Nieludzie - Marcin Majchrzak - ebook

Nieludzie ebook

Marcin Majchrzak

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Twoja decyzja, czy się bronić, to czasem wybór między śmiercią a więzieniem.

Wyobraź sobie, że masz sekundę na decyzję: stracić zdrowie lub życie czy przez lata gnić w celi? Wybierasz życie, a system uznaje to za zbrodnię. Zgodnie z polskim prawem przekroczenie granic obrony koniecznej może skutkować odpowiedzialnością karną. Innymi słowy, wcale nie trzeba być kryminalistą, by trafić za kratki.

Ten wstrząsający reportaż pisany za murami więzienia ukazuje, jak gwałtownie zmienia się perspektywa człowieka, który działając w obronie własnej, w świetle prawa staje się przestępcą. „Nieludzie” to burzący stereotypy zapis walki o zachowanie godności, o przetrwanie w świecie pełnym absurdów, przemocy i bezsilności, ale też o dostrzeżenie w drugim człowieku czegoś więcej niż numeru w aktach. To także poruszająca opowieść o systemie, który potrafi złamać nawet najsilniejszych, i o tych, którzy mimo wszystko próbują się w nim nie zatracić.

Autor, który dotychczas tworzył powieści i opowiadania, tym razem opisuje przerażającą rzeczywistość czekającą każdego, komu zabraknie szczęścia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 352

Data ważności licencji: 9/2/2030

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W tro­sce o zacho­wa­nie pry­wat­no­ści imiona czę­ści osób przed­sta­wio­nych w książce oraz szcze­góły z ich życia zostały zmie­nione.

Redak­torka ini­cju­jąca: Domi­nika Kowal­ska Redak­torka pro­wa­dząca: Kata­rzyna Nawrocka Redak­cja: Mag­da­lena Tor­czyń­ska-Moradi Korekta: Monika Sze­liga

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Ryszard P. Kot Ilu­stra­cje na okładce: Fre­epik

Copy­ri­ght © Mar­cin Maj­chrzak, 2026 Copy­ri­ght for this edi­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-26-3 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Wszyst­kim, któ­rzy ura­to­wali mi życie

Przedmowa

Wcho­dzę na Face­bo­oka, wyświe­tla mi się arty­kuł doty­czący osa­dzo­nego, który zgi­nął w Zakła­dzie Kar­nym w Płocku. Nie­peł­no­sprawny inte­lek­tu­al­nie męż­czy­zna tra­fił do wię­zie­nia za skle­pową kra­dzież, ale końca wyroku nie docze­kał. Umie­rał mie­sią­cami, umie­rał we wła­snych feka­liach, pomimo bła­gań rodziny o zapew­nie­nie mu pod­sta­wo­wego cho­ciaż lecze­nia. Bity, wyśmie­wany, regu­lar­nie upo­ka­rzany, a nawet pole­wany wrząt­kiem. Win­nych oczy­wi­ście nie ma i naj­praw­do­po­dob­niej nie będzie. Wszystko odbyło się zgod­nie z pro­ce­du­rami. To zda­nie poja­wia się zawsze, gdy docho­dzi do takiej lub podob­nej tra­ge­dii. Ktoś likwi­duje czło­wieka, ale zgod­nie z pro­ce­du­rami, zatem nic się nie stało, można się rozejść. Wię­zienny lekarz kle­pie w papie­rach „zgon z przy­czyn natu­ral­nych”, wszy­scy zaan­ga­żo­wani są kryci.

Poni­żej przy­gnę­bia­ją­cego arty­kułu natra­fiam na jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­jący komen­tarz. „Dobrze mu tak” – pisze jakiś męż­czy­zna. Na pro­filu autora komen­tarza można zoba­czyć zdję­cia z dziećmi, z pie­skiem, pamiątki z all-inc­lu­sive w Egip­cie, wspo­minki ze ślubu. Wszystko kolo­rowe, piękne. Dla­czego ten uśmiech­nięty, szczę­śliwy facet potrafi spoj­rzeć na czy­jąś śmierć w męczar­niach i napi­sać: „Dobrze mu tak”? Jak to w ogóle moż­liwe? Jaki pro­ces inte­lek­tu­alny pro­wa­dzi do wnio­sku, że można w świe­tle prawa zabić ogra­ni­czo­nego umy­słowo czło­wieka w ramach zemsty za kra­dzież cze­ko­lady i piwa? Jaka potworna magia spra­wia, że umiesz­cze­nie kogoś za murem i kratą ze stali natych­miast dehu­ma­ni­zuje go tak bar­dzo, że inni gotowi są spoj­rzeć na jego tra­giczną śmierć jak na coś nie tylko uspra­wie­dli­wio­nego, ale wręcz ocze­ki­wa­nego, a może nawet zabaw­nego? Innymi słowy: co zamie­nia czło­wieka w nieczło­wieka?

Pisząc tę książkę, sta­ra­łem się zna­leźć odpo­wie­dzi na te i wiele innych pytań doty­czą­cych pol­skiego sys­temu peni­ten­cjar­nego i (nie)czło­wieka w tym sys­te­mie. Aby je odszu­kać, naj­le­piej jest wej­rzeć w machinę od środka, a mnie nie­stety nada­rzyła się ku temu dosko­nała oka­zja. Ska­zany na osiem­na­ście mie­sięcy pozba­wie­nia wol­no­ści za prze­stęp­stwo popeł­nione w warun­kach prze­kro­czo­nej obrony koniecz­nej mia­łem mnó­stwo czasu, by wszyst­kiemu przyj­rzeć się z bli­ska. Efek­tem moich obser­wa­cji jest niniej­sza pozy­cja.

Nie­lu­dzie to książka o eve­ry­ma­nie rzu­co­nym na pożar­cie sys­te­mowi. O jed­no­stce ze wszyst­kimi swo­imi lękami, bólami, poraż­kami i drob­nymi zwy­cię­stwami. O czło­wieku zdol­nym do auto­re­flek­sji, do doko­na­nia głę­bo­kiego wglądu w sytu­ację, w któ­rej się zna­lazł. Całość inter­pre­to­wać należy zatem nie tyle jako porad­nik prze­trwa­nia w wię­zie­niu i nie jako esej powo­łany do ist­nie­nia chę­cią suro­wego skry­ty­ko­wa­nia układu – choć kry­tyki z pew­no­ścią tu nie zabrak­nie – lecz jako repor­taż uczest­ni­czący czło­wieka, który wbrew swo­jej woli wpadł w tryby sys­temu i zmu­szony został do pod­ję­cia nie­rów­nej walki, w któ­rej stawką były jego god­ność i czło­wie­czeń­stwo.

Nie ofe­ruję tru­ecrime’owej roz­rywki w for­mule lite­rac­kiej randki z mor­dercą, do któ­rej przy­zwy­cza­jeni są czy­tel­nicy lite­ra­tury popu­lar­nej. Ofe­ruję nato­miast uni­ka­tową moż­li­wość wej­rze­nia w umysł zwy­kłego czło­wieka – takiego jak ty – który zna­lazł się w bar­dzo nie­zwy­kłej, mówiąc eufe­mi­stycz­nie, sytu­acji. Zna­le­zie­nie się w niej nie wyma­gało z mojej strony aktyw­nych sta­rań, nie było efek­tem namy­słu, pre­me­dy­ta­cji ani chęci. Wręcz prze­ciw­nie, odbyło się cał­ko­wi­cie wbrew mojej woli.

Więk­szość osób, które nie zetknęły się oso­bi­ście z sys­te­mem peni­ten­cjar­nym, żyje w prze­ko­na­niu, że świat po dobrej i po złej stro­nie krat dzieli jakaś wyraźna gra­nica – nie tylko fizyczna, lecz także men­talna. Myślimy, że ska­zańcy tra­fia­jący do zakła­dów kar­nych to ludzie zupeł­nie inni niż my sami, że pro­ce­dura wymie­rza­nia spra­wie­dli­wo­ści pozba­wiona jest przy­padku, że aby tra­fić do wię­zie­nia, trzeba doko­nać jakie­goś wyboru, zde­cy­do­wać się na podą­ża­nie prze­stęp­czą drogą, a następ­nie zre­ali­zo­wać swój plan.

W tej książce poka­zuję, że bywa też zupeł­nie ina­czej. Nie robię tego jed­nak poprzez próbę kre­acji wyide­ali­zo­wa­nego obrazu więź­niów, lecz poprzez uka­za­nie bez­wa­run­kowo praw­dzi­wej tezy, że gra­nicę mię­dzy tymi dwoma świa­tami można prze­kro­czyć bar­dzo łatwo.

Tę książkę mógłby napi­sać każdy, gdyby miał w życiu tro­chę wię­cej pecha. Ty, twój mąż czy żona lub wasze dzieci pew­nego dnia może­cie po pro­stu nie wró­cić do domu na noc, ponie­waż cza­sem wystar­czy zna­leźć się w nie­od­po­wied­nim miej­scu o nie­od­po­wied­nim cza­sie.

Wystar­czy, na przy­kład, zostać napad­nię­tym i nie dać się zabić.

Część I. Złe złego początki

CZĘŚĆ I

ZŁE ZŁEGO POCZĄTKI

Rozdział 1. Orzeł w koronie zagląda ci pod jaja

Roz­dział 1

Orzeł w koro­nie zagląda ci pod jaja

Gad wyciąga mnie z radio­wozu, sku­tego, z ciężką torbą spor­tową dyn­da­jącą na szyi na podo­bień­stwo gigan­tycz­nego kru­cy­fiksu. Za fraki i do pionu, a potem przed sie­bie. Cokol­wiek nastąpi dalej, zapo­wiada się nie­zbyt sym­pa­tycz­nie.

