Moja ukochana Warszawa - Nina Majewska-Brown - ebook

Moja ukochana Warszawa ebook

Nina Majewska-Brown

0,0
35,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Powstańcza Warszawa to nie tylko historia walki, ale przede wszystkim dramat tysięcy cywilów.

Warszawa była ich całym światem – miejscem rodzinnych wspomnień, pierwszych miłości, ulubionych kawiarni i codzienności, która dawała poczucie bezpieczeństwa. Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, zwykli mieszkańcy zostali wciągnięci w wir wydarzeń, na które nie mieli wpływu. Utrata bliskich, domów i nadziei stała się doświadczeniem całego miasta, które mimo cierpienia pozostało ukochanym miejscem na ziemi.

Książka Niny Majewskiej-Brown to poruszający dowód na to, jak wyglądały realia Powstania, którego boleśnie doświadczyli zwykli mieszkańcy Warszawy. Nikt nie zapytał ich o zdanie, nikt nie uprzedził...

Autorka, ceniona za umiejętność tworzenia pełnych emocji opowieści, oddaje głos cywilom – tym, którzy pragnęli przede wszystkim żyć, kochać i ocalić pamięć o swoim mieście.

To opowieść o Warszawie widzianej oczami tych, którzy każdego dnia toczyli własną walkę o przetrwanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN Redak­tor pro­wa­dzący: Agata Pasz­kow­ska-Pogo­rzel­ska Redak­cja języ­kowa: Agnieszka Horzow­ska Korekta: Joanna Kłos, Agnieszka Dudek Redak­tor tech­niczny: Agnieszka Matu­siak

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026 Copy­ri­ght © by Nina Majew­ska, 2026

Zdję­cia na okładce: MPW-IN/1084 Autor zdję­cia: Marian Grab­ski „Wyrwa”, Źró­dło: Muzeum Powsta­nia War­szaw­skiego MPW-IN/2449 Autor zdję­cia: Edward Woj­cie­chow­ski, Źró­dło: Muzeum Powsta­nia War­szaw­skiego MPW-IN/9597 Autor zdję­cia: Joachim Joachim­czyk „Joachim”, Źró­dło: Muzeum Powsta­nia War­szaw­skiego

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-19078-8

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Motto

Ludzie nie umie­rają, jedy­nie bledną ich gwiazdy.

Wstęp

War­szawa, moja uko­chana War­szawa.

Moje mia­sto, mój dom, moje miej­sce na ziemi.

Tu było całe moje życie. To szczę­śliwe, prze­peł­nione marze­niami i to pełne stra­chu, nie­pew­no­ści, bólu i roz­pa­czy. Rodzina, szkoła, ulu­biona kawiar­nia, pierw­sza miłość, kino na rogu ulicy. Miesz­ka­nie rodzi­ców, groby dziad­ków.

Trwa­li­śmy w niej upar­cie mimo łapa­nek i ter­roru. Koniec wojny był tak bli­sko.

I nagle ktoś zde­cy­do­wał o wybu­chu powsta­nia.

Nikt nie pytał nas o zda­nie, nikt nie uprze­dził. Nikt nie pomy­ślał o zwy­kłych ludziach, któ­rzy po pro­stu chcieli żyć. To my, cywile, ponie­śli­śmy naj­więk­szą ofiarę tego zrywu. Stra­ci­li­śmy domy i miesz­ka­nia, bli­skich, pracę, odarto nas z marzeń i obar­czono traumą.

Nadzieja zmie­niła się w żałobę, a żałobę przy­ćmił strach.

W tych uni­ka­to­wych, ni­gdzie wcze­śniej nie­pu­bli­ko­wa­nych wspo­mnie­niach skrywa się nasza prawda o powsta­niu.

W piekle powstania. Młodzież na barykadach

Pierw­sze strzały zwia­stu­jące wybuch powsta­nia war­szaw­skiego padły 1 sierp­nia około godziny trze­ciej po połu­dniu w pół­noc­nej dziel­nicy mia­sta. Poje­dyn­cze począt­kowo strzały pisto­le­towe i kara­bi­nowe zlały się stop­niowo w jeden drga­jący akord akcen­to­wany czę­stymi wybu­chami gra­na­tów. O pią­tej po połu­dniu nie było już chyba dziel­nicy mia­sta, w któ­rej by nie wal­czono.

Ludzie powra­ca­jący z pracy do domów lub pra­cu­jący w otwar­tych jesz­cze skle­pach czy zakła­dach zostali cał­ko­wi­cie zasko­czeni przez wybuch powsta­nia. Każdy schro­nił się pospiesz­nie, gdzie popa­dło, licząc na to, że strze­la­nina nie­długo się skoń­czy. Huk strza­łów nie nale­żał ostat­nio do rzad­ko­ści na uli­cach War­szawy, wszy­scy więc byli pewni, że i tym razem cho­dzi o jakąś lokalną „akcję”.

Tym­cza­sem godziny mijały, a odgłosy walki, zamiast przy­ci­chać, przy­bie­rały na natę­że­niu. Zapadł zmrok. Rów­no­cze­śnie warunki atmos­fe­ryczne ule­gły dal­szemu pogor­sze­niu. Lunął upo­rczywy rzę­si­sty deszcz. Nisko pędzące napęcz­niałe wil­go­cią chmury oświe­tliła krwawa łuna poża­rów. Tym razem nikt już nie miał wąt­pli­wo­ści. To nie była lokalna potyczka, ale regu­larna bitwa. Wybu­chło powsta­nie!

Tej nocy mało kto spał w War­sza­wie, cho­ciaż naresz­cie pry­watne domy miesz­kalne nie były na ogół nie­spo­ko­jone. Walki toczyły się na uli­cach w pobliżu punk­tów stra­te­gicz­nych, które powstańcy pra­gnęli opa­no­wać za pierw­szym ude­rze­niem. Zamiar ten udał się tylko czę­ściowo, powo­du­jąc prze­rwa­nie komu­ni­ka­cji na głów­nych arte­riach prze­lo­to­wych mia­sta oraz oto­cze­nie i odcię­cie nie­któ­rych nie­miec­kich punk­tów oporu. Opa­no­wa­nie za jed­nym zama­chem całego mia­sta nie powio­dło się jed­nak i fakt ten z góry prze­są­dził cały los powsta­nia, sta­no­wiąc rów­no­cze­śnie tra­giczny wyrok śmierci, znisz­cze­nia i nędzy dla całego mia­sta i jego nie­szczę­snych miesz­kań­ców.

Kto­kol­wiek tylko umiał patrzeć i wycią­gać ze swych spo­strze­żeń logiczne wnio­ski, już w dru­gim dniu powsta­nia nie mógł mieć co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. W dniu tym poja­wili się w pry­wat­nych domach pierwsi powstańcy, nie­mal bez wyjątku mło­dzi chłopcy w wieku lat szes­na­stu–osiem­na­stu, prze­waż­nie w cywil­nych ubra­niach z biało-czer­wo­nymi opa­skami na ramie­niu. Dowód­cami ich byli nie­wiele starsi porucz­nicy z dumą obno­szący swoje gwiazdki na wycią­gnię­tych z ukry­cia przed­wo­jen­nych kurt­kach ofi­cer­skich. Wielu powstań­ców miało hełmy sztur­mowe. Uzbro­je­nie nato­miast było słabe i nie­jed­no­lite, prze­waż­nie pisto­lety kali­bru 7 i 9, rza­dziej kara­biny, gdzie­nie­gdzie roz­py­la­cze i fili­pinki, czyli lekka broń szyb­ko­strzelna. Uzu­peł­nie­niem tego ekwi­punku były gra­naty ręczne w ilo­ści raczej nie­wy­star­cza­ją­cej oraz butelki z ben­zyną.

