Mój szef. Mój AS - Melissa Darwood - ebook
NOWOŚĆ

Mój szef. Mój AS ebook

Melissa Darwood

4,7

552 osoby interesują się tą książką

Opis

Kontynuacja bestsellerowej komedii romantycznej Mój szef, którą pokochały tysiące kobiet. Gorące sceny, humor i bohaterowie, których nie da się zapomnieć.

I oto jestem. Punkt ósma. W poniedziałek po świąteczno-noworocznej przerwie. Siostra Maria odziana w habit – gotowa duchem i ciałem na posługę.

Ludzie patrzą na mnie, jakbym faktycznie dostąpiła objawienia pańskiego i wstąpiła do klasztoru. Przykro mi, moi drodzy, to tylko kamuflaż. Tak naprawdę byłam bardzo, ale to bardzo niegrzeczna w te święta. I najwyraźniej Bóg mnie za to ukarał, bo nie dość, że straciłam głowę dla mężczyzny, którego szczerze nienawidziłam, to właśnie na oczach wszystkich pracowników wystawiam się dla niego na pośmiewisko. Ale czego to ludzie nie robią z miłości, prawda?  

Jesteśmy na początku związku. Dopiero się poznajemy. Fakt, znacząco się od siebie różnimy i nadajemy na zupełnie innych kanałach – on to BBC, ja to MTV. Ufam jednak, że w końcu się zgramy. Po prostu musimy się starać bardziej niż inne pary na początkowym etapie znajomości.

Wierzę, że warto włożyć w naszą relację więcej wysiłku. Chcę, żeby nam się udało. Musi nam się udać!

A co, jeśli te nasze starania i wysiłek nie wystarczą? Czy taki powściągliwy AS jak Jan i neurotypowa ekstrawertyczka jak ja mogą stworzyć udany związek i być ze sobą szczęśliwi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 359

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
Karolinagrzelak

Nie oderwiesz się od lektury

💚𝓡𝓮𝓬𝓮𝓷𝔃𝓳𝓪 𝓹𝓻𝔃𝓮𝓭𝓹𝓻𝓮𝓶𝓲𝓮𝓻𝓸𝔀𝓪💚 Nie ukrywam, że jestem ogromną fanką @melissadarwood, a „Mój szef” całkowicie skradł moje serce. Nie mogłam doczekać się drugiego tomu, czytałam fragmenty na Wattpadzie, grzecznie czekałam na przesyłkę z książką, ale i tak nie wytrzymałam i przeczytałam ebooka zaraz jak pojawił się na Legimi. 🙈 I teraz żałuję! 😢 Żałuję, bo chciałabym mieć tę lekturę jeszcze przed sobą! Zazdroszczę każdemu, kto jeszcze nie czytał, poważnie! 🥰 Maria i Jan to najbardziej zabawna, wyjątkowa i pozornie niedopasowana para w polskim bookbiznesie. 😁 On- zmagający się z Zespołem Aspergera pasjonata zegarmistrzostwa, rybołówstwa, porządku i pośladków Marii. 🤣🍑 Ona- mistrzyni w obliczeniach matematycznych, wszelkiego rodzaju wpadkach i wykorzystywaniu swoich wdzięków. 😂🍑 Co może z tego wyjść? 🧐 Wiele ciekawych, komicznych i wkurzających sytuacji, dużo nerwów, śmiechu i MIŁOŚCI! 😍 Maria i Jan zaczynają życie w prawdziwym związku. Będą musieli po...
monikapokrzywa

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała historia Marii i Jana. Nie mogłam się oderwać. Oczywiście za szybko się skończyła. Chętnie przeczytam o dalszych losach tej dwójki. Polecam 😊
40
izunia08111986

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna ksiazka..usmialam sie nie raz...to co teraz czekamy na kolejne czesc...jestem jak najbardziej za😊😊
20
violavivian

Nie oderwiesz się od lektury

Po prostu ŚWIETNA. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy... bo ciąg dalszy musi być i już!!!
20
Anka57A

Nie oderwiesz się od lektury

super,bardzo polecam, dawno się tak nie uśmiałam,
10

Popularność




Copyright © Melissa Darwood

All rights reserved

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Łódź, 2021

Redakcja:

Iga Wiśniewska

Korekta:

D. B. Foryś

Konwersja do wersji elektronicznej:

Mateusz Cichosz | Poskładane Studio DTP

Okładka:

Melissa Darwood

Maciej Sysio

www.melissadarwood.com

[email protected]

Numer ISBN: 978-83-956816-7-7

Powieść ta jest wyłącznie fikcją literacką.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Książkę tę dedykuję moim wspaniałym czytelniczkom,

które pokochały Mojego szefai z niecierpliwością

wyczekiwały dalszych losów Marii i Jana.

Dziękuję Wam z całego serca. Bawcie się dobrze!

 

ZIMA

255 godzin i 32 minuty po pierwszym pocałunku

Jestem spokojna. Jestem opanowana. Oddycham świadomie, głęboko…

Jezu, kogo ja próbuję oszukać? Chce mi się palić jak diabli, mam napadowe migotanie przedsionków, mdłości i jestem totalnie niewyspana, bo z nerwów zasnęłam dopiero po czwartej w nocy. Muszę wziąć się w garść. To będzie zwykły poniedziałek. Po prostu pierwszy dzień w pracy po długim urlopie. Nikt niczego nie zauważy. Każdy będzie zajęty sobą, jęczeniem, piciem kawy i powracaniem do biurowej rzeczywistości.

Plan jest perfekcyjny, obmyślony w każdym detalu (wiadomo przez kogo) – żadnych rozmów, żadnych gestów, tylko maile. W razie konieczności omówienia nagłych sytuacji zawodowych mam odpowiadać krótko i bez podtekstów. Zapewne Jan i tak nie zrozumiałby dziewięćdziesięciu dziewięciu procent moich insynuacji, ale inni pracownicy mogliby się zorientować, że coś jest na rzeczy. Zwłaszcza jeśli na pytanie Jana: „Pani Mario, czy raport jest już gotowy?”, odpowiedziałabym spontanicznie zbyt figlarnym głosem: „Raport nie. Za to ja jak najbardziej tak”.

Dostałam wyraźny nakaz od mojego szefa: mam się do niego nie uśmiechać, nie patrzeć mu zbyt długo w oczy, nie mówić dwuznacznych tekstów, być rzeczowa i profesjonalna. W skrócie – wracamy do stanu sprzed świąt. Proste jak przepis na wigilijny barszcz. Priorytetem jest utrzymanie pracy – zarówno przeze mnie, jak i przez Jana. Dążymy do jak najszybszego przeniesienia mnie do departamentu rozwoju, w którym będę pracować do lutego, po czym zakładam własną działalność gospodarczą. Co prawda Jan zaproponował mi wsparcie finansowe jako inwestor, poza tym zasugerował, abym na razie korzystała z jego firmy, by nie płacić niepotrzebnie ZUS-u, ale nie zgodziłam się na taki układ. To ma być mój biznes – od początku do końca. Nie chcę żadnej taryfy ulgowej i przysług. Nie lubię czuć się zależna od innych. Jan to mój mężczyzna, a nie sponsor. I tego się trzymam.

Punkt ósma wchodzę do biura ubrana jak oddana na posługę Bogu mniszka z klasztoru Cysterek. Biała bluzka z długim rękawem i stójką, czarna sukienka do kostek na grubych ramiączkach, do tego kozaki na płaskim obcasie i włosy związane w ciasny kok. Brakuje tylko czarnego welonu zakonnego na głowie i różańca w dłoni. Wszystko to zasługa stylizacji mistrza Jana. Gruntownie przeszukał wczoraj moją szafę i odnalazł w jej ciemnych zakamarkach rzucone niedbale ubrania, które ostatni raz miałam na sobie w dniu matury pisemnej z polskiego.

Uśmiecham się pod nosem i prycham na wspomnienie naszych wczorajszych negocjacji:

– Nie ma mowy. Nie będziesz mi mówił, jak mam się ubierać. W życiu nie założę czegoś takiego do pracy. – Wkraczam za Janem do łazienki, a ten już wrzuca do zlewu wybraną przez siebie odzież, podwija rękawy do łokci i odkręca wodę. – I przestań wreszcie prać moje ciuchy! – W ostatniej chwili ratuję bluzkę wraz z sukienką przed zanurzeniem w kąpieli i ładuję je do kosza na brudy.

– Mario, to jest jedyny strój w twojej garderobie, który wpisuje się w dress code firmy i jednocześnie spełnia moje oczekiwania.

Robię wielkie oczy.

– Twoje oczekiwania? Nie wiedziałam, że gustujesz w zakonnicach. Czyli od dzisiaj seks tylko na misjonarza i przy zgaszonym świetle?

Zaciska szczęki, wbija we mnie twardy wzrok.

– Domyślam się, że to był sarkazm. Zbędny zresztą. Nie będziesz ubierać się do pracy tak jak dotychczas. Masz mieć zakryte ramiona, szyję, dekolt i nogi.

– Do tego zasłoniętą całą twarz, uszy i głowę – przedrzeźniam jego stanowczy ton. – To jakiś absurd, Janie. Może od razu założę hidżab.

– Nikab.

– Co?

– Nakrycie zasłaniające całą twarz to nikab. Hidżab to chusta na głowę i piersi. Twarz pozostaje odkryta – wyjaśnia rzeczowo. – I nie, wcale nie oczekuję, że będziesz ubierać się jak muzułmanka. Jeśli jednak taka byłaby twoja wola, to oczywiście ją uszanuję i…

– Wystarczy! – Unoszę dłoń. – Nie brnijmy w to, bo się pokłócimy. Wyjaśnij mi na spokojnie, dlaczego tak bardzo upierasz się przy tej okropnej bluzce i sukience? Nie podobam ci się w ubraniach, w których chodzę do pracy?

