryki sprzedaje się oferentom proponującym najwyższą cenę.

Grupa osób sklasyfikowanych jako interwencjoniści (wymieńmy nazwiska choćby tych aktywnych w czasie pisania książki: Bill Kristol, Thomas Friedman i inni3), którzy promowali inwazję na Irak w 2003 roku, a także usunięcie przywódcy Libii w 2011 roku, opowiada się za narzuceniem kolejnej takiej zmiany reżimu na inne kraje, w tym Syrię, ponieważ ma ona „dyktatora”.

Owi miłośnicy interwencji i ich przyjaciele z Departamentu Stanu USA pomogli w tworzeniu, szkoleniu i wspieraniu islamskich rebeliantów, a następnie „umiarkowanych”, którzy jednak wyewoluowali, by stać się częścią Al-Kaidy, tej samej, która uderzyła w wieżowce w Nowym Jorku 11 września 2001 roku. W dziwny sposób nie pamiętają, że sama Al-Kaida składała się z „umiarkowanych rebeliantów” wykreowanych (lub też wyhodowanych) przez USA, by wspomóc walkę z radziecką Rosją — jak widać, w swoich procesach myślowych ci wykształceni ludzie nie korzystają z rekursji.

Zatem spróbowaliśmy tego, co nazwano zmianą reżimu w Iraku — z żałosnym skutkiem. Ponownie próbowaliśmy tego w Libii, po czym powstały tam czynne targi niewolników. Za to cel „usunięcia dyktatora” został osiągnięty. Stosując taki sposób rozumowania, lekarz mógłby wstrzyknąć pacjentowi „umiarkowanie złośliwe” komórki nowotworowe w celu poprawienia mu poziomu cholesterolu, by po zgonie pacjenta z dumą ogłosić sukces — zwłaszcza jeśli sekcja zwłok wykaże świetne wyniki badań cholesterolu. Ale wiemy przecież, że lekarze nie wstrzykują pacjentom „zabójczych leków”, przynajmniej nie jawnie, i to z konkretnego powodu. Na lekarzu spoczywa zwykle choćby minimalna odpowiedzialność osobista, wykazuje on względne zrozumienie funkcjonowania złożonych systemów oraz korzysta z budowanej od kilku tysięcy lat etyki determinującej postępowanie medyków.

I nie rezygnujmy z logiki, intelektu czy wykształcenia, ponieważ logiczne rozumowanie wyższego rzędu wykazałoby — o ile nie znajdzie się powodów do odrzucenia wszelkich dowodów empirycznych — że optowanie za zmianami systemowymi implikuje również popieranie niewolnictwa lub podobnej degradacji kraju (ponieważ są to jak dotąd typowe rezultaty takich akcji). Tak więc owi interwencjoniści nie tylko nie mają zmysłu praktycznego i nie wyciągają wniosków z historii, lecz także szwankuje ich rozumowanie, które tonie w wymyślnym, na poły abstrakcyjnym dyskursie naszpikowanym modnym słownictwem.

Ich trzy wady: 1) myślą statycznie, nie dynamicznie, 2) ich myśl jest pozbawiona szerszej perspektywy, nie jest to wielki format, 3) myślą w kategoriach działania, nigdy współdziałania. Dalej w książce ujrzymy w pełnej krasie, czym skutkuje taki defekt mentalnego rozumowania wykształconych (lub raczej prawie wykształconych) głupców. Tymczasem skonkretyzuję trzy takie skazy.

Po pierwsze, nie są oni w stanie myśleć w kontekście etapu drugiego ani nie zdają sobie sprawy z potrzeby jego wystąpienia, a jak każdy mongolski chłop wie — podobnie zresztą jak każdy kelner w Madrycie oraz taksówkarz w San Francisco — w prawdziwym życiu etapy drugi, trzeci, czwarty czy enty występują. Drugą skazą jest to, że nie są oni w stanie odróżnić wielowymiarowych problemów i ich jednowymiarowych objawów — jak w przypadku wielowymiarowej kwestii stanu ludzkiego zdrowia oraz jego płaskiej diagnozy zredukowanej do poziomu cholesterolu. Nie mogą zrozumieć, że empirycznymi złożonymi systemami nie rządzą oczywiste jednowymiarowe mechanizmy przyczynowo-skutkowe, i że biorąc pod uwagę tę nieprzezroczystość, nie należy w takich systemach „mieszać”. Wada ta ma swoją rozszerzoną wersję: porównywanie działań „dyktatora” z działaniami premiera Norwegii lub Szwecji, a nie z lokalnymi alternatywami. Trzeci defekt polega na tym, że nie da się przewidzieć ani sposobu ewoluowania tych, którym pomaga się poprzez atak, ani też efektu wzmocnienia w sprzężeniu zwrotnym.

LUDIS DE ALIENO CORIO4

A kiedy następuje eksplozja, ludzie ci przywołują czynnik nieprzewidywalności, coś, co po publikacji książki (bardzo) upartego faceta nosi miano czarnego łabędzia (chodzi o nieoczekiwane, bardzo brzemienne w skutkach zdarzenie), jakby nie zdawali sobie sprawy, że nie należy majstrować przy systemie, jeśli wyniki są wysoce niepewne, lub, bardziej ogólnie, należy unikać angażowania się w działanie z choćby jedną wyraźną wadą, jeśli nie ma się zielonego pojęcia, jakie będą skutki. Kwestią zasadniczą jest tutaj to, że interwencjonista jest całkowicie wadoodporny. Kontynuuje swoje praktyki gdzieś na przedmieściach, w zaciszu termicznie izolowanego domu z garażem na dwa samochody, psem, małym placem zabaw i wolnym od pestycydów trawnikiem, na którym bawi się jego 2,2 dziecka z nadopiekuńczą mamą.

Wyobraźmy sobie ludzi z podobnym upośledzeniem umysłowym, ludzi, którzy nie rozumieją asymetrii, a jednak są pilotami samolotów. Niekompetentni piloci, ci, którzy nie potrafią wyciągać wniosków z doświadczeń lub ochoczo podejmują ryzyko, którego nie rozumieją, mogą zabić wielu. Jednak akurat oni spoczną gdzieś na dnie oceanu w rejonie, dajmy na to, Trójkąta Bermudzkiego, i przestaną stanowić zagrożenie dla innych. Nie tutaj.

W efekcie nasz zbiór „inteligentnych” ludzi pełen jest osób cierpiących na urojenia, dosłownie chorych umysłowo, którzy nigdy nie ponoszą konsekwencji swoich działań, za to powtarzają modne hasła pozbawione wszelkiej głębi (na przykład ciągle używają terminu „demokracja”, jednocześnie udzielając wsparcia siepaczom — o demokracji czytali na studiach). Ogólnie rzecz biorąc, gdy słyszysz kogoś, kto powołuje się na abstrakcyjne modernistyczne pojęcia, możesz założyć, że zdobył jakieś wykształcenie (ale niewystarczające lub nie w tym temacie) i przed nikim się nie spowiada.

W dniu dzisiejszym niewinni ludzie — jazydzi, mniejszości chrześcijańskie na Bliskim (i Środkowym) Wschodzie, mandaici, Syryjczycy, Irakijczycy i Libijczycy — musieli zapłacić cenę za błędy tych interwencjonistów, którzy siedzą sobie właśnie w wygodnych klimatyzowanych biurach. A to, jak się przekonamy, narusza zarówno samo pojęcie sprawiedliwości wykuwane od czasów przedbiblijnych już w Babilonie, jak i konstrukcję etyczną — ów pierwotny wzorzec, dzięki któremu ludzkość przetrwała.

Zasada interwencji, podobnie jak w przypadku uzdrowicieli, brzmi: po pierwsze nie szkodzić (primum non nocere); nawet więcej, będziemy argumentować, że ci, którzy nie podejmują ryzyka osobistego, nigdy nie powinni być zaangażowani w podejmowanie decyzji.

Idźmy dalej:

Zawsze byliśmy szaleni, ale zawsze brakowało nam umiejętności, aby zniszczyć świat. Już je mamy.

Powróćmy do „niosących pokój” interwencjonistów i zbadajmy na przykładzie konfliktu izraelsko-palestyńskiego, w jaki sposób ich pokojowe procesy powodują impas.

WOJOWNICY WCIĄŻ TU SĄ

Idea osobistej odpowiedzialności jest wpisana w nasze dzieje. Historycznie rzecz biorąc, wszyscy watażkowie i podżegacze wojenni sami byli wojownikami, a społeczeństwami zarządzały — z nielicznymi wyjątkami — osoby podejmujące ryzyko, a nie osoby cedujące ryzyko.

Wybitni ludzie ryzykowali znacznie bardziej niż zwykli obywatele. Będąc cesarzem rzymskim, Julian Apostata, o którym więcej później, poniósł śmierć na polu bitwy w niekończącej się wojnie na perskiej granicy. Co do Juliusza Cezara, Aleksandra i Napoleona można by dyskutować, biorąc pod uwagę zwyczajowe zamiłowanie historyków do legend, ale tutaj dowód leży jak na dłoni. Nie ma lepszego historycznego świadectwa na to, że cesarz stanął na czele swoich żołnierzy w bitwie, niż perska włócznia tkwiąca w jego piersi (Julian nie włożył pancerza ochronnego). Jeden z jego poprzedników, Walerian, został schwytany na tej samej granicy i podobno perski król, Shapur, korzystał z niego w charakterze podnóżka przy dosiadaniu konia. Ostatniego zaś cesarza bizantyjskiego, Konstantyna XI Paleologa, widziano ostatni raz, gdy zdejmował swoją fioletową togę, by następnie dołączyć do Janisa Dalmatusa i swojego kuzyna, Teofila ­Paleologa. Wymachując mieczami, dumnie ruszyli na spotkanie pewnej śmierci, gdy we trójkę przypuścili szturm na tureckie oddziały. A przecież według legendy Konstantynowi oferowano, w przypadku kapitulacji, dogadanie się. To nie są oferty dla szanujących się królów.