Widok tego kwiatu war­szaw­skiej mło­dzieży pory­wa­ją­cej się na czyn o nie­obli­czal­nych skut­kach wywo­łał w resz­cie spo­łe­czeń­stwa dwo­ja­kie uczu­cia. Mło­dzież entu­zja­zmo­wała się wszel­kimi wia­do­mo­ściami z pola walki, poczy­tu­jąc każde roz­bro­je­nie poste­runku nie­miec­kiego, każde zdo­by­cie prze­jeż­dża­ją­cego samo­chodu za decy­du­jące zwy­cię­stwo. Na gwałt szyto sobie biało-czer­wone opa­ski, co pro­wa­dziło do gor­szą­cych nie­po­ro­zu­mień, gdy dowódcy musieli odsta­wiać nie­po­wo­ła­nych ochot­ni­ków, wyja­śnia­jąc, że ważne są tylko opa­ski z nadru­kiem i nume­rem. Star­sze poko­le­nie, które obie­cy­wało sobie w spo­koju dożyć do końca wojny, zajęło w sto­sunku do powsta­nia sta­no­wi­sko raczej chłodne. Nie­rzad­kie były wypadki, że powstań­ców sado­wią­cych się w domach pro­szono ze łzami w oczach, aby poszli sobie gdzieś dalej i nie ścią­gali na głowy kobiet, dzieci i star­ców nie­spo­dzie­wa­nej kontr­ak­cji nie­miec­kiej. Natu­ral­nie mło­dzi fana­tycy byli głusi na tego rodzaju prośby.

Dla bez­stron­nego obser­wa­tora tych wszyst­kich fak­tów i obja­wów z każdą upły­wa­jącą chwilą sta­wało się coraz bar­dziej jasne, że cały ten mło­dzień­czy poryw do niczego dobrego nie dopro­wa­dzi. Siły i uzbro­je­nie powstań­ców oraz ich orga­ni­za­cja i kre­dyt moralny w spo­łe­czeń­stwie były za słabe do samo­dziel­nego uzy­ska­nia roz­strzy­ga­ją­cych suk­ce­sów. Szale walki mogło prze­chy­lić na ich korzyść tylko nadej­ście pomocy z zewnątrz. Tym­cza­sem komu­ni­kat nie­miecki doniósł o dotar­ciu sił bol­sze­wic­kich na wschód od Pragi. Ucichł huk armat zza Wisły, znik­nęły sowiec­kie samo­loty, a z nimi nadzieja rychłej odsie­czy dla powstań­ców.

A Anglicy? A pol­ski rząd w Lon­dy­nie? I z tej strony nie można było sobie robić żad­nych nadziei. W ofi­cjal­nym powstań­czym „Biu­le­ty­nie Infor­ma­cyj­nym”, w powo­dzi zwy­kłych pod­no­szą­cych na duchu fra­ze­sów, można było wyczy­tać, że urzę­dowe czyn­niki emi­gra­cyjne cią­gle kon­ku­rują, podró­żują, zabie­gają, zapew­niają, prze­sy­łają słowa podziwu i otu­chy, ale o żad­nej kon­kret­nej pomocy nie było ani słowa. Już po paru dniach powsta­nia stało się jasne jak na dłoni, że War­szawa została pozo­sta­wiona swo­jemu tra­gicz­nemu losowi, osa­mot­niona w obli­czu potę­gu­ją­cej się z każdą chwilą akcji bojo­wej wojsk nie­miec­kich1.

Nasze umęczone miasto

1 sierp­nia 1944, wto­rek

tem­pe­ra­tura powie­trza 20°C, deszcz

Łup, łup, łup, krew pul­suje mi w uszach, serce dudni, a przed oczami poja­wiają się mroczki. Boże prze­naj­słod­szy, co teraz? Co nas czeka? Mia­łem nadzieję, że jakoś prze­cze­kamy oku­pa­cję w spo­koju, jeśli w ogóle można mówić o spo­koju w tych wojen­nych dniach.

Gdy Niemcy nas zaata­ko­wali, przy­ją­łem jasz­czur­czą filo­zo­fię zamar­cia w bez­ru­chu, mini­mal­nej aktyw­no­ści i nie­na­ra­ża­nia się, co do tej pory, z mniej­szym czy więk­szym suk­ce­sem, mi się uda­wało.

W mie­ście mimo ulew­nego desz­czu zro­biło się tak cie­pło, że natar­czywe pod­świa­dome myśli o śmierci, o tym, że zbliża się nie­bez­pie­czeń­stwo, że przyj­dzie się poże­gnać z tym świa­tem, odbie­rają sen i resztki rozumu.

Aby zająć czymś głowę i oswoić rze­czy­wi­stość, posta­na­wiam oddać się pisa­ni­nie. Jeśli nie prze­żyję, może cho­ciaż prze­trwa mój dzien­nik. Nikły ślad po tym, że tu byłem.

Uzbro­jony w kopiowy ołó­wek zaczy­nam od dzi­siaj pisać pamięt­nik, który być może dla potom­nych będzie jedy­nym dowo­dem tego, co się stało z naszą rodziną. Już wcze­śniej pod­ją­łem posta­no­wie­nie o spi­sy­wa­niu wojen­nych prze­żyć i co kilka dni noto­wa­łem waż­niej­sze wyda­rze­nia z życia i z frontu.

Jeśli tego nie zro­bię, straszne doświad­cze­nia z cza­sem zatrą się w pamięci, a wraz z moją śmier­cią znikną na zawsze. Zresztą kto mi póź­niej uwie­rzy w to, co było moim udzia­łem.

Krążę po miesz­ka­niu w poszu­ki­wa­niu notesu, zeszytu, cze­go­kol­wiek, w czym mógł­bym spi­sy­wać wra­że­nia z tych dni. Jak na złość pamięt­nik, który zaczą­łem pisać w pierw­szych dniach wrze­śnia 1939 roku, został w naszym domu na Wiej­skiej, a tam z uwagi na sytu­ację chwi­lowo wró­cić nie mogę.

Jedli­śmy zupę pomi­do­rową domo­wej roboty z maka­ro­nem, gdy zaczęła się zawie­ru­cha. Od kilku godzin trwa hała­śliwa awan­tura w cen­trum mia­sta. Jeste­śmy zdez­o­rien­to­wani, bo mimo wyraź­nie sły­sza­nych wystrza­łów, grze­chotu kara­bi­nów i dzia­łek prze­ciw­lot­ni­czych nie spo­sób okre­ślić, gdzie usku­tecz­nia się ta krwawa i zapewne bez­owocna jatka.

Ludzie zacho­wują się jak mrówki, któ­rych mro­wi­sko zalano wrząt­kiem. Roz­bie­gają się na wszyst­kie strony, nie potra­fiąc oce­nić, skąd nad­cho­dzi nie­bez­pie­czeń­stwo. Ucie­ka­jący w popło­chu prze­ka­zują sprzeczne infor­ma­cje. Jedni twier­dzą, że to na Żoli­bo­rzu coś się dzieje, inni wołają, że płoną Aleje Ujaz­dow­skie, Sejm, Wiej­ska, Nowy Świat, Plac Napo­le­ona. Ktoś się upiera, że widział pol­skie woj­sko na Powi­ślu, a my jeste­śmy pewni tylko tego, że coś stało się na pobli­skim wia­duk­cie, bo nasyp ginie w gęstym burym dymie. Od czasu do czasu ktoś strzela tak bli­sko nas, że boimy się wyściu­bić nos z okna.

Co to ma być? Ruscy wkro­czyli wresz­cie do mia­sta? A może to desant alian­tów?

Jeste­śmy bar­dzo zasko­czeni, nikt nas o niczym nie uprze­dził. Co prawda atmos­fera w mie­ście w ostat­nich dniach była bar­dzo napięta, bo Niemcy ucie­kali, Ruscy zbli­żali się do Wisły i wyda­wało się, że nie­ba­wem nasz los się odmieni, ale cze­goś takiego się nie spo­dzie­wa­li­śmy.

Wresz­cie ktoś na zewnątrz woła rado­śnie, że to powsta­nie. Że wybu­chło war­szaw­skie powsta­nie.

Jeste­śmy w szoku.

Teraz powsta­nie? Po co? Dla­czego? W przed­dzień walki, którą Ruscy mają sto­czyć z Niem­cami?

To jak pucz przy­go­to­wany pospiesz­nie, wsz­częty naprędce. I powtó­rzę pyta­nie: po co? Bol­sze­wicy już się przy­cza­ili na rogat­kach War­szawy i jak na moje nale­ża­łoby liczyć, że za jakieś dwa tygo­dnie wejdą do mia­sta. Jaka jest więc idea tych popi­sów strze­lec­kich?