Swada, z jaką pro­wa­dzą mnie dło­nie straż­nika, ta jego nie­sa­mo­wita lek­kość w obcho­dze­niu się z mię­sem, wzbu­dza na równi sza­cu­nek i prze­ra­że­nie, choć głów­nie to dru­gie. Gdy mnie tak popy­cha i szar­pie, myślę sobie, że te ręce nie należą wcale do niego, a przy­naj­mniej nie wyłącz­nie do niego. Przy­na­leżą raczej do funk­cji, do samej czyn­no­ści: pro­wa­dze­nia, zaku­wa­nia, roz­bie­ra­nia, tar­ga­nia, bicia. Te same wprawne w prze­mocy dło­nie pro­wa­dziły wszyst­kich więź­niów w histo­rii świata. Zmie­niają się ludzie, zmie­niają się czasy, ale ubrana w nie­po­trzebną bru­tal­ność metoda pozo­staje ta sama. Dwa tysiące lat temu, sto lat temu i dzi­siaj.

Wcho­dzimy do małego pomiesz­cze­nia ze sto­li­kiem. To zna­czy straż­nik wcho­dzi, ja raczej wpa­dam, wrzu­cony jak worek ziem­nia­ków. Kla­wisz ściąga mi z szyi torbę, wywraca ją na lewą stronę. Wysy­pują się ubra­nia, książki, kosme­tyki.

– Na chuj to wszystko przy­nio­słeś? Myślisz, że pozwolą ci to zabrać?

– Prze­pra­szam – mówię, gdyż nic innego nie przy­cho­dzi mi na myśl. – Nie wie­dzia­łem.

Ano, nie wie­dzia­łem. W Inter­ne­cie pisali, że do aresztu wolno zabrać te wszyst­kie rze­czy, ale fakty są takie, że nie ma tu żad­nych reguł. Te usta­lane są ad hoc, w zależ­no­ści od kaprysu czło­wieka, który aktu­al­nie zaj­muje się mię­sem. Pierw­sza rzecz, jakiej uczysz się po prze­kro­cze­niu wię­zien­nej bramy – a uczysz się jej naprawdę szybko – to że wszystko jest tu bar­dzo względne. Względ­ność polega na tym, że czło­wiek w mun­du­rze ma zawsze rację. Instynk­tow­nie wyczu­wam, że jeśli teraz powiem temu face­towi, że prze­czy­ta­łem coś w regu­la­mi­nie albo że ustawa mówi tak albo siak, to cała moja torba wylą­duje w koszu razem z paroma zębami na dokładkę. Wra­camy zatem do „prze­pra­szam”.

– Roz­bie­raj się – roz­ka­zuje straż­nik.

– Mam kaj­danki – przy­po­mi­nam mu.

Kla­wisz patrzy na mnie jak na debila, po czym wychyla głowę za okno i woła do poli­cjan­tów, któ­rzy przy­wieźli mnie radio­wo­zem:

– Zapo­mnie­li­ście go, kurwa, roz­kuć!

Sytu­acja wzbu­dza powszechną weso­łość, jak stary, ale ni­gdy nie­nu­dzący się żart. Może to zresztą jest żart. Może pano­wie robią sobie tutaj wła­śnie takie dow­cipy. Urzą­dzają gry w gorą­cego ziem­niaka, tylko zamiast ziem­niaka jest czło­wiek, a wła­ści­wie wię­zień, bo to wcale nie to samo. Teraz już muszę myśleć o sobie jak o więź­niu, bo wiem, że gdy­bym chciał widzieć w sobie istotę ludzką, to praw­do­po­dob­nie dopro­wa­dzi­łoby mnie to do czę­stych zawo­dów.

Roz­bie­ram się zatem, roz­bie­ram się szybko, bo nie ma, kurwa, czasu, a pod­czas tego roz­bie­ra­nia, pod­czas tej pierw­szej w życiu sytu­acji, gdy w spo­sób abso­lutny zostaję odarty z pry­wat­no­ści i god­no­ści, nie mogę wyjść z pod­szy­tego dyso­nan­sem poznaw­czym podziwu – a może pod­szy­tego podzi­wem dyso­nansu – bo osoba, która wydaje mi te wszyst­kie pole­ce­nia, ma na gło­wie czapkę z orzeł­kiem. Ten sym­bol, który z reguły widuje się w urzę­dach i budyn­kach uży­tecz­no­ści publicz­nej, w miej­scach, w któ­rych ludzie są po to, by nam poma­gać i słu­żyć, teraz staje się sym­bolem opre­sji. Oka­zuje się, że in hoc signo można nie tylko dostać, ale można też stra­cić, i że orzeł w koro­nie może przy­dep­tać nas swo­imi szpo­nami i zadzio­bać. Do tej pory mogłem spo­dzie­wać się od funk­cjo­na­riu­szy publicz­nych pomocy, teraz muszę spo­dzie­wać się wyłącz­nie pognę­bie­nia.

Już nagi staję na zim­nych kafel­kach, a robot w mun­du­rze przy­gląda mi się, jak­bym był jakimś egzo­tycz­nym zwie­rza­kiem, który zna­lazł się tu przy­pad­kowo. Każe mi kucać i wypi­nać pośladki, zagląda tam, gdzie Cze­sław Miłosz miał socja­lizm. Nie wiem, co spo­dziewa się zna­leźć, ale naj­wy­raź­niej nie znaj­duje niczego, bo zaraz potem pada komenda „ubrać się”, co robię bez żad­nej ulgi, bo już po kilku minu­tach jest mi wszystko jedno. Chwilę temu, po dru­giej stro­nie wyso­kiej bramy, byłem panem wła­snego losu, ale parę minut ter­roru zapra­wio­nego groźbą pało­wa­nia wystar­czyło, by ego scho­wało się głę­boko, stało się tak małe, że wręcz nie­wi­dzialne. Zupeł­nie jak jaja.

– Pakuj torbę.

No to pakuję. Potem znowu zostaję zakuty i idziemy dalej, wąskimi ścież­kami, wśród pło­tów, na które drut kol­cza­sty nawi­nięto tak gęsto, że wydaje się to gro­te­skowe. Jego zwoje kłę­bią się jesz­cze kilka metrów nad ogro­dze­niami, jakby nie był dzie­łem ludz­kiej ręki, lecz raczej pną­czem jakiejś dotknię­tej hiper­tro­fią tru­ją­cej rośliny, która będzie roz­ra­stać się tak długo, aż pochło­nie cały świat. Kla­wisz popy­cha mnie co chwilę, choć nie ma ku temu żad­nych powo­dów, bo prze­cież idę jedyną moż­liwą do obra­nia drogą. Wiem, że popy­cha mnie wyłącz­nie dla­tego, że spra­wia mu to przy­jem­ność, daje wła­dzę, którą może się roz­ko­szo­wać tylko w tego typu sytu­acjach.

Mia­sto w cen­tral­nej Pol­sce, ulica Przy­kra 21. Od zewnątrz areszt śled­czy pre­zen­tuje się jak makieta, jak opusz­czona przed laty ruina, jak prze­strzeń limi­nalna. Wokół ani żywej duszy, tylko samotny przy­sta­nek auto­bu­sowy, który rów­nie dobrze mógłby stać w Pry­peci. Zarówno sam kom­pleks, jak i wszystko dookoła niego wyglą­dają na prze­żarte rdzą, trzy­ma­jące się już wyłącz­nie na słowo honoru. W oko­licy panuje cisza tak doj­mu­jąca, że nie­mal nad­na­tu­ralna.

Mia­łem ten przy­wi­lej, że przed sądami odpo­wia­da­łem z wol­nej stopy, więc na kilka dni przed tra­fie­niem tu wybra­łem się na mały reko­ne­sans. Chcia­łem zoba­czyć to miej­sce, przy­jąć jego ist­nie­nie do świa­do­mo­ści, tak jak ono miało wkrótce przy­jąć mnie. Wtedy jesz­cze to wszystko wyda­wało mi się tro­chę nie­praw­dziwe, tro­chę sur­re­ali­styczne, może nawet zabawne. Naprawdę pójdę do wię­zie­nia? Ja, gość, który ni­gdy nie dostał nawet man­datu za przej­ście na czer­wo­nym świe­tle? Osiem­na­ście mie­sięcy pozba­wie­nia wol­no­ści za prze­kro­cze­nie gra­nic obrony koniecz­nej. Straszna rzecz, tak bym powie­dział, ale poroz­ma­wiamy o tym potem, bo teraz…

Teraz pro­wa­dzą mnie dalej przez labi­rynt pło­tów, sia­tek i murów. Funk­cjo­na­riusz się zmie­nił, ale dło­nie pozo­stały te same: szorst­kie, popy­cha­jące, czer­piące satys­fak­cję z fizycz­nego kon­taktu ze słab­szym. Ja ręce mam oczy­wi­ście za ple­cami, ale sta­ram się iść pro­sto. Wciąż mam nadzieję, że wszystko zaraz się uspo­koi. Może moje ciało i umysł nie zdą­żyły jesz­cze przy­swoić sobie tej prawdy, że tak teraz będzie wyglą­dać moje życie: pro­wa­dze­nie, kucie, wyzwi­ska i pogarda oka­zy­wana przy każ­dej oka­zji, jakby za tę pogardę sukin­sy­nom dawali spe­cjalne pre­mie.

Wresz­cie wyra­stają przede mną jakieś drzwi. Pro­wa­dzą mnie przez wąski kory­tarz o bie­lo­nych ścia­nach; tak wąski, że ocie­ram się o ele­wa­cję. Przy­po­mina piw­nice, w któ­rych bawi­łem się jako dziecko. I podob­nie jak one pach­nie kurzem… i krwią. Kory­tarz koń­czy się małym okien­kiem. Dopro­wa­dza­jący funk­cjo­na­riusz przy nim wła­śnie mnie zosta­wia. Wraca na zewnątrz, wcze­śniej prze­ka­zaw­szy mój dowód oso­bi­sty kolej­nemu mun­du­ro­wemu, któ­rego głowa nagle się przede mną wychyla. Czuję się jak pasa­żer pró­bu­jący kupić bilet na podróż, bo małe okno wygląda jak kasa bile­towa. Tylko dokąd jedzie ten pociąg?