Opowieści takie nie są odosobnione. Bazująca na statystyce funkcja myślowa autora podpowiada bez wątpliwości: mniej niż co trzeci z cesarzy rzymskich spotkał śmierć we własnym łóżku — i można by twierdzić, że biorąc pod uwagę fakt, iż tylko kilku z nich zmarło w podeszłym wieku, gdyby pożyli dłużej, zginęliby albo w zamachu stanu, albo w bitwie.

Nawet dzisiaj legitymizacja monarchów wynika z umowy społecznej zakładającej podejmowanie fizycznego ryzyka. Brytyjska rodzina królewska dopilnowała, aby jeden z jej członków, książę Andrzej, podjął większe ryzyko niż „plebs” podczas wojny na Falklandach w 1982 roku — jego helikopter trafił na linię frontu. Dlaczego? Ponieważ noblesse oblige; status pana tradycyjnie rodzi się z zapewniania ochrony innym, następuje wymiana ryzyka osobistego na prestiż — i tak się zdarzyło, że pamiętano o tej umowie. Nie możesz być panem, jeśli nim nie jesteś.

FACH BOBA RUBINA

Niektórzy myślą, że pozbycie się wojowników na szczycie drabiny oznacza cywilizację i postęp. Nie oznacza. Gdyż:

Biurokracja jest konstrukcją, dzięki której osoba zostaje wygodnie oddzielona od konsekwencji swoich działań.

Co — można by zapytać — da się z tym zrobić, skoro scentralizowany system będzie potrzebował osób, które nie są bezpośrednio narażone na koszty popełnianych błędów?

Cóż, nie mamy innego wyboru, jak tylko decentralizować lub, grzeczniej, lokalizować, czyli redukować liczbę nietykalnych decydentów.

Decentralizacja bazuje na prostym założeniu, że łatwiej sknocić w ­skali makro niż mikro.

Decentralizacja zmniejsza duże strukturalne asymetrie.

Ale nie martwmy się, jeśli nie zdecentralizujemy i nie rozdzielimy odpowiedzialności, stanie się to samoczynnie, w sposób znacznie bardziej bolesny: system pozbawiony mechanizmu osobistej odpowiedzialności przy narastającej nierównowadze ostatecznie eksploduje i w ten właśnie sposób sam się naprawi. Jeśli przetrwa.

Na przykład krach banków z 2008 roku wystąpił na skutek nagromadzenia ukrytych i asymetrycznych rodzajów ryzyka w systemie: bankowcy, mistrzowie w dziedzinie transferów ryzyka, mogli uzyskiwać stabilne dochody dzięki istnieniu pewnej kategorii ukrytych, grożących eksplozją zagrożeń. Stosowali oni akademickie modele ryzyka, które sprawdzają się tylko na papierze (bo akademicy wiedzą o ryzyku tyle co nic), a po wybuchu przywołali aspekt niepewności (tego samego niewidzialnego i nieprzewidywalnego czarnego łabędzia tego samego, bardzo, ale to bardzo upartego autora), przy czym ich dochody nie uległy zmianie — to właśnie nazywam fachem Boba Rubina.

Fach Boba Rubina? Robert Rubin, były sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych, jeden z tych, którzy składają swoje podpisy na banknotach wyciąganych przez was przy płaceniu za kawę, zainkasował ponad 120 milionów dolarów w ramach wynagrodzenia od Citibanku w dekadzie poprzedzającej bankowy krach 2008 roku. Kiedy bank, dosłownie niewypłacalny, został uratowany przez podatnika, Rubin nie wystawił żadnego czeku zwrotnego — w ramach wymówki powołał się na niepewność. Jak wypadła reszka, wygrywał, a jak orzeł, krzyczał: „czarny łabędź”. Ponadto Rubin nie przyznał, że przerzucił ryzyko na podatników: specjaliści od gramatyki języka hiszpańskiego, szkolni nauczyciele stażyści, majstrzy w fabrykach puszek, dietetycy wegetarianie i urzędnicy prokuratorów okręgowych „powstrzymywali go” od wzięcia na siebie ryzyka i poniesienia kosztów strat. Ale najbardziej ucierpiały wolne rynki, ponieważ społeczeństwo, już wtedy skłonne znienawidzić finansjerę, zaczęło łączyć wolne rynki z wyższymi formami korupcji i kumoterstwa, podczas gdy w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: to rząd, a nie rynek, umożliwia takie sytuacje dzięki mechanizmom ratunkowym. Nie chodzi tylko o dofinansowanie: ingerencja centralnej władzy zasadniczo usuwa element osobistej finansowej odpowiedzialności.

Dobra wiadomość jest taka, że pomimo działań administracji rządowej Obamy, która chciała chronić samą grę i bankierów goniących za rentą5, biznes podejmujący ryzyko zaczął zwracać się w kierunku niewielkich niezależnych struktur zwanych funduszami hedgingowymi. Posunięcie to nastąpiło głównie z powodu zdominowania zbiurokratyzowanego systemu przez urzędników przekładających papiery z miejsca na miejsce (przekonanych, że ich praca polega głównie na przekładaniu papierów z miejsca na miejsce), którzy przeciążyli system bankowy zasadami — jednak na tysiącach stron pełnych dodatkowych przepisów pominęli oni zapis o ponoszeniu osobistej odpowiedzialności. Po drugiej zaś stronie rzeki, w zdecentralizowanej przestrzeni funduszy hedgingowych, właściciele-operatorzy mają co najmniej połowę swojej wartości netto ulokowanej w funduszach, co czyni ich relatywnie bardziej narażonymi na ryzyko niż jakiegokolwiek z ich klientów, gdyż w razie katastrofy idą pod wodę wraz z całym statkiem.

SYSTEMY UCZĄ SIĘ PRZEZ USUWANIE

A teraz, jeśli zamierzacie wyeksponować tylko jeden fragment tej książki, oto on. Przypadek interwencjonisty ma dla naszej historii kluczowe znaczenie, ponieważ pokazuje, że brak elementu osobistej finansowej odpowiedzialności oznacza zarówno etyczne, jak i epistemologiczne (czyli związane z wiedzą) skutki. Zobaczyliśmy już, że interwencjoniści nie uczą się, ponieważ nie są ofiarami swoich błędów i, jak wspominaliśmy, dzięki zasadzie pathemata mathemata:

Mechanizm transferowania ryzyka utrudnia również uczenie się.

Bardziej praktycznie:

Nigdy nie przekonasz kogoś do końca, że się myli; tylko rzeczywistość może tego dokonać.

Mówiąc precyzyjniej, rzeczywistość nie dba o wygranie sporu: liczy się przetrwanie.

Ponieważ:

Przekleństwem nowoczesności jest to, że żyje wśród nas coraz więcej ludzi, którzy lepiej coś wyjaśniają, niż rozumieją,

lub raczej lepiej coś wyjaśniają, niż robią.

Zatem uczenie się nie jest czymś, czego uczymy więźniów instytucji o zaostrzonym rygorze, zwanych szkołami. W biologii uczenie się jest czymś, co dzięki filtrowi w postaci selekcji międzypokoleniowej zostaje odciśnięte na poziomie komórkowym — osobista odpowiedzialność, śmiem twierdzić, bardziej przypomina filtr niż straszak. Ewolucja może nastąpić tylko wtedy, gdy istnieje ryzyko wyginięcia. Idąc dalej:

Bez ryzykowania nie ma ewolucji.

Ten ostatni punkt jest dość oczywisty, ale nieustannie widzę akademików niepoczuwających się do osobistej odpowiedzialności, którzy bronią ewolucji, jednocześnie odrzucając ryzyko własne czy możliwość dzielenia go z innymi. Odrzucają koncepcję projektu przygotowanego przez wszechwiedzącego stwórcę, narzucając zatem ludzki projekt tak, jak gdyby posiedli wiedzę o wszystkich jego konsekwencjach. Ogólnie rzecz biorąc, im ktoś bardziej czci stan nienaruszalnej świętości (czytaj: duże korporacje), tym bardziej nienawidzi ryzyka własnego. Im bardziej ludzie wierzą w swoje zdolności prognozowania, tym bardziej nienawidzą ryzyka własnego. Im żarliwiej noszą garnitury i krawaty, tym bardziej nienawidzą ryzyka własnego.

Wracając do naszych interwencjonistów, przekonaliśmy się, że ludzie ci zasadniczo nie uczą się na własnych — ani czyichś — błędach; uczy się raczej system, który wybiera ludzi mniej skłonnych popełniać pewne konkretne błędy, a innych eliminuje.

Systemy uczą się poprzez usuwanie elementów, via negativa6.

Wielu kiepskich pilotów, jak już wspomnieliśmy, spoczywa obecnie na dnie Atlantyku, wielu niebezpiecznych, złych kierowców znalazło kwatery na cichych cmentarzach przy ładnych, wysadzanych drzewami alejkach. Transport nie stał się bezpieczniejszy tylko dlatego, że ludzie uczą się na błędach, ale dlatego, że system działa. Doświadczenie systemu różni się od doświadczenia jednostek; podstawą jego działania jest filtrowanie.

Podsumujmy:

Osobiste ryzyko trzyma ludzką pychę w szachu.

Przejdźmy teraz dalej, do drugiej części prologu, i rozważmy pojęcie symetrii.

PROLOG, CZĘŚĆ 2 – Krótka wycieczka po symetrii

Metaeksperci oceniani przez metametaekspertów – Prostytutki, nieprostytutki i amatorzy – O co chodzi Francuzom z tym Hammurabim – Dumas zawsze jest wyjątkiem

I. OD HAMMURABIEGO DO KANTA

Symetria w duchu podejmowania osobistego ryzyka, aż do niedawnej intelektualizacji życia, była domyślnie uznawana za główną zasadę zorganizowanego społeczeństwa, czy też jakiejkolwiek formy zbiorowego życia, gdzie ludzie spotykają się lub wchodzą ze sobą w relacje częściej niż raz. Reguła ta musiała nawet poprzedzać osadnictwo ludzkie, ponieważ funkcjonuje także w wyrafinowanej, a nawet bardzo wyrafinowanej formie w królestwie zwierząt. Albo, parafrazując, musiała tam dominować, inaczej życie by wyginęło — przerzucanie się ryzykiem rozwala system. Sama zaś idea prawa, boskiego lub innego, osadzona jest w naprawianiu nierówności i korygowaniu asymetrii.

