35,90 zł
Powstańcza Warszawa to nie tylko historia walki, ale przede wszystkim dramat tysięcy cywilów.
Warszawa była ich całym światem – miejscem rodzinnych wspomnień, pierwszych miłości, ulubionych kawiarni i codzienności, która dawała poczucie bezpieczeństwa. Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, zwykli mieszkańcy zostali wciągnięci w wir wydarzeń, na które nie mieli wpływu. Utrata bliskich, domów i nadziei stała się doświadczeniem całego miasta, które mimo cierpienia pozostało ukochanym miejscem na ziemi.
Książka Niny Majewskiej-Brown to poruszający dowód na to, jak wyglądały realia Powstania, którego boleśnie doświadczyli zwykli mieszkańcy Warszawy. Nikt nie zapytał ich o zdanie, nikt nie uprzedził...
Autorka, ceniona za umiejętność tworzenia pełnych emocji opowieści, oddaje głos cywilom – tym, którzy pragnęli przede wszystkim żyć, kochać i ocalić pamięć o swoim mieście.
To opowieść o Warszawie widzianej oczami tych, którzy każdego dnia toczyli własną walkę o przetrwanie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN Redaktor prowadzący: Agata Paszkowska-Pogorzelska Redakcja językowa: Agnieszka Horzowska Korekta: Joanna Kłos, Agnieszka Dudek Redaktor techniczny: Agnieszka Matusiak
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026 Copyright © by Nina Majewska, 2026
Zdjęcia na okładce: MPW-IN/1084 Autor zdjęcia: Marian Grabski „Wyrwa”, Źródło: Muzeum Powstania Warszawskiego MPW-IN/2449 Autor zdjęcia: Edward Wojciechowski, Źródło: Muzeum Powstania Warszawskiego MPW-IN/9597 Autor zdjęcia: Joachim Joachimczyk „Joachim”, Źródło: Muzeum Powstania Warszawskiego
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-19078-8
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Ludzie nie umierają, jedynie bledną ich gwiazdy.
Warszawa, moja ukochana Warszawa.
Moje miasto, mój dom, moje miejsce na ziemi.
Tu było całe moje życie. To szczęśliwe, przepełnione marzeniami i to pełne strachu, niepewności, bólu i rozpaczy. Rodzina, szkoła, ulubiona kawiarnia, pierwsza miłość, kino na rogu ulicy. Mieszkanie rodziców, groby dziadków.
Trwaliśmy w niej uparcie mimo łapanek i terroru. Koniec wojny był tak blisko.
I nagle ktoś zdecydował o wybuchu powstania.
Nikt nie pytał nas o zdanie, nikt nie uprzedził. Nikt nie pomyślał o zwykłych ludziach, którzy po prostu chcieli żyć. To my, cywile, ponieśliśmy największą ofiarę tego zrywu. Straciliśmy domy i mieszkania, bliskich, pracę, odarto nas z marzeń i obarczono traumą.
Nadzieja zmieniła się w żałobę, a żałobę przyćmił strach.
W tych unikatowych, nigdzie wcześniej niepublikowanych wspomnieniach skrywa się nasza prawda o powstaniu.
Pierwsze strzały zwiastujące wybuch powstania warszawskiego padły 1 sierpnia około godziny trzeciej po południu w północnej dzielnicy miasta. Pojedyncze początkowo strzały pistoletowe i karabinowe zlały się stopniowo w jeden drgający akord akcentowany częstymi wybuchami granatów. O piątej po południu nie było już chyba dzielnicy miasta, w której by nie walczono.
Ludzie powracający z pracy do domów lub pracujący w otwartych jeszcze sklepach czy zakładach zostali całkowicie zaskoczeni przez wybuch powstania. Każdy schronił się pospiesznie, gdzie popadło, licząc na to, że strzelanina niedługo się skończy. Huk strzałów nie należał ostatnio do rzadkości na ulicach Warszawy, wszyscy więc byli pewni, że i tym razem chodzi o jakąś lokalną „akcję”.
Tymczasem godziny mijały, a odgłosy walki, zamiast przycichać, przybierały na natężeniu. Zapadł zmrok. Równocześnie warunki atmosferyczne uległy dalszemu pogorszeniu. Lunął uporczywy rzęsisty deszcz. Nisko pędzące napęczniałe wilgocią chmury oświetliła krwawa łuna pożarów. Tym razem nikt już nie miał wątpliwości. To nie była lokalna potyczka, ale regularna bitwa. Wybuchło powstanie!
Tej nocy mało kto spał w Warszawie, chociaż nareszcie prywatne domy mieszkalne nie były na ogół niespokojone. Walki toczyły się na ulicach w pobliżu punktów strategicznych, które powstańcy pragnęli opanować za pierwszym uderzeniem. Zamiar ten udał się tylko częściowo, powodując przerwanie komunikacji na głównych arteriach przelotowych miasta oraz otoczenie i odcięcie niektórych niemieckich punktów oporu. Opanowanie za jednym zamachem całego miasta nie powiodło się jednak i fakt ten z góry przesądził cały los powstania, stanowiąc równocześnie tragiczny wyrok śmierci, zniszczenia i nędzy dla całego miasta i jego nieszczęsnych mieszkańców.
Ktokolwiek tylko umiał patrzeć i wyciągać ze swych spostrzeżeń logiczne wnioski, już w drugim dniu powstania nie mógł mieć co do tego żadnych wątpliwości. W dniu tym pojawili się w prywatnych domach pierwsi powstańcy, niemal bez wyjątku młodzi chłopcy w wieku lat szesnastu–osiemnastu, przeważnie w cywilnych ubraniach z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu. Dowódcami ich byli niewiele starsi porucznicy z dumą obnoszący swoje gwiazdki na wyciągniętych z ukrycia przedwojennych kurtkach oficerskich. Wielu powstańców miało hełmy szturmowe. Uzbrojenie natomiast było słabe i niejednolite, przeważnie pistolety kalibru 7 i 9, rzadziej karabiny, gdzieniegdzie rozpylacze i filipinki, czyli lekka broń szybkostrzelna. Uzupełnieniem tego ekwipunku były granaty ręczne w ilości raczej niewystarczającej oraz butelki z benzyną.