– Podejdź bli­żej – naka­zuje kla­wisz w oknie.

Robię, co każe, a wtedy tam­ten z zasko­cze­nia robi mi zdję­cie z fle­szem. Mrużę oczy i zasta­na­wiam się, czy wysze­dłem korzyst­nie. Kil­ka­dzie­siąt dni póź­niej zoba­czę to zdję­cie po raz pierw­szy i dojdę do wnio­sku, że bywało lepiej.

– Imię, nazwi­sko, imię ojca, data uro­dze­nia.

Pod­czas gdy ja recy­tuję swoje dane oso­bowe, gdzieś obok, za ścianą, roz­le­gają się wrza­ski i trza­ski krat. I po chwili znów: popy­cha­nie, cią­gnię­cie, szar­pa­nie. Idź, stój, w lewo, w prawo, odwróć się. Po jakimś cza­sie czło­wiek zaczyna reago­wać na to samym tylko instynk­tem. Wyko­nuje pole­ce­nia, nie zasta­na­wia­jąc się nawet nad ich celem. Tra­fiam do małego pomiesz­cze­nia o roz­mia­rach metr na dwa. Drew­niana ławka pokryta krwią i wymio­ci­nami, plama juchy na ścia­nie. Kil­ka­dzie­siąt nie­do­pał­ków w rogu, obok wybity ząb i plama szczyn. Pró­buję uło­żyć z tych ele­men­tów jakąś histo­rię, ale zaraz rezy­gnuję z tego pomy­słu, bo dociera do mnie, że prze­cież ja sam też mogę stać się jej boha­te­rem; że już się nim sta­łem.

Sia­dam na ławce, w naj­czyst­szym miej­scu i odru­chowo się­gam po tele­fon. Nie ma, zabrali. Klu­cze? Nie ma, zabrali. Nic nie ma. Panika. Gdzie są moje rze­czy? Utrata każ­dego z tych przed­mio­tów z osobna potra­fi­łaby dopro­wa­dzić mnie do roz­pa­czy. Teraz nie mam niczego. I nikomu nie mogę tego powie­dzieć. Po raz pierw­szy od kil­ku­na­stu lat zosta­łem praw­dzi­wie sam – w pomiesz­cze­niu o powierzchni dwóch metrów kwa­dra­to­wych, w któ­rym cuch­nie śmier­cią. Nie mam kon­troli nad niczym. Jestem jedy­nie obsza­rem myślą­cego powie­trza, bio­lo­giczną kamerą. Reje­struję wyda­rze­nia, powta­rza­jąc sobie w myślach man­trę z Diuny: „Nie wolno się bać, strach zabija duszę”. Lecz to nie­stety nie działa. Gdyby dzia­łało, noga nie pod­ska­ki­wa­łaby jak młot pneu­ma­tyczny, a ręce nie poci­łyby się tak bar­dzo i nie zosta­wia­łyby mokrych plam na wszyst­kim, czego dotkną.

Naprze­ciwko mojej małej celi jest druga, iden­tyczna. W niej jakiś dzie­ciak w zie­lo­nym dre­sie cho­dzi od ściany do ściany, dwa metry kwa­dra­towe ste­reo­ty­pii, ner­wicy, pier­dolca. Wygląda, ten dzie­ciak, jakby bar­dzo chciał już odpo­cząć, ale chyba nie potrafi się zatrzy­mać. Żal mi go pra­wie jak samo jak sie­bie. Od tego całego cho­dze­nia aż robi mi się tro­chę nie­do­brze, to jak cho­roba mor­ska, tylko bez morza. Nieco dalej, gdzieś na lewo, jest więk­sza cela, w któ­rej umiesz­czono kilku gości, a każdy z nich ma roz­miar małej orki. Sądząc po dobie­ga­ją­cych stam­tąd odgło­sach, ekipa bawi się świet­nie. Muszę mocno wychy­lić się poza kraty, żeby coś zoba­czyć i usły­szeć.

– Jak tylko wyjdę, to od razu w tram­waj i do dupy jadę.

– Za dwa­dzie­ścia lat będą jesz­cze tram­waje? Myślisz?

Wybu­chają śmie­chem.

– To chuj, tak­sówką pojadę. Elek­tryczną, kurwa.

– Albo lata­jącą. Pole­cisz.

Znowu recho­ta­nie.

„Dla­czego ich to bawi?”, zasta­na­wiam się. Ich radość jest moim prze­ra­że­niem. Dwa­dzie­ścia lat? Dwa­dzie­ścia? Co trzeba zro­bić, żeby dostać dwa­dzie­ścia lat? To samo, co ty zro­bi­łeś, tylko lepiej. Po ple­cach prze­biega mi dreszcz.

Dla­czego ci goście są tacy rado­śni? Jak mogą tak się cie­szyć? Ja jestem tu od godziny i ledwo daję radę nie zesrać się ze stra­chu. Ryzy­kuję jesz­cze jedno spoj­rze­nie na deli­kwen­tów. Wszy­scy są jak od jed­nego sza­blonu: paste­lowe koszulki polo cia­sno opięte na napom­po­wa­nych tor­sach, niskie czoła, wąsko roz­sta­wione oczy i to coś w wyra­zach twa­rzy, co suge­ruje, że ich posia­da­cze nie­ustan­nie znaj­dują się na gra­nicy furii.

W życiu setki razy usły­szymy, żeby nie oce­niać ludzi po wyglą­dzie, ale fakty są takie, że gdy widzisz podobne mordy, dosko­nale wiesz, czego się po nich spo­dzie­wać. I cie­szysz się, że mię­dzy tobą i ich posia­da­czami znaj­dują się dwie pary krat – ich i twoje. Powód, dla któ­rego są tacy weseli – uświa­da­miam sobie – jest taki, że bar­dziej przy­na­leżą już „tu”, do tego świata za kra­tami, niż „tam”. Są w domu, w swoim miej­scu na ziemi.

A gdzie jestem ja?

Chwi­lowo przed zie­lo­nymi drzwiami z napi­sem „lekarz”. Minuta na każ­dego pechowca takiego jak ja, tyle czasu daje sobie medyk.

– Nazwi­sko, imię ojca…

Wszę­dzie to samo.

– Jakieś cho­roby? – pyta lekarz.

– Zerwane wię­za­dło w kola­nie, ner­wica i spek­trum auty­zmu, jeśli chcemy to trak­to­wać jak cho­robę.

– Czyli zdrowy. Pro­szę na wagę.

„Pro­szę” to takie słowo, które nie bar­dzo pasuje do tego miej­sca, więc zwraca na sie­bie uwagę. Choć jestem tu od nie­dawna, to nauczy­łem się już, że czło­wiek w mun­du­rze ni­gdy nie powie­działby „pro­szę”. A waga poka­zuje dzie­więć­dzie­siąt dwa kilo­gramy nie­szczę­ścia. Za dwa tygo­dnie, gdy wyślą mnie w dal­szą podróż, będzie już osiem­dzie­siąt. Cał­kiem sku­teczna dieta.

Po chwili wyta­czam się z ambu­la­to­rium. Ktoś wrę­cza mi koce i poduszkę, posyła scho­dami dokądś w górę. Nie mam poję­cia, co się ze mną dzieje, po pro­stu posłusz­nie wyko­nuję pole­ce­nia ludzi z orzeł­kami. Roję sobie, że jeśli będę ich słu­chał, oni będą dla mnie życz­liwsi. To jeden z pierw­szych błę­dów, jakie popeł­niam. Taka zasada wza­jem­no­ści dzia­ła­łaby z pew­no­ścią, gdyby spo­ty­kali się ze sobą rów­no­rzędni part­ne­rzy. W końcu honor, dobre oby­czaje, moral­ność i savoir-vivre powstały po to, by ludzie nie poroz­wa­lali sobie głów. Róż­nica polega na tym, że tych tutaj nic nie powstrzy­ma­łoby przed roz­trza­ska­niem mi czaszki. Nie jeste­śmy sobie równi i nic nie obli­guje mun­du­ro­wych do trak­to­wa­nia mnie z sza­cun­kiem. W ciągu naj­bliż­szych dni sta­nie się to bar­dziej niż oczy­wi­ste.

Zawi­niątko z gry­zą­cych koców, ręcz­ni­ków i naczyń każą mi poło­żyć przy ścia­nie, obok dwóch iden­tycz­nych. Znaj­du­jemy się w kory­ta­rzu dłu­gim na mniej wię­cej trzy­dzie­ści metrów, po któ­rego obu stro­nach cią­gną się drzwi do cel. Na środku wyra­sta zakra­to­wana budka, czyli dyżurka albo gadówa – jak już wkrótce nauczę się ją nazy­wać – w któ­rej prze­by­wają straż­nicy i oddzia­łowi. Cały ten kory­tarz zdaje się być jed­nym wiel­kim orga­ni­zmem. Wszel­kie drzwi i furtki nie­ustan­nie otwie­rają się i zamy­kają, wyją alarmy, bły­skają świa­tła, trzesz­czą krót­ko­fa­lówki i gło­śniki.