Udajmy się na moment w podróż, od Hammurabiego do Kanta, gdzie reguła ta uległa cyzelowaniu wraz z rozwojem cywilizowanego życia.

Hammurabi w Paryżu

Kodeks Hammurabiego wyryto mniej więcej 3800 lat temu na bazaltowej steli, którą posadowiono na centralnym placu w Babilonie tak, by każdy piśmienny człowiek mógł go poczytać, a raczej poczytać innym, którzy czytać nie potrafili. Zawiera on 282 prawa i jest uważany za pierwszą kodyfikację naszego istniejącego prawa. Kodeks ten ma pewien motyw przewodni: ustanawia symetrie dla transakcji zawieranych przez ludzi tak, by nikt nie mógł transferować ukrytego ryzyka mało prawdopodobnych zdarzeń, ryzyka roszczeń lub ryzyka w stylu Rubina. Tak, fach, którym para się Bob Rubin, ma już 3800 lat, jest tak stary jak cywilizacja, podobnie jak zasady, które z nim walczą.

Czym jest ogon? Przyjmijmy na razie, że są to wyjątkowe wydarzenia o niskiej częstotliwości występowania. Nazywa się je ogonem, ponieważ na wykresach częstotliwości w kształcie dzwonu znajdują się na lewym lub prawym skraju (mają niską częstotliwość), co z jakiegoś powodu, którego nie potrafię wyjaśnić, ludzie zaczęli nazywać ogonem — i tak już zostało.

Najbardziej znane zalecenie Hammurabiego brzmi: „Jeśli budowniczy zbuduje dom, a dom się zawali i spowoduje śmierć właściciela, budowniczy zostanie skazany na śmierć”.

Ponieważ, podobnie jak w przypadku giełdowych spekulantów, najlepszym sposobem na ukrycie ryzyka jest chowanie go „po kątach”, czyli lokowanie wrażliwych punktów w rzadko występujących okolicznościach, które może wykryć tylko architekt (lub handlowiec) — chodzi o to, aby w momencie eksplozji znajdować się już daleko, w znaczeniu czasu i miejsca. Jak powiedział mi pewien stary, lubiący trunki, rumiany brytyjski bankier w ramach nieproszonej rady zawodowej: „Udzielam tylko długoterminowych pożyczek. Kiedy dojrzewają do spłaty, chcę już być daleko. I być osiągalny tylko w rozmowie międzymiastowej”. Człowiek ten pracował dla międzynarodowych banków i przetrwał, prowadząc swoją grę: zmieniał kraj co pięć lat, i z tego co pamiętam, co dziesięć lat zmieniał również żony, a banki co dwanaście. Nie musiał jednak ukrywać się ani bardzo daleko, ani też bardzo głęboko pod ziemią: do niedawna nikomu jeszcze nie udało się cofnąć (czytaj: odzyskać) premii już wypłaconych bankierom, gdy coś poszło nie tak. A jednak, co nie dziwi znowu tak bardzo, w 2008 roku Szwajcarzy zaczęli je anulować.

Znane prawo talionu, lex talionis, „oko za oko”, pochodzi z czasów Hammurabiego. Ma ono charakter metaforyczny, nie dosłowny: nie trzeba w rzeczywistości usuwać oka — stąd zasada ta jest o wiele bardziej realistyczna, niż się w pierwszej chwili wydaje. W słynnej dyskusji talmudycznej (w Bava Kamma) rabin argumentuje, że postępując zgodnie z literą tego prawa, jednooki zapłaciłby tylko połowę kary, jeśli oślepiłby osobę z dwojgiem oczu, a niewidomy wyszedłby bez szwanku. A co, jeśli ktoś niewielkiego wzrostu zabija bohatera? Przez analogię nie trzeba amputować nogi lekkomyślnego lekarza, który odciął komuś niewłaściwą nogę: system deliktowy, poprzez sądy, a nie regulacje, dzięki działaniom Ralpha Nadera7, nałoży jakąś karę wystarczającą, by chronić konsumentów i obywateli przed zakusami potężnych instytucji. Oczywiście system prawny może produkować substancje drażniące (szczególnie w przypadku czynów niedozwolonych — deliktów) i dysponuje swoją klasą osób w ciągłej pogoni za rentą, ale zdecydowanie lepiej się mamy, narzekając na prawników, niż narzekając, że ich nie mamy.

Mówiąc praktyczniej, niektórzy ekonomiści próbują mnie winić za to, że chcę cofnąć ochronę przed likwidacją dla przedsiębiorstw w stanie upadłości, oferowaną im w dzisiejszych czasach; niektórzy oskarżali mnie nawet o chęć przywrócenia instytucji gilotyny dla bankierów. Nie jestem aż tak dosłowny: chodzi tylko o wymierzenie wystarczająco wysokiej kary, wystarczy, aby fach Boba Rubina nie był aż tak atrakcyjny oraz by chronić społeczeństwo.

Idźmy dalej. Z jakiegoś powodu, którego nie pojmuję, jedną z wielu dziwnych rzeczy, które można znaleźć tylko we Francji, jest Kodeks Hammurabiego, stela z szarego diorytu, wyeksponowana w paryskim Luwrze. A Francuzi, którzy zwykle wiedzą o wielu rzeczach, o których my z kolei wiemy niewiele, zdają się o tym nie wiedzieć. Jak się wydaje, tylko koreańscy turyści z kijkami do selfie dysponują tu jakąś wiedzą.

Podczas przedostatniej wizyty w tym miejscu zdarzyło mi się wygłosić wykład do francuskich finansistów w sali konferencyjnej gmachu muzeum na temat pomysłów z tej książki oraz pojęcia osobistej odpowiedzialności. Mówiłem tuż po człowieku, który pomimo wyglądu (i osobowości) niczym z mezopotamskich statui, stanowił uosobienie braku skłonności do brania na siebie ryzyka: były prezes Rezerwy Federalnej, Ben Bernanke. Ku mojemu zasmuceniu, kiedy publicznie skomentowałem, korzystając z ironii całej sytuacji, że prawie cztery tysiące lat temu byliśmy bardziej wyrafinowani w tych sprawach i że pomnik to upamiętniający znajduje się zaledwie 90 metrów od miejsca, w którym jesteśmy, nikt w pomieszczeniu, pomimo wysokiej kultury francuskich finansistów, nie zorientował się, o czym mówię. Nikt nie wiedział o Hammurabim nic poza tym, że był graczem w mezopotamskiej geopolityce, nikt nie podejrzewał, że może mieć on cokolwiek wspólnego z podejmowaniem ryzyka i ponoszeniem odpowiedzialności przez bankierów.

Tabela 1 prezentuje postępy w rozwoju zasad symetrii, począwszy od Hammurabiego, zatem sprawdźmy.

TABELA 1. EWOLUCJA MORALNEJ SYMETRII

HAMMURABI/ LEX TALIONIS

15. PRAWO ŚWIĘTOŚCI I SPRAWIEDLIWOŚCI

SREBRNA REGUŁA

ZŁOTA REGUŁA

ZASADA PRAWA UNIWERSALNEGO

„Oko za oko, ząb za ząb” (Hammurabi, Księga Wyjścia 21,24)

„Będziesz miłował bliźniego jak siebie samego” (Księga Kapłańska 19,18)

„Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie!” (Ewangelia wg św. ­Mateusza 7,12)

„Postępuj tylko wedle takiej maksymy, co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się ona prawem powszechnym” (Kant 1785, 4, 421)

Z: TALEB, SANDIS, 2013

Srebro ponad złoto

Szybko omówmy poszczególne zasady na prawo od Hammurabiego. Księga Kapłańska je słodzi. Złota reguła chce, aby traktować innych tak, jak chcielibyśmy, aby nas traktowano. Solidniejsza srebrna reguła mówi: „Nie traktuj innych tak, jakbyś nie chciał, aby traktowali ciebie”. Bardziej niezawodna? Dlaczego? Dlaczego srebrna reguła jest bardziej niezawodna?

Po pierwsze, mówi nam, aby pilnować własnego nosa i nie decydować, co jest „dobre” dla innych. Z większą jasnością wiemy, co jest złe niż co jest dobre. Srebrna reguła może być postrzegana jako negatyw złotej reguły, a jak mi co trzy tygodnie udowadnia mój kalabryjski (i mówiący po kalabryjsku) fryzjer, via negativa (działanie poprzez usuwanie) jest skuteczniejsza i mniej podatna na błędy niż via positiva (działanie poprzez dodanie8).

Teraz nieco o „innych” w czynieniu innym. Angielski zaimek you może oznaczać zarówno „ty” (l. poj.), jak i „wy” (l. mn.), zatem może wskazywać na konkretną osobę, drużynę koszykówki lub Północno-Wschodnie Stowarzyszenie Mówiących po Kalabryjsku. To samo dotyczy słowa „inni”. Jego idea jest fraktalna w tym sensie, że funkcjonuje we wszystkich skalach: dla ludzi, plemion, społeczeństw, grup społeczeństw, krajów itd., zakładając, że każda z nich jest oddzielną samodzielną jednostką i może traktować inne odpowiedniki w ten sam sposób.

Podobnie jak jednostki powinny traktować innych tak, jak chciałyby być traktowane (lub unikać bycia źle traktowanymi), rodziny jako jednostki powinny traktować inne rodziny w ten sam sposób. I jeszcze coś, co sprawia, że interwencjoniści z prologu 1 stają się jeszcze bardziej niestrawni — podobnie powinny postępować kraje. Ponieważ Izokrates, mądry ateński mówca, ostrzegał nas już w V wieku p.n.e., że narody powinny traktować inne narody według srebrnej reguły. Napisał on: „Postępujcie ze słabszymi państwami tak, jak według was silniejsze państwa mają postępować z wami”.

Nikt nie uosabia idei symetrii lepiej niż Izokrates, który żył ponad sto lat i najwięcej zdziałał, mając ich dziewięćdziesiąt kilka. Udało mu się nawet ukuć wyjątkową, dynamiczną wersję złotej reguły: „Zachowuj się w stosunku do swoich rodziców tak, jak chcesz, aby twoje dzieci zachowywały się w stosunku do ciebie”. Musieliśmy poczekać na wspaniałego trenera bejsbolu, Yogi Berrę, aby wzbogacić się o kolejną, równie dynamiczną regułę symetrycznych relacji: „Chodzę na pogrzeby innych, żeby przyszli na mój”.