– Wręcz przeciwnie. Upatruję w twoim biurowym stroju źródło potencjalnej katastrofy. Należy wyeliminować każde zagrożenie oraz zalążki jakiejkolwiek atrakcyjności seksualnej. Zastosować wszelkie możliwe środki zapo­biegawcze.

Zatyka mnie. Patrzę na niego oszołomiona. Analizuję jego słowa, próbując zrozumieć tok myślenia…

– Mojej atrakcyjności seksualnej postrzeganej przez innych mężczyzn czy przez ciebie?

– Mario, jesteś moją kobietą i zrozumiałym dla ciebie powinno być to, że nie chcę, by twój strój pobudzał wyobraźnię innych mężczyzn. Poza tym, zgodnie z ustaleniami, dla stworzenia pozorów powinniśmy zachowywać się tak, jak przed Wigilią. Sposób, w jaki ubierasz się do pracy, zdecydowanie temu nie sprzyja. Dotychczas nie miałem wpływu na to, jak znacząco eksponujesz części ciała. Z trudem znosiłem twój codzienny wygląd, który był powodem rozkojarzenia, przez co cierpiała moja efektywność zawodowa i narastała frustracja seksualna. Dlatego uważam, że najrozsądniejszym rozwiązaniem w tej sytuacji będzie zmiana twojego stylu ubioru na bardziej konserwatywny.

Patrzę na niego, a złość spowodowana brakiem zrozumienia stopniowo się ulatnia. Jej miejsce zastępuje częściowe rozbawienie, ale też niedowierzanie. To sobie Janek wymyślił anafrodyzjak. Że niby bluzka ze stójką i długa kiecka miałyby pomóc utrzymać mu ręce z dala ode mnie. Albo zdystansować konkurentów, których przecież i tak nie ma. Dobre sobie. Ale niech mu będzie, skoro tak się upiera…

– Jeszcze jakieś życzenia co do mojego wyglądu jutro w pracy, szefie? – Uśmiecham się kokieteryjnie i opieram o umywalkę, nawijając kosmyk na palec.

Jan zerka na mnie, ściąga brwi.

– Masz związywać włosy. Ciasno. Wysoko. Tak, żeby żadne pasma nie dotykały ramion, piersi, pleców i nie wydzielały kwiatowego zapachu.

Nie wydzielały kwiatowego zapachu? Ledwo się powstrzymuję, aby nie wybuchnąć śmiechem. Z miny Jana wnioskuję jednak, że on traktuje całą sprawę bardzo poważnie.

– Mogę w ogóle przestać się myć, jeśli sobie tego życzysz. Wtedy na pewno nie tylko moje włosy, ale i całe ciało nie będą pachnieć kwiatami. – Patrzę na niego z rozbawieniem.

– To nie będzie konieczne. Wystarczy, że zaniechasz używania perfum. Oczywiście wtedy, kiedy wybierasz się do pracy. W innych okolicznościach są jak najbardziej pożądane – mówi zupełnie serio.

O Chryste, czegoś takiego się nie spodziewałam. Biorę głęboki wdech. Wiem, że powinnam być wyrozumiała. Jan ma swoje dziwactwa, nieco odmienne postrzeganie rzeczywistości, ale skoro ja mam zrobić krok w kierunku konserwatyzmu, to on równie dobrze może dać go w stronę liberalizmu, a wówczas spotkamy się pośrodku. Niech sobie nie myśli, że zawsze będę tańczyć, jak mi zagra.

– W porządku – odpowiadam zdecydowanym tonem. – Tego samego będę oczekiwać od ciebie. Żadnego golenia, idealnie zaczesanych włosów. Twoja poranna toaleta ogranicza się w takim razie do prysznica i umycia zębów. Dzięki temu zaoszczędzisz sporo czasu i możesz go poświęcić na ćwiczenia. Co do ubioru w biurze: garnitur to dress code, więc nie ma wyjścia, musi zostać, ale zapięte pod szyję guziki nie są konieczne, podobnie jak krawat. Prosiłabym, żebyś od jutra go nie zakładał. Kojarzy mi się zbyt erotycznie, a skoro zaleciłeś wyeliminowanie zalążków jakiejkolwiek atrakcyjności seksualnej… – cytuję jego słowa – …to należy zadziałać po obu stronach: nie tylko mojej, ale także twojej. Nie uważasz? – oznajmiam i puszczam mu oko.

Jan blednie. Cały sztywnieje. Założę się, że puls ma ledwo wyczuwalny. Oho, to chyba nie był dobry pomysł, by go aż tak podpuszczać. Może niech spocznie na sekundę na sedesie, bo jeszcze mi tu fiknie? Zamierzam się odezwać, lecz wtedy on głęboko wciąga powietrze przez nos. Krew zaczyna napływać mu do twarzy. Nie jest już biała jak prześcieradło, ale nadal daleko jej do kolorytu skóry Europejczyka.

– Dobrze się czujesz?

Nie odpowiada. Koncentruje wzrok na wysokości kosza na brudy. Jest tak skupiony, jakby obliczał w pamięci pierwiastek z trzystu dwudziestu tysięcy. Zastanawia się, rozważa. A to się krzywi, a to kręci głową… O! Właśnie się wzdrygnął. Widzę, jak walczy sam ze sobą… I robi mi się go szkoda. Chyba jednak przesadziłam. Boże, ile bym dała, żeby teraz usłyszeć jego myśli: Nie zamierzam się nie golić. Robię to codziennie od dwudziestu sześciu lat, dwóch miesięcy i trzech dni. Jedynie raz zaniechałem tej czynności – w dniu śmierci mojej matki, ale wyłącznie dlatego, że nocowałem w szpitalu, przez co zostałem pozbawiony maszynki do golenia… I co to znaczy: żadnych idealnie zaczesanych włosów? Nie zamierzam się nie czesać. Jestem menedżerem, powinienem wzbudzać zaufanie i szacunek. Potargana fryzura to niechlujny wygląd. Niechlujny wygląd to brak szacunku dla rozmówcy. To brak szacunku nawet do samego siebie! Garnitur bez krawata to nie garnitur. To profanacja, znieważenie partnera w interesach. Do tego rozpięte górne guziki – to już wykracza poza wszelkie standardy. Absurd!

Wpatruję się w Jana i zachodzę w głowę, czy ten dialog wewnętrzny, który sobie wyobraziłam, chociaż w połowie pokrywa się z tym, co sobie myśli mój AS.

– Twoja propozycja jest nie do przyjęcia – stwierdza stanowczo.

A to ci niespodzianka. W życiu bym się nie domyśliła takiej odpowiedzi.

Opuszcza rękawy. Policzki ma zaróżowione, kości żuchwy napięte, żyłka na czole pulsuje. Chyba go z deczka podkurwiłam. Ale przepraszam bardzo, czy tylko on może mieć problem z zaadaptowaniem się do narzucanych zmian?

– Widzisz, Janie, nie lubię bluzki ze stójką, bo uwiera mnie w szyję. A materiał długiej spódnicy plącze się między nogami, co grozi upadkiem. Co do butów na płaskim obcasie, akurat w tym przypadku jesteśmy zgodni. Dlatego jutro zakładam swoje pracowe ciuchy i specjalnie dla ciebie muszkieterki, może być?

– Muszkieterki? – Spogląda na mnie pytająco.

– Kozaki za kolano.

– Jaka długość spódnicy?

– Dwadzieścia siedem centymetrów i pięć milimetrów.

Jan zerka na moje nogi, po czym przechyla lekko głowę niczym robot, któremu wbudowano laserową miarę w źrenice. Mierzy.

Wywracam oczami.

– Nie wytężaj wzroku, Janie, wymyśliłam długość dla jaj. Spódniczka będzie sięgać do połowy uda. Do muszkieterek dłuższa się nie nadaje.

Spogląda na mnie surowo.

– Twoje nagie uda tylko pogorszą sytuację.

– Nie nagie, będą w rajtuzach. Ponadto wcale się nie upieram przy tym stroju. Wiedz, że wolę mieć wolny wybór i sama zdecydować, co na siebie włożę, zamiast spełniać żądania swojego mężczyzny, który podobno ceni mnie za to, że nie udaję kogoś, kim nie jestem. Ani w tej bluzce, ani w tej spódnicy nie będę sobą. W żadnym stroju akceptowanym przez firmowy dress code nie czuję się komfortowo. Najchętniej poszłabym do biura w dżinsach i swetrze, ale nie mogę. Zależy mi jednak na tobie i na tym, żebyśmy oboje utrzymali pracę. Dlatego jutro ubiorę się tak, jak sobie tego życzysz. Tobie pozostawiam wolny wybór. Nie gól się, nie czesz, nie zakładaj krawata, rozepnij koszulę, a zobaczysz, co się wydarzy. Czy to coś zmieni? Czy pogorszy twoje samopoczucie? Nie wiem. I ty też się tego nie dowiesz, dopóki nie spróbujesz. Nie naciskam. Zrobisz, jak uważasz. Do odważnych świat należy.

*

I oto jestem. Punkt ósma. W poniedziałek po świąteczno-noworocznej przerwie. Siostra Maria odziana w habit – gotowa duchem i ciałem na posługę.

Ludzie patrzą na mnie, jakbym faktycznie dostąpiła objawienia pańskiego i wstąpiła do klasztoru. Przykro mi, drodzy koledzy i drogie koleżanki, to tylko kamuflaż. Tak naprawdę byłam bardzo, ale to bardzo niegrzeczna w te święta. I najwyraźniej Bóg mnie za to ukarał, bo nie dość, że straciłam głowę dla mężczyzny, którego szczerze nienawidziłam, to właśnie na oczach wszystkich pracowników wystawiam się dla niego na pośmiewisko. Czego to ludzie nie robią z miłości.

– O matko, a cóż to za stylówka?! – Olga podbiega do mnie, kiedy podążam do biurka. – Widzę, że już zupełnie wypadłam z obiegu. To jakaś nowa moda?