Hałas jak w cen­trum han­dlo­wym w sobot­nie popo­łu­dnie, tylko ludzi jakoś mniej. Funk­cjo­na­riu­sze SW prze­miesz­czają się z góry okre­ślo­nymi tra­sami w okre­ślo­nych z góry inter­wa­łach. Wyglą­dają jak mrówki albo ter­mity. Jest w nich coś owa­dziego. Może to wła­śnie za sprawą powta­rzal­no­ści ruchów, jed­na­ko­wo­ści uni­for­mów, pozor­nej bez­myśl­no­ści dzia­łań, spoj­rzeń zim­nych i bez­dusz­nych jak wzrok pająka ptasz­nika, a może wszyst­kiego tego naraz?

Ktoś pod­cho­dzi do mnie i szar­pie za kaj­danki jak za koń­ską uzdę lub bydlęcy kol­czyk. Wpy­chają mnie do jakie­goś pomiesz­cze­nia: kom­pu­ter, biurko, żółte pasy na pod­ło­dze. Ktoś każe usiąść przed biur­kiem, no to sia­dam. Oczy zacho­dzą mi mgłą i nie­mal niczego nie widzę. Tak mój orga­nizm reaguje na stres i strach: czę­ściową śle­potą. To jakby na tele­wi­zo­rze pod­krę­cić usta­wie­nie jasno­ści do oporu. Teraz to już naprawdę mogliby zro­bić ze mną wszystko. Pró­buję rozej­rzeć się po pomiesz­cze­niu, zorien­to­wać w sytu­acji, ale z oczami zaszłymi mgłą z tru­dem odróż­niam ściany od sufitu. Za biur­kiem sie­dzi jakaś kobieta. Patrzy na mnie, coś mówi, ale co? Rozu­miem może co trze­cie słowo. Chyba wła­śnie zaczyna do mnie docie­rać – w pełni i osta­tecz­nie – jak bar­dzo mam prze­je­bane.

Dają mi do pod­pi­sa­nia jakiś doku­ment, któ­rego nie potra­fię prze­czy­tać. Widzę litery, ale nie widzę słów. Tak czy siak muszę zło­żyć pod­pis. Mogliby mi teraz pod­su­nąć zgodę na wyko­na­nie egze­ku­cji i też bym ją pod­pisał. Jestem słaby, znacz­nie słab­szy, niż sądzi­łem. Ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czy­łem tyle dys­kom­fortu i stresu w tak krót­kim cza­sie. Nie­na­wi­dzę być doty­kany przez obcych, nie zno­szę gło­śnych dźwię­ków i krzy­ków. Każda z tych rze­czy z osobna potrafi mną wstrzą­snąć, teraz zaś wszyst­kie razem sku­tecz­nie rese­tują mój układ ner­wowy, wyłą­czają mnie, jak­bym był huma­no­idal­nym robo­tem. Nastą­piło prze­cią­że­nie, obwody się prze­pa­liły. Sie­dzę i kiwam się przód-tył, jestem wydmuszką, warzy­wem.

Dola­tują do mnie strzępki jakichś słów: „…obser­wa­cję”, „…psy­cho­loga”. Po chwili udaje mi się uspo­koić na tyle, by zare­je­stro­wać, że do pomiesz­cze­nia wcho­dzi kolejna osoba, też kobieta, krótko ostrzy­żona blon­dynka. Siada przede mną, coś mówi, ale słowa sta­piają się z szu­mem, który mój mózg wyge­ne­ro­wał, by odciąć się od świata. Nie tyle sły­szę jej słowa, co czy­tam z ruchu warg:

– Tra­fisz na obser­wa­cję na dwa tygo­dnie.

– Co to zna­czy? – pytam.

– Musimy ci zabrać pasek, sznu­rówki i tak dalej. Będziesz czę­ściej kon­tro­lo­wany w celi.

– Dla­czego?

– Dla bez­pie­czeń­stwa.

– Nie zamie­rzam się zabić – mówię, choć wcale nie jestem prze­ko­nany, że to prawda. Mam jed­nak dla kogo żyć. Przez kolejne mie­siące moje myśli będą orbi­to­wać na zmianę wokół tych dwóch potrzeb: prze­stać ist­nieć i wró­cić do domu.

– Sta­raj się o bran­so­letkę. – Psy­cho­lożka, bo to chyba jest psy­cho­lożka, otwiera moją teczkę oso­bową. – Z tych papie­rów wynika, że się bro­ni­łeś, że nie jesteś jakimś ban­dytą. Może się uda.

Tak bar­dzo jestem jej wdzięczny za te słowa, że mam ochotę roz­pła­kać się jak bóbr. Po kilku godzi­nach prze­rzu­ca­nia mnie z kąta w kąt jak mane­kina ktoś wresz­cie dostrzega we mnie czło­wieka; ktoś wresz­cie zwraca się do mnie peł­nym zda­niem, a nie skła­da­ją­cym się z jed­nego słowa pole­ce­niem, bym przy­brał odpo­wied­nią pozy­cję w prze­strzeni. Mimo to wciąż się zasta­na­wiam: A co, jeśli to gra? Co, jeśli ona jest po pro­stu „dobrym poli­cjan­tem”?

Pew­nie zawsze, gdy oglą­dasz w fil­mach scenę z dobrym i złym gliną, myślisz sobie, że to wyjąt­kowo łatwe do przej­rze­nia oszu­stwo. Pew­nie tak wła­śnie jest, ale gra w dobrego i złego poli­cjanta nie jest wcale roz­grywką inte­lek­tu­alną, lecz wyra­fi­no­waną tor­turą prze­pro­wa­dzaną na zała­ma­nym czło­wieku, któ­rego ciało reaguje instynk­tow­nie. Będziesz czuć wdzięcz­ność wobec osoby, która pogłasz­cze cię, zamiast ude­rzyć, i opa­trzy, zamiast zra­nić, szcze­gól­nie wów­czas, gdy ten zły poli­cjant wcze­śniej dobrze wykona swoje zada­nie.

Dla­tego wła­śnie nie­wiel­kie zna­cze­nie mają dla mnie jej inten­cje, powody, dla któ­rych – w prze­ci­wień­stwie do swo­ich kum­pli – zacho­wuje się wobec mnie po ludzku, z respek­tem.

– Już sta­ra­łem się o bran­so­letkę. Nie wyszło.

– Dla­czego? – pyta kobieta.

– Cha­rak­ter czynu.

– No tak.

No tak. Dźgnię­cie kogoś nożem nie wygląda dobrze. Sze­ścio­krotne dźgnię­cie kogoś nożem tym bar­dziej. I nie­wiel­kie zna­cze­nie ma tu fakt, że ten, któ­rego dźgną­łeś, w momen­cie zda­rze­nia sie­dział na tobie i pró­bo­wał cię zatłuc, i że ist­nieje pewne nie­ze­rowe praw­do­po­do­bień­stwo, że gdy­byś w klu­czo­wym momen­cie nie się­gnął do kie­szeni po scy­zo­ryk, to teraz twoje ciało żar­łyby robaki. Pol­ska jest kra­jem, w któ­rym nie wolno się bro­nić. Sły­sza­łem to już dzie­siątki razy. Od poli­cjan­tów, od praw­ni­ków, od kura­to­rów. Wszy­scy współ­czu­jąco kiwali gło­wami. „Takie mamy prawo” – mówili. „Tak to już tutaj jest”.

– Jak to było? Ktoś cię napadł? – pyta ta pierw­sza kobieta, o któ­rej ist­nie­niu zdo­ła­łem już zapo­mnieć.

Tak wła­śnie było, ale nie mam ochoty znowu opo­wia­dać tej histo­rii. Nie jej, nie teraz, nie w tym pokoju. Opo­wia­da­łem ją już dzie­siątki razy. W tej chwili nie wie­dział­bym już nawet, czy rela­cjo­nuję praw­dziwe wyda­rze­nia, czy też może two­rzę nową nar­ra­cję o nar­ra­cjach. I dla­tego odpo­wia­dam krótko:

– Tak, ktoś mnie napadł.

Potem patrzę w pod­łogę, na swoje dziu­rawe buty marki Nike, któ­rych od mie­sięcy nie potra­fi­łem się pozbyć. Tro­chę jesz­cze ze mną zostaną. O ile nie roz­padną się po dro­dze.

– Ale prze­żył, tak? – pyta psy­cho­log.

– Prze­żył.

– To masz szczę­ście.

Nie komen­tuję tego. Naj­wy­raź­niej mamy inne defi­ni­cje szczę­ścia. Lecz jego prze­ży­cie to istot­nie dobra oko­licz­ność. Nie chciał­bym stać się zabójcą. Nie tylko ze względu na wymiar kary. Obrona konieczna czy nie, nie ma niczego przy­jem­nego w świa­do­mo­ści, że wysłało się czło­wieka na tam­ten świat. Nawet sama świa­do­mość wyrzą­dze­nia komuś krzywdy jest nie­zno­śna.

I zaraz wszystko zaczyna się od nowa.

– Idziemy. – Znów ktoś szar­pie mnie za rękę, jakiś czło­wiek-mun­dur.

Zanim wyjdę z pokoju, posy­łam jesz­cze bła­galne spoj­rze­nie oddzia­ło­wej psy­cho­lożce. Ona jest już jed­nak zajęta czymś innym. Nie szko­dzi, bo i tak nie wiem, o co miał­bym ją pro­sić, czego od niej chcieć. Ta osoba niczego nie może już dla mnie zro­bić, po pro­stu oka­zała się jedyną względ­nie życz­liwą jed­nostką w tej prze­ra­ża­ją­cej insty­tu­cji. To wystar­cza­jąco wiele, bym mógł szu­kać u niej pomocy, ale niewystar­cza­jąco, bym miał tę pomoc otrzy­mać.

Rozdział 2. Pechowa trzynastka

Roz­dział 2

Pechowa trzy­nastka

Wrzu­cają mnie do celi numer trzy­na­ście. Gdy­bym nie był prze­ra­żony, to może nawet uznał­bym to za zabawne zrzą­dze­nie losu, ale strach sku­tecz­nie odbiera poczu­cie humoru. To jedna z jego pierw­szych ofiar.