Bardziej efektywne, oczywiście, jest odwrócenie spojrzenia — traktujmy swoje dzieci tak, jak chcielibyśmy być traktowani przez naszych rodziców9.

Ideą pierwszej poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych jest ustanowienie symetrii w duchu srebrnej reguły: możesz praktykować swoją wolność religijną, o ile pozwalasz mi praktykować moją; masz prawo zaprzeczyć mi, dopóki ja mam prawo zaprzeczyć tobie. Faktycznie, nie ma demokracji bez tak bezwarunkowej symetrii w prawie do wyrażania siebie, a najpoważniejszym zagrożeniem jest śliska równia pochyła w próbach ograniczenia wolności słowa z powodu tego, że niektóre z nich mogą ranić uczucia innych ludzi. Takie ograniczenia niekoniecznie pochodzą od samego państwa, lecz raczej od silnego umocowania intelektualnej monokultury poprzez hiperaktywną policję myśli w mediach i życiu kulturalnym.

Zapomnijta o uniwersalizmie

Stosując symetrię do relacji między jednostką a zbiorowością, otrzymujemy cnotę, klasyczną cnotę, która obecnie nazywa się etyką cnót. Ale jest jeszcze jeden krok: po prawej stronie tabeli 1 znajduje się imperatyw kategoryczny Immanuela Kanta, który streszczę następująco: „Zachowuj się tak, aby twoje działanie można było uogólnić i przełożyć na zachowanie każdego, w każdym miejscu, w każdych warunkach”. Oryginalny tekst jest trudniejszy: „Postępuj wedle takich tylko zasad, co do których możesz jednocześnie chcieć, żeby stały się prawem powszechnym”, napisał Kant w tym, co jest znane jako pierwsza formuła. I „postępuj w taki sposób, aby traktować ludzkość, czy to w twojej osobie, czy w osobie jakiejkolwiek innej, nigdy tylko jako środek do celu, ale zawsze równocześnie jako cel”, w tym, co znane jest jako druga formuła.

Formuła-bambuła, zapomnijta o Kancie, ponieważ wszystko robi się zbyt skomplikowane, a rzeczy, które się komplikują, oznaczają problemy. Pominiemy więc drastyczne podejście Kanta z jednego głównego powodu:

Uniwersalne zachowanie świetnie sprawdza się na papierze, w praktyce to katastrofa.

Dlaczego? Powtarzać tu będziemy do znudzenia: jesteśmy żyjącymi lokalnie, praktycznymi zwierzętami wyczulonymi na skalę. Małe nie jest duże; namacalne nie jest abstrakcją; emocjonalne nie jest logiczne. Tak jak twierdziliśmy, że mikro działa lepiej niż makro, najlepiej jest unikać ogólników w rozmowie z naszym mechanikiem samochodowym. Powinniśmy się skupić na naszym najbliższym otoczeniu; potrzebujemy prostych, praktycznych zasad. Co gorsza, uogólnienia i abstrakcja mają tendencję do przyciągania do siebie obłudnych psychopatów przypominających interwencjonistów z części 1 prologu.

Innymi słowy, Kant nie zrozumiał pojęcia skalowania, ale wielu z nas jest ofiarami Kantowskiego uniwersalizmu. (Jak widzieliśmy, nowoczesność wybierze abstrakcję przed konkretem, wojownicy sprawiedliwości społecznej zostali oskarżeni o „traktowanie ludzi jak kategorie, nie jednostki”). Niewielu, poza religią, naprawdę pojmowało pojęcie skalowania przed wielką myślicielką polityczną, Elinor Ostrom, o której nieco więcej w rozdziale 1.

W rzeczywistości głębokim przesłaniem tej książki jest wskazanie na niebezpieczeństwo, że uniwersalizm posunął się o dwa lub trzy kroki za daleko w mylnym łączeniu mikro z makro. Podobnie istotą idei czarnego łabędzia była platonifikacja, pominięcie centralnych, ale ukrytych elementów rzeczy w procesie przekształcania ich w abstrakcyjne idee, a następnie wywoływanie eksplozji.

II. OD KANTA DO GRUBEGO TONY’EGO

Przejdźmy do teraźniejszości, do transakcyjnej, bardzo transakcyjnej teraźniejszości. W New Jersey symetria z punktu widzenia Grubego Tony’ego może po prostu oznaczać: „Nie sprzedawajcie bzdur, nie kupujcie bzdur”. Jego bardziej praktyczne podejście:

Zacznij od bycia miłym dla każdej napotkanej osoby. Ale jeśli ktoś cię przyciśnie, przyciśnij i ty jego.

Kim jest Gruby Tony? Jest postacią z książki Incerto, która swoim zachowaniem, wyborami w sytuacji niepewności, rozmową, stylem życia, obwodem pasa i nawykami żywieniowymi stanowi dokładne przeciwieństwo twojego analityka z Departamentu Stanu czy wykładowcy ekonomii. Jest również spokojny i niewzruszony, chyba że ktoś naprawdę nadepnie mu na odcisk. Wzbogacił się, pomagając ludziom, których nazywa frajerami, oderwać się od swoich funduszy (lub, jak to często bywa, od funduszy ich klientów, bo ludzie ci ryzykują, dysponując cudzymi pieniędzmi).

Tak się składa, że symetria ta łączy się bezpośrednio z moim zawodem: handlarza opcjami. W przypadku opcji jedna osoba (nabywca opcji) ma potencjał zysku, jeśli cena aktywa zmieni się korzystnie, druga zaś strona (sprzedawca) pokrywa straty kupującego opcje w razie zmiany ceny w złym kierunku. To wszystko po wcześniej uzgodnionej cenie. Podobnie jak w umowie ubezpieczenia, gdzie transfer ryzyka następuje za opłatą. Jakakolwiek znacząca dysfunkcja takiej symetrii — wraz z przenoszeniem odpowiedzialności — zawsze prowadzi do sytuacji wybuchowej, jak to obserwowaliśmy w czasie kryzysu gospodarczego 2008 roku.

Symetria ta dotyczy również dopasowania interesów w danej transakcji. Odświeżmy wcześniejsze argumenty: jeśli zyski rosną tylko u bankierów, a ich straty są po cichutku transferowane na społeczeństwo (nauczycieli gramatyki języka hiszpańskiego, stażystów w szkołach podstawowych…), rodzi się podstawowy problem — ukrywane ryzyko będzie nieustannie puchnąć, aż do ostatecznego wybuchu. Przepisy, które na papierze wydają się lekarstwem, tylko zaostrzają komplikacje, ponieważ ułatwiają ich ukrywanie.

Co prowadzi nas do problemu znanego jako problem agencji.

Oszust, głupiec albo jedno i drugie

Jedno praktyczne rozszerzenie srebrnej reguły (to ta, która mówi: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”):

Unikaj porad kogoś, kto radzi, jak żyć, o ile w razie czego nie grozi mu kara.

Przypomnijmy sobie wcześniejszy komentarz na temat tego, w jaki sposób „Ufam ci” obejmuje zarówno etykę, jak i wiedzę. W niepewnych sytuacjach zawsze istnieje czynnik przypadkowych głupców i przypadkowych oszustów — pierwszemu brak zrozumienia, drugi ma nieczyste pobudki. Pierwszy, głupiec, podejmuje ryzyko, którego nie rozumie, myląc swoje szczęście w przeszłości z umiejętnościami, a drugi, oszust, przenosi ryzyko na innych. Ekonomiści, gdy mówią o akceptowaniu ryzyka, zajmują się tylko tym drugim.

Prześwietlmy kwestię pośrednictwa dobrze znaną i przestudiowaną przez firmy ubezpieczeniowe. To proste — sam wiesz o wiele więcej o własnym zdrowiu niż jakikolwiek ubezpieczyciel. Masz więc motywację, aby uzyskać polisę ubezpieczeniową, gdy wykryjesz chorobę, zanim ktoś się o niej dowie. Uzyskując ubezpieczenie, kiedy to ci pasuje, a nie wtedy, gdy jesteś zdrowy, kosztujesz system więcej, niż do niego wkładasz, co powoduje podwyżkę składki wpłacanej przez wszystkich innych niewinnych ludzi (w tym, ponownie, nauczycieli gramatyki języka hiszpańskiego). Firmy ubezpieczeniowe dysponują różnymi metodami eliminowania tego typu nierównowagi, takimi jak wysokie udziały własne w szkodzie.

Problem agencji (inaczej relacje pryncypała i jego agenta) przejawia się także w niedopasowaniu interesów w transakcjach: interesy sprzedawcy w transakcji jednorazowej nie są zbieżne z twoimi — skutkiem czego może coś przed tobą ukrywać.

Ale czynnik zniechęcający to za mało: prawdziwy problem to głupota. Niektórzy ludzie nie wiedzą, co jest dla nich dobre — wystarczy popatrzeć na osoby uzależnione, na pracoholików, ludzi tkwiących w toksycznych związkach, ludzi wspierających sektor rządowy, prasę, recenzentów książek lub szacownych biurokratów, z których każdy z jakiegoś tajemniczego powodu działa na własną szkodę. Istnieje zatem druga strona medalu, gdzie odsiewanie ma znaczenie: przypadkowi głupcy są wyrzucani z obiegu przez rzeczywistość, dzięki czemu przestają szkodzić innym. Przypomnijmy sobie, że zgodnie z zasadami ewolucji systemy stają się inteligentniejsze dzięki eliminacji.

Jeszcze jedno: możemy nie wiedzieć wcześniej, czy działanie jest głupie — ale rzeczywistość wie.

Przyczynowa nieprzejrzystość i ujawnione preferencje10

Podnieśmy teraz epistemologiczny wymiar osobistej odpowiedzialności na jeszcze wyższy poziom. Odczuwanie skutków na własnej skórze to rzeczywistość, a nie pozory. Zgodnie z mottem Grubego Tony’ego:

Nie chcesz wygrać debaty. Chcesz wygrać.