W obec­nej sytu­acji fron­to­wej, w obli­czu tego, że Niemcy dostają baty, a Armia Czer­wona na pewno by sobie pora­dziła z poko­na­niem Szwa­bów w War­sza­wie bez tego całego powsta­nia, nie poj­muję, kto wpadł na ten sza­leń­czy pomysł. Nie rozu­miem, dla­czego ktoś ocze­kuje takiego poświę­ce­nia od miesz­kań­ców? Dla­czego War­sza­wiacy, któ­rym udało się prze­trwać lata oku­pa­cji, mają w ostat­niej chwili wal­czyć i zgi­nąć? Bo co do tego, że ta rewo­lu­cja pochło­nie kil­ka­dzie­siąt tysięcy ofiar, nie mam wąt­pli­wo­ści.

Bogu ducha win­nych ludzi ska­zy­wać na zagładę? Mia­sto jest pełne rodzin z dziećmi, star­ców, bez­bron­nych kobiet. Tyle tych roz­my­ślań, które nie­wiele mają sensu, bo rewolta nie­za­leż­nie od naszej opi­nii na jej temat prze­ta­cza się nam nad gło­wami.

Tale­rze z nie­do­je­dzoną zupą na­dal stoją na stole, wabiąc muchy, które z brzę­kiem obi­jają się o szyby i urzą­dzają sobie wycieczki po reszt­kach maka­ronu. Zacie­kła kano­nada trwa bez prze­rwy, świetlny odblask czer­wo­nych rakiet prze­cina niebo nad Powi­ślem. Pierw­sze łuny poża­rów roz­gasz­czają się na hory­zon­cie, ktoś za oknem woła, że pło­nie Dwo­rzec Wschodni.

I pomy­śleć, że pora­nek był taki spo­kojny. Pili­śmy her­batę zio­łową przy otwar­tym oknie, wsłu­chu­jąc się w szum desz­czu, który zmie­nił się w gwał­towną ulewę. Nawał­nica ostu­dziła ani­musz obu wal­czą­cych stron. Ale led­wie słońce prze­biło się przez chmury, na nowo zaczęła się strze­la­nina, jakiej War­szawa jesz­cze nie sły­szała.

Jestem tak zde­ner­wo­wany, że pocą mi się dło­nie i zbyt mocno przy­ci­skam ołó­wek do kartki, przez co łamię gra­fi­towy rysik. Grze­bię w rupie­ciach na biurku i jak na złość nie mogę zna­leźć ostrzałki. Nie pozo­staje mi nic innego, jak udać się do kuchni i nożem naostrzyć ołó­wek.

Na wia­duk­cie poja­wiają się samo­chody pan­cerne. Co będzie dalej? Tego nikt nie wie i nie prze­wi­dzi.

Naj­gor­sza w tym wszyst­kim jest wła­śnie nie­wie­dza. Niemcy odcięli tele­fony i nie można ni­gdzie zadzwo­nić, aby się wywie­dzieć, co się dzieje w mie­ście. Gdzie toczą się walki i przede wszyst­kim czy nasze miesz­ka­nie na Wiej­skiej jest całe?

Jak na iro­nię można za to posłu­chać kom­plet­nie nie­pa­su­ją­cych do sytu­acji skocz­nych melo­dii nada­wa­nych przez war­szaw­skie radio. A można by efek­towną lita­nię uło­żyć z ulic, na któ­rych toczą się walki, gdzie jest względ­nie bez­piecz­nie, a dokąd pod żad­nym pozo­rem się nie wybie­rać. Za chwilę będą nada­wać po pol­sku „wia­do­mo­ści”. Muszę ich wysłu­chać. Może zde­men­tują plotkę, że to rze­czy­wi­ście powsta­nie? Uspo­koją nas? Powie­dzą prawdę o tym, co prze­żywa sto­lica? Mam nadzieję, że to wszystko nie­ba­wem się skoń­czy.

Nic z tych rze­czy. Audy­cja roz­po­częła się jak zwy­kle hej­na­łem z Wieży Mariac­kiej i komu­ni­ka­tem wojen­nym. Zupeł­nie jakby ludzie byli ślepi i głusi i nie widzieli, co się wypra­wia za oknami. Nie dosły­sza­łem ostat­niego zda­nia, bo kolejny wybuch wstrzą­snął kamie­nicą, tak że aż pod­sko­czy­łem na krze­śle.

Nikt nie wspo­mina o tym, że o siód­mej rano łącz­niczki otrzy­mały roz­kaz od Chru­ściela, pseu­do­nim „Mon­ter”, o wybu­chu powsta­nia, że ogło­szono mobi­li­za­cję. Że kilka tysięcy osób to pod­chwy­ciło i w godzi­nach przed­po­łu­dnio­wych prze­ka­zało roz­kaz dalej. Że ruszono po broń i amu­ni­cję.

Nie mamy poję­cia, że pierw­sze przed­wcze­sne strzały padły tuż przed 14.00 na Żoli­bo­rzu przy Kra­siń­skiego w stronę nie­miec­kiego plu­tonu trans­por­tu­ją­cego broń. Niemcy szybko zorien­to­wali się w sytu­acji i ścią­gnęli na to miej­sce czołg i woj­sko. Że o 16.00 dowódca SS i poli­cji Oberführer SS Paul Otto Geibel, uprze­dzony o wybu­chu powsta­nia, posta­wił w stan goto­wo­ści pod­le­głe mu siły, a już po pół­go­dzi­nie gene­rał Rainer Sta­hel zarzą­dził alarm gar­ni­zonu.

I wresz­cie że 17.00 była Godziną „W”, godziną wybu­chu powsta­nia, które wbrew zało­że­niom nie zasko­czyło Niem­ców.

Gdy­by­śmy wie­dzieli o tych zamia­rach, mogli­by­śmy coś zapla­no­wać. Cokol­wiek. Wyjazd z War­szawy. Prze­pro­wadzkę do kuzynki miesz­ka­ją­cej w sta­rym domu na rogat­kach mia­sta. Mogli­by­śmy zro­bić więk­sze zapasy.

A tak utknę­li­śmy z syn­kiem i żoną w miesz­ka­niu jej sio­stry Madzi. Nie mamy choćby szczo­teczki do zębów, zmiany bie­li­zny, niczego. Na domiar złego Anula zapo­mniała zabrać z Wiej­skiej torebkę z doku­men­tami i lekami na astmę dla małego.

Seria wybu­chów i cisza.

Nawet leniwe zazwy­czaj kocury, prze­sy­pia­jące na wer­salce pod oknem całe dnie, wydają się zde­ner­wo­wane, nie potra­fią zna­leźć sobie miej­sca, krążą więc po miesz­ka­niu, ocie­ra­jąc się o nogi. Tylko zaspane muchy nic sobie nie robią z zamie­sza­nia, bez­tro­sko snują się po para­pe­cie i zaglą­dają do sala­terki z mize­rią, którą mie­li­śmy z ziem­nia­kami zjeść na dru­gie danie.

Kulę się w sobie, gdy jakiś zawzięty pilot z łosko­tem prze­la­tuje tuż nad dachami. Kilka serii z kara­bi­nów maszy­no­wych, ter­ko­ta­nie rewol­we­rów i cisza.

Że też War­sza­wiacy, zamiast wziąć sobie do serca „szczerą” ode­zwę Ludwiga Fischera2 sprzed kilku dni, oddają się takiej bez­sen­sow­nej, kary­god­nej roz­rywce! Kilka dni temu, jakby na zachętę, ten „nasz wielki pan” zwró­cił się do nas per „pol­scy oby­wa­tele i oby­wa­telki!” zamiast tra­dy­cyj­nej „lud­no­ści nie­miec­kiej” czy „ein­he­imi­sche Bevölkerung”.

W obli­czu zbli­ża­nia się frontu wschod­niego bre­dził coś o „czer­wo­nym poto­pie” i ogło­sił mobi­li­za­cję Pola­ków, zwłasz­cza z oko­lic War­szawy i Sie­dlec. Zachę­cał do budowy wszel­kiego rodzaju umoc­nień, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem głę­bo­kich rowów. Stra­szył kolejną bitwą war­szaw­ską jak ta z dwu­dzie­stego roku, zachę­cał do walki ramię w ramię z pry­mi­tyw­nym, bez­względ­nym sowiec­kim najeźdźcą i odgra­żał się, co to się też z nami sta­nie, jeśli nie posłu­chamy roz­kazu.

Oczy­wi­ście jego roz­pacz­liwe pogróżki i apele zostały zboj­ko­to­wane i jakoś nikogo nic strasz­nego na szczę­ście nie spo­tkało w odwe­cie.