Widok tego kwiatu warszawskiej młodzieży porywającej się na czyn o nieobliczalnych skutkach wywołał w reszcie społeczeństwa dwojakie uczucia. Młodzież entuzjazmowała się wszelkimi wiadomościami z pola walki, poczytując każde rozbrojenie posterunku niemieckiego, każde zdobycie przejeżdżającego samochodu za decydujące zwycięstwo. Na gwałt szyto sobie biało-czerwone opaski, co prowadziło do gorszących nieporozumień, gdy dowódcy musieli odstawiać niepowołanych ochotników, wyjaśniając, że ważne są tylko opaski z nadrukiem i numerem. Starsze pokolenie, które obiecywało sobie w spokoju dożyć do końca wojny, zajęło w stosunku do powstania stanowisko raczej chłodne. Nierzadkie były wypadki, że powstańców sadowiących się w domach proszono ze łzami w oczach, aby poszli sobie gdzieś dalej i nie ściągali na głowy kobiet, dzieci i starców niespodziewanej kontrakcji niemieckiej. Naturalnie młodzi fanatycy byli głusi na tego rodzaju prośby.
Dla bezstronnego obserwatora tych wszystkich faktów i objawów z każdą upływającą chwilą stawało się coraz bardziej jasne, że cały ten młodzieńczy poryw do niczego dobrego nie doprowadzi. Siły i uzbrojenie powstańców oraz ich organizacja i kredyt moralny w społeczeństwie były za słabe do samodzielnego uzyskania rozstrzygających sukcesów. Szale walki mogło przechylić na ich korzyść tylko nadejście pomocy z zewnątrz. Tymczasem komunikat niemiecki doniósł o dotarciu sił bolszewickich na wschód od Pragi. Ucichł huk armat zza Wisły, zniknęły sowieckie samoloty, a z nimi nadzieja rychłej odsieczy dla powstańców.
A Anglicy? A polski rząd w Londynie? I z tej strony nie można było sobie robić żadnych nadziei. W oficjalnym powstańczym „Biuletynie Informacyjnym”, w powodzi zwykłych podnoszących na duchu frazesów, można było wyczytać, że urzędowe czynniki emigracyjne ciągle konkurują, podróżują, zabiegają, zapewniają, przesyłają słowa podziwu i otuchy, ale o żadnej konkretnej pomocy nie było ani słowa. Już po paru dniach powstania stało się jasne jak na dłoni, że Warszawa została pozostawiona swojemu tragicznemu losowi, osamotniona w obliczu potęgującej się z każdą chwilą akcji bojowej wojsk niemieckich1.
1 sierpnia 1944, wtorek
temperatura powietrza 20°C, deszcz
Łup, łup, łup, krew pulsuje mi w uszach, serce dudni, a przed oczami pojawiają się mroczki. Boże przenajsłodszy, co teraz? Co nas czeka? Miałem nadzieję, że jakoś przeczekamy okupację w spokoju, jeśli w ogóle można mówić o spokoju w tych wojennych dniach.
Gdy Niemcy nas zaatakowali, przyjąłem jaszczurczą filozofię zamarcia w bezruchu, minimalnej aktywności i nienarażania się, co do tej pory, z mniejszym czy większym sukcesem, mi się udawało.
W mieście mimo ulewnego deszczu zrobiło się tak ciepło, że natarczywe podświadome myśli o śmierci, o tym, że zbliża się niebezpieczeństwo, że przyjdzie się pożegnać z tym światem, odbierają sen i resztki rozumu.
Aby zająć czymś głowę i oswoić rzeczywistość, postanawiam oddać się pisaninie. Jeśli nie przeżyję, może chociaż przetrwa mój dziennik. Nikły ślad po tym, że tu byłem.
Uzbrojony w kopiowy ołówek zaczynam od dzisiaj pisać pamiętnik, który być może dla potomnych będzie jedynym dowodem tego, co się stało z naszą rodziną. Już wcześniej podjąłem postanowienie o spisywaniu wojennych przeżyć i co kilka dni notowałem ważniejsze wydarzenia z życia i z frontu.
Jeśli tego nie zrobię, straszne doświadczenia z czasem zatrą się w pamięci, a wraz z moją śmiercią znikną na zawsze. Zresztą kto mi później uwierzy w to, co było moim udziałem.
Krążę po mieszkaniu w poszukiwaniu notesu, zeszytu, czegokolwiek, w czym mógłbym spisywać wrażenia z tych dni. Jak na złość pamiętnik, który zacząłem pisać w pierwszych dniach września 1939 roku, został w naszym domu na Wiejskiej, a tam z uwagi na sytuację chwilowo wrócić nie mogę.
Jedliśmy zupę pomidorową domowej roboty z makaronem, gdy zaczęła się zawierucha. Od kilku godzin trwa hałaśliwa awantura w centrum miasta. Jesteśmy zdezorientowani, bo mimo wyraźnie słyszanych wystrzałów, grzechotu karabinów i działek przeciwlotniczych nie sposób określić, gdzie uskutecznia się ta krwawa i zapewne bezowocna jatka.
Ludzie zachowują się jak mrówki, których mrowisko zalano wrzątkiem. Rozbiegają się na wszystkie strony, nie potrafiąc ocenić, skąd nadchodzi niebezpieczeństwo. Uciekający w popłochu przekazują sprzeczne informacje. Jedni twierdzą, że to na Żoliborzu coś się dzieje, inni wołają, że płoną Aleje Ujazdowskie, Sejm, Wiejska, Nowy Świat, Plac Napoleona. Ktoś się upiera, że widział polskie wojsko na Powiślu, a my jesteśmy pewni tylko tego, że coś stało się na pobliskim wiadukcie, bo nasyp ginie w gęstym burym dymie. Od czasu do czasu ktoś strzela tak blisko nas, że boimy się wyściubić nos z okna.
Co to ma być? Ruscy wkroczyli wreszcie do miasta? A może to desant aliantów?
Jesteśmy bardzo zaskoczeni, nikt nas o niczym nie uprzedził. Co prawda atmosfera w mieście w ostatnich dniach była bardzo napięta, bo Niemcy uciekali, Ruscy zbliżali się do Wisły i wydawało się, że niebawem nasz los się odmieni, ale czegoś takiego się nie spodziewaliśmy.
Wreszcie ktoś na zewnątrz woła radośnie, że to powstanie. Że wybuchło warszawskie powstanie.
Jesteśmy w szoku.
Teraz powstanie? Po co? Dlaczego? W przeddzień walki, którą Ruscy mają stoczyć z Niemcami?
To jak pucz przygotowany pospiesznie, wszczęty naprędce. I powtórzę pytanie: po co? Bolszewicy już się przyczaili na rogatkach Warszawy i jak na moje należałoby liczyć, że za jakieś dwa tygodnie wejdą do miasta. Jaka jest więc idea tych popisów strzeleckich?