Rzeczywiście, musisz zdobywać wszystko, na co masz ochotę: pieniądze, terytorium, serce nauczycielki gramatyki lub (różowy) kabriolet. Skupiając się na samych słowach, strzelamy sobie w kolano, ponieważ:

Dużo lepiej idzie nam robienie czegoś, niż rozumienie.

Istnieje różnica między szarlatanem a prawdziwie wykwalifikowanym członkiem społeczeństwa, powiedzmy, między pieprzącym w skali makro politycznym „naukowcem” a hydraulikiem lub między dziennikarzem a człowiekiem mafii. Wykonawca wygrywa, czyniąc, nie przekonując. Całe dziedziny (powiedzmy ekonomia i inne nauki społeczne) stają się szarlatanerią z powodu braku odpowiedzialności, czynnika łączącego je finalnie z ziemią (podczas gdy uczestnicy sympozjów spierają się w ramach „nauki”). Rozdział 9 pokazuje, w jaki sposób wypracowują skomplikowane rytuały, tytuły, protokoły i formalności, aby ukryć ten deficyt.

Twoja głowa może nie wiedzieć, dokąd zmierzasz, ale zorientujesz się, działając.

Nawet ekonomia opiera się na pojęciu ujawnionych preferencji. To, o czym ludzie „myślą”, nie ma znaczenia — lepiej unikać wchodzenia w rozmiękczoną i zapętloną dziedzinę psychologii. „Wyjaśnienia” ludzi dotyczące tego, co robią, to tylko słowa, historie, które sami sobie prawią, a nie twarda, prawdziwa wiedza. Natomiast to, co robią, jest namacalne i mierzalne, i na tym powinniśmy się skupić. Ten aksjomat, a może nawet zasada, jest bardzo potężny, ale naukowcy raczej go nie badają. Ujawnienie preferencji najlepiej zrozumie oblubienica: diament, szczególnie ten „uciążliwy” dla kupującego, przekonuje o niebo silniej jako wyraz zobowiązania (i znacznie trudniej go „odkręcić”) niż najmocniejsze zaklęcia.

Co do prognozowania, zapomnijta o tym:

Prognozowanie (w słowach) ma się nijak do spekulowania (w czynach).

Osobiście znam bogatych okropnych prognostów i biednych „dobrych” prognostów. Ponieważ w życiu liczy się nie to, jak często ktoś „ma rację” co do wyników, ale ile zarobi, gdy ją ma. Mylenie się, gdy nic nie kosztuje, nie liczy się — w zasadzie jest podobne do zasady prób i błędów w badaniach.

Narażenie się na niebezpieczeństwo w realnym życiu, poza zakładami sportowymi, jest zawsze zbyt skomplikowane, by dało się zredukować do konkretnego „wydarzenia”, które łatwo opisać słowami. Wyniki w prawdziwym życiu nie są takie jak rezultaty meczów bejsbolowych — zredukowane do zero-jedynkowego „wygrany lub przegrany”. Wiele niebezpieczeństw ma charakter wysoce nieliniowy: możesz być z korzyścią wystawiony na deszcz, ale już nie na powódź. Dokładna argumentacja jest zawarta w opracowaniach technicznych autora. Przyjmijmy teraz, że prognozowanie, zwłaszcza robione w sposób „naukowy”, jest często ostatnią ostoją szarlatana i tak było od początku czasów.

Co więcej, w matematyce jest coś, co nazywamy problemem odwrotnym, który rozwiązuje się — tylko i wyłącznie — przy podjęciu ryzyka. Uproszczę: trudniej jest nam dokonać aktu inżynierii wstecznej niż samej inżynierii; widzimy wynik działania sił ewolucji, ale nie możemy ich odtworzyć z powodu ich przyczynowej nieprzejrzystości. W tych procesach możemy tylko działać w trybie „do przodu”. Samo działanie Czasu (który piszemy z dużej litery) i jego nieodwracalność wymaga uwzględnienia ryzyka własnego.

Zgoda na podjęcie ryzyka pomaga rozwiązać problem czarnego łabędzia i innych kwestii z zakresu niepewności na poziomie zarówno jednostki, jak i kolektywu: to, co przetrwało, wykazało się odpornością na pojawianie się czarnego łabędzia, a wyeliminowanie osobistej odpowiedzialności zakłóca takie mechanizmy selekcji. Bez podejmowania ryzyka w grze nie uda nam się uzys­kać inteligencji Czasu (przejawu efektu Lindy’ego, któremu poświęcony zostanie cały rozdział, i dzięki któremu: 1) czas usuwa to, co kruche, a zatrzymuje to, co solidne, 2) oczekiwana dalsza długość trwania życia niekruchego wydłuża się). Idee zawierają, pośrednio, ryzyko, a społeczeństwa, które biorą je w objęcia, również je ponoszą.

W tym świetle — (przyczynowej) nieprzejrzystości i ujawniania preferencji — owa inteligencja Czasu ukryta niejako pod własną skórą, którą ryzykujemy, pomaga nawet zdefiniować racjonalność — i jest to jedyna odkryta przeze mnie definicja racjonalności niewykazująca pęknięć pod lupą logiki. Praktyka może się wydawać irracjonalna dla naiwnego (ale punktualnego) obserwatora wykształciucha, pracownika francuskiego Ministerstwa Planowania, ponieważ my, ludzie, nie jesteśmy wystarczająco inteligentni, by ją zrozumieć — ale przez długi czas się sprawdzała. Czy to racjonalne? Brakuje podstaw, aby to odrzucić. Ale wiemy, gdy coś jest ewidentnie irracjonalne: to, co zagraża przetrwaniu kolektywu, zaraz po jednostce. Z punktu widzenia statystyki działanie wbrew naturze (i jej statystyce) jest irracjonalne. Pomimo hałasu finansowanego przez producentów pestycydów i inne firmy technologiczne nie ma znanej ścisłej definicji racjonalności, która sprawia, że odrzucenie tego, co „naturalne”, jest czymś racjonalnym — wręcz przeciwnie. Z definicji to, co działa, nie może być irracjonalne; w zasadzie każdą znaną mi osobę, która chronicznie ponosiła klęskę w biznesie, cechuje owa mentalna blokada, brak zdolności zrozumienia, że jeśli coś głupiego działa (i zarabia), to nie może być głupie.

System, w którym obowiązują zasady akceptowania ryzyka własnego, łączy się z pojęciem poświęcenia, chronienia zbiorowości lub podmiotów wyżej osadzonych w hierarchii, które muszą przetrwać. „Wszystko jest do kupienia”. Lub, jak ująłby to Gruby Tony: „Przetrwają ci, których na to stać”. Innymi słowy:

Racjonalne jest to, co pozwala zbiorowości — jednostkom mającym żyć długo — przetrwać.

Nie zaś to, co nazywa się „racjonalnym” w jakiejś nieprecyzyjnej książce z dziedziny psychologii czy nauk społecznych11. W tym sensie, w przeciwieństwie do tego, co powiedzą nam psycholodzy i pseudopsycholodzy, niektóre „przeszacowania” ostatecznego ryzyka w postaci ogona nie są w żaden sposób irracjonalne, co więcej, w ostatecznym rozrachunku stanowią warunek przetrwania. Istnieją pewne rodzaje ryzyka, na które po prostu nas nie stać. I istnieją też takie (o których akademicy milczą), na których nieprzyjęcie nie możemy sobie pozwolić. Wymiar ten, noszący nazwę ergodycznego, został opisany w rozdziale 19.

Ryzyko tak — ale nie cały czas

Ryzykowanie własnej skóry jest, ogólnie rzecz biorąc, koniecznością, ale nie dajmy się ponieść stosowaniu tej zasady do wszystkiego, co mamy w zasięgu wzroku, szczególnie wtedy, gdy są konsekwencje. Należy dokonywać rozróżnienia między interwencjonistą z części 1 prologu głoszącego hasła skutkujące śmiercią tysięcy ludzi gdzieś za morzem a nieszkodliwą opinią wyrażoną przez kogoś w rozmowie lub wypowiedzią wróżbity służącą raczej terapii niż podejmowaniu decyzji. Chcemy tu skupić się na tych, którzy profesjonalnie ustawiają się bokiem, wyrządzając krzywdę bez ponoszenia za to odpowiedzialności, poprzez samą konstrukcję wykonywanego zawodu.

Profesjonalnie asymetryczna osoba stanowiła rzadkość w przeszłości, podobnie jak stanowi rzadkość w teraźniejszości. Wywołuje wiele problemów, choć występuje sporadycznie. Dzieje się tak, bo większość ludzi, których spotykacie w prawdziwym życiu — piekarze, szewcy, hydraulicy, taksówkarze, księgowi, doradcy podatkowi, zbieracze śmieci, asystentki dentystyczne, pracownicy myjni samochodowych (nie wyłączając specjalistów od hiszpańskiej gramatyki) — płaci za swoje błędy.

III. MODERNIZM

Książka ta, choć podpisuje się pod starożytnymi i klasycznymi pojęciami sprawiedliwości, bazując wciąż na tych samych argumentach asymetrii, stoi w sprzeczności z półtora wieku trwającym modernistycznym myśleniem — czymś, co nazwalibyśmy tutaj intelektualizmem. Intelektualizm jest przekonaniem, że można oddzielić działanie od wyników owego działania, że można oddzielić teorię od praktyki i że zawsze można naprawić złożony system, stosując hierarchiczne podejście, to jest (w wersji ceremonialnej) z góry na dół.

Intelektualizm ma rodzeństwo: scjentyzm, naiwną interpretację nauki postrzeganej raczej jako komplikacja, a nie nauki jako procesu i sceptycznego przedsięwzięcia. Stosowanie matematyki wtedy, gdy nie jest ona potrzebna, nie jest nauką, lecz scjentyzmem. Zastąpienie dobrze funkcjonującej dłoni czymś bardziej technologicznym, powiedzmy sztuczną dłonią, nie jest bardziej naukowe. Zastąpienie „naturalnych”, czyli odwiecznych procesów, które przetrwały tryliony wieloparametrowych stresorów czymś z „recenzowanego” prestiżowego branżowego pisma, co może nie przetrwać replikacji lub statystycznej analizy, nie ma nic wspólnego z nauką ani dobrą praktyką. W czasach, gdy piszę ten tekst, nauka została przejęta przez handlarzy posługujących się nią przy sprzedaży produktów (takich jak margaryna lub zmodyfikowane genetycznie rozwiązania) i, jak na ironię, sceptyczne przedsiębiorstwo (akademia) jest wykorzystywane do uciszania sceptyków.