Upie­rał się rów­nież, że Ruscy nie dotarli do Sie­dlec, co nie jest prawdą. Mimo że jego zapew­nie­nia powtó­rzył Wehr­macht­be­richt3.

Dosko­nale wie­dzie­li­śmy, że w dniach 27–31 lipca o mia­sto sto­czono zażartą bitwę i że ostat­niego dnia mie­siąca zajęli je Sowieci. Z jed­nej strony napa­wało nas to opty­mi­zmem, z dru­giej nie mie­li­śmy jesz­cze poję­cia o aresz­to­wa­niach i nowych, tym razem sowiec­kich repre­sjach wobec lud­no­ści cywil­nej.

Oso­bi­ście ucie­szyło mnie kłam­stwo guber­na­tora, bo sta­no­wiło nie­zbity dowód, że Niemcy mani­pu­lują fak­tami, czyli bar­dzo się boją o wła­sną skórę. Że tylko usi­łują nas prze­ko­nać o swo­jej potę­dze i nie­złom­no­ści, by zmu­sić do posłu­szeń­stwa. W moim odczu­ciu Rze­sza jest kolo­sem na gli­nia­nych nogach i tylko patrzeć, kiedy się wywróci.

Guber­na­tor nie próż­nuje, zawzię­cie wygła­sza kolejne tezy i apele, zachły­stu­jąc się kok­taj­lem opty­mi­zmu i naiw­no­ści, że oto uci­skany, prze­śla­do­wany od lat naród sta­nie do walki w jed­nym sze­regu ze swoim oprawcą.

Dosko­nale pamię­tam, jak kilka dni temu, 27 lipca, utkną­łem pod szcze­kaczką na Placu Wil­sona, aku­rat gdy Fischer wzy­wał sto tysięcy Pola­ków do przy­mu­so­wych robót przy budo­wie linii obron­nych na przed­polu War­szawy, co jakoby miało zapo­biec wkro­cze­niu Armii Czer­wo­nej.

Męż­czyźni i kobiety od szes­na­stu do sześć­dzie­się­ciu sied­miu lat (swoją drogą cie­kawe, skąd ten prze­dział, dla­czego na przy­kład nie do sie­dem­dzie­siątki) mieli sta­wić się 28 lipca o 8.00 w sze­ściu wyzna­czo­nych punk­tach sto­licy, mię­dzy innymi przy Placu Unii Lubel­skiej, Mar­szał­kow­skiej i na Żoli­bo­rzu. Za odmowę gro­ziły surowe repre­sje, z karą śmierci włącz­nie.

To, że nikt się tym nie prze­jął, naj­le­piej dowo­dzi, jak zmie­nił się nastrój spo­łe­czeń­stwa, któ­rego nie da się już tak łatwo zastra­szyć.

Mimo wywrza­ski­wa­nych w radiu gróźb, odezw i roz­ka­zów nie­wielu się zna­la­zło ama­to­rów kopa­nia rowów.

Jakież to z naszej strony prze­korne i odważne zara­zem, że wyka­za­li­śmy tak nie­wielki entu­zjazm w poma­ga­niu Szwa­bom w walce z Ruskimi. I choć nie ocze­ki­wano, że chwy­cimy za broń, tylko za łopaty i kilofy, to uzna­li­śmy, że wróg naszego wroga jest naszym przy­ja­cie­lem, i nie kiw­nę­li­śmy pal­cem.

Oby ta ułań­ska powstań­cza fan­ta­zja naszych boha­te­rów nie zakoń­czyła się takim fia­skiem jak w Wil­nie4. Dla­tego moim zda­niem w naszej sytu­acji nie powin­ni­śmy się wychy­lać, nad­mier­nie eks­cy­to­wać, tylko wziąć na prze­cze­ka­nie i z ukry­cia przy­glą­dać się tej walce golia­tów, dla któ­rych nie ma zna­cze­nia nasz skromny udział w przed­się­wzię­ciu. A już z pew­no­ścią po wszyst­kim nie należy spo­dzie­wać się od nich słów uzna­nia. Wręcz prze­ciw­nie.

Eks­plo­zje stają się nie do znie­sie­nia. W gło­wie huczy.

Z godziny na godzinę nasila się kano­nada, a wszech­obecny pył grubą war­stwą osiada na dopiero co odku­rzo­nych przez Madzię meblach. Trwa to już kilka wlo­ką­cych się w nie­skoń­czo­ność godzin i końca nie widać. Zawie­ru­chę przy­gnało tuż pod naszą kamie­nicę. Ktoś prze­myka pod zamkniętą na cztery spu­sty bramą. Po oko­licy niosą się nawo­ły­wa­nia i okrzyki: „Scho­waj się, tędy, pochyl­cie głowy! Szybko!”.

– Jezus Maryja, co to będzie, co będzie? – Anula tuli synka w ramio­nach i popa­truje to na Madzię, to na mnie, pobla­dła i prze­ra­żona.

– Co ma być, to będzie. – Silę się na spo­kój, choć wcale nie jestem spo­kojny. – Póki co trwamy.

– Pro­szę cię, ja naprawdę poważ­nie się zasta­na­wiam, co możemy zro­bić.

– Mamy raczej nie­wiel­kie pole manewru. – Wzru­szam ramio­nami.

– A ty zawsze taki opa­no­wany. Jakby nic cię nie obcho­dziło! – nie­spo­dzie­wa­nie napada na mnie Madzia. – Masz nerwy ze stali?

– A żebyś wie­działa! – pod­no­szę głos, bo jed­nak wcale nad sobą nie panuję. – Mam je do cna zszar­gane. W dodatku jako jedyny męż­czy­zna w tym towa­rzy­stwie powi­nie­nem wie­dzieć, co robić, jak się zacho­wać!

– Ale ja…

– Tym­cza­sem nie wiem! Nie znam odpo­wie­dzi! Nie potra­fię prze­wi­dzieć przy­szło­ści! Nie mam poję­cia, czy jeste­śmy tu bez­pieczni.

– Ale ja nic…

– Usi­łuję nie oka­zy­wać, ile mnie to wszystko kosz­tuje, żeby jesz­cze bar­dziej was nie stra­szyć! – Opa­dam na krze­sło i cho­wam twarz w dło­niach. Jesz­cze chwila i z oczu popłyną mi łzy.

Naj­wy­raź­niej mój nie­spo­dzie­wany wybuch robi wra­że­nie na kobie­tach, bo obie tylko wyba­łu­szają oczy, nie wie­dząc, co ze mną począć.

– Kocha­nie, żadna z nas tego od cie­bie nie ocze­kuje. – Żona odsta­wia Jaśka na pod­łogę, pod­cho­dzi pospiesz­nie i pochyla się nad krze­słem, by mnie objąć.

– Ale ja ocze­kuję tego od sie­bie, w tym pro­blem.

– Kochany, wszy­scy jeste­śmy zde­ner­wo­wani.

Madzia prze­stę­puje z nogi na nogę i bąka słowa prze­pro­sin.

– Już dobrze, dobrze. Prze­pra­szam za moje emo­cje.

– Uzna­łam tylko, że powin­ni­śmy coś posta­no­wić.

– Wła­śnie. – Anula siada obok i chwyta mnie za dłoń. – Prze­cież nie możemy sie­dzieć jak kaczki na środku stawu i cze­kać, aż myśliwi nas ustrzelą – zżyma się.

– A nie macie wra­że­nia, że jeste­śmy w potrza­sku?

– Z każ­dej sytu­acji jest jakieś wyj­ście.

– Cza­sami przez kata­falk – mru­czę wbrew sobie pod nosem.

– Co mówi­łeś?

– Nic, nic. Rze­czy­wi­ście mogli­by­śmy się ruszyć.

– Tylko co, jak spo­tkamy Szwa­bów… – Madzia jest coraz bar­dziej zała­mana.

– Prze­cież nie będziemy Niem­com machać pol­ską flagą przed nosem! Ale wielu moż­li­wo­ści nie widzę. – Wzdy­cham. – Do naszego miesz­ka­nia wró­cić nie możemy. Co ja mówię: nawet na drugą stronę ulicy nie spo­sób przejść! Trudno cokol­wiek pla­no­wać.

– No to co teraz?