Tak, najnowszy projekt z zimowej kolekcji Jeana Englera – mam zamiar odpowiedzieć z francuskim akcentem, ale w ostatniej chwili gryzę się w język. Ciekawe, jak bym wybrnęła z sytuacji, w której jawnie przyznaję, że nasz szef, Jan Engler, mój nowy facet, wybiera mi ubrania do pracy. Mało tego, jeszcze je pierze. I gdyby nie spał dzisiaj u siebie (bo przecież musi być wypoczęty do pracy), to najpewniej rano jeszcze by mi wszystko ładnie wyprasował.

– Nie miałam czystych ciuchów, więc wyciągnęłam jakieś starocie. Jest tragicznie, prawda? – pytam absolutnie świadoma tego, że wyglądam niczym cnotka niewydymka. I paradoksalnie porównanie to przychodzi mi na myśl, kiedy mija­my łazienkę. Tę samą, pod drzwiami której w wigilijny wieczór zrobiłam Janowi laskę z połykiem, a w zamian otrzymałam od niego najlepszą minetę w życiu.

– Nie, skądże znowu – odzywa się Olga. – Wyglądasz… – Szuka z wysiłkiem odpowiedniego słowa. – Nietypowo i… – Błądzi oczami po ścianach, jakby wytapetowano je stronami słownika języka polskiego. – Oryginalnie. Taka mieszanka awangardy, tradycjonalizmu. – Starannie zawija gówienko w złoty papierek. – Prezentujesz się w tym stroju tak… tak…

– Chujowo – kończę za nią, bo nie mogę już patrzeć, jak się męczy.

Robi kwaśną minę.

– No wiesz. Ty to zawsze tak z grubej rury.

– Bo trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Wiem, jak wyglądam. Ubrałam się tak celowo.

– Jakiś protest? – Zerka na mnie czujnie. – Nie mów, że Engler znowu dał ci popalić?

Popalić nie, ponieważ jest przeciwny mojemu uzależnieniu od papierosów, ale zdecydowanie rozpalił mnie do czerwoności, i to nieraz.

Uśmiecham się pod nosem.

– Nie było źle – oświadczam.

– Długo z nim siedziałaś w Wigilię?

Aż do świąt – odpowiadam w myślach. – I po świętach też. No i w sylwestra. A później w Nowy Rok… Często ze sobą siedzimy. I robimy jeszcze inne rzeczy. A tak w ogóle to się w nim zakochałam.

Do diaska, przecież ja nie wytrzymam i w końcu się wygadam. Tak bardzo chciałabym powiedzieć jej prawdę o mnie i o Janie. O tym, jaki kochany z niego facet, i że wcale nie jest sztywnym formalistą… No dobra, jest, ale ma sporo na swoje usprawiedliwienie. A ja nie mogę go nawet obronić i wytłumaczyć takiej Oldze czy innym pracownikom, skąd u niego ta szorstkość i gruboskórność. Jeszcze nie teraz. Ufam Oldze, jednak jeśli – nie daj Boże – coś komuś przez przypadek chlapnie, to pozamiatane. I gdyby chodziło tylko o moje stanowisko, niewiele by mnie to obeszło. Ale tu chodzi o Jana. Firma na pewno pociągnęłaby go do odpowiedzialności.

Szef powinien dawać przykład pracownikom, a nie posuwać podwładną. Pomijam fakt, że po takiej aferze straciłby jakiekolwiek szanse na dostanie się do zarządu, a zauważyłam, że bardzo mu na tym zależy. Znając rygorystyczną politykę personalną, doszłoby do zwolnienia Jana. Może nie od razu, bo najpierw musieliby poszukać kogoś na jego miejsce. I mogłoby się wydawać, że znalezienie nowej pracy dla kogoś takiego jak Jan – z bogatym doświadczeniem, wykształceniem, inteligencją i kontaktami – to żaden kłopot, ale ja wiem, że dla niego byłby to życiowy problem.

Tak drastyczna zmiana zachwiałaby całym jego światem – wpasowanie się w nową rzeczywistość, obce środowisko, dostosowanie do nieznanych mu ludzi. To byłaby dla niego istna katorga. Przecież on nawet nie jest w stanie zostać na noc w moim mieszkaniu i się porządnie wyspać, a co dopiero zaadaptować do nowych warunków: nieznane biuro, zasady, zwyczaje, godziny pracy… Jego starannie ułożone życie runęłoby jak domek z kart.

Czuję ukłucie między żebrami i w końcu odpowiadam Oldze na pytanie:

– Trochę siedzieliśmy. Poszło w miarę sprawnie.

Przygląda mi się badawczo.

– Bez żadnego: „Stary dziad kazał mi przyjść do roboty w Wigilię. Nienawidzę tego sztywnego formalisty”?

– No tak. – Śmieję się, choć aż mnie uszy bolą, gdy słyszę, jak fałszywie to brzmi. Serce mi krwawi na samo wspomnienie mojej wcześniejszej niesprawiedliwości względem Jana. Wiem, że powinnam teraz powiedzieć coś mocnego na jego temat, żeby wypaść wiarygodnie przed Olgą, ale nie mogę. Po prostu nie mogę. – A jak twoja Wigilia? – zmieniam temat.

– Jak to Wigilia z rodziną: żarcie, prezenty, Kevin sam w domu, góra zmywania, pasterka… – zaczyna opowiadać, odprowadzając mnie do biurka. Słucham ją jednym uchem, jednak większość uwagi koncentruję na gabinecie Jana. Drzwi są zamknięte, żaluzje zasłonięte, pełna separacja. Dopiero kiedy podchodzimy bliżej, dostrzegam blade światło przebijające się w miejscu łączenia żaluzji. Dziwne. Jest dziesięć po ósmej. O tej porze Jan powinien być już w połowie musztry na open space, mrożąc wzrokiem swoich szeregowców i obniżając tym samym temperaturę pomieszczenia o jakieś trzydzieści stopni.

– To jesteśmy umówione? – Głos Olgi wyrywa mnie z rozmyślań.

– Yyy, słucham?

– Na kawę w porze lunchu?

– A, tak. – Kładę torbę na blat i zerkam ponownie na drzwi gabinetu Jana.

– Wszystko gra? Jesteś jakaś rozkojarzona. – Olga mi się przygląda.

Przenoszę na nią wzrok, ale za cholerę nie mogę się skupić na rozmowie.

– Jasne, muszę się odnaleźć w nowej rzeczywistości po urlopie. Widzimy się w socjalnym o dwunastej.

– Okej, miłej pracy. I uważaj dzisiaj na Englera. To mi wygląda na ciszę przed burzą. Byłam w biurze już o siódmej trzydzieści, a on ani razu nie wyściubił nosa ze swojej wilczej nory. To nie w jego stylu.

– Dobrze. Będę mieć się na baczności.

Siadam czym prędzej przy biurku, wyciągam telefon i piszę SMS-a:

Jak się masz?

Wysyłam. Czekam i czekam, ale odpowiedź nie nadchodzi. Piszę kolejną wiadomość:

Widzę światło w gabinecie. Wszystko u Ciebie w porządku?

Wyślij. Cisza. Brak jakiejkolwiek reakcji. Czuję dziwne ukłucie niepokoju.

Mogę do Ciebie zajrzeć? Nie będę przeszkadzać?

Znowu nic.

Odpalam komputer, otwieram skrzynkę pocztową, a tam żadnego nowego maila. Zazwyczaj o tej porze miałam co najmniej dwie wiadomości z listą rzeczy do zrobienia na już. Oprócz tego w każdy poniedziałek otrzymywałam tygodniowy plan zadań. Niby sytuacja między nami uległa drastycznej zmianie, ale przecież mieliśmy zachować pozory i w pracy postępować tak jak zwykle.

Decyduję się napisać maila. Ton formalny, bo istnieje spore ryzyko, że ktoś z działu IT, odpowiedzialny za security firmy, może wyrywkowo czytać moją służbową korespondencję.

Do: Jan Engler

Temat: Bieżące sprawy

Dzień dobry,

piszę z zapytaniem o plan zadań na najbliższy tydzień. Czy są jakieś pilne sprawy na dzisiaj?

MG

Wysyłam wiadomość, zerkam na komórkę, a tam pusto. Odświeżam skrzynkę pocztową (choć doskonale wiem, że system robi to automatycznie co trzydzieści sekund), też nic.

Coś jest nie tak. Wybieram numer Jana. Sygnał, po nim następny i kolejny. Włącza się poczta głosowa. Opanowany ton, powoli wypowiadane słowa: Jan Engler. Proszę zostawić wiadomość. Oddzwonię w dogodnym dla siebie momencie.

Czuję ucisk w żołądku. Zerkam na drzwi gabinetu. Serce dziwnie przyspiesza rytm. Wiem, nie powinnam się nakręcać. Może Jan ma wideokonferencję i nie może odpisać ani odebrać komórki. Wstaję od biurka, przykładam słuchawkę do ucha i udając, że rozmawiam przez telefon, rozpoczynam powolny spacer pod świątynią mojego szefa vel kochanka. Opieram się niby od niechcenia o szybę przy drzwiach, nasłuchuję, ale nie dobiegają do mnie żadne odgłosy z wewnątrz. I nagle przypominam sobie, że przecież gabinet posiada dźwiękoszczelne szyby. Cholera.

Dobra, wchodzę, inaczej się zamęczę.

– Tak. Tak. Rozumiem, że pilne. Już pytam szefa – mówię podniesionym głosem do słuchawki do wyimaginowanego rozmówcy. Nie mogę wzbudzić podejrzeń innych pracowników, a każdy, kto z własnej woli wchodzi do gabinetu Jana, kiedy drzwi są zamknięte i żaluzje opuszczone, bezsprzecznie wywołuje zainteresowanie całego działu.