Brak szacunku dla niezbyt skomplikowanych prawd, formułowanych z użyciem nadmiernej liczby słów, zawsze był obecny w historii intelektualnej, ale nie znajdziecie go u miejscowego dziennikarza piszącego popularnonaukowe felietony ani u nauczyciela w college’u: kwestionowanie wyższego rzędu wymaga większej intelektualnej pewności siebie, głębszego zrozumienia znaczenia statystyki, większej precyzji i zdolności intelektualnych lub, jeszcze lepiej, doświadczenia w sprzedaży dywanów czy wyszukanych przypraw na suku. Książka ta wpisuje się zatem w długą tradycję sceptycznych poszukiwań praktycznych rozwiązań. Czytelnikom Incerto mogą być już znane szkoły sceptyków (opisane w Czarnym łabędziu), w szczególności licząca sobie dwa tysiące dwieście lat diatryba Sekstusa Empiryka Przeciw retorom.

Zasada brzmi:

Ci, którzy mówią, powinni robić, a tylko ci, którzy robią, powinni mówić,

z pewną dyspensą dla samodzielnych rodzajów aktywności, takich jak matematyka, zdyscyplinowana i precyzyjna filozofia, poezja i sztuka, które nie zgłaszają konkretnych roszczeń pod adresem rzeczywistości. Jak przekonuje wielki teoretyk gier, Ariel Rubinstein: wykuwaj swoje teorie lub reprezentacje matematyczne, i nie mów ludziom w realnym świecie, jak je stosować. Niech ci, którzy podejmują ryzyko, sami wybierają to, czego im potrzeba.

Spójrzmy nieco praktyczniej na temat ubocznych skutków modernizmu: w miarę jak postępuje technologizacja, rośnie przepaść między twórcą a użytkownikiem.

Jak oświetlać mówcę reflektorem

Ci, którzy wykładają przed dużą publicznością, zauważają, że oni — i inni mówcy — czują się na scenie niekomfortowo. Powodem, którego sformułowanie zajęło mi dekadę, jest to, że sceniczne reflektory bijące nas po oczach utrudniają koncentrację. (W ten sposób prowadzi się policyjne przesłuchania: skieruj światło na podejrzanego i poczekaj, aż zacznie „śpiewać”). Jednak w trakcie wykładu wykładowcy nie są w stanie określić, co jest nie tak, więc przypisują spadek koncentracji prostemu faktowi przebywania na scenie. Proceder ten więc trwa. Dlaczego? Ponieważ ci, którzy wykładają przed dużą publicznością, nie pracują nad oświetleniem, a inżynierowie światła nie przemawiają do szerokiej widowni.

Kolejny mały przykład postępu odgórnego (idącego z góry na dół): Metro North, linia kolejowa łącząca Nowy Jork z jego północnymi przedmieściami, odnowiła składy w ramach gruntownego remontu. Pociągi wyglądają nowocześniej, schludniej, są bardziej kolorowe, mają nawet takie udogodnienia, jak wtyczki do komputera (których nikt nie używa). Ale z brzegu, pod ścianą, kiedyś znajdowała się półka, na której można było postawić kubek z poranną kawą: trudno jest czytać książkę, trzymając taki kubek. Projektant (który albo nie jeździ pociągami, albo jeździ pociągami, ale nie pije kawy przy lekturze), uważając, że jest to element estetyczny, nieznacznie nachylił półkę, więc nie można już na niej postawić kubka.

Wyjaśnia to poważniejsze problemy związane z krajobrazem i architekturą: architekci budują dziś tak, by zaimponować innym architektom, czego skutkiem są dziwaczne konstrukcje, które za nic mają dobre samopoczucie mieszkańców. Coś takiego wymagałoby czasochłonnego, mozolnego majsterkowania. Weźmy jakiegoś specjalistę zza biurka w Ministerstwie Planowania Przestrzennego, niemieszkającego w dzielnicy, który wytworzy odpowiednik pochylonej półki jako ulepszenie, z tą różnicą, że na znacznie większą skalę.

Specjalizacja, jak będę nalegać, ma skutki uboczne, a jednym z nich jest oddzielenie pracy od jej owoców.

Prostota

Obecnie ryzykowanie własnej skóry skutkuje prostotą — rozbrajającą prostotą rzeczy prawidłowo wykonanych. Ludzie, którzy widzą skomplikowane rozwiązania, nie mają motywacji do wdrażania rozwiązań uproszczonych. Jak już widzieliśmy, biurokratyzacja systemu ulegnie jeszcze większemu skomplikowaniu na skutek interwencjonizmu ludzi, którzy sprzedają skomplikowane rozwiązania, ponieważ do tego właśnie skłaniają ich zarówno zajmowana pozycja, jak i przeszkolenie.

Rzeczy zaprojektowane przez ludzi, którzy nie ryzykują własnej skóry, stają się coraz bardziej skomplikowane (aż się ostatecznie zawalą).

Ktoś zajmujący dane stanowisko nie ma absolutnie żadnego interesu w proponowaniu rzeczy prostych: kiedy jesteś nagrodzony za spostrzeżenia, a nie za wyniki, musisz zabłysnąć wyrafinowaniem. Każdy, kto wysłał „uczoną” dysertację do branżowego magazynu, wie, że zazwyczaj wprowadzenie kilku dodatkowych zawiłości zwiększy szansę na przyjęcie tekstu do druku. Ponadto problemy mają swoje skutki uboczne, rosnące nieliniowo i nacechowane rozgałęziającymi się komplikacjami. Co gorsza:

Ludzie, którzy nie ryzykują własnej skóry, nie pojmują prostoty.

Gdy nie biorę odpowiedzialności, głupieję

Powróćmy do zasady pathemata mathemata (uczenie się przez ból) i rozważmy jej odwrotność: uczenie się przez emocje i przyjemność. Ludzie mają dwa mózgi: jeden się włącza, gdy w grze jest ich własna skóra, a drugi — gdy jej nie ma. Ryzykowanie własnej skóry może sprawić, że nudne rzeczy staną się mniej nudne. Kiedy podejmujesz ryzyko, nudne rzeczy, takie jak sprawdzanie, jak bezpieczne są przeloty samolotem, przestają być nudne wtedy, gdy pojawia się konieczność zostania jednym z pasażerów. Jeśli jesteś inwestorem w firmie, robienie ultranudnych rzeczy, takich jak czytanie przypisów do sprawozdania finansowego (gdzie można znaleźć prawdziwe informacje), staje się, no cóż, prawie nudne.

Ale jest jeszcze istotniejszy wymiar. Wielu uzależnionych, których zwykle cechuje tępy intelekt i mentalna zwinność kalafiora — lub ekspertów w dziedzinie polityki zagranicznej — jest zdolnych do najbardziej pomysłowych sztuczek, żeby tylko wejść w posiadanie swojej używki. Kiedy przechodzą odwyk, często mówi się im, że jeśli przeznaczą tylko połowę mentalnej energii wydatkowanej przy próbach zdobycia narkotyku na zarabianie pieniędzy, mają zagwarantowane, że zostaną milionerami. Ale to nie działa. Bez uzależnienia ich cudowne moce znikają. To tak jak z tą magiczną miksturą, która daje niezwykłą moc tym, którzy jej szukają, ale nie tym, którzy ją piją.

Teraz spowiedź. Kiedy nie ryzykuję własnej wtopy, zazwyczaj działam jak głupek. Moja wiedza na temat kwestii technicznych, takich jak ryzyko i prawdopodobieństwo, początkowo nie pochodziła z książek. Jej źródłem nie było wyniosłe filozofowanie ani naukowy głód. Nawet nie ciekawość. Wynikała ona z fascynacji i erupcji hormonalnych gejzerów, których można doznać, podejmując ryzyko gry na rynkach. Nigdy nie sądziłem, że matematyka może mnie jakoś szczególnie zainteresować, do momentu, gdy będąc w Wharton, usłyszałem od przyjaciela o opcjach finansowych, które opisałem wcześniej (i o ich uogólnieniu, złożonych instrumentach pochodnych). Od razu zdecydowałem się zrobić tu karierę. Chodziło o kombinację transakcji giełdowych i skomplikowanego prawdopodobieństwa. Pole było nowe i niezbadane. W głębi duszy wiedziałem, że teorie, które korzystały z konwencjonalnej krzywej dzwonowej i ignorowały wpływ „ogonów” (ekstremalnych zdarzeń), zawierały błędy. Gdzieś głęboko byłem przekonany, że naukowcy nie mają najmniejszego pojęcia o ryzyku. Toteż aby wykryć błędy w oszacowaniu tych probabilistycznych papierów wartościowych, musiałem zbadać prawdopodobieństwo, co w tajemniczy i natychmiastowy sposób stało się zabawą, nawet wciągającą.

Kiedy pojawiło się ryzyko, nagle ożył mój drugi mózg, a prawdopodobieństwo zawiłych sekwencji stało się nagle proste do analizowania i mapowania. W razie pożaru pobiegniesz szybciej niż na olimpiadzie. Kiedy zjeżdżasz na nartach po stoku, niektóre ruchy przychodzą bez wysiłku. Potem, kiedy nic się nie działo, znowu stawałem się głupi. Co więcej, dla kupców matematyka działa jak w zegarku przy rozwiązywaniu problemów, inaczej jest w przypadku akademików szukających jakiegoś zastosowania swoich teorii — niekiedy musieliśmy wymyślać modele ot tak, z powietrza, i nie mogliśmy pozwolić sobie na błędne wzory. Zastosowanie matematyki do zadań praktycznych było czymś zupełnie innym; oznaczało głębokie zrozumienie problemu przed rozpisaniem równań.

