Moja Islandia - Magdalena Anna Węcławiak - ebook
Opis

Islandia – mała wyspa z wielką osobowością, garstka ludzi z ogromnym potencjałem i niegasnącą energią. Znaleźć tu można wszystko, o czym turysta sobie tylko zamarzy. Powiedzenie „dla każdego coś miłego” sprawdza się tutaj w stu procentach.

Weekendowe huczne nocne życie, knajpki z żywą muzyką, niezliczona ilość kawiarni oferujących pyszne islandzkie specjały i aromatyczną kawę. Lasy pełne jagód i grzybów, parki troli i elfów – wierzy w nie ponad połowa Islandczyków – ocean zamieszkały przez pojawiające się co chwilę na jego powierzchni wieloryby i orki, ośnieżone szczyty gór, bulgoczące błota, gorące źródła, wybuchające gorącą parą gejzery i huczące wodospady.

Islandia – koniec świata na wyciągnięcie ręki. Niewiele ponad trzy godziny lotu wystarczy, aby zobaczyć na własne oczy rzeczy niewyobrażalne i przeżyć to, co wydaje się niemożliwe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 54

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

Proszę wyobrazić sobie następującą scenę: centrum miasta, ruchliwy, pełen życia, głosów i kolorów deptak. Pod kawiarnianym oknem znajduje się dziecięcy wózek, a w nim jego kwilący cicho właściciel. Parę kroków dalej stoi kolejny wózeczek, tym razem jego „zawartość” śpi słodko i bezgłośnie pod ciepłym różowym kocykiem. Rozglądacie się dookoła i ze zdziwieniem stwierdzacie, że takich małych dziecięcych kołysek na kółkach jest więcej. Ale gdzie podziały się mamy tych bezzębnych aniołków? To zależy. Jedna z mam chichocze z koleżanką w pachnącej aromatycznie kafejce i zajada się lukrowanymi pączkami, żeby przegonić poporodową depresję. Inna rodzicielka plądruje sklepowe półki w poszukiwaniu nowych modnych i wreszcie o kilka rozmiarów mniejszych fatałaszków (ciąża była fantastycznym stanem i cudnym doświadczeniem, ale halo! – czas zadbać o nowy image...). Powodów chwilowego zawieruszenia się młodszych i starszych mam może być wiele. Zapowietrzacie się z oburzenia i nie wierząc własnym oczom, zaczynacie obserwować reakcję pozostałych przechodniów. Jak tak można?! Zostawić biedne dziecko same na ulicy! Żeby je porwał jakiś zboczeniec albo wariat. Do czego to podobne? Co to za kraj? Co to za ludzie? Co za matki?! Spokojnie. To normalny letni dzień, normalne dzieci i normalne matki. To Skandynawia. To bezpieczna wyspa. To Islandia.

Kraj ludzi spokojnych, wyjątkowo nienadpobudliwych, wręcz flegmatyków. Z paroma wyjątkami oczywiście.

Podejrzewam, że flegmatyzm to wrodzona cecha Islandczyków przekazywana z pokolenia na pokolenie, przyćmiewająca inne, takie jak chociażby entuzjazm, którego nie uświadczysz na co dzień. No, chyba że właśnie w tym momencie rozgrywa się mecz piłki ręcznej, w którym stawką jest zdobycie tytułu mistrza Europy. Wtedy każdy udany rzut czy dobre zagranie przyjmowane są okrzykami zachwytu i zachęty, a gwizdom i oklaskom nie ma końca.

Poza wielką sportową gorączką Islandczycy dalecy są od darcia się na całe gardło. Wszyscy zgodnie milkną na dźwięk głosu relacjonującego przebieg meczu. Nie ma to jednak nic wspólnego z dyscypliną, bo takowej na wyspie brak. Ani z dobrym wychowaniem. Każdy po prostu chłonie słowa dobiegające ze szklanego ekranu bądź anonimowego drewnianego grającego pudła, aby móc później znaleźć ich potwierdzenie w słowie pisanym − świętym dla narodu islandzkiego. Nasunęło mi się przy okazji porównanie do pewnej mądrości życiowej wyznawanej przez Królika, przyjaciela Kubusia Puchatka, a zaśpiewanej w następujący sposób:

 

Bo nieważne uszy, nos i wzrok.

Po co tyle naraz łapać srok?

Złotą myśl wygłaszam tutaj więc:

Co wydano drukiem, to ma sens.

Nigdy nie ufajcie zmysłom swym,

Nie poznacie świata dzięki nim.

I dlatego prawdę głoszę dziś:

Tylko z pióra może spłynąć myśl.

Jak cię widzą, tak cię piszą,

Więc jak piszą, to tak jest.

Stąd najdrobniejszą rzecz na papierze chciej mieć,

Bo jak piszą, to tak jest!

 

Zamiłowanie do lektury zaszczepia się w młodych ludziach już w wieku przedszkolnym. Dokładnie rozpisany plan zajęć przewiduje w ciągu dnia kilkakrotne spotkania z książką. Tuż przed obiadem dzieci siadają jedno przy drugim na podłodze i oprócz śpiewania oraz opowiadania dowcipów panie przedszkolanki proponują najmłodszym małą dawkę przygód mniej lub bardziej znanych im bohaterów. To samo po obiedzie − kwadrans na książkę, aby brzuszki lepiej trawiły, a maluchy były gotowe do dalszej zabawy.

Około godziny piętnastej jest podwieczorek, po którym, czekając na rodziców, przedszkolaki znowu słuchają książkowych opowieści i same wybierają te, które chcą przekartkować, obejrzeć, a nawet spróbować powielić na papierze.