W obecnej sytuacji frontowej, w obliczu tego, że Niemcy dostają baty, a Armia Czerwona na pewno by sobie poradziła z pokonaniem Szwabów w Warszawie bez tego całego powstania, nie pojmuję, kto wpadł na ten szaleńczy pomysł. Nie rozumiem, dlaczego ktoś oczekuje takiego poświęcenia od mieszkańców? Dlaczego Warszawiacy, którym udało się przetrwać lata okupacji, mają w ostatniej chwili walczyć i zginąć? Bo co do tego, że ta rewolucja pochłonie kilkadziesiąt tysięcy ofiar, nie mam wątpliwości.
Bogu ducha winnych ludzi skazywać na zagładę? Miasto jest pełne rodzin z dziećmi, starców, bezbronnych kobiet. Tyle tych rozmyślań, które niewiele mają sensu, bo rewolta niezależnie od naszej opinii na jej temat przetacza się nam nad głowami.
Talerze z niedojedzoną zupą nadal stoją na stole, wabiąc muchy, które z brzękiem obijają się o szyby i urządzają sobie wycieczki po resztkach makaronu. Zaciekła kanonada trwa bez przerwy, świetlny odblask czerwonych rakiet przecina niebo nad Powiślem. Pierwsze łuny pożarów rozgaszczają się na horyzoncie, ktoś za oknem woła, że płonie Dworzec Wschodni.
I pomyśleć, że poranek był taki spokojny. Piliśmy herbatę ziołową przy otwartym oknie, wsłuchując się w szum deszczu, który zmienił się w gwałtowną ulewę. Nawałnica ostudziła animusz obu walczących stron. Ale ledwie słońce przebiło się przez chmury, na nowo zaczęła się strzelanina, jakiej Warszawa jeszcze nie słyszała.
Jestem tak zdenerwowany, że pocą mi się dłonie i zbyt mocno przyciskam ołówek do kartki, przez co łamię grafitowy rysik. Grzebię w rupieciach na biurku i jak na złość nie mogę znaleźć ostrzałki. Nie pozostaje mi nic innego, jak udać się do kuchni i nożem naostrzyć ołówek.
Na wiadukcie pojawiają się samochody pancerne. Co będzie dalej? Tego nikt nie wie i nie przewidzi.
Najgorsza w tym wszystkim jest właśnie niewiedza. Niemcy odcięli telefony i nie można nigdzie zadzwonić, aby się wywiedzieć, co się dzieje w mieście. Gdzie toczą się walki i przede wszystkim czy nasze mieszkanie na Wiejskiej jest całe?
Jak na ironię można za to posłuchać kompletnie niepasujących do sytuacji skocznych melodii nadawanych przez warszawskie radio. A można by efektowną litanię ułożyć z ulic, na których toczą się walki, gdzie jest względnie bezpiecznie, a dokąd pod żadnym pozorem się nie wybierać. Za chwilę będą nadawać po polsku „wiadomości”. Muszę ich wysłuchać. Może zdementują plotkę, że to rzeczywiście powstanie? Uspokoją nas? Powiedzą prawdę o tym, co przeżywa stolica? Mam nadzieję, że to wszystko niebawem się skończy.
Nic z tych rzeczy. Audycja rozpoczęła się jak zwykle hejnałem z Wieży Mariackiej i komunikatem wojennym. Zupełnie jakby ludzie byli ślepi i głusi i nie widzieli, co się wyprawia za oknami. Nie dosłyszałem ostatniego zdania, bo kolejny wybuch wstrząsnął kamienicą, tak że aż podskoczyłem na krześle.
Nikt nie wspomina o tym, że o siódmej rano łączniczki otrzymały rozkaz od Chruściela, pseudonim „Monter”, o wybuchu powstania, że ogłoszono mobilizację. Że kilka tysięcy osób to podchwyciło i w godzinach przedpołudniowych przekazało rozkaz dalej. Że ruszono po broń i amunicję.
Nie mamy pojęcia, że pierwsze przedwczesne strzały padły tuż przed 14.00 na Żoliborzu przy Krasińskiego w stronę niemieckiego plutonu transportującego broń. Niemcy szybko zorientowali się w sytuacji i ściągnęli na to miejsce czołg i wojsko. Że o 16.00 dowódca SS i policji Oberführer SS Paul Otto Geibel, uprzedzony o wybuchu powstania, postawił w stan gotowości podległe mu siły, a już po półgodzinie generał Rainer Stahel zarządził alarm garnizonu.
I wreszcie że 17.00 była Godziną „W”, godziną wybuchu powstania, które wbrew założeniom nie zaskoczyło Niemców.
Gdybyśmy wiedzieli o tych zamiarach, moglibyśmy coś zaplanować. Cokolwiek. Wyjazd z Warszawy. Przeprowadzkę do kuzynki mieszkającej w starym domu na rogatkach miasta. Moglibyśmy zrobić większe zapasy.
A tak utknęliśmy z synkiem i żoną w mieszkaniu jej siostry Madzi. Nie mamy choćby szczoteczki do zębów, zmiany bielizny, niczego. Na domiar złego Anula zapomniała zabrać z Wiejskiej torebkę z dokumentami i lekami na astmę dla małego.
Seria wybuchów i cisza.
Nawet leniwe zazwyczaj kocury, przesypiające na wersalce pod oknem całe dnie, wydają się zdenerwowane, nie potrafią znaleźć sobie miejsca, krążą więc po mieszkaniu, ocierając się o nogi. Tylko zaspane muchy nic sobie nie robią z zamieszania, beztrosko snują się po parapecie i zaglądają do salaterki z mizerią, którą mieliśmy z ziemniakami zjeść na drugie danie.
Kulę się w sobie, gdy jakiś zawzięty pilot z łoskotem przelatuje tuż nad dachami. Kilka serii z karabinów maszynowych, terkotanie rewolwerów i cisza.
Że też Warszawiacy, zamiast wziąć sobie do serca „szczerą” odezwę Ludwiga Fischera2 sprzed kilku dni, oddają się takiej bezsensownej, karygodnej rozrywce! Kilka dni temu, jakby na zachętę, ten „nasz wielki pan” zwrócił się do nas per „polscy obywatele i obywatelki!” zamiast tradycyjnej „ludności niemieckiej” czy „einheimische Bevölkerung”.
W obliczu zbliżania się frontu wschodniego bredził coś o „czerwonym potopie” i ogłosił mobilizację Polaków, zwłaszcza z okolic Warszawy i Siedlec. Zachęcał do budowy wszelkiego rodzaju umocnień, ze szczególnym uwzględnieniem głębokich rowów. Straszył kolejną bitwą warszawską jak ta z dwudziestego roku, zachęcał do walki ramię w ramię z prymitywnym, bezwzględnym sowieckim najeźdźcą i odgrażał się, co to się też z nami stanie, jeśli nie posłuchamy rozkazu.