Madzi drży broda, a ja już się boję nie­po­ha­mo­wa­nych kobie­cych łez, wobec któ­rych jestem zupeł­nie bez­radny.

– Naj­waż­niej­sze to zacho­wać spo­kój i nie ule­gać panice.

– A mówi­łam matce, że lepiej na wieś wyje­chać, mogły­śmy też do Anglii pły­nąć z Janu­szy­kie­wi­czami, pro­po­no­wali, bilet chcieli kupo­wać… – Madzia nakręca się na nową nutę.

– Co było, to było. Trzeba się sku­pić na tym, co tu i teraz.

– Łatwo powie­dzieć.

– Wiem, brzmi banal­nie, ale nie powin­ni­śmy w pla­nach wybie­gać dalej niż do kolej­nego poranka.

– Ale życie z godziny na godzinę się wali.

Kot zeska­kuje na pod­łogę, prze­ciąga się leni­wie, wygi­na­jąc grzbiet w pałąk, i patrzy na nas z wyrzu­tem. Pew­nie bie­dak tęskni za szprot­kami, które są teraz nie do zdo­by­cia, a które, gdyby jakimś cudem wpa­dły w nasze ręce, sami byśmy zje­dli.

– Każda godzina przy­bliża nas do końca tego pie­kła. Widzisz prze­cież, że Szwa­bom grunt się pali pod nogami.

– I dla­tego stali się jesz­cze bar­dziej bru­talni i nie­obli­czalni? – Madzia wydyma usta. – Też mi pocie­cha.

Sie­dzimy przez dłuż­szą chwilę zato­pieni we wła­snym stra­chu, oba­wach i poczu­ciu prze­gra­nej, ale z dru­giej strony wypa­tru­jemy iskierki nadziei, cze­goś, co może nas oca­lić i spra­wić, że jed­nak prze­trwamy.

Ukrad­kiem wyglą­dam przez okno i dostrze­gam czte­rech męż­czyzn w eskor­cie dwóch eses­ma­nów idą­cych w górę ulicy z unie­sio­nymi wysoko rękoma. Naj­wyż­szy trzyma nad głową szczotkę, co wydaje mi się bar­dzo dziwne. Rozu­miem kara­bin, ple­cak, ale po co mu szczotka?

Ciężka kuta brama domu naprze­ciwko jest od wcze­snego popo­łu­dnia zatrza­śnięta na głu­cho, podob­nie jak nasza i wej­ścia do innych kamie­nic.

Domy w mie­ście stają się nie­za­leż­nymi twier­dzami pil­no­wa­nymi przez cer­be­rów, w któ­rych wcie­lają się nasi poczciwi dozorcy. Mają oko, by do kamie­nic nie wszedł nikt podej­rzany. W ich ręce tra­fiają biu­le­tyny, ulotki i gazetki, które potem z prze­ję­ciem odczy­tują miesz­kań­com zebra­nym na podwórku. W dużej mie­rze to od ich poglądu na wybuch powsta­nia zależy nasta­wie­nie loka­to­rów.

– Nie widać żywego ducha. – Madzia zza firanki rzuca okiem na ulicę, po tym jak oso­bliwa grupa znika za zało­mem muru. – Ktoś strzela z rewol­weru tuż za rogiem.

– Może powin­ni­śmy zejść do piw­nicy? – Anula wierci się w miej­scu.

– Bo ja wiem? – Nie jestem prze­ko­nany. – Może jesz­cze nie teraz?

– A jak pocisk trafi w nasz dom? – Żona usi­łuje zła­pać koty, żeby wsa­dzić je do wikli­no­wego zamy­ka­nego koszyka, w któ­rym co roku w Wiel­ka­noc nosi­li­śmy świę­conkę do kościoła przy Placu Trzech Krzyży.

– Tego nie wiemy. Rów­nie dobrze mogą w piw­nicy roz­py­lić gaz.

– O Boże! – wołają jed­no­cze­śnie kobiety.

Sio­stry się nakrę­cają, a ja pró­buję je prze­ko­nać, że w zasa­dzie nie ma bez­po­śred­niego zagro­że­nia, bo jak się zdaje, kule krążą głów­nie na pozio­mie ulicy, a miesz­ka­nie Madzi, chwała Panu, znaj­duje się na dru­gim pię­trze. Ale w tych cza­sach niczego nie można być pew­nym.

Mamy szczę­ście, że począ­tek strze­la­niny zastał nas u Madzi, gdzie się spo­tka­li­śmy, by świę­to­wać jej uro­dziny. Dra­mat prze­ży­wają nie­szczę­śnicy prze­by­wa­jący poza domem, u obcych.

1 sierp­nia więk­szość ludzi jak co dzień wyru­szyła z pękiem klu­czy i dru­gim śnia­da­niem w kie­szeni do pracy i teraz nie mogą wró­cić do sie­bie. A z powodu godziny poli­cyj­nej gdzieś muszą się schro­nić. Poza tym trudno ocze­ki­wać, że w gra­dzie kul będą spa­ce­ro­wać po uli­cach. Nie chcę nawet myśleć, jakie katu­sze prze­ży­wają ich bli­scy, nie wie­dząc, jaki spo­tkał ich los. Czy żyją.

Tak w ogóle na każ­dym kroku widzi się wiele prze­ja­wów wdzięcz­no­ści, dobroci, szla­chet­no­ści i poświę­ce­nia. W cza­sie wszech­obec­nego zagro­że­nia ludzie zapo­mi­nają o swo­ich ego­istycz­nych inte­re­sach i poma­gają sobie nawza­jem, jak tylko mogą. Cie­kawe tylko jak długo.

Kolejna scena: pod naszymi oknami dwóch chło­pa­ków z biało-czer­wo­nymi opa­skami na ramio­nach i rewol­we­rami w ręku prze­bie­gło w prze­ciw­nych kie­run­kach, jeden przy­czaił się pod murem.

2 sierp­nia, środa

tem­pe­ra­tura powie­trza 18°C, deszcz

No i mamy drugi dzień „powsta­nia”. Istne pie­kło: strzały i deto­na­cje sły­chać nie­mal bez prze­rwy. Jeśli ktoś liczył na to, że wszystko się skoń­czy w kilka godzin, był w wiel­kim błę­dzie.

Rano z wielką cie­ka­wo­ścią dys­kret­nie obser­wo­wa­li­śmy przez okienko na stry­chu „oddział” powstań­ców skła­da­jący się z kilku chło­pacz­ków ści­ska­ją­cych w drżą­cych dło­niach rewol­wery. Podą­żali niczym kaczuszki za umun­du­ro­wa­nym dum­nym kaczo­rem, który miał prze­wie­szony przez ramię kara­bin. Nie mam poję­cia, jakie otrzy­mali zada­nie, co takie dzie­ciaki mogą zdzia­łać w bitwie.

Ludzie są zagu­bieni i zastra­szeni. Skoro świt parę osób, czuj­nie pochy­lo­nych, prze­mknęło zako­sami przez nasze warzywne pole, by znik­nąć wśród ruin po dru­giej stro­nie.

Teo­re­tycz­nie nasz dwu­po­zio­mowy schron jest wyjąt­kowo bez­pieczny, o czym świad­czy też to, że ludzie z sąsied­nich domów także chcą się w nim ukryć. Tyle w teo­rii. Prawda jest taka, że odór stę­chli­zny i skła­dziku z czy­imiś butwie­ją­cymi dywa­nami jest tak ostry i przy­kry, że po chwili bolą nas głowy i mamy mdło­ści. Nie mogę sobie wyobra­zić, że mie­li­by­śmy spę­dzić noc w tym smro­dzie.

Wbrew oba­wom kobiet wró­ci­łem ostroż­nie do miesz­ka­nia, by przy­nieść coś do jedze­nia i ulu­bio­nego wypcha­nego tro­ci­nami misia, z któ­rym zawsze sypia nasz synek. Zamiast tego, zde­spe­ro­wany, w egip­skich ciem­no­ściach, prze­pchną­łem wer­salkę i nasze dwa mał­żeń­skie łóżka do przed­po­koju. To jedyne pomiesz­cze­nie bez okien, w któ­rym jeste­śmy osło­nięci przed odłam­kami. Wiem, że podob­nie urzą­dzają się nie­któ­rzy sąsie­dzi, któ­rym też piw­niczne lokum dało się we znaki.