Przesuwam wzrokiem po sali. Wyłapuję zaciekawione spojrzenia, po czym odwracam się, pukam i łapię za klamkę.

Zamknięte.

Co jest?

Upewniam się, że w gabinecie nadal jest widno. Jan musi tam być. On przecież ma pierdolca na punkcie oszczędzania prądu – gaszenia światła po wyjściu z pomieszczenia, używania energooszczędnych żarówek, wyciągania kabla z gniazdka, kiedy dany sprzęt nie potrzebuje zasilania, a nawet uruchamiania pralki i zmywarki, tylko jeśli są już całkowicie zapełnione brudami (rzecz jasna w grę wchodzi wyłącznie program „eko”).

Pukam mocniej. Raz, drugi, trzeci.

– Panie Engler. Mam pilną sprawę. – Nie wiem, czy w ogóle mnie słychać przez te dźwiękochłonne drzwi, ale się nie poddaję. – Możemy porozmawiać? – Czuję na sobie wzrok pracowników, lecz się nie odwracam. Pukam jak ten dzięcioł w stuletnim lesie: stuk, stuk. Puk. Stuk, stuk. Puk.

Nagle rozlega się dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Wyczekuję, jednak drzwi się nie otwierają. Naciskam klamkę, uchylam je lekko i wślizguję się do środka. Od razu za sobą zamykam, a kiedy się odwracam, wyłapuję wzrokiem postawną sylwetkę. Jan stoi dwa metry ode mnie. Brak krawata, rozpięte górne guziki koszuli, cień zarostu na twarzy, zmierzwione włosy… Bad boy w garniaku. Fiu, fiu. No proszę, jaki macho. Można? Można.

Mam ochotę krzyknąć: „zwycięstwo!”, lecz w tej samej chwili napotykam spojrzenie zbitego psa. Nie, gorzej: zruganego szczeniaka wyrzuconego na mróz za to, że narobił właścicielowi na ulubiony dywan. O rany, co za bida. Moje serce mięknie. Wpatruję się w Jana i przed oczami staje mi scena z restauracji. Wyraz jego twarzy jest dokładnie taki sam jak wtedy, gdy wracaliśmy po tamtym feralnym zdarzeniu do jego domu. Czuję ucisk w gardle. Nic nie rozumiem. Ma tu spokój, ciszę, światło stonowane, żadnych niepotrzebnych bodźców…

– Dobrze się czujesz? – Podchodzę do niego, ale on się wycofuje i siada za biurkiem, zupełnie jakby chciał się nim ode mnie odgrodzić.

– Nie – odpowiada zmatowiałym głosem, opiera głowę o fotel i zamyka oczy.

– Nie odpisujesz na wiadomości, nie odbierasz komórki… Dlaczego?

– Wyciszyłem telefon.

– Bo…?

– Potrzebuję spokoju.

– Mimo to mnie wpuściłeś. – Staram się brzmieć radośnie, żeby jakoś poprawić mu humor.

– Nie mogłem już znieść twojego pukania.

Udaję sama przed sobą, że nie rusza mnie jego zimny ton. Usilnie próbuję go usprawiedliwić: widać jak na dłoni, że musiało się wydarzyć coś, co miało wpływ na jego samopoczucie.

– Mogę ci jakoś pomóc? Może chcesz herbaty albo porozmawiać…?

– Chcę, żebyś stąd wyszła i zostawiła mnie w spokoju. Jesteś irytująco głośna.

Niewidzialna pętla zaciska się wokół mojej szyi. Czuję bolesne ukłucie w klatce piersiowej. Czy jest mi przykro? Cholernie. Czy jestem zła na Jana, że odzywa się do mnie w taki sposób? Zdecydowanie tak. Nie jestem, kurwa, z kamienia. Rozumiem, że może być przeciążony, ale nie musi być od razu taki niemiły.

Ledwo się powstrzymuję przed wygarnięciem mu, co o nim myślę, bo wiem, że gdybym uniosła się gniewem, tylko pogorszyłabym sytuację. Nie zmienię go. On tak ma. I zawsze taki będzie.

Są dwa wyjścia – albo będę zaciskać czasami zęby i zaakceptuję go takiego, jakim jest, z jego wadami, dziwactwami i całym tym cholernym spektrum, albo mogę go rzucić, znaleźć sobie miłego neurotypowego chłopaka i zapomnieć, że kiedykolwiek miałam romans z szefem.

Zapomnieć o Janie… Dobre sobie. Przecież on jest jak pieprzony trojan, który zainfekował cały mój organizm. Tu nie pomoże żaden antywirus „skończ z nim i zapomnij”. Musiałabym się sformatować i wgrać na nowo system, żeby się od niego uwolnić. Czasami żałuję, że nie jestem komputerem (choć jest podobieństwo – liczę prawie tak sprawnie jak on). O ile łatwiej byłoby zacząć wszystko od nowa z pustą pamięcią i wyczyszczonym dyskiem twardym. Ale tak się nie da. Trzeba być człowiekiem.

– Dobrze. Zostawię cię teraz samego i wrócę po przerwie na lunch. Gdybyś czegoś potrzebował, dzwoń.

Nie odpowiada. Głowa oparta o fotel, twarz zmęczona, oczy zamknięte, oddech ledwo słyszalny. Wygląda, jakby spał. Sprawia wrażenie takiego bezsilnego, bezbronnego i osamotnionego, aż robi mi się go żal.

Dobrze, niech śpi, ostatnim razem sen mu pomógł.

Wychodzę na paluszkach i cichutko zamykam za sobą drzwi, żeby go nie obudzić.

*

Jest za pięć jedenasta, a Jan nie ruszył się z gabinetu nawet do ubikacji! Nie mam dzisiaj żadnych spraw do załatwienia, to znaczy pilnych spraw, bo przecież do dziesiątego stycznia powinnam skończyć raport, który miał być zrobiony w Wigilię, ale z wiadomych względów nie został. W biurze cisza jak w grobowcu. Ludzie są zdezorientowani. Nie wiedzą, co się dzieje. Nikt ich nie sprawdza, nikt nie poprawia, nikt nie wytyka błędów. Mogłoby się wydawać, że skoro kota nie ma, myszy harcują. Ale kot jest, tuż za szklaną ścianą, a żadna mysz nawet nie piśnie, bo może stać się jego ofiarą.

Większość osób siedzi na komunikatorach i czatuje – co mądrzejsi snują teorię o tym, że Engler szykuje się do masowych zwolnień. Pytają, czy coś wiem. Niektórzy plotkują w socjalnym albo w łazience – podobno Jan miał wypadek podczas świąt, a że jest pieprzonym pracoholikiem, to zamiast przechodzić rekonwalescencję w domu, leczy się w pracy. A ja bronię go, jak mogę. Tłumaczę spokojnie i odpisuję na komunikatorze, że szefowi wskoczył ważny projekt i od rana prowadzi wideokonferencję z klientem. Oprócz tego siedzę na posterunku przy gabinecie (na szczęście mam blisko biurko) i dbam o to, żeby przypadkiem żaden nadgorliwiec nie zdecydował się na odwiedziny u szefa. Nie powiem, wyskoczyłam na pięć minut na przerwę na fajkę (Jan i tak się nie dowie, a ja musiałam ukoić nerwy), ale wtedy poprosiłam Olgę, by usiadła na moim miejscu i dopilnowała, aby nikt nie przeszkadzał Janowi w pracy.

W przeciągu czterech godzin zdążam wypić trzy kawy (mimo to nadal odczuwam skutki nieprzespanej nocy, choć jakoś się trzymam), dokończyć „wigilijny raport” (a jednak!) i porozmawiać przez telefon z Tośką:

– Może właśnie dlatego nie chce wyjść z gabinetu? – sugeruje, gdy zdaję jej relację z dzisiejszego poranka.

– Myślisz, że to mogło mieć aż takie znaczenie? Przecież to tylko fryzura, nieogolona broda i brak krawata.

– Szczerze? Nie wiem. Mogę jedynie snuć domysły. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, kiedy i z jakiego powodu AS zamknie się w sobie. Nawet sam aspi często tego nie wie. Może po twoich wczorajszych słowach Jan chciał coś udowodnić, spróbować swoich sił. Zasugerowałaś mu, że: „do odważnych świat należy”. Może postanowił ci zaimponować i pokazać, że jest odważnym mężczyzną? Nie mam pojęcia, Maryś. Nie… – W słuchawce rozlega się tak głośne kichnięcie, że mam ochotę wytrzeć sobie ucho. – Przepraszam, chyba łapie mnie jakieś przeziębienie. – Wysmarkuje nos. – Nie specjalizuję się w tego typu zaburzeniach, ale skoro mówisz, że pierwszy raz widzisz go w takiej sytuacji w pracy, i to akurat w dniu, gdy postanowił wprowadzić w życie taką rewolucję, bo dla niego to jest rewolucja, która burzy codzienny porządek, to może tu jest pies pogrzebany. Weź też pod uwagę fakt, że to wasz pierwszy dzień w firmie, odkąd postanowiliście być razem. To również powoduje dodatkowy stres. Sama powiedziałaś, że opracował skrupulatny plan mający na celu skuteczne ukrywanie się z waszą relacją. Jan ma wiele do stracenia: posadę, szansę na awans. Może to dla niego zbyt duże obciążenie? To zupełnie nowe okoliczności, które mogły przytłoczyć go tak znacząco, że stały się źródłem lęku. Stąd ta dzisiejsza reakcja i odcięcie się od świata zewnętrznego. Nie chce wyjść z gabinetu, bo nie czuje się komfortowo z nowym wyglądem; wie, że ludzie będą mu się przyglądać z zaciekawieniem, a może nawet kpiną i brakiem szacunku. A z tego, co opowiadałaś, on już tyle razy był wytykany palcami jako dzieciak, że nic dziwnego, że chce uniknąć powtórki w dorosłym życiu…

Chryste. Jestem idiotką, egoistką i ewidentnie cierpię na zaawansowaną ślepotę. Dopiero rozmowa z Tośką przywróciła mi jasność widzenia!