Oczywiście jego rozpaczliwe pogróżki i apele zostały zbojkotowane i jakoś nikogo nic strasznego na szczęście nie spotkało w odwecie.
Upierał się również, że Ruscy nie dotarli do Siedlec, co nie jest prawdą. Mimo że jego zapewnienia powtórzył Wehrmachtbericht3.
Doskonale wiedzieliśmy, że w dniach 27–31 lipca o miasto stoczono zażartą bitwę i że ostatniego dnia miesiąca zajęli je Sowieci. Z jednej strony napawało nas to optymizmem, z drugiej nie mieliśmy jeszcze pojęcia o aresztowaniach i nowych, tym razem sowieckich represjach wobec ludności cywilnej.
Osobiście ucieszyło mnie kłamstwo gubernatora, bo stanowiło niezbity dowód, że Niemcy manipulują faktami, czyli bardzo się boją o własną skórę. Że tylko usiłują nas przekonać o swojej potędze i niezłomności, by zmusić do posłuszeństwa. W moim odczuciu Rzesza jest kolosem na glinianych nogach i tylko patrzeć, kiedy się wywróci.
Gubernator nie próżnuje, zawzięcie wygłasza kolejne tezy i apele, zachłystując się koktajlem optymizmu i naiwności, że oto uciskany, prześladowany od lat naród stanie do walki w jednym szeregu ze swoim oprawcą.
Doskonale pamiętam, jak kilka dni temu, 27 lipca, utknąłem pod szczekaczką na Placu Wilsona, akurat gdy Fischer wzywał sto tysięcy Polaków do przymusowych robót przy budowie linii obronnych na przedpolu Warszawy, co jakoby miało zapobiec wkroczeniu Armii Czerwonej.
Mężczyźni i kobiety od szesnastu do sześćdziesięciu siedmiu lat (swoją drogą ciekawe, skąd ten przedział, dlaczego na przykład nie do siedemdziesiątki) mieli stawić się 28 lipca o 8.00 w sześciu wyznaczonych punktach stolicy, między innymi przy Placu Unii Lubelskiej, Marszałkowskiej i na Żoliborzu. Za odmowę groziły surowe represje, z karą śmierci włącznie.
To, że nikt się tym nie przejął, najlepiej dowodzi, jak zmienił się nastrój społeczeństwa, którego nie da się już tak łatwo zastraszyć.
Mimo wywrzaskiwanych w radiu gróźb, odezw i rozkazów niewielu się znalazło amatorów kopania rowów.
Jakież to z naszej strony przekorne i odważne zarazem, że wykazaliśmy tak niewielki entuzjazm w pomaganiu Szwabom w walce z Ruskimi. I choć nie oczekiwano, że chwycimy za broń, tylko za łopaty i kilofy, to uznaliśmy, że wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem, i nie kiwnęliśmy palcem.
Oby ta ułańska powstańcza fantazja naszych bohaterów nie zakończyła się takim fiaskiem jak w Wilnie4. Dlatego moim zdaniem w naszej sytuacji nie powinniśmy się wychylać, nadmiernie ekscytować, tylko wziąć na przeczekanie i z ukrycia przyglądać się tej walce goliatów, dla których nie ma znaczenia nasz skromny udział w przedsięwzięciu. A już z pewnością po wszystkim nie należy spodziewać się od nich słów uznania. Wręcz przeciwnie.
Eksplozje stają się nie do zniesienia. W głowie huczy.
Z godziny na godzinę nasila się kanonada, a wszechobecny pył grubą warstwą osiada na dopiero co odkurzonych przez Madzię meblach. Trwa to już kilka wlokących się w nieskończoność godzin i końca nie widać. Zawieruchę przygnało tuż pod naszą kamienicę. Ktoś przemyka pod zamkniętą na cztery spusty bramą. Po okolicy niosą się nawoływania i okrzyki: „Schowaj się, tędy, pochylcie głowy! Szybko!”.
– Jezus Maryja, co to będzie, co będzie? – Anula tuli synka w ramionach i popatruje to na Madzię, to na mnie, pobladła i przerażona.
– Co ma być, to będzie. – Silę się na spokój, choć wcale nie jestem spokojny. – Póki co trwamy.
– Proszę cię, ja naprawdę poważnie się zastanawiam, co możemy zrobić.
– Mamy raczej niewielkie pole manewru. – Wzruszam ramionami.
– A ty zawsze taki opanowany. Jakby nic cię nie obchodziło! – niespodziewanie napada na mnie Madzia. – Masz nerwy ze stali?
– A żebyś wiedziała! – podnoszę głos, bo jednak wcale nad sobą nie panuję. – Mam je do cna zszargane. W dodatku jako jedyny mężczyzna w tym towarzystwie powinienem wiedzieć, co robić, jak się zachować!
– Ale ja…
– Tymczasem nie wiem! Nie znam odpowiedzi! Nie potrafię przewidzieć przyszłości! Nie mam pojęcia, czy jesteśmy tu bezpieczni.
– Ale ja nic…
– Usiłuję nie okazywać, ile mnie to wszystko kosztuje, żeby jeszcze bardziej was nie straszyć! – Opadam na krzesło i chowam twarz w dłoniach. Jeszcze chwila i z oczu popłyną mi łzy.
Najwyraźniej mój niespodziewany wybuch robi wrażenie na kobietach, bo obie tylko wybałuszają oczy, nie wiedząc, co ze mną począć.
– Kochanie, żadna z nas tego od ciebie nie oczekuje. – Żona odstawia Jaśka na podłogę, podchodzi pospiesznie i pochyla się nad krzesłem, by mnie objąć.
– Ale ja oczekuję tego od siebie, w tym problem.
– Kochany, wszyscy jesteśmy zdenerwowani.
Madzia przestępuje z nogi na nogę i bąka słowa przeprosin.
– Już dobrze, dobrze. Przepraszam za moje emocje.
– Uznałam tylko, że powinniśmy coś postanowić.
– Właśnie. – Anula siada obok i chwyta mnie za dłoń. – Przecież nie możemy siedzieć jak kaczki na środku stawu i czekać, aż myśliwi nas ustrzelą – zżyma się.
– A nie macie wrażenia, że jesteśmy w potrzasku?
– Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.
– Czasami przez katafalk – mruczę wbrew sobie pod nosem.
– Co mówiłeś?
– Nic, nic. Rzeczywiście moglibyśmy się ruszyć.
– Tylko co, jak spotkamy Szwabów… – Madzia jest coraz bardziej załamana.
– Przecież nie będziemy Niemcom machać polską flagą przed nosem! Ale wielu możliwości nie widzę. – Wzdycham. – Do naszego mieszkania wrócić nie możemy. Co ja mówię: nawet na drugą stronę ulicy nie sposób przejść! Trudno cokolwiek planować.