Mamy szczę­ście, że miesz­ka­nie Madzi, pew­nie dla­tego, że jest na dru­gim pię­trze, nie zostało ostrze­lane. Ale z obawą przy­glą­damy się szczy­to­wej ścia­nie budynku w klatce obok, na któ­rej wyraź­nie zary­so­wują się pęk­nię­cia. Przez dziury i wyrwy w murze można zaj­rzeć do miesz­kań. Podwórko od tej strony jest wypeł­nione odłam­kami cegieł, ich war­stwa sięga aż do para­pe­tów na pierw­szym pię­trze. Dwie z czte­rech ławek, które tam stały, zostały pospiesz­nie odgrze­bane i prze­nie­sione pod rosnące na środku drzewo.

Ku roz­pa­czy kobiet ucier­piała też kapliczka z wize­run­kiem Matki Boskiej Czę­sto­chow­skiej, pod którą codzien­nie odpra­wiane są modły i lita­nie.

Jest mokro, chłodno i nie­przy­jem­nie. Walki trwają. Gubimy się w domy­słach, jaka naprawdę panuje sytu­acja w mie­ście. Piw­niczne plotki gło­szą, że Stare Mia­sto opa­no­wali nasi, że zdo­byli gmach Pol­skiej Wytwórni Papie­rów War­to­ścio­wych przy San­guszki, że Plac Kra­siń­skich, podob­nie jak Sejm, są w naszych rękach. Nie mam poję­cia, ile w tym wszyst­kim prawdy.

Poszło nam aż tak dobrze?

Przed chwilą przez wia­dukt prze­je­chała kawal­kada nie­miec­kich czoł­gów i samo­cho­dów, więc mój opty­mizm jest umiar­ko­wany.

Pogło­ska goni pogło­skę i pogło­ską poga­nia.

Wiemy tylko, że walki toczą się na Nowym Świe­cie, Placu Trzech Krzyży oraz Wol­skiej, że nie udało się odbić bie­lań­skiego lot­ni­ska.

W tym całym infor­ma­cyj­nym cha­osie dociera do nas bar­dzo przy­kra wia­do­mość o śmierci w szpi­talu przy Polnej przy­ja­ciółki rodziny, dale­kiej kuzynki ze strony teścio­wej, Krysi Kra­hel­skiej. Po gło­wie przez cały dzień natar­czy­wie krąży mi napi­sana przez nią pio­senka.

Hej, chłopcy, bagnet na broń,

Długa droga, daleka przed nami,

Mocne serca, a w ręku kara­bin,

Gra­naty w dło­niach i bagnet na broń.

Madzia i Anula popła­kują po kątach, wyrzu­cają sobie, że nie zna­la­zły czasu, żeby spo­tkać się z nią przed sierp­niem.

Niemcy naj­wy­raź­niej sobie nie radzą, bo ścią­gnęli do mia­sta ciężką dywi­zję pan­cerną. Jestem cie­kaw, co zdzia­łają te legen­darne „Tygrysy”. Nie wyobra­żam sobie, by oka­zały się poży­teczne w wal­kach na uli­cach i skwe­rach. W cia­snej prze­strzeni, gdzie z każ­dego okna mogą zostać obrzu­cone zapa­lo­nymi butel­kami z ben­zyną? Gdzie nie spo­sób nawró­cić?

Gdzie zewsząd ota­czają je wyso­kie mury?

Robi się coraz bar­dziej przy­gnę­bia­jąco i trudno mi dostrzec sens tego wszyst­kiego.

Jeśli nie daj Boże szala prze­chyli się na stronę Niem­ców, możemy się spo­dzie­wać naj­gor­szych, naj­bru­tal­niej­szych repre­sji. Posta­wią nas wszyst­kich pod ścianą i roz­strze­lają. Jeśli zaś jakimś cudem powstań­com uda­łoby się prze­jąć mia­sto, już widzę, jak roz­wście­czy­łoby to Niem­ców, któ­rzy w odwe­cie godzi­nami by je bom­bar­do­wali, rów­na­jąc z zie­mią dom za domem, ulica za ulicą, dziel­nica za dziel­nicą.

Bawi mnie, że Niemcy są zda­nia, że powin­ni­śmy twardo opo­wie­dzieć się za nimi. Kopać rowy prze­ciw­czoł­gowe i sta­nąć w szranki z ich wro­giem, Sowie­tami. Prze­cież to wła­śnie oni są dla nas naj­więk­szym prze­ciw­ni­kiem.

I choć od dawna jestem pełen uzna­nia i podziwu dla odwagi i boha­ter­stwa żoł­nie­rzy Armii Kra­jo­wej, to jed­nak mam poczu­cie, że ich myśle­nie zdo­mi­no­wała ułań­ska bra­wura. Że kolejny raz rzu­ci­li­śmy się z sza­bel­kami na czołgi. Że nikt nie pod­szedł do sprawy racjo­nal­nie.

W takich chwi­lach nie­zmien­nie odwo­łuję się do mate­ma­tyki i sta­ty­styki.

Wystar­czyło tylko prze­li­czyć i porów­nać, jakimi dys­po­nu­jemy zaso­bami. Ile mamy broni krót­kiej, dłu­giej, dzia­łek, gra­na­tów, zapa­sów amu­ni­cji. Że nie mamy czoł­gów ani samo­lo­tów, a pomoc sojusz­ni­ków jest wąt­pliwa, bo już 1 wrze­śnia 1939 roku prze­ko­na­li­śmy się, że za wiel­kimi sło­wami nie idą wiel­kie czyny.

Gdy wczo­raj roz­po­częła się strze­la­nina, sądzi­łem, że to jakaś komu­ni­styczna pro­wo­ka­cyjna ruchawka.

Ale widząc powstań­ców z biało-czer­wo­nymi opa­skami i skalę rewolty (dziś nawet uka­zał się pierw­szy numer powstań­czego „Biu­le­tynu Infor­ma­cyj­nego”), nie mam wąt­pli­wo­ści, że oto naprę­żyła muskuły Armia Kra­jowa, która uznała, że pora poka­zać swoją siłę. Wziąć sprawę w swe wątłe ręce.

Cie­kawe tylko, kto wpadł na ten pomysł i kto wydał roz­kaz. Lon­dyn czy War­szawa?

Mnożą się znaki zapy­ta­nia.

Czy­tam arty­kuł w gaze­cie i nie wiem, co o tym wszyst­kim myśleć.

War­szawa zro­zu­miała natych­miast.

Zaczęło się mię­dzy czwartą a piątą po połu­dniu. Na Żoli­bo­rzu o godzinę za wcze­śnie, na Moko­to­wie i Woli nieco póź­niej. W samym cen­trum mia­sta roz­go­rzały od razu zacięte walki. Ośrod­kiem ich są mocno bro­nione przez Niem­ców gma­chy Poczty i Dworca Głów­nego.

Na uli­cach ruch nor­malny i nagle grają kaemy, szcze­kają roz­py­la­cze, pękają wiązki gra­na­tów. I już w ulicy ani jed­nego prze­chod­nia! Wszy­scy po bra­mach, sie­niach, skle­pach.

* * *

War­szawa zro­zu­miała od razu, zanim uka­zały się pierw­sze roz­kazy i obwiesz­cze­nia. Może przez kwa­drans roiło się ludziom jesz­cze, że to «napad na pocztę», że to «nalot» i obrona prze­ciw­lot­ni­cza. Ale cała War­szawa wie­działa natych­miast: nasi zaczęli.

I naj­droż­sze, umę­czone, naj­dziel­niej­sze mia­sto, natchnie­nie Pol­ski i świata, sta­nęło przy swo­ich żoł­nier­zach w jed­nej chwili – ser­cem, czy­nem, wszelką potrzebną pomocą, każdą ofiarą.

* * *

W opu­sto­sza­łej po gwał­tow­nej serii ognia ulicy poja­wia się malec, może ośmio­letni. Pędzi przez jezd­nię. Wdra­puje się na budkę od papie­ro­sów. Zatyka na niej biało-czer­woną cho­rą­giewkę.

A wielka biało-czer­wona cho­rą­giew powiewa już przed godziną osiem­na­stą na szczy­cie dra­pa­cza Pru­den­tialu zdo­by­tego sztur­mem5.