Wybiegam z budynku firmy w stronę centrum, przeklinając swoją krótkowzroczność, a przy okazji pieprzoną długą spódnicę, która przeszkadza mi w biciu rekordu na setkę (tym razem nie Jamajczyka, jak podczas ucieczki przed Janem z własnego mieszkania, lecz Francuza). Wynik nieco gorszy niż ostatnio, bo dziewięć i osiemdziesiąt sześć setnych sekundy, ale winna jest temu kiecka i zaśnieżony chodnik. Dobrze chociaż, że założyłam buty na płaskim obcasie.

Czuję takiego wkurwa, że jestem o krok od dokonania samosądu i własnoręcznego ukarania się. Tutaj, na ulicy! Mam ochotę sprać się do utraty przytomności; albo walić głową w mur tak długo, aż usłyszę gong ogłaszający nokaut; albo wsadzić nogę do studzienki kanalizacyjnej, przywalić w nią pokrywą, łamiąc w czterech miejscach (nogę, nie pokrywę) i cierpieć katusze w męczarniach. Ale mam związane ręce – nie dosłownie, w przenośni, choć Bóg mi świadkiem, że z chęcią bym się związała sznurem i rzuciła z mostu. Chuj, że rzeka jest zamarznięta i trup na miejscu. To ma być przecież kara. Należy mi się. Problem w tym, że jeśli teraz zrobię sobie krzywdę, to nie będę w stanie naprawić popełnionego błędu. Karą zajmę się więc wieczorem (jeśli już ugaszę ogień, który podłożyłam). I mam nawet pomysł na dokonanie zbrodni na samej sobie. Krok pierwszy: wyrzucam wszystkie leki przeciwbiegunkowe i przeciwwymiotne z domowej apteczki. Krok drugi: popijam śledzie i trzy kilo śliwek wodą z ogórków kiszonych zmieszaną z olejem rycynowym oraz kefirem. Krok trzeci: znoszę męki z pokorą, w samotności w toalecie, błagając w myślach Jana o wybaczenie. Teraz jednak muszę działać.

Sięgam do torebki po telefon, żeby sprawdzić, ile mam czasu. Szukam, ale komórki brak. Cholera, zostawiłam ją na biurku! A co, jeśli Jan będzie mnie potrzebował? Muszę się spieszyć!

Po jakichś trzydziestu, może czterdziestu minutach, spocona jak świnia i zubożała o czterysta pięćdziesiąt sześć złotych, wracam pędem do biura. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio wydałam taką kwotę, ale w tej sytuacji to była konieczność. I tak nie mam pewności, czy jedwabny krawat za prawie cztery stówy (rozbój w biały dzień!) będzie odpowiedni. W temacie garderoby męskiej jestem zielona jak groszek w puszce. Przy wyborze kierowałam się metodą dedukcji: Jan to szef, szef to boss, sklep dla bossa – Hugo Boss. Ceny z kosmosu, ale czego się nie robi dla ukochanego? Pozostałe niezbędne rzeczy kupiłam w drogerii, a i tu miałam spory dylemat. Ile ostrzy, ile ząbków, jaka marka, kolor, typ…? Ostatnio taką presję przed sklepową półką czułam przy zakupie prezerwatyw na bal maturalny. Brak pojęcia o rozmiarach, smakach, zapachach, strukturach… Nawilżana czy ze środkiem plemnikobójczym? Rozgrzewająca, a może chłodząca? Lateksowa czy klasyczna? Kurza dupa! Przecież to tylko gumka. A w obecnej sytuacji maszynka do golenia, pianka i grzebień. Za duży wybór, zbyt wiele opcji, przesyt – żądam monopolizacji!

Pędzę co tchu do mojego Jasieńka. Biedaku mój, to ci zgotowałam poranek. Ale się poprawię. Obiecuję. Przyspieszam, układam w głowie cały plan działania: zawiążę ci krawat, uczeszę cię ładnie, ogolę. Wszystko w zaciszu biura, bez widowni, będziesz znów schludny i janowy. Tak jak co dzień. Tak jak lubisz. Marysia już do ciebie biegnie.

Szybciej, szybciej! Wiatr we włosach, łomot w sercu, lawa w żyłach. Napotykam zamarzniętą kałużę – krok w bok. Staruszkę z psem – półobrót. Wysoką pryzmę – wybicie, podskok, lecę… Ożeż w mordę. Spódnica! Blokada! Noga zawadza o zlodowaciały śnieg (aua!!!), słychać dźwięk rozdzieranego materiału, robię półsalto, krzyczę, padam na plecy i wydaję z siebie zbolały jęk.

– Nie… mogę… oddychać…

– Nic pani nie jest? – Tuż nad sobą słyszę kobiecy głos.

– Coś panią boli? – Jakiś mężczyzna pomaga mi się podnieść.

– Może wezwać pogotowie? – Starsza pani podaje mi moją papierową torbę z zakupami.

– Nie… trzeba…

Bolą mnie plecy, żebra, głowa, noga, z trudem łapię oddech. Jezu, ale gruchnęłam. Rozmasowuję potylicę. To już się robi nudne, serio. Ile razy w życiu człowiek może zaliczyć glebę? I co z tego, że Bóg podarował mi supermózg, skoro zapomniał wyposażyć mnie w koordynację, która zdecydowanie ułatwiłaby przetrwanie tego supermózgu w jednym kawałku chociaż przez trzydzieści lat. Dobrze, że mam twardy łeb.

*

Kiedy tylko wysiadam z windy i kuśtykam w stronę biura, dopada do mnie Olga.

– Gdzie byłaś? Nie mogłam się do ciebie dodzwonić.

– Zostawiłam komórkę w biurze. Musiałam coś załatwić na mieście – odpowiadam zdyszana i odwieszam kurtkę.

Olga przesuwa po mnie wzrokiem, robi wielkie oczy, po czym spogląda na torbę Hugo Bossa i ściąga brwi.

– Masz podartą spódnicę, krwawiącą nogę i torbę ze sklepu z męską odzieżą.

– Jesteś bardzo spostrzegawcza. Później ci wszystko wyjaśnię. – Zabieram zakupy i drepczę szybko, choć kulejąc, w kierunku pokoju socjalnego po jakiś środek do dezynfekcji.

– Najpierw będziesz tłumaczyć się Englerowi. Szukał cię.

Staję jak wmurowana.

– Wyszedł z gabinetu?

– Od dwudziestu minut penetruje biuro jak policyjny doberman. Na razie tylko warczy, ale boję się, że zaraz może zacząć gryźć.

– Wbrew pozorom dobermany mają pokojową naturę – stwierdzam zgodnie z prawdą i ruszam do pokoju.

– Są zaciekłe i uparte.

Znawczyni psów się znalazła.

– Być może, ale również silne, dobrze umięśnione i eleganckie.

Olga przytrzymuje mnie za ramię, przekrzywia głowę i przygląda mi się uważnie, mrużąc oczy.

– Czy ty właśnie bronisz sztywnego Jana?

Oj, chyba się zagalopowałam.

– Nie żartuj – prycham ostentacyjnie. – Po prostu bronię dobermanów. To wspaniała rasa. – Przyspieszam kroku, co jest nie lada wyczynem, zważywszy na to, że powłóczę nogą jak żołnierz po wybuchu miny przeciwpiechotnej.

– A co masz w torbie? – Idzie tuż za mną.

– Prezent dla… – chwila zawahania – …przyjaciela. Ma dzisiaj urodziny. – Wchodzę do socjalnego.

– I to była ta pilna sprawa, którą musiałaś załatwić? – Opiera się o blat.

– Mhm. – Sięgam do szafki z apteczką.

– Czyli rozumiem, że poprosiłaś mnie o pilnowanie gabinetu szefa, żeby nikt mu nie przeszkadzał w wideokonferencji, po to, by pójść sobie na zakupy. Masz tupet.

Cholerka. Pierwszy raz się do mnie odezwała takim tonem. Olga to naprawdę dobra, ugodowa dziewczyna. Nigdy wcześniej się nie kłóciłyśmy.

Przymykam powieki. Mam dwa wyjścia. Albo jej zaufam i wyznam całą prawdę, albo – dla dobra Jana – będę grać dalej w tym marnym przedstawieniu.

– Masz rację. Powinnam od razu ci powiedzieć… – Wzdycham ciężko. – Wszystko przez pieprzonego Englera. Dzisiaj znowu muszę pracować po godzinach, więc nie miałabym czasu na kupienie prezentu. Od samego rana ten buc zatruwa mi życie. I ten jego rzeczowy, grubiański ton. Wiesz, co mi odpowiedział, kiedy zapytałam, co sądzi o mojej ofercie, którą wysłałam rano mailem do nowego klienta? – pytam i nie czekam, tylko odpowiadam: – Że jedyne sensowne słowa w niej zawarte to: „W razie pytań proszę o kontakt. Pozdrawiam. Maria Gabara”.

Olga wybucha śmiechem.

– Cały Engler.

Uff. Złapała się. Co za ulga. No dobra, trzeba kuć żelazo, póki gorące.

– Nie znoszę tego ponuraka. – Wyjmuję z apteczki środek do dezynfekcji, waciki i plastry.

– No co ty? A tak dobrze się z tym kryjesz. – Śmieje się. – Swoją drogą, zauważyłaś, że on czepia się ciebie bardziej niż innych pracowników? Może kto się czubi, ten się lubi? – żartuje, poruszając energicznie brwiami.