– No to co teraz?
Madzi drży broda, a ja już się boję niepohamowanych kobiecych łez, wobec których jestem zupełnie bezradny.
– Najważniejsze to zachować spokój i nie ulegać panice.
– A mówiłam matce, że lepiej na wieś wyjechać, mogłyśmy też do Anglii płynąć z Januszykiewiczami, proponowali, bilet chcieli kupować… – Madzia nakręca się na nową nutę.
– Co było, to było. Trzeba się skupić na tym, co tu i teraz.
– Łatwo powiedzieć.
– Wiem, brzmi banalnie, ale nie powinniśmy w planach wybiegać dalej niż do kolejnego poranka.
– Ale życie z godziny na godzinę się wali.
Kot zeskakuje na podłogę, przeciąga się leniwie, wyginając grzbiet w pałąk, i patrzy na nas z wyrzutem. Pewnie biedak tęskni za szprotkami, które są teraz nie do zdobycia, a które, gdyby jakimś cudem wpadły w nasze ręce, sami byśmy zjedli.
– Każda godzina przybliża nas do końca tego piekła. Widzisz przecież, że Szwabom grunt się pali pod nogami.
– I dlatego stali się jeszcze bardziej brutalni i nieobliczalni? – Madzia wydyma usta. – Też mi pociecha.
Siedzimy przez dłuższą chwilę zatopieni we własnym strachu, obawach i poczuciu przegranej, ale z drugiej strony wypatrujemy iskierki nadziei, czegoś, co może nas ocalić i sprawić, że jednak przetrwamy.
Ukradkiem wyglądam przez okno i dostrzegam czterech mężczyzn w eskorcie dwóch esesmanów idących w górę ulicy z uniesionymi wysoko rękoma. Najwyższy trzyma nad głową szczotkę, co wydaje mi się bardzo dziwne. Rozumiem karabin, plecak, ale po co mu szczotka?
Ciężka kuta brama domu naprzeciwko jest od wczesnego popołudnia zatrzaśnięta na głucho, podobnie jak nasza i wejścia do innych kamienic.
Domy w mieście stają się niezależnymi twierdzami pilnowanymi przez cerberów, w których wcielają się nasi poczciwi dozorcy. Mają oko, by do kamienic nie wszedł nikt podejrzany. W ich ręce trafiają biuletyny, ulotki i gazetki, które potem z przejęciem odczytują mieszkańcom zebranym na podwórku. W dużej mierze to od ich poglądu na wybuch powstania zależy nastawienie lokatorów.
– Nie widać żywego ducha. – Madzia zza firanki rzuca okiem na ulicę, po tym jak osobliwa grupa znika za załomem muru. – Ktoś strzela z rewolweru tuż za rogiem.
– Może powinniśmy zejść do piwnicy? – Anula wierci się w miejscu.
– Bo ja wiem? – Nie jestem przekonany. – Może jeszcze nie teraz?
– A jak pocisk trafi w nasz dom? – Żona usiłuje złapać koty, żeby wsadzić je do wiklinowego zamykanego koszyka, w którym co roku w Wielkanoc nosiliśmy święconkę do kościoła przy Placu Trzech Krzyży.
– Tego nie wiemy. Równie dobrze mogą w piwnicy rozpylić gaz.
– O Boże! – wołają jednocześnie kobiety.
Siostry się nakręcają, a ja próbuję je przekonać, że w zasadzie nie ma bezpośredniego zagrożenia, bo jak się zdaje, kule krążą głównie na poziomie ulicy, a mieszkanie Madzi, chwała Panu, znajduje się na drugim piętrze. Ale w tych czasach niczego nie można być pewnym.
Mamy szczęście, że początek strzelaniny zastał nas u Madzi, gdzie się spotkaliśmy, by świętować jej urodziny. Dramat przeżywają nieszczęśnicy przebywający poza domem, u obcych.
1 sierpnia większość ludzi jak co dzień wyruszyła z pękiem kluczy i drugim śniadaniem w kieszeni do pracy i teraz nie mogą wrócić do siebie. A z powodu godziny policyjnej gdzieś muszą się schronić. Poza tym trudno oczekiwać, że w gradzie kul będą spacerować po ulicach. Nie chcę nawet myśleć, jakie katusze przeżywają ich bliscy, nie wiedząc, jaki spotkał ich los. Czy żyją.
Tak w ogóle na każdym kroku widzi się wiele przejawów wdzięczności, dobroci, szlachetności i poświęcenia. W czasie wszechobecnego zagrożenia ludzie zapominają o swoich egoistycznych interesach i pomagają sobie nawzajem, jak tylko mogą. Ciekawe tylko jak długo.
Kolejna scena: pod naszymi oknami dwóch chłopaków z biało-czerwonymi opaskami na ramionach i rewolwerami w ręku przebiegło w przeciwnych kierunkach, jeden przyczaił się pod murem.
2 sierpnia, środa
temperatura powietrza 18°C, deszcz
No i mamy drugi dzień „powstania”. Istne piekło: strzały i detonacje słychać niemal bez przerwy. Jeśli ktoś liczył na to, że wszystko się skończy w kilka godzin, był w wielkim błędzie.
Rano z wielką ciekawością dyskretnie obserwowaliśmy przez okienko na strychu „oddział” powstańców składający się z kilku chłopaczków ściskających w drżących dłoniach rewolwery. Podążali niczym kaczuszki za umundurowanym dumnym kaczorem, który miał przewieszony przez ramię karabin. Nie mam pojęcia, jakie otrzymali zadanie, co takie dzieciaki mogą zdziałać w bitwie.
Ludzie są zagubieni i zastraszeni. Skoro świt parę osób, czujnie pochylonych, przemknęło zakosami przez nasze warzywne pole, by zniknąć wśród ruin po drugiej stronie.
Teoretycznie nasz dwupoziomowy schron jest wyjątkowo bezpieczny, o czym świadczy też to, że ludzie z sąsiednich domów także chcą się w nim ukryć. Tyle w teorii. Prawda jest taka, że odór stęchlizny i składziku z czyimiś butwiejącymi dywanami jest tak ostry i przykry, że po chwili bolą nas głowy i mamy mdłości. Nie mogę sobie wyobrazić, że mielibyśmy spędzić noc w tym smrodzie.
Wbrew obawom kobiet wróciłem ostrożnie do mieszkania, by przynieść coś do jedzenia i ulubionego wypchanego trocinami misia, z którym zawsze sypia nasz synek. Zamiast tego, zdesperowany, w egipskich ciemnościach, przepchnąłem wersalkę i nasze dwa małżeńskie łóżka do przedpokoju. To jedyne pomieszczenie bez okien, w którym jesteśmy osłonięci przed odłamkami. Wiem, że podobnie urządzają się niektórzy sąsiedzi, którym też piwniczne lokum dało się we znaki.