Nie docie­rają do nas wia­do­mo­ści ani ze świata, ani z naj­bliż­szych oko­lic. Szcze­gólną cie­ka­wość budzi to, co dzieje się na fron­cie.

„Odzie­dzi­czone” po poprzed­nich sąsia­dach Madzi radio na bate­rie nie działa, a aku­mu­la­to­rów do niego nie spo­sób doku­pić. Co prawda na kre­den­sie na pocze­snym miej­scu salonu stoi wypro­du­ko­wany w Wil­nie poczciwy Elek­trit, ale przy braku prądu pocie­cha z niego żadna.

A skoro nie ma prądu, lampy są bez­u­ży­teczne, podob­nie jak chluba pani domu: nie­wielka lodówka. Tele­fon mil­czy. Oba­wiamy się, że sta­nęła elek­trow­nia. Mam nadzieję, że wczo­raj­szy wielki wie­czorny pożar na Powi­ślu nie tra­wił tego tak stra­te­gicz­nego dla miesz­kań­ców obiektu…

Jakimś cudem po połu­dniu zaczął dzia­łać tele­fon i udało mi się poroz­ma­wiać z moją sio­strze­nicą Wiką, która ostrze­żona w porę, zna­la­zła się w chwili wybu­chu powsta­nia w domu. Prze­ko­ny­wała, że na Wiej­skiej jest spo­koj­nie, ale w Ale­jach Ujaz­dow­skich trwa prze­py­chanka. Tak bar­dzo zło­ści mnie to, że jeste­śmy odcięci od domu.

Od tej czę­ści mia­sta, którą znam jak wła­sną kie­szeń, w któ­rej czuję się bez­piecz­nie, z dala od reszty rodziny, matki i sąsia­dów. Doskwiera mi poczu­cie nie­wia­ry­god­nego opusz­cze­nia, choć obok są żona i szwa­gierka i ota­czają mnie inni ludzie. Tak bym chciał wró­cić na stare śmieci.

Pocie­szamy się, jak możemy, doda­jąc sobie otu­chy pla­nami na przy­szłość. Dokąd się wybie­rzemy, co ugo­tu­jemy, z kim się spo­tkamy. To odro­binę pomaga ode­rwać się od ponu­rej rze­czy­wi­sto­ści.

Ale przede wszyst­kim odsy­piamy trudną, hała­śliwą noc, pole­gu­jąc w łóż­kach do połu­dnia.

Madzia wysu­płuje ze spi­żarki zapasy i zapew­nia, że wszyst­kiego jest pod dostat­kiem. Tym razem pada na cho­mi­ko­wa­nego od kilku lat suszo­nego sztok­fi­sza6, z któ­rego żona przy­rzą­dza na obiad smaczne kotle­ciki w sosie pomi­do­ro­wym. Rzecz jasna z pomi­do­rów zebra­nych na pobli­skim polu. Co za szczę­ście, że mamy je pod ręką.

Koimy nerwy pięt­na­sto­pro­cen­to­wym ajer­ko­nia­kiem, delek­tu­jemy się praw­dziwą mocną kawą i pozo­sta­jąc w jajecz­nym nastroju, ubi­jamy piankę z jajek z dodat­kiem szczypty bez­cen­nego holen­der­skiego kakao Van Houtena.

Na szczę­ście Madzia, która przed wojną skoń­czyła stu­dia języ­kowe, jest wielką miło­śniczką ksią­żek i jej biblio­teczka ma do zaofe­ro­wa­nia zacne pozy­cje. Wygrze­buję z niej kolejne cie­kawe tytuły, co z jed­nej strony dostar­cza strawy ducho­wej, a z dru­giej, co nawet waż­niej­sze, pozwala zabić czas. Dzięki lek­tu­rze mogę choć na chwilę prze­nieść się do innego świata, na moment zapo­mnieć o przy­tła­cza­ją­cym tu i teraz.

Jestem jak stary Żyd z krą­żą­cej po mie­ście opo­wie­ści, który w cza­sie zagłady getta sie­dział sobie spo­koj­nie na bal­ko­nie i zaczy­ty­wał się w Dosto­jew­skim. Nic innego mu nie pozo­stało.

Leje deszcz, hory­zont zasnu­wają zło­wiesz­cze gra­na­towe chmury. Jeste­śmy jak bez­radni roz­bit­ko­wie sku­leni na maleń­kiej wysepce, pośród wzbu­rzo­nych fal cier­pie­nia i bez­na­dziei. Łudzimy się, że groza nie podej­dzie do nas zbyt bli­sko, ale chyba nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, że nie­stety bole­sne skutki powsta­nia nas nie ominą.

Ostrzał nie milk­nie, choć nie widzimy strze­la­ją­cych.

War­szawa podzie­liła się na dwoje: wal­czą­cych o mia­sto i wal­czą­cych o to, by w nim prze­trwać.

3 sierp­nia, czwar­tek

tem­pe­ra­tura powie­trza 17°C,

poranna mżawka, duże zachmu­rze­nie

No i roz­po­częła się na dobre nasza domowa rewo­lu­cja. Nie­chęt­nie, ale powo­do­wani zdro­wym roz­sąd­kiem i prze­zor­no­ścią prze­nie­śli­śmy się z naszego ulu­bio­nego sło­necz­nego salo­niku do małego pokoju od strony podwó­rza, do któ­rego słońce zagląda tylko na chwilę o poranku.

Arty­le­ria sowiecka wali z Pragi na wia­dukt. Zawzięty ostrzał wzbija chmury duszą­cego kurzu i dymu w tam­tej oko­licy i na linii brze­go­wej Wisły. Niby strze­lają tylko od czasu do czasu, może co pół godziny zie­mią szar­pią dwa, trzy wstrząsy, ale wszystko dzieje się tak bli­sko, że wystar­czy mała pomyłka celow­ni­czego, a znaj­dziemy się na linii ognia.

Rano obser­wo­wa­łem, jak czołg usi­ło­wał roz­je­chać bary­kadę wznie­sioną z byle czego, głów­nie z kubłów na śmieci, mebli i płyt chod­ni­ko­wych; wyska­ku­jący z bram chłopcy rzu­cali w niego butel­kami z ben­zyną, wrzesz­cząc: „Tygrys, do budy!”.

Nie­stety nie wyrzą­dzili mu więk­szych szkód, a sto­jący w oknach na wyż­szych pię­trach ludzie bili brawo.

Oglą­dane sceny bar­dziej przy­po­mi­nają gro­te­skowe przed­sta­wie­nie w kiep­skim kaba­re­cie niż wojnę. Zresztą po chwili czołg się wyco­fał.

Skoro świt, po jed­nym z moc­niej­szych wstrzą­sów, wyle­ciały z brzę­kiem szyby w dwóch oknach bal­ko­no­wych od strony ulicy. Na nic się zdało ich wcze­śniej­sze okle­je­nie gaze­tami. Dobrze, że jest lato. Zimą po takiej demolce zamar­z­li­by­śmy w kilka dni.

Naj­wy­raź­niej nasi licho uzbro­jeni powstańcy weszli na ambi­cję Niem­com, bo od dziś wdro­żyli oni do walki lot­nic­two bom­bowe, głów­nie Stu­kasy7, które odtąd sys­te­ma­tycz­nie będą nas nękać.

Gdy nie­spo­dzie­wa­nie roz­bły­ska świa­tło żarówki, zry­wam się z krze­sła i rzu­cam jak sza­lony do radia, aby posłu­chać Wehr­macht­be­richtu. Robię to tak gwał­tow­nie, że koty w popło­chu ucie­kają do dru­giego pokoju i kryją się pod szafą.

Wysłu­chuję wia­do­mo­ści o tym, że Ame­ry­ka­nie wkro­czyli już do Bre­ta­nii, o ope­ra­cji na zacho­dzie Fran­cji pod kryp­to­ni­mem „Cobra”, o zdo­by­wa­niu przy­czół­ków w Nor­man­dii.

Z piw­nicz­nych plo­tek zaś dowia­duję się, że w Moskwie pre­mier rządu RP na uchodź­stwie Sta­ni­sław Miko­łaj­czyk roz­po­czął trudne roz­mowy z Józe­fem Sta­li­nem na temat sytu­acji w Pol­sce i w wal­czą­cej War­sza­wie. Domy­ślam się, że te poga­duszki speł­zły na niczym.

Nie­stety nic nie mówią o War­sza­wie. Szlag by tra­fił!