W szkołach podstawowych oddane są do dyspozycji uczniów wspaniale przygotowane biblioteki samoobsługowe. W ogóle cała Islandia jest w dużym stopniu skomputeryzowana i proponowane przez najrozmaitsze instytucje karty identyfikacyjne umożliwiają i ułatwiają w znacznym stopniu dostęp do wielu dóbr kulturalnych.

Oczywiście w każdej bibliotece znajduje się pani bibliotekarka służąca pomocą w wyszukiwaniu danej pozycji, ale samo wypożyczanie oraz zwrot lektur odbywa się samodzielnie za pomocą odpowiednich czytników.

Będąc w temacie islandzkich bibliotek, pozwolę sobie jeszcze wspomnieć o dość ważnej rzeczy, która przykuła moją uwagę już na samym początku. Tutejsze biblioteki to nie te z rodzaju ciasnych, starych i zakurzonych miejsc, w których trzeba przeciskać się między wąskimi regałami i labiryntami półek. Uciekając się do takiego opisu, wracam pamięcią do swojego dzieciństwa. Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze miałam przy sobie książkę. Byłam typowym molem książkowym przesiadującym godzinami w fotelu w pokoju rodziców i czytającym pozycje niekoniecznie odpowiednie do mojego wieku. Na przykład będąc świeżo upieczoną dwunastolatką, przeczytałam trzytomowych „Nędzników” oraz „Chłopów”. Niewiele z nich rozumiałam, ale za nic w świecie nie odebrałabym sobie przyjemności czytania tak grubych tomów!

Byłam częstym gościem naszej wiejskiej biblioteki, mieszczącej się na górze jednopiętrowego budynku przeznaczonego do szerzenia kultury wśród zaledwie półtoratysięcznej społeczności mojej miejscowości. Tak właśnie wspominam owo miejsce: jako małe i ciasne, gdzie na sięgających po sam sufit półkach piętrzyły się stosy starych, zakurzonych książek. Pewnie wiele się zmieniło od tamtego czasu i polskie biblioteki wyszły ze swoich zaściankowych czterech metrów kwadratowych. Mam przynajmniej taką nadzieję, choć klimat panujący w takich miejscach był niepowtarzalny i przyznam się, że trochę za nim tęsknię...

Pamiętam dzień, w którym wybrałam się z moim dzieckiem po raz pierwszy do islandzkiej biblioteki. Kolorowa, jasna przestrzeń tego miejsca oczarowała nas do tego stopnia, że do dziś jesteśmy jego częstymi gośćmi. Do dyspozycji czytelników, zarówno małych, jak i tych dużych, oddane są wygodne fotele i kanapy w żywych, ciepłych kolorach, małe stoliczki zaopatrzone w kredki i kartki, a wszystko po to, by maluch mógł dać upust swemu malarskiemu talentowi, podczas gdy opiekun pochłania świeżą porcję wiadomości z bieżącej gazety lub buszuje po półkach w poszukiwaniu strawy odpowiedniej do aktualnego stanu ducha. Wszystko to okraszone cichutką muzyką sączącą się z głośników zamontowanych w podwieszonym nisko nad stolikiem suficie, przypominających bardziej latający spodek niż maszynę grającą.

Dzieci mają tu swój kącik pełen puchowych poduszek i pluszowych miśków, a wystrój ścian zmienia się w zależności od pory roku, przypadających świąt bądź widzimisię pań bibliotekarek, których pomysły są zawsze świetnie przemyślane i wywołują zachwyt odwiedzających tę świątynię dumania adoratorów książek.

Zamiłowanie do słowa pisanego jest też świetnie widoczne w prasie codziennej. Ilość wychodzących w Islandii dzienników przypadająca na liczbę jej mieszkańców bije wszelkie rekordy. Największa i najstarsza jednocześnie gazeta pojawiająca się na wyspie to „Morgunblaðið”, czyli „Gazeta Poranna”. Obok niej − „Fréttablaðið”, czyli „Gazeta Informacyjna”; „24 Stundir”, czyli „24 Godziny”; oraz „DV”. Nie wspomnę o tytułach kolorowych i modnych tygodników, miesięczników czy kwartalników specjalizujących się w ogrodnictwie, modzie, urządzaniu wnętrz czy podpatrywaniu życia ludzi znanych i bogatych.

Kończąc już temat kultury czytelnictwa na lodowej wyspie, wspomnę o pewnym pomyśle, na jaki wpadła jedyna istniejąca tu mleczarnia (aczkolwiek posiadająca oddziały w kilku miejscach − tu jogurty, tam sery, a dalej jeszcze mleko i lody, żeby każdy miał szansę popracować w biznesie, nie tylko ci ze stolicy). Na litrowych oraz półtoralitrowych opakowaniach do mleka drukowane są krótkie wierszyki bądź proza, stworzone przez dzieci oraz młodzież ze szkół podstawowych i średnich. Hasło przewodnie akcji brzmi: „Islandzki jest naszym językiem”, a jeden z proponowanych tematów to: „Kim jestem?”.

Kiedy pracowałam w przedszkolu, ulubionym zajęciem maluchów podczas jedzenia posiłków (oprócz kopania się w kostkę pod stołem lub urządzania wyścigów, kto zje więcej i skończy pierwszy) było słuchanie tych krótkich historyjek, opatrzonych zazwyczaj małą ilustracją. Zawsze podane było imię i nazwisko młodego twórcy, jego wiek oraz nazwa szkoły, do której chodził. Interesująca i oryginalna forma propagowania literatury...

Islandczycy