Mamy szczęście, że mieszkanie Madzi, pewnie dlatego, że jest na drugim piętrze, nie zostało ostrzelane. Ale z obawą przyglądamy się szczytowej ścianie budynku w klatce obok, na której wyraźnie zarysowują się pęknięcia. Przez dziury i wyrwy w murze można zajrzeć do mieszkań. Podwórko od tej strony jest wypełnione odłamkami cegieł, ich warstwa sięga aż do parapetów na pierwszym piętrze. Dwie z czterech ławek, które tam stały, zostały pospiesznie odgrzebane i przeniesione pod rosnące na środku drzewo.
Ku rozpaczy kobiet ucierpiała też kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, pod którą codziennie odprawiane są modły i litanie.
Jest mokro, chłodno i nieprzyjemnie. Walki trwają. Gubimy się w domysłach, jaka naprawdę panuje sytuacja w mieście. Piwniczne plotki głoszą, że Stare Miasto opanowali nasi, że zdobyli gmach Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych przy Sanguszki, że Plac Krasińskich, podobnie jak Sejm, są w naszych rękach. Nie mam pojęcia, ile w tym wszystkim prawdy.
Poszło nam aż tak dobrze?
Przed chwilą przez wiadukt przejechała kawalkada niemieckich czołgów i samochodów, więc mój optymizm jest umiarkowany.
Pogłoska goni pogłoskę i pogłoską pogania.
Wiemy tylko, że walki toczą się na Nowym Świecie, Placu Trzech Krzyży oraz Wolskiej, że nie udało się odbić bielańskiego lotniska.
W tym całym informacyjnym chaosie dociera do nas bardzo przykra wiadomość o śmierci w szpitalu przy Polnej przyjaciółki rodziny, dalekiej kuzynki ze strony teściowej, Krysi Krahelskiej. Po głowie przez cały dzień natarczywie krąży mi napisana przez nią piosenka.
Hej, chłopcy, bagnet na broń,
Długa droga, daleka przed nami,
Mocne serca, a w ręku karabin,
Granaty w dłoniach i bagnet na broń.
Madzia i Anula popłakują po kątach, wyrzucają sobie, że nie znalazły czasu, żeby spotkać się z nią przed sierpniem.
Niemcy najwyraźniej sobie nie radzą, bo ściągnęli do miasta ciężką dywizję pancerną. Jestem ciekaw, co zdziałają te legendarne „Tygrysy”. Nie wyobrażam sobie, by okazały się pożyteczne w walkach na ulicach i skwerach. W ciasnej przestrzeni, gdzie z każdego okna mogą zostać obrzucone zapalonymi butelkami z benzyną? Gdzie nie sposób nawrócić?
Gdzie zewsząd otaczają je wysokie mury?
Robi się coraz bardziej przygnębiająco i trudno mi dostrzec sens tego wszystkiego.
Jeśli nie daj Boże szala przechyli się na stronę Niemców, możemy się spodziewać najgorszych, najbrutalniejszych represji. Postawią nas wszystkich pod ścianą i rozstrzelają. Jeśli zaś jakimś cudem powstańcom udałoby się przejąć miasto, już widzę, jak rozwścieczyłoby to Niemców, którzy w odwecie godzinami by je bombardowali, równając z ziemią dom za domem, ulica za ulicą, dzielnica za dzielnicą.
Bawi mnie, że Niemcy są zdania, że powinniśmy twardo opowiedzieć się za nimi. Kopać rowy przeciwczołgowe i stanąć w szranki z ich wrogiem, Sowietami. Przecież to właśnie oni są dla nas największym przeciwnikiem.
I choć od dawna jestem pełen uznania i podziwu dla odwagi i bohaterstwa żołnierzy Armii Krajowej, to jednak mam poczucie, że ich myślenie zdominowała ułańska brawura. Że kolejny raz rzuciliśmy się z szabelkami na czołgi. Że nikt nie podszedł do sprawy racjonalnie.
W takich chwilach niezmiennie odwołuję się do matematyki i statystyki.
Wystarczyło tylko przeliczyć i porównać, jakimi dysponujemy zasobami. Ile mamy broni krótkiej, długiej, działek, granatów, zapasów amunicji. Że nie mamy czołgów ani samolotów, a pomoc sojuszników jest wątpliwa, bo już 1 września 1939 roku przekonaliśmy się, że za wielkimi słowami nie idą wielkie czyny.
Gdy wczoraj rozpoczęła się strzelanina, sądziłem, że to jakaś komunistyczna prowokacyjna ruchawka.
Ale widząc powstańców z biało-czerwonymi opaskami i skalę rewolty (dziś nawet ukazał się pierwszy numer powstańczego „Biuletynu Informacyjnego”), nie mam wątpliwości, że oto naprężyła muskuły Armia Krajowa, która uznała, że pora pokazać swoją siłę. Wziąć sprawę w swe wątłe ręce.
Ciekawe tylko, kto wpadł na ten pomysł i kto wydał rozkaz. Londyn czy Warszawa?
Mnożą się znaki zapytania.
Czytam artykuł w gazecie i nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Warszawa zrozumiała natychmiast.
Zaczęło się między czwartą a piątą po południu. Na Żoliborzu o godzinę za wcześnie, na Mokotowie i Woli nieco później. W samym centrum miasta rozgorzały od razu zacięte walki. Ośrodkiem ich są mocno bronione przez Niemców gmachy Poczty i Dworca Głównego.
Na ulicach ruch normalny i nagle grają kaemy, szczekają rozpylacze, pękają wiązki granatów. I już w ulicy ani jednego przechodnia! Wszyscy po bramach, sieniach, sklepach.
Warszawa zrozumiała od razu, zanim ukazały się pierwsze rozkazy i obwieszczenia. Może przez kwadrans roiło się ludziom jeszcze, że to «napad na pocztę», że to «nalot» i obrona przeciwlotnicza. Ale cała Warszawa wiedziała natychmiast: nasi zaczęli.
I najdroższe, umęczone, najdzielniejsze miasto, natchnienie Polski i świata, stanęło przy swoich żołnierzach w jednej chwili – sercem, czynem, wszelką potrzebną pomocą, każdą ofiarą.
W opustoszałej po gwałtownej serii ognia ulicy pojawia się malec, może ośmioletni. Pędzi przez jezdnię. Wdrapuje się na budkę od papierosów. Zatyka na niej biało-czerwoną chorągiewkę.