Jak żyję, nie widzia­łem cze­goś takiego.

Zło­wro­gie pożary hulają wzdłuż Alei 3 Maja, niczym zapałki płoną piękne kamie­nice i pobli­skie parki.

Około 13.00 od strony Mostu Ponia­tow­skiego ruszyło zwarte nie­miec­kie natar­cie w kie­runku Dworca Głów­nego. Narożne miesz­ka­nie zale­d­wie dwa domy od nas bucha żywym ogniem.

Podobno pożoga trawi Muzeum Naro­dowe, a w nim bez­cenne eks­po­naty. Ludzie gubią się w domy­słach, czy ostrze­lali je Ruscy czy Niemcy, jakby miało to jakieś zna­cze­nie w obli­czu nie­po­we­to­wa­nych dla sztuki i histo­rii strat.

Według pogło­sek wczo­raj spa­lił się dwo­rzec, ale za to na gma­chu PKO zawi­sła pol­ska flaga. Podobno na Mar­szał­kow­skiej ponie­wie­rają się wraki spa­lo­nych samo­cho­dów i nie­miec­kie trupy. Czy tylko nie­miec­kie? Ogień wziął we wła­da­nie Szpi­tal św. Łaza­rza; mam nadzieję, że zdą­żyli ewa­ku­ować cho­rych.

W piw­nicy ludzie cie­szą się i rosną w dumę, bo nasi zdo­byli Pałac Blanka, przy oka­zji bio­rąc do nie­woli dwu­dzie­stu dwóch eses­ma­nów. Na ich miej­sce zaraz poja­wią się dzie­siątki innych, ale o tym jakoś nikt nie myśli.

Jedna rzecz napawa mnie ogrom­nym zdu­mie­niem: Biuro Infor­ma­cji i Pro­pa­gandy Komendy Głów­nej AK uru­cho­miło dzi­siaj w Śród­mie­ściu sześć patroli mega­fo­no­wych nada­ją­cych audy­cje infor­ma­cyjne, wier­sze i pio­senki. Fatal­nie, że to tak daleko od nas.

Nie­ustan­nie sły­chać bliż­sze i dal­sze deto­na­cje arty­le­ryj­skie, ale domi­nują serie i poje­dyn­cze strzały kara­bi­nowe prze­pla­tane wystrza­łami z pisto­le­tów.

– Uwa­żam, że trzeba zejść do piw­nicy – suge­ruję Anuli ostroż­nie, że czas na bar­dziej rady­kalne kroki. Teo­re­tycz­nie na­dal możemy koczo­wać na posła­niach w przed­po­koju, ale z godziny na godzinę nie­bez­pie­czeń­stwo rośnie.

– Może Heniek ma rację? – wtó­ruje mi nie­śmiało szwa­gierka.

– Powin­ni­śmy tak zro­bić – upie­ram się.

– Nie zniosę tego smrodu. – Żona wzdryga się z obrzy­dze­niem.

Z ocią­ga­niem sięga jed­nak po przy­go­to­wany wcze­śniej ple­cak ewa­ku­acyjny, uszyty z gru­bych zasłon, ale zara­zem wyska­kuje z kar­ko­łom­nym pomy­słem, że może uda­łoby się zatasz­czyć do schronu tap­czan z gościn­nego pokoju.

Po krót­kiej, acz żar­li­wej dys­ku­sji kobiety przy­stają na to, aby zabrać jedy­nie sien­niki z naszych mał­żeń­skich łóżek. Oddy­cham z ulgą, bo nie wyobra­żam sobie zno­sze­nia z dru­giego pię­tra cięż­kiego mebla z litego dębo­wego drewna.

– Na myśl o schro­nie też zbiera mi się na wymioty – wra­cam do wra­żeń zmy­sło­wych, jakich dostar­cza piw­nica.

– Wcale się nie dzi­wię – krzywi się Madzia.

– Ale nie mamy wyj­ścia. Na szczę­ście w łazience zna­la­złem bute­leczkę sta­rego olejku lawen­do­wego, jeśli skro­pimy nim wszystko wokół nas, nie powinno być naj­go­rzej.

– I ci nie­do­myci ludzie! Ich też skro­pisz? – Anula zdo­bywa się na żart.

– Jeste­śmy tak samo brudni. – Uśmie­cham się.

– Wiem, tylko jakoś wła­snego smrodku tak się nie czuje.

– Wolę śmier­dzieć i sie­dzieć w zadu­chu kilka dni, niż czy­sty prze­nieść się do kró­le­stwa nie­bie­skiego – kwi­tuję.

– Skąd wiesz, że tylko kilka dni? – pyta zaczep­nie Anula, pró­bu­jąc zła­pać cho­wa­jące się po kątach koty, które z dnia na dzień wyglą­dają mar­niej.

– Oj, daj spo­kój, pró­buję cię pocie­szyć, a przy oka­zji sie­bie rów­nież. – Sztur­cham ją w bok, przy­mie­rza­jąc się do zabra­nia sien­ni­ków.

– Mam wra­że­nie, że kamie­nica wali się nam na głowę. Pię­tro po pię­trze. Bog­da­nowa mówiła, że jesz­cze tro­chę, to nie tylko stry­chu mieć nie będziemy, ale i pierw­szego pię­tra.

– Oj tam, ludzie głu­poty gadają i wza­jem­nie się nakrę­cają.

– A jeśli tak się sta­nie?

– To wtedy będziemy się zasta­na­wiać co dalej. Póki co pakuj się i nie zapo­mnij o cie­płych skar­pe­tach. Wiesz, jak w piw­nicy potrafi być zimno. Ja wezmę jesz­cze pie­rzyny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. „Nowy Kurier War­szaw­ski”, 20 wrze­śnia 1944. [wróć]

2. Nie­miecki guber­na­tor dys­tryktu war­szaw­skiego. [wróć]

3. Poję­cie Wehr­macht­be­richt odnosi się do ofi­cjal­nych codzien­nych komu­ni­ka­tów Naczel­nego Dowódz­twa Nie­miec­kich Sił Zbroj­nych (OKW) nada­wa­nych przez nie­miec­kie radio i publi­ko­wa­nych w pra­sie w cza­sie II wojny świa­to­wej. W War­sza­wie komu­ni­katy te słu­żyły do celów pro­pa­gan­do­wych w dwóch naj­waż­niej­szych momen­tach: pod­czas jej oblę­że­nia i kapi­tu­la­cji w 1939 roku oraz w cza­sie powsta­nia. [wróć]

4. Powsta­nie w Wil­nie, zryw zbrojny pod kryp­to­ni­mem „Ostra Brama” prze­pro­wa­dzony przez Armię Kra­jową w lipcu 1944 roku, było naj­więk­szą kam­pa­nią pol­skiego pod­zie­mia na Kre­sach w ramach ogól­no­kra­jo­wej akcji „Burza”. Celem ope­ra­cji „Ostra Brama”, roz­po­czę­tej 7 lipca, było samo­dzielne wyzwo­le­nie Wilna spod oku­pa­cji nie­miec­kiej i zgodne z zało­że­niami „Burzy” wystą­pie­nie wobec Armii Czer­wo­nej( w roli „gospo­da­rza”. Plan ope­ra­cji został opra­co­wany w szta­bie Okręgu Wilno Armii Kra­jo­wej w marcu 1944 i zakła­dał zdo­by­cie mia­sta przez połą­czone siły wileń­skiego i nowo­grodz­kiego okręgu AK; Choć mia­sto zostało zdo­byte, a nad Ostrą Bramą zawi­sła pol­ska flaga, to po zakoń­cze­niu walk dowódz­two sowiec­kie aresz­to­wało pol­skich ofi­ce­rów, żoł­nie­rzy zaś przy­mu­sowo wcie­lono do Armii Czer­wo­nej lub wywie­ziono do łagrów, co defi­ni­tyw­nie prze­są­dziło o losach Wilna i włą­cze­niu go do ZSRR. [wróć]

5. „Biu­le­tyn Infor­ma­cyjny”, sier­pień 1944. [wróć]

6. Sztok­fisz to nie­so­lone suszone ryby, naj­czę­ściej z rodziny dor­szo­wa­tych. [wróć]

7. Jun­kers Ju 87 Stuka Sturz­kampf­flug­zeug – nie­miecki bom­bo­wiec nur­ku­jący. [wróć]