– Bardzo zabawne. Jeśli kiedyś powstanie na Facebooku grupa „Jak wytrzymać z pierdolniętym szefem?”, to wiedz, że będę jedną z adminek. Zdania nie zmienię: Engler to suchy, drętwy, gburowaty sztywniak. Nawet gdyby nastąpił armagedon i byłby ostatnim mężczyzną na Ziemi, to wolałabym umrzeć w samotności zjedzona przez wygłodniałe wilki, niż spędzić z nim sam na sam chociażby jeden…

– Pani Mario. Proszę do mojego gabinetu. – Przerywa mi lodowaty głos.

Momentalnie kieruję wzrok w stronę wejścia do pokoju i zamieram. Jan stoi w progu. Wyprostowany, ogolony, uczesany, pod krawatem. Jednym słowem: nienaganny. Porusza zaciśniętą szczęką, wbija we mnie wzrok. W oczach zimna stal.

Przełykam ślinę. W głowie huragan myśli: Jak dobrze, że nic mu nie jest. Czyżby teoria Tośki była mylna? Skąd wziął krawat oraz maszynkę do golenia? Czy słyszał moją rozmowę z Olgą? Mam nadzieję, że domyśla się, że to wyłącznie gra pozorów i nie wziął niczego na poważnie. A co, jeśli uznał, że naprawdę tak o nim myślę?

Chwila. Spokojnie. Luz. Muszę się zastanowić. Wszystko sobie zaraz poukładam i mu wyjaśnię.

– Za pięć minut, dobrze? Tylko zdezynfekuję sobie ranę na nodze – odpowiadam.

Jan spuszcza wzrok i zatrzymuje go na rozerwanej do połowy uda spódnicy odsłaniającej podarte rajtuzy i poharatane kolano. Jego oczy się rozszerzają, rysy twarzy subtelnieją, spojrzenie łagodnieje. Uchyla usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz od razu je zamyka. Znów otwiera, ale nie pada z nich żadne słowo. Ściąga brwi, wydaje z siebie gardłowy pomruk, po czym odzywa się przytłumionym głosem:

– Zrobi to pani w moim gabinecie. Proszę za mną. – Odwraca się i podąża sprężystym krokiem w stronę biura.

*

– Zanim wysnujesz pochopne wnioski i powiesz cokolwiek, pozwól mi wyjaśnić. – Wchodzę do gabinetu, rzucam torbę i środki opatrunkowe na podłogę, a następnie zdejmuję buty i podartą spódnicę.

– Skąd masz tę ranę? Gdzie byłaś? I dlaczego nie odbierałaś telefonu? – Jan zamyka drzwi na klucz, podchodzi bliżej i opiera się o biurko.

– Przewróciłam się o wystającą pryzmę. – Ściągam powoli rajtuzy, które zdążyły się już przykleić do zaschniętej krwi na nodze. – Byłam w sklepie. – Wydaję z siebie syk, bo właśnie oderwałam razem z nylonem kawałek świeżego strupa. – Nie odbierałam komórki, ponieważ została na biurku. – Rzucam rajtuzy na podłogę i opadam na fotel. Krew sączy się z kolana, jestem wykończona, chcę do domu.

Jan podchodzi do mnie, klęka, sięga po środek do dezynfekcji i bez uprzedzenia pryska nim na ranę.

– Auć! Jak boli! – Zaciskam ręce w pięści.

– Wybacz. Co robiłaś w sklepie o tej porze? Powinnaś pracować. – Przykłada wacik do kolana, a ja prężę się z bólu.

– Musiałam pilnie coś kupić – cedzę przez zęby.

– Pilnie? W Hugo Bossie? – Psika ponownie na ranę.

Sadysta!!!

– Auć! Tak! Prezent dla przyjaciela. Ma dzisiaj urodziny.

– Artur? – Upewnia się, choć doskonale wie, że nie mam innych przyjaciół oprócz Artiego.

– Tak.

– Hm. Nie wydaje mi się, żeby jedwabny krawat go zadowolił. – Oczyszcza kolano wacikiem. – Podczas sylwestra odnotowałem, że wspólnie ze swoim partnerem byli ubrani w stylu casualowym, choć twoja przyjaciółka Nina, która organizowała tę skromną domową imprezę, wyraźnie zaznaczała, że obowiązuje strój wieczorowy. – Sięga po plaster. – Co do grzebienia, maszynki i pianki do golenia, to zdecydowanie praktyczniejsze podarunki, jednakże osobiście uważam, że golarka elektryczna byłaby trafniejszym i bardziej efektownym wyborem… – Przykleja plaster na ranę.

Co? Skąd on wie… Zerkam na podłogę i wstrzymuję oddech.

Jasna cholera! Brawo, Mario. Tak umiejętnie rzuciłaś zakupy, że leżą teraz na skraju torby, widoczne jak na dłoni.

– Polecam się na przyszłość jako doradca w zakresie wyboru prezentu dla twojego przyjaciela. Jeśli sobie życzysz, mogę również do niego zadzwonić i złożyć mu życzenia. – Jan wstaje i wyrzuca waciki do kosza. – Co do twojej nieobecności w biurze, to proszę, żebyś za każdym razem zgłaszała mi opuszczenie stanowiska pracy. Dzisiejsza sytuacja nie powinna się powtórzyć. Twoje nagłe zniknięcie wzbudziło moje zaniepokojenie. Po czterech nieudanych próbach kontaktu telefonicznego rozpocząłem poszukiwania, co wywołało żywe zainteresowanie reszty personelu.

Wzdycham ciężko i opieram się o fotel. Boli mnie głowa, kolano, jestem zmęczona, a moja kreatywność sięgnęła dna umysłowej otchłani. A tam tylko wyjałowiony muł i zardzewiały wrak inwencji twórczej. Nie mam siły tego ciągnąć, nie chcę oszukiwać Jana, czuję się z tym wszystkim źle. Kłamstwo ma krótkie nogi. Za trzy miesiące, kiedy to Arti faktycznie będzie obchodził urodziny, Jan zacznie zadawać pytania, a ja, jak ta głupia, będę się tłumaczyć, dla kogo był ten cholerny czarny krawat, maszynka, pianka i grzebień.

– Artur nie obchodzi dzisiaj urodzin. Kupiłam to wszystko dla ciebie – wyznaję, co momentalnie przykuwa jego uwagę.

– Nie mam dzisiaj urodzin – odpowiada.

– Wiem. Sądziłam, że pilnie potrzebujesz tych rzeczy, stąd moje nagłe wyjście z biura.

Jan zerka na torbę, następnie przenosi wzrok na mnie, po czym znów patrzy na torbę. Na jego twarzy maluje się dezorientacja.

– Skąd wniosek, że ich potrzebowałem, w dodatku pilnie?

– Cóż. Dziwnie się rano zachowywałeś i nie opuszczałeś biura. Połączyłam kropki – nie wspominam, że z dużą pomocą Tośki – i uznałam, że wywarłam na tobie zbyt dużą presję, co do twojego wyglądu dzisiaj w pracy. Sądziłam, że jeśli dostarczę ci jak najszybciej niezbędnych akcesoriów, żeby naprawić swój błąd, to poczujesz się lepiej.

Jan odrywa spojrzenie od torby, podnosi na mnie oczy. Nie potrafię odczytać z jego twarzy żadnych emocji. Zauważam jednak, że w jego źrenicach czai się coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam.

– Jestem dorosłym mężczyzną, Mario, i potrafię o siebie zadbać – mówi zdecydowanym, mocnym głosem. – Nie mogłaś wywrzeć na mnie presji, bo sam o sobie decyduję. Zasugerowana przez ciebie zmiana wyglądu okazała się nietrafiona, co przewidziałem w chwili, w której ją zaproponowałaś. Dlatego też zabrałem ze sobą do pracy, jak to nazwałaś, niezbędne akcesoria i skorzystałem z nich, kiedy pojawiły się u mnie pierwsze objawy dyskomfortu, czyli dokładnie… – unosi mankiet koszuli i zerka na zegarek – …czterdzieści siedem minut temu, to jest dziewięć minut po tym, jak opuściłaś mój gabinet. Twoje zachowanie było nieracjonalne, proponuję, żebyś na przyszłość zapytała wprost, jakie są moje potrzeby, będzie to z korzyścią dla obu stron. Jeśli będę wymagał twojej pomocy, to nie omieszkam o nią poprosić.

– Pytałam cię, co się dzieje…

– Zapytałaś, czy się dobrze czuję i czy możesz mi w czymś pomóc. A ja wyraźnie odpowiedziałem, że potrzebuję spokoju i chcę zostać sam. Nie rozumiem, dlaczego postanowiłaś bez słowa opuścić stanowisko pracy, żeby kupić mi krawat marki, której nie noszę, maszynkę, której nie używam, piankę do golenia, która ma drażniący zapach, oraz grzebień ze zbyt szeroko rozstawionymi ząbkami.

Coś ściska mnie za gardło. Boli mnie serce. Jest mi szkoda samej siebie, bo naprawdę miałam szczere intencje.

– Chciałam dobrze. Sądziłam, że poprawię ci tym nastrój i… – Łamie mi się głos. – Byłam przekonana, że czujesz się źle przeze mnie, że nie chcesz wyjść z biura z powodu swojego wyglądu, że ukrywanie naszej relacji wywiera na tobie za dużą presję… Naprawdę się starałam. – Pod powiekami mimowolnie zbierają się łzy. – Myślałam, że jeśli pomogę ci się ogolić, zawiążę ci krawat i cię uczeszę, to wrócisz do formy…

Jan ściąga brwi.

– Nie jestem niepełnosprawny, Mario. Potrafię sam się golić, czesać i wiązać sobie krawat. Skąd wniosek, że potrzebuję w tym pomocy?