A wielka biało-czerwona chorągiew powiewa już przed godziną osiemnastą na szczycie drapacza Prudentialu zdobytego szturmem5.
Nie docierają do nas wiadomości ani ze świata, ani z najbliższych okolic. Szczególną ciekawość budzi to, co dzieje się na froncie.
„Odziedziczone” po poprzednich sąsiadach Madzi radio na baterie nie działa, a akumulatorów do niego nie sposób dokupić. Co prawda na kredensie na poczesnym miejscu salonu stoi wyprodukowany w Wilnie poczciwy Elektrit, ale przy braku prądu pociecha z niego żadna.
A skoro nie ma prądu, lampy są bezużyteczne, podobnie jak chluba pani domu: niewielka lodówka. Telefon milczy. Obawiamy się, że stanęła elektrownia. Mam nadzieję, że wczorajszy wielki wieczorny pożar na Powiślu nie trawił tego tak strategicznego dla mieszkańców obiektu…
Jakimś cudem po południu zaczął działać telefon i udało mi się porozmawiać z moją siostrzenicą Wiką, która ostrzeżona w porę, znalazła się w chwili wybuchu powstania w domu. Przekonywała, że na Wiejskiej jest spokojnie, ale w Alejach Ujazdowskich trwa przepychanka. Tak bardzo złości mnie to, że jesteśmy odcięci od domu.
Od tej części miasta, którą znam jak własną kieszeń, w której czuję się bezpiecznie, z dala od reszty rodziny, matki i sąsiadów. Doskwiera mi poczucie niewiarygodnego opuszczenia, choć obok są żona i szwagierka i otaczają mnie inni ludzie. Tak bym chciał wrócić na stare śmieci.
Pocieszamy się, jak możemy, dodając sobie otuchy planami na przyszłość. Dokąd się wybierzemy, co ugotujemy, z kim się spotkamy. To odrobinę pomaga oderwać się od ponurej rzeczywistości.
Ale przede wszystkim odsypiamy trudną, hałaśliwą noc, polegując w łóżkach do południa.
Madzia wysupłuje ze spiżarki zapasy i zapewnia, że wszystkiego jest pod dostatkiem. Tym razem pada na chomikowanego od kilku lat suszonego sztokfisza6, z którego żona przyrządza na obiad smaczne kotleciki w sosie pomidorowym. Rzecz jasna z pomidorów zebranych na pobliskim polu. Co za szczęście, że mamy je pod ręką.
Koimy nerwy piętnastoprocentowym ajerkoniakiem, delektujemy się prawdziwą mocną kawą i pozostając w jajecznym nastroju, ubijamy piankę z jajek z dodatkiem szczypty bezcennego holenderskiego kakao Van Houtena.
Na szczęście Madzia, która przed wojną skończyła studia językowe, jest wielką miłośniczką książek i jej biblioteczka ma do zaoferowania zacne pozycje. Wygrzebuję z niej kolejne ciekawe tytuły, co z jednej strony dostarcza strawy duchowej, a z drugiej, co nawet ważniejsze, pozwala zabić czas. Dzięki lekturze mogę choć na chwilę przenieść się do innego świata, na moment zapomnieć o przytłaczającym tu i teraz.
Jestem jak stary Żyd z krążącej po mieście opowieści, który w czasie zagłady getta siedział sobie spokojnie na balkonie i zaczytywał się w Dostojewskim. Nic innego mu nie pozostało.
Leje deszcz, horyzont zasnuwają złowieszcze granatowe chmury. Jesteśmy jak bezradni rozbitkowie skuleni na maleńkiej wysepce, pośród wzburzonych fal cierpienia i beznadziei. Łudzimy się, że groza nie podejdzie do nas zbyt blisko, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że niestety bolesne skutki powstania nas nie ominą.
Ostrzał nie milknie, choć nie widzimy strzelających.
Warszawa podzieliła się na dwoje: walczących o miasto i walczących o to, by w nim przetrwać.
3 sierpnia, czwartek
temperatura powietrza 17°C,
poranna mżawka, duże zachmurzenie
No i rozpoczęła się na dobre nasza domowa rewolucja. Niechętnie, ale powodowani zdrowym rozsądkiem i przezornością przenieśliśmy się z naszego ulubionego słonecznego saloniku do małego pokoju od strony podwórza, do którego słońce zagląda tylko na chwilę o poranku.
Artyleria sowiecka wali z Pragi na wiadukt. Zawzięty ostrzał wzbija chmury duszącego kurzu i dymu w tamtej okolicy i na linii brzegowej Wisły. Niby strzelają tylko od czasu do czasu, może co pół godziny ziemią szarpią dwa, trzy wstrząsy, ale wszystko dzieje się tak blisko, że wystarczy mała pomyłka celowniczego, a znajdziemy się na linii ognia.
Rano obserwowałem, jak czołg usiłował rozjechać barykadę wzniesioną z byle czego, głównie z kubłów na śmieci, mebli i płyt chodnikowych; wyskakujący z bram chłopcy rzucali w niego butelkami z benzyną, wrzeszcząc: „Tygrys, do budy!”.
Niestety nie wyrządzili mu większych szkód, a stojący w oknach na wyższych piętrach ludzie bili brawo.
Oglądane sceny bardziej przypominają groteskowe przedstawienie w kiepskim kabarecie niż wojnę. Zresztą po chwili czołg się wycofał.
Skoro świt, po jednym z mocniejszych wstrząsów, wyleciały z brzękiem szyby w dwóch oknach balkonowych od strony ulicy. Na nic się zdało ich wcześniejsze oklejenie gazetami. Dobrze, że jest lato. Zimą po takiej demolce zamarzlibyśmy w kilka dni.
Najwyraźniej nasi licho uzbrojeni powstańcy weszli na ambicję Niemcom, bo od dziś wdrożyli oni do walki lotnictwo bombowe, głównie Stukasy7, które odtąd systematycznie będą nas nękać.
Gdy niespodziewanie rozbłyska światło żarówki, zrywam się z krzesła i rzucam jak szalony do radia, aby posłuchać Wehrmachtberichtu. Robię to tak gwałtownie, że koty w popłochu uciekają do drugiego pokoju i kryją się pod szafą.
Wysłuchuję wiadomości o tym, że Amerykanie wkroczyli już do Bretanii, o operacji na zachodzie Francji pod kryptonimem „Cobra”, o zdobywaniu przyczółków w Normandii.
Z piwnicznych plotek zaś dowiaduję się, że w Moskwie premier rządu RP na uchodźstwie Stanisław Mikołajczyk rozpoczął trudne rozmowy z Józefem Stalinem na temat sytuacji w Polsce i w walczącej Warszawie. Domyślam się, że te pogaduszki spełzły na niczym.