Mam ze sobą jedy­nie koce, zestaw zie­lo­nych tale­rzy, papier toa­le­towy, przy­bory do mycia, klapki, mały notat­nik i dwie książki, Cza­ro­dziej­ską górę Manna – okaże się potem, że to naj­lep­sza lek­tura do pier­dla – i Sie­dem nauk dla zmar­łych Junga. Można powie­dzieć, że to inte­lek­tu­alny zestaw do survi­valu. Notat­nik w czar­nej skó­rze posłuży mi z cza­sem do stwo­rze­nia zacząt­ków tego tek­stu, ale nie uprze­dzajmy fak­tów.

Pierw­szym, na co pada mój wzrok, kiedy tra­fiam do środka, jest gigan­tyczny beb­zol. Po lewej od wej­ścia, na cadil­lacu, jak więź­nio­wie nazy­wają poje­dyn­cze łóżka, leży facet tak opa­sły, że ma pro­blem z samo­dziel­nym pod­nie­sie­niem się. Kiedy staję w drzwiach, posia­dacz potęż­nego brzu­cha wpada w panikę i pró­buje się spio­ni­zo­wać. Takie przy­naj­mniej odno­szę wra­że­nie, bo na mój widok zaczyna wyma­chi­wać koń­czy­nami jak żuk prze­wró­cony na plecy. Po pra­wej dostrze­gam łóżko pię­trowe. Miej­sce na dole jest wolne, na górze sie­dzi chłop wyglą­da­jący jak król Julian z kre­skówki. Gdy tylko mnie zauważa, natych­miast zeska­kuje na pod­łogę i staje na bacz­ność. Przy­glą­dam mu się zdzi­wiony. Na twa­rzy muszę mieć wypi­sany wyraz cał­ko­wi­tej dez­orien­ta­cji, bo tam­ten w końcu rezy­gnuje z przed­sta­wie­nia i z powro­tem wdra­puje się na swoje wyro.

– Kurwa, myśla­łem, że jesteś jakimś wycho­wawcą albo kimś takim – war­czy.

– Dla­czego? – pytam.

– Za porząd­nie wyglą­dasz.

Mam na sobie jed­no­li­cie czarny T-shirt i spodnie typu chi­nos, też czarne. W rękach tylko man­dżur. Facet musi być chyba ślepy albo nie­peł­no­sprytny. A może robi sobie ze mnie jaja. Nie potra­fię tego roz­po­znać. Nie rozu­miem żar­tów innych niż żarty moich bli­skich zna­jo­mych. Nie potra­fię poznać, kiedy ludzie udają. Nie dla­tego, że nie wiem, jak działa żart. Po pro­stu dopusz­czam taką moż­li­wość, że pewne rze­czy mogą się wyda­rzyć nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo absur­dalne by się wyda­wały. Jestem nawet w sta­nie wyobra­zić sobie pro­wa­dzące do nich oko­licz­no­ści. Zaczy­nam je ana­li­zo­wać natych­miast i wikłam się w kolejne i kolejne sylo­gi­zmy. Z reguły w tym momen­cie jest już za późno – ludzie biorą mnie za idiotę o krót­kim rozumku. Cho­lera wie, może osta­tecz­nie nie są wcale tak daleko od prawdy. Bycie w spek­trum auty­zmu jed­nego dnia może wyglą­dać jak super­moc, innego już nie­ko­niecz­nie.

Roz­glą­dam się po celi. Pomiesz­cze­nie ma wymiary cztery na dwa metry, włą­cza­jąc w to kibel odgro­dzony cienką dziu­rawą dyktą. Wąskie okno, nie dość, że zakra­to­wane, to jesz­cze z zało­żo­nymi pla­sti­ko­wymi blen­dami, które nie pozwa­lają wyj­rzeć na zewnątrz i odci­nają dopływ powie­trza. Do środka sączy się przez nie brud­no­żółte, jakby zaku­rzone świa­tło, sie­dzimy więc w per­ma­nent­nym mroku. Na ścia­nach, z któ­rych tynk odpada gigan­tycz­nymi pła­tami, każdą wolną i jesz­cze trzy­ma­jącą się cało­ści prze­strzeń pokry­wają bazgroły więź­niów: adresy, wypisy z kodeksu kar­nego, daty, nie­śmier­telne kre­ski do odli­cza­nia upły­wa­ją­cego czasu, pozdro­wie­nia, wresz­cie wyzwi­ska i oskar­że­nia o sprze­da­wa­nie ziom­ków na psiarni. Two­rzy to sur­re­ali­styczny obraz. Parzę na niego i czuję się tak, jak­bym zna­lazł się w gło­wie jakie­goś hipo­te­tycz­nego arche­typu więź­nia. Obser­wa­cja całej ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści jest obser­wa­cją tre­ści pato­lo­gii. Jestem w tym miej­scu tak obcy, jak to tylko moż­liwe.

Naj­lep­szy jest oczy­wi­ście kibel: znaj­duje się dokład­nie w takim sta­nie, jakiego nale­ża­łoby się spo­dzie­wać po pomiesz­cze­niu, któ­rego nikt ni­gdy nie sprząta. Co nie zostało obsrane, to zostało obrzy­gane, a jedyne, co nie zostało obsrane albo obrzy­gane – to chyba tylko żarówka smutno zwi­sa­jąca z sufitu na samym kablu. Ta żarówka jest jedy­nym oświe­tle­niem w całej celi, ale nie posiada włącz­nika. Włą­cza się ją i wyłą­cza, sty­ka­jąc ze sobą wyrwane ze ściany kable. Wiele godzin spę­dzę, patrząc na nie z myślą, że to dobrze, że zosta­wiono nam jakieś wyj­ście z tej sytu­acji. Wystar­czy­łoby tylko chwy­cić za obie koń­cówki. Taka wię­zienna opcja na coup de grâce dla tych, któ­rzy przy­cho­dzą tu bez nadziei na to, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek ujrzą niebo.

Pod żarówką jest wyszczer­biona umy­walka, a nad nią wysta­jąca ze ściany rura, która służy za kran. Trzy razy dzien­nie przez pół godziny leci z niej woda: godziny te jakiś uprzejmy wię­zień wypi­sał tuż obok na ścia­nie. Jak prze­ga­pisz wyzna­czony czas, pozo­staje napić się wody ze sra­cza. A sracz? Zerwana deska leży co prawda na pod­ło­dze, ale pokryta grubą war­stwą obrzy­dli­wego brudu muszla stoi, co można już uznać za suk­ces.

Dla­czego to wszystko musi tak wyglą­dać?

Jeste­śmy więź­niami, to prawda, ale chyba wciąż ludźmi, choć pew­nie jest sporo takich, któ­rzy nie zgo­dzi­liby się z tą śmiałą tezą. Trzeba sobie odpo­wie­dzieć na pod­sta­wowe pyta­nie: czy uwa­żamy, że czło­wiek z samego tylko faktu bycia czło­wiekiem zasłu­guje na to, aby móc korzy­stać z nie­ob­sra­nego kibla, umyć się, napić czy­stej wody? Jeśli tak, to w jaki spo­sób wyeg­ze­kwo­wać to w aresz­cie, do któ­rego zde­mo­ra­li­zo­wani zwy­rod­nialcy – tacy jak ja – tra­fiają z alko­ho­li­kami w ostat­nim sta­dium deli­rium, z waria­tami goto­wymi zeżreć wła­sne ręce, z nar­ko­ma­nami wydra­pu­ją­cymi sobie dziury w brzu­chu, a jed­no­cze­śnie z pechow­cami, któ­rych prze­stęp­stwa pole­gały na tym, że nie ode­brali na czas jakiejś kore­spon­den­cji albo nie pła­cili ali­men­tów przez trzy mie­siące? Wbrew zapew­nieniom służby wię­zien­nej – że doko­nuje się selek­cji i segre­ga­cji osa­dzo­nych – wszy­scy są prze­mie­szani. Ali­men­ciarz obok kil­lera, zło­dziej obok dzie­cio­jebcy; facet, któ­rego zła­pali z pię­cioma gra­mami zioła, obok gościa posa­dzo­nego za to, że maczetą obciął nogi swo­jemu dłuż­ni­kowi.

Mamy tu gorzej niż psy w schro­ni­sku, ale też w porów­na­niu do psów jeste­śmy dużo bar­dziej nie­prze­wi­dy­walni, znacz­nie groź­niejsi i znacz­nie bar­dziej obrzy­dliwi. A przy­naj­mniej nie­któ­rzy z nas.

Man­dżur wsu­wam pod łóżko. By to zro­bić, muszę prze­sta­wić klapki tego gościa na górze, który z początku wziął mnie za wycho­wawcę. Prze­sta­wiam je o dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów w prawo.

– Nie doty­kaj moich rze­czy – momen­tal­nie pie­kli się tam­ten.

W tym momen­cie już wiem, że będą z nim pro­blemy. Nie odpo­wia­dam, bo są takie sytu­acje, które komen­ta­rza nie wyma­gają. Poza tym jestem zbyt wystra­szony i zbyt sko­ło­wany, by wymy­ślić jaką­kol­wiek odpo­wiedź na tak bez­sen­sowną uwagę. Nie­udol­nie ścielę łóżko. Ni­gdy dotąd nie widzia­łem zestawu skła­da­ją­cego się z trzech kwa­dra­to­wych mate­ra­ców, które – poło­żone jeden za dru­gim – wypeł­niają całą ramę łóżka. Moje trzy materki są poprzy­pa­lane papie­ro­sami, dziu­rawe, pokryte poma­rań­czo­wymi pla­mami nie­zna­nej pro­we­nien­cji. Nie wygląda to zbyt sym­pa­tycz­nie, ale wyobraź­nia pod­po­wiada mi, że można tra­fić gorzej. Wkrótce prze­ko­nam się, że mia­łem rację.