– Wiem, że nie jesteś niepełnosprawny… Po prostu… – Ocieram łzy, które wymknęły się z kącików oczu. – Nie jestem psychologiem, nie znam się na zespole Aspergera. To dla mnie nowość. Twoje dzisiejsze zachowanie przypomniało mi tamto popołudnie w restauracji w Szczyrku. Pragnęłam ci jakoś pomóc. Być może nieporadnie, ale naprawdę miałam dobre intencje. Zależy mi na tobie, nie chcę, żebyś cierpiał, zwłaszcza jeśli to ja mam być przyczyną twojego złego samopoczucia…

Głos mi drży, kolejne łzy wypływają spod powiek, po nich następne. Staram się je powstrzymać, wziąć głęboki wdech, ale zamiast tego totalnie się rozklejam. Tylko dlaczego? Może przez ten upadek? Doznałam wstrząśnienia mózgu?

Pociągam nosem, czuję na sobie wzrok Jana. Podchodzi do mnie i podaje mi białą jak śnieg, jedwabną chusteczkę. Nic nie mówi, wyłącznie się przygląda. Jego sylwetka zamazuje mi się przed oczami. Staram się powrócić do stanu równowagi, ale nie potrafię. Muszę się ogarnąć, przecież nic takiego się nie stało. Robię z igły widły. Nie rozumiem, co się ze mną dzieje. Czuję się, jakbym… Jakbym… O Chryste, no jasne! Za dwa dni dostanę okresu! Pieprzone hormony, paszoł won!

Ocieram łzy chusteczką. Najchętniej bym się porządnie wysmarkała w mięciutki materiał, ale obawiam się, że Jan nie zniósłby tego najlepiej.

– Mario? – Rozlega się jego niski głos tuż nade mną.

– Tak? – Podnoszę wzrok i napotykam zaciekawione spojrzenie.

– Dlaczego płaczesz?

– Pytasz, bo tak nakazuje grzeczność, czy naprawdę chcesz wiedzieć?

– I to, i to.

No tak.

– Jest mi przykro, że moje starania nie zostały przez ciebie docenione, poza tym zbliża mi się okres.

– Wolałabyś, żebym nieszczerze podziękował ci za zakupy i żeby menstruacja nie nadeszła?

Mimowolnie się uśmiecham.

– Wolałabym cię lepiej rozumieć, a że za dwa dni dostanę miesiączkę, to jestem nieco przewrażliwiona. Hormony, rozumiesz.

– Niezbyt. Ale skoro wyjaśniliśmy sobie już wszystko, to proponuję zakończyć ten niewygodny temat. Przepraszam, jeśli zrobiłem ci przykrość. Nie miałem takiego zamiaru. Zachowałaś paragon za zakupy? – Odchodzi i wraca za biurko.

– Yyy… Tak.

– Sugeruję zatem, żebyś je dzisiaj zwróciła. To był zbędny wydatek. Jeśli sobie życzysz, mogę cię zawieźć wieczorem do centrum. – Siada i najwyraźniej naprawdę uważa sprawę za wyjaśnioną, bo unosi klapę laptopa.

– Okej… Rozumiem, że skoro uruchomiłeś komputer, chciałbyś już wrócić do pracy?

– Owszem. – Klika myszką i wpisuje coś na klawiaturze.

– Nim jednak zaczniesz, chciałabym ci zadać jedno pytanie.

– Już zacząłem. – Nie odrywa oczu od monitora. – Ale możesz zadać to jedno pytanie.

Och, jakże ci dziękuję, łaskawy panie Janie.

– Co dokładnie się wydarzyło dzisiaj rano? Był jakiś konkretny powód twojego wycofania?

– Sprawy rodzinne. – Nie podnosi oczu, jego twarz tężeje.

– To znaczy?

– Podejrzewam, że mój ojciec umiera. Zadzwonił z samego rana z informacją, że niebawem przyjedzie uporządkować ze mną sprawy majątkowe.

– Co?! – Zrywam się z fotela.

– Podejrzewam, że mój ojciec umiera. Zadzwonił z sa­mego…

– Jan! Słyszałam, co powiedziałeś. Tylko jak możesz mówić o tym tak spokojnie?

– Zdążyłem się już oswoić z myślą o spotkaniu. Zajęło mi to ostatnie… – mruży oczy, wpatrując się w prawy dolny róg ekranu – …trzy godziny i dwadzieścia siedem minut.

– Nie chodzi o spotkanie, ale o to, że twój ojciec umiera.

– Śmierć to naturalny i nieunikniony etap w życiu. Każdy, kto się urodził, w końcu umrze. Mój ojciec ma siedemdziesiąt sześć lat, cztery miesiące i dwanaście dni. Średni wiek życia mężczyzn w Polsce wynosi siedemdziesiąt cztery lata i jeden miesiąc. To oznacza, że mój ojciec przekroczył przeciętną krajową o dwa lata, trzy miesiące i dwanaście dni. Nie martwi mnie to, że może umrzeć. Irytuje mnie fakt, że zamierza przyjechać tu na kilka dni i przeprowadzić ze mną rozmowę. Naprawdę nie mam na to ochoty.

Stoję osłupiała i nie wierzę własnym uszom.

– Jan, spójrz na mnie – proszę, na co on powoli unosi głowę. W jego oczach nie widzę żadnej rozpaczy, smutku, żalu… Robot. – Mam uwierzyć, że wiadomość o zbliżającej się śmierci twojego ojca obchodzi cię mniej niż jakieś tam spotkanie w celu uporządkowania spraw majątkowych?

– Prawdopodobnej śmierci. To, że umiera, jest wyłącznie hipotezą. Wysnułem ją na podstawie dotychczasowych doświadczeń w relacji z ojcem. Nasze kontakty ograniczają się do półminutowych rozmów przez telefon, stanowiących wymianę najistotniejszych informacji dotyczących stanu zdrowia, miejsca pobytu i sytuacji majątkowej. Ostatnią dłuższą rozmowę, która trwała trzynaście minut, przeprowadziliśmy dwanaście lat, trzy miesiące i dziewięć dni temu, kiedy zmarła moja matka. Uwierz mi, Mario, to była katastrofa i naprawdę nie mam ochoty tego powtarzać.

Zastanawiam się nad tym, co powiedział. Nie znam jego ojca, nie wiem nic o łączącej ich więzi. Nie powinnam oceniać postawy Jana, mam za mało danych.

– Gdybyś potrzebował o nim porozmawiać, to wiesz, że możesz na mnie liczyć? Z chęcią cię wysłucham, może coś doradzę…

– Dziękuję. To nie będzie konieczne. – Patrzy mi prosto w oczy.

Podejrzewam, że to „dziękuję” było wyłącznie wyuczoną kurtuazją, mimo to robi mi się miło na sercu.

– Zależy mi na tobie… – wyznaję szczerze.

– Mnie na tobie również zależy, Mario. – Nie spuszcza ze mnie wzroku.

Po moim ciele przechodzi dreszcz. To pewnie z zimna. Krzyżuję nogi i stawiam jedną stopę na drugiej. Tak, zdecydowanie zmarzłam. Mam lodowate stopy.

Moja nietypowa pozycja przykuwa uwagę Jana. Przesuwa po mnie spojrzeniem, a mnie momentalnie robi się cieplej.

– Jak twoje kolano? – pyta.

– Lepiej. Dziękuję, że się nim zająłeś.

– Proszę. – Wodzi wzrokiem po moich nagich nogach. – Jak zamierzasz rozwiązać kwestię swojego ubioru?

Zerkam na podarte rajtuzy oraz spódnicę i krzywię się na samą myśl, że muszę je ponownie na siebie założyć.

– Chyba będę musiała wyskoczyć do domu, żeby się przebrać. – Wzdycham ciężko, schylam się i zbieram rzeczy z podłogi. – Przyda mi się też szybki prysznic. – Wrzucam zakupy z powrotem do torby. – Zwolnij mnie z pracy na godzinę, okej?

– Nie. – Słyszę, że wstaje od biurka.

– Co? Dlaczego? – Już mam się obrócić w jego stronę, aby podjąć żywą dyskusję, lecz wtedy on niespodziewanie obejmuje mnie w pasie i przywiera torsem do moich pleców.

– Nie puszczę cię samej w podartej spódnicy. – Chwyta mój pośladek, zaciskając na nim palce, i przybliża twarz do szyi. – Pragnę zobaczyć cię nagą pod prysznicem… – mówi niskim głosem tuż przy moim uchu. – Chciałbym cię przeprosić i sprawić ci przyjemność.

Robi mi się gorąco.

– Czyżbyś zamierzał wyjść z biura w środku dnia, żeby załagodzić konflikt ze swoją podwładną i pobaraszkować z nią w godzinach pracy? – Oddech mi się rwie, kiedy gładzi moje krągłości. – Nieładnie, panie Engler. – Cmokam karcąco. – Jest pan bardzo niegrzecznym szefem. – Wypycham pupę, a z gardła Jana wydobywa się pomruk.

– Dlaczego to robisz, Mario?

– Co takiego?

– Dlaczego mnie kusisz, skoro ustaliliśmy pewne zasady? – Odchyla moje majtki i przeciąga palcami po cipce.

Przeszywa mnie rozkoszny dreszcz.

– Ja cię kuszę? Zbierałam tylko swoje rzeczy z podłogi. To ty do mnie podszedłeś.

– Zbierałaś. W samej bieliźnie. Wypinając seksowny tyłek. – Zaczyna masować łechtaczkę, a pode mną uginają się nogi. – Dobrze wiesz, że mam słabość do twoich pośladków. – Niespodziewanie daje mi klapsa i przywiera ustami do mojego karku, nie przestając masować najwrażliwszego miejsca.

Wzdycham i sięgam dłonią do nogawki jego spodni.

– To naprawdę nie było celowe… – Wyczuwam pod palcami twardą wypukłość i narasta we mnie pożądanie. – Chociaż chyba dobrze nam zrobi chwila zapomnienia. To był koszmarny poranek i… – Wstrzymuję oddech, kiedy palce Jana wślizgują się do mojego wnętrza.

O Boże…

– Chcesz to zrobić tutaj? – Zadowala mnie w sposób, który lubię.