Ale jeśli zbierzesz się w sobie, by podnieść samochód, aby uratować dziecko, choć przerasta to twoje faktyczne możliwości, odkryta moc pozostanie z tobą także wtedy, gdy już wszystko będzie dobrze. Tak więc — w przeciwieństwie do narkomana, który traci swoją zaradność — to, czego się nauczysz od intensywności i koncentracji, które pojawiły się pod wpływem ryzyka, zostanie z tobą. Możesz stracić ostrość, ale nikt nie odbierze ci tego, czego się nauczyłeś. Jest to główny powód, dla którego obecnie zwalczam konwencjonalny system edukacji stworzony przez głupio-mądrych nieudaczników dla innych głupio-­mądrych nieudaczników. Wiele dzieci pokochałoby matematykę, gdyby miały w tym jakiś interes, i, co ważniejsze, zyskałyby umiejętność dostrzeżenia jej niewłaściwych zastosowań.

Przepisy kontra systemy prawne

Są dwa sposoby na zabezpieczenie obywateli przed dużymi drapieżnikami, powiedzmy, potężnymi korporacjami. Należy zacząć od rozporządzeń, ale takich, które oprócz ograniczenia swobód jednostki prowadzą do dalszego żerowania, tym razem przez państwo, jego agentów i kumpli tych agentów. Co ważniejsze, ludzie korzystający z dobrych prawników mogą się bawić rozporządzeniami (lub, jak się przekonamy, informować, że wynajmują byłych regulatorów za wygórowane wynagrodzenie, co sygnalizuje potencjalną łapówkę tym, którzy w danym momencie siedzą za biurkiem). No i oczywiście rozporządzenia raz wprowadzone zostają, bo nawet kiedy ich absurdalność zostanie udowodniona, politycy boją się je cofnąć pod presją tych, którzy z nich korzystają. Biorąc pod uwagę, że regulacje lubią się sumować, wkrótce zaplączemy się w skomplikowane uregulowania, które zadławią przedsiębiorstwa. Dławią one także życie. Wszak zawsze istnieją pasożyty, które czerpią korzyści z rozporządzeń, sytuacje, w których przedsiębiorca wykorzystuje rząd, by czerpać zyski, często poprzez przepisy ochronne i franchising. Mechanizm ten nazywa się zawłaszczaniem regulacji, ponieważ anuluje on skutek tego, co miało zapewnić rozporządzenie.

Drugim rozwiązaniem jest umieszczenie elementu ryzyka własnego w transakcjach w formie odpowiedzialności prawnej i możliwości skutecznego procesu sądowego. Świat anglosaski tradycyjnie miał skłonność do stosowania podejścia prawnego zamiast regulacyjnego: jeśli wyrządzisz mi krzywdę, mogę cię pozwać. Doprowadziło to do powstania bardzo wyrafinowanego, adaptacyjnego i zrównoważonego prawa zwyczajowego, zbudowanego oddolnie metodą prób i błędów. Kiedy ludzie zawierają transakcje, przeważnie preferują jako miejsce rozpatrywania sporu terytorium Brytyjskiej Wspólnoty Narodów (lub terytorium kiedyś zarządzane przez Brytyjczyków): Hongkong i Singapur są faworytami w Azji, Londyn i Nowy Jork na Zachodzie. Prawo zwyczajowe dotyczy ducha, natomiast regulacja, ze względu na swoją sztywność, dotyczy litery.

Jeśli duża korporacja skazi czymś twoją okolicę, możesz nawiązać sojusz z sąsiadami i pozwać ją, że hej. Jakiś chciwy prawnik już będzie miał w teczce stosowną dokumentację. Wrogowie korporacji chętnie pomogą. Potencjalne koszty ugody wystarczą, żeby nastraszyć korporację i nauczyć ją grzeczności.

To nie znaczy, że nie powinno się w ogóle regulować. Niektóre działania systemowe mogą wymagać regulacji (na przykład ukryte ryzyko związane z rujnowaniem środowiska, gdy zgliszcza widać zbyt późno). Jeśli nie możesz skutecznie pozwać, ureguluj12.

A zatem nawet jeśli rozporządzenia w jakimś stopniu opłacałyby się społeczeństwu, nadal wolałbym być tak wolny, jak to możliwe, przy założeniu, że w ramach odpowiedzialności cywilnej godzę się z losem i płacę karę, jeśli wyrządzę szkodę innym. Taka postawa nazywana jest deontycznym libertarianizmem (deontyczny, czyli dotyczący obowiązku lub powinności): regulując, okradasz ludzi z ich wolności. Niektórzy z nas uważają, że wolność jest naszym najważniejszym dobrem. Obejmuje to wolność do popełniania błędów (tych, które szkodzą tylko tobie); jest ona święta do tego stopnia, że nigdy nie może być przedmiotem wymiany na korzyści ekonomiczne czy inne.

IV. RYZYKOWANIE WŁASNEJ DUSZY

Wreszcie i zasadniczo, branie odpowiedzialności za podejmowane ryzyko jest kwestią honoru, oznacza osobiste zaangażowanie — podejmowanie ryzyka (pewnej klasy ryzyka) odróżnia człowieka od maszyny, ale także odnosi się do każdego, a nie (co pewnie nie każdemu się spodoba) tylko niektórych w rankingu obywateli.

Jeśli w imię własnego zdania nie podejmujesz ryzyka, jesteś niczym.

I będę nadal przypominał, że nie mam innej definicji sukcesu niż prowadzenie godnego życia. Zastrzegliśmy sobie, że niehonorowo jest pozwalać innym, aby za nas umierali.

Honor oznacza, że są pewne działania, których zdecydowanie nigdy byś się nie podjął, bez względu na materialne nagrody. Jeśli kobieta nie akceptuje faustowskich układów i nie sprzedałaby swojego ciała za 500 dolarów, to nie zrobi tego także za milion, za miliard ani za trylion dolarów. I nie jest to tylko postawa via negativa — honor oznacza, że są rzeczy, które zrobiłbyś bezwarunkowo, bez względu na konsekwencje. Takie na przykład pojedynki, które zabrały nam wielkiego rosyjskiego poetę Puszkina, francuskiego matematyka Galois, i znacznie więcej jeszcze ludzi w młodym wieku (w przypadku Galois, w bardzo młodym wieku): ludzie ci postanowili zaryzykować własne życie tylko po to, by zachować twarz. Życie w aurze tchórzostwa nie było po prostu opcją, znacznie lepsza była śmierć, nawet jeśli ktoś taki, jak Galois, wymyślił nową, doniosłą gałąź matematyki, będąc jeszcze nastolatkiem13. Gdy spartańska matka żegna swego syna słowami: „Z tarczą lub na tarczy”, to znaczy, że albo jej dziecko wróci, trzymając tarczę, albo martwe (zwyczajowo ciało poległego niesiono na tarczy) — tylko tchórze odrzucają swoje tarcze, by szybciej biec.

Jeśli się zastanowić, w jaki sposób nowoczesność zniszczyła niektóre podstawy ludzkich wartości, wystarczy porównać powyższe bezwarunkowe stanowiska z modernistycznymi dopasowaniami: ludzie, którzy, dajmy na to, pracują dla obrzydliwych lobbystów (reprezentujących interesy, powiedzmy, Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie) lub świadomie prowadzą zwykłą nieetyczną grę akademicką, sami sobie tłumaczą taki stan, przedstawiając argumenty typu „Dzieciaki muszą skończyć college”. Osoby, które nie są moralnie niezależne, mają tendencję do dopasowywania etyki do uprawianego zawodu (trochę się przy tym wijąc), zamiast znaleźć sobie zajęcie, które przystaje do ich etyki.

Jest jeszcze inny wymiar honoru: angażowanie się w działania wykraczające poza zwykłe ryzyko własne, narażanie się na niebezpieczeństwo dla innych, ryzykowanie własnej skóry dla innych, poświęcenie czegoś znaczącego dla dobra zbiorowości.

Istnieją jednak działania, w których człowiek przepojony jest poczuciem dumy i honoru, choć nie ponosi przy tym wielkich ofiar: jakby rzemieślnicze.

Rzemieślnicy

Wszystko, co robisz, aby zoptymalizować swoją pracę, pójść na skróty lub wydusić większą zawodową (i życiową) „efektywność”, ostatecznie pozbawia cię zadowolenia.

Rzemieślnicy ryzykują własną duszę.

Primo, rzemieślnicy robią rzeczy w pierwszej kolejności z przyczyn egzystencjalnych, w drugiej finansowych i komercyjnych. Podejmowane przez nich decyzje nigdy nie są stricte finansowe, choć aspekt finansowy jest obecny. Secundo, ich zawód wymaga pewnego rodzaju „sztuki”; trzymają się z dala od większości przejawów industrializacji; łączą sztukę i biznes. Tertio, włożyli w swoją pracę trochę duszy: nie sprzedaliby czegoś wadliwego, czy choćby gorszej jakości, ponieważ ucierpi na tym ich duma. Wreszcie, mają święte tabu, rzeczy, których nie zrobiliby, nawet gdyby znacznie zwiększyły rentowność.

Compendiaria res improbitas, virtusque tarda — „Złoczyńca obiera krótką drogę, cnota dłuższą”. Innymi słowy, droga na skróty jest nieuczciwa.

Zilustrujmy to na przykładzie mojego zawodu. Łatwo zauważyć, że pisarz jest faktycznie rzemieślnikiem: sprzedaż książek nie jest motywem końcowym, lecz jedynie drugorzędnym celem (nawet jeśli). Trzymając się mocno swoich zastrzeżeń, zachowujesz pewną świętość produktu. Na przykład we wczesnych latach XX wieku pisarka Fay Weldon została opłacona przez sieć jubilerską Bulgari, aby reklamować tę markę poprzez wplatanie w fabułę powieści zaleceń dotyczących tych wspaniałych produktów. Nadeszły mroczne czasy: społeczność literatów emanowała obrzydzeniem.

Pamiętam też, jak w latach osiemdziesiątych niektórzy próbowali rozdawać książki za darmo, ale z reklamami w środku tekstu, tak jak to robią czasopisma. Projekt się nie powiódł.