Potem wycią­gam się na łóżku z notat­ni­kiem przy­tu­lo­nym do piersi. Wyry­wam jedną kartkę, kre­ślę na niej datę i piszę list do narze­czo­nej. Pierw­szy list napi­sany z wię­zie­nia. Achie­ve­ment unloc­ked.

Każde napi­sane przeze mnie słowo staje się nośni­kiem paniki i skraj­nego neu­ro­ty­zmu, anty­cy­pa­cją tra­ge­dii. Na wewnętrz­nej stro­nie okładki notat­nika kre­ślę „1/544”. Tyle potrwa mój wyrok, moja kara za wolę prze­trwa­nia. Wyli­czy­łem to wiele nocy wcze­śniej, ocze­ku­jąc na zatrzy­ma­nie. A potem każ­dej kolej­nej nocy wyli­cza­łem znowu, cał­kiem jak­bym liczył barany prze­ska­ku­jące przez płot. Mie­siąc po mie­siącu, dzień po dniu pozwa­la­łem tym licz­bom, by wzięły sobie moje życie w cał­ko­wite wła­da­nie. Pomno­ży­łem i podzie­li­łem je we wszyst­kich moż­li­wych kom­bi­na­cjach i kon­fi­gu­ra­cjach, uczy­ni­łem swoją reli­gią i modli­łem się do nich, pła­ka­łem przed nimi, nie­na­wi­dzi­łem ich i kocha­łem je na zmianę. Jak to było? „Dzi­siaj jest pierw­szy dzień reszty two­jego życia”? Och, pier­dol­cie się.

– Za co? – Król Julian zwisa z gór­nej pry­czy jak nie­to­perz i patrzy na mnie z cie­ka­wo­ścią. W tak zwa­nym mię­dzy­cza­sie dowie­dzia­łem się, że ma na imię Adam. Od teraz będę go tak nazy­wać: Adam.

– Za prze­kro­cze­nie gra­nic obrony koniecz­nej.

– Długo?

– Rok i pół.

– Coś mu zro­bił?

– Krzywdę. – Nie chce mi się wni­kać w detale. – A ty?

– Jazda bez prawka.

– Długo?

– Rok.

– Tyle dają? Za jazdę bez papie­rów? – pytam zdzi­wiony.

– Za trze­cim razem tyle dają. A ta gruba kurwa ma pięć mie­sięcy za wła­ma­nie.

„Ta gruba kurwa” ma na imię Cza­rek. Wraz z kum­plami napadł na sta­cję ben­zy­nową, choć sam nie brał udziału w akcji i tylko stał na cza­tach. Tak przy­naj­mniej twier­dzi. Nie­trudno w to uwie­rzyć, bio­rąc pod uwagę jego gaba­ryty. Cza­rek nosi koszulkę z czte­rema iksami, która wygląda na nim jak ubranko dla lalek.

– Jak tu przy­je­chał, to przez dwa dni pła­kał i nie wie­dział, gdzie jest. Był kon­kret­nie naje­bany i tylko modli­łem się, żeby mu zwie­ra­cze wytrzy­mały – śmieje się Adam, ale mnie to wcale nie bawi.

Nic mnie obec­nie nie bawi i ten stan utrzyma się przez kolejne dwa, trzy mie­siące. Zresztą czemu mia­łoby mnie bawić cudze cier­pie­nie?

Cza­rek nie odpo­wiada na żadną z zacze­pek, leży tylko do góry brzu­chem i wzdy­cha. Nie wiem, czy to z powodu oty­ło­ści, czy też samo­po­czu­cia, ale naj­pew­niej obie odpo­wie­dzi są poprawne. Tym­cza­sem Adam nie milk­nie, po pro­stu się nie zamyka. Połowa jego wypo­wie­dzi składa się z prze­chwa­łek, druga to inwek­tywy kie­ro­wane w stronę Czarka. Jest jak Dr Jekyll i pan Hyde: w jed­nej chwili opo­wiada wesołą histo­ryjkę ze sobą w roli głów­nej, by już po chwili ścią­gnąć brwi, wyszcze­rzyć zęby i zacząć znę­cać się nad nie­szczę­śni­kiem po dru­giej stro­nie celi.

– Spójrz na tego idiotę – mówi do mnie, ale na myśli ma Gru­bego. – On nawet nie wie, co ze sobą zro­bić. Te, Cza­rek, co teraz zro­bisz? Jakie są twoje następne ruchy?

– Nie wiem – odzywa się wresz­cie tam­ten. Ma skrze­czący głos, iro­niczną manierę mówie­nia typową dla czło­wieka, który przy­wykł do tego, że nikt nie trak­tuje go poważ­nie. Brzmi jak Toudi z Gumi­siów.

– Widzisz? – cią­gnie dalej Adam. – On nic nie kuma. Mój adwo­kat już zdą­żył zło­żyć wnio­sek o bran­so­letkę. A ty, Mar­cin? Robisz jakieś ruchy?

Odpo­wia­dam mu, że też będę skła­dał taki wnio­sek, ale muszę pocze­kać na ter­min. Trzy mie­siące od poprzed­niego wnio­sku.

– Poprzed­nio skła­da­łeś z wol­no­ści? – pyta Adam.

– Tak.

– Bla­cha?

– Co?

– Nie dali?

– Nie dali. Jestem zbyt zde­mo­ra­li­zo­wany. Podobno.

Osiem­na­ście mie­sięcy. Wyrok skro­jony pod SDE, czyli sys­tem dozoru elek­tro­nicz­nego. Sąd Okrę­gowy w B. wydał taki, bio­rąc pod uwagę fakt obrony koniecz­nej, mój stan zdro­wia oraz brak demo­ra­li­za­cji. Sąd Ape­la­cyjny w K. utrzy­mał wyrok w mocy. Tym­cza­sem Sąd Peni­ten­cjarny w Ł. zigno­ro­wał oba wyroki i ich uza­sad­nie­nia, okre­ślił mnie mia­nem osoby skraj­nie zde­mo­ra­li­zo­wa­nej i nie zezwo­lił na odby­cie kary w SDE. Dla­czego? Ja tego nie wiem. Za to Adam ma swoją teo­rię.

– Oni mają odgór­nie narzu­cone limity. W maju muszą dać tyle i tyle, w czerwcu tyle i tyle. Osią­gną limit i każdy kolejny wnio­sek idzie do kosza, choć­byś był, kurwa, święt­szy od papieża. Ale nie mogą cię tak po pro­stu upier­do­lić, muszą wymy­ślić jakiś powód. Naj­ła­twiej powie­dzieć, że ktoś jest zde­mo­ra­li­zo­wany, bo jak to niby… jak to…

– Zane­gu­jesz? – pod­po­wia­dam. – Zwe­ry­fi­ku­jesz?

– Dokład­nie, kurwa. Nie zro­bisz, bo skoro jesteś karany, to już zde­mo­ra­li­zo­wany. Jesteś na łasce albo nie­ła­sce.

Zasta­na­wiam się, czy Adam może znać Para­graf 22, ale raczej nie wygląda na takiego, co to potrafi czy­tać. W ciągu ostat­nich tygo­dni sam pró­bo­wa­łem zna­leźć jakieś wytłu­ma­cze­nie tej sytu­acji. Jak to moż­liwe, że jeden sąd w wyroku argu­men­tuje, że facet jest osobą nie­zde­mo­ra­li­zo­waną i zaleca odby­cie kary w sys­te­mie dozoru elek­tro­nicz­nego, by zaraz potem inny sąd mógł spoj­rzeć na ten wyrok i odwró­cić kota ogo­nem? Moja praw­niczka, kobieta z dwu­dzie­sto­let­nim sta­żem pracy, też tego nie rozu­mie, choć cza­sem zda­rza jej się w przy­pły­wie szcze­ro­ści przy­znać, że „prawo pra­wem, a sąd i tak zrobi, co zechce”. Piękny bon mot, warto go zapa­mię­tać.

Przez cały dzień Adam znęca się nad tym dru­gim, na razie tylko słow­nie. Nie wtrą­cam się, to nie moja sprawa, choć kilka razy muszę ugryźć się w język. Jestem zbyt zmę­czony tym wszyst­kim, sie­dzę jak na szpil­kach. Zasta­na­wiam się, kiedy przyj­dzie kolej na mnie, kiedy to ja stanę się obiek­tem wyzwisk i drwin. Bo w to, że w obec­nym sta­nie umy­słu będę umiał jak­kol­wiek się obro­nić, szcze­rze wąt­pię. Uciec też nie ma jak, w końcu to wię­zie­nie.

Dzień pierw­szy dobiega końca przy akom­pa­nia­men­cie jelit Czarka, który za cienką ścianką oddzie­la­jącą celę od kibla daje popis godny orkie­stry dętej. Chłop brzmi, jakby pró­bo­wał pozbyć się nie tylko stolca, ale też wszyst­kiego, co skry­wają prze­pastne prze­strze­nie jego obro­śnię­tych tłusz­czem wnętrz­no­ści. W prze­rwach mię­dzy kolej­nymi kano­na­dami Gruby cicho pochli­puje. Słu­cham tego zestawu dźwię­ków i dzi­wię się sam sobie, że nie wzbu­dza to we mnie wstydu. W Czarku chyba też nie. W miej­scu takim jak to wszelka pry­wat­ność bar­dzo szybko zanika. To intry­gu­jące, jak prędko ludzie potra­fią adap­to­wać się do sytu­acji, które jesz­cze kilka godzin wcze­śniej byłyby dla nich nie do przy­ję­cia; jak w oka­mgnie­niu pozby­wamy się wszel­kich norm oby­cza­jo­wych, zupeł­nie jakby były one tylko wierzch­nim okry­ciem, lekką pele­rynką zarzu­coną na ramiona.