Niestety nic nie mówią o Warszawie. Szlag by trafił!
Jak żyję, nie widziałem czegoś takiego.
Złowrogie pożary hulają wzdłuż Alei 3 Maja, niczym zapałki płoną piękne kamienice i pobliskie parki.
Około 13.00 od strony Mostu Poniatowskiego ruszyło zwarte niemieckie natarcie w kierunku Dworca Głównego. Narożne mieszkanie zaledwie dwa domy od nas bucha żywym ogniem.
Podobno pożoga trawi Muzeum Narodowe, a w nim bezcenne eksponaty. Ludzie gubią się w domysłach, czy ostrzelali je Ruscy czy Niemcy, jakby miało to jakieś znaczenie w obliczu niepowetowanych dla sztuki i historii strat.
Według pogłosek wczoraj spalił się dworzec, ale za to na gmachu PKO zawisła polska flaga. Podobno na Marszałkowskiej poniewierają się wraki spalonych samochodów i niemieckie trupy. Czy tylko niemieckie? Ogień wziął we władanie Szpital św. Łazarza; mam nadzieję, że zdążyli ewakuować chorych.
W piwnicy ludzie cieszą się i rosną w dumę, bo nasi zdobyli Pałac Blanka, przy okazji biorąc do niewoli dwudziestu dwóch esesmanów. Na ich miejsce zaraz pojawią się dziesiątki innych, ale o tym jakoś nikt nie myśli.
Jedna rzecz napawa mnie ogromnym zdumieniem: Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK uruchomiło dzisiaj w Śródmieściu sześć patroli megafonowych nadających audycje informacyjne, wiersze i piosenki. Fatalnie, że to tak daleko od nas.
Nieustannie słychać bliższe i dalsze detonacje artyleryjskie, ale dominują serie i pojedyncze strzały karabinowe przeplatane wystrzałami z pistoletów.
– Uważam, że trzeba zejść do piwnicy – sugeruję Anuli ostrożnie, że czas na bardziej radykalne kroki. Teoretycznie nadal możemy koczować na posłaniach w przedpokoju, ale z godziny na godzinę niebezpieczeństwo rośnie.
– Może Heniek ma rację? – wtóruje mi nieśmiało szwagierka.
– Powinniśmy tak zrobić – upieram się.
– Nie zniosę tego smrodu. – Żona wzdryga się z obrzydzeniem.
Z ociąganiem sięga jednak po przygotowany wcześniej plecak ewakuacyjny, uszyty z grubych zasłon, ale zarazem wyskakuje z karkołomnym pomysłem, że może udałoby się zataszczyć do schronu tapczan z gościnnego pokoju.
Po krótkiej, acz żarliwej dyskusji kobiety przystają na to, aby zabrać jedynie sienniki z naszych małżeńskich łóżek. Oddycham z ulgą, bo nie wyobrażam sobie znoszenia z drugiego piętra ciężkiego mebla z litego dębowego drewna.
– Na myśl o schronie też zbiera mi się na wymioty – wracam do wrażeń zmysłowych, jakich dostarcza piwnica.
– Wcale się nie dziwię – krzywi się Madzia.
– Ale nie mamy wyjścia. Na szczęście w łazience znalazłem buteleczkę starego olejku lawendowego, jeśli skropimy nim wszystko wokół nas, nie powinno być najgorzej.
– I ci niedomyci ludzie! Ich też skropisz? – Anula zdobywa się na żart.
– Jesteśmy tak samo brudni. – Uśmiecham się.
– Wiem, tylko jakoś własnego smrodku tak się nie czuje.
– Wolę śmierdzieć i siedzieć w zaduchu kilka dni, niż czysty przenieść się do królestwa niebieskiego – kwituję.
– Skąd wiesz, że tylko kilka dni? – pyta zaczepnie Anula, próbując złapać chowające się po kątach koty, które z dnia na dzień wyglądają marniej.
– Oj, daj spokój, próbuję cię pocieszyć, a przy okazji siebie również. – Szturcham ją w bok, przymierzając się do zabrania sienników.
– Mam wrażenie, że kamienica wali się nam na głowę. Piętro po piętrze. Bogdanowa mówiła, że jeszcze trochę, to nie tylko strychu mieć nie będziemy, ale i pierwszego piętra.
– Oj tam, ludzie głupoty gadają i wzajemnie się nakręcają.
– A jeśli tak się stanie?
– To wtedy będziemy się zastanawiać co dalej. Póki co pakuj się i nie zapomnij o ciepłych skarpetach. Wiesz, jak w piwnicy potrafi być zimno. Ja wezmę jeszcze pierzyny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. „Nowy Kurier Warszawski”, 20 września 1944. [wróć]
2. Niemiecki gubernator dystryktu warszawskiego. [wróć]
3. Pojęcie Wehrmachtbericht odnosi się do oficjalnych codziennych komunikatów Naczelnego Dowództwa Niemieckich Sił Zbrojnych (OKW) nadawanych przez niemieckie radio i publikowanych w prasie w czasie II wojny światowej. W Warszawie komunikaty te służyły do celów propagandowych w dwóch najważniejszych momentach: podczas jej oblężenia i kapitulacji w 1939 roku oraz w czasie powstania. [wróć]
4. Powstanie w Wilnie, zryw zbrojny pod kryptonimem „Ostra Brama” przeprowadzony przez Armię Krajową w lipcu 1944 roku, było największą kampanią polskiego podziemia na Kresach w ramach ogólnokrajowej akcji „Burza”. Celem operacji „Ostra Brama”, rozpoczętej 7 lipca, było samodzielne wyzwolenie Wilna spod okupacji niemieckiej i zgodne z założeniami „Burzy” wystąpienie wobec Armii Czerwonej( w roli „gospodarza”. Plan operacji został opracowany w sztabie Okręgu Wilno Armii Krajowej w marcu 1944 i zakładał zdobycie miasta przez połączone siły wileńskiego i nowogrodzkiego okręgu AK; Choć miasto zostało zdobyte, a nad Ostrą Bramą zawisła polska flaga, to po zakończeniu walk dowództwo sowieckie aresztowało polskich oficerów, żołnierzy zaś przymusowo wcielono do Armii Czerwonej lub wywieziono do łagrów, co definitywnie przesądziło o losach Wilna i włączeniu go do ZSRR. [wróć]
5. „Biuletyn Informacyjny”, sierpień 1944. [wróć]
6. Sztokfisz to niesolone suszone ryby, najczęściej z rodziny dorszowatych. [wróć]
7. Junkers Ju 87 Stuka Sturzkampfflugzeug – niemiecki bombowiec nurkujący. [wróć]