Pisarstwo nie podlega też uprzemysłowieniu. Czytelnik byłby rozczarowany, gdybym zatrudnił grupę pisarzy do „pomocy”, ponieważ tak byłoby efektywniej. Niektórzy autorzy, tacy jak Jerzy Kosiński, starali się pisać książki przez zlecanie podwykonawcom poszczególnych rozdziałów. Gdy sprawa wyszła na jaw, odpowiedzią był totalny ostracyzm. Niewielu z tych pisarzy-cum-wykonawców mogło zaobserwować, że ich praca przetrwała. Są jednak wyjątki, jak na przykład Aleksander Dumas père, o którym mawiano, że miał całą stajnię pisarzy widm (około czterdziestu), co pozwoliło mu na wyskalowanie produkcji do stu pięćdziesięciu książek. Krążyła anegdota, że niektóre z własnych książek nawet przeczytał. Zasadniczo jednak wyniki nie podlegają skalowaniu (nawet jeśli chodzi o sprzedaż książki). Dumas może być wyjątkiem, który potwierdza regułę.

Teraz coś bardzo praktycznego. Jedną z najlepszych rad, jakie kiedykolwiek otrzymałem, było zalecenie bardzo spełnionego (i szczęśliwego) starszego przedsiębiorcy, Yossiego Vardiego, aby nie brać sobie asystenta. Sama obecność asystenta zawiesza funkcjonowanie twojego naturalnego filtra, a jego brak zmusza cię do robienia tylko tego, co lubisz, i stopniowo tak właśnie pokieruje twoim życiem. (Z funkcji asystenta wykluczam tutaj kogoś zatrudnionego do wykonywania ściśle określonego zadania, takiego jak recenzowanie artykułów, pomoc w księgowaniu lub podlewanie roślin — chodzi mi o takiego anioła stróża nadzorującego wszystkie twoje działania). Jest to podejście via negativa: potrzebujesz maksymalnie dużo czasu wolnego, a nie maksymalnej aktywności, i możesz ocenić swój „sukces” według takich miar. W przeciwnym razie asystujesz swoim asystentom lub jesteś zmuszony do „wyjaśnienia”, jak co zrobić, co wymaga więcej umysłowego wysiłku niż zrobienie czegoś samemu. I rzeczywiście, poza moim życiem pisarskim i badawczym okazało się, że jest to świetna porada finansowa, ponieważ jestem teraz swobodniejszy, zwinniejszy i bardzo się zastanawiam, zanim się sam czegoś podejmę, podczas gdy moi koledzy pędzą dni na niepotrzebnych „spotkaniach” i prowadzeniu zbędnej korespondencji.

Posiadanie asystenta (z wyłączeniem bezwzględnie koniecznych przypadków) wyłącza twoją duszę z gry.

Pomyśl o skutkach korzystania z prowadzonego za rękę tłumacza podczas następnej podróży do Meksyku, gdy tymczasem można zdobyć solidną dawkę hiszpańskiego słownictwa dzięki kontaktom z miejscowymi. Korzystanie z asysty pozbawia autentyczności.

Nauczyciele akademiccy mogą być rzemieślnikami. Nawet ekonomiści, którzy błędnie interpretując Adama Smitha, twierdzą, że ludzie są tutaj po to, by „dążyć do maksymalizacji swoich dochodów”, głoszą te idee za darmo i chwalą się, że nie upadli tak nisko, by szukać zysku, nie widzą w tym sprzeczności14.

Zastrzeżenie dla przedsiębiorców

Przedsiębiorcy w naszym społeczeństwie to bohaterowie. Ponoszą klęski dla nas. Ale dzięki funduszom i obecnym mechanizmom kapitału podwyższonego ryzyka (ang. venture capital) wielu ludzi błędnie branych za przedsiębiorców niczego nie ryzykuje w tym sensie, że ich celem jest albo uzyskanie zapłaty przy sprzedaży firmy, którą pomogli stworzyć komuś innemu, albo „upublicznienie” jej poprzez emisję akcji na giełdzie. Prawdziwa wartość firmy — to, ile zarabia i jej długoterminowe przetrwanie — ma dla nich niewielkie znaczenie. Jest to raczej projekt czysto finansowy, my zaś wykluczamy tę grupę ludzi z klasy „przedsiębiorców” podejmujących ryzyko (tę formę przedsiębiorczości można porównać do sprowadzania na świat ślicznych i nadających się do sprzedaży dzieci, wyłącznie z zamiarem spieniężenia ich w wieku czterech lat). Możemy ich łatwo namierzyć — dysponują umiejętnością sporządzania przekonującego biznesplanu.

Firmy, gdy wypadną ze strefy przedsiębiorczości, zaczynają gnić. Jednym z powodów, dla których korporacje wykazują wskaźnik śmiertelności taki jak u pacjentów z rakiem, jest czasowy przydział obowiązków. Gdy zmienisz obowiązki — lub, jeszcze lepiej, firmę — możesz wreszcie wyrazić odpowiedź na temat poważnego ryzyka, coś w stylu Boba Rubina: „To już nie jest mój problem”. To samo dzieje się, gdy wyprzedajesz, więc pamiętaj, że:

Umiejętności tworzenia różnią się od tych potrzebnych przy sprzedaży.

Arogancki się nada

Produkty lub firmy, które noszą nazwisko właściciela, przekazują coś bardzo cennego. Krzyczą wręcz, że mają coś do stracenia. Eponimy wskazują zarówno na zaangażowanie w firmę, jak i zaufanie do jej produktu. Mój przyjaciel, Paul Wilmott, jest często nazywany egomaniakiem, ponieważ jego nazwisko znajduje się w tytule technicznego magazynu matematyczno-finansowego („Wilmott”), który w momencie pisania tej książki niewątpliwie jest najlepszy w klasie. „Egomaniactwo” jest dla produktu czymś dobrym. Ale jeśli nie możesz zostać „egomaniakiem”, wystarczy być „aroganckim”.

Obywatelstwo de plaisance

Wielu zamożnych ludzi, którzy przyjeżdżają, by zamieszkać w Stanach Zjednoczonych, unika stania się obywatelami tego kraju, choć żyją tu bezterminowo. Mogą skorzystać z opcji zezwolenia na pobyt stały, ponieważ mają takie prawo, ale nie obowiązek — z tego zezwolenia mogą zrezygnować w ramach prostej procedury. Pytasz ich, dlaczego nie składają przysięgi przed sędzią, żeby potem wydać przyjęcie gdzieś w nadmorskim klubie. Typowa odpowiedź brzmi: „Podatki”. Zostając obywatelem USA, musisz płacić tu podatki od twojego globalnego dochodu, nawet jeśli mieszkasz za granicą. A tego łatwo nie odkręcisz, więc tracisz opcjonalność. Za to inne zachodnie kraje, takie jak Francja czy Wielka Brytania, oferują swoim obywatelom znaczne ulgi, jeśli mieszkają w jakimś raju podatkowym. To zachęca pewną grupę ludzi do „kupowania” obywatelstwa poprzez zainwestowanie w zakup maleńkiej rezydencji, skutkiem czego otrzymują paszport i mieszkają sobie zupełnie gdzie indziej i nie płacą podatków.

Moi rodzice są obywatelami francuskimi, co ułatwiłoby mi uzyskanie obywatelstwa już kilka dekad temu. Ale nie czułem się dobrze z taką myślą — budziła ona wręcz obrzydzenie. I o ile nie rozwinąłbym w sobie emocjonalnego przywiązania do Francji przez zaakceptowanie cywilnej odpowiedzialności, nie byłbym w stanie tego zrobić. Czułbym się fałszywie, widząc swoją brodatą twarz we francuskim paszporcie. Jedynym paszportem, którego posiadanie mógłbym rozważyć, jest grecki (lub cypryjski), ponieważ czuję jakąś głęboką antropologiczną i społeczno-kulturową więź ze światem hellenistycznym.

Ale przyjechałem do USA, pokochałem to miejsce i przyjąłem paszport jako zobowiązanie: stał się elementem mojej tożsamości, na dobre i na złe, z podatkiem lub bez. Wielu ludzi wyśmiewało tę decyzję, ponieważ większość moich dochodów pochodzi z zagranicy, a gdybym formalnie zamieszkał, powiedzmy, na Cyprze lub na Malcie, zarabiałbym znacznie więcej dolarów. Jeśli chcę ciąć swoje podatki — a chcę — jestem zobowiązany o to powalczyć, zarówno dla siebie, jak i dla zbiorowości, dla innych podatników, a nie uciekać.

Na własne ryzyko.

Bohaterowie nie byli molami książkowymi

Jeśli chcesz uczyć się klasycznych wartości, takich jak odwaga, lub dowiedzieć się czegoś o stoicyzmie, niekoniecznie zwracaj się do specjalistów od klasyki. Człowiek nie staje się akademikiem bez powodu. Czytajcie, jeśli to możliwe, teksty źródłowe: Senekę, Cezara lub Marka Aureliusza. Lub przeczytajcie tych komentatorów klasyków, którzy sami działali, takich jak Montaigne, którzy w pewnym momencie trochę ryzykowali własną skórę, by po przejściu na emeryturę pisać książki. Ludzie, jeśli to możliwe, unikajcie pośredników. Albo, jeszcze lepiej, zapomnijcie o tekstach, po prostu podejmujcie akty odwagi.

Studiowanie odwagi w podręcznikach nie sprawia, że czytelnik staje się odważniejszy, podobnie jak jedzenie wołowiny nie zamienia kogoś w krowę.

Dzięki niezbadanym ścieżkom naszych umysłowych mechanizmów ludzie nie zdają sobie sprawy, że najważniejszą rzeczą, jakiej można się nauczyć od profesora, jest to, jak zostać profesorem, a najważniejszą rzeczą, jakiej można się nauczyć od, powiedzmy, osobistego coacha lub motywacyjnego mówcy jest to, jak się stać takim coachem czy inspirującym mówcą. Zapamiętajmy zatem, że historycznymi bohaterami nie byli klasycy ani biblioteczne myszki — ludzie, którzy żyją dzięki czytanym książkom. Byli to ludzie czynu, natchnieni duchem podejmowania ryzyka. Aby włamać się do ich psychiki, trzeba będzie kogoś innego niż zawodowego profesora wykładającego stoików15