Pozo­staje jedy­nie smu­tek zwią­zany z ogól­nym sta­nem czło­wie­czym.

Pierw­sza nocka w pier­dlu. Jest koniec maja, cie­pło, może nawet gorąco. Leżę plac­kiem na nie­wy­god­nych, śmier­dzą­cych szczy­nami, roz­jeż­dża­ją­cych się mate­ra­cach. Wokół mnie na łóżku rów­niutko poukła­dane: spodnie, książka, notat­nik. Nawet tu, nawet teraz, daje o sobie znać moja potrzeba porząd­ko­wa­nia prze­strzeni. Choć może wła­śnie tu wręcz nabiera ona zna­cze­nia, staje się próbą odzy­ska­nia choć odro­biny kon­troli nad sytu­acją. Mógł­bym scho­wać te rze­czy do pojem­nika pod łóż­kiem, ale chcę mieć je bli­sko sie­bie, by były bez­pieczne, szcze­gól­nie notat­nik. Co jakiś czas spraw­dzam, czy na­dal znaj­duje się w tym samym miej­scu, w zasięgu ręki. Notat­nik jest naj­waż­niej­szy, ponie­waż dostar­cza mi kar­tek na listy. Mam w nim także kilka kopert i znacz­ków. To będzie od teraz mój jedyny spo­sób komu­ni­ka­cji ze świa­tem, a przede wszyst­kim z moją uko­chaną. Minęły lata, odkąd wysła­łem jaki­kol­wiek list.

Porząd­kuję w myślach wyda­rze­nia z całego dnia, a potem prze­le­wam je na papier w wątłym świe­tle latarni, które z tru­dem prze­nika przez pla­sti­kową blendę. Ledwo widać, ale nie szko­dzi, przy­naj­mniej nikt mi nie prze­szka­dza. Pozo­stali dwaj śpią. Gruby co chwilę pochra­puje i się dusi, nie­mal zapada się pod wła­sną masą. Jak udało im się zasnąć? Ja czuję się tak, jakby za moment ktoś miał strze­lić mi w poty­licę i wrzu­cić ciało do dołu. Prze­ra­żony, ale zre­zy­gno­wany jed­no­cze­śnie. Zmę­czony, ale pobu­dzony. Śpiący, ale nie­zdolny do zaśnię­cia. O tym wszyst­kim piszę w listach. Pierw­szy, drugi, trzeci – mam tak wiele do powie­dze­nia. Przede wszyst­kim, że się boję, że nie wiem, co teraz ze mną zro­bią. Już pierw­szej nocy two­rzę sobie powie­dze­nie, któ­rego będę uży­wał regu­lar­nie aż do końca odsiadki w róż­nych kon­tek­stach: „Nie wia­domo nic o niczym”.

Jakie­kol­wiek próby racjo­nal­nego myśle­nia o tej sytu­acji oka­zują się nie­sku­teczne. Roz­sądne myśli giną w gąsz­czu lęków i para­noi, aż w końcu jedne i dru­gie stają się nie do odróż­nie­nia. Jestem zago­nio­nym do rogu kotem z oczami sze­roko otwar­tymi ze stra­chu.

Wresz­cie zasy­piam na godzinę, może dwie. Budzą mnie trza­ski furt, wycie alar­mów i sygnały krót­ko­fa­ló­wek. Znowu ten prze­klęty zestaw dźwię­ków, jakby zapro­gra­mo­wany do wzbu­dza­nia lęku. Areszt budzi się około czwar­tej nad ranem. Jeden z gadów cho­dzi po celach, zagląda do środka, zapala ostre świa­tło. Spraw­dza, czy na­dal żyjemy. Na odchodne kopie w drzwi, wali sko­blem. Nie ma spa­nia, żało­sne skur­wy­syny. Może wolałby, żeby coś się działo, żeby­śmy jed­nak powie­sili się na kra­cie. Pew­nie wiele razy o tym myślał. Co bym zro­bił, gdyby…? Tak czy siak spa­nie około czwar­tej staje się już nie­moż­liwe, przy­naj­mniej dla mnie. Piszę „czwar­tej”, ale godzinę oce­niam na oko, bo nie mam tu prze­cież zegarka. Wnio­skuję po tym, że blenda w oknie powoli zamie­nia się z brud­no­sza­rej w brud­no­żółtą.

Liczę dziurki w bla­sze będą­cej ste­la­żem gór­nego łóżka. Czter­na­ście na trzy­dzie­ści trzy, łącz­nie 462, to wciąż mniej niż 544, czyli liczba dni, jakie przyj­dzie mi spę­dzić w kiciu. Łóżko nie nada­wa­łoby się do odli­cza­nia końca kary, przy­naj­mniej mojej, ale i tak wsa­dzam w dziurę dłu­go­pis i kolo­ruję frag­ment mate­raca pod Ada­mem. Kto wie, może wypusz­czą mnie wcze­śniej? Zasta­na­wiam się, czy Adam wyczuje to, obu­dzi się i spu­ści mi wpier­dol. Męż­czy­zna śpi jed­nak snem spra­wie­dli­wych, zrywa się dopiero na któ­ryś z kolei dźwięk odsu­wa­nego sko­bla.

– Apel, kurwa! – drze się. – Ubie­rać się, szybko!

Ubie­ram się zatem, czyli zakła­dam spodnie. Cza­rek śpi na­dal, więc Adam zaczyna go kopać.

– Apel, ty gruba kurwo! – krzy­czy.

Tam­ten sza­mo­cze się znów jak robak prze­wró­cony na grzbiet. Patrzę na niego i wyobra­żam sobie kara­lu­cha o nala­nej ludz­kiej twa­rzy, twa­rzy dziecka. Ude­rze­nia sko­bli są coraz bli­żej, Cza­rek wciąż nie potrafi wstać, ale wresz­cie udaje mu się zebrać i zało­żyć krót­kie „spodenki”, które można by z powo­dze­niem prze­ro­bić na żagiel.

Tkwimy wypro­sto­wani jak struny, prę­żąc się w kie­runku drzwi. Na dobrą sprawę nie mam poję­cia, co się dzieje, po pro­stu robię to, co Adam. On prze­żył tu dwa dni dłu­żej, a więc wie trzy razy wię­cej ode mnie.

Wresz­cie szczęka zamek w drzwiach i… tyle. Straż­nik idzie dalej, robi to z całym rzę­dem cel. Naj­pierw dolny sko­bel. Będzie zatem jesz­cze jedna runda. Cała ta panika oka­zała się nie­po­trzebna. Gady wra­cają dopiero za jakiś czas, za godzinę, może wię­cej. Drzwi do celi otwie­rają się, na nasze pogrą­żone w mroku twa­rze pada ostre świa­tło. Czuję się jak wyjęty spod ziemi kret. Trzech mun­du­ro­wych przy­pa­truje się nam z wyra­zem twa­rzy wła­ści­wym komuś, kto pod­niósł wielki kamień i zoba­czył wypeł­za­jące spod niego robac­two. Cela jest otwarta przez dzie­sięć sekund, a potem znów zatrza­śnięta na głu­cho. Żyją? Żyją. To zamy­kamy. Po chwili włą­cza się radio połą­czone z inter­ko­mem, tak zwana beto­niara. Hity Eski, czyli dzie­sięć zapę­tlo­nych kawał­ków pusz­cza­nych na okrą­gło, aż do porzygu. Nie spo­sób tego wyłą­czyć, można tylko ści­szyć.

Myślę, że jakby dali mi tu do celi gościa odpo­wie­dzial­nego za ukła­da­nie tej play­li­sty, to chyba zasłu­żył­bym sobie na swój wyrok.

Rozdział 3. Czy warto iść na spacer i dlaczego tak

Roz­dział 3

Czy warto iść na spa­cer i dla­czego tak

Adam od samego rana ada­muje, a Cza­rek czar­kuje. Zaczy­nam coraz lepiej rozu­mieć, jak działa ten pierw­szy. Cza­sem, gdy wydaje mu się, że nikt nie patrzy, przy­biera na twarz wyraz będący maską czy­stego zła. Ściąga wtedy wargi i obnaża zęby. To trwa dosłow­nie moment, lecz moment wystar­cza­jący, by dało się dostrzec w nim nie­prze­brane pokłady okru­cień­stwa. Jestem prze­ko­nany, że w tych chwi­lach zasta­na­wia się, jak uczy­nić życie Gru­bego jesz­cze bar­dziej żało­snym, lecz… czemu?

Ten czło­wiek jest wam­pi­rem, uświa­da­miam sobie. Wam­pi­rem, który zamiast krwią, żywi się stra­chem. Już od samego rana zaczyna swoje psy­cho­lo­giczne gierki.

„Powi­nie­neś zadzwo­nić do praw­nika. No tak, zapo­mnia­łem, że żad­nego nie masz”. „Nie wiem, jak można się dopro­wa­dzić do takiego stanu, jak można być tak gru­bym”. „Nie żryj tyle, oddaj nam swoje por­cje, to szyb­ciej schud­niesz”. „Wiesz w ogóle, jaki masz wyrok, czy tak sobie rzu­ci­łeś tych pięć mie­sięcy?”

I tak dalej, i tak dalej. Po każ­dym takim zda­niu z Czarka zdaje się ucho­dzić powie­trze. Nie mija pół godziny od apelu, a Gruby wygląda już jak dziu­rawa dętka. Adam zaś pro­mie­nieje ener­gią.

Z nagła beto­niara odzywa się gło­sem oddzia­ło­wego:

– Spa­cer?

Nie wiem, co mam odpo­wie­dzieć, na szczę­ście oddzia­łowy zaraz wyja­śnia:

– Idzie­cie, kurwa, na spa­cer czy nie?