– Tak – wydaję z siebie jęk rozkoszy.

– Na biurku?

– Mhm.

– Od tyłu. – Tym razem nie pyta, tylko decyduje za nas oboje i wyjmuje ze mnie palce. – Oprzyj się o blat.

Podchodzę do biurka, kładę na nim ręce i wypinam się zachęcająco, kołysząc biodrami. Serce wali mi mocno, jestem podniecona jak diabli.

– Perfekcyjnie. – Jan sięga do moich majtek i ściąga je powoli, odsłaniając nagą skórę pośladków. – Rozszerz nogi – poleca, gdy bielizna opada na podłogę. Odsuwam ją stopą i staję w rozkroku. – Idealnie. – Czuję, jak jego dłonie rozsuwają krągłości.

– Czy kiedy jeszcze nie byliśmy razem, marzyłeś czasami, żeby wziąć mnie na swoim biurku? – Jestem gotowa na jego kolejny ruch.

– Myślę, że doskonale znasz odpowiedź na to pytanie. – Przygryza mój pośladek, po nim drugi i zaciska na nich palce.

– I co sobie wyobrażałeś? – Wiję się pod jego dotykiem.

– To. – Rozszerza półdupki, a jego spragnione usta zbliżają się do mojej kobiecości. Przyspieszony oddech pieści najwrażliwszą skórę, gorący język przesuwa się po wargach i wnika do środka.

O tak. Wypinam biodra, napieram mocniej, pragnę więcej.

– I tylko to…? – Kurczowo zaciskam palce na blacie.

Jan całuje cipkę, liże ją, ssie…

– I to. – Przesuwa językiem wyżej i wciska koniuszek w ciasną dziurkę.

– Hm… – Z mojego gardła wydobywa się westchnienie. – I coś jeszcze?

Jan odrywa ode mnie usta, słyszę brzdęk klamry od paska, dźwięk rozpinanego rozporka, ściąganych spodni… Cała drżę.

– To. – Przesuwa główką penisa po wilgotnej szparce i wśliz­guje się do środka.

Oboje wydajemy z siebie pomruki rozkoszy. Jan wysuwa się ze mnie nieznacznie i zagłębia ponownie. Wychodzi do połowy, by po chwili wbić się do samego końca. – A zwłaszcza to, Mario. – Rozsmarowuje moje soki na ciasnej dziurce, wsuwa w nią kciuk, po czym obejmuje moją szyję i zaczyna mnie pieprzyć. Szybko, głęboko, mocno, pożądliwie.

Dyszymy oboje głośno, bez skrępowania, zatracamy się w namiętności. Uścisk jego dłoni jest stanowczy, pieszczota palcem delikatna, ruchy bioder krótkie i zdecydowane. Spinki podtrzymujące kok wysuwają się z włosów, spadają na biurko. Pojedyncze pasma opadają mi na twarz i ramiona.

– Chryste. Miałaś je mocno związać. – Jan zwalnia uścisk na szyi, zgarnia luźne włosy, zamyka je w dłoni i przyciąga mnie do siebie, przywierając klatką piersiową do moich pleców. – Wykończysz mnie, Mario. – Dyszy mi do ucha, zanurza twarz w moich włosach i wciąga powietrze przez nos, upajając się ich zapachem. Wbija się we mnie mocno, czuję na karku jego urywany oddech, przez ciało przepływa prąd, a po nim kolejny.

– Dochodzę… – Zamykam palce na krawędzi biurka. Cała się napinam. Wstrząsa mną dreszcz, wrząca fala rozchodzi się z miejsc intymnych na uda, łydki, stopy. Pędzi wartkim strumieniem w górę, przez biodra, brzuch, piersi i uderza gorącem na policzki. Krew dudni mi w skroniach, serce wali ogłuszająco, w oczach ciemnieje, tracę czucie w nogach.

– O tak. – Jan wykonuje szybkie, krótkie ruchy. – Wspaniale się na mnie zaciskasz. – Wbija się głęboko ostatni raz i zastyga. Z jego gardła wydobywa się charakterystyczny pomruk, który tak uwielbiam.

Zerkam na mojego mężczyznę przez ramię. Podziwiam, jak dochodzi. Głowa odrzucona do tyłu, pot na skroniach, usta lekko rozchylone, brwi ściągnięte, zaciśnięte powieki. Jego członek pulsuje w moim wnętrzu, cipka stopniowo się rozluźnia. Jan uchyla oczy i pochwytuje moje spojrzenie. Wygląda na zrelaksowanego i zadowolonego.

– Przepraszam, że nie doceniłem twoich starań, Mario – odzywa się zachrypniętym głosem. – W przyszłości po prostu uprzedź mnie o swoich zamiarach. Unikniemy przez to nieporozumień. – Wysuwa się powoli, a ja czuję, że już mi go brakuje.

O matko, ten facet całkowicie mnie zniewolił.

– Dobrze. – Odwracam się do niego przodem. – Też cię przepraszam, Janie. Byłam nadgorliwa. W przyszłości po prostu powiedz mi, co jest przyczyną twojego wycofania. Unikniemy przez to nieporozumień. – Przytaczam jego słowa i unoszę kąciki ust. Oczy Jana się uśmiechają.

– To uczciwy układ – oznajmia, po czym odchodzi w stronę biurka i wyjmuje z szuflady paczkę chusteczek nawilżających z dwiema przegródkami. Na czyste i, rzecz jasna, na zużyte.

Obserwuję go, jak starannie się wyciera, miejsce obok miejsca, dokładnie, wielokrotnie. Jak kot. Przed oczami staje mi czarny kocur, który z tylnymi łapami w górze liże sobie namiętnie krocze, i chce mi się śmiać. Chyba ten upadek zaszkodził mi na głowę – już drugi raz w ciągu jednego dnia porównałam Jana do zwierzaka.

Nagle robi mi się słabo. Krew odpływa mi z twarzy, mam miękkie nogi w kolanach. Zdecydowanie za dużo wrażeń jak na jedno przedpołudnie.

– Muszę usiąść… – Podchodzę do fotela i opadam na niego ciężko. Obserwuję, jak Jan zapina spodnie, pasek i niespodziewanie wbija wzrok w siedzisko między moimi nogami. Jego oczy się rozszerzają, na twarzy pojawia się grymas.

Podążam za jego wzrokiem i… O w mordę! Sperma na moich udach zaraz zafajda ekskluzywne obicie!

– Cholera! – Zrywam się na równe nogi, co wywołuje nagły zawrót głowy. Chwieję się, łapię za oparcie.

– Usiądź. – Jan zjawia się tuż przy mnie i sadza z powrotem.

– Ubrudzę ci fotel.

– Zajmę się tym. – Wyciąga chusteczkę nawilżającą, klęka przede mną, rozszerza mi kolana i wyciera wewnętrzną stronę ud. Przez moment czuję się zawstydzona, lecz po chwili przeszywa mnie rozkoszny dreszcz. Ruchy Jana są powolne, dokładne, delikatne. Bierze kolejną chusteczkę, zerka mi w oczy, po czym dotyka warg sromowych i przesuwa po nich w dół aż do ciasnej dziurki. Robi mi się gorąco.

Jezu Chryste, dopiero co doszłam, a znów jestem podniecona. Oddech mi przyspiesza, biodra instynktownie się unoszą. Kolejna chusteczka. Nie wyczuwam od niej żadnej woni, więc domyślam się, że Jan używa bezzapachowych. Rozchyla palcami nabrzmiałe płatki i posuwistym ruchem wyciera starannie każdy centymetr mojej kobiecości. Jest przy tym taki skupiony i uważny, że od samego patrzenia na niego zaraz dostanę orgazmu. Wzdycham, kiedy zahacza delikatnie o łechtaczkę.

– Czy wiesz, że cholernie mnie tym podniecasz? – odzywam się stłumionym głosem.

Podnosi na mnie wzrok. Źrenice ma rozszerzone, żyłka na czole pulsuje.

– To fascynujące doświadczenie. Nigdy wcześniej tego nie robiłem.

– Ja też nie. Czystsza w życiu nie byłam. – Próbuję żartować, choć tak naprawdę nachodzą mnie wątpliwości, czy przypadkiem nie przekraczamy granicy wyznaczonej dla partnerów z tak krótkim stażem. – To bardzo intymne.

– Nie bardziej niż seks.

– Odnoszę wrażenie, że bardziej. Może już wystarczy…? – Wiję się, kiedy ponownie muska łechtaczkę.

– Jeszcze nie skończyłem. – Odkłada chusteczki do przegródki, zakłada sobie moją nogę na ramię i przybliża usta do cipki, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Serce wali mi ogłuszająco, instynktownie zniżam się na fotelu, a Jan rozchyla palcami moje fałdki i zaczyna je lizać. Jego język jest gorący, miękki, zmysłowy. Stalowe oczy wpatrują się we mnie z uwagą. Widok męskiej twarzy między moimi udami totalnie mnie rozwala. Wsuwam dłonie w ciemne włosy, przyciągam Jana bliżej siebie, a wtedy jego język wślizguje się do środka. Penetruje mnie nieśpiesznie, czule. Odnoszę wrażenie, że poświęca mi całą uwagę – obserwuje moją mimikę, wsłuchuje się w każde westchnienie. A ja mu się całkowicie oddaję, pozwalam, by mnie lizał, całował, pieścił, ssał – pomału, zmysłowo, odurzająco.

Kiedy pojawia się pierwszy skurcz i zaciskam palce na jego włosach, on wydaje z siebie niski pomruk, który rezonuje w kobiecości aż po dolne partie brzucha. Dochodzę intensywnie na gorącym języku i miękkich ustach Jana, po czym rozluźniam się spełniona i szczęśliwa. Jestem tak wycieńczona, że ostatnie, co odnotowuję, to delikatne pocałunki na wnętrzu ud. Ciepły oddech muskający moją skórę tuli mnie do snu.