– Idziemy – odpo­wia­dam za całą trójkę.

W jed­nej ze scen Syme­trii pada stwier­dze­nie, że przez pierw­szy tydzień trzeba cho­dzić na wszyst­kie spa­cery. Nie wiem, czy naprawdę trzeba, ale na wszelki wypa­dek wolę iść. To, że odpo­wia­dam za całą trójkę, jest małym faux pas, które nie ucho­dzi uwagi Adama. Zaczyna coś buczeć, węsząc oka­zję do kon­fliktu, do usta­no­wie­nia nowej strefy swo­jej domi­na­cji na tych kilku metrach kwa­dra­to­wych, ale wystar­czy jedno pyta­nie, aby go uci­szyć:

– Nie boisz się chyba wyjść na spa­cer, co?

Nie masz chyba powodu, aby uni­kać innych, co, Adam? Podej­rze­wam, że jedy­nym powo­dem, dla któ­rego Adam jesz­cze nie zro­bił sobie ze mnie takiej samej ofiary, jak z Czarka, jest to, że pochwa­li­łem mu się, za co sie­dzę. Jak na razie czuje do mnie respekt. Nie­zbyt duży, bo widzi prze­cież, że chwi­lami trzęsę się na łóżku jak osika, ale naj­wy­raź­niej wystar­cza­jący. To się jed­nak zmieni, gdy do reszty pora­dzi sobie z Czar­kiem, gdy zgnoi go tak bar­dzo, że tam­ten zacznie się do niego łasić i pro­sić o wyba­cze­nie każ­dym sło­wem. Kiedy sta­nie się cał­ko­wi­cie zależ­nym od niego poplecz­ni­kiem, przy­du­pa­sem, cho­wań­cem. Wtedy Adam zabie­rze się za mnie. Jeśli star­czy mu czasu.

Drzwi do celi otwie­rają się ponow­nie o 6:30. Spa­ce­rowy wyciąga nas poje­dyn­czo i zakuwa w kaj­danki, cela po celi. Kaj­danki koń­czą mu się jakoś w poło­wie, resz­cie mówi więc, że mamy trzy­mać ręce razem i uda­wać, że mamy kaj­danki, żeby na kame­rach nie było widać.

– Kie­dyś wypusz­czali na spa­cer bez biżu­te­rii – wspo­mina jakiś wete­ran – ale to się zmie­niło, jak facet zaje­bał tę psy­cho­log z Rze­szowa.

Ano, było coś takiego, przy­po­mi­nam sobie.

Spa­ce­rowy wydziera się, że mamy sta­nąć twa­rzą do ściany i nie roz­ma­wiać, więc to robię. Wolał­bym nie dowie­dzieć się ni­gdy, co się dzieje, gdy ktoś nie posłu­cha, ale i tak się nie­stety dowiem, już wkrótce.

Gęsiego na lewo, a potem cze­kamy, aż otwo­rzą się drzwi połą­czone sys­te­mem kon­troli – gdy otwarte są jedne drzwi pro­wa­dzące na oddział, wszyst­kie inne się blo­kują. Póź­niej będę mógł zaob­ser­wo­wać, jak bar­dzo to wkur­wia wszyst­kich gadów, gdy stoją przy kra­tach i bez­sku­tecz­nie pro­szą przez krót­ko­fa­lówkę swo­ich kum­pli, żeby zechcieli zamknąć te jebane furty. Prze­cho­dzimy przez obite grubą stalą wąskie wrota, a potem przez to samo wąskie przej­ście, któ­rym wczo­raj pro­wa­dzono mnie na oddział. W tym cia­snym kory­ta­rzu zatrzy­mują nas na parę minut, gnie­ciemy się tam jak sar­dynki w puszce. Dwa­dzie­ścia osób na kilku metrach kwa­dra­to­wych dyszy sobie w karki. Smród potu i całej reszty fizjo­lo­gii staje się nie do wytrzy­ma­nia. Myślę o tym, jak dobrze byłoby wziąć kąpiel, ale takich atrak­cji na dziś nie prze­wi­dziano. Prysz­nice są dwa razy w tygo­dniu, tak było napi­sane na ścia­nie w celi. Czy to prawda? Nie wiem, nie­długo się prze­ko­namy.

Wresz­cie otwie­rają się te dru­gie drzwi i nie­mal wypa­damy na zewnątrz. Jest przed siódmą, świa­tło jaskrawe, mocne. Po całym dniu za blen­dami świa­tło wydaje się oszu­stwem, jakąś sztuczką. Obok szu­mią topole. Drzewa, praw­dziwe drzewa. Są piękne, abso­lut­nie cudowne, chciał­bym się do nich przy­tu­lić. Jestem tu dopiero drugi dzień, a już tak bar­dzo tęsk­nię za świa­tem. Nie jest dobrze.

Patrzę na prawo. Cią­gnie się tam sze­roki pas trawy, cią­gnie się aż do samego płotu. Nazy­wają go pasem śmierci. Podobno straż­nicy mają prawo zastrze­lić każ­dego, kto się na nim znaj­dzie. Zna­le­zie­nie się tam byłoby jed­nak trudne, bo mię­dzy nami a pasem śmierci stoją jesz­cze trzy inne płoty, wyso­kie, powle­czone żylet­kami. To potrafi zadzia­łać na wyobraź­nię: wizja samego sie­bie nabi­tego na setki żyle­tek. Nie tylko ja zwra­cam na to uwagę.

– Trudno będzie stąd spier­do­lić – mówi jakiś chło­pak w czer­wo­nej polówce i wszy­scy wybu­chają śmie­chem, nawet gad. Dziw­nie brzmi tu śmiech, natu­ral­niej brzmiałby chyba w prze­strzeni kosmicz­nej.

Ktoś mówi, że mało­lat to dobry zawod­nik, ktoś inny, że raczej pier­dol­nięty zawod­nik, a ja nie mogę odwró­cić od niego wzroku. Koleś ma nie­sa­mo­witą twarz, jakby każdy jej ele­ment pocho­dził od innej osoby. Naj­bar­dziej impo­nują mi jego wargi – wiel­kie, mię­si­ste, czer­wone jak krew. Poza tym chło­pak wygląda jakby dopiero co skoń­czył szkołę pod­sta­wową. Takich już też zamy­kają? A jeśli tak, to za co?

Idziemy na spa­cer­niak i tutaj wresz­cie spa­ce­rowy nas roz­kuwa, także z wyobra­żo­nych kaj­da­nek. Ktoś znowu pyta go, dla­czego muszą nam „zakła­dać” te wymy­ślone kaj­danki, na co spa­ce­rowy reaguje mach­nię­ciem ręki. Nagle przy­cho­dzi mi do głowy myśl, że ten facet spę­dził w wię­zie­niu wię­cej czasu niż więk­szość osa­dzo­nych. Robi mi się go żal, choć nie tak bar­dzo jak samego sie­bie.

No ale skąd te wymy­ślone kaj­danki? Nie mają wystar­cza­jąco dużo praw­dzi­wych na sta­nie? Ktoś nie prze­wi­dział, że będzie aż tylu więź­niów? Euro­pej­ski stan­dard to cztery metry kwa­dra­towe na osobę. W Pol­sce – trzy, żeby dało się upchnąć wię­cej mięsa.

Poje­dyn­czo wcho­dzimy na spa­cer­niak. To pla­cyk o wymia­rach mniej wię­cej sześć na dwa­na­ście metrów, z trzech stron oddzie­lony od świata beto­no­wymi ścia­nami i wian­kami z drutu. Z czwar­tej – podwójna siatka, straż­nica, mun­dur i kara­bin. Wystar­cza­jąco suge­stywne. Przy pło­cie bie­gnie wydep­tana błot­ni­sta ścieżka, w cen­trum pla­cyku dwie ławki, na jed­nej z nich sie­dzi Adolf Hitler. Co? Co ja wła­śnie zoba­czy­łem?

Innych też tro­chę zamu­ro­wało, ale oko­licz­no­ści nie pozwa­lają stać i się gapić. Idziemy zatem – po kamie­niach, po bło­cie – na początku nie­śmiało, potem coraz szyb­ciej. Jedno, dru­gie kółko. Sobo­wtór Hitlera nie znika. Na­dal sie­dzi na ławce, nie przy­wi­dział mi się. Ma iden­tyczny wąsik, tę samą zacze­saną na bok grzywkę. Sia­dam na ławce obok, cze­kam, aż zagadka się roz­wiąże. Co jakiś czas zer­kam ukrad­kiem na faceta, żeby spraw­dzić, czy się nie zde­ma­te­ria­li­zo­wał. W końcu ktoś się do niego dosiada, zaczy­nają gadać. Hitler mówi, że sie­dzi już czter­dzie­ści lat, jeśli zsu­mo­wać wszyst­kie wyroki. Spę­dził za kra­tami wię­cej czasu niż ja na tym świe­cie. Kie­dyś był wię­zien­nym fry­zje­rem, mówi, ale teraz brak mu już sił. Fak­tycz­nie wygląda na bar­dzo wymi­ze­ro­wa­nego, z led­wo­ścią wstaje z ławki, by pod­jąć poranną gim­na­stykę, pole­ga­jącą na drep­ta­niu w miej­scu i pod­no­sze­niu dłoni na wyso­kość oczu. Mam ochotę go popro­sić, żeby zasa­lu­to­wał, tak dla fabuły. Chciał­bym mieć z tym gościem zdję­cie. Odru­chowo się­gam do kie­szeni, ale prze­cież nie mam już tele­fonu. Wszystko zabrali na komen­dzie dwa dni temu. Dwa dni? Cho­lera, to zna­czy, że odbęb­ni­łem już 1/272 swo­jej kary. Nie­zły wynik.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki